Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psieChorowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psieChorowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, kwietnia 05, 2019

(3237+1). Po armagedonie

użyłam jak pies w studni.

wtorek. nasprzątałam się w swoim życiu po rewolucjach psiego układu pokarmowego — tak uważałam. o tym, że się myliłam, dowiedziałam się we wtorkowe popołudnie.

środa. nasprzątałam się w swoim życiu po rewolucjach psiego układu pokarmowego — po wtorkowym sprzątaniu miałam prawo tak uważać. o tym, że o sprzątaniu nie miałam wcześniej pojęcia, dowiedziałam się w środę późnym popołudniem, zmywając psią krew.

czwartek. piąta rano. wyję z tęsknoty do własnego starego życia*. przy kawie muszę w końcu coś poczytać, bo zwariuję. nie przenoszę bloga, trafiam na dwa wiersze i chcę z powrotem swoje udomowione dwadzieścia tysięcy bogów, bo suki są przynajmniej dwa razy mądrzejsze i fajniejsze od psów — chcę mojego zdrowego kudłatego anioła, nawet jeśli do całego tego tomiku wierszy mam wiele zastrzeżeń.

samotny pies
idący po rozgrzanym letnim
chodniku
zdaje się mieć w sobie moc
dziesięciu tysięcy bogów.

dlaczego
?

*

psy i anioły nie różnią się specjalnie
od siebie
.

Charles Bukowski, Miłość to piekielny pies, przeł. Leszek Engelking,
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2018.

______________
* życia, w którym czytam, piszę, zagapiam się na świat. a ja dzięki gazecie nie czytam, przenoszę bloga. nie piszę, przenoszę bloga.
     nie czytałam, napisałam kilka słów, nie przenosiłam bloga we wtorek i w środę, sprzątałam po umęczonej, zatrutej czymś suce.

środa, września 09, 2015

1451. O wyższości kaszebskiego weta

Wczoraj rano. Dopadło Heniutkę kudłate zło. Myśli, gdy je; żuje, nie śpieszy się. Mija pół godziny. Psie śniadanko wraca. Za godzinę kolejna próba zaczarowania rzeczywistości. No zje, ale niechętnie, czyli nie lab. Po piętnastu minutach powrót jedzenia. No to wet!

Dwa zdjęcia rentgenowskie, Pan Wet uśmiecha się kaszebsko i pokazując nam sucze słit focie wnętrznościowe mówi:
     
— Noooo, dla weterynarza ze środkowej Polski to mogłoby być zaskakujące, ale tu to norma, szczególnie wśród małych psów. Dziewczyna jest po prostu zapiaszczona.

Dwa zastrzyki — coś rozkurczowego, coś przeciwbólowego. I pięćdziesiątka oleju parafinowego wprost do dzioba.

*

Dziś. Jak cudownie jest widzieć żywego, szczęśliwego psa, tfu… sukę!

Mały piesek. Koń by się uśmiał.

piątek, grudnia 12, 2014

1197. Najukochańsi moi — portret

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ona. spojówkę do psiej pani doktor poniosła.
On. w Jej oku zatrzymany. doniósł Jabłoni o lekarskiej diagnozie.
Altówkowy nos Heniutek na tym zdjęciu ma. To lekarstwo.

środa, maja 21, 2014

1039. Stopniowanie ważności

(wieczorową porą)
Stado
:
(wróciło z dwupaka: wizyty u weta
i pierwszego letniego spaceru na Cytadeli
)

Jabłoń:
Wziąłeś lekarstwo z samochodu?

Sadownik:
(prezentuje na twarzy zdegustowanie pytaniem)
O sobie mógłbym wcale nie pomyśleć,
o tobie mogłoby mi się zdarzyć zapomnieć,
ale o Suce to ja zawsze pamiętam.

poniedziałek, maja 05, 2014

(1018+10). Autoportret

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dwa tygodnie temu — bez dwóch dni — świat przyspieszył. Gromadziłam doświadczenia. Kumulowałam wrażenia. Powoli wysypują się ze mnie. Wróciłam do pierwszego...

