Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
szpagacik na praktykach w pikselu. gapię się od wczoraj na to zdjęcie, chyląc czoło przed miłością, którą timka ma w sobie, której perfekcyjnie patologiczny system edukacji nie dał rady, choć bardzo się starał, unicestwić. wiele kudłatych światów jest w najlepszych rękach podczas swoich bezbronnych chwil.
92/365
fot. [od:] Kaan.
Zmienianie świata zawsze zaczyna się od nas
samych. Świat możemy trwale zmienić tylko dzięki swojej miłości i życzliwości.
•
W sprzecznościach i przeciwieństwach rozpoznajemy dynamikę życia, która nie rozwija się linearnie, lecz raczej wciąż się na nowo stwarza z chaotycznych na pozór sytuacji.
Willigis Jäger, O miłości, ilustr. Szymon Adamczyk,
przeł. Zenon Mazurczak, Krystyna Podhajska, Czarna Owca, Warszawa 2010.
l’imu. do dziś tylko czytałam wiele, wiele razy o smaku tego trunku. ustaliliśmy* z Coni The Wind, że nie mogę odejść, nim nie
wypijemy razem zawartości tej butelki.
72/365
__________
* chwilę wcześniej dzwoniłam do Sadownika, by dowiedzieć się, w której szafce stoją moje ulubione małoduńskie kieliszki.
jutro, na które tak długo czekałam, przyszło dziś. na zieloność jeszcze poczekam, ale ludzie już zakwitają. a ja przy nich odżywam.
66/365
Wiosna przypomina nam o tym, że zawsze jest jakieś jutro, kolejny tydzień czy kolejny rok; po mglistym dniu może przyjść bardziej słoneczny, a zmiany w życiu wcale nie sprawiają, że znika nadzieja, nawet jeżeli wszystko wygląda teraz trochę inaczej niż wcześniej.
Wendy Mitchell, Anna Wharton, Co chciałabym, żeby ludzie wiedzieli o demencji,
przeł. Barbara Łukomska, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2023. (wyróżnienie własne)
I czytam coś, co napisałem:
„Wiosna jest jak rozbierająca się piękność”.
Wallace Stevens, Żółte popołudnie, przeł. Jacek Gutorow,
Biuro Literackie, Kołobrzeg 2025.
W drodze „ku” zderzyły się w mojej głowie kulki i przypomniało mi się włoskie powiedzenie. Podzieliłam się nim z Sadownikiem, bo okazało się, że byliśmy w kategorii wielkanocnego czasu bardzo włoscy, na długo zanim którekolwiek z nas podjęło się nauki języka półwyspu w kształcie buta, ponieważ kilkanaście lat temu wywalczyliśmy sobie świecki, nierodzinny, nasz czas. Puściliśmy dzisiaj to przysłowie w ruch, spędzając dzień z przyjaciółmi.
Natale con i tuoi, Pasqua con chi vuoi. [Boże Narodzenie ze swoimi, Wielkanoc z kim chcesz.]
Gdyby Młodość nie przycisnęła, pewnie odłożylibyśmy kinową wizytę na czas regularnych seansów. Poszłyśmy, bez panów, z Kaan gościnnie, wczoraj wieczorem.
Zdjęcia fenomenalne. Muzyka perfekcyjnie dobrana. Craig zagrał obłędnie, James Bond przy tej roli to nic. Ostatnia scena chwyta za serce i trzyma, dopóki nie opadną ostatnie fusy wrażeń, dopóki nie wytrąci się osad osobistych przemyśleń, z którymi pozostaje się już na zawsze ciut „miękciejszym” czyli poprawnie „miększym”, choć to już nie oznacza tego samego w doświadczeniu.
🐷
Queer, reż. Luca Guadagnino, 2024.
Eros, który wedle Platona kieruje duszą, posiada władzę nad wszystkimi jej częściami: pożądaniem (epithymía), odwagą (thymos) i rozumem (logos). Każda część duszy ma swoje własne doświadczenie rozkoszy i interpretuje piękno na swój sposób.
Byung-Chul Han,
Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje, przeł. Rafał Pokrywka,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2022.
który to już dzień nie dociera do mnie, że Ona jest
po drugiej stronie, z Tajgą
i Dunieczką.
tylko sadownik reprezentował dziś naszą rodzinę na pogrzebie, bo mnie zimno zatrzymało w ulu.
nie przestaje być ze mną Jej uśmiech, głos i serdeczny śmiech, niech pozostaną!
Nie wszystkie te rękodzieła zostały już pożarte, ale wszystkie zrobiły wrażenie na naszych obdarowanych sercach. Befana raniutko, nim zadecydowała o końcu świątecznego czasu, wymogła, by cyk.
ode mnie do Niej dwa uściski dłoni. niespodzianka całkowicie niespodziewana trafiła do ula. od Niej do mnie potrzebowała czterech uścisków dłoni, by zrobić to dziś, i jednej chwili, by zrobić mi dzień.
Gdy na urlopie czytałam poniższy fragment, pomyślałam, że zbiorę się i w końcu z poczty wydłubię otrzymane zdjęcia, zrobione w rodzinnym mieście poety/pieśniarza. Dziś przyszedł ten dzień.
W młodości łomoliłam Nim całymi latami. W ilu ludzi młodość wpleciony jest ten charakterystyczny głos? Z wieloma osobami mogłabym się przerzucać ulubionymi utworami. Zajęłoby nam to całą noc, a mimo to żaden kawałek nie powtórzyłby się dwa razy, jestem pewna. A gdyby przysiadł się pan Maciej, to i tydzień mogłoby być dla nas za mało, ale za to święto byłoby ogromne.
fot. El Sciur.
