Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LudzieNaMejDrodze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LudzieNaMejDrodze. Pokaż wszystkie posty

środa, września 30, 2026

6241. 273/365  // na gigancie, dzień 18.

ona na wózku z przystawką, on z białą laską bezpiecznie trzy­ma się rączki wózka, poszli. na szczęście nie było nikogo, komu wy­rwał­by się z ust dramat! świętowali jego urodziny.

273/365

🍅
[model zwany „głowa, serce i ręce”, opra­co­wa­ny] w XVIII wie­ku przez szwajcarskiego re­for­matora edukacji Johanna Hein­richa Pe­sta­lozziego.
     […]  głowa jest tym, co wiemy, serce tym, na czym nam za­le­ży, a ręce tym, co robimy.

Laura Lynne Jackson, Ścieżki. Jak zaufać prowadzeniu,
które przychodzi z drugiej strony
, przeł. Marcin Masłowski,
Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2026.

niedziela, września 20, 2026

6227. Z oazy (CDLXXIV)

Pierwszy tomik tam. Wybierając z drugiego to, co chcę zachować tu dla siebie, po­myślałam o potencjalnym niefantomowym bólu poety, gdyby widział, co ja z jego wierszami zro­bi­łam po tym, gdy je po swojemu przeczytałam i przeżyłam. Per­spek­ty­wa innego ży­cio­we­go doświadczenia, drugiej płci, innych sposobów myślenia i za­chwy­cania się światem niczego nie usprawiedliwiają — poeta zgrzytałby zębami jak nic. A ja w tym czasie przycięłam, wycięłam, wydłubałam i mam tu pod ręką.

Przecinki. Pozostanie dla mnie tajemnicą, czy ich brak to aby na pewno maniera lub styl pisania. Powiedziałabym styl, gdyby nie było ich wcale. Czyżby — myślę sobie po cichutku — te, które są, zdradzały poetę?

Po wszystkim zadumałam się i doszłam do następującego wniosku. Nie sądzę, bym przeczytała oba tomiki tak, jak je poeta napisał. Może właśnie z tego powodu kanon lektur tworzą zwykle nieżyjący pisarze i pisarki, martwi poeci i poetki. Żadna z tych, za życia bardzo twórczych, osób nie wścieknie się już z powodu swojego stanu nie­ży­cia, że odebraliśmy ich literki zupełnie na opak, że za to faux pas nie mamy nawet zamiaru przepraszać.

A ten poeta? Niech długo żyje, dużo przeżyje, nim zaświta mu w głowie myśl am­bit­na, ale i śmier­cio­nośna (patrz akapit wyżej), by do kanonu lektur wkręcić się lub wbić. A ja? Czekam na kolejny tomik.

co uchodzi za dom, to zawsze dzieło twoich rąk.
             Ile więcej trzeba, żeby nie wyparować z samego siebie,
             nie sturlać się w słowa, żeby zostało coś z tych mąk
             dla mnie, dla ciebie?

🖇

Od dzisiaj będziemy mówili już tylko, jak jest;
jak było, wie każdy, jak będzie — też,
pozostaje tylko zaprzeczyć, jakoby to miało
cokolwiek wspólnego z tobą, ze mną
nie będzie łatwo, a tym bardziej trudno, bo wiesz,
lepiej walić prosto z mostu,
na główkę, bez bajeru, tak po prostu.

🖇

„Czy naprawdę dzisiaj, tutaj, na takim, a nie innym krańcu świata, ze łzą jak oceany wyschłe
chcesz się sprzeczać? I to o czas? Lepiej przypomnij mi świat sprzed oranży i purpur”.
To chodź, dziś opowiem ci o czasach, gdy tęcza była drogą między słońcem a zielenią.

🖇

Co przemienia wściekłość w żal
buszującą w zbożu

🖇

Kto by na to wpadł, że wiersz można zaciukać
i choć nie mieści się to w żadnym paragrafie,
winnego wskazać nie sztuka —

🖇

Każdy gest na tyle wykwintny,
żeby go akurat pomylić z obelgą —
nigdy bowiem nie mówimy tak tylko;

🖇

Po co ograniczać się horyzontem: co ma się zdarzyć, to nie utonie,
[…] 
Masz tu, wklej nazwisko i zdefiniuj płeć;
imię możesz sobie wpisać, jeśli tylko chcesz.

🖇

i co też komu zrobiłem złego,
żeby kończyć jako przystawka na obiedzie
pełnym byle czego?

🖇

Chançon i basta
   Szanuj kundla swojego
   jak i on ci odpuszcza
   żywota twego zgliszcza.

🖇

i w żadną spójną całość los mi się nie składa —
             a jak już tak wyszło, to nie pożałowałem.

🖇

Czy to tak wolno, czy to wypada, to, dalibóg, jest grzechem
wyrywać kochankę z korzeniami od roku kwi-kwi-kwi-
tnącą na poletku innego. Że niby to takie qui pro quo, pourquoi pas, aserejé.

🖇

333 słów,
z nich uklepiesz świat,
z którym ci na trochę będzie za pan brat.

Wit Pietrzak, Wyimki/przeływ,
Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2022.

Każdy egzemplarz książki powinien posiadać erratę,

(tamże)

6226. Z oazy (CDLXXIII)

Nie widziałam Go prawie dwadzieścia lat. Po pogrzebie spojrzeliśmy sobie w oczy; obiecaliśmy wzajemnie, że nie przepadniemy w naszych osobistych życiach cał­ko­wi­cie, nie dając znaku życia przez kolejne dziesiątki lat, że spotkamy się, nim kolejny pogrzeb nie będzie dyskutował z naszymi na sztorc zabitymi obowiązkami ka­len­da­rzami.

Tomik żyjącego łódzkiego poety obiecał na poczcie nadać zaraz w poniedziałek. W czwartek przesyłka le­ża­ła na moim łóżku. Gdy wróciłam na poziom umieralni po wszystkich prze­wi­dzia­nych na ten dzień pro­ce­du­rach medycznych, rozdarłam ko­per­tę i okazało się, że w środku tomiki były dwa.

Złapałam oddech, porzuciłam ośrodek, pognałam do baru na kawę i… pasłam duszę. Postanowiłam czytać chronologicznie, więc na pierwszy ogień poszła twórczość po­ety-mło­dzień­ca ciut podstarzałego, czyli chwilę po trzydziestce.

Kilka zabaw słowem podchwyciłam, zachwyciłam się i świetnie się bawiłam. Zgor­szył mnie wers śmierdzący oblizującym się obleśnie facetem w niemocy po pięć­dzie­siąt­ce, fuj! Zniesmaczył wiersz podyktowany przez bezczelnie nieświadomego swo­ich przywilejów białego heteroseksualnego mężczyznę. Nie będzie więc tu ani tego wersu, ani wspomnianego wiersza. Jest tu piękno, ktore chcę mieć w razie czego pod ręką, bo dobre słowo nie zaszkodzi.

