Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mojeTęsknoTY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mojeTęsknoTY. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, stycznia 12, 2015

1226. Kręte drogi sensu

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wieloma drogami doszłam do dzisiejszego poranka. Poranka co odkryciem był, że znów chcę za szybko, zbyt wiele i w zbyt krótkim czasie. Odkryłam, że wolniej znaczy lepiej, zdrowiej, ale i paradoksalnie szybciej. Noooo, to  w o l n i e j!

Droga №1. Po skończeniu Kapitana rozmawialiśmy z Seniorem i zgadało się na temat książki Teligi. Mógł i chciał Senior pożyczyć, ale zapragnęło się przeczuciu — twierdzącemu, że to ważna książka — mieć swój egzemplarz. Sadownik nabył. Jabłoń czekała. Przesyłka była dwa razy droższa od książki. Zostawiłam sobie historię tego rejsu na świąteczny czas.

Droga №2. Kradnąc wrażenia na skraju krainy OZ, dotarło do mnie kilka myśli, które tylko pozornie z drogą pierwszą nie mają nic wspólnego. Kilka kwantów gapienia się i dwa niebagatelne odkrycia.

Po pierwsze, jeśli człowiek chce czegoś dokonać, ziścić jakieś marzenie lub zrealizować jakiś plan, to jest jak w banku, że będzie to wymagało więcej niż osiem godzin dziennie przez dłuższy, niż myśli on, czas. Przestało być kwestią, że może tylko mi rzeczy ważne zajmują czas i czas, i jeszcze więcej czasu.

Po drugie, mając chwilowy kontakt z człowiekiem egzotycznym, czyli takim co o popowskich poziomach rzeczywistości najprawdopodobniej nie wie nic, zatrzymało mnie na wiele dni, jak ważnym jest, by każdego dnia na swej drodze coś w „uzgodnionej rzeczywistości” zrobić, kwity uporządkować, liczby dodać, telefon wykonać, i te pe, i te de. Gdy tylko tego, oczywistego dla innych, odkrycia dokonałam, dodałam do swojej codziennej marszruty punkt: „codziennie jedną rzecz w URze zrobić” i robię — magia, normalna magia, tylko na oko wyglądająca na przyziemną. Żeby sprawa była jasna, dla Sadownika to żadna nowość i żadne odkrycie.

Droga №3. W Nowy Rok przeczytałam i zaraz o Zazoo i Onemu pomyślałam:

Spotykani ludzie urastają do wymiarów nowo odkrywanych wysp na bezmiarze życia.

Leonid Teliga, Samotny rejs „Opty”,
Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1976.

Uśmiechnęłam się do tych słów, a potem przypomniało mi się, gdy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, że ludzie są dla mnie planetami.

Zanim jednak dotarłam do powyższego cytatu, najpierw zobaczyłam, że i Teliga drogę numer dwa na swoje potrzeby odkrył:

[z listu do brata Stanisława, w roku 1945] […] często szukamy wytłumaczenia dla samych siebie, kiedy coś nam nie wychodzi, przyznajemy winę sobie. Gdy patrzymy na ogrom pracy czekającej na nas, bledniemy. […] Można czasem zblednąć, gdy widzi się stos spiętrzonych myśli i nie wykonanych jeszcze zadań. Teraz robię inaczej. Robię cokolwiek, a po pewnym czasie patrzę Oho! Coś zrobiłem, znaczy — czas nie został stracony.

Leonid Teliga, Samotny rejs „Opty”,
Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1976.

Droga №4. Podjęta po przerwie na źle i gorzej. Dziś rano przy kawie, Sadownik o ludziach, którzy sercem wybierali, czytał mi na głos. Gdy Pan Ciasteczko ruszył do swych obowiązków, podeszłam do regału z płytami. Wyjęłam staroć nad starociami, guzik plej wcisnęłam i usłyszałam sercem słowa:

No matter how you try to
You can't explain
The places you find love
I can't explain it, but I can feel it
All around me

[…]
Remember in a flash the feeling can hit you
After all the times that it missed you
Reaching deep inside to find your secret heart

Barbra Streisand, The Places You Find Love
z albumu Till I Loved You, 1988.