*
Łapała rytm i miała swoje szlagiery, co znać było z ożywienia, jakim zatwierdzała mój wybór. Moim nerwom Cohen nie był do niczego potrzebny, ale ją koił lub rozkręcał, zawsze nienadmiernie, pozwalając nam uniknąć niepożądanych wahnięć. Hey, That’s No Way To Say Goodbye towarzyszyło nam przez dobre kilka miesięcy partią swoich rytmicznych schodków, łagodnym, acz wyrazistym stopniowaniem uczuć, z linią katarynkową, prowadzoną na powolnie rozkręcającej się korbie. Dawałyśmy radę to wytańczyć: ja odpowiadałam za partię nóg, ona za strefę górną ekspresji.
[…]
Rejestrowała ciałem kolejne progi muzycznej narracji. „Ty, patrz, czeka, aż będzie refren” – zagajał mój ojciec. Odpowiadałam mrugnięciem, by nie przerwać transu.
Miała siłę na długie sekwencje tańca, na śmiech.
Eliza Kącka, Wczoraj byłaś zła na zielono,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024.
*
Leonard Cohen, Hey, That's No Way To Say Goodbye, koncert w Londynie w 2009,
Dino Soldo (harmonijka ustna), Javier Mas (mandora).
you know my love goes with you as your love stays with me
Sadownik: (w trakcie drzewnej rehabki wynurza się z gabinetu) Zobacz, co ja jeszcze wczoraj znalazłem? (poproszony był o odnalezienie drzewnej książeczki żeglarskiej)
Po rehabce list sprzed ćwierć wieku spłakał mnie łzami wzruszenia i wdzięczności. I smutku, że dopiero dziś zrozumiałam słowa, które mi Kapitanka przysłała.
Lepiej późno niż wcale.
Nie, nie wierzyłam wtedy. Nie wierzyłam tak bardzo, że nie przeczytałam ze zrozumieniem napisanych przez panią, pani Kapitan, dobrych słów, gdy były świeżutko wyjęte ze skrzynki pocztowej.
Z niedowierzaniem przeczytałam je dziś kilka razy, by do mnie dotarł nie tylko ich sens i głębia, ale również wynikające z nich konsekwencje i odpowiedzialność, jaką mam w związku z tymi słowami do wzięcia.
Czy uwierzyłam? Chyba już czas najwyższy zacząć. Pani Kapitan, proszę trzymać za mnie kciuki. Ten wiatr w nas, pani Kapitan, tak piękny!
[…] gdy nadejdzie chwila zwątpienia, byśmy potrafiły powiedzieć sobie jak kapitanka Krystyna Chojnowska-Liskiewicz: myślę, że dam radę.
Paulina Reiter, Samotne oceany. Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023. (wyróżnienie własne)
– A osobista satysfakcja? – pytam.
– […] No, może jestem za bardzo bezczelna?
1994. Zdaję na patent sternika jachtowego. Wracam do akademika i moim chłopakom mówię: no to czas iść w morze. W tamtym czasie istniało coś takiego jak sternik jachtowy p.u. (pełne uprawnienia). Chłopaki, przeżyczliwe dla mnie, przecież byłam ich kumplem (nie kumpelką) z grupy dziekańskiej, szybko, śmiejąc się niewybrednie, sprowadzają mnie na ziemię. Baba na jachcie? Zapomnij.
Wtedy jeszcze nie wiem, że i ja bywam bezczelna wobec życia, choć moi najbliżsi nie mają co do tego żadnych wątpliwości — zapytałam chwilę temu Sadownika, by upewnić się, czy nie koloryzuję, odpowiedział: bezczelna? eufemizm! Późną jesienią albo wczesną wiosną kolejnego roku wychodzę po zajęciach sekcji pływackiej (aktywność zastępująca WF w politechnicznym indeksie) i… Na tablicy ogłoszeń, własnym oczom nie wierząc, widzę anons o planowanym rejsie z naborem do wyłącznie kobiecej załogi. Baba na jachcie? Nie! Pięć bab! Tak spotkałam po raz pierwszy w życiu Kapitanową.
– Pani lepiej się pływało z dziewczynami? – pytam.
– Nie ma różnicy. Moje załogi to były żeglarki i były bardzo dobre, bardzo bystre i w zasadzie nie musiałam się wysilać. […] To były bardzo fajne załogi.
☆
Wypływamy na chwilę – na dwie godziny.
W pewnej chwili nie wytrzymuję z radości i mówię: – Nie mogę uwierzyć, że płynę z panią. Zdobywczynią trzech oceanów!
Paulina Reiter, Samotne oceany. Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.
Kapitanowa plus dwie Doroty i dwie Anie. Na tamten moment jedna pani mgr inż., dwie panny ze stopniem zawodowym mgr inż. in spe — trzy kobiety z tej samej uczelni.
Za kilka lat od zatrzymania tej chwili w rolce filmu fotograficznego dwie panny będą już paniami ze stopniem naukowym doktora nauk technicznych.
*
fot. Ania, I Oficer.
W Nynäshamn. Uwielbiam to zdjęcie ze względu na czasopismo w swej starej odsłonie. Przeczytane, spełniało się na stole. Pierwsze w moim życiu krewetki. Wędzone. Nigdy potem tak pysznych już nie jadłam.
*
fot. archiwum własne.
