piątek, sierpnia 21, 2026

6190. Kromeczka (XXVIII)  // Czekariat (CXLII)


fot. Kaan, fragment.

your world can become smaller while your life becomes deeper.
I can do far less than I could 5 years ago.
[…]
when quantity disappears, you become extremely sensitive to quality.

   — Gil Alter

6189. Z oazy (CDLXVIII)

Debiut. Czternaście opowiadań. Wydanych po raz pierwszy w roku, w którym Autorka kończyła 80 lat. Robi wrażenie — dwa słowa jedna fraza, odniesienie do dwóch różnych dopełnień.

Czytając tę książkę, przypomniałam sobie zabawę z dzieciństwa, w której pierwsze skrzypce grały gust i estetyka. Gdy byłam małą dziewczynką, robiło się sekrety (wi­docz­ki). I tym właśnie są te opowiadania: literackimi sekretami, be­le­try­stycz­ny­mi widoczkami. Są przepiękne.

Miała wrażenie, że stoi obok palącego się ogniska, z którego nagle wy­strze­lił w górę niewielki węgielek: poleciał w powietrze, wpadł w jej serce i roz­palił tam swoim żarem blask współczucia.
     […]  Uśmiechnęła się. I okazało się, że ognisko jest prawdziwe, gorące i rozpalone, a obu kobietom zaczęły zagrażać jego płomienie. Jednak na po­czątku nie było to oczywiste.

🖇

     — Kogo zatem poznałaś?
     Dzielił ich niemożliwy do pokonania dystans.

🖇

Czasami bogowie są łaskawi i spełniają nasze pragnienia z nadzwyczajną i obfitą szczodrością.

🖇

Podobno kiedy człowiek się starzeje, jego mechanizmy obronne zaczynają słabnąć. Dawne barykady, za którymi kiedyś mogła się schronić, z hu­mo­rem, elegancją, a nawet — oczywiście tylko czasami – z pewną od­wa­gą, cóż, wszystkie rozpadają się z upływem lat.

🖇

Tego właśnie potrzebowała. Strupa na wszystkich ranach. Ale i tak nie pamiętała, w jaki sposób się skaleczyła.

🖇

Kotka usiadła u moich stóp. Obie obserwowałyśmy świat. Oczywiście wiem, że nie widzimy tego samego. Ona pod każdym względem patrzy w inny spo­sób. Ja odczuwam wilgoć, czuję jej zapach i słyszę krople deszczu zu­peł­nie odmiennie od niej. Ale towarzyszy mi i obserwuje z podobnym za­do­wo­le­niem. To naprawdę niesamowite, że dany jest mi taki widok, wiem, że mam szczęście.

🖇

Naprawdę się zastanawiam, czy ona rozumie, co to samotność, choć ponoć koty interesuje wyłącznie własna wygoda.

🖇

Nie mam teraz na własność niczego, może oprócz swojego ciała i umysłu, choć te po tylu dekadach użytkowania są jakie są. […] 
     Kotka i ja uczymy się teraz, czym jest proces utraty. Starość często jest kojarzona z gromadzeniem rzeczy, z chorobą, z niewygodami, ze zmarszcz­ka­mi, ale tak naprawdę to proces utraty — praw, szacunku, pożądania, te­go wszystkiego, co kiedyś do ciebie należało i co cię cieszyło, zupełnie bez refleksji.

🖇

Fotel był duży, wiklinowy, wyściełany miękkimi kremowymi poduszkami, Linda mogła więc podwinąć na nim swoje długie nogi, jakby składała pa­ra­sol do wygodniejszych rozmiarów.

🖇

     —Dlaczego wolisz budzić strach, a nie miłość? – zapytał ją Malik.
     — Do miłości nie można zmusić.

🖇

Są rzeczy zbyt bolesne, by o nich wiedzieć,
rzeczy, których nie da się pojąć od razu.

🖇

     — […]  Dlaczego tu przyjechałaś?
     A ona spojrzała na niego i dostrzegła, że ani tego nie wiedział, ani nie chciał wiedzieć.
     — Ponieważ zmieniłeś moje życie.

🖇

Czy ktoś kiedyś nie powiedział, że zrozumienie
to jedyne prawdziwe szczęście?

🖇

Nauczyliśmy się wyjątkowo sprawnie obsługiwać wszelkie wirtualne na­rzę­dzia komunikacji. Spotkania towarzyskie lub zawodowe organizuje się za pomocą najróżniejszych aplikacji, coraz łatwiejszych w użyciu, które, poukładane w kafelki na naszych ekranach, stają się też coraz mądrzejsze. Niemniej można się poczuć trochę jak głodne dziecko, które patrzy na pa­te­ry ze wspaniałym jedzeniem w sklepowej witrynie. Jak ktoś kiedyś po­wie­dział, sposób przekazywania informacji jest równie istotny co informacja, i niezależnie od tego, jak jest piękny, nie możemy dotknąć, pocałować, po­wą­chać ani posmakować pikseli.

🖇

[…]  często porusza się kwestię tego, czy lepiej mieszkać z rodziną, czy bez niej. Nie wszystkie relacje rodzinne są harmonijne i – szczerze mówiąc – rzadko dochodzi się w ogóle do sedna tematu. A tym sednem jest pytanie, czy uścisk stale obecnego dziecka jest równie satysfakcjonujący jak uścisk przelotnego kochanka. Rząd klasyfikuje je jako identyczne, jeśli chodzi o war­tość kontaktu skórnego, ale wśród siedemdziesięciolatków popularna jest opinia, że to niesprawiedliwe uproszczenie.

🖇

     – Wszyscy miewamy takie sny – oznajmiła Dolores. – Projekcje i fan­ta­zje. Pełne tego, o czym nie chcemy myśleć i czego nie chcemy mieć.
     Czy wspominałam, że Dolores ma dopiero sześćdziesiąt pięć lat, więc nigdy nie doświadczyła spotkania z fantazmem, i że skoro ma peł­ną ro­dzi­nę, prawdopodobnie nigdy nie dowie się, czym on jest? Przestałam dys­ku­to­wać. Nigdy nie kłóć się z freudystami – oni myślą, że znają odpowiedzi na wszystkie pytania.

🖇

[…]  w tamtym czasie wciąż przeżywałam niedawno zakończony związek, który przebiegał według znanego już schematu: skok na głęboką wodę, zero ograniczeń, a potem szalony pęd z powrotem na płyciznę.

🖇

Lacrimae rerum
/łac. nawet rzeczy płaczą/

🖇

W naszym społeczeństwie istnieją dwa sposoby radzenia sobie z palącą ża­ło­bą. Albo odmawiasz poświęcenia samego siebie i ostentacyjnie zaj­mu­jesz się intensywną radością odnajdywaną we wszystkim — myślisz po­zy­tyw­nie, żyjesz dalej, zgarniasz tylko dobre uczucia, przeszłość zostawiasz za so­bą — albo wybierasz odwrotną drogę. W drugim wypadku żyjesz z nie­usta­ją­cą, codzienną świadomością niemożliwej, niewyobrażalnej, nie­znoś­nej straty. Ponieważ jestem zdrowym na umyśle i wypłacalnym człowiekiem świata Zachodu, w momencie kryzysu wybrałam pierwszą możliwość, ale tamtego dnia, kiedy czas na godzinę zmienił bieg, stanęłam twarzą w twarz z tą drugą prawdą mojego życia.

🖇

     — Jesteś złudzeniem?
     — Wszyscy jesteśmy złudzeniem […].

🖇

[…]  wróciłam do pokoju i kółko zaczęło migać.
     — Jak się miewasz, Martho?
     — Spierdalaj, Arthurze – odparłam w ramach eksperymentu.
     — Przykro mi, Martho, ale nie zrozumiałem – odparł robot me­cha­nicz­nym, beznamiętnym tonem. Wyszłam na balkon posiedzieć.
     — To tylko maszyna – przypomniał mi wcześniej Mark. – Ale będzie się uczyć. Jak smartfon. I tak jak wszystko w dzisiejszych czasach. W instrukcji napisali, że ma adaptującą się osobowość.
     Musiałam pomyśleć.

🖇

No i uwielbiał podróże pierwszą klasą. „Lubię, kiedy się o mnie troszczą” — dodał potem, a ona rozumiała, co takiego uwielbiał: szacunek i pokłady uprzejmości, którymi cieszył się dawniej. Przypominało mu to czasy wina i róż, czasy, kiedy był na górze, na szczycie kariery, na samym szczycie drabinki sukcesu. Inspirował, kontrolował, nadzorował, aż do… aż do krachu.

🖇

„Ale ja wciąż żyję […]. Mogę…”. Ale nie dokończyła tej myśli. Nie była dość szybka, nigdy nie była dość szybka, by prześcignąć tych, którzy na siłę na­pra­wiali świat.

🖇

Świat wokół nagle się ułożył. Odwróciła twarz do okna, próbując dostrzec, czy jest tam odbicie kobiety, którą nagle się stała. […]  Oto kim jestem, po­myślała.

🖇

Miłość to skomplikowane uczucie. Próbowałam sobie przypomnieć, co po­wie­dział Dylan Thomas, który rozumiał więcej niż większość ludzi. Kobieta w łóżku z mężczyzną to matka, siostra, córka, kochanka — wszystkie w jed­nej osobie? Tak to szło?

