środa, grudnia 31, 2014

1221. Kradnąc książkowy czas

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Obejrzał film pt. Złodziejka książek i na eFce podzielił się swoim wrażeniem: „zatrzymały mnie słowa, wypowiadane przez ukrywanego Żyda”:

Moja religia uczy, że wszystko co żyje, każdy liść, każdy ptak, żyje dlatego, że zawiera sekretne słowo życia. Tylko ono różni nas od grudki gliny, słowo. Jakie to słowo? Czy każdy człowiek ma to samo? Czy też może każdy ma inne, i to decyduje o naszej indywidualności? Jakie jest słowo, które mnie ożywia?

Zakochałam się w tych słowach. Kupiłam książkę. Odebrałam przed świętami. Ostatnie dwieście stron przeczytałam prawie na bezdechu rycząc okrutnie. To chyba moja druga powieść w kończącym się właśnie roku. Zaciekawiło mnie… sprawdziłam… z książek tu odnotowanych, bingo, szósta powieść w roku 2014 — swoisty rekord. Zamyśliłam się nad swoim stylem czytania. Ostatni raz tak bardzo nie mogłam oderwać się od losów powieściowych bohaterów, gdy byłam nastolatką z Pogodą dla bogaczy w dłoniach.

Książka ma tylko jedną malutką wadę. Słów, które mnie do niej przyciągnęły, w książce nie ma.

Ale czy słuchanie własnego strachu jest tożsame z tchórzostwem? Czy tchórzostwem jest radość z tego, że żyjemy?

*

Ilu książek dotknęła?
Ile poczuła?

*

     — Skąd mogłam wiedzieć, że wtedy nie śmiałeś się ze mnie, ale d o mnie? — powtarzała.

*

Wiele trzeba przemyśleć.
Wiele opowiedzieć.

*

Ludzie zwykle odkładają najważniejsze słowa na później […].

Markus Zusak, Złodziejka książek,
Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

wtorek, grudnia 30, 2014

(1198+22). Ludziolubni

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gdy wyszłam wczoraj spod ziemi na rogu Marszałkowskiej i Alei dotarło do mnie, że jestem zwierzem wielkomiejskim. Poczułam, że znów żyję. Na kawie z Brr, przyglądałam się ludziom przy innych stolikach, głodna istot samosterownych a nie sterowalnych.

Cztery kobiety 50+, uśmiechnięte, pełne życia, dzieliły się sobą między sobą — spotkały się, bo chciały — karmiłam oczy.

Dwaj mężczyźni przy innymi stoliku, mówiąc, patrzyli sobie w oczy — emocje, te dobre, na ich twarzach karmiły mą duszę.

Wiedziałam, że to dopiero początek dobrego dnia.

*

Wieczorem. Na deser podano Zazoo i Onemu, Pana Ciasteczko i mnie. Przy jednym stole. Po raz pierwszy. Na swój prywatny użytek skradłam kilka wrażeń, nastrój i atmosferę. W duchu odnotowałam, że mamy z Sadownikiem niebywałe szczęście, nie tylko do Ludzi, ale również do Par. A gdy wracaliśmy do domu, nie omieszkałam z Nim tego przegadać.

Zwierz wielkomiejski… zamyśliłam się… czy ja wiem? Na pewno ludziolubny.

sobota, grudnia 27, 2014

(1217+2). poświąteczny osobisty nieład myśli i uczuć

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

aktywność społeczna,
     w której cienkam jak barszcz:
synowa.

*

ja kocham Jego. On kocha mnie. ona kocha go dłużej. On kocha ją. czasem jest mi jak między młotem a kowadłem. mam szczęście, że nie obsadzono mnie dotąd w roli piątego koła u wozu.

*

staram się i nie staram się wcale. w zależności od chwili, momentu, sprawy, atmosfery. na straży rzeczywistości nie mojej, u brzegu świątecznych stołów porzucam własne ciało. wylogowuję się, wysprzęgam, odłączam zmysły. są rzeczy, którymi nie chcę się zajmować. tak mam.

