Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
Liczbę mnogą poćwiczyć. Jak mówi Maestra-Di-Italiano: rozmnożyć rzeczowniki. Ćwiczenie sobie wymyśliłam, by przy okazji pouczyć się liczyć, niczym trzylatek, do dziesięciu, na blachę. Jestem najdumniejszą na świecie trzylatką, bo umiem się sobą zająć.
ene, due, riche*, fache*.
uno, ragazzo, ragazza.
due favole,
tre cani,
quattro scarpe,
cinque alberi,
sei monete,
sette sogni,
otto farfalle,
nove libri,
dieci parole**.
____________
* zapis po włosku, by fonetycznie brzmiało jak polska wyliczanka: ene, due, rike, fake…
** // à la Leon Leszek Szkutnik:
raz, chłopak, dziewczyna.
dwie bajki,
trzy psy,
cztery buty,
pięć drzew,
sześć monet,
siedem marzeń,
osiem motyli,
dziewięć książek,
dziesięć słów.
*
Mogłabym napisać znów to samo: [ł]omolę trzeci dzień. I gapię się… jak wtedy… na relację, na taniec i na to, co między tancerzami. Nie mogę przestać…
o 4:30 odpoczywała na ścianie saloonu.
● kilka godzin później Kaan zapytała, czy widziałam. nie widziałam, ale do teraz widziałam i słuchałam kilkanaście razy.
porusz.ona
choreo. Tarek Aïtmeddour,
muz. Abel Korzeniowski, Charms.
wpis przeniesiony 21.03.2019. (oryginał z zawieszkami)
kilka dźwięków. ● zagranych staccato. ● i uruchomiło się wspomnienie. ● nucę. ● co to jest? ● nucę. ● ??? ● nucę. ● mam! ● znalazłam. ●Pina! ● Jun Miyake. Lilies in the Valley. ● łomolę!
wpis przeniesiony 13.03.2019. (oryginał z zawieszkami)
puzzel #1 Pierwszego dnia poza domem, między samolotem a pociągiem, na kawie.
(podchodzi tubylczy „żebrak” i w tubylczym języku nadaje)
Sadownik: (spokojnie, bez jakichkolwiek pozawerbalnych wtrąceń) Mów do mnie po polsku.
Pan: Nie ma sprawy, jestem z Polski.
Sadownik: (ryknął śmiechem, wspomógł rodaka)
puzzel #2 Może drugiego lub trzeciego dnia naszego pobytu na obczyźnie. Choć historia zaczyna się dużo dużo wcześniej.
Jakiś czas temu Brr podesłał mi link do piosenki, mówiąc: najpierw posłuchaj, a dopiero potem obejrzyj. Przyzwyczajona do preferencji Brr, jeśli chodzi o barwę głosu, odłożyłam to na kolejny dzień. Gdy nastał, jakoś dziwnie poczułam potrzebę subordynacji słowom „najpierw posłuchaj”. Posłuchałam raz i drugi, i trzeci, i piąty. Doskonałe, pomyślałam. Fantastyczny tembr głosu. Obejrzałam obrazek. I padłam. Umieszczenie tego obrazka na blogu byłoby dla mnie jawnym poparciem patriotycznej homofobii. Trudno, pomyślałam, muszę zapamiętać tytuł, a nie sobie niezapominajkę na blogu robić.
No i przyszedł dzień, gdy Bliźniacza Liczba pokazała mi… taniec. No i proszę, dwa w jednym, jak znalazł.
Hozier, Take Me to Church, tańczy Sergei Polunin.
puzzel #3 Dwa dni temu. Tak! Tutaj kapusta ozdabia skwery!
puzzel #4 Dwa dni temu wieczorem pokochaliśmy frazę:
I speak Polish. what’s your super power?
puzzel #5 Wczoraj. Te psy na zdjęciu musiałam mieć. Dopiero teraz mnie tknęło, dlaczego te psy muszą być spięte łańcuchem? Przecież nigdzie nie ucieknie żaden z nich...
puzzel #6 Też wczoraj. Chciałabym, aby w moim kraju były również tak piękne:
puzzel #7 Dziś. Zdanie, które spowodowało, że postanowiłam wszystkie puzzle zebrać i zostawić tutaj, by zachować od zapomnienia.