Jane Campbell, Czesanie kota. Opowiadania,
przeł. Dobromiła Jankowska,
Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Nalała sobie filiżankę i wzięła croissanta. Poczuła się oddzielona od prze­szło­ści i zaskakująco wolna. Jakby stała na krawędzi czasu. […]  czuła również coraz więk­szą ulgę. […]  Ten spokój znalazł się w zasięgu ręki. […]  Jakie to dziwne. Spokój przyniosło jej nie to, co mia­ła, ale to, cze­go się pozbyła.

🖇

W powietrzu unosił się powiew wieczności — szturch­nię­cie od noumenu, spoza pozostałości fenomenu — wie­działam, że muszę tam dotrzeć.

(tamże)

6188. 233/365

cie­kawość, ta wypływająca z głębokiej chęci poznania i zro­zu­mie­nia, jest formą miłości. dotyczyć może wszystkiego: słów w ob­cym ję­zy­ku, miejsc, ludzi, zjawisk, chwil.

ciekawość podobnie jak miłość nigdzie się nie śpie­szy, więc w kontaktach z innymi ludźmi nie pomylisz jej z wścibstwem, wy­ko­rzy­sta­niem czy pogonią za sensacją.

233/365

czwartek, sierpnia 20, 2026

6187. 232/365

zerwa­łam w życiu sporo relacji, wycofałam się z wielu innych, z kilku zostałam wyproszona, mnóstwa nie podjęłam lub z nich zre­zy­gno­wa­łam. do­tarło do mnie, że tylko mi się wy­da­wa­ło, że zerwałam, zre­zy­gno­wa­łam, odeszłam.

jeśli dobrze życzę tym ludziom, jeśli umiem wybaczyć im i so­bie, to choć bliżej zamieniło się w dalej, dużo dalej, lub nie­wy­obra­żal­nie daleko, to relacja z nimi — skrystalizowana — wciąż trwa i ma się świet­nie, nic jej więcej nie trzeba, nawet jeśli nie ma już po co spo­ty­kać się w tym życiu.

232/365

środa, sierpnia 19, 2026

6186. 231/365

w środ­ku nocy on owinięty po uszy kołdrą, ona przykryta tylko swoim klimakterium.

człowiek jest istotą społeczną — frazes, który w nocnej ciszy zamienia się w doświadczenie trudne do zatrzymania w sło­wach. karmi, choć on i ona w tym samym czasie osobno swoje sny śnią.

231/365

     — Aha… — Na tym Anna poprzestała. Nie zamierzała mówić już nic więcej.

Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn, przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.

poniedziałek, sierpnia 17, 2026

6184. 229/365

nie patrzysz na mnie ocza­mi. patrzą na mnie twoje — w wielu wypadkach mi nieznane — wspom­nie­nia, pragnienia, nadzieje, prze­ko­na­nia, strachy i lęki.

w końcu to zobaczyłam* i choć nie da się tego odzobaczyć, to potrzebuję przypominać sobie o tym za każ­dym razem, nim znów wzniecę relacyjny dym, bo przecież i ja wcale nie tak czę­sto, jakbym chciała, patrzę na Ciebie oczami.

229/365

__________
  *  i zrozumiałam.

niedziela, sierpnia 16, 2026

6183. Z oazy (CDLXVII)

W trakcie tamtej rozmowy padł również tytuł tej książki. Więc po wciśnięciu czer­wo­nej słuchawki było klik, klik i fru do poczekalni, na wirtualny stoliczek ocze­ku­ją­cych literek. Musiała poczekać. Poczekała cierpliwie i przyszedł jej czas.

Spolaryzowany, grubą kreską płci kreślony świat. Stereotypy gonią jeden za drugim, grożą, de­finiują jedyne źródła szczęścia. Stereotyp, niby trup, bo XXI wiek, a cał­kiem dziar­sko zakrzywia per­spek­ty­wę, by kobiety kobietom „pichcić” i przyprawiać mogły los. Ubawiłam się, ale też z przyjemnością skończyłam i z ulgą odłożyłam.

Zawiesiłam się na ciut dłużej na zdaniu: [k]ogo się nie zna, za tym się nie tęskni. I polemizowałam, i po jednej i drugiej stronie stawałam. Tak, nie tęskni się za kimś, kogo się nie poznało. Nie, czasem tęskni się za kimś, kogo się nigdy nie spotkało — tęskni się bezbrzeżnie.

Uwielbiam otwarte zakończenia. Ta opowieść kończy się wspaniale, choć patriar­chat unosi wysoko łeb i zawracać rzekę kijem próbuje. Tylko od osoby czytającej zależy, czy mu się to uda.

To w moich ustach któregoś ponurego zimowego poranka rozpłynie się ta dojrzała, duża, czarna jak smoła jeżyna. Wiesz jakiego? Mokrego, zimnego, szarego poranka. Kiedy nie tylko nie chce ci się wstać z łóżka, ale w ogóle nie chce ci się żyć, istnieć, oddychać. Jak myślisz, co mi pomogło przetrwać tę poprzednią zimę, właśnie taką, no, jak myślisz? Konfitury z jeżyn!

🖇

A co poradzisz, kiedy ciało czegoś chce? Nic nie poradzisz, nic nie wskórasz, nie zatrzymasz tego.

🖇

Przecież wiesz, że kapelusz śmierci wisi zawsze obok głowy żywego. A ty przecież nie jesteś jakimś wyjątkiem. No, to prawda, wisi, ale żeby aż tak?

🖇

Kto się choć raz nie potknął w życiu,
kto nie popełnił błędu?!
Ja to wiem i ty to wiesz.

🖇

Gdzie są dni, kiedy byłam zdrowa, byłam cała i twarda jak rzeczny kamień! Co za głupota, nie umiałam tego wtedy docenić. […]  Gdzie jesteś, moja na­dzie­jo, co mi masz do powiedzenia?

🖇

[…]  w uchu dzwoni mi głos ciotki, siostry ojca. Od lat już nie mia­łam w uchu tego głosu, ani w uchu, ani w głowie: Nie przynieś wstydu rodzinie, dziew­czy­no! Masz ojca i brata! Mój ojciec i brat leżą w ziemi, moja Keto! Ciebie też już od dawna jedzą robaki, chwała Bogu! Już jestem do­ro­sła i dajcie mi wreszcie wszyscy święty spokój! Sama dobrze wiem, jak mam żyć. Bo to ja żyję, a wy wszyscy jesteście martwi!
     Myślę, że nie ma się czego bać.

🖇

Plotkują, jaki był topielec, czy bardzo obgryziony, wszystko to wola boska, chroń nas, Panienko Przenajświętsza, powiedzą i to wszystko. Ale na­praw­dę mi się poszczęściło, Boże! Boże, czy kim Ty tam jesteś, czy gdzie Ty tam jesteś. Moje szczęście, mój łaskawy losie! Byłabym martwa i wyrzucona na brzeg i gdzie by mnie znaleźli?

🖇

Całe życie tak mam. Ciało idzie w jedną stronę, a głowa w drugą. No i co teraz mam zrobić?

🖇

Dwa słowa napisał: Moja Etero! No, bałwan! Dorosły mężczyzna, a ogłu­piał! Ale zdurnieć to mężczyźni potrafią w każdym wieku. No dobra, on to on, ale co mam zrobić ja?

🖇

A jak ciało mówi, to znaczy, że tak jest. Co mi ciało mówi, to wszystko prawda!

🖇

Nie, on wcale nie jest stary i ja też wciąż jeszcze jestem młoda, tylko nas tu na siłę postarzają. W tym kraju to już ludzie po dwudziestce są starzy. Ale to wszystko nieważne. Ważne jest, co kto ma w sercu. Serce najważniejsze. […]  Ze mną jest tak jak w tym przysłowiu — starzec się nauczył grać na pan­duri, żeby sobie brzdąkać w niebie.

🖇

Mam swój mur, który wybudowałam własnymi rękami. Nikt nieproszony mi tu nie wejdzie. Tak jest!

🖇

One mają ciała sterane macierzyństwem, wyssało z nich wszystkie soki. Ale przecież im tego nie powiem. Bo jak powiem, to się zaraz uniosą: jesteśmy matkami i poświęciłyśmy swoje ciała czy co tam jeszcze poświęciłyśmy, to wszystko dla naszych dzieci, albo jeszcze dorzucą, że wychowują dzieci ku chwale ojczyzny i nie są takimi polnymi myszami jak niektóre. Polna mysz to oczywiście ja. Dlatego się nie odzywam, bo to bym właśnie usłyszała w od­po­wiedzi: że jestem szarą myszą. Wiem, że jestem, i pasuje mi to. Ale sama mogę się tak nazywać, a im nie pozwolę. Bo niby dlaczego?

🖇

Czas stoi w miejscu, a ty lecisz gdzieś w przepaść. I nawet nie wiesz, nie czujesz, jak i kiedy się staczasz. […]  Dla niektórych mogę być już nie tylko ciocią, ale i babcią.
     Kiedy więc zaczynają się do ciebie zwracać w ten sposób, to koniec, za­czy­na się droga w dół. Im częściej i dłużej cię tak nazywają, tym gorzej.

