piątek, stycznia 31, 2014

951. Terapeutyczna Dama Pik

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik:
(dzwoni)
Maila odbierze! Przeczyta i oddzwoni do mnie.

Jabłoń:
(zagląda, czyta, ręce załamuje, oddzwania)

Sadownik:
(z przymrużonym okiem)
Widzisz, widzisz! Ty sobie to przemyśl.
Zamiast się uczyć, szkolić, na superwizję latać,
to Ty po prostu powinnaś zacząć chodzić do kościoła!

*

Głupich nie sieją, sami się rodzą. Głupi są w każdej grupie zawodowej. Talię głupich kart można by wydać. Dama Kier, Pawłowicz. Król Trefl, x. Oko. Dama Pik odnalazła się dziś. Z takiej talii nic dobrego nie wywróżymy na przyszłość. „Narodu”, co Cię opętało?

Będę do znudzenia powtarzać:

p s y c h o t e r a p i a  w tym kraju to  d o b r o   l u k s u s o w e.

Nie ma co rzucać pereł przed wieprze.

Psy szczekają. Karawana idzie dalej.

*

Z drugiej strony, może to dobry moment, by raz na zawsze nauczyć się odróżniać zawody psychiatry, psychologa i psychoterapeuty? Choć można łączyć te zawody, dobrze jest trafić na terapię do człowieka, który ma psychoterapeutyczne przygotowanie. Powtarzam do znudzenia.

950. Z frontu nałogu

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Poznaliśmy się na lotnisku w Londynie wiele lat temu. Weszłam do księgarenki i kupiłam książkę na podróż. Kilka godzin do odprawy. Dwugodzinne opóźnienie lotu. To wszystko było nic, bo siedziałam w lotniskowej hali, czytałam i płakałam okrutnie. Od tej pory nie przepuszczam żadnej książki tego Autora. Wspomniana, od której zaczęłam, wciąż pozostaje moją ulubioną, ale w pozostałych też umiem znaleźć coś.

[Morrie said] “Death ends a life, not a relationship.

Mitch Albom, Tuesdays with Morrie. An Old Man, a Young Man,
and Life’s Greatest Lesson, Time Warner Book Group UK, London 2005.

*

Tą „razą” wszystko zaczęło się od tego, że obiecałam sobie nie kupić żadnej książki do końca lutego. Nie wchodzę do księgarni. Nie odpalam właściwych książkom stron. Daję radę. Moją czujność usypia epizod wejścia do księgarni z Sadownikiem po jego czasopisma. Wchodzę. Silna. Zwarta. Bez nałogowego ssania. Wiem, że dam radę wyjść. Ale nie dałam, ponieważ zobaczyłam nowy tytuł Autora.

Sprawy w zasadzie by nie było, gdyby nie to, że w efekcie tego wydarzenia od dwóch tygodni zastanawiam się nad charakterem polskiego czytelnictwa. Czy rynek księgarski przypomina inne wschodzące polskie rynki, czyli złapać klienta, mamić, wcisnąć jedną, drugą, złupić i zapomnieć o nim? Czy czytamy po łepkach, jedną książkę tego autora, dwa myślowe ruchy browna, zupełnie inna książka, znów przypadek, jeszcze inna? W każdej książkowej witrynie pod opisem książki wyświetla się lista w stylu „klienci, których interesował ten produkt, oglądali też”. I pozostaję w zadziwieniu, że skoro zamawiam książki przez internet, a to oznacza, że cała moja historia choroby czytania jest na wyciągnięcie ręki, nie mam możliwości zaznaczenia magicznego kwadracika pt. „na przyszłość informuj mnie o nowych książkach tego autora, tej autorki”. Jak to jest możliwe, że marketigowcy nie wpadli na ten, idiotycznie prosty, pomysł. Nie czytają, czy co?

Dzięki Sadownikowi udało się nie zgubić świeżynki. Tej, moim zdaniem, nie warto czytać w oryginale, więc nie żałuję, że tego sądnego dnia, była tylko do wyboru po polsku, ale jako baśń, przypowieść, forma zatrzymania się przy rzeczach dla nas ważnych jest... dobra.

Dor potrząsnął głową.
     — Mylisz się. Jestem nic nie znaczącym człowiekiem, wyrzutkiem.
     — Człowiek rzadko zna swoją własną moc — odpowiedział starzec.

