niedziela, sierpnia 09, 2026

6180. 221/365

odrobinę porządku w artefaktach swojej przeszłości robiłam, wró­ciło do mnie nie moje zdanie sprzed kil­ku­nastu lat, wy­po­wie­dziane wtedy z niedającym się ukryć wy­rzu­tem: moje sny są takie proste.

intensywność, z jaką wtedy przy mnie zostały wypowiedziane te słowa, uświa­do­mi­ła mi wczoraj, jak łatwo jest mieć pretensje o to, co podarowało i cze­go nie podarowało dziś życie; ma­ru­dzić i jęczeć.

ile czasu* po­trze­bu­je­my, nim na­uczy­my się nie okradać nie­ustan­nie sa­mych sie­bie z oka­zji, by po­czuć się obdarowanymi?

221/365

_________
  *  w dziesiątkach lat?

6179. Panna cotta (CCIII)

Pierwszą w swoim życiu kurą przez wu rzuciłam w wieku trzydziestu lat, gdy ze świe­żutko zdobytym prawem jazdy na polskich drogach zapoznawałam się w prak­ty­ce z głęboką tradycją kultury polskich kierowców.

Siarczyste klnięcie opuściło blachą obity świat i przysiadło w kątku ula na stałe, gdy partia małych ludzi wielkimi krokami, włochatymi łapami w niebiałych ręka­wicz­kach i gębami pełnymi pa­trio­tyzmu demolowała trud trzydziestu lat doganiania Europy.

To by było na tyle w kategorii: martyrologia lingwistyczna.

Tymczasem tu i teraz. Od kilku dni nie mogłam ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości, że po włosku można z łatwością, poza kilkoma kul­tu­ral­ny­mi formami, wykrzyczeć, używając wulgaryzmu, zachwyt i wniebowzięcie: co za szczęście! Bo, umówmy się, to żadna sztuka stekiem wul­ga­ry­zmów donieść świa­tu: co za pech!

Jak to ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości? Szukałam istnienia tego zjawiska w ojczystym języku, by upalować wyjętą z podręcznika wie­dzę, by zakorzenić i nie zawracać więcej rzeki kijem świętego oburzenia wysokiego rejestru językowego.

Patrz, pani! Patrz, pan! Mam! Z Sadownikiem podzieliłam się odkryciem, upew­nia­jąc się, że źródło mego odkrycia bije żywiej w męskawym świecie. Okazało się, że tak, fakt, zgadza się wszystko. Nie jesteśmy już tylko Chrystusem Europy, źródłem biblijnych cnót, które krzewić mamy zamiar na zgniłym Zachodzie. My mamy w so­bie ździebko człowieka bez podwójnych powiek, Chińczyka, co zawojować chce świat.

Nim karta stół i joker koszulką do dołu, dość śmiało po­zwo­lę sobie docenić naturę poczynionego odkrycia. Z jednej strony jesteśmy oszczędni, nie sza­stamy słowami. Z drugiej zaś, by nie być oskarżonym o mylenie największego szczę­ścia i od­wiecz­ne­go pecha (skojarzenie z polityką wyjątkowo trafione) na jedno i dru­gie używamy tej samej frazy: o, kurwa! Jedynie intonacja pozwala nam rozróżnić, czy należy wy­krzy­ku­ją­cemu te słowa człowiekowi współczuć czy gratulować. A po­nie­waż jako na­ród chwalić to my jeszcze nie umiemy za bardzo, zawsze możemy powoydyłłować odrobinkę, czyli zinfantylizować i pouczyć: nieładnie, oj, nieładnie tak mówić!

Nie, nie zdziwiłam się wcale, gdy ta piosenka — dopadła mnie kilka tygodni temu i uba­wi­ła setnie — w której wulgaryzm goni wulgaryzm, wyraziła chęć zaistnienia tu jako ilustracja, pocztówka dźwiękowa z wcale niedalekich peryferiów dobrze uło­żo­ne­go języka. Che culo!

Tiziano Sciusco, Posso fare un disastro.

     non ce la faccio più
     ti spedisco in Timbuctù

samo piękno, czyli
czasownik zaimkowy, czasownik inchoatywny i…
w wolnym tłumaczeniu: idź do diabła / w cholerę!

6178. Z oazy (CDLXVI)  //  Panna cotta (CCII)

Jakiś czas temu Neska poprosiła mnie o rekomendacje książkowe dla osóbek czy­ta­jących 4+. Wagę tego typu zapytań znam, „dzieciów” zawieść nie wolno, więc na tył głowy wrzuciłam prośbę, niech się mieli.

Dokładnie dwa tygodnie temu przypomniało mi się, że Wiewiór. Sprawdziłam, czte­ry znane mi Jego przygody wydano również po polsku. Podesłałam Nesce okładki. Po go­dzinie coś mnie tknęło. Klik, klik. Sprawdziłam. Są! Dwie nowiutkie, ale tylko pierw­sza z nich w przekładzie. Użebrałam Sadownika, by mocy swych użył i zakupił. Zaku­pił! W piątek jako imieninionek, wisienka na torcie, zapowiedź zachwytu wje­cha­ła ta książka na mój stoliczek.

Piękna. Pełna subtelności w kresce i zdaniach, zauważalnych dopiero przy nastym przewracaniu kolejnych stron. I znów piękna, i mądra. Oswaja nieoswajalne, uj­mu­je w słowa sposób, w jaki obrabiamy znany nam rąbek niepojmowalnego. I ma, w za­leż­no­ści od przyjętej per­spek­ty­wy, albo za mało o jedno zdanie, albo za dużo o jedną ilustrację i siedem słów. Ta właśnie ta druga perspektywa zarządziła, że zabraknie tu owej ostat­niej ilustracji i ostatnich siedmiu słów tej opowieści. Dopiero teraz, z tej perspektywy, jest dobrze.

A me e Poc piace tanto sederci sul vecchio ceppo
a guardare gli uccelli che volano a tutta velocità.

Poc i ja, bardzo lubimy siadać na starym pniu
i patrzeć na ptaki latające z pełną prędkością.

🖇

E quando ci siamo stufati prendiamo il sentiero del prato giallo,
per andare ad ascoltare il nostro uccello preferito, il merlo.

A gdy już jesteśmy znudzeni, idziemy ścieżką żółtej łąki,
aby posłuchać naszego ulubionego ptaka, kosa.

Ma oggi non c’era.
Ale dziś go nie było.

🖇

Lo abbiamo cercato dappertutto, anche vicino al torrente.
Szukaliśmy go wszędzie, nawet w pobliżu strumienia.

Non era da nessuna parte.
Nigdzie go nie było.

🖇

Alla fine l’abbiamo trovato sul sentiero.
W końcu znaleźliśmy go na ścieżce.

🖇

Era sdraiato, tutto tranquillo.
Non avevamo mai visto un uccello così da vicino.

Leżał sobie, zupełnie spokojny.
Nigdy nie widzieliśmy ptaka z tak bliska.

Probabilmente dormiva.
E allora ci siamo seduti in silenzio, ad aspettare che si svegliasse.

Prawdopodobnie spał.
Usiedliśmy więc w ciszy, czekając, aż się obudzi.

🖇

Ci siamo presi tutto il tempo per osservarlo bene, abbiamo guardato con attenzione tutte le sue piume. Erano nere, quasi blu, e non avevamo il co­rag­gio di toccarle. Probabilmente dormiva da parecchio. Abbiamo pen­sa­to che forse era meglio fare un po’ di rumore per svegliarlo.
Mnóstwo czasu dobrze mu się przyglądaliśmy, uważnie obejrzeliśmy wszystkie jego pióra. Były czarne, prawie granatowe, nie mieliśmy odwagi ich dotykać. Prawdopodobnie spał już od dłuższego czasu. Pomyśleliśmy, że może lepiej zrobić trochę hałasu, żeby go obudzić.

🖇

Abbiamo cominciato a sussurrare: «Uccello? Huhu, uccello? Dormi?».
E poi abbiamo battuto le mani, e alla fine abbiamo urlato […]. Ma non è successo niente, non è volato via.
Zaczęliśmy szeptać:
     — Ptaszku? Huhu, ptaszku? Śpisz?
     Potem klaskaliśmy, a w końcu krzyczeliśmy […]. Ale nic się nie stało, nie odleciał.

🖇

Non sapevamo più cosa fare, e così siamo andati a cercare Günther.
Nie wiedzieliśmy już, co robić, więc poszliśmy szukać Günthera.

🖇

Günther ha avuto un’idea: ha detto che bisognava buttarlo in aria perché si rimettesse a volare. Ma era un po’ troppo pesante, e io non capivo proprio come si potesse fare a portarlo in cima a un albero per aiutarlo a volare.
     E poi lui continuava a non muoversi.

Günther wpadł na pomysł: powiedział, że trzeba podrzucić kosa w górę, żeby znowu zaczął latać. Ale był trochę za ciężki i zupełnie nie rozumiałem, jak można by go zanieść na sam czubek drzewa, żeby pomóc mu polecieć.
     A kos wciąż się nie ruszał.

🖇

È in quel momento che Poc ha detto che forse era morto.
I w tym momencie Poc powiedział, że może on nie żyje.