🖇

Może ja też nie chodzę z aureolą szczęścia wokół głowy, ale jak mi zakwitnie kwiatek na podwórku, a w ogródku dojrzeje pomidor, to się cieszę, jestem szczęśliwa, wiesz?! Radość mnie rozpiera, a wiesz dlaczego? Bo czuję, że jeszcze potrafię być szczęśliwa! A ty się umiesz jeszcze z czegoś cieszyć?! No, potrafisz? Ale ona dalej swoje, jakby nigdy nic: ojej, czemu nie wyszłaś za mąż, kobieto? Wiesz, jakie bezsensowne jest życie bez dzieci? […]  Taaak, bez­sensowne, trzeba się z nią zgodzić, inaczej się nie da, bo jeszcze zacznie gadać o tym, że na starość trzeba mieć kogoś, kto ci poda szklankę wody, a tego już nie zdzierżę, więc gryzę się w język i potakuję, tak, moje życie jest bez sensu, bo jakie ma być? […]  Już-już ma wyjść, kiedy odwraca się ze sło­wa­mi: ale wiesz, ja­koś tak ci się oczy świecą, dziewczyno.

🖇

Ale życie jest dziwne, naprawdę. Jak dobrze, że nie wiemy z góry, dokąd nas zaprowadzi, jak nas doświadczy.

🖇

[…]  wszystkie bez wyjątku pytały: nie wychodzisz za mąż, dziewczyno? Ja odpo­wia­da­łam, że nieee, one na to: dlaczego, kobietooo? Ja od­po­wia­da­łam: nie chcę, kobietooo i dlategooo I traciły orientację, bo spodziewały się każdej odpowiedzi oprócz tej, że nie chcę, bo przecież kobieta nie po­tra­fi mówić, że czegoś nie chce. Chcę i nie chcę — to są przecież słowa przynależne mężczyźnie.

🖇

[…]  chwytam się a to tego, a to tamtego. Nie chcę się przyznać sama przed sobą, ale mnie nosi. Serce tłucze mi się w piersi jak szalone. […]  Czuję, że moje ciało jest spokojne, to dusza się miota.

🖇

Chodzisz tak pomiędzy jedną a drugą przepaścią! W jednej czeka na ciebie mąż i jego rodzina, którzy tylko patrzą, żeby zamienić cię w posługaczkę, opiekunkę i żywicielkę ich potomstwa. Zrobią z ciebie dobrowolnego więź­nia i jeszcze będą ci wmawiać, że to wszystko w imię miłości. Powiedzą ci, że to właśnie jest miłość! Będziesz musiała uwierzyć. I uwierzysz, dziew­czy­no, bo jakie będziesz miała inne wyjście? Okłamiesz samą siebie. W imię tej miłości zatracisz w więzieniu duszę.

🖇

A te trzy głupie baby, każda dźwiga swoje kajdany, a wciąż pieją ody do bycia z mężczyzną i posiadania rodziny. Wkładają głowy w tę gilotynę, a potem z jakąś chorą ciekawością patrzą, jak nad inną kobietą zawisa podobne ostrze.

🖇

Porozmawiajmy, trzeba porozmawiać, trzeba wyjaśnić wszystko, co jest do wyjaśnienia od samego początku. Ty powiesz swoje, ja powiem swoje. Po­my­ślimy, co mamy zrobić, jak mamy zrobić, w którą ścianę walnąć głową.

🖇

Nie masz pojęcia! Nie odzywam się, bo co mam powiedzieć?

🖇

Boże, ależ mnie postawiłeś przed wyborem! A ja od razu dałam się zwieść, przestałam myśleć i poplątały mi się ścieżki. A jak miałam wszystko pięknie zaplanowane!

🖇

Bardzo się bałam. Ale jednocześnie byłam strasznie ciekawa. Podobało mi się to miejsce i jednocześnie mnie przerażało. Moją duszą targała chęć po­zna­nia nieznanego.

Tamta Melaszwili, Kos kos jeżyna, przeł. Magdalena Nowakowska,
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

Wstawaj, Etero, wstawaj, kobieto, bo cię tam
wielka przyjemność czeka!

🖇

No i co z tego, że nie jesteśmy już młodzi i piękni? Co z te­go, że jesień życia puka do naszych drzwi? Tylko patrzeć, jak zupełnie opadną z nas liście.

🖇

[…]  wiesz, ile wokół jest tego małego piękna? Pomyślę o tym, co przeczytałam, zobaczyłam i usłyszałam, ni­czym innym nie będę sobie zaprzątać głowy!

🖇

Jestem tylko małym robaczkiem, żyję swoim życiem, ale oni i tak boją się takich jak my. I powinni!

🖇

Czy wiedziałam, co robię?
Byłam czystą wściekłością!

🖇

Ale wiesz, czego boję się najbardziej? Że znów w kraju wszystko może się wywrócić do góry nogami i że znów nastanie taki chaos […]. Że świat znów zawali się nam na głowę, jak wtedy, kiedy oszaleli wszyscy i wszystko.

(tamże)

6182. Łódeczka dla Białego Kruka


Autor(ka) nie do ustalenia.

[…]  podobno kiedy człowiek umiera, robi się lżejszy o 38 gramów.

Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn, przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.

poniedziałek, sierpnia 10, 2026

6181. Na sucharkowym…  // Panna cotta (CCIV)

co z kim?
Kawa z przyjaciółką. Lunch z kumplem. Obiad z kontrahentem. Kolacja z ukochaną osobą. Bankiet. Wernisaż. Biwak. Weekendowy wypad z ro­dziną. Spotkanie na musiku. Fru!

co z kim? + obligatoryjny pretekst
Osiemnastka. Wieczór panieński. Wieczór kawalerski. Ślub. Przyjęcie we­selne. Bociankowe. Chrzciny. Parapetówka. Benefis. Stypa. Spotkanie na musiku. Fru!


Wszystkie powyższe słowa znajdują się w słowniku. A sucharkowe? Co to za aktywność społeczna? Od wczoraj nasz ulowy idiolekt jest bogatszy, bo.

sucharkowe [etymologia]
Pan Ciasteczko poznał Ich w kontekście zawodowych fikołków kilkanaście lat temu. Polubili się jako ludzie. A gdy się polubili, szukali już tylko pre­tek­stu. Starali się go znaleźć raz na kilka miesięcy, by po męsku w swoim towarzystwie spędzić razem wieczór. Ponieważ proceder ten trwa od lat, ponieważ panów nadgryza czas (również!), ponieważ branża ciastkarska, więc wczoraj zderzyły mi się kulki w głowie: ot, Pan Sucharek, drugi Pan Sucharek i trzeci Pan Sucharek w tym samym miejscu, w tym samym cza­sie, czyli sucharkowe. A pretekst? Może mieć dwojaką naturę.
     Pretekst prosty. Telefony idą w ruch. Sucharki znajdują dobry dla całej trójki termin, wybierają lokal z dobrym jedzeniem w menu, a gdy per­trak­ta­cje z oby-trzema żonami (po jednej na głowę) przebiegną pomyślnie, wy­zna­czonego dnia fru robią wszyscy troje. Fru!
     Pretekst złożony. Wymaga spełnienia warunku, choć nie­wy­star­cza­ją­ce­go, to koniecznego: jedna z żon w niedalekiej, dobrze określonej przy­szło­ści wyjeżdża, czyli bę­dzie „wyjechana” przez minimum kilka dni. Te­le­fo­ny idą w ruch. Suchar­ki wybierają jeden z dostępnych terminów opuszczo­ne­go przez jedną z żon lokalu. Konstruują menu, kto i co ma przygotować, przynieść. Resztę żon informuje się o zaistniałych okolicznościach przy­ro­dy. Wybranego wcześniej dnia opuszczony chwilowo Sucharek ogarnia opuszczony przez rodzinę tym­cza­so­wo lokal mieszkalny, a pozostali dwaj robią temu pierwszemu fru na cha­tę i dzień dobry. Fru!
     Pan Sucharek, drugi Pan Sucharek i trzeci Pan Sucharek w tym samym punkcie czasoprzestrzeni w pozapracowym czasie to wspólny męski czas nazwany na cześć uczestników sucharkowym. I wszystko jasne. I re­la­cjo­no­wa­nie faktów uproszczone do minimum: wczoraj Sadowik poleciał na sucharkowe. Fru!

*

Jabłoń:
(sucharkowe Pana Ciasteczko to był wyśmienity powód,
by w łóżku obejrzeć który-to-już-raz ten film,
zachwycając się oryginalną ścieżką dźwiękową
)

Benvenuti al Sud, reż. Luca Miniero, 2010

Pan Ciasteczko vel Sucharek:
(zaskoczył Drzewko, bo wrócił sucharkowo, czyli:
(1) prawie nienamoczony,
(2) wcześniej, niż był „spodziewany”, ale
i tak tego filmu który-to-już-raz nie chciał oglądać
)

niedziela, sierpnia 09, 2026

6180. 221/365

odrobinę porządku w artefaktach swojej prze­szło­ści robiłam i wró­ciło do mnie nie moje zda­nie sprzed kil­ku­nastu lat, wy­po­wie­dziane wtedy z niedającym się ukryć wy­rzu­tem: moje sny są takie proste.

intensywność, z jaką wtedy przy mnie zostały wypowiedziane te słowa, uświa­do­mi­ła mi wczo­raj, jak łatwo jest mieć pretensje o to, co po­da­ro­wało i cze­go nie podarowało dziś życie; jak ła­two jest ma­ru­dzić i jęczeć, i marnować chwile.

ile czasu* po­trze­bu­je­my, nim na­uczy­my się nie okradać nie­ustan­nie sa­mych sie­bie z oka­zji, by po­czuć się obdarowanymi?

221/365

_________
  *  w dziesiątkach lat?

6179. Panna cotta (CCIII)

Pierwszą w swoim życiu kurą przez wu rzuciłam w wieku trzydziestu lat, gdy ze świe­żutko zdobytym prawem jazdy na polskich drogach zapoznawałam się w prak­ty­ce z głęboką tradycją kultury polskich kierowców.