*

Raz obudzone pragnienie już nie ustanie.

*

Dor przebiegł myślą wszystko, co rozumiał na temat czasu...
     Co było w nim stałe?
     Ruch! Tak jest. Czas łączył się zawsze z ruchem. Zachodzące słońce. Kapiąca woda. Wahadła. Strumień piasku w klepsydrze.

*

[...] chwilę albo się łapie, albo pozwala jej się minąć.

Mitch Albom, Zaklinacz czasu,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.
(wyróżnienie własne)

czwartek, stycznia 30, 2014

949. I? F jak coaching

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Coaching metodą psychologii zorientowanej na proces jest „niebezpieczny” w równie dużym stopniu co giender. Drzewko przekonuje się o tym na własnej skórze, ponieważ szkoleniowo, raz w miesiącu, jest osobą coachowaną. I?

I uznało, że koniec z włosami do pasa. Długość nie przeszkadza, ale gumka do włosów już bardzo. A do celu, który sobie obrało po prostu ma się nijak, jeśli nie w poprzek. I?

I dwa tygodnie temu na eFce (Sadownik przyznał się, że Ryjownik działa mu na nerwy) notkę zostawiło, że poszukuje Fryzjera-mężczyzny z Fantazją, która zaakceptuje Fakt, że tylko grzebień wchodzi w rachubę, żadnego układania włosów co rano nie będzie. I?

I osiołkowi, a w zasadzie oślicy, w żłobie dano... cztery dobre namiary. I?

I przyszedł wtorek. I wiedziała, że to właśnie dziś chce mieć obcięte włosy. I?

I... pierwszy fryzjer już nie pracował tam, gdzie pracował do tej pory. I?

Drugi fryzjer miał być w pracy w środę i piątek, ale w te dni Jabłoń ma przecież napięte, inne plany. I?

Jabłoń jakoś dziwnie uradowana, że pierwszego i drugiego nie ma. I?

I dzwoni do trzeciego. Odbiera kobieta. Konsterna. Udało się jednak paniom ustalić, że o fryzjera-mężczyznę chodzi i że On może, ale jest tylko jedna dostępna tego dnia godzina, 14.30. Drzewko wzięło termin w podskokach. I?

I poleciało. I nie żałuje. I jest zachwycone. I tylko grzebień. I?

I Panu Fryzjerowi, gdy zapytał, co robią, Drzewko opowiedziało szaradę: dla Sadownika jak najdłuższe, a Jabłoni wszystko jedno, byle bez gumki i żeby na głowie był lekki bałagan. I rzecze On, po tym jak obrócił fotel z drzewną zawartością w swoją stronę:
— Wiem, że to głupio zabrzmi, ale proszę rozsunąć nogi i głowa między nogi.

I pooooooszło! Różnie, piętnaście-dwadzieścia centymetrów piór na podłogę. I?

I nigdy w życiu Drzewko nie było tak zachwycone swoimi włosami.

(I? F z Fantazją)

poniedziałek, stycznia 27, 2014

948. Z kuchennego frontu zdrowego żywienia

Sadownik:
(wraca ze spożywczego polowania)

Jabłoń:
(już od drzwi informuje)
Jestem ofiarą kuchenną.

Sadownik:
(znający swoją żonę jak mało kto,
ekstrapoluje swe doświadczenie
)
Co znowu zrobiłaś?

Jabłoń:
Wyjmowałam mleko kokosowe z puszki i mnie poraniła.
(po chwili, oglądając głębokość ran)
I tak się zastanawiam...
czy blacha puszki mogła mieć na sobie bakterie...

Sadownik:
(z powagą podniesioną do kwadratu)
Na pewno. Ja bym na twoim miejscu pojechał
na zastrzyk przeciw tężcowi, koniecznie w brzuch.

Jabłoń:
Jeśli bakteria była, to zdechła ze śmiechu,
jak usłyszała, co i jak mówisz.

(W tym czasie kasza jaglana z jabłkami i mlekiem kokosowym,
jakby nigdy nic, dochodziła do siebie w piekarniku
)

niedziela, stycznia 26, 2014

947. dlaczego nie?