🖇

Ma Günther non era d’accordo, perché quando uno canta così bene e ha delle piume così belle non può morire. È impossibile.
Ale Günther się nie zgadzał, bo kiedy ktoś tak pięknie śpiewa i ma tak cudowne pióra, to nie może umrzeć. To niemożliwe.

🖇

Cosa si poteva fare?
     Sembra che quando si è morti si diventa freddi e invece da vivi si è tutti caldi. Lui era tiepido.
     Forse era solo mezzo morto.

Co można było zrobić?
     Wygląda na to, że kiedy się umiera, człowiek staje się zimny, a za życia jest się ciepłym. On był letni.
     Może był tylko w połowie martwy.

🖇

E poi abbiamo aspettato parecchio. Davvero parecchio. E allora abbiamo capito che era completamente morto, perché non si può restare immobili per così tanto tempo.
A potem czekaliśmy bardzo długo. Naprawdę bardzo długo. I wtedy zrozumieliśmy, że on naprawdę nie żyje, ponieważ nie można pozostawać w bezruchu przez tak długi czas.

🖇

Forse era morto perché era molto vecchio. Oppure aveva avuto un incidente. A volte succede.
Może umarł, bo był już bardzo stary. Albo miał wypadek. Czasami tak się zdarza.

Comunque non potevamo lasciarlo così.
Tak czy inaczej, nie mogliśmy go tak zostawić.

🖇

Allora abbiamo cominciato a raccogliere dei piccoli rami per costruirgli un riparo. Perché, anche se era morto, bisognava proteggerlo.
Wtedy zaczęliśmy zbierać małe gałązki, żeby zbudować mu schronienie. Ponieważ nawet jeśli nie żył, trzeba było go chronić.

🖇

E abbiamo aggiunto delle foglie. Erano foglie secche, ma abbiamo scelto le più belle. Gialle, rosse, arancioni, di acero, di quercia, di frassino. Abbiamo ricoperto completamente il merlo, era proprio un bel mucchio di foglie.
     E io ho anche messo una pigna in cima.

I dorzuciliśmy trochę liści. Były to suche liście, ale wybraliśmy te najpiękniejsze. Żółte, czerwone, pomarańczowe, z klonu, dębu i jesionu. Całkowicie przykryliśmy kosa, to był naprawdę ładny stos liści.
     A ja położyłem jeszcze szyszkę na samej górze.

🖇

E ci siamo chiesti se avevamo fatto tutto quello che c’era da fare.
     Sembra che quando uno muore ci si riunisca per parlare di lui o per ricordare delle cose della sua vita. Günther ha deciso di leggere una poesia.

I zadaliśmy sobie pytanie, czy zrobiliśmy wszystko, co należało zrobić.
     Wygląda na to, że kiedy ktoś umiera, ludzie gromadzą się, aby o nim rozmawiać lub wspominać chwile z jego życia. Günther postanowił przeczytać wiersz.

Poi siamo rimasti in silenzio per un lungo istante.
Io ho pensato al canto del merlo, e poi siamo andati 
a camminare lungo il torrente.

Potem milczeliśmy przez dłuższą chwilę.
Ja pomyślałem o śpiewie kosa, a potem poszliśmy 
na spacer wzdłuż strumienia.

🖇

Ci siamo chiesti di nuovo se avevamo fatto tutto quello che c’era da fare. Forse si potrebbe dare il suo nome a un posto che ci piace tanto? Così il mer­lo non verrebbe dimenticato. Si continuerebbe a parlare di lui, e sa­reb­be come se fosse ancora qui, almeno un po’.
     All'inizio abbiamo pensato al vecchio ceppo, ma alla fine abbiamo scelto il grande prato.

Zadaliśmy sobie jeszcze raz pytanie, czy zrobiliśmy wszystko, co należało zrobić. Może mo­gli­byśmy nazwać jego imieniem miejsce, które tak bardzo lubimy? Wtedy kos nie zostałby zapomniany. Wciąż by się o nim mówiło i byłoby tak, jakby nadal tu był, przy­naj­mniej trochę.
     Na początku pomyśleliśmy o starym pniu, ale ostatecznie wybraliśmy wielką łąkę.

🖇

Stamattina, con Poc, siamo andati al prato del merlo.
Era sempre giallo e […].

Tego ranka poszliśmy z Pokiem na łąkę kosa.
Była jak zawsze żółta i […].

Olivier Tallec, Sta dormendo?,
przeł. z j. francuskiego Tommaso Gurrieri,
Edizioni Clichy, Firenze 2026.

*

Nauka po Prostu, Mistrzowie śpiewu. Które ptaki
śpiewają najpiękniej? I dlaczego?

[Miejsce 2.: Kos]

6177. Z oazy (CDLXV)

Trzecia fala upału jako upiorna forma doświadczania życia za mną. Trzeci dzień do­chodzę do siebie, choć rehabilitacyjna uwaga tkwi wciąż przy szkodach wy­rzą­dzo­nych przez drugą falę. Jeden z fragmentów wydłubanych z tej książki to również słowa opisujace w punkt mój aktualny stan ducha: myśli także wracają jakby na swoje miejsce. Dobrze jest znów cieszyć się życiem, choć wielokrotnie miało się go powyżej uszu i kokard.

Wybór tej opowieści jest nieprzypadkowy. Lubię literki tej Autorki. Mam też ogrom­ne szczęście, bo nauczona delektowania się fikcją, rozkoszowałam się tą historią. Grube kreski, cieniutkie, urywające się linie, światłocienie, nieoczywiste, trudne do nazwania barwy, refleksy uczuć, a między nimi wszystkimi to, co nienajważniejsze wcale, co chcący za wszelką cenę kontrolować życie nazywają faktami — tym jest ten kawałek dobrej literatury. Wyimki, które muszę tu mieć pod ręką, są tylko i wy­łącz­nie małymi akwarelami, drobnymi dziełami sztuki zaklętymi w słowa.

Anna  była już staruszką,  gdy  Bóg w końcu  powrócił.  Drzwi  sali numer dwanaście  oddziału  szpitala  Ruusukumpu otworzyły się i do środka wtar­gnął  wielki  złoty bukiet  kwiatów.
     — No,  co tam, dziewczyno? –  Bóg  uśmiechnął się  i podszedł prosto  do łóżka.
     Anna podniosła  się,  żeby usiąść, i spojrzała na przybysza. Ten Bóg  nic  się nie zmienił.
     — Oj,  jaka tam ze  mnie  dziewczyna. Już dawno nie  dziewczyna – wy­ma­mrotała.
     Bóg usiadł  na  krześle dla  gości. […] 
     — Miło,  że wpadłeś. Czekałam  na  ciebie.

🖇

Po pięćdziesięciu latach olcha zdecydowała, że już jej wystarczy, dziesięć po ósmej dała za wygraną, jej pień dygnął raz, potem drugi i trzeci, aż w koń­cu runęła w pięciu zmurszałych kawałkach.

🖇

Czas  rozpadł się Annie  w dłoniach.  Rozpościerał się  jak  leżąca  na ko­la­nach uszyta  ze  skrawków  narzuta, wszystkie fragmenty były tej samej  wielkości  i tak samo  oddalone od  siebie. A Anna przyglądała  się  tym ka­wałkom  ze zdziwieniem,  nie mogąc doszukać  się  w nich żadnej większej logiki.

🖇

Mężczyzna i chłopiec. Siedzieli po przeciwnych stronach kamery, każdy w cieniu własnej grzywki, każdy nachylony lekko w stronę drugiego. Było między nimi coś niewypowiedzianego i poważnego, obaj zastanawiali się nad tym w ciszy.

🖇

Na  początku Annie brakowało  dzikiej  przyrody. Choć  jednego  praw­dzi­we­go  lasu, choć jednej  niewypolerowanej  skały.  Lecz potem pojęła, że choć­by drapała  powierzchnię  Londynu z całych  sił, spod  spodu wyłoni się  tylko  kolejna warstwa  miasta. Rzecz  jasna w parkach rosły  drzewa,  ale parki miały swoich właścicieli, były ogrodzone  płotem,  a prowadzące do nich  bramy  zamykano na noc.  Jedyną  dziczą, jaką można było  znaleźć w Londynie, było  samo  miasto. Londyn  był żywym  organizmem.

🖇

[…]  patrzyła na front chmur, które nadciągały znad Atlantyku, omiotły najpierw Irlandię, potem Anglię, skręciły wzdłuż pasma górskiego na pół­noc­ny wschód i zniknęły w końcu w górnym prawym rogu ekranu te­le­wi­zo­ra. Anna liczyła — wtorek, środa, czwartek — kiedy ten sam front dotrze do południowej Finlandii. Dzięki mapom pogodowym czuła, że zachowuje jeszcze więź z domem. […]  przynajmniej zawsze ten sam deszcz kropił na nią i na dom, ten sam wiatr przewracał drzewa i słupy elektryczne. Anna myślała o unoszących się z Sahary ziarnach piasku, które niesione wiatrem wędrowały do Europy. Może w ten sam sposób unoszące się tutaj wody spadały w domu na ziemię. Może zięba, która spędzała tu zimę, wiła gniaz­do w budce lęgowej na wyspie.