Siarczyste klnięcie opuściło blachą obity świat i przysiadło w kątku ula na stałe, gdy partia małych ludzi wielkimi krokami, włochatymi łapami w niebiałych ręka­wicz­kach i gębami pełnymi pa­trio­tyzmu demolowała trud trzydziestu lat doganiania Europy.

To by było na tyle w kategorii: martyrologia lingwistyczna.

Tymczasem tu i teraz. Od kilku dni nie mogłam ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości, że po włosku można z łatwością, poza kilkoma kul­tu­ral­ny­mi formami, wykrzyczeć, używając wulgaryzmu, zachwyt i wniebowzięcie: co za szczęście! Bo, umówmy się, to żadna sztuka stekiem wul­ga­ry­zmów donieść świa­tu: co za pech!

Jak to ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości? Szukałam istnienia tego zjawiska w ojczystym języku, by upalować wyjętą z podręcznika wie­dzę, by zakorzenić i nie zawracać więcej rzeki kijem świętego oburzenia wysokiego rejestru językowego.

Patrz, pani! Patrz, pan! Mam! Z Sadownikiem podzieliłam się odkryciem, upew­nia­jąc się, że źródło mego odkrycia bije żywiej w męskawym świecie. Okazało się, że tak, fakt, zgadza się wszystko. Nie jesteśmy już tylko Chrystusem Europy, źródłem biblijnych cnót, które krzewić mamy zamiar na zgniłym Zachodzie. My mamy w so­bie ździebko człowieka bez podwójnych powiek, Chińczyka, co zawojować chce świat.

Nim karta stół i joker koszulką do dołu, dość śmiało po­zwo­lę sobie docenić naturę poczynionego odkrycia. Z jednej strony jesteśmy oszczędni, nie sza­stamy słowami. Z drugiej zaś, by nie być oskarżonym o mylenie największego szczę­ścia i od­wiecz­ne­go pecha (skojarzenie z polityką wyjątkowo trafione) na jedno i dru­gie używamy tej samej frazy: o, kurwa! Jedynie intonacja pozwala nam rozróżnić, czy należy wy­krzy­ku­ją­cemu te słowa człowiekowi współczuć czy gratulować. A po­nie­waż jako na­ród chwalić to my jeszcze nie umiemy za bardzo, zawsze możemy z troską głupiutko powoydyłłować odro­bin­kę: nieładnie, oj, nieładnie tak mówić!

Nie, nie zdziwiłam się wcale, gdy ta piosenka — dopadła mnie kilka tygodni temu i uba­wi­ła setnie — w której wulgaryzm goni wulgaryzm, wyraziła chęć zaistnienia tu jako ilustracja, pocztówka dźwiękowa z wcale niedalekich peryferiów dobrze uło­żo­ne­go języka. Che culo!

Tiziano Sciusco, Posso fare un disastro.

     non ce la faccio più
     ti spedisco in Timbuctù

samo piękno, czyli
czasownik zaimkowy, czasownik inchoatywny i…
w wolnym tłumaczeniu: idź do diabła / w cholerę!

6178. Z oazy (CDLXVI)  // Panna cotta (CCII)

Jakiś czas temu Neska poprosiła mnie o rekomendacje książkowe dla osóbek czy­ta­jących 4+. Wagę tego typu zapytań znam, „dzieciów” zawieść nie wolno, więc na tył głowy wrzuciłam prośbę, niech się mieli.

Dokładnie dwa tygodnie temu przypomniało mi się, że Wiewiór. Sprawdziłam, czte­ry znane mi Jego przygody wydano również po polsku. Podesłałam Nesce okładki. Po go­dzinie coś mnie tknęło. Klik, klik. Sprawdziłam. Są! Dwie nowiutkie, ale tylko pierw­sza z nich w przekładzie. Użebrałam Sadownika, by mocy swych użył i zakupił. Zaku­pił! W piątek jako imieninionek, wisienka na torcie, zapowiedź zachwytu wje­cha­ła ta książka na mój stoliczek.

Piękna. Pełna subtelności w kresce i zdaniach, zauważalnych dopiero przy nastym przewracaniu kolejnych stron. I znów piękna, i mądra. Oswaja nieoswajalne, uj­mu­je w słowa sposób, w jaki obrabiamy znany nam rąbek niepojmowalnego. I ma, w za­leż­no­ści od przyjętej per­spek­ty­wy, albo za mało o jedno zdanie, albo za dużo o jedną ilustrację i siedem słów. Ta właśnie ta druga perspektywa zarządziła, że zabraknie tu owej ostat­niej ilustracji i ostatnich siedmiu słów tej opowieści. Dopiero teraz, z tej perspektywy, jest dobrze.

A me e Poc piace tanto sederci sul vecchio ceppo
a guardare gli uccelli che volano a tutta velocità.

Poc i ja, bardzo lubimy siadać na starym pniu
i patrzeć na ptaki latające z pełną prędkością.

🖇

E quando ci siamo stufati prendiamo il sentiero del prato giallo,
per andare ad ascoltare il nostro uccello preferito, il merlo.

A gdy już jesteśmy znudzeni, idziemy ścieżką żółtej łąki,
aby posłuchać naszego ulubionego ptaka, kosa.

Ma oggi non c’era.
Ale dziś go nie było.

🖇

Lo abbiamo cercato dappertutto, anche vicino al torrente.
Szukaliśmy go wszędzie, nawet w pobliżu strumienia.

Non era da nessuna parte.
Nigdzie go nie było.

🖇

Alla fine l’abbiamo trovato sul sentiero.
W końcu znaleźliśmy go na ścieżce.

🖇

Era sdraiato, tutto tranquillo.
Non avevamo mai visto un uccello così da vicino.

Leżał sobie, zupełnie spokojny.
Nigdy nie widzieliśmy ptaka z tak bliska.

Probabilmente dormiva.
E allora ci siamo seduti in silenzio, ad aspettare che si svegliasse.

Prawdopodobnie spał.
Usiedliśmy więc w ciszy, czekając, aż się obudzi.

🖇

Ci siamo presi tutto il tempo per osservarlo bene, abbiamo guardato con attenzione tutte le sue piume. Erano nere, quasi blu, e non avevamo il co­rag­gio di toccarle. Probabilmente dormiva da parecchio. Abbiamo pen­sa­to che forse era meglio fare un po’ di rumore per svegliarlo.
Mnóstwo czasu dobrze mu się przyglądaliśmy, uważnie obejrzeliśmy wszystkie jego pióra. Były czarne, prawie granatowe, nie mieliśmy odwagi ich dotykać. Prawdopodobnie spał już od dłuższego czasu. Pomyśleliśmy, że może lepiej zrobić trochę hałasu, żeby go obudzić.

🖇

Abbiamo cominciato a sussurrare: «Uccello? Huhu, uccello? Dormi?».
E poi abbiamo battuto le mani, e alla fine abbiamo urlato […]. Ma non è successo niente, non è volato via.
Zaczęliśmy szeptać:
     — Ptaszku? Huhu, ptaszku? Śpisz?
     Potem klaskaliśmy, a w końcu krzyczeliśmy […]. Ale nic się nie stało, nie odleciał.

🖇

Non sapevamo più cosa fare, e così siamo andati a cercare Günther.
Nie wiedzieliśmy już, co robić, więc poszliśmy szukać Günthera.

🖇

Günther ha avuto un’idea: ha detto che bisognava buttarlo in aria perché si rimettesse a volare. Ma era un po’ troppo pesante, e io non capivo proprio come si potesse fare a portarlo in cima a un albero per aiutarlo a volare.
     E poi lui continuava a non muoversi.

Günther wpadł na pomysł: powiedział, że trzeba podrzucić kosa w górę, żeby znowu zaczął latać. Ale był trochę za ciężki i zupełnie nie rozumiałem, jak można by go zanieść na sam czubek drzewa, żeby pomóc mu polecieć.
     A kos wciąż się nie ruszał.

🖇

È in quel momento che Poc ha detto che forse era morto.
I w tym momencie Poc powiedział, że może on nie żyje.

🖇

Ma Günther non era d’accordo, perché quando uno canta così bene e ha delle piume così belle non può morire. È impossibile.
Ale Günther się nie zgadzał, bo kiedy ktoś tak pięknie śpiewa i ma tak cudowne pióra, to nie może umrzeć. To niemożliwe.

🖇

Cosa si poteva fare?
     Sembra che quando si è morti si diventa freddi e invece da vivi si è tutti caldi. Lui era tiepido.
     Forse era solo mezzo morto.

Co można było zrobić?
     Wygląda na to, że kiedy się umiera, człowiek staje się zimny, a za życia jest się ciepłym. On był letni.
     Może był tylko w połowie martwy.

🖇

E poi abbiamo aspettato parecchio. Davvero parecchio. E allora abbiamo capito che era completamente morto, perché non si può restare immobili per così tanto tempo.
A potem czekaliśmy bardzo długo. Naprawdę bardzo długo. I wtedy zrozumieliśmy, że on naprawdę nie żyje, ponieważ nie można pozostawać w bezruchu przez tak długi czas.

🖇

Forse era morto perché era molto vecchio. Oppure aveva avuto un incidente. A volte succede.
Może umarł, bo był już bardzo stary. Albo miał wypadek. Czasami tak się zdarza.