Dwa tygodnie temu — bez dwóch dni — w nerwie przyleci, nie przyleci, przyleci trafiła się pewna chwilowa, cudna anomalia. Z samego rana pojechałyśmy z Heniutką do psiego lekarza, by w uszy suce zajrzał. Tramwaj jeden. Tramwaj drugi. Pasy. Światła. I Suka, po zimie z wyprostowanymi zwojami mózgowymi. I ja, nie do poznania przez samą siebie — łagodność na mnie spłynęła i zgoda na to, co jest. Nie to, żebym tego stanu, choć chwilowo, nie doświadczała nigdy, ale dzięki Heniutce poczułam to głębiej niż kiedykolwiek wcześniej. Każdą wolną chwilę w tej medycznej podróży wykorzystałyśmy na naukę i zabawę. Gdy od Wetki wracałyśmy, między jednym a drugim tramwajem, między jednymi a drugimi pasami i światłami, zagapiłam się na jedne z moich ulubionych kwiatów, wyjęłam telefon, focię strzeliłam.

Nie dwa tygodnie temu — bez dwóch dni — ale dziś, wyłowiłam tę focię, patrzę i myślę sobie, że przy okazji, poza wspomnieniem, poza doświadczeniem niebywałej łagodności, poza poznaniem drogi, którą do tego stanu można dojść, mam jeszcze fajny autoportret Jabłoni.

poniedziałek, grudnia 09, 2013

917. Tracił dziewictwo na fejsie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik:
Po raz pierwszy w życiu zrobiłem TO!

Jabłoń:
Co?

Sadownik:
Zajrzyj na fejsa.

Jabłoń:
(zaryła w ryjownik)
Dzięki!

Sadownik:
(zrobił TO, czyli udostępnił informację o bazarku dla NORDa)

Jabłoń:
(choć zrobiła TO wcześniej, pozostaje w zachwycie,
że tylu dobrych ludzi licytuje, by wygrać szansę
na zdrowie dla Mistrza, który w psiej potrzebie
)

*

Jeśli masz psa, zajrzyj na Bazarek,
wielu mądrych psiarzy oferuje piękne rzeczy i psie usługi.

Jeśli będziesz miał psa, zajrzyj na Bazarek,
wielu mądrych psiarzy z całej Polski poznasz bez wychodzenia z domu.

Licytujemy do 23 grudnia.

(fot. Wiktoria Morawiec)

piątek, sierpnia 10, 2012

(523+2). Chwytem za serce weź sobie co chcesz

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

To jednak nie wirus...

*

Apteka. Nie lubię jej. Jest jednak jedyną na trasie wet-dom, a pies bez zachwytu drobi kroczki. Postanawiam. Wejdę z Henią. Jak nas pogonią, to sobie ostentacyjnie pójdziemy. W końcu jest koń-kurencja, czy nie? A tu o sprawę zwierza w końcu chodzi. Tabletki potrzebne są nam dopiero na wieczór. Wchodzimy. Cisza. Podchodzimy do okienka. Zero protestu. Heniutka pomimo kiepskiego samopoczucia postanawia chwycić panią farmaceutkę za serce, siada grzecznie przy nodze. Podaję pani receptę z zielonym paskiem. Pani czyta i chwyta za serce mnie:
     — Czy to pacjentka? — pyta patrząc na Sierściuszka.
     — Tak — odpowiadam i myślę, że może nawet polubię tę aptekę.
     — Śliczna jest — powiedziała ceutka odchodząc po tablety.
     — Teraz już tylko marzymy o tym, by ślicznie się czuła.

*

A jak już będziesz ślicznie się czuć Henrietto, to sobie ślicznie poćwiczymy... rozmarzyłam się... taaaaakie ślicznie smaczne smakołyki Ci przygotuję!