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

dlaczego nie?
pytam.
bo jestem za stara…
bo nie wiadomo, czy się uda…
bo wolałabym uniknąć ryzyka porażki…
bo inni zrobili to już przede mną i nie mam szans ich dogonić…
bo czy to w ogóle ma jakąś wartość dla innych?
słyszę.

mam problem z wymyśleniem innych argumentów,
równie ogólnych a dość precyzyjnie odbierających
chęć do zrobienia czegoś nowego.

z argumentami tymi trudno polemizować. jesteś w określonym wieku. nigdy nie ma pewności, że się uda. małe porażki są gwarantowane. inni robili to przed tobą. Szanse na to, że będą za tym szalały kraje, kontynenty i cały świat być może są jeszcze mniejsze niż prawdopodobieństwo wygrania w totolotka jednym zakładem. ale, ale…

gdyby wszystkie te „dorosłe” pytania (poza pierwszym) zadać miało sobie dziecko, zanim podejmie decyzję o nauce chodzenia, szybko doszłoby do następujących wniosków. sprawa na dzień dobry wygląda beznadziejnie, biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie. przewróciło się i przewróci jeszcze nie raz. co gorsza miliony ludzi przed nim opanowały tę sztukę i umówmy się, choć kogoś zachwyci pierwszy pewnie postawiony krok, to dla całkiem obcych ludzi pozostanie to zupełnie bez znaczenia, czy obywatel chodzi czy nie. a jednak podejmuje trud.

pytam.
dlaczego więc nie zacząć robić tego,
co w najgorszym razie tylko nam przyniesie radość?

mam problem ze zrozumieniem,
dlaczego nie?

sobota, stycznia 25, 2014

946. Opróżniam filiżankę życia

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zachłanność. Osiągnąć najpierw. Myśleć, że da się zachować bez zmian wszystko co dobre z przeszłości. A potem życzyć sobie więcej i więcej, czegoś innego, nowego, mając z tyłu głowy, że trzeba bezwzględnie utrzymać to dobre, co już się zdobyło. Czyż to nie mentalne kajdany gwarantujące pozorne bezpieczeństwo i władzę nad życiem?

Antyzachłanność. A przecież nie jest możliwe, by napić się białej herbaty z naczynia wypełnionego po brzegi kawą latte bez uprzedniego pozbycia się z niego kawy. Przynajmniej przez ułamek sekundy filiżanka będzie pusta. Strata znanego. Strach. Może dlatego zmiana jest, no cóż, tylko dla odważnych?

Puścić świat, który stworzyło się wczoraj.
Rozejrzeć się w dzisiaj.
Nie odkładać na jutro.
Pomyślało się.

czwartek, stycznia 23, 2014

945. Pokochałam nie wiedzieć

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Naście lat temu Jabłoń zapytała Sadownika:
     — Umiesz wektory własne i wartości własne?
     — Tak. — Odpowiedział.

Niewinna wymiana zdań skończyła się awanturą, gdy wieczorem Jabłoń z kartką papieru w zębach usiadła koło Sadownika, powiedziała:
     — No to dawaj, wytłumacz mi. — I usłyszała, jak Sadownik ze zdziwieniem obwieścił:
     — Teraz? Przecież muszę do jakiejś książki zajrzeć.

Jabłoń czuła się oszukana, bo przecież gdy mówi komuś, że wie, to naprawdę wie. Możesz ją obudzić w środku nocy i wyłoży, opowie, wytłumaczy. Z przykładami. Więc jak ten Sadownik tak mógł? — myślała sobie wtedy.

*

Dużo czasu upłynęło od tamtego wieczora. Drzewko stało się zupełnie innym drzewkiem, ale wciąż lubiącym wiedzieć. Jabłoń wie dużo. Czasem za dużo. Często zbyt dużo. Uwięzione do tej pory w wiedzeniu Drzewko odkryło stan niewiedzenia, zanurzyło się w nim i zachwyciło się możliwościami, które daje.

Wiedza otwiera przed nami wiele drzwi.
Niewiedza otwiera przed nami całe przestrzenie możliwości.

Czy mówią o tym w szkole? Czy doceniają ten stan?

Alternatywny tytuł wpisu:
945. Tribute to Sadownik

[suplement pikselowy: 8.04.2021]

środa, stycznia 22, 2014

944. Epoka obywatela PKB

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wpadła mi sama w ręce. Zatrzymała swoim tytułem: Tam gdzie dzieci są luksusem. Pomyślałam: Polska? Większość zjawisk, choć na mniejszą skalę, dotyczy również naszego kraju. W wielu miejscach książki odetchnęłam, dowiadując się, że to nie moja bezdzietna, skrzywiona percepcja świata, lecz szaleństwo czasów, w których przyszło nam żyć, które ktoś mądry zauważył.