Comunque non potevamo lasciarlo così.
Tak czy inaczej, nie mogliśmy go tak zostawić.

🖇

Allora abbiamo cominciato a raccogliere dei piccoli rami per costruirgli un riparo. Perché, anche se era morto, bisognava proteggerlo.
Wtedy zaczęliśmy zbierać małe gałązki, żeby zbudować mu schronienie. Ponieważ nawet jeśli nie żył, trzeba było go chronić.

🖇

E abbiamo aggiunto delle foglie. Erano foglie secche, ma abbiamo scelto le più belle. Gialle, rosse, arancioni, di acero, di quercia, di frassino. Abbiamo ricoperto completamente il merlo, era proprio un bel mucchio di foglie.
     E io ho anche messo una pigna in cima.

I dorzuciliśmy trochę liści. Były to suche liście, ale wybraliśmy te najpiękniejsze. Żółte, czerwone, pomarańczowe, z klonu, dębu i jesionu. Całkowicie przykryliśmy kosa, to był naprawdę ładny stos liści.
     A ja położyłem jeszcze szyszkę na samej górze.

🖇

E ci siamo chiesti se avevamo fatto tutto quello che c’era da fare.
     Sembra che quando uno muore ci si riunisca per parlare di lui o per ricordare delle cose della sua vita. Günther ha deciso di leggere una poesia.

I zadaliśmy sobie pytanie, czy zrobiliśmy wszystko, co należało zrobić.
     Wygląda na to, że kiedy ktoś umiera, ludzie gromadzą się, aby o nim rozmawiać lub wspominać chwile z jego życia. Günther postanowił przeczytać wiersz.

Poi siamo rimasti in silenzio per un lungo istante.
Io ho pensato al canto del merlo, e poi siamo andati 
a camminare lungo il torrente.

Potem milczeliśmy przez dłuższą chwilę.
Ja pomyślałem o śpiewie kosa, a potem poszliśmy 
na spacer wzdłuż strumienia.

🖇

Ci siamo chiesti di nuovo se avevamo fatto tutto quello che c’era da fare. Forse si potrebbe dare il suo nome a un posto che ci piace tanto? Così il mer­lo non verrebbe dimenticato. Si continuerebbe a parlare di lui, e sa­reb­be come se fosse ancora qui, almeno un po’.
     All'inizio abbiamo pensato al vecchio ceppo, ma alla fine abbiamo scelto il grande prato.

Zadaliśmy sobie jeszcze raz pytanie, czy zrobiliśmy wszystko, co należało zrobić. Może mo­gli­byśmy nazwać jego imieniem miejsce, które tak bardzo lubimy? Wtedy kos nie zostałby zapomniany. Wciąż by się o nim mówiło i byłoby tak, jakby nadal tu był, przy­naj­mniej trochę.
     Na początku pomyśleliśmy o starym pniu, ale ostatecznie wybraliśmy wielką łąkę.

🖇

Stamattina, con Poc, siamo andati al prato del merlo.
Era sempre giallo e […].

Tego ranka poszliśmy z Pokiem na łąkę kosa.
Była jak zawsze żółta i […].

Olivier Tallec, Sta dormendo?,
przeł. z j. francuskiego Tommaso Gurrieri,
Edizioni Clichy, Firenze 2026.

*

Nauka po Prostu, Mistrzowie śpiewu. Które ptaki
śpiewają najpiękniej? I dlaczego?

[Miejsce 2.: Kos]

6177. Z oazy (CDLXV)

Trzecia fala upału jako upiorna forma doświadczania życia za mną. Trzeci dzień do­chodzę do siebie, choć rehabilitacyjna uwaga tkwi wciąż przy szkodach wy­rzą­dzo­nych przez drugą falę. Jeden z fragmentów wydłubanych z tej książki to również słowa opisujace w punkt mój aktualny stan ducha: myśli także wracają jakby na swoje miejsce. Dobrze jest znów cieszyć się życiem, choć wielokrotnie miało się go powyżej uszu i kokard.

Wybór tej opowieści jest nieprzypadkowy. Lubię literki tej Autorki. Mam też ogrom­ne szczęście, bo nauczona delektowania się fikcją, rozkoszowałam się tą historią. Grube kreski, cieniutkie, urywające się linie, światłocienie, nieoczywiste, trudne do nazwania barwy, refleksy uczuć, a między nimi wszystkimi to, co nienajważniejsze wcale, co chcący za wszelką cenę kontrolować życie nazywają faktami — tym jest ten kawałek dobrej literatury. Wyimki, które muszę tu mieć pod ręką, są tylko i wy­łącz­nie małymi akwarelami, drobnymi dziełami sztuki zaklętymi w słowa.

Anna  była już staruszką,  gdy  Bóg w końcu  powrócił.  Drzwi  sali numer dwanaście  oddziału  szpitala  Ruusukumpu otworzyły się i do środka wtar­gnął  wielki  złoty bukiet  kwiatów.
     — No,  co tam, dziewczyno? –  Bóg  uśmiechnął się  i podszedł prosto  do łóżka.
     Anna podniosła  się,  żeby usiąść, i spojrzała na przybysza. Ten Bóg  nic  się nie zmienił.
     — Oj,  jaka tam ze  mnie  dziewczyna. Już dawno nie  dziewczyna – wy­ma­mrotała.
     Bóg usiadł  na  krześle dla  gości. […] 
     — Miło,  że wpadłeś. Czekałam  na  ciebie.

🖇

Po pięćdziesięciu latach olcha zdecydowała, że już jej wystarczy, dziesięć po ósmej dała za wygraną, jej pień dygnął raz, potem drugi i trzeci, aż w koń­cu runęła w pięciu zmurszałych kawałkach.

🖇

Czas  rozpadł się Annie  w dłoniach.  Rozpościerał się  jak  leżąca  na ko­la­nach uszyta  ze  skrawków  narzuta, wszystkie fragmenty były tej samej  wielkości  i tak samo  oddalone od  siebie. A Anna przyglądała  się  tym ka­wałkom  ze zdziwieniem,  nie mogąc doszukać  się  w nich żadnej większej logiki.

🖇

Mężczyzna i chłopiec. Siedzieli po przeciwnych stronach kamery, każdy w cieniu własnej grzywki, każdy nachylony lekko w stronę drugiego. Było między nimi coś niewypowiedzianego i poważnego, obaj zastanawiali się nad tym w ciszy.

🖇

Na  początku Annie brakowało  dzikiej  przyrody. Choć  jednego  praw­dzi­we­go  lasu, choć jednej  niewypolerowanej  skały.  Lecz potem pojęła, że choć­by drapała  powierzchnię  Londynu z całych  sił, spod  spodu wyłoni się  tylko  kolejna warstwa  miasta. Rzecz  jasna w parkach rosły  drzewa,  ale parki miały swoich właścicieli, były ogrodzone  płotem,  a prowadzące do nich  bramy  zamykano na noc.  Jedyną  dziczą, jaką można było  znaleźć w Londynie, było  samo  miasto. Londyn  był żywym  organizmem.

🖇

[…]  patrzyła na front chmur, które nadciągały znad Atlantyku, omiotły najpierw Irlandię, potem Anglię, skręciły wzdłuż pasma górskiego na pół­noc­ny wschód i zniknęły w końcu w górnym prawym rogu ekranu te­le­wi­zo­ra. Anna liczyła — wtorek, środa, czwartek — kiedy ten sam front dotrze do południowej Finlandii. Dzięki mapom pogodowym czuła, że zachowuje jeszcze więź z domem. […]  przynajmniej zawsze ten sam deszcz kropił na nią i na dom, ten sam wiatr przewracał drzewa i słupy elektryczne. Anna myślała o unoszących się z Sahary ziarnach piasku, które niesione wiatrem wędrowały do Europy. Może w ten sam sposób unoszące się tutaj wody spadały w domu na ziemię. Może zięba, która spędzała tu zimę, wiła gniaz­do w budce lęgowej na wyspie.

🖇

     — Co robisz? — zdziwiła się Anna.
     — Wykopuję świerk — odpowiedział Thomas, oklepując ziemię wokół świerku. — Podasz, proszę, to wiadro?
     — Jak zamierzasz wydobyć go z ziemi? Przecież ma korzenie.
     — Przez rok aż tak bardzo się nie rozrosły. Mieliśmy to drzewko już dwu­krotnie na święta.
     — Sadzicie je tu z powrotem po świętach?
     Thomas pokiwał głową.
     — Stoi w wiadrze tydzień albo dwa, potem wraca tutaj, do tego dołu. Po czterech latach jest już tak duże, że kupujemy nowy mały świerk.
     — U nas wycina się piłą odpowiednich rozmiarów świerk, a potem wkła­da do stojaka, w którym podlewa się drzewko wodą — tłumaczyła Anna, trzy­mając świerk za pień w czasie, gdy Thomas wbijał łopatę głębiej pod drzewko.

🖇

[…]  sączyła wino i słuchała jednocześnie listy określeń, z którą Eve po­sta­nowiła teraz wrócić do głosu:
     — Straszne okropne przerażające potworne smutne moje bie­dactwo bidulka bie­da­czysko.
     W angielskim jest tak wiele przymiotników, pomyślała Anna. W tym języku można powiedzieć przynajmniej na dziesięć różnych sposobów „to miłe” albo „to przykre”. Annie wydawało się to fascynujące. Lista Eve do­bie­gła końca i nastała cisza.