🖇

     — Co robisz? — zdziwiła się Anna.
     — Wykopuję świerk — odpowiedział Thomas, oklepując ziemię wokół świerku. — Podasz, proszę, to wiadro?
     — Jak zamierzasz wydobyć go z ziemi? Przecież ma korzenie.
     — Przez rok aż tak bardzo się nie rozrosły. Mieliśmy to drzewko już dwu­krotnie na święta.
     — Sadzicie je tu z powrotem po świętach?
     Thomas pokiwał głową.
     — Stoi w wiadrze tydzień albo dwa, potem wraca tutaj, do tego dołu. Po czterech latach jest już tak duże, że kupujemy nowy mały świerk.
     — U nas wycina się piłą odpowiednich rozmiarów świerk, a potem wkła­da do stojaka, w którym podlewa się drzewko wodą — tłumaczyła Anna, trzy­mając świerk za pień w czasie, gdy Thomas wbijał łopatę głębiej pod drzewko.

🖇

[…]  sączyła wino i słuchała jednocześnie listy określeń, z którą Eve po­sta­nowiła teraz wrócić do głosu:
     — Straszne okropne przerażające potworne smutne moje bie­dactwo bidulka bie­da­czysko.
     W angielskim jest tak wiele przymiotników, pomyślała Anna. W tym języku można powiedzieć przynajmniej na dziesięć różnych sposobów „to miłe” albo „to przykre”. Annie wydawało się to fascynujące. Lista Eve do­bie­gła końca i nastała cisza.

🖇

Może  wynikało to z tego,  że  była obcokrajowcem.  Ludzie  często  roz­ma­wia­li przy niej,  zakładając,  że  nie rozumie prowadzonej w normalnym tempie rozmowy. […]
     — Dlaczego nie chciała?
     — Po  prostu  nie chciała.
     Układanie talerzy jeden  na drugim. Szorowanie garnków. Szelest folii aluminiowej.
     — Po co wtrącasz się w nie swoje sprawy?
     — Ale ty chyba chcesz mieć dzieci?
     — Daj spokój, Eve. Anna ma już czterdzieści trzy lata.
     — Ale ty nie.

🖇

     — Człowiek nie jest chory tylko dlatego, że nie chce mieć dzieci.
     — Nie o to tu chodzi.
     — Ty za to na pewno wiesz o co.
     — Owszem, jest mi ciebie trochę żal.

🖇

Ktoś kiedyś to  tłu­ma­czył —  w głowie  musi być pusta przestrzeń, żeby Bóg  miał  dokąd przyjść.  Jeżeli życie  jest zbyt pełne  i dobre,  jeżeli pracy,  przy­ja­ciół i mi­ło­ści,  ciekawych pomysłów i rozmów,  dobrego  jedzenia i dzie­ci jest akurat w sam raz, Bóg  się  tam nie zmieści.
     Kto  i gdzie  mógł to powiedzieć,  Anna  nie pamiętała. Podobnie jak  wie­lu innych rzeczy.  Kim  był ten  idiota?

🖇

     — Poszłaś do lekarza?
     — Nic mi nie pomógł.
     — Nie pomógł na co?
     — No właśnie.

🖇

Tłum ludzi wprawiał ją w ruch. Do przodu, do środka, na zewnątrz i w dół, w górę i dookoła. Tak wielu ludzi, tak wiele życia. Anna czuła, że żyje i przy­na­le­ży do grupy. Znikała, ale nie była sama. To było nieoczekiwane uczucie wolności, jak nad otwartym morzem.

🖇

     — Chyba się przejdę.
     — Niech to szlag, Anno, nie zaczynaj znowu! Czy możemy choć raz prze­dysku­tować coś do końca bez tych twoich przerywników?

🖇

     — Jak w ogóle śmią zadawać takie pytania – stwierdziła Anna z irytacją w głosie.
     Co niby Lauri mógł wiedzieć o jej życiu? Dlaczego nie pozwolili jej od­po­wie­dzieć samej? Przecież lepiej znała własne możliwości.
     […] 
     — To tylko kwestionariusz. Przecież nie jesteś jeszcze w takim stanie. Chodź, wejdziemy do środka, to było…
     — Ale że jak to jeszcze

🖇

Uczucie przypominało tęsknotę, głód, pragnienie lub zmęczenie, z tą różnicą, że nie było żadnym z nich.

🖇

Co pomyślałby sobie Antti, gdyby ją teraz zobaczył? Tak daleko od domu, tak samotną i zagubioną. Nie miała dokąd pójść. Żadne miejsce nie należało do niej. Dzień po dniu przeskakiwała tylko z kamienia na kamień, wstrzy­mu­jąc oddech i próbując pozostać niezauważoną.

🖇

[…]  smutek ustąpił i w jego miejscu pozostała tylko wielka pustka. Skąd zatem wzięła się ta pustka? Anna nie umiała odpowiedzieć. Tak czy owak, pustka nigdzie się nie wybierała.

🖇

Wkrótce zrobi się ciemno. Prędzej czy później zrobi się bardzo ciemno i na to Anna nie mogła nic poradzić. Słowa znikały, ziemia drżała, a kamienie grzechotały. Były twarze, krzesła, były te, jak im tam, ale teraz było to takie trudne.

🖇

Czytając ogłoszenia, Anna wyobrażała sobie człowieka. Niekiedy wraz z opi­sa­mi rodziła się opowieść, innym razem zaś tylko istotne pytanie o to, dlaczego nikt nie odczuwał braku wspomnianej osoby.

🖇

Mgła zatrzymała krajobraz w miejscu. […]  Gdzieś dzień trwał dalej, […], ale we mgle wszystko było na swoim miejscu.
     […]
 Anna siedziała i czekała, aż krajobraz powróci. Czas upływał za bielą.

🖇

     — A trąbcie sobie — stwierdził kierowca. — Niech się wstydzą, skoro nie dociera do nich, że co jak co, ale takie wydarzenie to dobry powód, żeby się spóźnić, na cokolwiek się spieszą. To jedna z tych chwil, […]. Patrzcie, jaki on jest piękny.
     Potem wszyscy ucichli, by obserwować wieloryba. […]
     Jacy niespokojni i mali zdawali się ludzie przy wielorybie. Zupełnie jak mewy, gdy wleci między nie orzeł. Nawet największa mewa morska przy orle zmieniała się w trzepoczące skrzydłami chuchro. Jak gdyby orłem rzą­dzi­ła jakaś inna siła grawitacji, jakaś inna wytrzymałość, sprawiając, że je­go lot trwał nieprzerwany ani jednym uderzeniem skrzydeł. Mewy zda­wa­ły się ledwo utrzymywać w powietrzu, ich lot także wymagał ciągłego trze­po­ta­nia i trudu. W ten sam sposób wieloryb niósł ze sobą inny czas, in­ną siłę.

🖇

Przez Heathrow krążył cały świat: kontynenty, temperatury, kolory skóry i języki. Każdy wędrował z jednakowym biletem w dłoni, przez jedne drzwi do środka, a drugie na zewnątrz. Zdaniem Anny cudownie było w tym uczest­ni­czyć, czuć, że jest się w drodze dokądś, że skądś się przy­by­wa, że cały świat stoi otworem, tuż za świstem drzwi wahadłowych.

🖇

     — Czy w domu jest ciepło?
     — Tak, w domu jest ciepło. I wieje w sam raz.

🖇

Bóg zabrał Annę na taras na papierosa. Taki mieli zwyczaj.

🖇

Gdy łódź nabrała tempa i wiosła Boga odnalazły właściwy rytm, łódź za­czę­ła sunąć przez wodę tak, jak porządna drewniana łódź powinna.

Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn
, przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Coś  miało nadejść, wisiało już w powietrzu.

🖇

Anna wzięła Anttiego za rękę, bo właśnie tę chwilę ko­cha­ła. Ciszę przed burzą, pustą chwilę, wdech…
     Wiatr zmienił kierunek.

🖇

Dlaczego  niektóre chwile zostają  w pamięci,  a inne zni­kają?  Czy  w tych  zapamiętanych było coś  szcze­gól­ne­go,  a może  w zapomnienie poszło coś, co mogłoby prze­sądzić  o wszystkim?

🖇

W porankach dawało się wyczuć obietnicę.

🖇

Zmiany zachodzą stopniowo, powoli.

🖇

Fragmenty, oderwane od siebie chwile.
     Szczegóły, słowa, linie.

(tamże)

piątek, sierpnia 07, 2026

6176. Z oazy (CDLXIV)

Zdjęcie na okładce tej książki przyciągnęło moją uwagę pod koniec drugiej fali upa­łów. Pod­czyt­nik narobił smaku. Były więc ślady dźwiękowe po szybko przesuwanych po kla­wia­turze palcach prawej dłoni, a potem dłuższa, wymowna cisza, towarzy­szą­ca po­ły­kanemu pierwszemu rozdziałowi. Z niewyobrażalną ulgą wróciłam po ger­tru­dzim pisaniu na łono pięknej literatury.

Przy okazji, w absolutnym „gratisie” wyjaśniło się, że tamten latający pająk to nie komar, tylko koziułka warzywna.