Pamiętam moje niesłabnące zadziwienie, gdy w szkole na języku polskim omawiano tło społeczne epok. Co myślano? Jak postrzegano świat? Jakie były normy? Zawsze przy takich okazjach nie mogłam uwierzyć, że ludzie dali się wmanewrować w takie czy inne szaleństwo. A tu, proszę, żyję w równie porąbanych czasach. Myśl ta krępuje mnie bezradnością, ponieważ tak naprawdę niewiele mogę. Jednak z drugiej strony, mogę wszystko w sobie i w świecie wokół mnie. Nikt nigdy mnie tego prawa nie pozbawi i mam zamiar z niego korzystać zawsze i wszędzie, bo jeśli nie ja, to kto? Jeśli nie Ty, to kto?

Dla wszystkich chińskich dzieci, na każdym etapie ich życia, pieniądze, bardziej niż kiedykolwiek, pozostają narzędziem walki o lepszy byt. Dzięki nim mogą prawie wszystko: chodzić do najlepszych szkół, leczyć się w najlepszych lecznicach, kształcić się na uniwersytecie, znaleźć mieszkanie, ożenić się. A bez tego sezamu pole możliwości znacznie się zawęża: nie mogą pójść do szkoły ani się leczyć, ani znaleźć dachu nad głową, ani nawet mieć nadzieję na założenie rodziny. Chińskie społeczeństwo w dobie reform jest bezlitosne dla swoich dzieci. Zdrowie, możliwość uczenia się, prawo do wypowiedzi, poszanowanie praw, mieszkanie, małżeństwo… wszystko się kupuje, wszystko się konsumuje; nic nie płynie ze źródła, nic nie należy się prawnie.

*

W społeczeństwie chińskim pojawienie się pierwszego dziecka stanowi kluczowy etap egzystencji: zgodnie z filozofią konfucjańską reprodukcja traktowana jest nadal jako „naturalny obowiązek”, tak więc kobieta bez męża i dziecka uchodzi za „niepełną i niespełnioną”. Jeśli w kilka miesięcy po zawarciu małżeństwa nie zachodzi w ciążę, obgaduje się ją, że jest chora lub „za stara” albo że jej mąż jest „za słaby”. Tak samo jak w przeszłości jednym z największych nieszczęść była bezpłodność (lub rodzenie się tylko dziewczynek) traktowana kiedyś jako dolegliwość wyłącznie kobieca.

*

Dziś, podobnie jak i dawniej, preferowanie synów wynika z racjonalnej kalkulacji kosztów i korzyści, których można oczekiwać po dziecku w zależności od jego płci. Według powszechnej opinii syn jest obdarzony kompetencjami i rolami, z którymi córka nie może rywalizować. Na przykład zapewnia kontynuację linii ojcowskiej i potwierdza społeczny status rodziny. W późniejszym okresie córka zostanie oddana rodzicom swego męża, syn natomiast będzie niezawodną podporą dla swoich starych rodziców. Reformy ekonomiczne i społeczna liberalizacja, która była ich wynikiem, tylko wzmocniły tę wizję — tym bardziej jeśli jest jedynakiem. Rodzice wiążą z nim wielkie nadzieje: widzą jego przyszłość jedynie w kontekście powodzenia — tak zawodowego, jak i społecznego. Do tego stopnia, że gdy na wsi dochodzi do konfliktu na tle finansowym lub związanego z kwestiami własnościowymi, stroną, która wygrywa, jest ta, co ma syna, podczas gdy druga słyszy: „Dlaczego nadal domagasz się uznania swoich praw, ty, który nawet nie masz syna, by przedłużyć linię rodową?”.

Isabell Attané, Tam gdzie dzieci są luksusem.
Chiny wobec katastrofy demograficznej
,
Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2012.
(wyróżnienie własne)

wtorek, stycznia 21, 2014

(940+3). Zimowe psychiczne przesilenie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są ludzie, z którymi bardzo chciałabym spotkać się na przecięciu naszych, tak bardzo różnych, światów. Gdy dociera do mnie, że będzie to trudne, bo światy należą do bardziej równoległych niż myślałam, robi się smutno. Dotykam mało prawdopodobnego, graniczącego z niemożliwym. Zatrzymuję się w sobie. Oswajam żałobę, która bez pytania przysiada się do mnie. Patrzy mi głęboko w oczy i mówi:
     — Ale żyjesz i zawsze masz jakiś wybór, nie zapominaj o tym.