🖇

Może  wynikało to z tego,  że  była obcokrajowcem.  Ludzie  często  roz­ma­wia­li przy niej,  zakładając,  że  nie rozumie prowadzonej w normalnym tempie rozmowy. […]
     — Dlaczego nie chciała?
     — Po  prostu  nie chciała.
     Układanie talerzy jeden  na drugim. Szorowanie garnków. Szelest folii aluminiowej.
     — Po co wtrącasz się w nie swoje sprawy?
     — Ale ty chyba chcesz mieć dzieci?
     — Daj spokój, Eve. Anna ma już czterdzieści trzy lata.
     — Ale ty nie.

🖇

     — Człowiek nie jest chory tylko dlatego, że nie chce mieć dzieci.
     — Nie o to tu chodzi.
     — Ty za to na pewno wiesz o co.
     — Owszem, jest mi ciebie trochę żal.

🖇

Ktoś kiedyś to  tłu­ma­czył —  w głowie  musi być pusta przestrzeń, żeby Bóg  miał  dokąd przyjść.  Jeżeli życie  jest zbyt pełne  i dobre,  jeżeli pracy,  przy­ja­ciół i mi­ło­ści,  ciekawych pomysłów i rozmów,  dobrego  jedzenia i dzie­ci jest akurat w sam raz, Bóg  się  tam nie zmieści.
     Kto  i gdzie  mógł to powiedzieć,  Anna  nie pamiętała. Podobnie jak  wie­lu innych rzeczy.  Kim  był ten  idiota?

🖇

     — Poszłaś do lekarza?
     — Nic mi nie pomógł.
     — Nie pomógł na co?
     — No właśnie.

🖇

Tłum ludzi wprawiał ją w ruch. Do przodu, do środka, na zewnątrz i w dół, w górę i dookoła. Tak wielu ludzi, tak wiele życia. Anna czuła, że żyje i przy­na­le­ży do grupy. Znikała, ale nie była sama. To było nieoczekiwane uczucie wolności, jak nad otwartym morzem.

🖇

     — Chyba się przejdę.
     — Niech to szlag, Anno, nie zaczynaj znowu! Czy możemy choć raz prze­dysku­tować coś do końca bez tych twoich przerywników?

🖇

     — Jak w ogóle śmią zadawać takie pytania – stwierdziła Anna z irytacją w głosie.
     Co niby Lauri mógł wiedzieć o jej życiu? Dlaczego nie pozwolili jej od­po­wie­dzieć samej? Przecież lepiej znała własne możliwości.
     […] 
     — To tylko kwestionariusz. Przecież nie jesteś jeszcze w takim stanie. Chodź, wejdziemy do środka, to było…
     — Ale że jak to jeszcze

🖇

Uczucie przypominało tęsknotę, głód, pragnienie lub zmęczenie, z tą różnicą, że nie było żadnym z nich.

🖇

Co pomyślałby sobie Antti, gdyby ją teraz zobaczył? Tak daleko od domu, tak samotną i zagubioną. Nie miała dokąd pójść. Żadne miejsce nie należało do niej. Dzień po dniu przeskakiwała tylko z kamienia na kamień, wstrzy­mu­jąc oddech i próbując pozostać niezauważoną.

🖇

[…]  smutek ustąpił i w jego miejscu pozostała tylko wielka pustka. Skąd zatem wzięła się ta pustka? Anna nie umiała odpowiedzieć. Tak czy owak, pustka nigdzie się nie wybierała.

🖇

Wkrótce zrobi się ciemno. Prędzej czy później zrobi się bardzo ciemno i na to Anna nie mogła nic poradzić. Słowa znikały, ziemia drżała, a kamienie grzechotały. Były twarze, krzesła, były te, jak im tam, ale teraz było to takie trudne.

🖇

Czytając ogłoszenia, Anna wyobrażała sobie człowieka. Niekiedy wraz z opi­sa­mi rodziła się opowieść, innym razem zaś tylko istotne pytanie o to, dlaczego nikt nie odczuwał braku wspomnianej osoby.

🖇

Mgła zatrzymała krajobraz w miejscu. […]  Gdzieś dzień trwał dalej, […], ale we mgle wszystko było na swoim miejscu.
     […]
 Anna siedziała i czekała, aż krajobraz powróci. Czas upływał za bielą.

🖇

     — A trąbcie sobie — stwierdził kierowca. — Niech się wstydzą, skoro nie dociera do nich, że co jak co, ale takie wydarzenie to dobry powód, żeby się spóźnić, na cokolwiek się spieszą. To jedna z tych chwil, […]. Patrzcie, jaki on jest piękny.
     Potem wszyscy ucichli, by obserwować wieloryba. […]
     Jacy niespokojni i mali zdawali się ludzie przy wielorybie. Zupełnie jak mewy, gdy wleci między nie orzeł. Nawet największa mewa morska przy orle zmieniała się w trzepoczące skrzydłami chuchro. Jak gdyby orłem rzą­dzi­ła jakaś inna siła grawitacji, jakaś inna wytrzymałość, sprawiając, że je­go lot trwał nieprzerwany ani jednym uderzeniem skrzydeł. Mewy zda­wa­ły się ledwo utrzymywać w powietrzu, ich lot także wymagał ciągłego trze­po­ta­nia i trudu. W ten sam sposób wieloryb niósł ze sobą inny czas, in­ną siłę.

🖇

Przez Heathrow krążył cały świat: kontynenty, temperatury, kolory skóry i języki. Każdy wędrował z jednakowym biletem w dłoni, przez jedne drzwi do środka, a drugie na zewnątrz. Zdaniem Anny cudownie było w tym uczest­ni­czyć, czuć, że jest się w drodze dokądś, że skądś się przy­by­wa, że cały świat stoi otworem, tuż za świstem drzwi wahadłowych.

🖇

     — Czy w domu jest ciepło?
     — Tak, w domu jest ciepło. I wieje w sam raz.

🖇

Bóg zabrał Annę na taras na papierosa. Taki mieli zwyczaj.

🖇

Gdy łódź nabrała tempa i wiosła Boga odnalazły właściwy rytm, łódź za­czę­ła sunąć przez wodę tak, jak porządna drewniana łódź powinna.

Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn
, przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Coś  miało nadejść, wisiało już w powietrzu.

🖇

Anna wzięła Anttiego za rękę, bo właśnie tę chwilę ko­cha­ła. Ciszę przed burzą, pustą chwilę, wdech…
     Wiatr zmienił kierunek.

🖇

Dlaczego  niektóre chwile zostają  w pamięci,  a inne zni­kają?  Czy  w tych  zapamiętanych było coś  szcze­gól­ne­go,  a może  w zapomnienie poszło coś, co mogłoby prze­sądzić  o wszystkim?

🖇

W porankach dawało się wyczuć obietnicę.

🖇

Zmiany zachodzą stopniowo, powoli.

🖇

Fragmenty, oderwane od siebie chwile.
     Szczegóły, słowa, linie.

(tamże)

piątek, sierpnia 07, 2026

6176. Z oazy (CDLXIV)

Zdjęcie na okładce tej książki przyciągnęło moją uwagę pod koniec drugiej fali upa­łów. Pod­czyt­nik narobił smaku. Były więc ślady dźwiękowe po szybko przesuwanych po kla­wia­turze palcach prawej dłoni, a potem dłuższa, wymowna cisza, towarzy­szą­ca po­ły­kanemu pierwszemu rozdziałowi. Z niewyobrażalną ulgą wróciłam po ger­tru­dzim pisaniu na łono pięknej literatury.

Przy okazji, w absolutnym „gratisie” wyjaśniło się, że tamten latający pająk to nie komar, tylko koziułka warzywna.

[…]  co dzieje się, gdy człowiek pisze o rzeczach zdarzających się… No wła­śnie nie, nie w podróży, to tylko taka literacka figura – w życiu po prostu. Ale też tego, co dzieje się, bądź nie dzieje, gdy o nich nie pisze. Tego, co wy­da­rza się między światem a pisaniem o nim. Albo odwrotnie — między pisaniem a światem.

🖇

[…]  stanąłem w miejscu. To była jedna z tych myśli, które pojawiają się go­to­we, kompletne, oczywiste. Nie trzeba się nad nimi zastanawiać, do­cho­dzić do nich, rozważać. Nic dziwnego, że nie zawsze są mądre.
     Jeśli w życiu chodzi o to, żeby było dobrze, można by je spędzić właśnie tak — wystawiając twarz do słońca, a potem przemywając ją źródlaną wo­dą. I jeszcze raz. I tak bez końca. Nic więcej nie trzeba.
     Uznałem, że nie mogę tego odkładać na później, że muszę to zapisać.

🖇

[…]  kucnąć na skraju drogi i ocalić myśl lub wrażenie zbyt cenne, by pozwolić im przepaść?

🖇

Tak to jest, kiedy nie zapisuje się na bieżąco rzeczy zdarzających się w po­dróży — i nie tylko w podróży. Wiele z nich przepada.

🖇

Patrzyłem — i jeszcze nie wiedziałem, że właśnie wtedy go pokochałem.
     No i zostaliśmy kolegami.

🖇

     — Ej, poczekaj, przecież chciałeś o czymś porozmawiać. Tak mówiłeś.
     — Nie, wiesz, to nic takiego — odpowiedział, pochylając lekko głowę i próbując się uśmiechnąć.
     Pojechał sobie. Pomyślałem, że może później, że może potrzebuje czasu i odpowiedniej chwili. Zostałem tam kilka dni, a może dużo więcej — nie pamiętam. Widywaliśmy się prawie codziennie, ale on nie wracał do tej „jednej rzeczy”. Ja też nie wracałem.