[…]  co dzieje się, gdy człowiek pisze o rzeczach zdarzających się… No wła­śnie nie, nie w podróży, to tylko taka literacka figura – w życiu po prostu. Ale też tego, co dzieje się, bądź nie dzieje, gdy o nich nie pisze. Tego, co wy­da­rza się między światem a pisaniem o nim. Albo odwrotnie — między pisaniem a światem.

🖇

[…]  stanąłem w miejscu. To była jedna z tych myśli, które pojawiają się go­to­we, kompletne, oczywiste. Nie trzeba się nad nimi zastanawiać, do­cho­dzić do nich, rozważać. Nic dziwnego, że nie zawsze są mądre.
     Jeśli w życiu chodzi o to, żeby było dobrze, można by je spędzić właśnie tak — wystawiając twarz do słońca, a potem przemywając ją źródlaną wo­dą. I jeszcze raz. I tak bez końca. Nic więcej nie trzeba.
     Uznałem, że nie mogę tego odkładać na później, że muszę to zapisać.

🖇

[…]  kucnąć na skraju drogi i ocalić myśl lub wrażenie zbyt cenne, by pozwolić im przepaść?

🖇

Tak to jest, kiedy nie zapisuje się na bieżąco rzeczy zdarzających się w po­dróży — i nie tylko w podróży. Wiele z nich przepada.

🖇

Patrzyłem — i jeszcze nie wiedziałem, że właśnie wtedy go pokochałem.
     No i zostaliśmy kolegami.

🖇

     — Ej, poczekaj, przecież chciałeś o czymś porozmawiać. Tak mówiłeś.
     — Nie, wiesz, to nic takiego — odpowiedział, pochylając lekko głowę i próbując się uśmiechnąć.
     Pojechał sobie. Pomyślałem, że może później, że może potrzebuje czasu i odpowiedniej chwili. Zostałem tam kilka dni, a może dużo więcej — nie pamiętam. Widywaliśmy się prawie codziennie, ale on nie wracał do tej „jednej rzeczy”. Ja też nie wracałem.

🖇

Tak, dobrze jest zapisywać na bieżąco 
rzeczy zdarzające się w podróży.

🖇

Kiedy znów coś powiedziałem, ślepiec mi przerwał.
     — Nie jesteś Rosjaninem. Mówisz po rosyjsku jak Litwin.
     — Jestem Polakiem.
     — Polakiem? — zdziwił się, ale zaraz potem uśmiechnął się, tym razem na pewno. — Wy w Polsce macie takiego świetnego pisarza. Myśliwski.
     […]  Zdążyłem go już trochę polubić. Odezwałem się więc.
     — Znam dwóch Czeczenów. Uciekli do Polski po drugiej wojnie. Przy­jaźni­my się. Opowiadali mi, co tam się działo. — To było coś w rodzaju testu. Nie chciałem jednak, by był za trudny, dlatego dodałem: — Więc wiem, że oni są specyficzni.
     […] 
     Albert uśmiechnął się, jakby z rozmarzeniem, i powiedział:
     — Wiem, jacy oni są. Pamiętam, jak wyszli na nas z lasu. Bardzo dobrze pamiętam, bo to była ostatnia rzecz, jaką widziałem. […]  Nasi mnie zna­le­źli. Przeżyłem. Ale wiesz, to nie była słuszna wojna. To wolni lu­dzie. Dla­cze­go nie mogliśmy im pozwolić, by żyli tak, jak chcą?

Jego list do Putina z 2012 roku wciąż wisi gdzieś w necie.

     […] 
     Ponieważ w wyżej wymienionym okresie Pańskich rządów w Rosji na­stą­piło pogorszenie prawnej ochrony członków rodzin poległych żołnierzy i inwalidów wojennych, a także likwidatorów Czarnobyla i kombatantów, weteranów, a nawet nie­peł­no­spraw­nych dzieci…
     […] 

     Tak Albert zaczął swoje pismo. Skończył je prośbą o wyznaczenie dnia, w którym będzie mógł osobiście zwrócić prezydentowi Putinowi tytuł Bo­ha­tera Rosji i medal Złotej Gwiazdy przyznane mu w listopadzie 1996 roku.

🖇

[…]  nawet ludzie wykształceni, którzy cenią sobie ambitną i oba­la­ją­cą wszelkie porządki prozę, tak naprawdę lubią też opowieści sentymentalne. I proste.

🖇

[…]  espresso w chicagowskim Starbucksie, w tej obrzydliwie bogatej Ame­ry­ce, jest co najmniej o jedną czwartą — jeśli nie jedną trzecią – tańsze niż w Warszawie. Byłem oburzony.
     Nie jeżdżę już do Ameryki. Nie kupuję tam kawy. Ale jeśli zdarza mi się w War­sza­wie, że jedyne normalne albo najbliższe espresso mogę kupić tyl­ko w Starbucksie, wchodzę tam, a zapytany o imię, kłamię. Mówię: „Michał”.
     Oni nie wiedzą, że zostali oszukani. Mam jednak satysfakcję, że jakoś ich ukarałem. Że przepłaciłem za kawę anonimowo. Czyli tak, jakbym to nie ja za nią przepłacił.

🖇

Tak, dobrze jest zapisywać… Nie, nie tak, to już było, ze trzy razy co naj­mniej. Dobrze jest chyba po prostu pisać. Byle nie za szybko, byle nie za dużo, tak jak wtedy, gdy komuś przychodzi to z nadmierną łatwością — choć wiem, że są od tej reguły zaskakujące wyjątki. Dobrze nawet zaczynać książ­ki i ich nie kończyć. Nikt wprawdzie ich nie przeczyta, więc to jednak grzech, ale zostają po nich jakieś strzępy, okruchy, wśród któ­rych póź­niej można znaleźć coś, co nabiera sensu w zupełnie innym kontekście.

🖇

Czerpałem jednak osobliwą przyjemność z dokumentowania tych prze­lot­nych chwil przykrego niekiedy zdziwienia, gdy rzeczy, myśli oraz słowa nie chcą do siebie przystawać i zamiast ułożyć się w konfigurację nadającą się na element rzeczywistości, gryzą się, podkopują wzajemnie i rozsuwają, ujawniając przepastne czasem rozpadliny w powierzchni świata.

🖇

Porządek zdarzeń znów dogania porządek pisania.

🖇

[…]  zacząłem przewracać zapisane kartki, żeby dotrzeć do tych jeszcze czystych. Czasem przecież tak bywa — widok pustej kartki sprawia, że ze śpiących gdzieś w głowie słów układa się zdanie.

Krzysztof Środa, Rzeczy zdarzające się w podróży,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.
(wyróżnienie własne)

Czasem wydaje się dziwne, że świadkowie tak niewiele uwagi poświęcają sprawcom zbrodni. W zasadzie nie opisują ich twarzy, nie odnotowują stopni wojskowych, nie próbują ustalić nazwisk, a jeśli nawet, robią to dziw­nie rzadko. Pewnie nie było to łatwe ani bezpieczne, ale można podejrzewać, że jest też inna przyczyna. Nazwi­ska sprawców były mniej ważne. Nie zasługiwały na to, by je wymieniać. I tak nie starczało czasu i sił, by opo­wia­dać o ofiarach.

🖇

W roku czterdziestym, jeszcze w czterdziestym pierw­szym getto żyło tak, jakby ten koszmar miał się lada chwila skończyć. Nic dziwnego. Trudno przecież było sobie wyobrazić, że tak będzie już zawsze. Jeszcze trud­niej — że będzie dużo gorzej.
     […] 
     Wydaje mi się, że rozumiem ich dziś dużo lepiej niż przed trzema miesiącami. Wciąż jednak dziwię się, że wtedy, w czterdziestym drugim roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, po lipcu, zachowali resztki nadziei. Nie na to, że sami przeżyją — na to, że świat będzie jeszcze kiedykolwiek taki jak dawniej.

🖇

Każdy człowiek nosi w sobie odzwierciedle­nie nie­ba. Patrzymy na nie cały dzień i pół nocy, ale pa­mię­ta­my je jedynie z jego wyglądu w pew­nych momentach.
   — Abraham Lewin (1893–1943)

🖇

[…]  nie ma tu chyba miejsca, by się nad tym głębiej za­sta­nawiać — czy idea zapisywania nazwisk za­mor­do­wa­nych powinna być bliższa tym, którzy wierzą w Boga, czy raczej tym, którzy muszą się bez niego obywać. Wy­da­je się, że tym drugim, bo jeśli Bóg istnieje, zna z pew­no­ścią te nazwiska i pamięta twarze, co daje gwa­ran­cję, że one nigdy nie przepadną. Choć pewnie można się na to zapatrywać inaczej.

🖇

[…]  już wiesz, że nie ma usprawiedliwień. Że trzeba pisać. Jeszcze nie wiadomo co, jeszcze nie wiadomo jak, ale trzeba.