Troszkę trwało, zanim przypomniałam sobie, że zawsze mam wybór.
Wybrałam swoje, to najbardziej moje, Życie.

942. Poza huśtawką

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jako smarkacz, z poziomu podwórkowej huśtawki, dokonałam dziecięcej obserwacji: nie warto kończyć szkoły podstawowej i iść do liceum, ponieważ wszyscy, którzy to robią, znikają! Znikają z podwórka. Wówczas moje życie towarzyskie i sens życia społecznego w całości znajdowały się na podwórku. I proszę, zauważyłam wtedy, znów kilkoro fajnych ludzi zniknęło. To znaczy, widywało się ich, ale już nigdy nie przesiadywali na huśtawkach. Wówczas nikt nie wspomniał, że oni nie zniknęli, tylko zrobili krok ku nowemu światu, pozostawiając stary świat.

Historia ta przypomniała mi się dziś, gdy dotarło do mnie, że Życie jest Okazją, by doświadczyć niesamowitych uczuć i chwil, bez względu na rekwizyty i okoliczności, jakimi przyłożył nam los. Ktoś mógłby powiedzieć, że wiele razy znikamy, rezygnujemy, poddajemy się, ale tylko nieliczni (wtajemniczeni, idący razem z nami) wiedzą, że zmieniamy światy, pozostawiając za sobą stary, by iść w kierunku nowego, tego wymarzonego.

Życie jest niesamowitą Okazją! Obyśmy ją wykorzystali do cna.

czwartek, stycznia 16, 2014

(940+1). Uwaga, ten blog czytają sekciarze

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mam przywilej „posiadania” Nauczycieli. Gdy podzieliłam się senioralną historią, moja Superwizorka przytomnie zapytała:
     — A o jakiej psychologii mówił?
     — Gdy pytasz, o jakiej psychologii mówił, to już jesteś hop do przodu, bo w ogóle wiesz, że psychologia ma nurty i kierunki. Psychologia w ogóle to sekta!
     — Acha.

*

Mam przywilej „posiadania” Przyjaciół. Gdy podzieliłam się senioralną historią, Altówka napisała:
    [...] masz psa — sekciara,
          rasowego — sekciara,
          szkolisz — sekciara,
          odżywiasz się świadomie — sekciara,
          czytasz książki — sekciara,
          jesteś szczęśliwą mężatką — to też sekta,
          blogerką — sekta jak nic. [...]

*

Mam wiele przywilejów. Dziś wracając z pracy myślałam o nich, dziękując za każdy z osobna. I walnęła mnie po głowie przezabawna konkluzja, uśmiech niebywały na mej twarzy rysując: każda Osoba, która weszła na ten blog i została... jest Sekciarą lub Sekciarzem, jak nic! I co Wy na to, mili Państwo?

Kończę sekciarskim, przeszczęśliwym HAWK!
Że jestem, że jesteście, HAWK!

wtorek, stycznia 14, 2014

940. Uwaga, ten blog pisze sekciara

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Orzeszek. Nad nią onkologiczny miecz Damoklesa. Umiem wyobrazić sobie namiastkę trudności, których doświadcza dzień przed i w dniu badań kontrolnych. Wiem, że to przeraźliwe doświadczenie nie musi wykańczać tak bardzo psychicznie. Przecież są na tym świecie, ba, nawet w tym kraju, co ja piszę, nawet w każdym województwie, terapeuci i psychoonkolodzy.

Rozmawiałam wczoraj z Seniorem. Opowiedział o tym, jak to Orzeszek z pewną panią „na mieście” rozmawiał. Opowieść ta zmroziła mi krew w żyłach. Wspomniałam, by może rozważyli, choćby tylko przez chwilę, samo rozważenie terapeutycznej formy kontaktu z obcym człowiekiem. Senior załamał mnie mówiąc:
     — Psychologia? To sekta! My jesteśmy normalni.

Wewnętrznie runęłam na ziemię.

niedziela, stycznia 12, 2014

(938+1). W świecie ludzi długich

Jabłoń:
(wyciąga się we własnym łóżku)
O rany! Nareszcie łóżko bez barierki!