🖇

Nie do końca wiedząc, co jest poezja, przeliczał
trafne wersy na kilokalorie, a wcale nie było to takie proste.
Ile, na ten przykład, ma wiersz powyżej? No
i jaką przybrać skalę? Od tic taca do cielaka
powiedzmy? Czyta więc, co popadnie
by potem skrupulatnie ułożyć menu
uzupełniając je o niezbędne
dla zdrowego rozwoju suplementy.
Język, niezwykle prężny mięsień, zazwyczaj
obojętny na indeksy glikemiczne, tuczy
podlewając oliwą jak świnię na rożnie
po to żeby — gdy dojdzie — zaserwować go
efektownie, nieodzownie
z jabłkiem zatkniętym w pysku.

🖇

Do kogo mówisz, kiedy słuchasz głosów?

🖇

Podobnie jak poliester, lycrę, anilanę
pozyskuję języki w drodze syntezy
wyrazów, które postawione pod ścianę
odmieniają się przez najprostsze przypadki.
Trochę odkształca je wysokie ciśnienie
skrajnych okoliczności, dając
nieprzewidziane wyniki, głównie jednak —
znawcy tematu wyrażą zaskoczenie —
             okazują się mało podatne na mechacenie
             elektryzację, no i nigdy nie przylegają
             do ciała ani żadnej rzeczy, która
             z niego jest
. Bez wątpienia
             mięcie to największa ich słabość
             bo raz je wystarczy przepracować
             by rozlazła się wszelka gładkość
             która z pozoru mogłaby być modelowa.
Wysnuwam te poliestrowe słowa
z przepoconego gardła, żeby
samego siebie odkryć od nowa
i, choć zapewne zbyt mało stanowczo
jakże wiarygodnie. Trzeba tylko pamiętać
żeby nie przepierać ich za często
każdy bowiem wie, że łatwo tracą kolor.

🖇

Domy dzieci
   Podwórko ciężko zasypiało latem. Dudniło
   stękało: „Faul — jaki faul!”. […] 
                […]  Pod wieczór rozpaczliwie
                nas ubywało, kolejni, wleczeni przez starych — znikali.
                Mnie na ogół zabierali na końcu. Tylko we wtorki, tak
   mi się zdaje, Łuki wpadał po południu. „A to farciarz”
   — myślałem i w duchu mu zazdrościłem, że nigdy
   nie widzieliśmy, żeby ktoś przyszedł po niego.
   Po kolacji słyszałem czasem, jak ćwiczył
   rzuty osobiste, często zwane też wolnymi.

🖇

Jak to się stało, że nie poznaję
w nich ludzi, a pamiętam
że kiedyś tłumaczyła mi
wzory Viete’a, aż nie chciało się wierzyć.
Siedzę przy stole i czuję, jak mi lata
minęły między obiadem a herbatą.

🖇

Kwestia języków też się jakoś rozwiązała.
Niektórzy wprawdzie mieli kłopot z wysłowieniem się jak należy
więc wyjęzyczali się jak mogli. […]

🖇

ale nie wiedziałem, że dom ów domem już nie jest
toteż schowałem klucz, narzuciłem na głowę kaptur i poszedłem dalej
ulicą która ulicą jest już tylko z nazwy.

🖇

Małe ojczyzny tanio sprzedam
   […]
   brnął na swoje miejsce, „Excuse me, excuse me”
   — fałszował pod nosem, a mijając mnie
   ni stąd ni zowąd: „Posuń się, kurwa”. Krew mnie
   znienacka w pysk się cała zbiegła, Mruknałem tylko;
   „I’m sorry”, i nachylilem się, by szepnąć słówko
   Hughowi (pojęcia nie mam, jak to wymówić).

🖇

Cztery kier
   Wykładam się niespodziewanie słowo po słowie
   może mnie zrozumiesz akurat na właściwy opak
   […]
   Wszystko po to, „nie powiem — mówię na próbę —
                   dopóki nie skończysz”, żeby nie dało się o tym
                   napisać, a jeśli już, to tylko we wspólnym języku.

🖇

Rozpływa się, jak topniejący o poranku sopel lodu, niechęć
do czarno-białych, kategorycznych sądów, co upadlają żywych i umarłych
[…]
Kropla do kropli wzbieram zrozumieniem, które w czystych
już łzach wyleję
, nim zastygną w mający o poranku stopnieć
sopel lodu, o ile łatwiejszy do pochwycenia.

🖇

W chwilę po zapadnięciu, decyzja każe
myśleć: jakoś to będzie
[…]
bo życie sprowadza się do chwil, jak ta utrwalonych w sennej marze
intymnie i kapitalnie drążących myśli, dopóki ich znamię
nie utrwali się na dobre i złe, czekam, aż na nowo poustawia wszystko we mnie.

Wit Pietrzak, Stabilne,
Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2016.
(wyróżnienie własne)

Rozklekotał mi się język zdecydowanie
zbyt nieortodoksyjnie, żeby mogła z tego być poezja
więc chodu w prozę za życia […] 

🖇

Uwielbiam twoje dyftongi, Kochanie. […]

(tamże)

poniedziałek, września 14, 2026

6216. 257/365  // na gigancie, dzień 2.

obdarowana po­mocą, pamięcią.
bezcenne gesty. innymi słowy,
ogromny pomidor malinowy.

257/365

🍅
Wskazówki i miłość są zawsze obecne.

•

Nikt z nas nie prowadzi samotnego życia bez znaczenia. […]  jesteśmy powiązani z innymi ludźmi, również z ty­mi, którzy przyszli tu przed nami — w majestatycznej mo­za­ice światła i energii, jaką jest egzystencja.

Laura Lynne Jackson, Ścieżki. Jak zaufać prowadzeniu,
które przychodzi z drugiej strony
, przeł. Marcin Masłowski,
Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2026.

czwartek, kwietnia 02, 2026

6060. 92/365

szpa­gacik na praktykach w pikselu. gapię się od wczoraj na to zdjęcie, chyląc czoło przed miłością, którą timka ma w sobie, której perfekcyjnie patologiczny system edukacji nie dał rady, choć bardzo się starał, unicestwić. wiele kudłatych światów jest w najlepszych rękach podczas swoich bezbronnych chwil.

92/365


fot. [od:] Kaan.
 

Zmienianie świata zawsze zaczyna się od nas samych. Świat możemy trwale zmienić tylko dzięki swojej miłości i życz­li­wości.