Wrócone. W Górkach Zachodnich. Było cyk po obu stronach kei. Z fragmentem Mechatka II w tle na jednym z nich. Na drugim uchwyceni Rodzice obu Dorot, w tym siostra Kapitanowej. Biały Kruk i Orzeszek przywieźli ze sobą świeży chleb i masło. Nie można było nam, kończącym rejs, podarować niczego lepszego.
fot. archiwum własne.
*
W Kalmarze kupiłam płytę. Po powrocie na ląd tą piosenką łomoliłam najczęściej — najlepiej podejmowała dyskusję z relacyjną warstwą mojego życia. Z Visby nie mogłam wrócić do domu bez własnego jeżyka, z którego starszym o wiele lat braciszkiem poznałam się na Mechatku II.
Roberta Flack & Donny Hathaway, Only Heaven Can Wait, z albumu Softly With These Songs: The Best Of Roberta Flack.
Świętowanie 60. urodzin Kapitanowej. Zkemi i Jabłoń in spe.
*
fot. archiwum własne.
*
Po rejsie. W rodzinnym mieszkaniu Drzewka. Zkemi w połowie drogi do domu. Orzeszek przygotowała rosół, który katapultował nas do kulinarnego raju.
fot. Zkemi.
* * *
Na jednym z tych rejsów ciągniemy zapałki. Mój Los uwielbia w ten sposób wygrywać szorowanie garów, jazdę z cumą na brzeg, wszystkie te roboty, których nikt nie chce. Wygrał i „tą razą”.
Pourlopowe odliczanie literek, dwa. Z uprzywilejowanego miejsca bez wojny i bez powodzi. Ukazała się w zeszłym roku. Nie chciałam do niej zaglądać, mając przed oczami wspomnienie incydentu sprzed (wówczas) dwudziestu siedmiu lat, który wtedy zmasakrował mój obraz Kapitanowej, bo parafrazując aforyzm: wielkich ludzi poznaje się po tym, jak traktują maluczkich, tamto zachowanie nie należało do kogoś wielkiego.
Dziś, gdybym była świadkiem tamtej sceny, zdziwiłabym się, widząc nieadekwatność reakcji na zaistniałe okoliczności, byłabym ciekawa, skąd ta nadreaktywność, ale nie kwestionowałabym wielkości Kapitanowej. Kapitanowa?
1996 rok. Feminatywy jeszcze nie wróciły z emigracji, stąd Kapitanowa: w domyśle kobieta, jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, w realiach języka polskiego zdegradowana do: żony kapitana. Jedno i drugie było faktem.
Po raz ostatni mam okazję nie zgodzić się z Kapitanową. Pisząc książkę o swoim samotnym rejsie wokół świata, uważała, że [c]zytelnik nie musi wiedzieć, że wątpiła, że tęskniła. Musi! Musi wiedzieć, że płynął człowiek! Ale może pod koniec lat siedemdziesiątych świat nie był jeszcze na to gotowy. Nie miał pojęcia, że świadomość wątpliwości czy tęsknoty oraz umiejętność ich wyrażania jest siłą, a nie słabością.
Przez przypadek kilka dni przed urlopem słuchałam powtórki audycji, w której Autorka tej książki wspomniała, że mąż Kapitanowej, po Jej śmierci, udostępnił pisane przez Nią listy z rejsu i pamiętniki z młodości, co odmieniło tę historię. Odmieniło też mój stosunek do chęci przeczytania tej książki. W środku nocy klik, klik i książkę miałam na czytniku.
Czytałam za dwoje: za siebie i Białego Kruka, na pewno chciałby tę książkę przeczytać. Po półtora dnia było po lekturze. Nie dajcie się zwieść tytułowi, to książka przede wszystkim o miłości. Miłości podwójnej: dwójki ludzi do siebie nawzajem oraz dwójki ludzi do mórz, jachtów i oceanów. Właśnie z powodu współistnienia obu tych miłości na kartach tej książki, jest ona wspaniałą lekturą, przy której nawet najsuchsze marzenia czytelników i czytelniczek będą mruczeć: oj, tak, tak, my też chcemy być zrealizowane! Z miłością!
Czytałam, słysząc tembr głosu Kapitanowej, wspominając ciepło i dobroć pana Wacława, które obserwowałam, nie wierząc, że drugi tak dobry człowiek istnieje na świecie. Istniał, ale dowiedziałam się o tym w 1998 roku.
Wracając do książki. Kapitan Baranowski, dwa razy samotnie opłynął glob, a horyzoncik z dumą zaprezentował tu tak wąziutki, że zdumienie nie mija przez wiele dni. Nie jest pewnie odosobniony w swych poglądach, więc niech tu będzie ten myślopodobny wyrób mizoginizmu. W jednym miejscu, cytując, nie utrzymałam pionu i nazwisko i imię dziennikarza zamieniłam na dziennikarzynę, bo jego pytaniom nie tylko przyświeca mizoginia, ale i zwykła głupota, bo jaką logiką kieruje się pytanie zadane kobiecie, która opłynęła świat, czy nie uważa, że żeglarstwo nie jest dla kobiet? Zadał_byś mężczyźnie, uwielbiającemu maliny, z ustami wypełnionymi malinami pytanie: nie uważasz, że spożywanie malin jest zajęciem kobiecym?
Historię piszą zwycięzcy. Zwykle mężczyźni decydowali, co jest warte zapamiętania. I właśnie dlatego, dopiero w tej książce obok siebie znajdują się historie kilku żeglarek. Czytałam o Nich z zapartym tchem. Chciałam je zobaczyć. Jednej nie udało mi się wyguglować.
