Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kręgosłup. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kręgosłup. Pokaż wszystkie posty

czwartek, października 03, 2013

(860+2). Hodowanie nawyków

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sunix ma tabelkę. W wierszach ćwiczone zachowania, w kolumnach dni miesiąca. Dzień po dniu. Zrobione. Odhaczone. Okazało się, że choć na ostatnio ulubionym przez nas placyku zawsze jesteśmy same podczas ćwiczeń, to... wczoraj zaczepił nas pan, ciesząc się ogromnie, że nas widzi... powiedział, że razem z żoną lubią patrzeć z okna, jak ćwiczymy. Szalone, pomyślałam. Dziś zaczepił nas inny pan z innego piętra, ale też patrzący. O rany, Heniu, rozumiesz to?

Kręgosłup ma tabelkę. W wierszach ćwiczenia, w kolumnach dni miesiąca. Dzień po dniu. Zrobione. Odhaczone. Aktualnie połowa wierszy nieaktywna.

Światy od dzisiaj mają tabelkę. W kolumnach wymienione jeden po drugim: świat szczęścia, miłości i zrozumienia. W wierszach kolejne dni, którym towarzyszą pytania:

co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie szczęścia?
co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie miłości?
co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie zrozumienia?

Wypełniłam dziś pierwszy wiersz światowej tabelki. Będę wypełniać tak długo, aż wejdzie mi to „robienie” w nawyk, aż stanie się drugą naturą, a potem pierwszą.

środa, października 02, 2013

(860+1). W telegraficznym skrócie

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Chondrium
Krok 1.
Przychodzi taki dzień, że nie możesz się podnieść. Przy odrobinie szczęścia ominie cię setka zastrzyków, zanim ktoś przytomnie stwierdzi, że to może być coś więcej niż „korzonki”. Dyskopatia. Wysychanie krążków międzykręgowych. Jest źle. Powiedzą, że operacja absolutnie niezbędna. Masz szczęście i numerek 996. Twoje szczęście polega na tym, że nie masz pieniędzy, by w publicznym szpitalu z miejsca 996 przeskoczyć na dwudzieste któreś, co oznaczałoby, że będziesz krojony za cztery tygodnie. Masz szczęście i numerek 996. Jeszcze nie wiesz, że przez naście lat nikt nie zadzwoni, byś szykował się do szpitala. Ćwiczenia izometryczne. Masaże. Uratowany! Tak, tak, oczywiście, że będziesz ćwiczył. Ćwiczysz, ćwiczysz, wracasz do życia. Już nie pamiętasz, jak to jest, nie móc się podnieść i nie móc przejść dwustu metrów. Mija jakiś czas...

Krok 2. Masz diagnozę, zestaw ćwiczeń kurzem pokryty i... przychodzi taki dzień, że nie możesz się podnieść. Masaż. Ćwiczenia. Masaż. Ćwiczenia. Ćwiczenia. Obiecujesz sam sobie, że już nigdy, przenigdy nie przestaniesz ćwiczyć. Przychodzi jednak taki dzień, że zapominasz o obietnicy.

Krok 3. Zapomniałeś, prawda? Wróć do kroku 2.

Krok 4. Ofkors, że pamiętasz! Ćwiczysz. Ćwiczysz. Dzień w dzień. Nigdy nie byłeś tak sprawny i... przychodzi taki dzień, że znów cierpisz... Dysonans poznawczy cię dopada. Co to ma znaczyć, psia krew, przecież ćwiczyłeś, prawda?

Hipochondrium
Dotarłam w niedzielę do kroku czwartego. Nad ranem obudziłam się i wyć mi się z bólu chciało, nóg od kolan w dół nie miałam. Choć poszłam spać w Przytulisku i nie mam w zwyczaju lunatykować, to obudziłam się w więzieniu, bo dotarło do mnie, że... gdy usiądę na wózku, nie będę mogła pójść do kuchni... za wąskie drzwi... nie będę mogła pójść na dwór... nie ma windy, są kręcone schody. Jasny gwint! Armagedon?

Hipo po tam
Tam pojechałam wczoraj. Ciut bardziej zachodniej medycyny zażyłam. Testy na stan ciała zdałam. Pan Orto stwierdził: jest pani w dobrym stanie... jaka operacja? jaki wózek? to tylko stan zapalny... tak, nad ranem jest najgorzej, bo... a tych i tych ćwiczeń nie robić przez cztery tygodnie. Oniemiałam z wrażenia: nie robić tych ćwiczeń! Będę żyć! Długo i szczęśliwie! Klusek pięć! Obiecuję! Na skrzydłach do domu wracałam...

Hip, hip, hura!
A może psyche rzuciła mi się na somatykę? — pomyślałam. Co się działo w moim życiu, gdy ten epizod mnie napadł? O, to! Akuszer oświetlił mi dziś kręte czułości mej psyche.

Mogę zrobić krok w świat córki źle traktowanej.
Mogę zrobić krok w swój wymarzony świat szczęścia, miłości i zrozumienia.

Jeszcze kuleję, ale krok w świat postawiłam zdecydowanie.

piątek, sierpnia 30, 2013

842. Uczta zmysłu niejednego

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zapytał:
     — Góra czy dół?
     — Góra — odpowiedziałam.
     — Bo nie mogłem się zdecydować.
     I ruszyło, rozbrzmiało, w inny wymiar mnie zaprosiło.

Słyszałam to już kiedyś u Osti. Zwykle nie pytam, kto gra, kto śpiewa — delektuję się niespodzianką, chwilą, nieprzywiązywanie się ćwiczę. Tym razem zapytałam, bo to był drugi raz. Znaczący raz! Kręgosłup na stole Osti w opiece zostawiłam. Zaproszenie przyjęłam. Udałam się w rzeczywistość inną.

Gdy tylko wróciłam do domu, szukać zaczęłam. Zamówiłam u Sadownika i jego amazońskich mocy. Pogrzebałam i znalazłam tymczas jutubowy i łomolę...

Michel Godard, A Trace of Grace (Monteverdi).

sobota, listopada 10, 2012

598. Psychosomatyka w praktyce

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Raz w miesiącu. Biorę swój kręgosłup i idziemy sobie we dwójkę do serwisu na przegląd techniczny. On idzie, by mieć się lepiej. Ja idę mając świadomość, że masaż to również głęboka praca z ciałem. Praca, która będzie się we mnie „dziać” jeszcze wiele godzin, często dni, po tym, jak zejdę ze stołu.