•

W sprzecznościach i przeciwieństwach rozpoznajemy dy­na­mi­kę życia, która nie rozwija się linearnie, lecz raczej wciąż się na nowo stwarza z chaotycznych na pozór sytuacji.

Willigis Jäger, O miłości, ilustr. Szymon Adamczyk,
przeł. Zenon Mazurczak, Krystyna Podhajska,
Czarna Owca, Warszawa 2010.

piątek, marca 13, 2026

6039. 72/365

l’imu. do dziś tylko czy­tałam wiele, wiele razy o smaku tego trunku. ustaliliśmy* z Coni The Wind, że nie mogę odejść, nim nie wypijemy ra­zem zawartości tej bu­telki.

72/365

__________
  *  chwilę wcześniej dzwoniłam do Sadownika, by do­wie­dzieć się, w której szafce stoją moje ulubione małoduńskie kieliszki.

Ivonne Dekarski, Love Is Not a Line.

sobota, marca 07, 2026

6036. 66/365

jutro, na któ­re tak długo czekałam, przyszło dziś. na zielo­ność jeszcze poczekam, ale ludzie już zakwitają. a ja przy nich od­żywam.

66/365

Wiosna przypomina nam o tym, że zawsze jest jakieś ju­tro, ko­lej­ny tydzień czy kolejny rok; po mglistym dniu może przyjść bardziej słoneczny, a zmiany w życiu wcale nie spra­wia­ją, że znika nadzieja, nawet jeżeli wszystko wygląda teraz trochę inaczej niż wcześniej.

Wendy Mitchell, Anna Wharton, Co chciałabym, żeby
ludzie wiedzieli o demencji
, przeł. Barbara Łukomska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

I czytam coś, co napisałem:
„Wiosna jest jak rozbierająca się piękność”.

Wallace Stevens, Żółte popołudnie, przeł. Jacek Gutorow,
Biuro Literackie, Kołobrzeg 2025.

sobota, kwietnia 26, 2025

(5768+4). —

Jabłoń:
(wysłała Ludziom Fidusa link do odgrzebanych zdjęć,
gdzie na jednym z nich i Fidus, i Heniutka
)

Człowiek Fidusa:
(odpisał, dołączając zdjęcie,
które zmoczyło Drzewku oczy
)
W kąciku po misce Fidusa,
dla naszych ośmiu łap
🐾🐾 🐾🐾

poniedziałek, kwietnia 21, 2025

5764. Panna cotta (CLV)

W drodze „ku” zderzyły się w mojej głowie kulki i przypomniało mi się włoskie po­wie­dzenie. Podzieliłam się nim z Sadownikiem, bo okazało się, że byliśmy w ka­te­go­rii wielkanocnego czasu bardzo włoscy, na długo zanim którekolwiek z nas podjęło się nauki języka półwyspu w kształcie buta, ponieważ kilkanaście lat te­mu wy­wal­czy­li­śmy sobie świecki, nierodzinny, nasz czas. Puściliśmy dzi­siaj to przy­słowie w ruch, spędzając dzień z przy­ja­ciółmi.

Natale con i tuoi, Pasqua con chi vuoi.
[Boże Narodzenie ze swoimi, Wielkanoc z kim chcesz.]

 
 
[częściowa asystencja: Sadownik]

poniedziałek, lutego 17, 2025

5719. ⅗+ Klubiku „Świnka” (V)

Gdyby Młodość nie przycisnęła, pewnie odłożylibyśmy kinową wizytę na czas re­gu­lar­nych seansów. Poszłyśmy, bez panów, z Kaan gościnnie, wczoraj wieczorem.

Zdjęcia fenomenalne. Muzyka perfekcyjnie dobrana. Craig zagrał obłędnie, James Bond przy tej roli to nic. Ostatnia scena chwyta za serce i trzyma, dopóki nie opad­ną ostatnie fusy wrażeń, dopóki nie wytrąci się osad osobistych przemyśleń, z którymi pozostaje się już na zawsze ciut „miękciejszym” czyli poprawnie „mięk­szym”, choć to już nie oznacza tego samego w doświadczeniu.

🐷

Queer, reż. Luca Guadagnino, 2024.

Eros, który wedle Platona kieruje duszą, posiada władzę nad wszyst­ki­mi jej częściami: pożądaniem (epithymía), odwagą (thymos) i ro­zu­mem (logos). Każda część duszy ma swoje własne doświad­cze­nie rozkoszy i in­terpretuje piękno na swój sposób.

Byung-Chul Han, Społeczeństwo zmęczenia
i inne eseje
, przeł. Rafał Pokrywka,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2022.

*

Prince, 17 Days, Piano & A Microphone 1983, 2018.

piątek, lutego 14, 2025

5711. [']   // 45/365

któ­ry to już dzień nie dociera do mnie, że Ona jest po drugiej stro­nie, z Tajgą i Dunieczką. tylko sadownik reprezentował dziś naszą rodzinę na po­grze­bie, bo mnie zimno zatrzymało w ulu.

nie przestaje być ze mną Jej uśmiech, głos i serdeczny śmiech, niech pozostaną!

45/365


fot. Hans Benn, [dostęp 14.02.2025], źródło.

środa, stycznia 15, 2025

5681. —





stay strong, stay positive, and keep moving.
Dom Thorpe

[…]  w twoim wnętrzu nie bra­ku­je paliwa i nie trzeba go oszczędzać.
Maxwell Maltz

🍆

poniedziałek, stycznia 06, 2025

5678. I po…

Nie wszystkie te rękodzieła zostały już pożarte, ale wszystkie zrobiły wra­że­nie na naszych ob­da­ro­wa­nych sercach. Befana raniutko, nim zadecydowała o końcu świą­tecz­ne­go czasu, wymogła, by cyk.

środa, października 23, 2024

5620. 297/366

ode mnie do Niej dwa uściski dło­ni. nie­spo­dzian­ka całkowicie niespodziewana trafiła do ula. od Niej do mnie potrzebowała czte­rech uścisków dłoni, by zrobić to dziś, i jed­nej chwili, by zrobić mi dzień.

297/366

piątek, października 04, 2024

5601. Łomoląc historią

Gdy na urlopie czytałam poniższy fragment, pomyślałam, że zbiorę się i w końcu z poczty wydłubię otrzymane zdjęcia, zrobione w rodzinnym mieście poety/pieśnia­rza. Dziś przyszedł ten dzień.