***

Skubas, Nie mam dla ciebie miłości.

piątek, grudnia 26, 2014

(1217+1). I po prezencie

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Odłożyłam Sacksa na rzecz świątecznego czasu ze Złodziejką książek, ale po rozpakowaniu prezentów, odłożyłam i tę ostatnią. Delektowałam się, wiedząc, że prezentowe literki będą stanowiły bardzo szybką pozycję wydawniczą. Wątki zawodowe i osobiste we wspaniałych proporcjach. Książka ocieka sensem życia, mądrością losu, miłością i pasją. Jak dobrze, że wpisałam ten tytuł na listę prezentów, które chcę dostać od Mikołajów, którzy nie czytają tego co ja, którzy nie znają mnie, ale mają mnie w pakiecie dwa razy do roku, bo z Ich Synem łączy mnie najszczególniejsza z więzi.

[Justyna] Na szczęście rzadko już spotyka się lekarzy, którzy na płacz pacjenta reagują jak na krwotok: „Zatrzymać jak najszybciej!”, którzy widząc łzy, wpadają w panikę: „Proszę już nie płakać, proszę przestać”.
     [K.K.] Na swój sposób taka reakcja jest zrozumiała.
     Justyna: Tak, ale płacz jest naturalną reakcją na smutek. Leczy, oczyszcza z nagromadzonego napięcia. Jeśli chory się od niego nie uwolni, nie będzie mógł przyjąć tego, co następuje potem. Płacz to forma żałoby, adekwatna reakcja na utratę — małą i dużą. A zdrowie to wielka wartość, jego utrata jest więc dużą stratą. By zrobić krok dalej, trzeba przeżyć żałobę, pozwolić sobie i innym na łzy.
     Lęk przed czyimiś łzami jest przejawem naszego własnego lęku.
[…]

*

[Justyna] Na heroizm podjęcia pracy własnej polegającej na psychoterapii częściej decydują się one [kobiety]. Odwagi wymaga stanięcie twarzą w twarz z tym, przed czym się ucieka. A tym między innymi zajmuje się psychoterapia.
     [K.K.] Odkrycie prawdy bywa dotkliwie nieprzyjemne.
     Justyna: Ale często dzięki przeżyciu tego, przed czym uciekamy, odkrywamy, kim naprawdę jesteśmy, tam, pod maską. Wiąże się to z ogromnymi możliwościami. Trwałymi zmianami na lepsze. To szansa na zmniejszenie cierpienia, na rozwój wewnętrzny. To jest nagroda. Potem życie staje się lepsze.

*

[Justyna] Niekiedy terror pozytywnego myślenia może być formą zaprzeczenia chorobie i opuszczeniem pacjenta, który musi się zmagać z niechcianym losem samotnie pośród bliskich recytujących pozytywne hasła.
     [K.K.] Ale bardzo trudno patrzeć, jak kochana osoba zmaga się z lękiem przed śmiercią.
     Justyna: Tak. Nie dopuszczamy do rozmów o śmierci, tłumacząc sobie, że to nie służy choremu. Podczas gdy unikanie ich służy jedynie naszej obronie. Ból śmierci i umierania staje się lżejszy, gdy możemy go z kimś dzielić. W samotności trudniej. Niekiedy mówimy: „To za wiele dla chorego”, a tak naprawdę boimy się, że to za wiele dla nas. To przykre, bo jest to sposób opuszczania pacjenta w chwili największej emocjonalnej potrzeby. Ktoś powinien trzymać jego dłoń. Dlaczego nie ja?

Katarzyna Kubisiowska, Rak po polsku.
Rozmowa z Justyną Pronobis-Szczylik i Cezarym Szczylikiem
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

1217. Świąteczny patchwork 2014

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Lubię święta. Każde. Odkładam wtedy swoją i naszą codzienność. Przekręcam klucz w jednym zamku, potem w drugim. Gdy upewnimy się z Sadownikiem, że wszystko co trzeba mamy spakowane, przekręca On kluczyk w stacyjce, ruszamy i zaczynamy świętować. Lubię ten czas, taki tylko nasz. Tak było we wtorek.

*

Wigilia. Katolicka tradycja. Opłatek uruchamia we mnie niewinne dziecko — wybieram największy z dostępnych. Życzenia. Sadownika zostawiam sobie na sam koniec, na deser. A potem kilkanaście dusz przy jednym stole. Krótka modlitwa. Na szczęście nikt nie pyta mnie, dlaczego znak krzyża w mych dłoniach nie gości.