(tamże)

6175. Z oazy (CDLXIII)

Gdzieś między pierwszą a drugą falą upałów w tamtej książce zatrzymały swym pięknem i apetytu mi narobiły te dwa cytaty:

Humor też miał własny dział… z falistym pomarańczowym pa­skiem. To właśnie na półce oznaczonej „Humor” — nigdy nie do­wiem się dlaczego i jakim sposobem — znalazła się Gertrude Stein. Prawdopodobnie z tego względu, że to, co pisała, sprawiało wra­że­nie kompletnego nonsensu…

     — Kim była Gertrude Stein?
     — Modernistką. W swoim pisarstwie nie przejmowała się zna­cze­niem.
     — Czy to dlatego znajduje się w dziale „Humor”, tak jak Spike Milligan?
     — System dziesiętny Deweya dopuszcza pewną uznaniowość. To kolejna jego zaleta. Chroni nas przed zamętem, ale pozostawia swo­bo­dę myślenia.

Jeanette Winterson, Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?,
przeł. Kaja Gucio, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026.

Tak, dokładnie te dwa cy­taty sprawiły, że klik, klik, klamka zapadła. Nie ostrzegły mnie, czym będzie czytanie tej książki: że pożałuję, że będę ze sobą negocjować trwanie przy czytaniu, że będę się wielokrotnie zastanawiać, czemu sobie to robię.

W ogólności nie warto wcale. Ot, pudelek z początku XX wieku. I warto, bo to książ­ko­wy pomnik odwagi — by nie ściemniać, że mieszka się z kuzynką czy zatrudnioną psycholożką — i uporu, by robić do upadłego to, co się kocha.

Reszta była, jest i będzie podczas czytania wyłącznie zgrzytaniem zębów.

W roku 1903 przybyła do Paryża młoda Amerykanka, by odwiedzić brata, który mieszkał tam od pewnego czasu, i by spędzić z nim let­nie wakacje. Stwier­dziw­szy, że „Paryż znajduje się tam, gdzie znaj­du­je się wiek dwu­dzie­sty”, Gertrude Stein, wielbicielka swojej epoki, zdecydowała się na razie pozostać w Paryżu i pozostała w nim do końca swoich dni, ściśle mówiąc przez lat czterdzieści trzy […].

Mira Michałowska

🖇🖇

Zanim zdecydowałam się na napisanie książki o moich dwudziestu pięciu la­tach współżycia z Gertrude Stein, zamierzałam i często mówiłam że za­mie­rzam napisać książkę pod tytułem Żony geniuszów z którymi sia­dy­wa­łam. Siedziałam obok tylu z nich. Siadywałam z żonami geniuszów, które nie były ich prawdziwymi żonami i z prawdziwymi żonami geniuszów, któ­rzy nie byli prawdziwymi geniuszami. Jednym słowem siadywałam czę­sto i długimi godzinami z różnymi żonami i z żonami różnych geniuszów.

🖇

Nauczyła mnie [Myra Edgerly] formułki jaką powinnam stosować. Pamię­tam że zaczynało się, Miss Gertrude Stein jest jak panu zapewne wiadomo, a następnie mówiło się wszystko co się miało do powiedzenia.

🖇

Śmiejcie się jeżeli chcecie, pisał [Henry McBride], ale śmiej­cie się z nią a nie z niej w ten sposób poznacie się na niej znacznie lepiej.
     Henry McBride nie przywiązywał wagi do powodzenia. To rujnuje czło­wie­ka, mawiał, to rujnuje artystę. Ale Henry, odpowiadała ze smutkiem Ger­tru­de Stein, czy naprawdę myślisz że nigdy nie dostąpię żadnego uzna­nia chciałabym chociaż troszkę tego rozumiesz. Pomyśl o moich wszyst­kich nieopublikowanych rękopisach. Ale Henry McBride był niewzruszony. Naj­lep­sze czego mogę ci życzyć, powtarzał, to żebyś nigdy nie została uzna­na publicznie. To jedyna dobra rzecz na świecie. Pod tym względem był nie­wzru­szony.

🖇

Gertrude ma swoich trzech ulubionych świętych, świętego Ignacego Loyolę, świętą Teresę z Ávili i świętego Franciszka. Ja niestety mam tylko jednego ulubionego świętego, świętego Antoniego z Padwy ponieważ to on zajmuje się odnajdywaniem zaginionych przedmiotów, bo ze mną jest tak jak po­wie­dział kiedyś brat Gertrude Stein, że gdybym była generałem to nigdy nie straciłabym żadnej pozycji, najwyżej bym ją gdzieś zapodziała. Jak coś zgu­bię to święty Antoni pomaga mi w odnalezieniu. Zawsze składam mu du­ży da­tek w każdym kościele. Z początku Gertrude Stein buntowała się prze­ciw­ko takiej ekstrawagancji, ale teraz rozumie że jest to absolutnie ko­niecz­ne i nawet kiedy nie jestem z nią, pamięta o moim świętym Antonim.

🖇

Błagał [Stephen Haweis] jednakże o przecinki. Gertrude Stein twierdziła, że przecinki są zupełnie zbyteczne tekst powinien być absolutnie zrozumiały i nie może zależeć od przecinków a poza tym przecinki są jedynie i wy­łącz­nie znakiem mówiącym że czytelnik winien się zatrzymać i nabrać tchu a każdy człowiek powinien bez tego wiedzieć kiedy się zatrzymać i nabrać tchu. Jednakże jako że szalenie lubiła Haweisa i z wdzięczności za to że ofia­ro­wał jej prześliczny obrazek na wachlarzu, podarowała mu z kolei dwa prze­cin­ki. Trzeba powiedzieć gwoli ścisłości, że po ponownym przeczytaniu manuskryptu usunęła te dwa przecinki.
     Mina Loy równie zainteresowana jak on rozumiała wszystko mimo bra­ku przecinków. Mina Loy zawsze wszystko rozumiała.

🖇

W liście skierowanym do niego [Alfreda Stieglitza] przez Gertrude Stein czytamy między innymi: „Proszę uważać na interpunkcję, jest to rzecz szalenie zasadnicza. Dałam dokładnie tyle znaków prze­stan­ko­wych ile uważam za konieczne i każdy dodatkowy przecinek obali całą koncepcję”.

🖇

Czy pani nigdy nie czyta po francusku, zapytałam jak zresztą zapytywało ją wielu innych ludzi. Nie, odpowiedziała, bo widzisz ja czuję oczami i wszyst­ko mi jedno jakiego języka słucham i tak go nie słyszę. Słyszę tylko ton głosu i rytm. […]   istnieje dla mnie jeden tylko język na świecie język angielski. Szalenie lubię jedno lubię być otoczona ludźmi którzy nie rozumieją ani sło­wa po angielsku. To dla mnie prawdziwa samotność jestem wtedy sama z moimi oczami i z moim angielskim. Nie wiem czy inaczej angielski byłby dla mnie do tego stopnia wszystkim.

🖇

Powinno się mieć jedno intensywne zajęcie w życiu a co do reszty to można interesować się wyłącznie rezultatami.

🖇

Matisse przyjechał do Paryża jako młodzieniec by studiować farmację. […]  Zainteresował się malarstwem, zaczął kopiować w Luwrze Poussina i sam bez zgody swojej rodziny, która jednakże w dalszym ciągu przysyłała mu niewielką miesięczną sumkę na studia został malarzem.

🖇

Cézanne doszedł do deformacji i niewykańczalności z we­wnętrz­ne­go przymusu, Matisse zaś z pełną premedytacją.

🖇

Mina przyprowadziła Glenwaya Wescotta, kiedy po raz pierwszy przy­je­chał do Europy. Glenway zrobił na nas wielkie wrażenie głównie z powodu swojego brytyjskiego akcentu. Hemingway wytłumaczył nam wszystko. Jest tak, powiedział, kiedy człowiek zapisuje się na uniwersytet w Chicago podaje w kwestionariuszu jaki sobie życzy akcent a kiedy kończy studia otrzymuje wraz z dyplomem akcent, który sobie obstalował. Można sobie zafundować akcent szesnastowieczny albo najnowszy z akcentów jak kto woli.

🖇

Czytanie korekt to czynność, jak już powiedziałam, którą można porównać tylko z wycieraniem kurzu. Człowiek poznaje wartość rzeczy w pełni, czego nie osiągnie przy żadnym innym czytaniu. Przy czytaniu tych korekt Heming­way bardzo wiele się nauczył i był zachwycony tym czego się nauczył.

🖇

[T.S.] Eliot i Gertrude Stein przeprowadzili dłuższą dyskusję głównie na temat bezokoliczników i różnych gramatycznych niekonsekwencji oraz powodów, dla których Gertrude Stein nie wahała się ich używać. […]
     Następnie zawiązała się długa korespondencja lecz nie pomiędzy Ger­tru­de Stein a T.S. Eliotem lecz pomiędzy sekretarzem T.S. Eliota a mną. Zwra­ca­li­śmy się do siebie per sir ja podpisywałam się A.B. Toklas on zaś sta­wiał swoje inicjały. W jakiś czas później dowiedziałam się, że nie był to by­naj­mniej młody człowiek lecz sekretarka. Nie wiem czy ona zorientowała się tak­że, że i ja nie jestem mężczyzną.

🖇

[…]  Stein powiedziała, posłuchaj Hemingway
notatki to jeszcze nie literatura.