Ostatnia uwaga dotyczy nie tylko Autorki, korektorki, ale i gości radiowych. Nie mówi się: w dupiu, lecz w dupie. Analogicznie nie mówi się: w Kwidzyniu czy w cudzysłowiu, mówi się: w Kwidzynie, w cudzysłowie i nie mówcie mi, że macie to w dupie.
A gdy wróciliśmy z urlopu, poprosiłam Sadownika o jeden z albumów, banderkę i książeczkę żeglarską, by moje wspomnienia mieć tu, pod ręką.
Raz kolega z klubu, Wacek Liskiewicz, przy kotwiczeniu brudzi żagiel. Komendant każe go Krystynie wyprać. Ta się wścieka. Dlaczego ma prać żagiel za chłopaka? Z komendantem nie ma dyskusji, Wacek ma przygotować „Halinę” [holownik, by mogli płynąć na obiad], a Krystyna wyczyścić żagiel.
Tak się poznają.
Wacek widywał już Krystynę na politechnice, studiują na tym samym wydziale, dziewczyn jest mało, zwracają uwagę. Krystyna nie jest w jego typie, woli smuklejsze i w ogóle jest nieśmiały w stosunku do kobiet – skupiony na studiach i żeglarstwie. Krystyna go nie kojarzy, nie oglądała się za chłopakami z niższych roczników.
🖇
– Moja żona to by na ten maszt nie weszła za tysiąc złotych – mówi robotnik, gdy Krystyna wspina się 12 metrów po drabince.
– No, może i tak – krzyczy do niego – ale mnie płacą więcej niż tysiąc!
Zarabia 1800 złotych. W produkcji zarabia się więcej – suwnicowe dostają 2800 złotych miesięcznie. Praca robotnika jest ceniona wysoko. Krystyna często słyszy, że ci z biura konstrukcyjnego nic nie robią całymi dniami, tylko siedzą i myślą. – W sumie prawda – kwituje. – Ale jakbyśmy my nie siedzieli i nie myśleli, to tamci nie mieliby pracy.
🖇
Kultura, która ma tylko mity, w których bohaterami są mężczyźni, to kultura kaleka.
🖇
Krystyna Chojnowska-Liskiewicz to nie Odys w spódnicy. Realizuje schemat przygody bohatera, dostępny do tej pory tylko dla mężczyzn, ale robi to po swojemu, na swoich zasadach, nie powiela męskiego schematu. Nie snuje opowieści o walce z żywiołem, lecz o tym, że z morzem trzeba się dogadać, że walka nie ma sensu, trzeba je szanować, umieć znaleźć sobie na nim miejsce. Ciągle podkreśla rolę współpracy. […]
Gdy pytają ją o najważniejszy dzień życia, odpowiada, że w różnych momentach życia ten dzień zdaje się być właśnie teraz.
🖇
– A więc czym był ten rejs dla pani? – pytam.
– To było zadanie – mówi. – Ktoś to musiał zrobić, jakaś kobieta musiała się tego podjąć. Uznałam, że dam radę. Cel był taki, by pierwsza kobieta opłynęła świat. Do zrealizowania celu niezbędne były trzy elementy. Trasa, wyznaczona przez człowieka tak, by była odpowiednia dla możliwości jachtu i człowieka. Jacht odpowiedni dla człowieka i tej trasy. I człowiek odpowiedni dla jachtu i zdolny do pokonania tej trasy.
Wacław podkreśla, że „pierwsza” w tytule „Pierwsza dookoła świata” to pierwsza, która obeszła świat męskich uprzedzeń.
Krystyna zaś mówi, że rejs przez ocean jest symbolem świata bez granic, gdzie jest wspólnota ludzi morza, którzy na sygnał „mayday” potrafią rzucić wszystko i zmienić swój kurs, by ratować drugiego człowieka.
🖇
Matematyka ją zachwyca, a to, że pozycje się sprawdzają – daje poczucie satysfakcji. Inni żeglarze twierdzą, że nocna nawigacja nie ma sensu, że obserwacje gwiazd na małym jachcie są pozbawione celu, a jednak jej rachunki się zgadzają. Kula ziemska pędzi przez czarny kosmos wraz z innymi ciałami niebieskimi. I na tej kuli samotna kobieta na środku oceanu patrzy w niebo, w kosmos, by wyliczyć swoje miejsce we wszechświecie, dodając, odejmując, mnożąc i dzieląc kolejne liczby.
🖇
Ja jednak nie trawię takich długich ogonów, maksymalnie wytrzymuję do 4 tysięcy mil i około 7 tygodni żeglugi, potem zaczyna się jazda na rezerwach. Myślę zresztą, że nie ma po co iść takimi długimi skokami. W efekcie podróż dookoła świata sprowadza się do oglądania wyłącznie wody. Jakąś frajdę przecież trzeba z tego mieć, kiedy już żegluje się tak idiotycznie, bo samotnie. […].
To z listu do męża. Dalej pisze już o wiatrach, które kręcą, i prądach, które spychają, oraz falach, które dybały na „Mazurka” […].
🖇
[…] puścił pan żonę w taki długi samotny rejs? Pamiętam do dziś jego odpowiedź: „sama się puściła”.
🖇
[…]
pochłonięta myślami o rejsie. Ma wątpliwości, uleciała cała pewność siebie. Dziś takie poczucie ma nawet swoją nazwę, to syndrom oszustki. Dopada głównie kobiety.