Mija kilka godzin. Rodem z żydowskiej tradycji nastaje czas. Przy głównym stole mężczyźni o ważkich problemach Polski i świata dyskutują. Pokój obok kobiety nad małymi dziećmi się pochylają. Słychać ochy, achy, gugu… gugu, a ja to tak… a ja to siak. Jedno i drugie nie dla mnie. Talerze i sztućce po sześciu osobach, co poszły do swych domów, zmywam. Medytuję nad cudem istnienia, delektuję się chwilą oraz nieśpiesznym tańcem zmywaka w mej dłoni. Z każdym umytym fragmentem zastawy jestem bliżej prawdziwych świąt, tych bez pośpiechu, bez musu, bez należy i wypada.

Gdy wszyscy goście opuszczają rodzinny dom Sadownika, rach, ciach, na cztery dusze szybkie porządki urządzamy. Już, po Wigilii. Prezenty. Herbatka z cytrynką. A przed snem w ramionach Sadownika świątecznej nocy początek.

*

Pierwszy dzień świąt. Drugi dzień świąt. Dotarło do mnie, że wyrosłam z tej formy spędzania czasu z dalekimi bliskimi w roli głównej. Nie zrozumiem, po co ludzie robią sobie coś takiego.

*

Wydostawszy się dziś z objęć ostatniego świątecznego obiadu, ruszyliśmy z Heniutką na ostatni świąteczny spacer — pierwszy z naszej świątecznej codzienności, którą powitaliśmy z otwartymi ramionami.

Jutro wracamy do siebie.

poniedziałek, grudnia 22, 2014

(1210+6). Mój Kraków... bez słów (VI)

(1210+5). Mój Kraków... bez słów (V)

(1210+4). Mój Kraków... bez słów (IV)

Alternatywny tytuł wpisu:
1214.
Przeszłość,
Teraźniejszość,
Przyszłość 

(1210+3). Mój Kraków... bez słów (III)

(1210+2). Mój Kraków... bez słów (II)

(1210+1). Mój Kraków... bez słów (I)

1210. eNCeK

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Geografia nigdy nie była moją mocną stroną. Nie jest aż tak źle, jak można by sobie wyobrazić, bo jednak mapy czytam sprawnie, trzymając je w dłoniach bez obracania północą na dwunastej. No ale dobrze też nie jest. Otóż wczoraj okazało się, że Kraków i Kazimierz to dla Jabłoni synonimy. Za rzeką to już nie Kraków, bo Kraków to Kazimierz. I kropka. I koniec dyskusji.

Sadownik wywiózł był wczoraj sztukę na sztukę. Było z klimatem lat, których lekką zatęchłość Jabłoń rozpozna z zamkniętymi oczami. Jedna fajna wystawa zdjęć. Jedna „taka se” i jedna co Jabłoni w ogóle nie ruszyła. Co nie znaczy, że się Drzewko nudziło. Wypatrzyło focię, którą musiało zrobić, choćby nie wiem co. A Sadownik? A Sadownik samowolnie uwiecznił chwilę. Poniewczasie na szczęście śmiali się oboje.

(fot. Jabłoń)

(fot. Sadownik)

niedziela, grudnia 21, 2014

(1202+7). Logika i wolność na obczyźnie

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
(w wersji koneserki sztuki kulinarnej)
A w zasadzie to dlaczego nie chcesz iść ze mną na gorącą czekoladę?

Sadownik:
A w zasadzie to od kiedy muszę mieć powód, by nie chcieć?

(1202+6). MOCAK ma moc (IV)

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

chwila. światło. pożegnanie z mocakiem. na tymczasem.

(1202+5). MOCAK ma moc (III)

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są takie żarty, których inaczej wykształceni nie skumają. Moje dwa ukochane to:

     — Co to jest pochodna z imprezy?
     — Jest to ilość alkoholu, którą można kupić za butelki sprzedane po tej imprezie.
     — A kiedy można powiedzieć że impreza była nietrywialna?
     — Gdy druga pochodna jest niezerowa.