środa, sierpnia 08, 2012

523. Wirusy sierpniowe

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wirus jelitowy... dopadł Heniutkę. Od poniedziałku każdy ranek rozpoczynamy wizytą u weta. Przypominamy sobie szczenięce psie miesiące, gdy tydzień bez wizyty u weta był tygodniem straconym. To wszystko, to naprawdę nic. Prawdziwa masakra to smutny labrador, który całą swoją twarzą przeprasza, że nie zdążył poinformować, że biegunka chce na dwór. Sprzątam, zmywam a Kudłata skrzętnie asystuje z przeraźliwie smutnym pyskiem pełnym wyrzutów psiego sumienia. To nic, Heniutkuś, to nic... powtarzam na głos do znudzenia, wierząc, że zrozumie. Jesteśmy o jedną kupę bliżej normalności.

*

Wirus głupoty... dopadł Jabłoń. Wykształcenie. Nie pomaga. Doświadczenie stąd i stamtąd. Nie pomaga. Kampanie społeczne. Nie pomagają. Liczby. Nie pomagają. Kalendarz. Nie pomaga. Pomogło stwierdzenie: „a samochód przegląd techniczny ma co rok”. To był argument. Przecież nie chcę być dla siebie, dla Sadownika, dla przyjaciół mniej warta niż niebieska Bawarka. Dojrzałam i postanowiłam wyleczyć się z ryzykownej głupoty. Ze wspomnień okazjonalnych wizyt lekarskich wyłowiłam twarze, klimat, sposób zadawania pytań... Tak! Że ja wcześniej na to nie wpadłam. Ta jedna Pani była dokładnie taka, jakiej chcę: ciepła, skrupulatna, delikatna i, co ważne, będzie wiedzieć z autopsji, jak to jest posuwać się w stronę dojrzałych, przejrzałych, nadgryzionych zębem czasu kobiet — będziemy się razem z tego śmiać. Zapisałam się na wizytę. W przeddzień wizyty komplet snów o umieraniu miałam. Rano zobaczyłam, że w zasadzie to już jesień idzie, bo topole zaczęły gubić liście. Podręczyłam się fatalizmem, że to musi coś znaczyć, skoro właśnie tego dnia to zauważyłam. Poszłam na przegląd techniczny podwozia. Pani Doktor zapytała: „co się z panią działo przez ostatnie lata?”. O głupocie jej opowiedziałam. O postanowieniu, że nie chcę już nigdy aż tak. O strachu, że cały ten rozkoszny sprzęt może chcieć mnie porzucić. Cudna Pani Doktor uśmiała się serdecznie i stała się moją pierwszą ulubioną panią mechanik. Pogoniła mą głupotę. Wzięła w karby mą wyobraźnię. Zbadała i powiedziała, jeśli nic nie będzie się działo: „widzimy się za rok”. Taki mam plan, pani Doktor, taki mam plan. O jeden krok bliżej normalności.

*

Wirus tęsknoty... na Przedmieściach Krakowskich plenerowa wystawa Ja Motocyklista, co me myśli gorączką rozpaliwszy ku przyszłości gna. Ku przyszłości bliższej, czyli za 11 dni, gdy chudy Sadownik powróci do domu. Ku przyszłości dalszej, gdy do poniższych zdjęć dodam własne — po lewej Sadownik, przyjaciel, kochanek, mąż; po prawej Motocyklista... albo odwrotnie. Receptę na tęsknotę wypisałam sobie sama... postanowiłam umówić się na randkę z moim Motocyklistą in spe... na najbliższy z możliwych terminów.

Ja, motocyklista, kampania społeczna.

wtorek, stycznia 18, 2011

168. Nareszcie zeżarła!

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Od czasu jak choruje, Heńka łaskawie, z dobroci serca, w drodze wyjątku, zjadała co najwyżej ¼ dobowej porcji. Nie pomagało dokładanie dodatkowego mięska. Wzięliśmy się dzisiaj na sposób biorąc pod uwagę fakt, że pewne zachowania Niuty (skrót od Heniuty) pozostały jednak niezmienione chorobowo.