Zawsze rozmawiamy z Osti — święta rozmowa terapeuty jednej szkoły z terapeutą innego nurtu — zanim on zabierze się do pracy nad przestrzeniami międzykręgowymi, przyczepami mięśni i wszystkim tym, co rozpoznaję po specyficznym napięciu, czy bólu. Określamy punkt wyjścia dla pracy, która przed nami.

Rozmawiamy. Co u mnie? Powiedziałam o Orzeszku i o tym, że zakochałam się jak nigdy wcześniej w życiu. Na nowo, bardziej, mocniej, magiczniej. Wiem, że mogłabym nie mówić. Osti i tak znajdzie w mym ciele orzeszkowe okruchy i zakochanie, które niesie mnie od wielu dni. Każda nasza rozmowa jest znacząca, bo wielopoziomowa. Każde słowo odnosi się do wszystkich aspektów życia — poziomu fizycznego, emocjonalnego, intelektualnego i duchowego — i celu, jakim jest zrównoważony rozwój na każdym z nich.

Ja to powiem, a ty zrobisz z tym, co zechcesz. Dobrze? Tak. Popatrz na to wielopokoleniowo. Weź pod uwagę całą linię kobiet, która stanowi Twój początek. Co musiało się wydarzyć, że tak bardzo zakochana kobieta jak ty, nie chce mieć dziecka z ukochanym mężczyzną. Co ją zatrzymuje? Czego broni? O jakie wartości jej chodzi?

*

Czym jest to, czego bronię?
Zadziwiła mnie odpowiedź, która pojawia się natychmiast.
Podmiotowość!
Patrzę do tyłu na kobiety, które są przede mną. Mamę, Mamę mojej Mamy. Ich historie. Wszystkie kochane przez swoich mężczyzn, jestem tego pewna, ale z mojej subiektywnej perspektywy — kobiety uprzedmiotowione.

*

Wracałam do domu. Poczułam z całą pewnością swojego istnienia, że moja podmiotowość nie podlega już żadnej dyskusji, jest nieodbieralna, bez względu na żadną hipotetyczną zmianę. Zadziwiło mnie, że przegapiłam moment, w którym to stało się faktem. Uświadomiona niezbywalna podmiotowość dała mi poczucie pewności, bezpieczeństwa, wdzięczności za moje życie i ludzi, którzy w nim są. Zadzwoniłam do Jedynego Mężczyzny Mojego Życia, by powiedzieć mu, że jego „tak” będzie moim „tak”, jego „nie” będzie moim „nie”. Przeszłam próg, jakby powiedzieli POP-owcy. Stanęłam po drugiej stronie. Stronie zajętej przez Syrriusza, Mamę Pietruszki i Zosi, Żyrafkę, nieżyjącą już siatkarkę. I? Poczułam w sobie tę Wielką Siłę. Oddałam siebie. A potem zeszłam niżej, gdzie nie ma już dychotomicznego podziału na dzieciatych i bezdzietnych — do miejsca, w którym można oddać siebie nie tracąc podmiotowości.

Kompletnie bez znaczenia jest to, co będzie dalej. To doświadczenie, samo w sobie, mnie przemieniło. Przemieniło też naszą Sadowniczo-Drzewkową miłość w jeszcze większą Siłę, która ma moc, by tworzyć lub zmieniać rzeczywistość, zamiast poddawać się tej zastanej, zdefiniowanej przez innych.

I niech mnie! Życie jest jeszcze piękniejsze!

wtorek, lipca 10, 2012

(501+2). Mi Camino

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jeżdżę tam coraz rzadziej. Staramy się. Szanujemy. Kochamy. Krew z krwi. Więzy. Sen o bliskiej sobie rodzinie. Sen spełniony w kilku powitalnych gestach, w kilku dobrze zapowiadających słowach. Sen niespełnialny przez resztę czasu wypełnionego milczeniem, rozmowami o niczym, jedzeniem. Nie mówią. Nie pytają. Pod żadnym pozorem nie chcą ani słowa na temat tego, co dla mnie ważne, istotne, najważniejsze. Staram się nie mówić. Nie pytam. Staram się dopasować.

Jabłonko, zrozum. Jabłonko, pracuj nad sobą. Jabłonko, proszę. No wiesz, bo Sen o rodzinie. — ktoś we mnie wierzy w Sen.

Patrzę tępo gdzieś ponad. Patrzę wstecz i nie rozumiem skąd ten Sen o rodzinie. Nie rozumiem i wraca tak dobrze znany ból, że nie dam rady dopasować swego kształtu... tym razem do planszy „rodzina z której pochodzę”.

Jabłonko, zrozum. Jabłonko, pracuj nad sobą. Jabłonko, proszę. No wiesz, bo Sen o rodzinie.

Rozumiem. Pracuję nad sobą, ale... sięgam pamięcią wstecz... i wiem, że od dzieciństwa wolę „obcych”.

*

Niczym tona smutku wtoczyłam się wczoraj do Akuszera. Zamknęliśmy rok przemieniając smutek w odwagę bycia po swojemu. Powiedział słowa, których nie miałabym odwagi pomyśleć, bo... Sen o rodzinie... Słowa wypowiedziane zapadły głęboko we mnie rodząc spokój w samym środku mojego jestestwa. Od wczoraj dbam o to, by się zakorzeniły i pięknie rosły. Od wczoraj biorę odpowiedzialność za Inny Sen o mnie w mojej rodzinie pochodzenia. Mam odwagę pomyśleć i zrobić inaczej. Znów, w pewnym wymiarze, dopiero staję się.

Jabłonko, zrozum. Jabłonko, pracuj nad sobą.

Pracuję nad sobą, by rozumieć. Pracuję na sobą, bo sprawia mi to ostatecznie największą przyjemność w życiu. Pracuję nad sobą, by w zachwycie odkrywać jak mało w „obcych” obcości, jak dużo w Nich miłości, zrozumienia, zaufania, wiary, ciekawości, nadziei, marzeń... jak dużo w relacjach z Nimi tego wszystkiego, czego potrzebuję do życia jak powietrza.