*

Dom wariatów. W jednej z sal ludzie pod dyktando jednego z pacjentów wstają i siadają na zmianę, gdy ten wyznacza rytm komendami:
     — Całkujemy, różniczkujemy, całkujemy, różniczkujemy...
     Nowy terapeuta przygląda się temu, co dzieje się na sali. Patrzy a w kącie siedzi człowiek i ani drgnie. Podchodzi do niego i pyta:
     — A pan, dlaczego pan nie wstaje, gdy inni wstają?
     — Bo ja jestem ex.

I trochę właśnie tak było wczoraj w Mocaku, gdy podziwiałam przezroczystą podłogę na poziomie zero. Kręciłam się. Modziłam. Właściwy kadr zdjęciu chciałam nadać, by było widać rzeczoną podłogę, jakiś element z poziomu -1 i odbicie okien dachowych. Trochę to trwało, Sadownik w końcu zaintrygowany zapytał:
     — Co ty robisz?
     — Trzy poziomy rzeczywistości chcę na jednym zdjęciu mieć! — odpowiedziałam podjarana odkryciem.

Dwa poziomy rzeczywistości sfotografowane z poziomu trzeciego:

sobota, grudnia 20, 2014

(1202+4). MOCAK ma moc (II)

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dopiero w hotelu dotarło do mnie, że nie zapisałam, kto jest Autorem/Autorką realizacji tego pomysłu.

(1202+3). MOCAK ma moc (I)

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dziś. Pokochałam sztukę współczesną wybraną przez kuratorów Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie. Płakałam od sztuki. Poruszona byłam sztuką. Sztukę oczami, uszami chłonęłam. Przestrzeń pomagała zatrzymać się, być ze sobą, doświadczać tego, co w środku od sztuki się działo. Warszawskie CSW mogłoby się sporo nauczyć od obczyźnianego muzeum.

Trevor Gould, God, the Monkey and the People.

*

Sadownik nie zapytał mnie, ile widzę małp na poniższym zdjęciu:

(fot. Sadownik)

(1202+2). Ranek na obczyźnie

(1202+1). Powrót do przeszłości na obczyźnie

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Na placu Wolnica byliśmy razem ostatni raz... pięć lat temu, też w grudniu. Nie było jeszcze Heniutki. Nie śniło nam się życie, które teraz jest naszym udziałem. Świętowaliśmy wczoraj wieczorem w ukochanej suszarni. Zmieniła się Ona. Zmieniliśmy się my. Przez te nieobecne lata. Nie zmieniło się jedzenie. Byliśmy w kulinarnym niebie. Obfotografowałam swój zachwyt czajniczkiem...

1202. Weekend na obczyźnie

Namówiłam Sadownika. By pojechał ze mną.
Praca. Sztuka. Miłość. Cudne jedzenie.
I My. Plan na trzy dni.

Wczoraj między jedną sesją a drugą, biegusiem poleciałam na gorącą czekoladę i spotkałam szczęśliwego człowieka:

(1200+1). Figury wewnętrzne

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Też w czwartek. Zachwyciłam się obrazkiem, który natychmiast nazwałam: dialog figur wewnętrznych. Zahipnotyzować dałam się. Każda z moich wewnętrznych postaci z lubością stwierdzała, że to opowieść o niej.

Lindsey Stirling, Shadows.

*

[...] wpadamy w zachwyt, odnajdując rozwiązania tam, gdzie zgodziliśmy się nigdy nie szukać. // A. Mindell

1200. Kolęda 2014

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Świąteczny nastrój zagościł u mnie w czwartek o szóstej rano. Z radia sączyła się melodia z niesamowitymi słowami i klimatem. Przy śniadaniu odpytałam wujka gugla o zapamiętane frazy. Znalazł!

Tekst tej piosenki i bach, przed oczami stoły wigilijne, przy których nie usiądę, stoły, które pochłonął czas. Ludzie, z którymi wiele mnie łączy, choć stoły nas dzielą. Ta piosenka to moja kolęda w tym roku. Najlepsza!

Fismoll, Let's Play Birds.

And I hope somewhere you hear me still
Wherever you are, whatever you feel
And I hope somewhere you hear me still

Come on let’s play birds all our lives
Come on, don’t be afraid of gravity
Because it's all for us, for you and me

środa, grudnia 17, 2014

(1198+1). Polaków bliskich sobie pogaduchy

Ta część Jabłoni, co lubi być lubiana:
Jak myślisz, jest szansa, że mnie polubią?