🖇

Tak, dobrze jest zapisywać na bieżąco 
rzeczy zdarzające się w podróży.

🖇

Kiedy znów coś powiedziałem, ślepiec mi przerwał.
     — Nie jesteś Rosjaninem. Mówisz po rosyjsku jak Litwin.
     — Jestem Polakiem.
     — Polakiem? — zdziwił się, ale zaraz potem uśmiechnął się, tym razem na pewno. — Wy w Polsce macie takiego świetnego pisarza. Myśliwski.
     […]  Zdążyłem go już trochę polubić. Odezwałem się więc.
     — Znam dwóch Czeczenów. Uciekli do Polski po drugiej wojnie. Przy­jaźni­my się. Opowiadali mi, co tam się działo. — To było coś w rodzaju testu. Nie chciałem jednak, by był za trudny, dlatego dodałem: — Więc wiem, że oni są specyficzni.
     […] 
     Albert uśmiechnął się, jakby z rozmarzeniem, i powiedział:
     — Wiem, jacy oni są. Pamiętam, jak wyszli na nas z lasu. Bardzo dobrze pamiętam, bo to była ostatnia rzecz, jaką widziałem. […]  Nasi mnie zna­le­źli. Przeżyłem. Ale wiesz, to nie była słuszna wojna. To wolni lu­dzie. Dla­cze­go nie mogliśmy im pozwolić, by żyli tak, jak chcą?

Jego list do Putina z 2012 roku wciąż wisi gdzieś w necie.

     […] 
     Ponieważ w wyżej wymienionym okresie Pańskich rządów w Rosji na­stą­piło pogorszenie prawnej ochrony członków rodzin poległych żołnierzy i inwalidów wojennych, a także likwidatorów Czarnobyla i kombatantów, weteranów, a nawet nie­peł­no­spraw­nych dzieci…
     […] 

     Tak Albert zaczął swoje pismo. Skończył je prośbą o wyznaczenie dnia, w którym będzie mógł osobiście zwrócić prezydentowi Putinowi tytuł Bo­ha­tera Rosji i medal Złotej Gwiazdy przyznane mu w listopadzie 1996 roku.

🖇

[…]  nawet ludzie wykształceni, którzy cenią sobie ambitną i oba­la­ją­cą wszelkie porządki prozę, tak naprawdę lubią też opowieści sentymentalne. I proste.

🖇

[…]  espresso w chicagowskim Starbucksie, w tej obrzydliwie bogatej Ame­ry­ce, jest co najmniej o jedną czwartą — jeśli nie jedną trzecią – tańsze niż w Warszawie. Byłem oburzony.
     Nie jeżdżę już do Ameryki. Nie kupuję tam kawy. Ale jeśli zdarza mi się w War­sza­wie, że jedyne normalne albo najbliższe espresso mogę kupić tyl­ko w Starbucksie, wchodzę tam, a zapytany o imię, kłamię. Mówię: „Michał”.
     Oni nie wiedzą, że zostali oszukani. Mam jednak satysfakcję, że jakoś ich ukarałem. Że przepłaciłem za kawę anonimowo. Czyli tak, jakbym to nie ja za nią przepłacił.

🖇

Tak, dobrze jest zapisywać… Nie, nie tak, to już było, ze trzy razy co naj­mniej. Dobrze jest chyba po prostu pisać. Byle nie za szybko, byle nie za dużo, tak jak wtedy, gdy komuś przychodzi to z nadmierną łatwością — choć wiem, że są od tej reguły zaskakujące wyjątki. Dobrze nawet zaczynać książ­ki i ich nie kończyć. Nikt wprawdzie ich nie przeczyta, więc to jednak grzech, ale zostają po nich jakieś strzępy, okruchy, wśród któ­rych póź­niej można znaleźć coś, co nabiera sensu w zupełnie innym kontekście.

🖇

Czerpałem jednak osobliwą przyjemność z dokumentowania tych prze­lot­nych chwil przykrego niekiedy zdziwienia, gdy rzeczy, myśli oraz słowa nie chcą do siebie przystawać i zamiast ułożyć się w konfigurację nadającą się na element rzeczywistości, gryzą się, podkopują wzajemnie i rozsuwają, ujawniając przepastne czasem rozpadliny w powierzchni świata.

🖇

Porządek zdarzeń znów dogania porządek pisania.

🖇

[…]  zacząłem przewracać zapisane kartki, żeby dotrzeć do tych jeszcze czystych. Czasem przecież tak bywa — widok pustej kartki sprawia, że ze śpiących gdzieś w głowie słów układa się zdanie.

Krzysztof Środa, Rzeczy zdarzające się w podróży,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.
(wyróżnienie własne)

Czasem wydaje się dziwne, że świadkowie tak niewiele uwagi poświęcają sprawcom zbrodni. W zasadzie nie opisują ich twarzy, nie odnotowują stopni wojskowych, nie próbują ustalić nazwisk, a jeśli nawet, robią to dziw­nie rzadko. Pewnie nie było to łatwe ani bezpieczne, ale można podejrzewać, że jest też inna przyczyna. Nazwi­ska sprawców były mniej ważne. Nie zasługiwały na to, by je wymieniać. I tak nie starczało czasu i sił, by opo­wia­dać o ofiarach.

🖇

W roku czterdziestym, jeszcze w czterdziestym pierw­szym getto żyło tak, jakby ten koszmar miał się lada chwila skończyć. Nic dziwnego. Trudno przecież było sobie wyobrazić, że tak będzie już zawsze. Jeszcze trud­niej — że będzie dużo gorzej.
     […] 
     Wydaje mi się, że rozumiem ich dziś dużo lepiej niż przed trzema miesiącami. Wciąż jednak dziwię się, że wtedy, w czterdziestym drugim roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, po lipcu, zachowali resztki nadziei. Nie na to, że sami przeżyją — na to, że świat będzie jeszcze kiedykolwiek taki jak dawniej.

🖇

Każdy człowiek nosi w sobie odzwierciedle­nie nie­ba. Patrzymy na nie cały dzień i pół nocy, ale pa­mię­ta­my je jedynie z jego wyglądu w pew­nych momentach.
   — Abraham Lewin (1893–1943)

🖇

[…]  nie ma tu chyba miejsca, by się nad tym głębiej za­sta­nawiać — czy idea zapisywania nazwisk za­mor­do­wa­nych powinna być bliższa tym, którzy wierzą w Boga, czy raczej tym, którzy muszą się bez niego obywać. Wy­da­je się, że tym drugim, bo jeśli Bóg istnieje, zna z pew­no­ścią te nazwiska i pamięta twarze, co daje gwa­ran­cję, że one nigdy nie przepadną. Choć pewnie można się na to zapatrywać inaczej.

🖇

[…]  już wiesz, że nie ma usprawiedliwień. Że trzeba pisać. Jeszcze nie wiadomo co, jeszcze nie wiadomo jak, ale trzeba.

(tamże)

6175. Z oazy (CDLXIII)

Gdzieś między pierwszą a drugą falą upałów w tamtej książce zatrzymały swym pięknem i apetytu mi narobiły te dwa cytaty:

Humor też miał własny dział… z falistym pomarańczowym pa­skiem. To właśnie na półce oznaczonej „Humor” — nigdy nie do­wiem się dlaczego i jakim sposobem — znalazła się Gertrude Stein. Prawdopodobnie z tego względu, że to, co pisała, sprawiało wra­że­nie kompletnego nonsensu…

     — Kim była Gertrude Stein?
     — Modernistką. W swoim pisarstwie nie przejmowała się zna­cze­niem.
     — Czy to dlatego znajduje się w dziale „Humor”, tak jak Spike Milligan?
     — System dziesiętny Deweya dopuszcza pewną uznaniowość. To kolejna jego zaleta. Chroni nas przed zamętem, ale pozostawia swo­bo­dę myślenia.

Jeanette Winterson, Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?,
przeł. Kaja Gucio, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026.

Tak, dokładnie te dwa cy­taty sprawiły, że klik, klik, klamka zapadła. Nie ostrzegły mnie, czym będzie czytanie tej książki: że pożałuję, że będę ze sobą negocjować trwanie przy czytaniu, że będę się wielokrotnie zastanawiać, czemu sobie to robię.

W ogólności nie warto wcale. Ot, pudelek z początku XX wieku. I warto, bo to książ­ko­wy pomnik odwagi — by nie ściemniać, że mieszka się z kuzynką czy zatrudnioną psycholożką — i uporu, by robić do upadłego to, co się kocha.

Reszta była, jest i będzie podczas czytania wyłącznie zgrzytaniem zębów.

W roku 1903 przybyła do Paryża młoda Amerykanka, by odwiedzić brata, który mieszkał tam od pewnego czasu, i by spędzić z nim let­nie wakacje. Stwier­dziw­szy, że „Paryż znajduje się tam, gdzie znaj­du­je się wiek dwu­dzie­sty”, Gertrude Stein, wielbicielka swojej epoki, zdecydowała się na razie pozostać w Paryżu i pozostała w nim do końca swoich dni, ściśle mówiąc przez lat czterdzieści trzy […].