Sadownik:
(prezentuje godny pozazdroszczenia poziom PWW)
Tylko łóżko? A ten fantastyczny mężczyzna obok?

sobota, stycznia 11, 2014

938. Bonus stażowy

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Poniedziałek–Piątek. W jednej kuchni naście osób w ciągu dnia przyrządzało posiłki. Dominowała kasza jaglana, wygrywając w cuglach z wszystkim innym składnikami. Po raz pierwszy w życiu odważyłam się zjeść jagły na zimno i... okazało się, że sałatka, choć podmieniono w niej kolendrę na natkę pietruszki, jest absolutnie prze-prze-przepyszna.

Od słowa do słowa. Przepis. Skąd. Nie byłam zaskoczona, że po raz kolejny świat okazał się malutki. To dobre miejsce dla człowieka jedzącego miesiąc lub dwa temu polecała mi Altówka. A w czwartek. Od słowa do słowa. Przy przepisie. Skąd. Okazało się, że do Duszy zawiadującej tym magicznym miejscem prowadzi tylko jeden dodatkowy uścisk dłoni osoby, którą i Dusza, i ja znamy. Osoby, która należała do tych, które co wieczór podczas stażu piły razem ze mną, przygotowany z miłością napój Bogów według przepisu podarowanego na tym blogu przez Ommeczkę.

(źródło fotografii i przepis)

piątek, stycznia 10, 2014

(932+5). Po (VI) i... Przed

Piątek. Śniegu brak.

(932+4). Po... (V)

Piątek. Poranny spacer.
Piątek. Silny wiatr a na niebie stany ekstremalne.
Piątek. Śniegu wciąż brak.

(932+3) Po... (IV)

Środa. Czy można sfotografować dno?
Środa. Metaforę na własne dno odnaleźć?

(932+2) Po... (III)

Czwartek. Jedno ze zdjęć poprawić.
Czwartek. Śniegu brak.

(932+1). Po... (II)

Poniedziałek–Piątek. Niełatwy, ale bogaty w doświadczenie czas.
Środa. Sięgnęłam dna.
Środa. Poszłam więc robić zdjęcia. Śniegu brak.

932. Przed... i Po (I)

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Niedziela. Praca.
Niedziela. Biegusiem do domu.
Niedziela. Zapomnieć o siedzeniu przy komputerze.
Niedziela. Wyjąć. Wybrać. Spakować. Życie stoliczne zawiesić na kołku.
Poniedziałek. Kluczyki z rana w stacyjce przekręcić. Ruszyć. Jechać.

*

Gdy z trzema królami w tle przemierzałam kolejną setkę kilometrów dotarło do mnie odkrycie na miarę mirry, złota i kadzidła. Choć ciało człowieka składa się w większości z wody, to sam człowiek składa się tylko z dwóch „substancji”: miłości i lęku.

Wszystko co czynimy, czynimy albo z miłości, albo z lęku.

*

Poniedziałek. Staż. II blok.
Poniedziałek. Śniegu brak.

sobota, stycznia 04, 2014

(930+1). Putiniada 2014

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
(jeszcze bez przeciwciał na stan mentalny świata)
Co robisz?

Sadownik:
Oglądam sobie dokument.

Jabłoń:
(przysiadła, zaczęła towarzyszyć i oniemiała z wrażenia)

Sadownik:
(między środkiem a końcem filmu)
Rosja to nie nazwa kraju, to stan umysłu.

Jabłoń:
Mam nadzieję, że chociaż pogoda zbojkotuje te igrzyska,
bo na społeczność sportowców po tej książce nie liczę.
Może zrobiliby to w XX wieku, ale nie w XXI.
Nóż w kieszeni się otwiera.

[film już niedostępny]

930. Moc z niemocy narodzona

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Leży mi ta książka na wątrobie już prawie miesiąc. Najpierw ją przegapiłam i nie mam pojęcia, jak to się mogło stać. Moje ulubione wydawnictwo. Moja ulubiona seria wydawnicza. A jednak przeoczyłam. Nadrobiłam zaległości, gdy wypatrzyłam ją na bazarku świątecznym na początku grudnia. Wtedy miała rok. Połknęłam ją w kilka dni, próbując nie śpieszyć się wcale, dbając o to, by nie zrzygać się światu prosto w twarz. Dziś, gdy ostatecznie postanowiłam pozostawić ją tutaj, ma już formalnie dwa lata.