🖇

Gertrude Stein zawsze powtarza młodym malarzom, którzy skarżą się, że zmienia zdanie o ich twórczości, nie ja zmieniam zdanie o waszych obra­zach ale obrazy wasze w pewnym momencie zaczynają wsiąkać w ścianę przestaję je widzieć no i wtedy oczywiście muszę je wystawić za drzwi.

Gertrude Stein, Autobiografia Alice B. Toklas,
przeł. Mira Michałowska, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Gust nie ma nic wspólnego ze zdaniami,
mawiała Gertrude Stein.

🖇

Hemingway zaś powiedział jeszcze o sobie, skręcam swój płomyk który jest malutki coraz bardziej i bardziej i nagle następuje wielki wybuch.

(tamże)

środa, sierpnia 05, 2026

6174. 217/365  // W warzywniaku (XX)

pierwszą falę upałów dałyśmy radę razem z Pati już re­ha­bi­li­ta­cyj­nie odrobić. w po­nie­dzia­łek zaczęłyśmy od­ra­biać drugą. od wczoraj do jutra mam tylko jedno zadanie: prze­trwać* trzecią.

217/365

________
  *  choć nie ma złej pogody, jest zmiana klimatu i z głową do­bra­ne aktywności, by utrzymać się na powierzchni do­bre­go życia.

🍆

*


Autor(ka) nie do ustalenia.

piątek, lipca 31, 2026

6173. 212/365

w łańcuszku pokoleń ja dziś — taka zatrzymana na chwilę — jestem ucieleśnieniem niezliczonych hi­sto­rii, chwil, sytuacji, całego wachlarza uczuć, zacho­dów słońca, podróży, konsek­wen­cji wielu przemyślanych de­cy­zji, pomyłek i fartów oraz niewiarygodnie piramidalnych bez­myślności.

jestem wypadkową dalekiej niemojej przeszłości, ale również przeżytego przeze mnie zeszłego roku, ostatniego tygodnia i dzisiejszego dnia.

towarzyszy mi trzeci dzień pewność, że choć wszystko wcześ­niej czy później kończy się, to miłość trwa — jestem, jesteś, jesteśmy od stóp do głów utkani z kwantów miłości i świa­tła, wydłu­ba­nych z tamtych niezliczonych hi­sto­rii, chwil, sytuacji, całego wachlarza uczuć, zacho­dów słońca, podróży, konsek­wen­cji

212/365

Nie ma czegoś takiego jak spójna narracja,
zdarzają się chwile rozświetlone, reszta jest ciemna.

   — Jeanette Winterson

[w:] Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn
, przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.

środa, lipca 29, 2026

6172. W warzywniaku (XIX)

Pati & Sadownik:
(we dwójkę ustalili, że
podobny dzielą ból, bo
Drzewko słucha wybiórczo
)

Jabłoń:
(wie, że nijak się nie wybroni, ale
nie wie, że politycznie prorokuje
)
Tak się zgadzacie, że
możecie założyć klub.

Pati:
(z godnym podziwu refleksem
też politycznie na czasie
)
Ale nie musimy podpisywać lojalek?

Cała Trójka:
(dobrą chwilę rechotała)

🍆

piątek, lipca 24, 2026

6171. Panna cotta (CCI)

delektuj się…
          chwilą, promieniem słońca, powiewem wiatru,
          smakiem kawy, dźwiękiem, kolorem, liściem,
          nowo poznanym słowem,
by w pełni czuć, że żyjesz.

assapora! gustati!
deliziati! goditi!

mica dimenticarti di assaporare,
di gustarti, di deliziarti, di goderti!

*

Mr. Rain, Lunedì nero.

środa, lipca 22, 2026

6170. 203/365

     — nie ciagnij, puść tę klam­kę! wyjmij palce spomiędzy drzwi, bo one się za­trza­sku­ją.

a gdy to się stanie, dopełni, gdy nastanie trud­na do zniesienia cisza, odwróć się ple­ca­mi do tych drzwi i od­dy­chając, po­zwól so­bie rozejrzeć się po gruzach — czę­sto tak wła­śnie wy­glą­da no­wy po­czątek.

203/365

[…]  mózg jest szczególnym organem,
podążającym swoimi ścieżkami.

   — August Strindberg (1849–1912)

[w:] Mona Chollet, Nie dać się poczuciu winy. O tym, co nam przeszkadza w życiu, przeł. Magdalena Kowalska, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2026.

poniedziałek, lipca 20, 2026

6169. 201/365

polski pa­radoks lat dwudziestych xxi wieku: z jednej strony, niespotykany dotąd po­ziom* świadomości indywidualnej; z dru­giej zaś, imponujący poziom** wtórnego analfabetyzmu.

marnujemy wodę, talenty i ludzkie życia. komu gratulować?

201/365

_________
   *   czasem (eufemizm) aż do ka­ry­ka­tu­ral­nych rozmiarów — odmawiających głę­bi i sensu wspól­no­to­wo­ści — omni­po­ten­cji, ro­zu­mia­nych na opak: kreatywności, nie­za­leż­no­ści i mocy — wszystkiego te­go, co zaprzęgane jest w służ­bie neo­li­be­ra­li­zmu i obsesji pa­cy­fi­ko­wa­nia lęku przed tym, cze­go w życiu kontrolować nie spo­sób.
  **  dotyczy również wielkości gremiów faszystów, anty­szcze­pion­kow­ców, wy­znaw­ców prostych rozwiązań skom­pli­ko­wa­nych zjawisk społecznych.

niedziela, lipca 19, 2026

6168. 200/365

otrzy­małam ciało, skończony czas, trochę szczęśliwych zbiegów okolicz­ności, kilka okazji, szanse na znaczące relacje, również dziś*.

świadomość tego wszystkiego z uśmiechem i dumą rozsiadła się w fotelu po powrocie do ula, wręczając mi nakolanniki. więc bio­rę z wdzięcznością od­dech i z całego serca dziękuję** za cia­ło, czas, zbie­gi oko­licz­no­ści, okazje, szanse i miłość, która nie­ustan­nie prze­ni­ka wszystko.

200/365

_________
   *   bardzo na ten świętujący weekend czekałam.
  **  szorując na czworakach.

 [suplement 20.07.2026]

Każda rozpacz jest inna, jak góra, którą trze­ba nieść niby garb. Szczęście rozpływa się, wyrównując poziom jed­no­rod­nej ka­łu­ży samozadowolenia.

Manuela Gretkowska, Przeprawa,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.

sobota, lipca 18, 2026

6167. Z oazy (CDLXII)

Gdy ponad dwa tygodnie temu usłyszałam fragment o wiszącej w powietrzu bójce, wiedziałam, że muszę sięgnąć po tę powieść, pomimo tego, że jest dostępna tylko w „papierzu”, pomimo faktu, że to beletrystyka.

Tymczasem sama książka wzięła pod uwagę wszystkie moje osobiste przeciw i wy­na­gro­dzi­ła mi trud przewracania kartek po wielokroć. Po pierwsze, nauczyła mnie czytać fikcję: czytaj, jakbyś śniła tę historię. Po drugie, swoim pięknym językiem co chwilę przypominała mi stare czasy, gdy Orzeszek, Biały Kruk i ja po raz enty za­czy­ty­wa­liśmy się Pogodą dla bogaczy — nie ten kontynent, nie ten kraj, ale to samo czy­tel­ni­cze przy­wią­za­nie do bohaterów. Ciekawe, myślałam co chwilę, czy­ta­jąc tę po­wieść, czy ta historia, podobałaby się Im tak bardzo jak mi.

Jedyne, co jest wyjątkowo kiepskie w tej publikacji, to okładka. Ta książka nie za­słu­ży­ła sobie na tak beznadziejną oprawę graficzną, rodem z zajęć z Corela dla nie­uków w głę­bokich latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Marginesy w środku również niemi­le zaskakują twórczo-ignoranckim: nie znam się, ale to zrobię. To wynik wy­da­wni­czych oszczęd­no­ści czy much w nosie? Nie wiem. Powiedziałabym: mi by­ło­by wstyd.

[…]  nerwowe dą­żenie do doskonałości, przez co sztućce jeszcze częściej spadały na podłogę lub rozpierzchały się po stole.

🖇

     — To nie dom — skomentował Shah, omiatając wzrokiem wnętrze. — Co najwyżej adres, a i to powiedziane na wyrost.
     — A jednak mieszkali tu ludzie — odparł Jimmy Joe.

🖇

     — Gdy staliśmy wówczas na zboczu wzgórza, byłem w kiepskim nastroju — przyznał Ruttledge. — Zgadzałem się, że to jedyne znośne miejsce spośród tych, które obejrzeliśmy przez cały dzień. Widziałem, że jesteś zachwycona. Ale ja wyrosłem wśród podobnych pól. Udało mi się uciec dzięki edu­ka­cji, nie­dostępnej ledwie pokolenie wcześniej. Nagle znowu mierzyłem się ze wszystkimi marzeniami z dzieciństwa.