środa, lutego 05, 2014

(952+1). ...

poczekaj,
zatrzymaj się,
obserwuj.

coś przyjdzie,
pojawi się,
wyłoni się z tła,
zadziwi Cię,
bogactwo swe odsłoni.
na pewno!

*

I chyba właśnie za to najbardziej kocham psychologię procesu.

czwartek, sierpnia 01, 2013

812. Słomiana wdowa sumuje

Zgrabna transformacja reguły „dziel i rządź” w „dziel i dasz radę!":

4 dni sama.
6 dni na psim obozie.
4 dni sama.
2 dni na psim seminarium i...
znów będziemy całym Stadem!

Fajnie jest tęsknić za własnym, niezwykle zwykłym, ale i zwyczajnie niezwykłym, mało wakacyjnym życiem...

poniedziałek, marca 18, 2013

698. O tęsknocie nie wprost

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przychodzi taki moment w delegacyjnym życiu, że połączenia telefoniczne zamiast poskramiać tęsknotę, już tylko ją wzmacniają. Przyszedł wczoraj wieczorem...

Żona Motocyklisty:
Wracaj już, śnieg schodzi,
będzie można jeździć Motongiem.

Sadownik:
Wiesz, to jest argument, żeby do ciebie wrócić.

(słyszeli swoje uśmiechy na twarzach)

sobota, lutego 23, 2013

(671+6). [...]

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jet lag mnie trzyma drugi dzień. Nie jest związany z przekraczaniem stref czasowych, ale mentalnych i uczuciowych. Wróciłam, ale moja Dusza jeszcze nie...

*

Konklawe... się szykuje. Sprawdziłam, czwarte podczas mojego życia. Rok, w którym było ostatnie (2005), był rokiem niesamowitych, pozytywnych zmian w naszym życiu. Pierwsze dwa (1978) też odbyły się w roku, w którym wszystko w mym, wówczas młodziutkim, życiu zmieniło tory i kierunek. Może zgeneralizować by tak? Dusza Sadownika ma na to chęć. Moją trzeba będzie zapytać, jak już wróci.

środa, lutego 20, 2013

(671+5). Kończąc Inny Sen

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wypiliśmy dzisiaj ostatnią kawę w kawiarence, w której lubiliśmy robić przerwę w naszym włóczeniu się dla samej przyjemności włóczenia się po uliczkach, gubienia się w zaułkach i odnajdowania na różnych placach. Pani pożegnała nas jak zwykle zwyczajowo przyjętą frazą. Z nadzieją na spełnienie tych słów odpowiedzieliśmy tymi samymi. ¡Hasta luego!

*

Kudłatej zawieziemy w prezencie kolejne piękne imię, podarowane przez Bliźniaczą Liczbę, a przeze mnie tylko zapamiętane. Brzmi niczym bogini.

niedziela, lutego 10, 2013

671. Kudłate ferie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Masz dziecko z tendencjami do tycia. Twój wybór to:

Opcja A. Dziecko na ferie oddać babci. Wiadomo, kochać będzie bezgranicznie. Karmić. Skarmiać. Wciskać jedzenie też. Chipsami będzie rozpieszczać, a i batoników kupi całe kilogramy, bo babcie jak powszechnie wiadomo od kochania są, nie od wychowywania...

Opcja B. Dziecko na ferie wysłać na obóz. W stadzie dzieci będzie trochę samopas puszczone, bo uwaga pani wychowawczyni będzie rozkładała się na naście, dwadzieścia sztuk nieletnich. Nie domyje się. Może w brudnych majtkach będzie spało. Może nie doje. Trochę strach, bo czy bez naszej miłości latorośl da radę w nowej sytuacji się odnaleźć, czy w grupie rówieśniczej się odnajdzie. Może serce mu z tęsknoty pęknie...

Wybór?