Otóż, nawet jeśli w najbardziej odległym zakątku Przytuliska śpi Kudłata snem sprawiedliwych, to i tak nie ma to żadnego wpływu na jej reakcję na dźwięk rozpoczynającego się rytuału --- „oddech” otwieranego jogurtu. Jeśli bowiem w drugim końcu naszego lokum otwierany jest pojemnik zawierający jogurt czy śmietanę, Kudłata w tempie natychmiastowym wyrywa swą duszę ze snu, zrywa się na równe nogi i melduje swój pysk na posterunku, pół metra od szczęśliwca trzymającego w dłoniach jogurtowy pojemniczek. Siada prezentując najszlachetniejszą formę siadu psiego. Konsument pałaszuje powolutku, łyżeczka za łyżeczką, zostawia jednak trochę na dnie, by na koniec dać Heńce do wylizania. W ten sposób następuje przemiana śliniącego się psa, który o dziwo umie skupić swoją uwagę na jednym punkcie przez dłuższą chwilę, w psa szczęśliwego do granic możliwości.

Dziś rano zmądrzeliśmy. Zamiast łyżki twarogu, do karmy dodaliśmy tylko pół, dokładając za to dwie łyżki jogurtu naturalnego i… łyknął Potwór haczyk. Po raz pierwszy od przeszło tygodnia zobaczyliśmy lśniącą pustkę w misce. Widok wyborny!

czwartek, stycznia 13, 2011

165. Pies nadziewany empirią (przepis)

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Poniżej zamieszczam przepis na psucie psa, wypróbowany w dniu wczorajszym. Bardzo dobry, skuteczny przepis. Palce lizać!

Składniki:
1 pies niezepsuty, ciężko chory, niejedzący
30 dkg empatii w aerozolu
½ kg pasty z suszonego strachu
1 łyżka musu z musienia (ten słoiczek z etykietką musi)
4 żółtka
2 parówki z indyka
½ wędzonej makreli
cztery szczypty desperacji

Niezbędne „sprzęta”:
Partner, który był z psem u weterynarza
2 działające telefony
1 działająca, mądra weterynarka

Sposób przyrządzenia:
Rozpylić w pomieszczeniu zamkniętym empatię. Wdychać głęboko. Natrzeć własne ciało pastą z suszonego strachu. Posadzić owo ciało na krześle na pół godziny by skruszało. Następnie należy wykonać telefon do partnera i poinformować, że pies nic nie je. Partner wykonuje telefon do lecznicy. Oddzwania i informuje, że pies musi coś zjeść i należy stanąć na uszach tj. wykorzystać wszystkie niezbędne smaki i zapachy by uprosić psa do przełknięcia pokarmu.

W akcie desperacji podać psu wędzoną makrelę. Pies powinien się ożywić wskutek podrażnienia jego delikatnego podniebienia nowym smakiem. 2 żółtka wymieszać z pokrojonymi w drobne kawałki parówkami. Podać psu, kulinarnie tzn. nadziewać psa dobrze wymieszanymi żółtkami z kawałkami parówek. Pozostawić psa w błogostanie na trzy godziny. Wyjść z domu. Wrócić po upływie kolejnych czterech godzin i dowiedzieć się, że partner przekupił psa kolejnymi dwoma żółtkami, by pies łaskawie wepchnął w siebie ¼ dziennej porcji karmy. Odłożyć psa na kolejnych kilka godzin, najlepiej na całą noc. Rano, przy misce z psią karmą powinien zameldować się kudłaty osobnik ze zdziwieniem i dezaprobatą w oczach. Bo niby dlaczego ma jeść psie żarcie, skoro jako pies zepsuty smakami ludzkimi jest otwarty na nowe doświadczenia: kurczaka w potrawce, pizzę, zawijane zrazy wołowe itd. --- może być każde danie, podawane nawet w porządku alfabetycznym dowolnej, szanującej się książki kucharskiej, byle gruba była.