Do znudzenia myślę o filmie. Przyklęknęłam na swej Drodze (mój kręgosłup jest mym sojusznikiem, nie wytrzymał rodzinnej atmosfery i trzasnął sobie niegroźnie w niedzielę). Zatrzymana przyglądam się kamykom, z których usypana jest moja Camino. Nie pozostaje nic innego jak... dziękuję. Dziękuję za moją Camino.

How about no longer being masochistic?
Alanis

piątek, listopada 18, 2011

367. Litania C-Th-L-S

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kręgi C... Th... L... Sacrum i kosteczka guziczna ruchem jednostajnie przyspieszonym i zwalnianym przez środki transportu publicznego poniosły mnie dziś z samego rana, całkiem planowo, do Osteo.

C... Przestrzenie między kręgami, mięśniami, przyczepami... te wszystkie malutkie miejsca, których świadomości nie posiadam na co dzień... obdarzone uwagą, dotykiem, poruszone. Tak ma być!

Th... Magia pracy z ciałem. Ożywione plecy, niczym suchy alkoholik po spotkaniu AA, alternatywnie upijają się życiem i możliwością odzyskanej ruchomości. Tak ma być!

L... Dzień skurczył się do błogiego nicNierobienia i odsypiania maratonu, który przebiegły wszystkie cząsteczki mnie podczas tej osteowej godzinki. Tak ma być!

Śmieję się zwykle z Osteo, że przychodzą do niego tylko moje kręgi. Ja w tym czasie, w tej samej czasoprzestrzeni udaję się na sesyjkę muzykoterapii. Było tak i dziś. Bardzo często rozbrzmiewają połączone w pęczki nutki, których nigdy nie słyszałam. Dziś było podobnie. Jedyna różnica polegała na tym, że chciałam do tej płyty wrócić, gdy wyjdę od Osteo i dotrę do swojego życia.

S... Gdy kończę zamieniać dzisiejsze chwile w malutki, blogowy wpisik, słucham przy okazji i nie ustaję w zadziwieniu jak bardzo nie mogę zachować powagi nieruchomo siedzącej przy biurku osoby. Nie mogę, bo wszystkie koraliki C-Th-L-S rwą się do ruchu... Tak ma być? :)

Pizzica, Luna Lunedda.

wtorek, sierpnia 30, 2011

329. Moje życie — mój RPG

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od mniej więcej dwóch tygodni męczy mnie pewne spostrzeżenie. Im bardziej mu się przyglądam chcąc sprawdzić jego sensowność, tym bardziej, w całkiem podejrzany sposób, staje się ono prawdziwsze.

Życie zaczęło mi do złudzenia przypominać grę typu RPG (role-playing game [gra fabularna z nieocenionym wkładem wyobraźni graczy-postaci]) z tą małą modyfikacją, że w życiu każdy człowiek ma do dyspozycji kilka kart, z których każda reprezentuje inną rolę. W życiu jestem w zależności od okoliczności obywatelem, pracownikiem, marzycielem, kochanicą wielu zachwytów, podatnikiem... właścicielką psa, studentką.

Rzecz wydała mi się warta odnotowania, bo dodaje do standardu pewien bonus. Standard, to fakt, że z każdą rolą społeczną łączą się metki zaleceń, które dają ułudę, że jak już wreszcie to zrobimy, to poczujemy się jak ludzie: „trzeba jeszcze zrobić to”, „koniecznie należy poprawić tamto”, „owo musi się zmienić natychmiast”. W obrębie standardu --- my, w naszych rolach --- nigdy nie jesteśmy zbyt dobrzy, zawsze jest coś, na co powinniśmy zwrócić uwagę i skorygować, koniecznie skorygować.

Gdy zobaczyłam każde ludzkie życie jako rozgrywkę RPG, uświadomiłam sobie bonus każdej z kart, które mam w ręku. Tym bonusem jest moc i sprawczość na stałe związana z określoną rolą, o których zwykle zapominam będąc skupioną na metkach zaleceń, które niczym druk umieszczony na jaskrawym papierze przyklejonym do przecenionego produktu, informują mnie o spadku mojej aktualnej wartości.

A tu proszę, bonus! Bo jako obywatel mam moc wyrażenia swego głosu w wyborach. Jako pracownik mam szczęście spotykać fajnych ludzi i mam możliwość kształtowania zajęć, które prowadzę. Jako marzyciel wypuszczam się w mentalną podróż do miejsc i doświadczeń, których chciałabym dotknąć swoim istnieniem. Jako kochanica wielu zachwytów mam moc zauważania i cieszenia się pięknem, które często, gęsto bywa zwykle choć troszkę zamaskowane. Jako właścicielka psa i studentka mam nieograniczoną możliwość poznawania tych wszystkich rzeczy, sytuacji, mądrości, których istnienia nawet nie podejrzewałam. No, mam cholera MOC!

Gdy dziś myślałam o karcie „pomoc domowa”, już nie widziałam siat, kolejek i myślenia o tym, co ma być dzisiaj na obiad. Widziałam moc człowieka, który może bez niczyjej pomocy pójść i robić zakupy, wkładać produkty do koszyka, płacić, wnosić je do domu. Z tą świadomością zwykłe zakupy stały się pierwszym dniem Międzynarodowego Stulecia Mocy. A jak do tego dodam moc innych ról, w końcu w ręku wiele mam kart, to... strach się bać, ile mogę. A jak z Twoją MOCĄ podczas Pierwszego Dnia Stulecia Mocy?

sobota, marca 05, 2011

(194+1). Karki, lalki Barbie i ja

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Ciało i umysł. Wolę ciekawe ludzkie wnętrza od fasad człowieczych ciał. Przysłowiowe „karki” i „lalki barbie” w dowolnym wieku cywilizacyjną porażką rozwoju? Tak mam i już. Może właśnie dlatego moje ciało postanowiło mnie reedukować i poprzez ból ogłasza mi swój protest-song: „beze mnie nigdzie nie zawleczesz tego swojego umysłu”. Nie zawlokę.

Wczoraj odbyłam inaugurację na siłowni. Pierwszy raz w życiu byłam w tak dużym parku maszynowym. Swoista hala produkująca zakwasy. Osobisty trener wyznaczył osobiste ćwiczenia i poszło me ciało osobiście w ruch... I co? Przeżyłam zachwyt potrójny.

