środa, września 28, 2011

337. Bo życie baśnią jest...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak zwykle przez przypadek. Poszłam do księgarni prawie trzy miesiące temu by nabyć konkretną książkę dla konkretnej osoby i... Inna wpadła w me oko. Nie kupiłam, bo chodziło o konkretną osobę i konkretną książkę a nie o mnie i Inną. Miesiąc temu nie wytrzymałam i kupiłam.

Czytam ją teraz... bardzo, bardzo powoli... Z każdą stroną zyskuję nową perspektywę. Jestem niczym człowiek, który obdarowuje się na nowo dzieciństwem — dobrym dzieciństwem, na które nigdy nie jest za późno. Nigdy nie rozumiałam tych, co twierdzili, że ich dzieciństwo było szczęśliwe — moje takie nie było. Mam to szczęście, że im dalej od dzieciństwa definiowanego młodym wiekiem, tym jest mi lepiej na tym świecie. Wobec tego, zakupem maszynki do cofania czasu nie jestem zainteresowana wcale. Jednak czytanie tej książki czyni mnie gdzieś w środku zwykłym, normalnym dzieckiem i jest to absolutnie przepyszne.

Książka, niestety, ma tylko jedną, ale zasadniczą wadę, że teraz będę musiała pracować nad sobą, by nie wciskać jej wszystkim ukochanym przeze mnie ludziom, co mają małe dzieci, ale co tam, chyba lubię wyzwania...

(...) każde dziecko na swój własny sposób musi w pewnym wieku dać sobie radę z prawdziwą kotłowaniną uczuć.

***

Dyskusja o wartości, jaką mają baśnie dla dzieci, zachęciła pewną matkę do tego, by mimo wahań opowiedzieć synowi taką „krwawą i przerażającą” historię. Wiedziała z rozmów z synkiem, że miewa fantazje o ludziach pożerających lub pożeranych. Opowiedziała mu więc baśń Dżek — zwycięzca olbrzyma. Przy końcu baśni chłopiec zareagował pytaniem: „Nie ma na świecie olbrzymów, prawda?” Zanim matka zdążyła dać dziecku odpowiedź, którą miała na końcu języka — co zniweczyłoby całą wartość, jaką dla chłopca opowieść ta przedstawiała — on sam dokończył: „Ale są dorośli, oni są jak olbrzymy”. W wielce dojrzałym wieku pięciu lat chłopiec zrozumiał, co przekazuje baśń, chcąc dodać dziecku ducha: mimo że dla małego dziecka dorośli są jak olbrzymy, może on dzięki przebiegłości zyskać nad nimi przewagę.
     Przypadek ten ukazuje jedno ze źródeł niechęci do opowiadania baśni, jaką spotyka się u dorosłych: niezbyt miła jest dla nas myśl, że bywamy czasem dla naszych dzieci olbrzymami, mimo iż tak jest w istocie. I niezbyt nam miło, że w odczuciu dzieci łatwo nas okpić czy potraktować jak głupców, oraz że to przekonanie sprawia im przyjemność. Jednak czy opowiadamy dziecku baśnie, czy nie — i tak jesteśmy w jego oczach (jak ukazuje przykład wspomnianego małego chłopca) egoistycznymi olbrzymami, którzy chcą zatrzymać dla siebie wszystkie cudowne rzeczy, będące źródłem mocy. Baśń zapewnia dzieci, że w końcu osiągną one przewagę nad olbrzymami — to jest, że dorosną i wówczas same będą jak olbrzymy, mając tę samą moc co oni. Tak więc baśnie budzą „potężne nadzieje czyniące z nas ludzi”.
     Jednak jeszcze bardziej doniosłe jest to, że kiedy my, rodzice, opowiadamy naszym dzieciom baśnie, zapewniamy je o czymś, co ma dla nich największą wagę, okazujemy bowiem, że akceptujemy fakt, że myśl o zyskaniu przez nie przewagi nad olbrzymami sprawia im przyjemność. (...)