W młodości łomoliłam Nim całymi latami. W ilu ludzi młodość wpleciony jest ten charakterystyczny głos? Z wieloma osobami mogłabym się przerzucać ulubionymi utworami. Zajęłoby nam to całą noc, a mimo to żaden kawałek nie powtórzyłby się dwa razy, jestem pewna. A gdyby przysiadł się pan Maciej, to i tydzień mogłoby być dla nas za mało, ale za to święto byłoby ogromne.


fot. El Sciur.

*

Ła­pa­ła rytm i mia­ła swo­je szla­gie­ry, co znać by­ło z oży­wie­nia, ja­kim za­twier­dza­ła mój wy­bór. Mo­im ner­wom Co­hen nie był do ni­cze­go po­trzeb­ny, ale ją ko­ił lub roz­krę­cał, za­wsze nie­nad­mier­nie, po­zwa­la­jąc nam unik­nąć nie­po­żą­da­nych wah­nięć. Hey, That’s No Way To Say Go­od­bye  to­wa­rzy­szy­ło nam przez do­bre kil­ka mie­się­cy par­tią swo­ich ryt­micz­nych schod­ków, ła­god­nym, acz wy­ra­zi­stym stop­nio­wa­niem uczuć, z li­nią ka­ta­ryn­ko­wą, pro­wa­dzo­ną na po­wol­nie roz­krę­ca­ją­cej się kor­bie. Da­wa­ły­śmy ra­dę to wy­tań­czyć: ja od­po­wia­da­łam za par­tię nóg, ona za stre­fę gór­ną eks­pre­sji. […]
     Re­je­stro­wa­ła cia­łem ko­lej­ne pro­gi mu­zycz­nej nar­ra­cji. „Ty, patrz, cze­ka, aż bę­dzie re­fren” – za­ga­jał mój oj­ciec. Od­po­wia­da­łam mru­gnię­ciem, by nie prze­rwać transu.
     Mia­ła si­łę na dłu­gie se­kwen­cje tań­ca, na śmiech.

Eliza Kącka, Wczoraj byłaś zła na zielono,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024.

*

Leonard Cohen, Hey, That's No Way To Say Goodbye,
koncert w Londynie w 2009,
Dino Soldo (harmonijka ustna), Javier Mas (mandora).

you know my love goes with you
as your love stays with me

czwartek, września 19, 2024

(5584+1+1). Nieoczekiwany suplement

Sadownik:
(w trakcie drzewnej rehabki wynurza się z gabinetu)
Zobacz, co ja jeszcze wczoraj znalazłem?
(poproszony był o odnalezienie
drzewnej książeczki żeglarskiej
)

Po rehabce list sprzed ćwierć wieku spłakał mnie łzami wzruszenia i wdzię­czno­ści. I smutku, że dopiero dziś zrozumiałam słowa, które mi Kapitanka przysłała.

Lepiej późno niż wcale. Nie, nie wierzyłam wtedy. Nie wierzyłam tak bardzo, że nie przeczytałam ze zrozumieniem napisanych przez panią, pani Kapitan, dobrych słów, gdy były świeżutko wyjęte ze skrzynki pocztowej.

Z nie­do­wie­rza­niem prze­czy­tałam je dziś kilka razy, by do mnie dotarł nie tyl­ko ich sens i głębia, ale rów­nież wynikające z nich konsekwencje i odpo­wie­dzial­ność, jaką mam w związ­ku z tymi słowami do wzięcia.

Czy uwierzyłam? Chyba już czas najwyższy zacząć. Pani Kapitan, proszę trzy­mać za mnie kciuki. Ten wiatr w nas, pani Kapitan, tak piękny!

[…]  gdy nadejdzie chwila zwątpienia, byśmy potrafiły po­wie­dzieć sobie jak kapitanka Krystyna Chojnowska-Liskiewicz: myślę, że dam radę.

Paulina Reiter, Samotne oceany.
Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo
,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

*

[…]  wiatr zawsze pozostaje wiatrem.
   — Jungeun Yun

środa, września 18, 2024

(5584+1). Nieoczywiste chwile

     – A osobista satysfakcja? – pytam.
     – […]  No, może jestem za bardzo bezczelna?

1994. Zdaję na patent sternika jachtowego. Wracam do akademika i moim chłopakom mówię: no to czas iść w morze. W tamtym czasie istniało coś ta­kie­go jak sternik jachtowy p.u. (pełne uprawnienia). Chłopaki, przeżyczliwe dla mnie, przecież byłam ich kumplem (nie kumpelką) z grupy dziekańskiej, szybko, śmie­jąc się nie­wy­brednie, spro­wa­dzają mnie na zie­mię. Baba na jach­cie? Zapomnij.

Wtedy jeszcze nie wiem, że i ja bywam bezczelna wobec życia, choć moi naj­bliżsi nie mają co do tego żadnych wątpliwości — zapytałam chwilę temu Sa­dow­nika, by upewnić się, czy nie koloryzuję, odpowiedział: bezczelna? eufe­mizm! Późną jesienią albo wczesną wiosną kolejnego roku wychodzę po za­ję­ciach sekcji pływackiej (aktywność zastępująca WF w po­li­tech­nicznym in­de­ksie) i… Na ta­bli­cy ogłoszeń, wła­snym oczom nie wierząc, widzę anons o pla­no­wanym rejsie z naborem do wyłącznie kobiecej załogi. Baba na jach­cie? Nie! Pięć bab! Tak spotkałam po raz pierwszy w życiu Kapitanową.

     – Pani lepiej się pływało z dziewczynami? – pytam.
     – Nie ma różnicy. Moje załogi to były żeglarki i były bardzo dobre, bardzo bystre i w zasadzie nie musiałam się wysilać. […]  To były bardzo fajne załogi.

☆

     Wypływamy na chwilę – na dwie godziny.
     W pewnej chwili nie wytrzymuję z radości i mówię: – Nie mogę uwierzyć, że płynę z panią. Zdobywczynią trzech oceanów!

Paulina Reiter, Samotne oceany.
Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo
,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.

*

1995. Kalmar • Borgholm • Oskarshamn • Loftahammar •
               Ny­näs­hamn • Visby. • [765 Mm]


fot. archiwum własne.

Kapitanowa plus dwie Doroty i dwie Anie. Na tamten moment jedna pani mgr inż., dwie pan­ny ze stopniem zawodowym mgr inż. in spe — trzy kobiety z tej samej uczelni.

Za kilka lat od zatrzymania tej chwili w rolce filmu fotograficznego dwie panny będą już paniami ze stopniem naukowym doktora nauk technicznych.

*


fot. Ania, I Oficer.

W Ny­näs­hamn. Uwielbiam to zdjęcie ze względu na czasopismo w swej starej odsłonie. Przeczytane, spełniało się na stole. Pierwsze w moim życiu kre­wet­ki. Wędzone. Nigdy potem tak pysznych już nie jadłam.