Sadownik:
(przytomny i z refleksem, choć późny wieczór)
Jeśli tylko nie poczęstujesz ich swoim ulubionym pytaniem:
„a co tam u ciebie w środku?”, to myślę, że jest szansa.

Jabłoń:
(ryknęła śmiechem)

1198. Ależ Ekipa!

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Poprosiłam Sadownika, by znając siebie i mnie wybrał rasy psów, które najlepiej nas charakteryzują. Zabawa była przednia! Wybrał. Pitbullinę i Bernardyna.

*

Lubię się bawić wyobraźnią i skojarzeniami. W szczególności w stosunku do ludzi, o których już coś wiem, ale z którymi się jeszcze nie widziałam — ludzi, których jestem ciekawa tak czy inaczej, choć formalnie nie zostaliśmy sobie przedstawieni, ba, nawet w tej samej czasoprzestrzeni nie widział nas ani razu świat.

Cóż to jest za okazja do spekulacji, domysłów, badania swoich (własnych, prywatnych!) pragnień, oczekiwań i lęków. Uwielbiam. Wprost i nie wprost!

Poprosiłam Pana Ciasteczko, by wybrał rasy psów, którymi byliby Onemu i Zazoo, gdyby mieli być kudłaci. Wybrał. Dobermankę i Chau chau’a. Strach się bać?

piątek, grudnia 12, 2014

1197. Najukochańsi moi — portret

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ona. spojówkę do psiej pani doktor poniosła.
On. w Jej oku zatrzymany. doniósł Jabłoni o lekarskiej diagnozie.
Altówkowy nos Heniutek na tym zdjęciu ma. To lekarstwo.

1196. Ktosie

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Kto we mnie — w tobie, w nas — czyta? Bardzo różne postacie, biorąc pod uwagę pozycje książkowe, które lądują w naszych dłoniach.

Kupując książkę dla Sadownika, posiłkowałam się pracującym w książkowym przybytku panem. Zasadniczo nie wiem, gdzie parkują sadownicze książki w naszej księgarni. Potrzebowałam konkretny tytuł, potrzebowałam na cito, by niespodziankę Sadownikowi zrobić. Pan pracujący był pomocny. Zaprowadził w odpowiednie miejsce, pomógł znaleźć, a nawet umożliwił zapłacenie u siebie, bez niepotrzebnego dreptania dodatkowych metrów do kasy. Ja nie byłam pomocna, gdy pan spytał, czy polecam dzieło, którego kolejne tomiszcze nabywałam. Czy polecam? Ja nie wiem, o czym to dzieło jest. Ledwo tytuł spamiętałam. Dużo łatwiej poszło zapamiętanie, że czwarty tom.

*

Kto we mnie czytał pewną książkę od miesiąca? Ktoś, kto odłożył ją nie raz, by przeczytać inne książki. Wczoraj zawziął się, by jednak skończyć. Jest dobra, szybko się czyta, choć czytałam ją jak nie-ja ponad miesiąc (!). Wiele mitów obala, wiele mechanizmów odsłania i zastanowić się każe. Pamięć... niczym żywe, dzikie zwierzę. To książka o tym zwierzęciu. Nie do przecenienia.

Właśnie ta książka pchnęła mnie do własnej biblioteki. Wyjęłam książkę Sacksa, którą mam od prawie dwudziestu lat. Zatrzymałam się na pytaniu, kto we mnie kupował książki prawie dwadzieścia lat temu? Skąd wiedział, że dziś będę chciała właśnie Sacksa do ręki wziąć? Odpowiedzi dziś nie będzie.

Wspomnienia dotyczą przeszłości. Niezależnie od tego, czy myślisz o upomnieniu otrzymanym czterdzieści lat temu od nauczyciela, czy też próbujesz przypomnieć sobie, co zdarzyło się wczoraj wieczorem, wspomnienia odnoszą się do czegoś, co leży poza tobą. A ponieważ przeszłość — co było to było — została nieodwołalnie ustalona, przyłapawszy wspomnienie na tym, że się zmieniło, człowiek jest skłonny uznać je za niewiarygodne. [...] Każde wspomnienie łączy dwa bieguny w czasie. To, co pamiętasz, mogło wydarzyć się wczoraj lub pół wieku temu, ale to, że pamiętasz to wydarzenie, rozgrywa się w czasie teraźniejszym. Przypominasz sobie coś  t e r a z. Wskutek tego w tym wspomnieniu nie tylko pojawia się w chwili obecnej coś z twojego dawnego ja, lecz na odwrót, również do wspomnienia trafia coś z twoich uczuć i myśli z danej chwili. Wspomnienia nie są teczkami dokumentów, które po przejrzeniu wracają do pamięci w takim samym stanie, w jakim z niej przybyły. Zmieniają się w trakcie używania.