Bliźniacza Liczba: (po rozmowie telefonicznej z Mężem) Mamy na jutro kangura!
wpis przeniesiony 10.03.2019. (oryginał z zawieszkami)
W poniedziałek wieczorem, gdy wrócił do domu, nachyliłam się nad Jego nagim ramieniem. Wciągnęłam w nozdrza zapach Jego skóry. Szczęście wypełniło mnie po brzegi.
W Wielki Czwartek wracałam późno z pracy. W ciemności, między blokami, tanecznym krokiem zmierzałam do domu. Szczęście mnie rozpierało.
W Wielki Piątek synchroniczność mnie dopadła. Znalazła mnie piosenka o szczęściu. Szczęściem jest móc ją zostawić tutaj.
Dziś, szczęście to momenty nanizane na żyłkę uważności.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Nowy rok zaczęłam wczoraj. Nowe twarze młodych ludzi. Na nich świeże, nieśmiało kiełkujące marzenia. Cudownie będzie patrzeć jak Ci ludzie i ich marzenia będą rosnąć i stawać się. Zalążki tego, kim mogą się stać. Napawałam się nimi, gdy myśleli, że na nich nie patrzę. Jestem w fantastycznym momencie swego życia. Tak jak Oni. Mam ogromny przywilej towarzyszenia ludziom, gdy rosną wewnętrznie.
*
Prywatna inauguracja roku akademickiego była nietypowa. Poszliśmy z Sadownikiem na warsztat Festiwal POP-Kreacji, który prowadziła Gepardzica. Było cudnie. Gepardzica jest Mistrzynią robienia nastroju do pracy. Praca była zaskakująca, a sam warsztat dla nas trwał długo po tym, gdy formalnie się skończył. Zamiast zapakować się w autobus i być szybciutko w Przytulisku, wbić się w stare tory, kupiliśmy kawę na wynos, przeszliśmy cały Nowy Świat, Przedmieścia Krakowskie, Plac Zamkowy, Rynek Starego Miasta ciesząc się jak dzieci. Postanowiliśmy robić tak częściej. A gdy tylko wróciliśmy zapragnęłam jeszcze raz złapać nastrój początku, poczuć go w sobie. Odpaliłam kompa i poleciałam:
Lionel Hun, Hope.
Dziś oglądałam to już kilkanaście razy. Do listy ratunkowej zaraz dodam, by było zawsze pod ręką. Mam szczęście, że wokół mnie cudowni, inspirujący Ludzie. Wdzięczność i zachwyt wypełnia mnie dziś całą. Padam z nadmiaru wrażeń.
wpis przeniesiony 2.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Bóg rozdaje marzenia po to, żeby wydobyć z ludzi drzemiące w nich talenty. (...) Nazywam to teorią tylnych drzwi. Polega ona na tym, że jeśli ktoś ma jakieś marzenie, na przykład, pragnie zostać kucharzem w Hiltonie, to z całą pewnością ma także potrzebne do tego zdolności.
Przemysław Angerman
***
— Muu! — zawołała. — Jak to świetnie wygląda! Wiesz, co ja bym chciała. Panie Wrono? — Ja nie, ale ty może wiesz. — Chciałabym się nauczyć jeździć na rowerze. Pan Wrona podfrunął do góry, zatrzepotał skrzydłami i zakrakał: — Niech mnie pióra biją! Jesteś krową, Mamo Mu, K r o w ą! Krowy nie potrafią jeździć na rowerze! Mama Mu spojrzała na niego przyjaznym wzrokiem. — No, nie potrafią — powiedziała. — Dlatego chciałabym się nauczyć. Pan Wrona zatkał uszy. — Nie, nie! — zawołał. — Jakie nauczyć? Jaki rower? Jak by to wyglądało?! — Chyba fajnie — odparła Mama Mu.
Jujja Wieslander i Tomas Wieslander, Mama Mu na rowerze i inne historie, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2011.
***
Dwa lata temu zobaczyłam. Tańczył sześćdziesięciolatek. Po trzech minutach przyglądania się wiedziałam, że to, co widzę, chwyta mnie za samo serca dno, trzyma i nie puści. Obiecałam sobie, że po egzaminach znajdę na to czas.
— Niech mnie pióra biją! Kudłate Mamy tak nie potrafią. — No, nie potrafią — powiedziała Kudłata Mama. — Dlatego chciałabym się nauczyć.
Rower? Jaki rower? Zamiast roweru kupiłam dziś ochraniacze na kolana.