*


fot. archiwum własne.

Wrócone. W Górkach Zachodnich. Było cyk po obu stronach kei. Z frag­men­tem Mechat­ka II w tle na jednym z nich. Na drugim uchwyceni Rodzice obu Dorot, w tym siostra Kapitanowej. Biały Kruk i Orzeszek przy­wie­źli ze sobą świeży chleb i masło. Nie można było nam, kończącym rejs, po­da­rować ni­cze­go lepszego.


fot. archiwum własne.

*

W Kalmarze kupiłam płytę. Po powrocie na ląd tą piosenką łomoliłam naj­czę­ściej — najlepiej podejmowała dyskusję z relacyjną warstwą mojego życia. Z Visby nie mogłam wrócić do domu bez własnego jeżyka, z którego star­szym o wie­le lat braciszkiem poznałam się na Mechatku II.


Roberta Flack & Donny Hathaway, Only Heaven Can Wait,
z albumu Softly With These Songs: The Best Of Roberta Flack.

*  *  *

1996. Maarianhamina • Käringsund • Kemi • Grisslehamn •
               Slite • Hel. • [1723 Mm]

*


fot. Ania, I Oficer (albo) Marysia, III Oficer.

Świętowanie 60. urodzin Kapitanowej. Zkemi i Jabłoń in spe.

*



fot. archiwum własne.

*

Po rejsie. W rodzinnym mieszkaniu Drzewka. Zkemi w połowie drogi do do­mu. Orzeszek przygotowała rosół, który katapultował nas do kulinarnego raju.


fot. Zkemi.

*  *  *

Na jednym z tych rejsów ciągniemy zapałki. Mój Los uwielbia w ten sposób wygrywać szorowanie garów, jazdę z cumą na brzeg, wszystkie te roboty, któ­rych nikt nie chce. Wygrał i „tą razą”.

Wyciągnęłam połamaną zapałkę i… dostałam historyczną banderkę.

Zaprojektowana zostaje dla niej, dla jachtu i dla rejsu specjalna banderka […].

(tamże)

5584. Z oazy (CCLXXXII)  [podwójnej]

Po­urlopowe odliczanie literek, dwa. Z uprzywilejowanego miejsca bez wojny i bez powodzi. Ukazała się w zeszłym roku. Nie chciałam do niej zaglądać, mając przed oczami wspomnienie incydentu sprzed (wówczas) dwudziestu siedmiu lat, któ­ry wte­dy zmasakrował mój obraz Kapitanowej, bo parafrazując aforyzm: wielkich ludzi poznaje się po tym, jak traktują maluczkich, tamto zachowanie nie należało do ko­goś wielkiego.

Dziś, gdybym była świadkiem tamtej sceny, zdziwiłabym się, widząc nie­ade­kwat­ność reakcji na zaistniałe okoliczności, byłabym ciekawa, skąd ta nadreaktywność, ale nie kwestionowałabym wielkości Kapitanowej. Kapitanowa?

1996 rok. Feminatywy jeszcze nie wróciły z emigracji, stąd Kapitanowa: w domyśle kobieta, jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, w realiach języka polskiego zde­gra­do­wa­na do: żony kapitana. Jedno i drugie było faktem.

Po raz ostatni mam okazję nie zgodzić się z Kapitanową. Pisząc książkę o swoim samotnym rejsie wokół świata, uważała, że [c]zytelnik nie musi wiedzieć, że wąt­pi­ła, że tęskniła. Musi! Musi wiedzieć, że płynął człowiek! Ale może pod koniec lat siedemdziesiątych świat nie był jeszcze na to gotowy. Nie miał pojęcia, że świa­do­mość wątpliwości czy tęsknoty oraz umiejętność ich wyrażania jest siłą, a nie sła­bością.

Przez przypadek kilka dni przed urlopem słuchałam powtórki audycji, w której Autor­ka tej książki wspomniała, że mąż Kapitanowej, po Jej śmierci, udostępnił pi­sa­ne przez Nią listy z rejsu i pamiętniki z młodości, co odmieniło tę historię. Odmie­ni­ło też mój stosunek do chęci przeczytania tej książki. W środku nocy klik, klik i książ­kę miałam na czytniku.

Czytałam za dwoje: za siebie i Białego Kruka, na pewno chciałby tę książkę prze­czy­tać. Po półtora dnia było po lekturze. Nie dajcie się zwieść tytułowi, to książka prze­de wszystkim o miłości. Miłości podwójnej: dwójki ludzi do siebie nawzajem oraz dwójki ludzi do mórz, jachtów i oceanów. Właśnie z powodu współistnienia obu tych miłości na kartach tej książki, jest ona wspaniałą lekturą, przy której nawet najsuchsze marzenia czytelników i czytelniczek będą mruczeć: oj, tak, tak, my też chcemy być zrealizowane! Z miłością!

Czytałam, słysząc tembr głosu Kapitanowej, wspominając ciepło i dobroć pana Wacława, które obserwowałam, nie wierząc, że drugi tak dobry człowiek istnieje na świecie. Istniał, ale dowiedziałam się o tym w 1998 roku.

Wracając do książki. Kapitan Baranowski, dwa razy samotnie opłynął glob, a ho­ry­zon­cik z dumą zaprezentował tu tak wąziutki, że zdumienie nie mija przez wiele dni. Nie jest pewnie odosobniony w swych poglądach, więc niech tu będzie ten myślo­po­do­bny wyrób mizoginizmu. W jednym miejscu, cytując, nie utrzymałam pionu i na­zwi­sko i imię dziennikarza zamieniłam na dziennikarzynę, bo jego pytaniom nie tyl­ko przyświeca mizoginia, ale i zwykła głupota, bo jaką logiką kieruje się pytanie za­da­ne ko­bie­cie, która opłynęła świat, czy nie uważa, że żeglarstwo nie jest dla ko­biet? Zadał_byś mężczyźnie, uwielbiającemu maliny, z ustami wypełnionymi ma­li­na­mi pytanie: nie uważasz, że spożywanie malin jest zajęciem kobiecym?

Historię piszą zwycięzcy. Zwykle mężczyźni decydowali, co jest warte zapamiętania. I właśnie dlatego, dopiero w tej książce obok siebie znajdują się historie kilku że­gla­rek. Czytałam o Nich z zapartym tchem. Chciałam je zobaczyć. Jednej nie udało mi się wyguglować.

Ostatnia uwaga dotyczy nie tylko Autorki, korektorki, ale i gości radiowych. Nie mówi się: w dupiu, lecz w dupie. Analogicznie nie mówi się: w Kwidzyniu czy w cudzysłowiu, mówi się: w Kwidzynie, w cudzysłowie i nie mówcie mi, że macie to w dupie.