*

Do czasu pojawienia się telewizji kolorowej nikt nie miał czarno-białego telewizora — miało się  t e l e w i z o r. Kropka. W sensie filozoficznym telewizja czarno-biała pojawiła się po telewizji kolorowej. Na tej samej zasadzie wielu trzynastoletnich chłopców nie miało surowych ojców, stali się oni surowi dopiero wtedy, gdy zmieniło się podejście do wychowania. Jest to ten sam efekt, który może sprawić, że ktoś przypomina sobie z perspektywy skromne dzieciństwo, podczas gdy wówczas wcale go tak nie doświadczał.

Douwe Draaisma, Fabryka nostalgii. O fenomenie pamięci
wieku dojrzałego
, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.
(wyróżnienie własne)

czwartek, grudnia 11, 2014

1195. Odpuść sobie i... wio!

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Od kilku dni miałam w planie usiąść spokojnie i podelektować się słowem mądrym, przemyślanym, przeżytym, odczutym. Miałam nosa, nie śpiesząc się wcale.

Zadumałam się. Nie, nie jest wszystko jedno, kto we mnie do mnie gada, kto w Tobie do Ciebie mówi.

[G.L.] Co trzeba zrobić, żeby przestać myśleć o sobie jak o maszynie do naprawienia, a zacząć myśleć jak o człowieku, o którego chcę zadbać?

[A.S.] — Przede wszystkim zastanowić się, jak siebie traktuję. Czy jak nauczycielka w szkole, która mnie nie lubiła, czy jak babcia, która umiała pokazać mi moje mocne strony? Na wiele sposobów można na siebie patrzeć i w różny sposób można siebie traktować. To kwestia naszego wyboru. Jeśli chciałabym o siebie bardziej dbać, mogę sobie przypomnieć kogoś, kto mnie kochał i chciał dla mnie jak najlepiej, i pomyśleć, jakiej rady by mi udzielił w danej sytuacji. Co by powiedział, widząc, jak sama siebie traktuję? Albo pomyśleć, jak bym chciała traktować kogoś, kto jest dla mnie ważny. Czym to się różni od tego, jak dbam o siebie?

Agnieszka Serafin w rozmowie z Grażyną Lubińską,
„Odpuść sobie i idź dalej”, Wysokie Obcasy Extra,
nr 10 (31), grudzień 2014.
(też tu... w całości!)

środa, grudnia 10, 2014

2*3*199. Spod znaku iloczynu trzech liczb pierwszych

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

41 i pół roku temu. urodziłam się fizycznie.

pięć lat temu. wskutek mało ciekawych okoliczności, przeniosłam swoje imieniny na inny termin. skończyłam z sierpniowym świętowaniem na rzecz dnia w lutym. dzięki tej przeprowadzce wymieniłam groszek pachnący na tulipany.

dziś. Akuszer. pomógł mi sprowadzić się na świat. w końcu. nareszcie.  j e s t e m.

dziś! świętuję swoje urodziny. Te ważniejsze. najważniejsze!
wkroczyłam w życie ze stópkami w rozmiarze 41.

(wzór kartki)

*

Każde dziecko to problem (dla kogoś).
Nie wiedziałam... do dziś.

***

Suplement [22.12.2014], śniegu na święta nie będzie, więc należy odnotować, że rano opisanego powyżej dnia, spadło pierwsze i póki co jedyne małe co-nieco:

1193. Zajob

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Wiesz, mam lekkiego zajoba na punkcie... — zaczęła Jabłoń.
— Momencik, zajoby masz w życiu różne, ale ustalmy, one nigdy nie są lekkie! — powiedział Króliczek.
     Nie próbowałam dyskutować. Wiedział, co mówi, bo nie licząc ostatniej przerwy, znał mnie przez prawie dwadzieścia lat.