Leżała mi na wątrobie do dziś, wywołując fale różnych objawów. Najpierw mnie rozłożyła na łopatki świadomością, że w najbardziej maniakalnie akuratnym kraju taaakie rzeczy mają miejsce. Gadżety i nastrój wynikający z możliwości dwudziestego pierwszego wieku maskują fakt, że większość pracujących ludzi funkcjonuje w sposób przypominający czas wczesnej rewolucji przemysłowej. Rozejrzałam się po znajomych i uznałam, że w pewnym sensie dotyczy to wszystkich nas.

Idealistka we mnie pochorowała się na świat i życie. Ktoś we mnie odwrócił się od tak nędznej perspektywy czasu, który przede mną. W poniedziałek padłam. Hannah stwierdziła, że będę żyć, ale muszę, muszę, muszę (!) mieć trzy dni urlopu, nic-nierobienia siedemdziesiąt dwie godziny, bo jak nie, to będzie bardzo, bardzo, bardzo źle. Z pewnymi przerwami poddałam się zaleceniu. Dziś koło południa ewidentnie zakończył się ten czas.

Idealistka we mnie podniosła głowa. To dobrze, że wie już, jak jest. Nie przejdzie progu kawiarni o zielonym logo. Przyjęła do wiadomości, że jest, jak jest. Skoro rzecz miała miejsce w Niemczech, aż strach myśleć, jak jest w Polsce. Nie mam złudzeń, na pewno nie jest lepiej. Gdy Idealistka podniosła głowę, dotarło do mnie, że choć nie mam na to wszystko wpływu, mam wpływ na swój mały mikroświat. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej poczułam wagę samodyscypliny, prawdy, świadomości i uważności w relacji ze sobą, w relacjach z innymi ludźmi oraz miłości, która wskazuje kierunek mego życia, działań i podejmowanych kolejnych kroków. Cywilizacja, w której przyszło mi żyć wciąż, w pewnym aspekcie, wydaje mi się upadającym Rzymem, ale ja już nie jestem jego ofiarą. Wróciłam do siebie. Nie ustaję!

[...]  jako somalijski emigrant ani nie mam pracy (jak większość uciekinierów objętych w Niemczech zakazem zatrudniania), ani nie mogę się pochwalić specjalnymi umiejętnościami czy doświadczeniami. Nie jestem kolegą wśród kolegów, jak wtedy gdy udawałem Turka, prostego robotnika, lub gdy udawałem redaktora „Bild” czy piekarza albo agenta firmy telemarketingowej. Nawet jako bezdomny byłem równy wśród równych — lecz jako czarny między białymi?
      Jestem po prostu czarny i obcy, co w społeczeństwie nastawionym na sukces znaczy: bezbronny, bez wartości. Ci, których spotykam na swojej drodze, mogą wyżywać się na mnie, folgując swoim rasistowskim odruchom, albo inaczej — nieobarczeni szacunkiem dla prestiżowego zawodu ani imponujących dochodów, mogą bezczelnie wtykać nos w moje sprawy i demonstrować silne bicepsy.

Z reportażu „Czarne na białym”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Dzielni i przystosowani członkowie społeczeństwa zawsze znajdowali sposób, by oszczędzić sobie widoku „szumowin uchylających się od pracy” — usuwali z pola widzenia bezdomnych, chorych psychicznie, alkoholików i inne osoby, które już na pierwszy rzut oka odbiegały od normy.

*

      — Ulica zmienia ludzi, czasem na korzyść, czasem na niekorzyść, to zależy. Znam osoby, które były profesorami, lekarzami, a dziś są na ulicy. Wypadły po prostu z systemu i trudno im było wrócić. Do tego doszła może jedna czy druga nieszczęśliwa okoliczność życiowa i to zmieniło koleje ich życia. Nie mówię, że zeszły na złą drogę, tak nie mogę powiedzieć. Ale wkroczyły w inne życie.

Z reportażu „Mniej niż zero”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

[...] nie ma takiej nieprawdy, takiej presji, takiego publicznego ośmieszenia, takich kosztów, przed którymi zawahałaby się dyrekcja koncernu, jeśli to wesprze kurs jej polityki.

Z reportażu „Wykolejona kolej”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.