— Nie, nie! Jakie nauczyć? Jak by to wyglądało?! — Chyba fajnie — odparła Kudłata Mama.
wpis przeniesiony 2.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Po obejrzeniu „zajawki” filmu PINA wiedziałam, że nie będę czekać na Sadowniczy podelegacyjny powrót do domu, bo film jest, póki co, w wersji 3D (Sadownik ich nie obsługuje). Szybciutko zaplanowałam wyrwać się z kieratu musiów, należyśków i pomknęłam… do kina. Kino nie widziało mnie latami, więc i Świat mi sprzyjał piszcząc „idź, idź” — zmaterializowało się to w postaci faktu, że ów film grali dziś w bliskiej odległości od Przytuliska. Poszłam uwiedziona… „puszczaniem” się tancerek (reklamówka 0:12, 0:48). Na 104 minuty byłam w innym świecie. Z przyjemnością patrzyłam na świadomość ciała tancerzy, na to jak pławią się w świecie emocji, uczuć i wzruszeń. Teraz już tylko pozostało mi czekanie na wersję 2D, by z Sadownikiem zatopić wzrok w tym ruchomym zjawisku.
Pina, reż. Wim Wenders, 2011.
W filmie przytoczono pytania Piny, które zadała swoim tancerzom — po raz pierwszy wyjęłam w kinie telefon i zapisałam, by nie zgubić:
Czego pragniecie? Skąd bierze się ta tęsknota?
***
I pomyślałam… czasem narzekam, że pragnienia i tęsknoty mnie uwierają, ale bez nich… byłabym martwa.
Kilka lat temu Sadownik co wieczór znikał w czeluściach gabinetu. Myślałam, że pracuje. Chodziłam na paluszkach wokół drogocennego skarbu, jakim był komplet: gabinet, komputer, marzenie Sadownika i sam Sadownik. Po paru dniach złudzenie prysło, gdy Sadownik zapytał mnie, do którego LO chodziłam. Tak po raz pierwszy dowiedziałam się o rosnącym fenomenie jakim była N-K. Wówczas była to kopalnia zagubionych znajomości. Z pewnymi oporami uległam „narodowemu spisowi edukacyjnemu”. W rubryczce „o sobie” napisałam wówczas:
Gdy już nic nie musisz. Gdy już nie masz potrzeby kochać tych, którzy nie kochają Ciebie. Gdy masz już pełną torbę „innych-życiowych-gdysi”, to wiesz, ze TERAZ jest najlepszy czas by móc i chcieć spełniać swoje marzenia. Bo kto inny zrobi to za Ciebie?
Ja już nic nie muszę, więc marzę, pragnę, kocham i każdego dnia wykrawam małe cuda a reszta to drobiazgi: lukier lub pieprz...
Kończę właśnie książkę Lowena „Radość”. Dziś wróciły do mnie zacytowane powyżej, własne, stare już słowa. Wróciły, bo po raz pierwszy w życiu poczułam się prawdziwie wolna — wolnością wielką, nieskończoną, bezgraniczną…
Wolność od byłych mężczyzn. Wolność od osób, które mnie zdradziły. Wolność od postaci we mnie, które terroryzowały mnie swoim systemem przekonań, że „jako kobieta muszę, powinnam, bo inaczej to zobaczę…”. To Wolność, która nie neguje przeszłości. To Wolność, która ją akceptuje. Ukłoniłam się w podzięce przed tymi Mężczyznami, Osobami, Postaciami. Dziękuję, że byli. Dziękuję, że są. Zamówiłam kawę, usiadłam. Gdy wszystko to do mnie dotarło i pozwoliło nazwać się słowami, wynurzywszy się z emocji, które mi towarzyszyły od rana, właśnie wtedy, kawiarnię, w której przycupnęłam wypełniły dźwięki uwielbianego przeze mnie utworu, który dziś stał się moim prywatnym, wolnościowym hymnem (Astor Piazzolla, Libertango). [Ten konkretny ruchomy obrazek mogę oglądać raz za razem… przestrzeń, pasja, skupienie… a Sadownik dodał: jakie cudowne wyszłyby zdjęcia!]
Astor Piazzolla, Libertango, The Tango Lesson.
A gdy wyszłam z kawiarni, zobaczyłam Świat nowymi oczyma. Pozostaję w zadziwieniu, że nie widziałam go takim wcześniej…