***

Dziecku, które ma o wiele mniejsze poczucie bezpieczeństwa niż człowiek dorosły, potrzebna jest pewność, że snucie przez nie fantazji czy niemożność oparcia się ich wpływowi nie jest jakąś jego ułomnością. Opowiadając dziecku baśnie, rodzice dostarczają mu niezmiernie ważnego świadectwa, że fakt, iż przeżywa ono baśń jako obraz własnych wewnętrznych doświadczeń, uważają za uprawniony i wartościowy, a nawet za coś, co jest w pewien sposób „realne”. To zaś daje dziecku poczucie, że skoro jego doświadczenia wewnętrzne zostały zaakceptowane przez rodziców jako realne i ważne — w konsekwencji ono samo jest realne i ważne. Dziecko takie, gdy dorośnie, będzie miało tego rodzaju przeświadczenie, jakiemu dał wyraz Chesterton, pisząc: „Mojej pierwszej i ostatniej filozofii, w którą wierzę z niezachwianą pewnością, nauczyłem się w pokoju dziecinnym. [...] To, w co wówczas najgłębiej wierzyłem i to, w co najgłębiej wierzę obecnie, nazywa się baśnią.” Filozofia, której Chesterton nauczył się z baśni w dzieciństwie — i której może się z niej nauczyć każde dziecko — powiada, że „życie nie jest tylko przyjemnością, ale rodzajem dziwacznego przywileju”. Jest to pogląd na życie bardzo różny od tego, który przekazują opowieści „jak z życia”, ale w większej mierze zdolny on jest podtrzymywać naszą nieustraszoność, gdy napotykamy życiowe przeciwności.

B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni,
W.A.B., Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

To nie był przypadek. To była Dobra Wróżka...

wtorek, września 27, 2011

(335+1). Nareszcie!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zaufaj sobie.

Bardzo bym chciał być tego dnia z tobą, ale muszę wymalować mieszkanie.

Zaufaj sobie.

Jesteś dla mnie bardzo ważna, ale naprawdę nie mogę. Wiem, że przekładaliśmy to kilka razy, ale naprawdę nie będę mógł w tym tygodniu.

Zaufaj sobie.

O czym ty mówisz? To nigdy się nie zdarzyło. Wymyślasz!

Zaufaj sobie, gdy w głębi ciebie pojawia się zwątpienie, że chyba to nie jest miłość.

***

Zaufałam. Cisza. Pustka. Nie miotają mi się nadzieje po kuchni z oczami wypełnionymi łzami. A Sadownik na to z ulgą: nareszcie! On w tych kwestiach nie musi ufać, on wie.

***

Grafik zajęć ostatecznie ułożony. Stosik książek do przeczytania uformowany. A ja na to: nareszcie!

poniedziałek, września 26, 2011

335. Po małej, wielkiej śmierci

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Umieramy. Każdego dnia. Każdy z nas. Nie zauważamy tego, bo mamy plany na jutro, na przyszły tydzień, miesiąc, rok. Jednak każdego ranka w niezauważalny sposób jesteśmy ciut inni niż dzień wcześniej wskutek zdarzeń, może również wskutek snów. Umieramy i rodzimy się na nowo, otwierając rano oczy, wyczekując spotkania, uśmiechu, obiadu, uścisku...

Są jednak dni, na które nie czekamy. W owe dni w szczególnie bolesny sposób dociera do nas, że coś w nas zatrzymało się, ustało, umarło. Jakaś część nas bezpowrotnie odeszła zabierając ze sobą nadzieję, złudzenia, pozostawiając po sobie tylko gołe fakty. Możemy sobie tłumaczyć, że może... gdybyśmy postąpili inaczej, gdybyśmy byli delikatniejsi, bardziej wyrozumiali, bardziej wspierający, mówiący więcej, znajdujący się bardziej we właściwym czasie... właśnie wtedy... nie zostawiono by nas, nie pominięto, kochano... ale... to byłoby możliwe tylko wtedy, gdybyśmy byli lepsi niż w owym czasie byliśmy.

Potrzebujemy czasu, dobrych ludzi wokół, co te wszystkie „gdybyśki” z głowy nam wybiją. Potrzebujemy zrozumieć, poczuć, że gdybyśmy wtedy byli lepsi niż byliśmy to... zwyczajnie by nas nie było.

***

Wybebeszyłam szafę... wyrzuciłam wszystko to, czego nie włożyłam w przeciągu roku... wyrzuciłam wszystko to, co nie jest już mną. Pomogło.

Wybebeszyłam bibliotekę... pozbyłam się książek, które są już nie dla mnie. Zrobiło się pusto. Pomogło.