A gdy wróciliśmy z urlopu, poprosiłam Sadownika o jeden z albumów, banderkę i książeczkę żeglarską, by moje wspomnienia mieć tu, pod ręką.

Raz kolega z klubu, Wacek Liskiewicz, przy kotwiczeniu brudzi żagiel. Ko­men­dant każe go Krystynie wyprać. Ta się wścieka. Dlaczego ma prać ża­giel za chłopaka? Z komendantem nie ma dyskusji, Wacek ma przy­go­to­wać „Halinę” [holownik, by mogli płynąć na obiad], a Krystyna wyczyścić żagiel.
     Tak się poznają.
     Wacek widywał już Krystynę na politechnice, studiują na tym samym wydziale, dziewczyn jest mało, zwracają uwagę. Krystyna nie jest w jego typie, woli smuklejsze i w ogóle jest nieśmiały w stosunku do kobiet – sku­pio­ny na studiach i żeglarstwie. Krystyna go nie kojarzy, nie oglądała się za chłopakami z niższych roczników.

🖇

     – Moja żona to by na ten maszt nie weszła za tysiąc złotych – mówi ro­bot­nik, gdy Krystyna wspina się 12 metrów po drabince.
     – No, może i tak – krzyczy do niego – ale mnie płacą więcej niż tysiąc!
     Zarabia 1800 złotych. W produkcji zarabia się więcej – suwnicowe do­sta­ją 2800 złotych miesięcznie. Praca robotnika jest ceniona wysoko. Kry­sty­na często słyszy, że ci z biura konstrukcyjnego nic nie robią całymi dnia­mi, tylko siedzą i myślą. – W sumie prawda – kwituje. – Ale jakbyśmy my nie siedzieli i nie myśleli, to tamci nie mieliby pracy.

🖇

Kultura, która ma tylko mity, w których 
bohaterami są męż­czyźni, to kultura kaleka.

🖇

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz to nie Odys w spódnicy. Realizuje sche­mat przygody bohatera, dostępny do tej pory tylko dla mężczyzn, ale robi to po swojemu, na swoich zasadach, nie powiela męskiego schematu. Nie snu­je opowieści o walce z żywiołem, lecz o tym, że z morzem trzeba się do­ga­dać, że walka nie ma sensu, trzeba je szanować, umieć znaleźć sobie na nim miejsce. Ciągle podkreśla rolę współpracy. […]
     Gdy pytają ją o najważniejszy dzień życia, odpowiada, że w różnych mo­mentach życia ten dzień zdaje się być właśnie teraz.

🖇

     – A więc czym był ten rejs dla pani? – pytam.
     – To było zadanie – mówi. – Ktoś to musiał zrobić, jakaś kobieta musiała się tego podjąć. Uznałam, że dam radę. Cel był taki, by pierwsza kobieta opły­nę­ła świat. Do zrealizowania celu niezbędne były trzy elementy. Trasa, wyznaczona przez człowieka tak, by była odpowiednia dla możliwości jach­tu i człowieka. Jacht odpo­wied­ni dla człowieka i tej trasy. I człowiek od­po­wied­ni dla jachtu i zdolny do pokonania tej trasy.
     Wacław podkreśla, że „pierwsza” w tytule „Pierwsza dookoła świata” to pierwsza, która obeszła świat męskich uprzedzeń.
     Krystyna zaś mówi, że rejs przez ocean jest symbolem świata bez granic, gdzie jest wspólnota ludzi morza, którzy na sygnał „mayday” potrafią rzu­cić wszystko i zmienić swój kurs, by ratować drugiego człowieka.

🖇

Matematyka ją zachwyca, a to, że pozycje się sprawdzają – daje poczucie satysfakcji. Inni żeglarze twierdzą, że nocna nawigacja nie ma sensu, że obserwacje gwiazd na małym jachcie są pozbawione celu, a jednak jej ra­chunki się zgadzają. Kula ziemska pędzi przez czarny kosmos wraz z innymi ciałami niebieskimi. I na tej kuli samotna kobieta na środku oceanu patrzy w niebo, w kosmos, by wyliczyć swoje miejsce we wszech­świe­cie, dodając, odejmując, mnożąc i dzieląc kolejne liczby.

🖇

Ja jednak nie trawię takich długich ogonów, maksymalnie wytrzymuję do 4 tysięcy mil i około 7 tygodni żeglugi, potem zaczyna się jazda na re­zer­wach. Myślę zresztą, że nie ma po co iść takimi długimi skokami. W efekcie podróż dookoła świata sprowadza się do oglądania wyłącznie wody. Jakąś frajdę przecież trzeba z tego mieć, kiedy już żegluje się tak idiotycznie, bo sa­motnie. […].
     To z listu do męża. Dalej pisze już o wiatrach, które kręcą, i prądach, które spychają, oraz falach, które dybały na „Mazurka” […].

🖇

[…]  puścił pan żonę w taki długi samotny rejs? Pamiętam do dziś jego odpowiedź: „sama się puściła”.

🖇

[…]  pochłonięta myślami o rejsie. Ma wątpliwości, uleciała cała pewność siebie. Dziś takie poczucie ma nawet swoją nazwę, to syndrom oszustki. Do­pa­da głównie kobiety.
     Jej dotychczasowe osiągnięcia wydają jej się nagle marne. Kwestionuje swoje kompetencje. Dlaczego się na to porwała? Dlaczego właśnie ona? Przecież tyle jest żeglarek na świecie, pewnie lepszych od niej. Czy nie po­nio­sła jej cecha charakteru, którą u siebie widzi – jakaś bezczelność wobec życia? […]
     Opanowuje się. Samotny kobiecy rejs dookoła świata to tylko zadanie i trzeba spokojnie opracować technologię takiego przedsięwzięcia.

🖇

[…]  pisze w liście nr 31 – […]  Gdybym wiedziała, że będę tak strasznie za Tobą tęsknić, nigdy nie wybrałabym się od Ciebie. Zostawiłam cię sa­me­go na tyle czasu, to jest czas zupełnie stracony. Byłam z Tobą i nie mogliśmy się dogadać, ale byłam z Tobą, mogłam na Ciebie chociaż popatrzyć, cza­sem przytulić się do Twojej skórki, a teraz jesteś tak daleko. Marzę o spo­tka­niu z Tobą, świat bez Ciebie jest pusty i szary. Uważaj na siebie i dbaj o siebie. Musimy odrobić te puste dni.