Jej dotychczasowe osiągnięcia wydają jej się nagle marne. Kwestionuje swoje kompetencje. Dlaczego się na to porwała? Dlaczego właśnie ona? Przecież tyle jest żeglarek na świecie, pewnie lepszych od niej. Czy nie poniosła jej cecha charakteru, którą u siebie widzi – jakaś bezczelność wobec życia?
[…]
Opanowuje się. Samotny kobiecy rejs dookoła świata to tylko zadanie i trzeba spokojnie opracować technologię takiego przedsięwzięcia.
🖇
[…]
pisze w liście nr 31 –
[…] Gdybym wiedziała, że będę tak strasznie za Tobą tęsknić, nigdy nie wybrałabym się od Ciebie. Zostawiłam cię samego na tyle czasu, to jest czas zupełnie stracony. Byłam z Tobą i nie mogliśmy się dogadać, ale byłam z Tobą, mogłam na Ciebie chociaż popatrzyć, czasem przytulić się do Twojej skórki, a teraz jesteś tak daleko. Marzę o spotkaniu z Tobą, świat bez Ciebie jest pusty i szary. Uważaj na siebie i dbaj o siebie. Musimy odrobić te puste dni.
🖇
Krystyna wchodzi do śluzy za wielkim zbiornikowcem. Z zaskoczeniem zauważa na nim urządzenia cumownicze, które projektowała w biurze konstrukcyjnym w stoczni. Wtedy nie przypuszczała, że je kiedykolwiek zobaczy w użyciu. […]
Zanim wyjdzie z portu w Balboa, skończy czterdzieści lat […]. Człowiek, którego młodość już minęła, a starość jeszcze się nie zaczęła. Człowiek dojrzały, już trochę poobijany, trochę sfrustrowany, trochę zmęczony, trochę rozczarowany. Trochę zaczyna szwankować zdrowie i to jest sygnał, że wisi nad nim smuga cienia – gdzieś na horyzoncie pojawia się śmierć. Jeszcze daleko, jeszcze człowiek sobie pohalsuje, jeszcze będą sztormy i flauty, ale już ją widać z oddali.
Dla kobiety 40 lat to jeszcze coś innego. To symboliczna granica, po przejściu której staje się niewidzialna, już nie taka atrakcyjna. Ale są też kobiety, które mówią, że to najlepszy wiek – już wiesz, kim jesteś, i nie musisz się krygować.
Ale te refleksje nie dręczą Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz. Jest zajęta innymi sprawami. Przed nią rozciąga się Ocean Spokojny.
🖇
„Na oko jestem niby dzielna, ale to nieprawda, bo się boję dalszej żeglugi i zimna, i złej pogody i przeciwnego prądu” – pisze do Wacława. „Okropnie jednak nie lubię samotnej żeglugi”.
Prognoza jest sztormowa. Wiele jachtów wychodzi mimo wszystko. Ona jednak decyduje się zaczekać, jak zwykle wybiera podejście racjonalne, bezpieczeństwo. Brawura to nie jej styl.
„Codziennie rano budzę się przerażona, potem dochodzę do normy. Boję się bardzo wszystkiego, tak jakbym zaczynała od początku. Chyba rozumiesz, o co chodzi. Tak bardzo chciałabym już być z Tobą w domu. Tak jesteś daleko i boję się, że mogę Cię nie zobaczyć…”.
Wkrótce przychodzą złe wieści o tych, co wypłynęli. Część jachtów nie zdążyła dojść do portów, potonęła.
W końcu w prognozie widzi okienko.
21 maja [1977 roku] wychodzi.
🖇
Jest 20 marca [1978 roku], godzina 19. Notuje w dzienniku pokładowym: „»Mazurek« osiągnął pozycję na szerokości 16°08,5’N i długości 35°50”W. Po 28 696 milach zamknęłam pętlę dookoła świata”.
Po chwili pochyla się nad stołem nawigacyjnym i dopisuje jeszcze: „Niech żyje kochany Mazurek-Pazurek”.
Gdy tylko notuje to wyznanie miłosne, Atlantyk uderza sztormem. […]
Gdy tylko opanowuje żagle i jacht, wywołuje Gdynia Radio. Jeszcze nie informuje nikogo, nie nadaje komunikatu o zamknięciu pętli operatorce stacji, prosi o połączenie z mężem. Chce, by on pierwszy dowiedział się, że jej się udało. Reszta świata musi teraz poczekać.
🖇
🖇
– Czy przewidywała pani szczęśliwy koniec tego śmiałego rejsu? – pada pytanie od dziennikarza podczas konferencji prasowej.
– Oczywiście. Gdyby tak nie było, można by uznać, że wybrałam niesłychanie skomplikowany rodzaj samobójstwa – odpowiada.
🖇
I [są] tacy, co podważają jej wyczyn, bo popłynęła przez Kanał Panamski, a nie przylądek Horn. Dlaczego? Nigdy nie słyszę, by ktoś kwestionował, że Leonid Teliga przepłynął świat dookoła na swoim jachcie „Opty”, a przecież zrobił to prawie tą samą trasą, również przez Kanał Panamski.
🖇
– Jak pan ocenia rangę takiego wyczynu?
– Każdy rejs samotny jest wyczynem. A w dodatku kobiety nie są specjalnie do tego predestynowane, także to podwójny wyczyn.
– A dlaczego kobiety nie są do tego predestynowane? – pytam.