Po pierwsze, dyskretne, piękne maszyny. W żaden sposób nie przypominały tych, z którymi miałam do czynienia w trakcie wyczynowego uprawiania sportu. Sztabki kilogramów wielu ukryte w obudowie. Bez cienia frustracji 60 kg, które przed chwilą targał kark, zmieniałam na 5 kg i zasuwałam --- dumna i blada, że daję radę. Zaczynam osadzać się w wieku, gdy nic już nie jest oczywiste.

Po drugie, maszyny! Zachwyciły mnie swą konstrukcją. Znów, zupełnie inną niż ta sprzed dwudziestu kilku lat. FengSzuj wpleciony wygięciami i zaokrągleniami, fizyka z fascynującymi bloczkami stanowi w tych maszynach niemal naturalne piękno. Podnosiłam, opuszczałam i zachwycałam się uroczą konstrukcją, lineczkami, przełożeniami. Miodzio! Targnęłam i dodatkowe pięć razy by na to cudo w działaniu popatrzeć.

Po trzecie, megaodkrycie! Już nie gardzę karkami i lalkami barbie. Jechanie na wspólnej energii tych wszystkich ludzi, którzy przyszli poćwiczyć powoduje, że ćwiczy się dużo łatwiej i przyjemniej. Natychmiast przypomniał mi się fragment książki Mindella:

Razem z nami szedł wujek Lewis Obrien, członek aborygeńskiej starszyzny. Delikatnie położył mi rękę na ramieniu i spokojnym tonem powiedział: Popatrz tam, Arny, w kierunku centrum. Co widzisz?”. Odpowiedziałem, że widzę Victoria Square, hałaśliwe, pełne krzątaniny, biznesowe centrum miasta. Setki ludzi robi zakupy, trąbią samochody, a autobusy z trudem przepychają się przez zatłoczone jezdnie. „Wygląda mi to na zagonione miasto” — odparłem.
     Wujek Lewis zasugerował, żebym spojrzał raz jeszcze. Kiedy znowu patrzyłem, widziałem tylko to samo hałaśliwe miasto. „No coż, wzrok masz dobry, ale nie widzisz Śnienia. Biali ludzie nie widzą Śnienia, ale i tak je czują. My, Aborygeni, rozbijaliśmy obóz w miejscu, gdzie teraz jest centrum miasta; tam właśnie jest najsilniejsze Śnienie. Victoria Square to cudowne miejsce i dlatego biznes tak dobrze tam prosperuje
.
     Wstrząsnęło to mną i sprawiło, że moja świadomość otoczenia ulega przemianie. Zorientowałem się, że patrzyłem na miasto przez szkła doświadczeń i wychowania typowego dla obywatela USA. Aż do spotkania z tym mądrym człowiekiem, mając możliwość wyboru, wolałem unikać miast i przebywać na wsi. Wujek Lewis uświadomił mi, że cuda natury, których poszukiwałem na łonie natury, były tuż przede mną, w centrum zabieganego miasta. Śnienie jest zawsze obecne. Jest niczym aura lśniąca wokół przedmiotów i wydarzeń, które nazywasz codziennym życiem.

Arnold Mindell, Śnienie na jawie,
KOS, Katowice 2004.

Tak, na terenie siłowni jest mocne Śnienie, które rozwija się z łatwością w potrzebę zadbania o swoje ciało. Ćwiczy się wręcz mistycznie. ;)

Na koniec, zupełnie poza wszystkim, gdy już opuszczałam przybytek kształtowania ciał zobaczyłam napis, pod którym podpisuję się obiema rękami, nogami, sercem, duszą:

one life. live it well.

Taki mam zamiar! Od wielu, wielu lat.

piątek, marca 04, 2011

194. Yuppie to od wczoraj też ja

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Nie szykowałam się do żadnej podróży. Nie kupiłam żadnego biletu. Nie wpadłam w znany mi dobrze i uwielbiany stan blondynki w rozterce, która musi spakować wszystko co ma do jednej torby, bo wszystko jest zwyczajnie niezbędne. Nie udałam się na żaden dworzec. Moje ciało nie przeszło przez żadną bramkę na terenie portu lotniczego.

Mimo tych wszystkich „NIE”, w ciągu ułamka sekundy, wylądowałam za oceanem, wśród stada Yuppies, na planie filmowym amerykańskiego filmu o kulcie ciała. Zaraz przypomniał mi się jeden z moich ukochanych filmów z Barbrą Streisand „Miłość ma dwie twarze” (Mirror has two faces).

Wydawało mi się, że wisienką na torcie dnia wczorajszego będzie wizyta u Pana Osteo. Wyszłam od niego, jak zwykle obita, ale w cudownym stanie a tu proszę... sprawy, w przeciwieństwie do mojego metabolizmu, przyśpieszyły, wręcz nabrały zawrotnego tempa.

No więc, za oceanem, choć nigdzie nie leciałam, siedziałam przy stoliczku i dojrzewałam do myśli, że przez tę cholerną podróż --- której przecież nie planowałam --- nigdy już nie będę starą, dobrze znaną mi Jabłonią. Podpiszę dokument i będę kimś innym. Kim? Siedziałam i zastanawiałam się nad sobą. Wszystkie ostrzegawcze żaróweczki rozbłysły w mej głowie. Kim ja właściwie w tej chwili się staję? Gapiłam się w jeszcze obcą mi przestrzeń, aby choć trochę ją oswoić i wyleźć z szoku poznawczego. Obok przemykały panie i panowie. Wchodziły jedne garnitury, wychodziły inne. Ciała, ciała i jeszcze raz ciała. Rozdzielone maszynami, które, z prawie niesłyszalnym pomrukiem zadowolenia, o te ciała dbały.

No... i... No, tak. Sadownik wywalczył lwią zniżkę i... podpisaliśmy wczoraj umowę cywilno-prawną dotyczącą siłowni. Maszyny będą rozpieszczać i nas. Wszystko w nagrodę za to, że jeszcze żyjemy. A potem każde z nas będzie wygrzewać się w saunie. No... sama nie wiem... ale podpisałam... na rok! Czy moje bicepsy, tricepsy, mięśnie czworogłowe ud mają pojęcie ile to jest rok? Nieważne, dowiedzą się...