🖇

     — Zamieniłbyś się z nim miejscami?
     — Nie, chłopcze. Nie zamieniłbym się nawet z prawdziwym lordem. Praw­dę mówiąc, chyba nikt z nas nie zamieniłby się z kimś innym miej­sca­mi. Wszyscy chcemy przejść przez życie we własnych butach. Wyjść tą samą drogą, którą weszliśmy. Ale w sumie dobrze, że nie mamy wyboru.

🖇

Jedna z nich zaplątała się mu we włosach. Atak z wolna ustawał. Patrick Ryan osunął się na ziemię i stopniowo odzyskiwał oddech.
     — Po dwakroć jebane pierdolone w dupę pszczoły — krzyknął z wście­kło­ścią.
     Z jego czupryny dobiegło bzyczenie. […]  Nawet w butach wyszperali pszczoły. Kiedy Rutledge wytrząsnął kilka spod kolnierza jego koszuli, z gnie­wem wykrzyczał:
     — Czemu nie zatłukłeś tych skurwieli?
     — Nie było takiej potrzeby.
     […] 
     — Bardzo boli?
     — Powiem ci, chłopcze, że nie zamienilbym tego bólu na miejsce w niebie. […]  To minie. Wszystko w końcu mija, wy­star­czy poczekać.

🖇

     — Przeszłość i teraźniejszość są jednakie dla umysłu — po­wie­dzia­ła Kate. — To tylko obrazki.
     — Jesteś pewna, że nic nie piłaś, Kate? — spytał Rutledge.

🖇

     — Ciagle tu są? — spytał Johnny, kiedy Rutledge odszedł.
     — Jak widać.
     — Nigdy nie sądziłem, że wytrwają. Co roku przyjeżdżałem do do­mu i spo­dzie­wałem się, że już ich nie będzie.
     — A oni się nawet rozwijają. […]  Myślę, że powinniśmy w końcu przyjąć do wiadomości, że będą tu równie długo jak my wszyscy: póki nie przy­je­dzie karawan.

🖇

[…]  zaczynała pojmować, że życie bez lęku jest równoznaczne z ży­ciem bez miłości i że nie da się tych uczuć z nikim dzielić. Była za­do­wolona i szczęśliwa, że jej pierwsza i najstarsza miłość, człowiek, który przez całe jej dzieciństwo nigdy nie przemówił do niej ostrym słowem, do­tarł bezpiecznie do domu […].

🖇

Ludzie sa śmieszni. Patrzą na innych mniej lub bardziej z góry, ale jeśli igno­rować ich spojrzenia, sami zaczynają się czuć nieswojo.

🖇

     — Ludzie, których znamy, pojawiają się i znikają w naszych myślach bez względu na to, czy są tutaj, czy w Anglii, czy żywi, czy martwi — skonsta­to­wa­ła Mary […].

🖇

     — Shah nie zmyśla. Ma w nosie śluby i wesela. Uważa, że tylko idioci się żenią.
     — Może mieć rację — stwierdziła Mary.

🖇

     — My nie rozmawiamy.
     — Jest z tobą chyba ze dwadzieścia lat.
     — Dłużej, ale i tak nie rozmawiamy — powtórzył z uporem.
     Teraz to Rutledge poczuł zmieszanie. Zakładał, że ludzie znający się tak długo, rozmawiają ze sobą. A właśnie musiał przyznać, że przez te wszyst­kie lata, kiedy spotykał ich razem, nigdy nie widział, żeby zamienili choć słowo. Od czasu do czasu wygłaszali stwierdzenia, które miały dotrzeć do adresata, czasem stojącego tyłem, czasem bokiem, ale nigdy twarzą w twarz. Podobne komunikaty były przyjmowane w milczeniu, po czym każdy wracał do swoich zajęć.

🖇

     — Wy dwaj na pewno nigdy się nie zagadacie na śmierć — zauważył Rutledge.
     — Nawet nie byłoby wiadomo, od czego zacząć — powiedział Shah. — Zresztą, po co narażać tak własne życie.

🖇

[…]  bał się, że ktoś go jeszcze usłyszy, i trząsł się ze strachu, że go nikt nigdy nie usłyszy.

🖇

     — Nie powinieneś pospieszać spraw, tyle powiem. Lepiej poczekaj, aż będziesz pewien.
     — Nie będziemy się śpieszyć. Tego na pewno nie zrobimy — zaśmiał się, odzyskując spokój.

🖇

Bójka wisiała w powietrzu. Kiedy kierowców dzieliło ledwie kilka kro­ków i oni zastygli bez ruchu. Obaj wyglądali na czterdziestolatków. Byli po­dob­nej postury, niscy i tędzy. Nagle jeden zaczął śpiewać:
     — „Weź mnie za rękę. Jestem obcy w raju. Zagubiony w krainie czarów”.
     Na twarzy drugiego uśmiech powoli zastępował zaskoczenie. On również znał tę piosenkę i także potrafił śpiewać.
     — „Stoję z płomiennym spojrzeniem. I tylko to jedno zagraża mi w raju. Śmiertelnikowi stojącemu obok anioła takiego jak ty” — zaintonował.
     — „Ujrzałem twoją twarz. I wzniosłem się. Z banału uleciałem w nie­zwy­kłość”.
     — „Gdzieś w tej przestrzeni w zawieszeniu będę trwał” — zaśpiewał pew­niej­szym głosem drugi i uniósł dłóń, którą pierwszy chwycił z całych sił.
     — „Dopóki nie dowiem się, czy i tobie zależy” — zaśpiewali chórem, za­ta­cza­jąc koła w ciężkich buciorach i trzymając ręce w górze, by widzieli je onie­mia­li świadkowie. W końcu zastygli, stojąc twarzą w twarz.
     — „Powiedz mu, że nigdy już nie będzie sam!” — ryknęli, kończąc z przytupem przedstawienie.
     Zebrani zaczęli bić brawo. Machając do nich, obaj kierowcy wspięli się do szoferek.
     — W domu nigdy nic nie widzimy. Nic a nic — pożalił się Jamesie.
     — Widzimy ptaki i niebo, i ślady zwierząt — przekomarzał się Rutledge.
     — Nic. Nic nie widzimy. Ludzie są znacznie ciekawsi. Poza domem w je­den dzień zobaczymy więcej niż w domu przez miesiąc.
     — Myślałem, że dojdzie do bijatyki.
     — Śpiew i taniec jako wyjście, sprytne.

🖇

     — Deszcz pada. Trawa rośnie. Dzieci się starzeją — rzucił nagle Shah. — Tak to jest. Wszyscy o tym wiemy. Aż za dobrze wiemy, a przecież nie mo­że­my nawet głośniej o tym szepnąć. Lecz mimo wszystko wiemy.

🖇

     — Zauważyłeś, że podróż powrotna zawsze wydaje się szybsza? — spytał, kiedy znowu zobaczyli łódki zacumowane pod wąskim mostem na rzece Shan­non w Rooskey.
     — Oczywiście - zgodził się Jamesie. — Nigdy naprawdę nie wiesz, co cię czeka, kiedy wyruszasz w podróż. A drogę powrotną zawsze już znasz.

🖇

Rutledge kiedyś spytał Roberta Bootha, jak sobie radził z systemem po­dzia­łów klasowych, kiedy po raz pierwszy znalazł się w Oksfordzie, on, któ­ry te­raz z łatwością poruszał się w tym labiryncie.
     — To było zupełnie proste — odpowiedział natychmiast. — Kiedy do­ra­sta­liśmy, mieliśmy poczucie wyższości wobec katolików. A najtrudniejszy jest przecież pierwszy krok. Potem już było zupełnie łatwo. — Ruttledge miał wątpliwości, czy obecnie z równą pewnością siebie i równie otwarcie mógł­by coś takiego powiedzieć.

🖇

Szelest przewracanych stron gazety tworzył przestrzeń wokół bujanego fotela. […]  Tylko wtedy, kiedy mówił o obrazach, w jego głosie pojawiał się ślad emocji.

🖇

     — Mało przyjemna historia.
     — Każdy z nas mógł się znaleźć na jego miejscu.
     — Ale się nie znaleźliśmy — powiedział twardo Robert Booth.

🖇

Jakby się nad tym zastanowić, Frank Dolan okazał się po prostu zbyt ucz­ci­wy i zbyt szczery. Każda z tych właściwości sama w sobie była nie­bez­piecz­na: ich połączenie stanowiło receptę na katastrofę.
     — Nie poddajemy się. Znajdziemy jakieś wyjście. Musimy coś znaleźć — powiedział Rutledge, kiedy Frank Dolan zatrzymał się koło jego samochodu zaparkowanego przy wąskim moście w Shruhaun.
     — Co powiemy jego lordowskiej mości, jak zapyta? — zastanawiał się Frank Dolan.
     — Nic.
     — A jeśli połączy kropki? On szybko kojarzy.
     — Powiedz mu, że nadal się zajmuję sprawą — uspokajał go Rutledge. Frank Dolan był znowu przybity i niepewny co do swojego wystąpienia w banku. — Nie martw się tym wszystkim. Coś wymyślimy.

🖇

Z ludźmi bywa różnie. Kiedy już mają w ręku lejce,
zupełnie nie wiadomo, w którą stronę pojadą.