🖇

Krystyna wchodzi do śluzy za wielkim zbiornikowcem. Z zaskoczeniem zauważa na nim urządzenia cumownicze, które projektowała w biurze konstrukcyjnym w stoczni. Wtedy nie przypuszczała, że je kiedykolwiek zobaczy w użyciu.
     […] 
     Zanim wyjdzie z portu w Balboa, skończy czterdzieści lat […]. Człowiek, któ­re­go młodość już minęła, a starość jeszcze się nie zaczęła. Człowiek doj­rza­ły, już trochę poobijany, trochę sfrustrowany, trochę zmęczony, trochę roz­cza­ro­wa­ny. Trochę zaczyna szwankować zdrowie i to jest sygnał, że wisi nad nim smuga cienia – gdzieś na horyzoncie pojawia się śmierć. Jeszcze da­le­ko, jeszcze człowiek sobie pohalsuje, jeszcze będą sztormy i flauty, ale już ją widać z oddali.
     Dla kobiety 40 lat to jeszcze coś innego. To symboliczna granica, po przej­ściu której staje się niewidzialna, już nie taka atrakcyjna. Ale są też ko­biety, które mówią, że to najlepszy wiek – już wiesz, kim jesteś, i nie mu­sisz się krygować.
     Ale te refleksje nie dręczą Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz. Jest zajęta innymi sprawami. Przed nią rozciąga się Ocean Spokojny.

🖇

„Na oko jestem niby dzielna, ale to nieprawda, bo się boję dalszej żeglugi i zimna, i złej pogody i przeciwnego prądu” – pisze do Wacława. „Okropnie jednak nie lubię samotnej żeglugi”.
     Prognoza jest sztormowa. Wiele jachtów wychodzi mimo wszystko. Ona jednak decyduje się zaczekać, jak zwykle wybiera podejście racjonalne, bez­pie­czeń­stwo. Brawura to nie jej styl.
     „Codziennie rano budzę się przerażona, potem dochodzę do normy. Boję się bardzo wszystkiego, tak jakbym zaczynała od początku. Chyba ro­zu­miesz, o co chodzi. Tak bardzo chciałabym już być z Tobą w domu. Tak je­steś daleko i boję się, że mogę Cię nie zobaczyć…”.
     Wkrótce przychodzą złe wieści o tych, co wypłynęli. Część jachtów nie zdą­żyła dojść do portów, potonęła.
     W końcu w prognozie widzi okienko.
     21 maja [1977 roku] wychodzi.

🖇

Jest 20 marca [1978 roku], godzina 19. Notuje w dzienniku pokładowym: „»Ma­zu­rek« osiągnął pozycję na szerokości 16°08,5’N i długości 35°50”W. Po 28 696 milach zamknęłam pętlę dookoła świata”.
     Po chwili pochyla się nad stołem nawigacyjnym i dopisuje jeszcze: „Niech żyje kochany Mazurek-Pazurek”.
     Gdy tylko notuje to wyznanie miłosne, Atlantyk uderza sztormem.
     […] 
     Gdy tylko opanowuje żagle i jacht, wywołuje Gdynia Radio. Jeszcze nie informuje nikogo, nie nadaje komunikatu o zamknięciu pętli operatorce stacji, prosi o połączenie z mężem. Chce, by on pierwszy dowiedział się, że jej się udało. Reszta świata musi teraz poczekać.

🖇

🖇

     – Czy przewidywała pani szczęśliwy koniec tego śmiałego rejsu? – pada pytanie od dziennikarza podczas konferencji prasowej.
     – Oczywiście. Gdyby tak nie było, można by uznać, że wybrałam nie­sły­cha­nie skomplikowany rodzaj samobójstwa – odpowiada.

🖇

I [są]  tacy, co podważają jej wyczyn, bo popłynęła przez Kanał Panamski, a nie przylądek Horn. Dlaczego? Nigdy nie słyszę, by ktoś kwestionował, że Leonid Teliga przepłynął świat dookoła na swoim jachcie „Opty”, a prze­cież zrobił to prawie tą samą trasą, również przez Kanał Panamski.

🖇

     – Jak pan ocenia rangę takiego wyczynu?
     – Każdy rejs samotny jest wyczynem. A w dodatku kobiety nie są spe­cjal­nie do tego predestynowane, także to podwójny wyczyn.
     – A dlaczego kobiety nie są do tego predestynowane? – pytam.
     – Chociażby dlatego, że lubią gadać, plotkować, rozmawiać. A tutaj trze­ba mil­czeć albo rozmawiać z samym sobą. Może to jest… niezbyt sto­so­wne tak mówić? Niepoprawne politycznie.
     – No, muszę przyznać, że mnie zatkało.
     – Ale proszę spojrzeć na daty. Pierwsza kobieta popłynęła w rejs dookoła świata 80 lat po pierwszym samotnym mężczyźnie, Joshui Slocumie. Więc pytanie, dlaczego mężczyźni tyle lat pływali sami i nie było kobiet. No, musi być jakiś powód.
     – I jak pan uważa?
     – Że nie paliły się do tego. Po prostu nie uznały, że to jest ich prze­zna­cze­nie. A mężczyźni się tym pasjonowali.
     Korci mnie, żeby opowiedzieć kapitanowi Baranowskiemu o słynnym ese­ju amerykańskiej historyczki i pionierki feministycznej historii sztuki Lindy Nochlin z 1971 roku pt. „Dlaczego w sztuce nie było wielkich artystek”, gdzie rozprawia się z mitem męskiego geniuszu, z tą myślą, że mężczyźni są jakoś bardziej predestynowani do wielkości, podczas gdy kobiety są po pro­stu do niej jakoś niezdolne z natury. Nochlin rozbija w drobny mak iluzję, że historia sztuki jest uniwersalna, i pokazuje, jak kobiety zostały spętane przez stereotypy. Jak świat sztuki był i zawsze jest – podobnie jak świat żagli – zależny od polityki i władzy. Powinnam przypomnieć kapitanowi Baranowskiemu, że na „Zawiszy Czarnym” był zakaz wstępu dla kobiet. Albo jak kapitan Chojnowska nie mogła dostać jachtu na damski rejs. Ale niestety patriarchat siedzi głęboko nawet w tych z nas, które uważają się za wyzwolone, więc zamiast to powiedzieć, zmieniam temat.

🖇

Może dzieci mieć nie mogła. A może nie chciała. Może inne sprawy ją ciągnęły? Czy tak trudno w to uwierzyć? Jedna z odpowiedzi, jakiej mogłabym jeszcze udzielić kapitanowi Baranowskiemu na pytanie „Dlaczego nie było wielkich żeglarek”, byłaby: bo ktoś musiał się zająć dziećmi.