Mira Michałowska

🖇🖇

Zanim zdecydowałam się na napisanie książki o moich dwudziestu pięciu la­tach współżycia z Gertrude Stein, zamierzałam i często mówiłam że za­mie­rzam napisać książkę pod tytułem Żony geniuszów z którymi sia­dy­wa­łam. Siedziałam obok tylu z nich. Siadywałam z żonami geniuszów, które nie były ich prawdziwymi żonami i z prawdziwymi żonami geniuszów, któ­rzy nie byli prawdziwymi geniuszami. Jednym słowem siadywałam czę­sto i długimi godzinami z różnymi żonami i z żonami różnych geniuszów.

🖇

Nauczyła mnie [Myra Edgerly] formułki jaką powinnam stosować. Pamię­tam że zaczynało się, Miss Gertrude Stein jest jak panu zapewne wiadomo, a następnie mówiło się wszystko co się miało do powiedzenia.

🖇

Śmiejcie się jeżeli chcecie, pisał [Henry McBride], ale śmiej­cie się z nią a nie z niej w ten sposób poznacie się na niej znacznie lepiej.
     Henry McBride nie przywiązywał wagi do powodzenia. To rujnuje czło­wie­ka, mawiał, to rujnuje artystę. Ale Henry, odpowiadała ze smutkiem Ger­tru­de Stein, czy naprawdę myślisz że nigdy nie dostąpię żadnego uzna­nia chciałabym chociaż troszkę tego rozumiesz. Pomyśl o moich wszyst­kich nieopublikowanych rękopisach. Ale Henry McBride był niewzruszony. Naj­lep­sze czego mogę ci życzyć, powtarzał, to żebyś nigdy nie została uzna­na publicznie. To jedyna dobra rzecz na świecie. Pod tym względem był nie­wzru­szony.

🖇

Gertrude ma swoich trzech ulubionych świętych, świętego Ignacego Loyolę, świętą Teresę z Ávili i świętego Franciszka. Ja niestety mam tylko jednego ulubionego świętego, świętego Antoniego z Padwy ponieważ to on zajmuje się odnajdywaniem zaginionych przedmiotów, bo ze mną jest tak jak po­wie­dział kiedyś brat Gertrude Stein, że gdybym była generałem to nigdy nie straciłabym żadnej pozycji, najwyżej bym ją gdzieś zapodziała. Jak coś zgu­bię to święty Antoni pomaga mi w odnalezieniu. Zawsze składam mu du­ży da­tek w każdym kościele. Z początku Gertrude Stein buntowała się prze­ciw­ko takiej ekstrawagancji, ale teraz rozumie że jest to absolutnie ko­niecz­ne i nawet kiedy nie jestem z nią, pamięta o moim świętym Antonim.

🖇

Błagał [Stephen Haweis] jednakże o przecinki. Gertrude Stein twierdziła, że przecinki są zupełnie zbyteczne tekst powinien być absolutnie zrozumiały i nie może zależeć od przecinków a poza tym przecinki są jedynie i wy­łącz­nie znakiem mówiącym że czytelnik winien się zatrzymać i nabrać tchu a każdy człowiek powinien bez tego wiedzieć kiedy się zatrzymać i nabrać tchu. Jednakże jako że szalenie lubiła Haweisa i z wdzięczności za to że ofia­ro­wał jej prześliczny obrazek na wachlarzu, podarowała mu z kolei dwa prze­cin­ki. Trzeba powiedzieć gwoli ścisłości, że po ponownym przeczytaniu manuskryptu usunęła te dwa przecinki.
     Mina Loy równie zainteresowana jak on rozumiała wszystko mimo bra­ku przecinków. Mina Loy zawsze wszystko rozumiała.

🖇

W liście skierowanym do niego [Alfreda Stieglitza] przez Gertrude Stein czytamy między innymi: „Proszę uważać na interpunkcję, jest to rzecz szalenie zasadnicza. Dałam dokładnie tyle znaków prze­stan­ko­wych ile uważam za konieczne i każdy dodatkowy przecinek obali całą koncepcję”.

🖇

Czy pani nigdy nie czyta po francusku, zapytałam jak zresztą zapytywało ją wielu innych ludzi. Nie, odpowiedziała, bo widzisz ja czuję oczami i wszyst­ko mi jedno jakiego języka słucham i tak go nie słyszę. Słyszę tylko ton głosu i rytm. […]   istnieje dla mnie jeden tylko język na świecie język angielski. Szalenie lubię jedno lubię być otoczona ludźmi którzy nie rozumieją ani sło­wa po angielsku. To dla mnie prawdziwa samotność jestem wtedy sama z moimi oczami i z moim angielskim. Nie wiem czy inaczej angielski byłby dla mnie do tego stopnia wszystkim.

🖇

Powinno się mieć jedno intensywne zajęcie w życiu a co do reszty to można interesować się wyłącznie rezultatami.

🖇

Matisse przyjechał do Paryża jako młodzieniec by studiować farmację. […]  Zainteresował się malarstwem, zaczął kopiować w Luwrze Poussina i sam bez zgody swojej rodziny, która jednakże w dalszym ciągu przysyłała mu niewielką miesięczną sumkę na studia został malarzem.

🖇

Cézanne doszedł do deformacji i niewykańczalności z we­wnętrz­ne­go przymusu, Matisse zaś z pełną premedytacją.

🖇

Mina przyprowadziła Glenwaya Wescotta, kiedy po raz pierwszy przy­je­chał do Europy. Glenway zrobił na nas wielkie wrażenie głównie z powodu swojego brytyjskiego akcentu. Hemingway wytłumaczył nam wszystko. Jest tak, powiedział, kiedy człowiek zapisuje się na uniwersytet w Chicago podaje w kwestionariuszu jaki sobie życzy akcent a kiedy kończy studia otrzymuje wraz z dyplomem akcent, który sobie obstalował. Można sobie zafundować akcent szesnastowieczny albo najnowszy z akcentów jak kto woli.

🖇

Czytanie korekt to czynność, jak już powiedziałam, którą można porównać tylko z wycieraniem kurzu. Człowiek poznaje wartość rzeczy w pełni, czego nie osiągnie przy żadnym innym czytaniu. Przy czytaniu tych korekt Heming­way bardzo wiele się nauczył i był zachwycony tym czego się nauczył.

🖇

[T.S.] Eliot i Gertrude Stein przeprowadzili dłuższą dyskusję głównie na temat bezokoliczników i różnych gramatycznych niekonsekwencji oraz powodów, dla których Gertrude Stein nie wahała się ich używać. […]
     Następnie zawiązała się długa korespondencja lecz nie pomiędzy Ger­tru­de Stein a T.S. Eliotem lecz pomiędzy sekretarzem T.S. Eliota a mną. Zwra­ca­li­śmy się do siebie per sir ja podpisywałam się A.B. Toklas on zaś sta­wiał swoje inicjały. W jakiś czas później dowiedziałam się, że nie był to by­naj­mniej młody człowiek lecz sekretarka. Nie wiem czy ona zorientowała się tak­że, że i ja nie jestem mężczyzną.

🖇

[…]  Stein powiedziała, posłuchaj Hemingway
notatki to jeszcze nie literatura.

🖇

Gertrude Stein zawsze powtarza młodym malarzom, którzy skarżą się, że zmienia zdanie o ich twórczości, nie ja zmieniam zdanie o waszych obra­zach ale obrazy wasze w pewnym momencie zaczynają wsiąkać w ścianę przestaję je widzieć no i wtedy oczywiście muszę je wystawić za drzwi.

Gertrude Stein, Autobiografia Alice B. Toklas,
przeł. Mira Michałowska, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Gust nie ma nic wspólnego ze zdaniami,
mawiała Gertrude Stein.

🖇

Hemingway zaś powiedział jeszcze o sobie, skręcam swój płomyk który jest malutki coraz bardziej i bardziej i nagle następuje wielki wybuch.

(tamże)

środa, sierpnia 05, 2026

6174. 217/365  // W warzywniaku (XX)

pierwszą falę upałów dałyśmy radę razem z Pati już re­ha­bi­li­ta­cyj­nie odrobić. w po­nie­dzia­łek zaczęłyśmy od­ra­biać drugą. od wczoraj do jutra mam tylko jedno zadanie: prze­trwać* trzecią.

217/365

________
  *  choć nie ma złej pogody, jest zmiana klimatu i z głową do­bra­ne aktywności, by utrzymać się na powierzchni do­bre­go życia.

🍆

*


Autor(ka) nie do ustalenia.

piątek, lipca 31, 2026

6173. 212/365

w łańcuszku pokoleń ja dziś — taka zatrzymana na chwilę — jestem ucieleśnieniem niezliczonych hi­sto­rii, chwil, sytuacji, całego wachlarza uczuć, zacho­dów słońca, podróży, konsek­wen­cji wielu przemyślanych de­cy­zji, pomyłek i fartów oraz niewiarygodnie piramidalnych bez­myślności.

jestem wypadkową dalekiej niemojej przeszłości, ale również przeżytego przeze mnie zeszłego roku, ostatniego tygodnia i dzisiejszego dnia.

towarzyszy mi trzeci dzień pewność, że choć wszystko wcześ­niej czy później kończy się, to miłość trwa — jestem, jesteś, jesteśmy od stóp do głów utkani z kwantów miłości i świa­tła, wydłu­ba­nych z tamtych niezliczonych hi­sto­rii, chwil, sytuacji, całego wachlarza uczuć, zacho­dów słońca, podróży, konsek­wen­cji

212/365

Nie ma czegoś takiego jak spójna narracja,
zdarzają się chwile rozświetlone, reszta jest ciemna.

   — Jeanette Winterson

[w:] Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn
, przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.