🖇

     — Czasami myślę, że może lepiej, by wszystko toczyło się swoim torem, nawet jeśli jest pomyłką. Próba naprawienia błędów na tak późnym etapie może spowodować więcej kłopotów, niż gdybyśmy nic nie robili. Zo­ba­czymy.
     — Cieszę się, że ma swoją szansę, cokolwiek miałoby z tego wyniknąć — zauważył Rutledge. - W końcu my wszyscy też ją kiedyś mieliśmy.

🖇

     — Opowiedziałyby nam [stare ścienne zegary] niejedno, gdyby potrafiły mówić — pod­su­mo­wa­ła Mary.
     — Są mądre. Żadnego marudzenia. Nigdy nie miały kłopotów — po­wie­dział Jamesie. — Mówiły tylko tik-tak. Tik-tak. Nie odpuszczają żadnej oka­zji. Tik-tak. Nie mówią nic złego. Tik-tak. Odwracają wzrok. Tik-tak. Nie wpa­dają w żadne kłopoty. Tik-tak. Nie narzucają swojego zdania. Tik-tak. Nie wymuszają niczego. Tik-tak. Pytają, dlaczego nie, ale nigdy dla­czego. Sprytniejsze niż najmądrzejsi, co tego wszystkiego próbowali.

🖇

Przyrodzona świętość każdego pojedynczego życia bardziej uwidaczniała się w śmierci niż w jego naturalnym trwaniu.

🖇

     — Myślisz, że jest życie po życiu? — Pytanie zaskoczyło Rutledge’a […].
     […]  — Nie wiem, z jakiego źródła pochodzi życie, no, chyba że z samej na­tu­ry, ani w jakim celu istnieje. Myślę, że rozsądnie można przypuścić, że wracamy do jakiegoś sensu, z którego wyszliśmy.

🖇

Od czasu do czasu potrzebny jest twardy wstrząs, żebyśmy się nauczyli, że nie jesteśmy tu na zawsze.

🖇

     — To pewnie ona nosi portki w tej rodzinie. Jak w Anglii, tam najczęściej kobiety noszą spodnie. Mężczyźni są za bardzo wypruci z wszystkiego, żeby im się chciało.
     — Powiem ci coś. Wszystkie chodziłyby w spodniach, gdyby im na to po­zwo­lić. Widziałem to wszędzie, dom po domu.
     Ale ta parka jest inna. Wygląda, że nigdy się o nic nie sprzeczają. Cza­sa­mi można się zastanawiać, czy to rzeczywiście mężczyzna i kobieta.

🖇

     — A wszystko, co mamy, to ten jeden dzień.
     — Więc wykorzystajmy go jak najlepiej — Ruttledge de­li­kat­nie ją pocałował, kiedy oboje wstawali.

John McGahern, Twarzą ku wschodzącemu słońcu, przeł. Olga i Wojciech Kubińscy, Części Proste, Gdańsk 2026.

     — Wiem. Wiem. Wiem.
     — Żylbyś o mleku i miodzie, chłopcze, gdybyś tylko zo­stał.
     — Wszyscy bylibyśmy bogaci, gdybyśmy znali re­zul­ta­ty jutrzejszych wyścigów konnych.
     — Wtedy wszyscy wokół znali, tylko ty jeden nie.
     — Wszyscy wokół się nie liczą.

🖇

     — Na zdrowie.
     — I oby jutro, z Bożą pomocą, też wstał dzień, jak ma­wia Jamesie.
     — Pomyślności! I do dna.

🖇

[…]  szczęścia nie da się powołać do bytu przez poszu­ki­wa­nie ani przez gonitwę pośród zmartwień, ani nawet nie da się go w peł­ni ogar­nąć; powinno się mu po­zwo­lić na własne, powolne tempo, tak aby mijało nie­za­uwa­żo­ne […].

🖇

     — Nikt nie byłby tu milej widziany niż ty — po­wie­dzia­ła Mary i w tym prostym zdaniu odsłoniła wszyst­kie zawahania serca.

🖇

Bóg zamyka jedne drzwi tylko po to, żeby otworzyć kolejne.

🖇

Jesteśmy ledwo podmuchem wiatru na jeziorze.

(tamże)

piątek, lipca 17, 2026

6166. Z oazy (CDLXI)

Trzecia z książkowego tercetu. Wybór kresek i liter trwał, bo nie było gdzie się śpie­szyć. Było delektowanie się każdą ilustracją, każdym zdaniem drugi, piąty czy nasty raz, każdym wzruszeniem czy pragnieniem, które te wzruszenia uruchamiają.

Z ostatnią zacytowaną kreską i literką kończy się urodzinowe pre­zen­to­czy­tanie.

Look for a need. Seek out a problem.
Find something you care about.
Do a little bit of good each day.

🖇

Have you ever wondered if what you do matters?
      This is the story of leaning in, digging deep, believing it’s pos­si­ble, and making the effort. It only takes one caring person to make an im­pact. We all matter much more than we realize. […] 
     Caring is at the heart of any­thing done well. The joy is in the doing, the giving, the con­nect­ing.

🖇

The most fascinating person was standing in front of me.
[…] 
I thought to myself, I want to be happy like that.

🖇

“I’ve never seen anything like it. It’s so beautiful! It hardly seems real!”
     The gardener humbly replied, “Well, thank you.”
     “You did all of this? How is that even possible?
     She shared, “Little by little, one thing builds on another. Little by little, small things become something bigger and more. I certainly didn’t do it alone. I had the bees and the butterflies, the birds and the animals to help. And of course, the most important work was done by the plants and the trees. It’s amazing what a little caring can do. And it's quite extraordinary when you care an awful lot, what a big difference you can make.”

🖇

“When I first saw this land,” the gardener sighed, “it was barren and scarred. It hurt my heart. Wherever I looked it seemed to be broken and dying. It felt like everything was covered in sadness.”

🖇

“That was decades ago, and I’ve been
  doing this work ever since.”

🖇

“How did you know you could do it?” I asked in amazement.
     “I didn’t,” she admitted. “For years I wasn’t sure if I was helping much at all. It seemed pretty hopeless. The problem was huge and I was just me.”

“But I believe we can’t be
indifferent to things that matter.
I had to try.”

🖇

“Did you ever want to quit?”
     “Sure,” the gardener conceded. “Many times I thought about giving up. Some days were especially tough. But when my body feels tired, I rest. When I worry about the world, with its immense problems, it can make me feel small and powerless. But then I come here. I help good things grow, and I am reminded that I do matter and that I can make a difference.”

🖇

“More than anything else, what I am growing is love. I think we all grow and spread love throughout our lives—in the way that we act, by choosing to help when needed, and by being there for each other.”
     “I care deeply about this place. I like to think of it as a living invitation,” she shared. “My hope was to create a place where all kinds of beings could feel welcome, and I am thrilled it is now home to so many.”

🖇

The gardener gave me a few seeds so
I could try growing them at home.

I was thrilled and I planted them right away. I watered them. I watched them. I cared for them.
     Day after day, I looked for any sign of life, but nothing happened. Doubt crept in and I worried if I did something wrong.

🖇

Then, one morning, I noticed a small little sprout poking through the soil. I was so excited!
     “But where were the others?” I questioned nervously. I watered and I waited some more.
     Days passed and nothing new came up.

🖇

I went to talk with the gardener about the seeds that never grew.
     She consoled me and explained, “Unfortunately, not everything we want works out the way we want. It can be disappointing, but sometimes life does’t meet our expectations. The day doesn’t always unfold the way we had hoped, people don’t always do what we want or expect, and some­times seeds don’t sprout.”

🖇

“But for all the things that don’t work out,” she continued, “there are ma­ny others that do and they can exceed our wildest hopes and ex­pec­ta­tions.”
     “In fact,” she opened her arms gesturing all around her “they can turn out even more spectacular than we could have ever imagined!”

🖇

“We all have the potential to stretch, and to reach for the sky.” She assured me, “We just have to take care of each other and believe it is possible.”
     “Everything is connected. When you do something good,” the gardener stated, “you never know how it might spark or inspire more good things in others.”
     “Take this tree for instance, as glorious as it is, it’s not just a single tree, it’s a part of a much larger living community. It has fed and sheltered more animals than I can count […].  It's like that with people too. We are all part of each other, and we all have the power to spread goodness.”

🖇

“It’s impossible to know how far a single act of generosity or a gesture of kindness can reach,” she pondered. “We may never know who it helped or how much it mattered.”

🖇

As the gardener looked around, she stopped and reflected. “Many of the trees I’m planting today, I most likely won’t see grow big and tall.”

“Does that make you sad?” I asked.
     “A little,” she said softly, “but mostly it fills me with happiness. I love to think of all the things these trees will look over, all the lives they will touch, and how much they will be needed in the years and centuries to come.”

🖇

“It feels good to know,” she gently smiled,
“that I was able to play a small part in their story.”

🖇

I still think about the gardener every day.
Her words and her deeds planted so much hope in me.

🖇

And now I know... with love, hard work, and caring,
a better world is possible
.

Let’s get started. 

Kobi Yamada, Caring, ilustr. Elise Hurst,
Compendium, Seattle (WA) 2025.
(wyróżnienie własne)