***

Posłanie, jedzenie, klatka, uszne medykamenty w razie czego, książeczka zdrowia spakowane były od rana w pakiecie z Sierściuszkiem. Dziś rano Henia pojechała z Altówkami na psie ferie na ich wieś, na dwanaście dni. Przy zdrowych zmysłach trzyma mnie tylko to, że wiem dokładnie, gdzie Henia pojechała, mam ogromne zaufanie do mądrych serc Altówkowych i pamiętam, że Henia tam na wsi ma serdeczną koleżankę i fajne psie towarzystwo.

*

Cisza. Zadziwiająca. Dźwięku lizanych łap brak. Nikt nie poprawia sobie futerka. Ciężaru psiej łapy nie czuję na stopie, gdy obieram jajko na twardo. Żadne psie oczy nie patrzą na mnie. Kudłate ciało nie podrywa się, gdy podnoszę się z krzesła. Na wieczorny spacer nie idziemy. Zadziwia mnie pustka tą ciszą malowana. Nie pamiętam już życia bez psa, bez Heni. Przytulisko też nie pamięta.

*

Wylatujemy jutro. Do Stada Bliźniaczej Liczby. Po raz pierwszy w życiu będziemy z Sadownikiem siedzieć w tym samym samolocie. Ciekawe, kto dostanie miejsce przy oknie, Matka w wersji tęskniącej?

czwartek, stycznia 24, 2013

655. Miłość, śnieg i bose stopy

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
Tęsknię za Tobą…

Sadownik:
Śpię z Tobą, gadam z Tobą,
psa Ci wyprowadzam…
nie przesadzasz troszeczkę?

(ubawiona sierściuchowym argumentem)
Jabłoń:
Śpisz. Gadasz. Wyprowadzasz. Fakt.
(po chwili)
Tęsknienie to nie zarzut.
To bardzo miłe tęsknić za Tobą
i wciąż nie mieć Cię dosyć.

*

A śnieg pada i pada… Im więcej go jest, tym większy staje się cud, jakim są bose stopy sunące wieczorem z łazienki do sypialni.

niedziela, grudnia 23, 2012

633. Mleczna Droga Świąt

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Między wieloma Gwiazdkami. Chleb krytyką smarowany co dnia. Może miała hartować. Mobilizować, by starać się nie ustawać, być lepszym i coraz lepszym. By umieć. Radzić sobie. Stać się kimś. Uodpornić organizm na porażki. A gdy te przyjdą zmienić. Poprawić. Ulepszyć. Osiągnąć. Spełnić oczekiwania. Maksymalizować. Niedościgniony ideał gonić. Kto wie, może wtedy?

*

Na chwilę przed moją 40. Gwiazdką w życiu, w przerwie przed ostatnimi zajęciami w tym roku kalendarzowym na kawie byłam. Przez okno od samej ziemi do samego nieba na opustoszałe ulice stolicy patrzyłam. W fotelu ja między świąteczną ziemią a niebem bez obsesyjno-kompulsywnej potrzeby naprawiania świata. Zatrzymałam się, by po prostu cieszyć się świątecznie życiem. To będzie najlepsza Gwiazdka w moim życiu...

Carol of the Bells.

piątek, grudnia 21, 2012

631. Pastereczki wychodne

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(w korytarzu Przytuliska stopy w buty próbują trafić,
Heniutkę rozpiera szczęście perspektywą spaceru karmione
)

Sadownik:
(do Heni)
Żeby sprawa była jasna, Sierściu,
twoja Pańcia wcale z tobą nie idzie.

Jabłoń:
Tak, Heniu, teraz Pan jest twoim Pasterzem.

(wyszli; Henia z Panem na spacer,
Jabłoń na pogaduchy przy kawie
)

*

(po kilku godzinach, gdy Jabłoń w wersji Pastereczka 1.0 wróciła do domu)

Jabłoń:
(do Sadownika słodkim, wypoczętym głosem)
Wiesz, uwielbiam wracać do domu z pogaduch,
taka stęskniona Ciebie.

Sadownik:
I dobrze, że tęskniłaś. Źle by było, gdybyś na tej kawie
nic nie robiła, tylko odpoczywała.