– Chociażby dlatego, że lubią gadać, plotkować, rozmawiać. A tutaj trzeba milczeć albo rozmawiać z samym sobą. Może to jest… niezbyt stosowne tak mówić? Niepoprawne politycznie.
– No, muszę przyznać, że mnie zatkało.
– Ale proszę spojrzeć na daty. Pierwsza kobieta popłynęła w rejs dookoła świata 80 lat po pierwszym samotnym mężczyźnie, Joshui Slocumie. Więc pytanie, dlaczego mężczyźni tyle lat pływali sami i nie było kobiet. No, musi być jakiś powód.
– I jak pan uważa?
– Że nie paliły się do tego. Po prostu nie uznały, że to jest ich przeznaczenie. A mężczyźni się tym pasjonowali.
Korci mnie, żeby opowiedzieć kapitanowi Baranowskiemu o słynnym eseju amerykańskiej historyczki i pionierki feministycznej historii sztuki Lindy Nochlin z 1971 roku pt. „Dlaczego w sztuce nie było wielkich artystek”, gdzie rozprawia się z mitem męskiego geniuszu, z tą myślą, że mężczyźni są jakoś bardziej predestynowani do wielkości, podczas gdy kobiety są po prostu do niej jakoś niezdolne z natury. Nochlin rozbija w drobny mak iluzję, że historia sztuki jest uniwersalna, i pokazuje, jak kobiety zostały spętane przez stereotypy. Jak świat sztuki był i zawsze jest – podobnie jak świat żagli – zależny od polityki i władzy. Powinnam przypomnieć kapitanowi Baranowskiemu, że na „Zawiszy Czarnym” był zakaz wstępu dla kobiet. Albo jak kapitan Chojnowska nie mogła dostać jachtu na damski rejs. Ale niestety patriarchat siedzi głęboko nawet w tych z nas, które uważają się za wyzwolone, więc zamiast to powiedzieć, zmieniam temat.
🖇
Może dzieci mieć nie mogła. A może nie chciała. Może inne sprawy ją ciągnęły? Czy tak trudno w to uwierzyć?
Jedna z odpowiedzi, jakiej mogłabym jeszcze udzielić kapitanowi Baranowskiemu na pytanie „Dlaczego nie było wielkich żeglarek”, byłaby: bo ktoś musiał się zająć dziećmi.
🖇
[dziennikarzyna] , który przeprowadza wywiad, zadaje też takie pytanie: „Żeglarstwo kojarzy się z twardą, męską dyscypliną sportu. Kobieta natomiast jest uosobieniem spokoju, delikatności i ogniska domowego. Czy zatem dążenie kobiet nie jest czasem nienaturalnym pędem feministek do męskich dziedzin życia?”.
Krystyna odpowiada, grając ideą, że miejsce kobiety jest w domu: – Dla mnie jacht jest domem na wodzie. To jest dom i ja się w nim czuję jak w domu. Zastanawiać się można nad motywacją kobiet – dlaczego żeglują na morzu? Na pewno niektóre, przynajmniej w podświadomości, starają się dorównać mężczyznom. Ale w moim przypadku taka motywacja nie wchodzi w rachubę, bo ja już wykonuję „męski” zawód i muszę go wykonywać lepiej od mężczyzn. Bo gdy mężczyzna popełni błąd,
to… „się zdarza”, ale gdy ja popełniam błąd, wówczas się mówi: „bo przecież robiła to baba”.
Podobne pytanie pada piętnaście lat później, w 2001 roku, w wywiadzie dla Polskiego Radia. Prowadzący mówi, że inżynier okrętowy to chyba raczej zajęcie dla mężczyzny. „Czy nie ma tu konfliktu między męskim pojmowaniem spraw technicznych a kobiecością?
– Wydaje mi się, że to jest jakieś nieporozumienie – odpowiada, nie tracąc spokoju Krystyna Chojnowska. – Projektowanie nie wymaga wielkiej siły fizycznej, lecz otwartej głowy, cierpliwości, chęci rozwijania się, wyobraźni. Czy to są tylko męskie cechy?
Ciągle musi udowadniać, że nie jest cielęciem o dwóch głowach. Ciągle tłumaczyć, że miejsce kobiet nie jest w domu przy mężu, lecz tam, gdzie chcą być.
W wywiadzie, którego udziela w 2009 roku […], na pytanie „Kobiety do żagli czy do garów?” odpowie jak zwykle krótko i do rzeczy.
„Co która woli”.
🖇
Krystyna często słyszała w życiu, że ma męski charakter.
Nie zgadza się. Nigdy nie udaje mężczyzny, nie odcina się od kobiecości. Uważa, że niezależnie od płci jesteśmy zdolni do rzeczy pięknych i podłych. […] Skończyła te same szkoły, posiadła tę samą wiedzę, ma te same umiejętności co mężczyźni i może odnieść takie same sukcesy.
🖇
Wacław najczęściej teraz słyszy pytanie: Jak pan się czuje w cieniu sławnej żony?
– Pozycja księcia małżonka bardzo mi odpowiada – ma na to gotową odpowiedź. Nigdy nie było między nimi tego typu rywalizacji. Nie jest zazdrosny o sukces żony. Jej rejs postrzega również jako swój sukces, wie, że bez jego udziału prawdopodobnie tego rejsu by nie było. To on stanowił zaplecze logistyczne, techniczne.
– Nie uwierało mnie to, że jestem w cieniu – mówi mi. – Zawsze jest jakieś tło wydarzenia.