Wszystkiemu, oczywiście, winna jest Heńka. Gdyby jej nie było, nie pociągnęłaby mojego nędznego kręgosłupa. Gdyby nie pociągnęła mojego kręgosłupa, nie znałabym nawet słowa osteopata. Gdybym nie poznała Pana Osteo, Sadownik nigdy by do niego nie trafił. Gdyby Sadownik nie trafił do Osteo, nie byłoby całego zamieszania z siłownią. Tak właśnie Heńka uczyniła nas świeżutkimi Yuppies. Już pisałam, że pies niczego nie zmienia... pies zmienia wszystko, zwłaszcza jak jest suczką! Będziemy z Sadownkiem jak Barbra zasuwać po bieżni... żeby tylko... Tak czy inaczej, obejrzę sobie po raz setny Barb(a)rkę, postanowiłam.

Barbra Streisand & Bryan Adams,
I Finally Found Someone.

poniedziałek, stycznia 17, 2011

(146+21). Odkrycie zdrowiejącego chronika

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy po raz pierwszy pomyślałam o moim kręgosłupowym zdrowieniu jak o wychodzeniu z nałogu pobiegłam do księgarni i kupiłam książkę, która korespondowała z tematem uzależnienia. Im dalej brnęłam w kolejne dziesiątki przeczytanych stron, tym bardziej opadała mi szczęka. Chyba nie przesadzę, gdy napiszę, że większość ludzi jest uzależniona, nawet jeśli nie nadużywają oni żadnej substancji. Wiele fragmentów zaznaczyłam, ale zamieszczony poniżej jest moim ulubionym i powraca do mnie za każdym razem, gdy przed wyjściem na dwór owijam swoje biodra, specjalnie do tego celu zakupionym, szalem. Z jednej strony chronię przed zimnem moją lędźwiowo-krzyżową końcówkę, z drugiej jest to mój rytuał dbania o siebie, dzięki któremu pamiętam:

(…) Dzisiaj nie myślę już o sobie jako ouzależnionym w trakcie rekonwalescencji”, ale raczej jako o człowieku, który pamięta”.

L. Jampolsky, Leczenie uzależnionej osobowości,
Czarna Owca, Warszawa 2009

Moje „zdrowienie” podarowało mi nie tylko rytuał, ale również wielkie odkrycie. Do tej pory, słowo dyscyplina kojarzyło mi się tylko i wyłącznie negatywnie: ze zmuszaniem się, ze sztywnością przyjętych zasad, z niemożnością podołania systematyczności przez dłuższy czas --- krótko: tragedia, przed którą uciekałabym do końca swoich dni.

Przymuszona do dbania o siebie odkryłam, ćwicząc codziennie (to już przeszło miesiąc), że dyscyplina jest uwalniająca. W każdym razie, w moim przypadku tak właśnie jest. Myślałam o tym znów dziś w nocy przekładając się z boku na bok powtarzając jak mantrę słowa: uwalniająca moc dyscypliny --- mogę już spać jak tylko chcę na plecach, na brzuchu, na obu bokach i… nic nie boli. Od piątku uczę się siedzieć na krześle. Ona-Anioł --- akuszerka mojej rodzącej się nowej, nieznanej mi sprawności --- towarzyszy mi w zdrowieniu, ucząc mnie szacunku do własnego ciała, by nigdy już nie było przeze mnie postrzegane jak wróg. Ona-Anioł jest WIELKA. Ciekawe, ile jeszcze odkryć przede mną…

wtorek, grudnia 21, 2010

(150+2). Pieniądze

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Schemat I:
Można pełnić rolę domowej rady pieniężnej i mieć ciągle z tyłu głowy, że bilans wpływów i obciążeń w ciągu miesiąca musi być dodatni, nawet jeśli owa dodatniość wyniesie tylko 1 zł. Oczywistym jest, i dodatkowo wzmocnionym przez każde prawo Murphy’iego, że udać się to w każdym miesiącu nie może. Gdy już na dwa dni przed zamknięciem miesiąca jesteś na plusie i wierzysz, że tym razem na pewno się uda, następuje nieoczekiwane „coś”. Przykłady? Proszę bardzo. Samochód dowiedział się z osiedlowych plotek, że idzie ci całkiem dobrze i przypomniał się, że empatia empatią, ale on tę część za 1200 zł jednak musi mieć wymienioną, inaczej nie ruszy już z miejsca. Ostatniego dnia miesiąca pies pożera na podwórku nieznany obiekt organiczny… lecisz do weterynarza i wracasz o dwie stówki lżejszy. Nie wspominając o kręgosłupach, stawach, nagłych chorobach, które NFZ może by i obsłużył, ale za kwartał, a ty jesteś burżujem i nie chcesz tak długo czekać. Finał --- miesiąc zamknął się na minusie. Utyskujesz, złorzeczysz, masz pretensje i jedyne co ci pozostaje to cień dobrego nastroju, uzyskany dzięki wierze, że w przyszłym miesiącu MUSI być lepiej. To czy musi, okaże się jednak za trzydzieści dni…

Schemat II:
Nic nie zmienia się, jeśli chodzi o naturę wpływów i obciążeń. Nadal masz ochotę być na plusie. Gdy jednak zdarza się nieoczekiwane „coś” i... płacisz za samochód, weterynarza oraz wizytę u lekarza, zamiast utyskiwać, cieszysz się, że choć z debetu, to możliwe było opłacenie tych wszystkich nieznoszących zwłoki kwestii. Jakoś to będzie. E tam, jakoś. Będzie dobrze.

Epilog:
No właśnie. Nie musi się zmienić świat czy ludzie wokół by cudniej się żyło. Wystarczy zmienić coś w sobie. Przeskoczyło w głowie i mnie. Cieszę się, że przemieściłam się mentalnie ze schematu I do schematu II. Wydałam na swój kręgosłup w tym miesiącu 950 zł i… jestem bardzo zadowolona.

poniedziałek, grudnia 20, 2010

150. Puk, puk...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Puk, puk --- napisała Wanilijka.

Gdzie się podział ostatni tydzień? To bardzo nie w moim stylu. Nie odnotować chociaż trzech zdań na temat tego, co mija. Nie napisać nic w ciągu ostatnich pięciu dni. Nienormalne.

Co się działo? Działo się dużo, mocno i głęboko.

Działo się w taki sposób, że nie można tego wyrazić słowami. Wszelkie próby powodują, że sens i tak wymyka się, ucieka i woła spoza słów… a kuku, tu jestem. Próbuj jeszcze raz.