środa, sierpnia 08, 2012

523. Wirusy sierpniowe

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wirus jelitowy... dopadł Heniutkę. Od poniedziałku każdy ranek rozpoczynamy wizytą u weta. Przypominamy sobie szczenięce psie miesiące, gdy tydzień bez wizyty u weta był tygodniem straconym. To wszystko, to naprawdę nic. Prawdziwa masakra to smutny labrador, który całą swoją twarzą przeprasza, że nie zdążył poinformować, że biegunka chce na dwór. Sprzątam, zmywam a Kudłata skrzętnie asystuje z przeraźliwie smutnym pyskiem pełnym wyrzutów psiego sumienia. To nic, Heniutkuś, to nic... powtarzam na głos do znudzenia, wierząc, że zrozumie. Jesteśmy o jedną kupę bliżej normalności.

*

Wirus głupoty... dopadł Jabłoń. Wykształcenie. Nie pomaga. Doświadczenie stąd i stamtąd. Nie pomaga. Kampanie społeczne. Nie pomagają. Liczby. Nie pomagają. Kalendarz. Nie pomaga. Pomogło stwierdzenie: „a samochód przegląd techniczny ma co rok”. To był argument. Przecież nie chcę być dla siebie, dla Sadownika, dla przyjaciół mniej warta niż niebieska Bawarka. Dojrzałam i postanowiłam wyleczyć się z ryzykownej głupoty. Ze wspomnień okazjonalnych wizyt lekarskich wyłowiłam twarze, klimat, sposób zadawania pytań... Tak! Że ja wcześniej na to nie wpadłam. Ta jedna Pani była dokładnie taka, jakiej chcę: ciepła, skrupulatna, delikatna i, co ważne, będzie wiedzieć z autopsji, jak to jest posuwać się w stronę dojrzałych, przejrzałych, nadgryzionych zębem czasu kobiet — będziemy się razem z tego śmiać. Zapisałam się na wizytę. W przeddzień wizyty komplet snów o umieraniu miałam. Rano zobaczyłam, że w zasadzie to już jesień idzie, bo topole zaczęły gubić liście. Podręczyłam się fatalizmem, że to musi coś znaczyć, skoro właśnie tego dnia to zauważyłam. Poszłam na przegląd techniczny podwozia. Pani Doktor zapytała: „co się z panią działo przez ostatnie lata?”. O głupocie jej opowiedziałam. O postanowieniu, że nie chcę już nigdy aż tak. O strachu, że cały ten rozkoszny sprzęt może chcieć mnie porzucić. Cudna Pani Doktor uśmiała się serdecznie i stała się moją pierwszą ulubioną panią mechanik. Pogoniła mą głupotę. Wzięła w karby mą wyobraźnię. Zbadała i powiedziała, jeśli nic nie będzie się działo: „widzimy się za rok”. Taki mam plan, pani Doktor, taki mam plan. O jeden krok bliżej normalności.

*

Wirus tęsknoty... na Przedmieściach Krakowskich plenerowa wystawa Ja Motocyklista, co me myśli gorączką rozpaliwszy ku przyszłości gna. Ku przyszłości bliższej, czyli za 11 dni, gdy chudy Sadownik powróci do domu. Ku przyszłości dalszej, gdy do poniższych zdjęć dodam własne — po lewej Sadownik, przyjaciel, kochanek, mąż; po prawej Motocyklista... albo odwrotnie. Receptę na tęsknotę wypisałam sobie sama... postanowiłam umówić się na randkę z moim Motocyklistą in spe... na najbliższy z możliwych terminów.

Ja, motocyklista, kampania społeczna.

sobota, lipca 28, 2012

518. Z punktu A do punktu B w bezruchu

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Punkt A: W jednym z hipermarketów akcja, rodem ze szkolnego radiowęzła, „więcej szacunku dla kobiet w ciąży”. I ta akcja mnie oburza. Prostacka. Ukierunkowana na produkt społecznopodobny nędzniejszy od najgorszej PRL-owskiej czekolady. Nie lubię robić niczego na pół gwizdka. Oburzam się na maksa, choć gdzieś z tyłu głowy kolebie się myśl, by to oburzenie Żonie Oburzonej zostawić.