*

Króliczek... pierwsze skojarzenie, jakie budzi, brzmi od zawsze tak:

Dire Straits, Why Worry.

wtorek, grudnia 09, 2014

1192. Mój wewnętrzny Przyjaciel Pies

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wczoraj. Sadownik zaniemógł. Heniutka się pospała. Cisza zakwitła. Dylematy, niepewności, kilka czarnych myśli rozwaliło się na kanapie. Niemoc dopadła i mnie.

Siedziałam i siedziałam, nie robiąc nic. Gapiłam się na ścianę. Siedziałam ze swoim siedzeniem… Przypomniała mi się focia, która dla mnie ma tytuł: Mój wewnętrzny Przyjaciel-Pies i ja.

Dziś. Odgrzebałam. Odszukałam. Już nie zgubię tego zdjęcia. Jaki to ja miałam problem? Wielki wewnętrzny Przyjaciel-Pies na to rzecze: to przed jaką szansą stoisz?

(fot. źródło i wiele innych)

1191. W imię sztuki

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik. Obowiązki studenta wypełniał. Tak się złożyło, że zaraz obok mojej pracy. Myk i po pracy dobiegłam i ja. Za pierwszym okrążeniem samotnie. Za drugim w duecie konsumowaliśmy sztukę. Za trzecim zapisując komentarze. Za czwartym by zapisać imię i nazwisko Autora, który popełnił wiele. Pan Maciej Januszewski i fotka strony z książki, która musiała się znaleźć na tym blogu.

Często dyskutujemy ze Studentem, czym jest sztuka. W rozbieżnościach zwykle znajdujemy podobny kierunek. Wyszłam z tej wystawy z przewróconą do góry nogami wątrobą. Czyli sztuka! Ucieszył się Student. Ucieszył się Sadownik.

Maciej 
Januszewski, coming out 2014

Maciej Januszewski.

Co to jest pies?
Pies to zwierzę, tak jak człowiek
czworonożny przyjaciel.

To znaczy?
Korpus czyli body, cztery kończyny, oczy
paszcza, włosy, nos, zęby no i ogon.

I na tym się kończą
podobieństwa?
Na tym podobieństwa się zaczynają.

logo, najlepsze dyplomy ASP w Warszawie, coming out 2014

piątek, grudnia 05, 2014

1190. W okolicach boga

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Na początku był bogiem. Nie tylko w przenośni. Twórca. Jeden z Pary. Potem też był bogiem. Pokazał wiele niesamowitych światów. Czas płynął i choć w naturalny sposób przestał być najważniejszym mężczyzną w moim życiu, wciąż bogiem był. Do dnia, w którym skłamał w kwestii zasadniczej. Wtedy stał się człowiekiem. Tylko człowiekiem.

*

Nie było nam do siebie przez ostatnie lata specjalnie po drodze. Są rzeczy, które już się nie wydarzą. Ale, ale! Są rzeczy, które dopiero od momentu, gdy stał się człowiekiem, wydarzyć się mogą.

*

Napisał, że w poniedziałek mam zajrzeć do skrzynki pocztowej. Zajrzałam. Rozpakowałam. Odpaliłam. Powoli zaczęłam się zaprzyjaźniać z płytą. Pierwszy, tytułowy utwór pokochałam od pierwszego słyszenia, zrozumienia słów, przepuszczenia ich przez siebie, swoją historię i doświadczenia. Drugi, który Sadownik skwitował jednym słowem „kobiety!”, zakorzenił się we mnie dopiero po kilku dniach. Łomolę…

Senior. Wolę go w wersji człowiek.

Piotr Bukartyk, Kup sobie psa, 2014.

czwartek, grudnia 04, 2014

1189. Reminiscencje zatrzymane w biegu

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mój tata mieszkał na ulicy Dietla w Krakowie — przeczytałam siedząc w pociągu jadącym do stolicy. Przypomniało mi się uczucie nieoczywistości oraz niebagatelne znaczenie czasu w czterowymiarowej przestrzeni. Właśnie na tej ulicy, właśnie w dniu, w którym czytałam te słowa, czyli w niedzielę, jadłam obiad i dwa razy zamawiałam kawę.