🖇

[dziennikarzyna] , który przeprowadza wywiad, zadaje też takie pytanie: „Że­glar­stwo kojarzy się z twardą, męską dyscypliną sportu. Kobieta na­to­miast jest uosobieniem spokoju, delikatności i ogniska domowego. Czy za­tem dą­że­nie kobiet nie jest czasem nienaturalnym pędem feministek do mę­skich dziedzin życia?”.
     Krystyna odpowiada, grając ideą, że miejsce kobiety jest w domu: – Dla mnie jacht jest domem na wodzie. To jest dom i ja się w nim czuję jak w do­mu. Zastanawiać się można nad motywacją kobiet – dlaczego żeglują na mo­rzu? Na pewno niektóre, przynajmniej w podświadomości, starają się dorównać mężczyznom. Ale w moim przypadku taka motywacja nie wcho­dzi w rachubę, bo ja już wykonuję „męski” zawód i muszę go wykonywać lepiej od mężczyzn. Bo gdy mężczyzna popełni błąd, to… „się zdarza”, ale gdy ja popełniam błąd, wówczas się mówi: „bo przecież robiła to baba”.
     Podobne pytanie pada piętnaście lat później, w 2001 roku, w wywiadzie dla Polskiego Radia. Prowadzący mówi, że inżynier okrętowy to chyba ra­czej zajęcie dla mężczyzny. „Czy nie ma tu konfliktu między męskim poj­mo­wa­niem spraw technicznych a kobiecością?
     – Wydaje mi się, że to jest jakieś nieporozumienie – odpowiada, nie tra­cąc spokoju Krystyna Chojnowska. – Projektowanie nie wymaga wielkiej siły fizycznej, lecz otwartej głowy, cierpliwości, chęci rozwijania się, wyo­bra­źni. Czy to są tylko męskie cechy?
     Ciągle musi udowadniać, że nie jest cielęciem o dwóch głowach. Ciągle tłumaczyć, że miejsce kobiet nie jest w domu przy mężu, lecz tam, gdzie chcą być.
     W wywiadzie, którego udziela w 2009 roku […], na pytanie „Kobiety do żagli czy do garów?” odpowie jak zwykle krótko i do rzeczy.
     „Co która woli”.

🖇

Krystyna często słyszała w życiu, że ma męski charakter.
     Nie zgadza się. Nigdy nie udaje mężczyzny, nie odcina się od kobiecości. Uważa, że niezależnie od płci jesteśmy zdolni do rzeczy pięknych i podłych. […]  Skończyła te same szkoły, posiadła tę samą wiedzę, ma te same umie­jęt­no­ści co mężczyźni i może odnieść takie same sukcesy.

🖇

Wacław najczęściej teraz słyszy pytanie: Jak pan się czuje w cieniu sławnej żony?
     – Pozycja księcia małżonka bardzo mi odpowiada – ma na to gotową odpowiedź. Nigdy nie było między nimi tego typu rywalizacji. Nie jest za­zdrosny o sukces żony. Jej rejs postrzega również jako swój sukces, wie, że bez jego udziału prawdopodobnie tego rejsu by nie było. To on stanowił za­plecze logistyczne, techniczne.
     – Nie uwierało mnie to, że jestem w cieniu – mówi mi. – Zawsze jest ja­kieś tło wydarzenia.

🖇

     – Ja się dziwię kobietom – dodaje Krystyna. – Powiem pani, że ich nie ro­zu­miem. Przecież kobiety powinny roznieść ten rząd w wyborach. Roz­pę­dzić. Za sprawy związane z aborcją, z in vitro, tabletką dzień po. Przecież oni nie ukrywają, że jesteśmy dla nich obywatelami drugiej kategorii, gor­szymi ludźmi. Dlaczego się na to zgadzać?
     – Wyszła z pani feministka – mówię.
     – Chojnowska zawsze feministką była – mówi Wacław.
     – Ale nie… – mówi Krystyna – ja po prostu uważam, że ja jestem taki sam człowiek jak mężczyzna. A całe życie byłam traktowana z przy­mru­żeniem oka.

🖇

[…]  jeśli się jest samotnie, to się traci ogromną ilość wrażeń, których się nie da ani sfotografować, ani sfilmować, ani zapisać. To można tylko przeżyć z innym człowiekiem.
     Nigdy w taki rejs nie popłyną. Nie zobaczy portów i wysp, które zo­sta­wi­ła „na później”. Nie pokaże Wacławowi Tahiti.

🖇

Wielkie przygody sklejone są z małych
i całkiem niepozornych trudów.

🖇

Kobiety, wiadomo, wiecznie są oceniane i muszą się tłumaczyć światu ze wszyst­kiego. Ma dzieci – źle, bo je zostawiła i się realizuje, egoistka. Nie ma? Też egoistka.
     […] 
Wśród znajomych państwa Liskiewiczów krąży żart: Dlaczego Liskie­wi­czo­wie nie mają dzieci? Bo dwóch facetów nie może. Ten żart odnosi się do rze­ko­mo męskiej natury Krystyny, która z całym swoim zdecydowaniem, od­wa­gą, brakiem kokieterii, własnymi opiniami zachowuje się w ich oczach niekobieco.
     […] 
     – Żałowała pani, że nie ma dzieci? – pytam.
     – Jakoś nie – odpowiada. – To wszystko chyba wzięło się stąd, że byłam ciągle jakaś taka zajęta.

🖇

Mówi [Wacław], że żałuje dwóch rzeczy. Jednej trochę, drugiej bardzo. Pierwsza to taka, że być może trzeba było się zdecydować na dziecko.
     […] 
     A druga rzecz?
     – Że nie popłynęliśmy razem w długi rejs, taki na dwa lata. Trzeba było rzucić pracę, rzucić wszystko i płynąć. Te rejsy wakacyjne były świetne, ale po nich trzeba było wracać do rzeczywistości. A można było spróbować ra­zem od niej uciec.

Paulina Reiter, Samotne oceany.
Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo
,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

     – Życie nagle straciło sens – mówi mi Wacław.
     Kilka dni po śmierci żony odnajduje w szufladzie biurka listy z rejsu. […] 
     – Nie wiem, czy Krystyna, by tego chciała – powie.
     […] 
     – A co jest ważne? – pytam.
     – Ważny jest cel i sens – mówi Wacław. – Każdy z nas jest w po­dró­ży, każdy z nas zmierza poza horyzont, w nieznane. Ważne jest, jak i po co po­dró­żujemy, jaki nadamy tej podróży sens.

🖇

Cóż, do sztormu trzeba się przystosować, to się przystosowałam. Zmieniłam żagle, zarefowałam i czekałam, aż sztorm minie.

(tamże)

*

Krzysztof Szczypior, Duet. Historia 
Krystyny i Wacława Liskiewiczów
, 2017.