Pytam, po co takie półśrodki?
Dlaczego nie promować więcej szacunku dla ludzi?
Odrobinę empatii dla tych co obok, bez względu na płeć i stan umysłu?

Bo jeśli trzeba być w ciąży, by szanowano człowieka, to ja bardzo dziękuję... przecież to tylko dziewięć miesięcy. Jak ma się czuć Obywatel Sadownik, co nawet tak krótkotrwałej szansy na szacunek nie posiada?

*

Punkt B: Może i moje oburzenie jest całkiem przesadzone i wynika wprost z mego patologicznego zaburzenia osobowości jako matki kudłatej. Ucieszyłam się niezmiernie, gdy dojrzałam, że jest ono wynikiem tylko marnej podróby myśli Człowieka, co sercem samym był. Na stacji Metro Świętokrzyska jeszcze można oglądać prace finałowe konkursu zainspirowanego Jego słowami: „nie ma dzieci, są ludzie”. Gdyby okazało się, że me oburzenie sens punktu A przesłoniło, to śpieszę z wyjaśnieniem. W punkcie A chodziło mi właśnie o to, o czym w punkcie B było.

***

Bonus: Gapiłam się i czułam jak za trzewia mnie łapią... w zamyślenie, tęsknotę i uśmiech wpędzają... przedstawione tam prace. Małą dziewczyneczkę we mnie zachwycił poniższy dyptyk autorstwa pani Marty Ignerskiej. Właśnie takiego, wielkiego mądrością, psa ona chce mieć! Nie, nie takiego — poprawia mnie — jej pies będzie na luźno zwisającej smyczy chodził.

środa, grudnia 21, 2011

396. Siedemdziesiąt dwa tysiące sekund

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Do rozpoczęcia dziesięciodniowego świętowania zostało nam 20 godzin. Jak zwykle jestem pełna nadziei... wybieram książki, planuję, wszystko przede mną --- literki, spacerki i ludzie.... ludzie, spacerki, literki.

Wyjęłam i tą, która specjalnie na świąteczny czas czekała. Pijąc dzisiaj kawę, smakowałam perspektywę nadchodzących dni, nadchodzącego roku. Wróciłam do przeczytanego tekstu teraz i poruszona słowami:

Every blade of grass has its Angel that bends over it and whispers, “Grow, grow”. (The Talmud)

J. Cameron, The Artist’s Way,
Pan Books 1998.

...nie śpieszę się. Chłonę każdą z minut, które składają się na wspomniane 20 godzin. Poza Wigilią, to dla mnie najpiękniejszy czas rokrocznie w grudniu. Coś we mnie już świętuje i szepcze: źdźbłem... bądź... koniecznie...

_______________________
Każde źdźbło trawy ma swojego Anioła, który pochyla się nad nim i szepcze „Rośnij, rośnij”. (Talmud)

środa, grudnia 07, 2011

(381+1). Słomiane wdówki

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Słomka II
[Henia]:
(leży w przedpokoju pod drzwiami wejściowymi
i uparcie czeka na swojego Pana, a ten nie wraca i nie wraca
...)

Słomka I
[Jabłoń]:
(do tęskniącego Sierściuszka)
Zjesz jeszcze tylko 14 posiłków...
pójdziemy na 29 spacerów i...
Twój Pan będzie „wrócony”.

***

Minęła kolejna godzina. Słomki poszły na wieczorną, psią imprezę z udziałem Koko, Dżako, Jogi i Heniutki. Wróciły... jeszcze tylko 28 spacerów. Życie może być piękną prostotą.

wtorek, listopada 22, 2011

371. Sukces nurka śmieciowego

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kartonik niepozorny a pojemny. Gromadzi niezliczoną liczbę detali z przeszłości --- małe i duże sprawy zaklęte w... Zdjęcia. Listy. Zaschnięte kwiaty. Czas, Miłość, Wzruszenia, Nadzieje i Plany --- wszystko uwięzione w materialnych drobiazgach. Jest i kaseta wideo, choć wiadomym od zawsze było, że w Przytulisku nie będzie ani wideo, ani telewizora. Pamiętam, dlaczego ją włożyłam --- z powodu jednej, jedynej piosenki Annie Lennox, w koncertowej wersji, której stracić nie chciałam. Po raz pierwszy będę mogła coś już na zawsze wyjąć z kartonika, jednocześnie tego nie tracąc. Znalazłam dokładnie ten sam kawałek w cyfrowej śmieciarce grającej:

Annie Lennox, Don't Let Me Down.