🖇
– Ja się dziwię kobietom – dodaje Krystyna. – Powiem pani, że ich nie rozumiem. Przecież kobiety powinny roznieść ten rząd w wyborach. Rozpędzić. Za sprawy związane z aborcją, z in vitro, tabletką dzień po. Przecież oni nie ukrywają, że jesteśmy dla nich obywatelami drugiej kategorii, gorszymi ludźmi. Dlaczego się na to zgadzać?
– Wyszła z pani feministka – mówię.
– Chojnowska zawsze feministką była – mówi Wacław.
– Ale nie… – mówi Krystyna – ja po prostu uważam, że ja jestem taki sam człowiek jak mężczyzna. A całe życie byłam traktowana z przymrużeniem oka.
🖇
[…]
jeśli się jest samotnie, to się traci ogromną ilość wrażeń, których się nie da ani sfotografować, ani sfilmować, ani zapisać. To można tylko przeżyć z innym człowiekiem.
Nigdy w taki rejs nie popłyną. Nie zobaczy portów i wysp, które zostawiła „na później”. Nie pokaże Wacławowi Tahiti.
🖇
Wielkie przygody sklejone są z małych i całkiem niepozornych trudów.
🖇
Kobiety, wiadomo, wiecznie są oceniane i muszą się tłumaczyć światu ze wszystkiego. Ma dzieci – źle, bo je zostawiła i się realizuje, egoistka. Nie ma? Też egoistka. […]
Wśród znajomych państwa Liskiewiczów krąży żart: Dlaczego Liskiewiczowie nie mają dzieci? Bo dwóch facetów nie może. Ten żart odnosi się do rzekomo męskiej natury Krystyny, która z całym swoim zdecydowaniem, odwagą, brakiem kokieterii, własnymi opiniami zachowuje się w ich oczach niekobieco. […]
– Żałowała pani, że nie ma dzieci? – pytam.
– Jakoś nie – odpowiada. – To wszystko chyba wzięło się stąd, że byłam ciągle jakaś taka zajęta.
🖇
Mówi [Wacław], że żałuje dwóch rzeczy. Jednej trochę, drugiej bardzo. Pierwsza to taka, że być może trzeba było się zdecydować na dziecko. […]
A druga rzecz?
– Że nie popłynęliśmy razem w długi rejs, taki na dwa lata. Trzeba było rzucić pracę, rzucić wszystko i płynąć. Te rejsy wakacyjne były świetne, ale po nich trzeba było wracać do rzeczywistości. A można było spróbować razem od niej uciec.
Paulina Reiter, Samotne oceany. Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023. (wyróżnienie własne)
– Życie nagle straciło sens – mówi mi Wacław.
Kilka dni po śmierci żony odnajduje w szufladzie biurka listy z rejsu.
[…]
– Nie wiem, czy Krystyna, by tego chciała – powie. […]
– A co jest ważne? – pytam.
– Ważny jest cel i sens – mówi Wacław. – Każdy z nas jest w podróży, każdy z nas zmierza poza horyzont, w nieznane. Ważne jest, jak i po co podróżujemy, jaki nadamy tej podróży sens.
🖇
Cóż, do sztormu trzeba się przystosować, to się przystosowałam. Zmieniłam żagle, zarefowałam i czekałam, aż sztorm minie.
(tamże)
*
Krzysztof Szczypior, Duet. Historia Krystyny i Wacława Liskiewiczów, 2017.
Jabłoń: (podczas rehabki z Pati idzie za tym, co jej do łba strzeliło)
Ten kurs jutro… zaczynasz o dziewiątej, prawda? Co myślisz o naszej pracy jutro o 6:15?
🍆
☆ ______________________weekend
Pati: (od piątku do niedzieli kursowała się)
★
(a 300 km dalej wymarzony, dobrze zaplanowany)
Czas: (w nielicznych pikselach)
Nie wierzę w bajki, ale wierzę w marzenia.
Gareth Southgate, ME 2024
☆ ___________________poniedziałek
Jabłoń: (z samego rana owoce kursu spożyła, w efekcie czego jej układ wegetatywny miał sporo do powiedzenia na wysokim C)
Sadownik: (przed drugą porcją rehabilitacji, dwie godziny później, ze znawstwem tłumaczy Rysi, co się dzieje, bo Jabłoń bez powodu roni krokodyle łzy litrami) Zachowuje się, jakby miała PMS lub była w pierwszym trymestrze ciąży.
Jabłoń: Skąd ty wiesz takie rzeczy?
Sadownik: (w roli partner/mąż, czyli relacyjny długodystansowy kombatant wspomina o braciach broni) Mam kolegów.
Jabłoń: (popłakała się ze śmiechu, ale i z dumy, że nie wziął tego z wikipedii)
★
Jabłoń: (wieczorem, umęczona całodniowym, szerokim wachlarzem reakcji układu wegetatywnego siedzi na krawędzi łóżka i nie wie, co ze sobą zrobić)
Sadownik: (puścił oko do Drzewka) Już nie kochasz Pati?
Jabłoń: (uśmiechnęła się, bo przecież wie, że to wszystko dla jej dobra) Kocham, ale dziś to trudna miłość.
Niedzielne odliczanie literek. Poślizgnięte na niemocy, wyborach i świętowaniu. Mama Białego Kruka dziś skończyłaby sto lat. Biały Kruk był Jej prezentem gwiazdkowym. Ja jestem Jej pierwszą wnuczką, prezentem podarowanym Jej z samego rana na 49. urodziny.