Dziś rano rozmawialiśmy z Sadownikiem, że z chorymi dziećmi to doświadczenie musi być milion razy silniejsze. Po prostu człowiek rzuca wszystko, świat się zatrzymuje i przestaje kompletnie się liczyć... czasem pozostaje tylko modlitwa... pełnowymiarowa masakra. Oboje stwierdziliśmy, że chory pies to dla nas wystarczająco duże wyzwanie. Chylę czoła przed Rodzicami chorych dzieci.

środa, stycznia 12, 2011

164. Pies to wyrok, ale dziecko to dożywocie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wiele razy, z przymrużeniem oka, żartowaliśmy sobie na temat wyższości posiadania psa nad „posiadaniem” dziecka. Pomińmy dwie kwestie ideologiczne: (1) że według mnie dziecka nie można „posiadać” oraz (2) obrazę majestatu tych, którzy nie wyobrażają sobie, jak w ogóle można porównywać psa z dzieckiem (które najwyższym dobrem wszak jest np. narodowym). Są tacy co porównują i są tacy co „posiadają” dzieci — taki urok tego przebrzydłego Świata. Pomińmy ontologię i… co wychodziło do tej pory?

Posiadanie suńki miało tę wyższość, że:
     — nigdy nie powie, że tej obroży (sukienki) absolutnie nie założy na spacer;
     — nigdy nie będziemy chodzić na wywiadówki;
     — nigdy nie zaćpa, nie zapije (nawet eksperymentalnie);
     — nigdy nie będzie nam opowiadać, jak bardzo zmarnowaliśmy jej życie;
     — nie będzie kląć w naszym towarzystwie na marność życia jako takiego;
     — nigdy nie przyprowadzi faceta, informując nas, że to jej mąż — wiadomym jest, że przynajmniej Sadownikowi mógłby ów pan nie odpowiadać.

Należy uczciwie dodać, że dziecko do dzisiaj rano miało tylko jedną przewagę nad psem:
     — w większości przypadków przeżyje rodziców, co uwalnia ich od przeżywania traumy, żałoby i niepozbieraniaSięNigdyDoKońca po stracie dziecka.

Biorąc psa podpisaliśmy na siebie wyrok, że będziemy mu towarzyszyć, gdy będzie odchodził z tego Świata… a to zmusi nas do pławienia się, czy tego chcemy czy nie, w różnych uczuciach i emocjach.

Dziś nasza Suńka w meczu z dzieckiem strzeliła sobie samobója. Okazało się, że dziecko ma jeszcze jedną przewagę nad psem. Gdy dziecina jest już dostatecznie duża, można jej powiedzieć, że musi połknąć tabletkę. Mówienie do Heńki pełnymi zdaniami nigdy nie przynosiło skutku. Raczej służyło poprawianiu nastroju osobie, która miała potrzebę sobie pogadać. Zamiast perswazji słownej używaliśmy bardzo skutecznej przynęty: serek, parówka, kiełbaska. Dziś Kudłata była rano w tak nędznym stanie, że nawet parówka bez tabletki w środku była jedynie powąchana i to tylko po to, aby nie robić nam przykrości. Opadają nie tylko ręce, ale i łapy…

wtorek, stycznia 11, 2011

162. Nowa sztuczka Heńki

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Od wczoraj wiemy, że Kudłata jest chora. Przyszły wyniki badań materiału oddanego w piątek. Heńka ma lambliozę. Dlaczego muszę uczyć się znaczenia słowa określającego tę chorobę? Mogłabym przecież przeżyć całe życie nie umiejąc wymówić nazwy z dwoma „l”, z których drugie jest w dziwnym miejscu. Naprawdę mogłabym. Słowo honoru. Internetowy „dokształt” już zrobiony. Przeczytałam właśnie w sieci, że jest to choroba brudnych rąk… chyba prawdopodobieństwo zachorowania rośnie, gdy zamiast dwóch rąk ma się cztery łapy i pysk szukający śmierdzących, zepsutych rzeczy. Marudziłam wczoraj w kwestii sierści? Głupia byłam.