Brzmi tak samo cudownie jak kiedyś. Rajcują mnie te same frazy, emfaza, zmiana rytmu tu i ówdzie, słowa... Słowa? Słowa. Tylko one, choć śpiewane dokładnie tak samo, zmieniły znaczenie przez te wszystkie lata. Już nie chodzi o kogoś, kto ma mnie nie zawieść. Im dłużej żyję, tym bardziej dociera do mnie, że najłatwiej i najboleśniej jest zawieść siebie i bardzo bym chciała ochronić przed tym swoje Marzenia, Nadzieje, Wzruszenia, Miłość i Czas...

***

Jak mają się kawałki, z których nie chcecie wyrosnąć? Proszę, zdradźcie, które to utwory, co wciąż i od nowa mają w sobie to coś, co sprawia, że brzmią dla Was szczególnie? Nutki zgrabnie ułożone na pięciolinii, które porywają i ciało, i duszę?

czwartek, października 13, 2011

(338+2). Jak dobrze, że są takie rzeczy

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Są rzeczy, których nie dam rady zrobić w jeden dzień. Są rzeczy, których nie dam rady osiągnąć w tydzień, miesiąc, czy kwartał. Wszystkie te rzeczy łączy jednak to, że pragnę z całego serca, by stały się moim doświadczeniem, faktem, częścią mojej tożsamości, moim życiem.

Moja trzustka wbiła się w ten krajobraz osobistych chciejstw z ogromnym wyczuciem małego gruczołu. Jej też nie można uleczyć w dzień, czy tydzień. Trzeba każdego dnia pilnować posiłków o właściwych porach, brania leków przed posiłkiem, w trakcie i po --- przeraźliwa i wyczerpująca nuda pławiąca się w jedzeniu. A gdzie moje rzeczy, których nie dam rady zrobić w jeden dzień?

Wzięłam wczoraj kartkę papieru. Spisałam wszystko to, co nie może być zrobione w jeden dzień. I zaczęłam... zrobiłam pierwszy krok. A trzustka na to z zachwytem: nareszcie! Wczoraj było nam razem jak w niebie. Chyba sporo przyjdzie mi nauczyć się od własnego gruczołu.

piątek, lipca 29, 2011

309. Kur domowy, sztuk raz

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pakuję pośpiesznie tęsknotę w paczuszki, kuferki i pudła. Dość! Pragmatyzmu tableteczki połknąć czas. W rytmie parytetu, w rolę Kura Domowego się wbijam. Pranko. Podłogi. Psiej sierści mówię do rychłego zobaczenia. Lodówkę napełniam. Dwa komplety naczyń doprowadzam do nieskazitelnej czystości. Pudełko po pizzy usuwam w cień śmietnikowego życia, bo embargo na białą mąkę wraca razem z Sadowniczą Duszą. Czego jego oczy nie zobaczą, tego jego żołądkowi nie będzie żal. Książki w zgrabne rządki układam i klnę tego kura, co je przytargał sztuka po sztuce moimi rękoma. Koniecznie, płyty do pudełek chowam litanię do świętych zasad Sadownika odmawiając. Jedno jednak zostawiam sobie na sam koniec. Słomiane wdowieństwo otrząsnę z siebie dopiero, gdy Sadownika w drzwiach zobaczę.

Gdzie my nie pójdziemy... Czego to my nie będziemy robić... Długa lista.

Szeptać. Rozmawiać. Opowiadać. Kawę razem pić. Czytać niby osobno, ale z wewnętrznym przymusem natychmiastowego spełnienia „no, muszę ci to przeczytać, słuchaj”. Śmiać się będziemy razem. Tulić. Wpadać na siebie, niby zupełnie przypadkiem. Za rękę ciągnąć. Dłoń w dłoń wpychać na spacerach. Synchronicznie myć zęby. Na łyżeczkę znów zasypiać...