Czytając te słowa w pociągu, nie przypuszczałam, że będzie jechał, zamiast nominalnych trzech godzin i jedenastu minut, pięć i pół godziny, racząc mnie polską rzeczywistością XXI wieku. Nie zaświtało mi w głowie, że zamiast być wkurzoną na polskie koleje, będę cieszyć się, że mimo wszystko zdążę być we własnym domu przed północą w niedzielę.

Wracałam do domu i wiedziałam, że doświadczenie Anglika w Nowym Jorku, czy Amerykanina w Londynie jest również moim doświadczeniem, choć moje ciało i umysł ruszyły się tylko trzysta kilometrów na południe. Pojechałam do Kraju. To jest Inny Świat, a jedyne, co łączy tambylców ze mną, to język — mówimy po polsku. W Kraju, jak zwykle, chłonę atmosferę, uwielbiam się włóczyć, choć nie „tą razą” i… myślę dużo częściej o jedzeniu. W Kraju jestem stworzona do jedzenia.

We wspomnianym pociągu, wracając z Kraju do siebie, dzięki opóźnieniu, prawie skończyłam książkę. Jej pojawienie się w moim życiu było dość banalne. Audycja radiowa. Zamówienie. Trzy dni czekania. I była.

To bardzo ważna książka, bardzo ważne rozmowy. Podobnie jak Autor, chciałabym by przeczytało ją bardzo wielu NieŻydów, by te rozmowy usłyszały ich Serca, bo rozum pojąć tego nie może. Imiona… są istotne, ważne, znaczące.

*

Daniel
(ur. 1955)

[Mikołaj Grynberg] A co powiesz mamie o naszej rozmowie?
Powiem, że spotkałem faceta z Polski, z którym opowiedzieliśmy sobie kompletnie różne historie, które były całkiem identyczne. Jak wszedłem do tej kafejki, spojrzałeś mi głęboko w oczy, zanim się sobie przedstawiliśmy. Nie byłem pewny czy to ty, ale to spojrzenie, trwające trochę dłużej niż takie spojrzenia zazwyczaj trwają, było warte mojej półtoragodzinnej podróży na Manhattan.

*

Doron i Roger
(ur. 1961 i 1973)

[Mikołaj Grynberg] Chcę opowiedzieć innym, jak było w naszych domach.
     Roger: Innym Żydom?
Innym ludziom.
     Doron: I co oni mają z tym zrobić?
Przeczytać ze zrozumieniem.

*

Shula
(ur. 1954)

Jeżeli do dzisiaj możemy opowiadać o tym, co nam się stało w Egipcie, to dlaczego nie możemy zajmować się tym, co stało się naszym rodzicom?

*

Steve
(ur. 1955)

Martwię się kierunkiem, w którym zmierza państwo Izrael. Coraz trudniej mi się z nim identyfikować. Kiedy byłem młody, bycie Żydem znaczyło dla mnie bycie blisko innych opresjonowanych ludzi na świecie. Dzisiaj już tak niestety nie jest. Część Żydów zapomniała o tym i stała się konserwatywna, prawicowa i opresyjna. Ciężko mi z tym. Martwię się, że Izrael jest tak silny, że wytrzyma nienawiść wszystkich, ale nie pchnie go to na właściwą ścieżkę.

*

Ela
(ur. 1960)

[…] do dziś jak ktoś mówi: stryjek, szwagier, bratowa… to ja muszę się strasznie skupić i przeliczyć, co to znaczy, bo w moim domu takich słów nie było. Strasznie mi ich brakuje. Czuję, jak bardzo ich nie ma. I denerwują mnie te wszystkie mądrale, które mówią, że nie można tęsknić za czymś, czego się nie znało. Można! Jestem na to dowodem.
     […] Teraz, kiedy mam żydowskiego partnera, mogę o tym mówić, kiedy chcę. W katolickim środowisku pewnych rzeczy nie można powiedzieć, bo albo się kogoś rani, albo jest to niemile widziane, albo po prostu nie wypada. Wojna się skończyła prawie siedemdziesiąt lat temu, ale w naszych domach jeszcze niestety nie.

*

Roz
(ur. 1955)

Moja mama była nadopiekuńcza, a tata był za wolnością. Mówił: „Idź robić błędy, czuj się wolna. Nie daj się zatrzymać przez własne albo cudze lęki”.

Mikołaj Grynberg, Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

*