Tak czy inaczej to paskudna sprawa. Teraz siedzimy troszkę jak na minie, bo może i my to mamy. Sadownik potwierdza swój optymizm uwagą, że nie mamy żadnych objawów. Ja ciut pesymistycznie myślę, że może wcale nie trzeba ich mieć. Może mamy przewody pokarmowe z nierdzewnej blachy --- w końcu to ja najczęściej gotuję a oboje wciąż żyjemy. Ogłupiona jestem strachem.

Z chorowaniem Heńki wiąże się dzisiejsze, poranne odkrycie, świadczące o tym, że Kudłata rozwija się prawidłowo. Jeszcze wczoraj bez problemu jadła tabletki. Dziś wepchnęłam no-spę w kawałek parówki i podałam Sierściuchowi. Mocno się zdziwiłam. Zamiast szybkiego połknięcia zakończonego mlasknięciem i rozsiadającym się na pysku szczęściem, zobaczyłam jak Heńka ułożyła się w zacisznym miejscu pokoju, żuła, żuła i żuła… aż się zainteresowałam. Patrzę na potwora a Ona w pewnym momencie skończyła przeżuwanie, oblizała się i popatrzyła na mnie ze znakami zapytania w oczach: czy ja przypadkiem głupia nie jestem. Między łapami, na podłodze, leżała… wypluta tabletka. Głupia będę wierząc, że jeszcze kiedyś ją oszukam.

czwartek, lipca 29, 2010

28. Koniec rasowych problemów…

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

…które miał rasowy Pies z Jabłonią.

Jabłoń czytać umie. Ma na to nawet potwierdzenie w postaci kilku papierów. Ma również papier na czytanie ze zrozumieniem. Papier papierem a życie życiem i za głupotę pani zapłacił pies.

W instrukcji obsługi szczeniaka stoi jak wół „często zaglądać w uszy, czyścić gdy trzeba”. Pani „Hodowlarka” powiedziała, że pierwszy raz dobrze jest to zrobić u lekarza weterynarii. Taki właśnie był plan Dwunożnych Stada — zrobić to przy drugim szczepieniu, ale sama wizyta Stada (pierwsza) u weterynarza była tak emocjonująca, że z wrażenia Jabłoni się zapomniało. Zapomniało się na amen, bo amnezja objęła również procedurę kontrolnego zaglądania do uszu. Skleroza trzymała wszystko w szachu do czasu, gdy dziewczynka głośno poskarżyła się własnemu Życiu.

W zeszłym tygodniu, Jabłoń usłyszała użalanie się Kudłatej nad samą sobą. Im bardziej psina drapała ucho, tym bardziej narzekała. Jabłoń zajrzała i przeraziła się… głupota Mamusi zakwitła w psich uszach wielkimi krwawymi ranami.

W czwartek poszła Jabłoń z biedną Kudłatą do pana weterynarza. Kudłata, jak to ona, widziała tylko same plusy. Pan Wet wytarmosił czule, dał buziaka w samo rozejście się kuf pod nosem (Jabłoń od patrzenia na to przekręciło na lewą stronę, uwielbienie psów uwielbieniem, ale wszystko ma swoje granice), troszkę męczył uszy, ale potem… ach, potem… dał całą garść smakołyków… jeden dał trzymając go w ustach (znów przekręciło Jabłoń z lewej na prawą) — dziewczę pierwszy pocałunek ma już z głowy. Gdy z Jabłonią wychodziły z gabinetu, mijając się z kolejnym pacjentem, Kudłata zrobiła trzy kroki do przodu i… wyrwała się do tyłu z powrotem do gabinetu. Grunt to mieć dobre, świeże wspomnienia. Pana Weta tak to rozczuliło, że wyjął jeszcze kilka smakołyków.

Uszka poszły na kontrolę w ostatni poniedziałek, przy okazji trzeciego szczepienia. Dwunożni pobrali lekcję czyszczenia uszu psu, zamówili odpowiedni płyn i sprawa szczęśliwie dobiegła wczoraj końca, gdy wieczorem Sadownik z dzielną Henią odebrali specyfik. O czym, z przyjemnością, donosi skruszona Jabłoń.