Niesamowite, dotarło do mnie właśnie, że nasza definicja raju usłana jest czasownikami.

niedziela, lipca 24, 2011

302. Nasze psie, zapadane wakacje w mieście

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od poniedziałku do soboty, zawsze o 17.15, Heńkę można było znaleźć modlącą się do drzwi wejściowych do Przytuliska. Każdy ruch na klatce powodował ruch sierściuchowej głowy i nadzieję, jaką tylko psy potrafią mieć: idzie! Nie przyszedł ani razu.

Wyjechał. Wywiózł swoje ciało, by w zaciszu głodu dotknąć zdrowego życia. Dostałam pod opiekę i Jabłoń, i Heńkę. O jedną i o drugą przyobiecałam dbać. Poniżej tłumaczenie z niewerbalnego psiego wyrazu twarzy na werbalny polski:

***

     — Kiedy wróci?
     — Jeszcze sześć dni.
     — A ile to sześć?
     — Podziel liczbę posiłków, co cię czekają od poniedziałku do soboty, przez dwa i to co dostaniesz w wyniku to będzie dokładnie sześć.
     — To malutko.
     — Malutko? To przedsmak wieczności!
     — Czyli co, suszona wątroba, serce, płucka i żwacze to przedsmaki wieczności?
     — Nie, Heniu, suszone to i owo to psie przysmaki.
     — Ich też dostaję malutko. Czyli co, Sadownik będzie jutro?
     — Będzie za „malutko
, ale niestety nie jutro.

***

     — Miałaś dbać?
     — A nie dbam?
     — Nie dbasz.
     — Jak to? Karmię? Karmię! Wyprowadzam? Wyprowadzam! Rano, szybkie wyjście przed śniadaniem na poranne potrzeby fizjologiczne. W ciągu dnia, spacer do parku. Po południu wizyta w lesie a wieczorem idziemy pod górkę. Mało?
     — Nie dbasz. Tylko jesz, śpisz i czytasz. Czy ty wiesz, że grozi ci deprywacja sensoryczna?
     — Co Twoim zdaniem powinnam robić, by uniknąć deprywacji sensorycznej zanim Sadownik wróci i przewróci dom do góry nogami?
     — Iść na spacer, potem do lasu, wracając pod górkę i znów do lasu, bo grzyby mogły już wyrosnąć, wiesz? I jeszcze przed obiadem na króciutki spacerek byśmy sobie skoczyły, co ty na to?
     — To wiesz, poczytam sobie jeszcze troszkę zanim pójdziemy po górkę, by móc zamknąć kolejny dzień...


wtorek, lutego 08, 2011

181. Upajam się

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Upajałam się. Upajam się. Za godzinkę przestanę.

Upajam się tęsknotą. Chatka lśni i czeka. Kudłata też jakaś poruszona, jakby wiedziała. Czekamy obie na Sadownika. Tęsknota przeradzająca się w czekanie, które ma swój określony kres, to fantastyczna rzecz. Pławię się w niej z ogromną przyjemnością.

Dziś byłam na obronach. Bronił się student, którego pamiętam z pierwszego roku jako taką sierotkę Marysię w męskim, naprawdę makabrycznym, wydaniu. Oniemiałam, patrząc jak prezentuje swoją pracę. Co mogą zrobić z człowiekiem trzy lata! Cudownie było patrzeć jak pięknie się zmienił, jaką fajną, przebojową osobą się stał. Czas... magiczny przyrząd do zmieniania nas na lepsze — tylko używać i w żadnym razie nie martwić się o zmarszczki. W końcu te mimiczne świadczą tylko o bardzo udanym życiu, w którym śmiejemy się i uśmiechamy często a nie tylko troszkę, jak na lekarstwo.

Od patrzenia na umytych, ogolonych i w gajerkach studentów zatęskniłam jeszcze bardziej za moim Garniaczkiem, który stanie w drzwiach już niedługo...