Nie próbowałam. Przeszło mi tylko przez myśl, że nie chciałabym stracić pamięci owego tygodnia. Napisać coś o tym…

Niemożliwe z powodu natury tych zjawisk: kruche, ledwo odczuwalne. Mogą występować w kategorii nastroju, przeczucia, nagłej, ale nieodwracalnej zmiany przekonania. Niemożliwe z powodu tego, że dotyka bezpośrednio kilka osób, z którymi jestem w bliskiej relacji czy wręcz intymnym związku.

Możliwe jest jednak wymienienie haseł dotyczących sfer życia, myślenia, bycia, które zostały poruszone, zburzone, przebudowane: „kontrola”, „matka”, „pieniądze”, „seksualność”. Proste słowa, ważne kwestie, wielkie obszary do poznania, zdobycia lub zrozumienia.

Czuję się zaszczycona przez Życie, że mogę pochylać się nad tym wszystkim i odkrywać nową twarz znanych terenów. Wszystko to z powodu jednego kręgosłupa, który Wielkim moim Nauczycielem się stał.

wtorek, grudnia 14, 2010

149. Chroniczna choroba uzależnieniem

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Na katastrofę lotniczą zawsze składa się ciąg małych błędów. Każdy z nich jest nieznaczący, ale razem stanowią ogromną siłę rażenia. Myślę, analizuję i doszłam do wniosku, że mój ostatni uraz w swej naturze też przypominał katastrofę lotniczą.

Zaczęło się od tego, że dzbanek rozciął mi dłoń, wskutek czego nie dało się ćwiczyć i mając pełne usprawiedliwienie nie ćwiczyło się. Gdy jednak było to już możliwe, niefrasobliwie nie wróciłam do ćwiczeń, BO NIE [a może za dobrze się czułam]. Złapałam fazę głupiego buntu przeciw niesprawiedliwości losu: dlaczego ja muszę ćwiczyć, by jakoś żyć, gdy moi rówieśnicy mają się świetnie bez ćwiczeń? Noooo, niby tak. Szkoda, że w owym czasie nie mogłam zauważyć, że niektórzy z moich rówieśników już dawno na cmentarzach oddają się życiu-po-życiu. Rozstać się z własną omnipotencją nastolatki, która czy ćwiczy, czy nie, ma się świetnie, to nie była łatwa sprawa.

Potem przyszły mrozy. Czyż Zkemi nie mówiła, że kręgosłupy nie znoszą zimna? Nie można się było na cudzych błędach pouczyć? Artua wlazł latem do lodowatej wody i go pogięło? Pogięło. Och, ta pycha, cudze błędy jakieś zbyt małe by się na nich uczyć. Kurteczkę, choć puchową, nosiłam krótką. Komunikacyjny paraliż pomógł w staniu na przystankach. Przemarznięte, niećwiczone, zapuszczone ciałko modliło się o chwilę ulgi… no i Kudłatej Dusza usłyszała ten zduszony skowyt.

Nie chciałam iść na ten spacer. Nie chciałam też spóźnić się na zajęcia. Sadownik okupował łazienkę. To potrwa, pomyślałam i poszłam, błąd kolejny, ale nie ostatni. Zawsze na dole klatki, pod drzwiami siedzi wytresowana Heńka i czeka by ją podpiąć na smycz. I co? Zapomniałam. Wypuściłam panienkę całkiem luzem --- ostatni dotyk intuicji? W przerażeniu, że zaraz wypadnie jakaś matka z małym dzieckiem i zacznie krzyczeć, że sunia groźna luzem lata, dopadłam zwierzę i podpięłam --- przedostatni błąd. Uszłyśmy tworząc elegancką parą może pięć metrów. Zobaczyłam na końcu chodnika pierwszą przyjaciółkę Heniuty. Ostatni błąd --- schyliłam się, aby odpiąć Sierściucha, by mogła pobiec się przywitać. Już, już, miałam karabińczyk w ręku, gdy niedrobna pannica rzuciła się do przodu. Trzasnęło. Więcej błędów już nie było.

Doszłam wczoraj późnym wieczorem do wniosku, że poza wspomnianą analogią katastrofy lotniczej i urazów kręgosłupowych istnieje jeszcze jedna, dużo bardziej dalekosiężna, jeśli chodzi o konsekwencje.

Im dłużej oglądam film, którego link podarowała mi Ona-Anioł, tym bardziej dochodzę do wniosku, że życie z chroniczną chorobą ma dla mnie wszelkie znamiona wychodzenia z nałogu. Nie przepadam, nie lubię, nie znoszę… całą sobą nienawidzę obrzydliwej codziennej systematyczności. Robić coś każdego dnia jest dla mnie dużym wyzwaniem. No i masz babo! Będziesz się uczyć! Pamiętając upiorność bólu i błogosławiąc fakt, że w ogóle mogę się ruszać, ćwiczę! Nieprzerwanie od zeszłego poniedziałku, dwa razy dziennie (można mnie pochwalić ;)). Wczoraj wieczorem, czyli ósmego dnia, złapał mnie kryzys i coś w głowie wpadło na szatański pomysł: „och, tylko dziś wieczorem, możesz sobie odpuścić”. No więc, jak bohaterowie wspomnianego filmu, tak i ja nie mogę już sobie odpuścić. Zdrowienie, proces, który będzie mnie trzymał do końca moich dni. Zdrowienie --- inna, nieznana mi dotąd perspektywa, z której można patrzeć na chroniczną chorobę.

Dlatego wczoraj, gdy coś w głowie mówiło „daj spokój, trzeba odpocząć” pomyślałam: „zrobię TYLKO JEDEN RAZ pakiet tych ćwiczeń i pójdę do łóżka, NIC WIĘCEJ robić nie będę”. Leżałam potem w łóżku dumna jak paw. Małe zwycięstwo na długiej drodze, ale jakże smakowite…

środa, grudnia 08, 2010

145. Nowe słowo, nowe doświadczenie, nowe życie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj, pierwszy raz od trzech dni wyszłam z domu. Załadowana w samochód byłam wieziona ku „nowemu”. Patrzyłam na miasto, moje ukochane miasto. Zachwycały mnie ulice, po których tak dawno nie chodziłam. Jak dobrze było móc na nie chociaż popatrzeć. Samochody, całe sznury, w lekkim korku też mnie zachwycały swoim motoryzacyjnym, wolnym tańcem w wielu rzędach.