Ten tomik. Był dla mnie najpierw niespodzianką, potem okazją, by dotykać i wracać do tego, czego ująć w słowach się nie da, czego się nie zrozumie, dopóki się tego nie przeżyje. Każdy z tych wierszy będzie starał się dotrzeć do twojego osobistego doświadczenia, by z nim rezonować, wywlec na wierzch całe Twoje człowieczeństwo zanurzone w przemijaniu, byś między wersami poczuł_, jak zakrzywia się czasoprzestrzeń. W niej najważniejsi Ludzie nigdy nie odeszli, wciąż tu są, a wraz z nimi blask, smak i brzmienie chwil i miejsc związanych nierozerwalnie z Nimi. Przywilejem było je z Nimi dzielić. W niej wciąż wiele moich marzeń, czekających na realizację. Za mną stoją wszyscy najważniejsi dla mnie Ludzie. To też przywilej.
Ten tomik. Możliwe, prawdopodobnie pewne, że jest o czymś innym. Ale dziś nie dla mnie.
Pod stopami ścieżka się uwypukla
opada
przyłapałam ją na tym
pręży muskuły
czy oddycha
nie zważa na idącego
człowieka ani zwierzę
dalej strząśnie ich
w bezmiar bezczasu
🖇
Za granią horyzontu
która przecina morze na pół
powstają myśli
kolejno docierają do plaży
z miękkim szelestem
niezmiennym od początku świata
🖇
W sercu zaczynasz się ty
zaczyna się dzień — czy noc
rusza obrót sfer niebieskich
🖇
Wpatruje się w rewers życia
przebiega wzrokiem żłobienia ścieżki tropy
szuka punktów przecięcia
i granic
bada prześwity pięciolinii
zdania ucięte jak nożem
Gdzie są ślady przeznaczenia?
Czy się z nim nie rozminął?
🖇
Cherubin z pamiętnika zmężniał
mocno stoi na dużych stopach
odwiedza Abrahama
dba o parę skrzydeł zwiniętych w nas
mistrz drugiego planu powtarza wszystko jest możliwe
najgorsze nie jest pewne
🖇
To mogło być gdzieś tutaj
północny skraj Libanu
gdzie zielono
granica z Syrią
kiedy jej nie było
tu był dom, ukochany ogród
i szkoła dla czterech córek
Podobno ta ziemia to był ogród Boga
🖇
Na poligonie
w rozwidleniu ścieżki
zawsze rosły sasanki
znikły
ale to miejsce należy do nich
jest puste
🖇
Zegara wiszącego na schodach
przez lata nie umieli naprawić
może dlatego nas zatrzymuje
każe nakręcać kluczykami
czekać aż wybije każde pół godziny
🖇
Przedmioty często wzywają ratunku
ale mało kto to słyszy i rozumie
trzeba im oddać kawał życia
ustalić czego im trzeba
wydobyć kształt frezarką
wymyślić nowy rodzaj spawania
zrobić prototyp narzędzia
ułożyć algorytm
w masie posortowanych śrubek znaleźć tę właściwą
i po wielu próbach umieścić ją jak trzeba
wtedy rzecz staje się taka jaka być powinna
milknie
wtapia się w niezepsutą część świata
i trwa
czeka na nas w wiecznej ciszy
🖇
przy nas się zatrzymała
pora doskonała
Anna Dutka-Mańkowska, Zegary,
Wydawnictwo Mamiko, Nowa Ruda 2022.
(wyróżnienie własne)
[sosna]
wychylam się ku lecącemu stadu
to gęsi uczą się formować klucz
jestem stałością
ciszą
spokojem
czy będę minerałem we wnętrzu Saturna
czy jako księga przekażę pieśń świata
Ostróżka dwa dni temu opowiedziała mi o ich zaskakującym spotkaniu. Nim spojrzeli sobie w oczy, mignęło Jej coś dziwnego na drzewie w pięknym tego dnia słońcu. Gdy już wiedziała, z kim ma do czynienia, podeszła bliziutko, by zrobić cyk. Nawet nie drgnął. Na tym osiedlu psy i koty mają dobrze. One tu mieszkają, a my, ludzie, płacimy czynsz.
Gdy rzuciłam okiem na pierwsze akapity poleconej przez Karolinę Wigurę
książki, wiedziałam, że to zdjęcie muszę tu mieć do kompletu pierwszych wspaniałych przeczytanych w niej słów, więc szybciutko poprosiłam o piksele.
fot. Ostróżka, fragment.
Koty są arcyrealistami i rzadko robią coś, co ich nie zbliża do konkretnego celu ani nie zapewnia im natychmiastowej gratyfikacji. W obliczu ludzkiej fanaberii po prostu idą w swoją stronę.
*
Człowiek nie może zostać kotem, lecz jeśli pozbędzie się przekonania, że reprezentuje wyższą formę bytu, ma szansę zrozumieć, jak to się dzieje, że koty całkiem nieźle sobie radzą bez ciągłego dociekania, jak żyć.
*
Ludzie przez znaczną część życia usilnie poszukują szczęścia. Dla kotów szczęście to stan wyjściowy, który pojawia się, gdy tylko znika zagrożenie dla ich dobrostanu. […] koty – ich przyrodzonym prawem jest błogość, często nieosiągalna dla ludzi.
John Gray, Kocia filozofia. Sens życia według kotów, przeł. Agnieszka Wilga,
Fundacja Kultura Liberalna, Warszawa 2022.