Mam miejsce i czas na nowe.

***

Gdy krzyczę, że boli to znaczy, że boli. Gdy jest mi źle, to znaczy, że jest źle. Gdy czuję, że coś jest całkiem bez sensu, to właśnie takie to jest. „Stanąć za sobą” jak to łatwo powiedzieć... szósty dzień poznaję smak „wiedzenia” co to znaczy. Postanowiłam już nigdy nie zdradzić samej siebie.

Ciekawe. Mam miejsce i czas... na nową wiarę w to co widzę, słyszę, czuję. Możesz się z tym nie zgadzać, uważać, że przesadzam, możesz wszystko, ale ja widzę, słyszę i czuję właśnie tak. Cholera! To jest po prostu fantastyczne! Znów jestem neofitką a Sadownik dzielnym Rycerzem.

wtorek, września 20, 2011

(332+2). Idzie nowe...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Z przyjemnością, z dreszczykiem, z poruszeniem mającym swe źródło gdzieś w środku mnie... włączyłam dziś wieczorem komputer po piętnastodniowej przerwie.

Z nadzieją, z niecierpliwym oczekiwaniem, z rozpakowanymi świeżutko marzeniami na nowy rok akademicki... włączyłam komputer i przekopałam się przez pracowniczą pocztę z energią zachwytu jakiej nie powstydziłby się żaden neofita.

Ciekawa jestem nowego roku, nowych studentów, nowych przedmiotów, tych wszystkich zmian, o których myślałam, a na które przyszedł teraz właściwy czas. Książek, co rwą się do moich rąk, egzaminów --- tych co przede mną, i tych, co przed Henią. Zmian, których subtelną obecność wyczuwam już z łatwością w jesiennym zapachu wieczoru.

Chyba po to właśnie jest udany urlop, by pokochać na nowo to co się ma, by otworzyć się z ufnością na nowe... chwile, możliwości, trudności, problemy, szanse, marzenia, spełnienia i miłości. Och, tak! Wróciliśmy. Już jestem gotowa! Już, już, już!

(332+1). I po...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każdego dnia dwa długie spacery.
Każdego dnia obowiązkowa kawa i gofry.
Z jednym małym wyjątkiem.
Marzyło nam się, by jeden dzień lało bez przerwy. Pogoda jak zwykle spełniała nasze zachciewajki. W ostatni czwartek nie wyściubiliśmy nosa... lało od nocy, przez cały dzień, po kolejną noc. Owego dnia nie byliśmy na długich spacerach, nie było gofrów, spotkań z innymi psami i rozmów z ich właścicielami... było... naście odcinków Chirurgów i widok, który stał się wizytówką okazywanej sobie miłości — jak to dobrze mieć czasem telefon pod ręką, by zapamiętać chwilę piksel po pikselu:

Psy, jak widać, wcale a wcale nie lubią psiej pogody.

niedziela, września 04, 2011

332. Magiczne dwa tygodnie przed nami

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Tak było we wrześniu 2009. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie mam marzeń, bo to, co nazywałam marzeniami było zaledwie celami, ale o tym dowiedziałam się w styczniu 2010.

Gdy już pojawiło się pierwsze, kudłate Marzenie, było nim tylko kilka miesięcy. Potem zamieniło się w namacalne oczekiwanie, bezsenne noce, gdy mała kudłata kulka pojawiła się w domu, pierwsze porzygane wizyty u weterynarza i pogryzione dłonie. Po drodze pojawił się blog. Wrzesień 2010 był pierwszą próbą pokazania Kudłatej morza. Bała się go, zbyt duże. Piasek natomiast ukochała, ganiając ziarnka, które postanowiły przemieścić się z miejsca na miejsce. Była malutka, choć nam się wydawała już całkiem duża.

Ciekawe jak będzie w tym roku? W tym samym miejscu, u tych samych gospodarzy, na tych samych plażach. Tylko my bogatsi o cały, cudowny rok z Heniutą. Jeszcze nie wiadomo...

Jutro wyruszam. Najpierw na warsztat, by troszkę potęsknić za Sadownikiem i Henią, a potem już kompletnym Stadem na urlop... jak się dzisiaj doliczyliśmy... czwarty w naszym życiu.