No... i za mną. Słowo „osteopata” poznane i dotknięte po raz pierwszy. Ona-Anioł, czuwająca nade mną, by wszystko szło w dobrym kierunku. Błogosławię Ją-Anioła. Teraz również błogosławię Kudłatą za to, że podjęła się zadania zburzenia mojego dotychczasowego życia.

Wracaliśmy wczoraj do domu i...

Jabłoń:
Życie jest jednak niesamowite.

Sadownik:
Nie. Ludzie są niesamowici. Życie jest fajne.

Nie było wyjścia, pojechaliśmy świętować początek mojego nowego Życia. Do piątku pozostaję na podtrzymujących mnie ćwiczeniach i leżeniu z nogami na krześle, książkami na brzuchu. W piątek z Nią-Aniołem ruszamy na podbój drogi ku pływaniu, skakaniu, bieganiu... ku Życiu, które wciąż odkładałam na potem.

Mój Boże, cudowni ludzie są wokół mnie! Światełko w tunelu zaczęło lśnić...

poniedziałek, grudnia 06, 2010

(111+33==142+2). Moc ludzkich serc

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W sobotę, gdy już było wiadomo, że nie minie, że nie mamy czarodziejskiej różdżki, ani niczego, czym moglibyśmy cofnąć czas, Sadownik (grożąc sankcjami) zmusił mnie do wykonania telefonu do Niej-Anioła, by poradzić się, co dalej z tym nieszczęściem robić. Dziś pomyślałam o tym, że gdy Ją tak nazwałam przeszło miesiąc temu, by na moim blogu uszanować jej prywatność, nie miałam jeszcze pojęcia, że właśnie teraz, od pełnych dwóch dni będą holować mnie Jej-Anioła skrzydła. Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

To niewiarygodne jak wiele ciepła, troski i uwagi spotkało mnie od momentu, gdy pewna sekunda stała się namacalną, szybką przeszłością. Wszystkim za ciepło, troskę i uwagę dziękuję, dziękuję, dziękuję.

Za komentarze również bardzo dziękuję. :)))

Nudny refren, ale głęboko wierzę, że to wszystko musi mieć jakiś sens. Znana jestem z niecierpliwości, tak bardzo chciałabym go już znać...

niedziela, grudnia 05, 2010

142. Na zakręcie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nieszczęścia nigdy nie chodzą pojedynczo. Dziś nie byłam w pracy. Jutro nie ma pracującego poniedziałku, po którym nie będzie również pracującego wtorku i środy. Niewiele mogę. Trzasnął mi kręgosłup jak nigdy dotąd, ale nie chce mi się o tym ani rozmawiać, ani pisać. Stało się. Aby być w tym stanie potrzebna była tylko niecała sekunda.

W efekcie, dziś cały dzień leżę na podłodze z nogami na krześle i ciężarem książek na brzuchu. Kudłata zachwycona, że całym Stadem znów razem urzędujemy w saloonie. Leżymy i oglądamy filmy, bo nic innego nie wchodzi w zakres moich możliwości. Właśnie takich okoliczności trzeba było, by wydarzyło się:

(Kudłata układa się obok Jabłoni, dotykając jej boku.)

Sadownik:
(do Jabłoni, która wyraża zachwyt ciepłem
darowanym przez Heńkę
)
Może kupimy kota, będzie koło ciebie leżeć
i wyciągnie to paskudztwo z ciebie.

Jabłoń:
Nie spodziewałam się, że zgodziłbyś się na kota w naszym domu.

Sadownik:
Przyniósłbym i jeża, jeśli miałoby to pomóc.



Jestem. Mój świat zmienił się nie do poznania, skrócił, zmniejszył. Sadownik gotuje na jutro obiad i krzyczy z kuchni, że jestem kriplem (z ang. cripple). No... jestem kriplem na zakręcie... ale nie mogę nic poradzić na to, że mimo wszystko ciekawa jestem jak to dalej będzie... i to wydaje się Sadownikowi bardzo dziwne.

wtorek, listopada 02, 2010

118. Nie jestem już nastolatką

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wszyscy albo właśnie przechodzimy kryzys, albo dopiero co z niego wyszliśmy, albo też nieuchronnie do niego zmierzamy. (...) Chciałbym również zaznaczyć, że nigdy nie jest tak źle, jak nam się zdaje.

Andy Andrews, Mistrz, Najlepsze dopiero przed Tobą,
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010

Jeśli chodzi o mój kręgosłup powinnam sobie strzelić tatuaż wytłuszczoną czcionką w dobrze widocznym miejscu: „ale nie jest tak dobrze jak myślisz!”. Zachwycona tym, co robi ze mną praca domowa zadana przez Nią-Anioła podniosłam się w sobotę rano z łóżka jak nietknięta chorobami nastolatka i... cierpiałam do wczoraj. Za mną pierwsza, przespana w jednym kawałku noc i niesamowity apetyt na kolejny egzemplarz. Niech się stanie! Wyszłam z kryzysu kręgosłupowego i nie mam ochoty podążać ku następnemu, postoję i pozachwycam się życiem!

środa, października 27, 2010

111. Nowe życie mojego kręgosłupa

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Spotkałam Ją prawie półtora roku temu. Zwróciła moją uwagę sposobem w jaki poruszała się oraz uśmiechem, którego prawdziwość uwiodła mnie natychmiast. Byłyśmy na tym samym warsztacie i przez pięć dni od czasu do czasu zerkałam na Nią by nacieszyć własne oczy --- by upewnić się, że tak cudowne kobiety stąpają po ziemi. BYŁA WCIĄŻ. Bił od niej blask, rodzaj wewnętrznej mocy. Uwielbiam spotykać takie kobiety. Ich istnienie jest dowodem na to, że można pięknie dojrzewać, zmieniać się i być szczęśliwą zamiast starzeć się zaraz po trzydziestce w majestacie społecznego prawa mając wieczne wytłumaczenie, że „w moim wieku, to już nie warto”, „za późno”, „kiedyś tak, ale dziś już nie”. Gdy żegnałyśmy się, wydawało się, że żegnamy się na wieczność, albo co najmniej do następnego dużego POP-owskiego warsztatu, który nie wiadomo kiedy. Od słowa do słowa, okazało się, że nie tylko mieszkamy w tym samym mieście, w tej samej dzielnicy, ale na tej samej ulicy... prawie blok w blok --- świat jest malutki nawet jak mieszka się w ogromnym mieście --- jesteśmy sąsiadkami. Ścieżki naszych dni krzyżują się sporadycznie, ale zawsze w naszych spotkaniach jest serdeczność z innej, cudownej planety. Uwielbiam tę kobietę od zawsze!

Niedawno, nie bez pomocy słownej mądrych osób, dotarło nareszcie do mojej łepetyny, że obok mnie mieszka nie tylko Ona-WspaniałaKobieta, ale że również mieszka Ona-Anioł, czyli mądra doświadczeniem nauczycielka Jogi, która może pomóc mi wrócić do fizycznej sprawności. Oczywiście, pod latarnią jest zawsze najciemniej i oświeciło mnie późno, ale nie za późno :).

Kiedyś chodziłam na jogę, ale przestałam, gdy okazało się, że nauczyciele denerwują się, że czegoś nie mogę zrobić. Większość z nich nigdy nawet nie stała obok cienia świadomości, że można, całkiem z natury, nie móc schylić się do ziemi na prostych nogach, by położyć całe dłonie na podłożu. Przy takich nauczycielskich ograniczeniach joga może stać się formą sportu ekstremalnego --- nie miałam na to ochoty.

Wczoraj, zaraz po zajęciach, po nakarmieniu Kudłatej i wyprowadzeniu jej na spacer, udałam się do Niej-Anioła. Długo by pisać i nic by to nie dało, były to najpiękniejsze dwie godziny, od czasu, gdy mój kręgosłup krzyczy wrzaskiem niezauważanego. No i stało się...

Przypomniało mi się, że joga potrafi być cudem, że można w swoim ciele czuć się tak, jakby właśnie dopiero co wróciło się do siebie. Po raz pierwszy doświadczyłam tego, że podczas wykonywania pozycji (w wersji leczniczej) wylewają się z człowieka emocje, których nie było się świadomym. Po raz pierwszy cieszyłam się swoim ciałem zamiast je musztrować. Mój kręgosłup został wysłany na orbitę szczęścia bezwględnego.

Ona-Anioł stwierdziła, że moje problemy z kręgosłupem biorą się z tego, że podświadomie staram się skulić, ukryć swoje centymetry. Zaskoczyło mnie to, ale też poczułam dziwną ulgę, gdy powiedziała: a Ty masz być wielka! Zrobiła to w sposób, którego nie zapomnę do końca życia --- delikatność utarta na puch razem z pewnością i zachwytem, jakby WIELKOŚĆ w moim życiu stanowiła DUŻY klucz do zrozumienia.

Wracałam do domu na skrzydłach z nowym życiem pod pachą i z zaleceniem położenia się od razu do łóżka, co z przyjemnością zrobiłam. W tym boskim stanie nie było możliwości by zebrać słowa w sensowny ciąg wyrazów stanowiących wpis na blogu.

Dziś, wobec słów, które wypowiedziała Ona-Anioł, przypomniał mi się dzień, gdy byłam już gotowa na prawdę o sobie, wiele lat temu. Pojechałam do pracy do Konstancina, poprosiłam panie pigułki, by mnie dokładnie zmierzyły. Ponieważ byłam wewnętrznie przygotowana na dużo centymetrów, prostowałam się do granic możliwości, jakbym była najmniejszą dziewczynką w grupie przedszkolaków i... o, zgrozo, udało mi się wyciągnąć TYLKO 187,5 cm. Byłam rozżalona, bo przygotowałam się psychicznie na 192 cm --- w końcu większość facetów twierdzi, że ma 185 cm a i tak zawsze są o pół głowy ode mnie niżsi, więc przesłanki do 192 cm istniały. Dziś oni nadal twierdzą, że mają 185 cm. Ja wiem swoje, ale nie odbieram im przyjemności posiadania takiego wzrostu, bo to naprawdę jest przyjemne.

Mam być wielka --- kołacze mi się wciąż po głowie. W sumie, dlaczego nie? Wyciągnąć się jeszcze odrobinkę...

środa, września 22, 2010

78. Nowy, Niezbędny Składnik przepisu na mądrego psa

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy pierwotnie myślałam o kategorii miejscaPrzyjaznePsom myślałam raczej o miejscach, gdzie człowiek z przyjemnością oddaje się we władanie smaków najróżniejszych. Dziś okazało się, że kategoria ta mieści również inne miejsca mocy. W gabinecie Pana Andrzeja pracują osoby nie tylko kompetentne, ale również o kochających psy duszach i jeśli tylko pies jest ułożony to może ze swoją Panią lub Panem przyjść.

Procedura „sprawdzam” wymuszona była okolicznościami. Kudłata nie umie jeszcze zostać w domu sama na trzy godziny, Sadownik w delegacji a mój kręgosłup umówiony na regenerację. Do plecaka spakowałam suszone świńskie ucho i poszłam z dużą nadzieją, że się uda, że Heniuta uśmiechem zaczaruje i jakoś obie przeżyjemy czas masażu.

Kombinowałam tak. Pan Andrzej jako osoba niewidząca w niebywały sposób zachwyca się światem. Jest człowiekiem o ogromnej wrażliwości, nie jest więc możliwe, aby nie lubił psów. Logika mnie nie zawiodła. Gdy tylko weszłyśmy do gabinetu, Pani Małgosia w recepcji uśmiechnęła się do nas pierwsza, nawet urok kudłatego uśmiechu nie był potrzebny. Henia, grzeczniutka, zajęta świńskim uchem, spędziła cały niezbędny czas pod stołem do masażu. Pan Artur na koniec roześmiał się swoim donośnym, fajnym śmiechem i było wiadomo, że gabinet należy zaliczyć do przyjaznych miejsc na Świecie.

Wychodząc upewniłam się, że obecność Kudłatej nie będzie stwarzać nikomu kłopotu, jeśli do końca serii będę z nią przychodzić.

Wracałam do domu i pomyślałam o tym, jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim ludziom, którzy w miejscach publicznych pozwalają Kudłatej być. Dzięki temu ma Ona okazję do nauki bycia mądrym, orientującym się w zawiłościach miejskiego życia, psem. Nie udałoby się tego zrobić bez obecności dobrych, otwartych i mądrych ludzi, których spotykamy na swej drodze. W tym całym nieszczęściu mamy jednak dużo szczęścia... :)