jedzie pociąg. nie biegnij, nie uciekaj.
obudź się, zejdź z torów!
230/365
Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
nie patrzysz na mnie oczami. patrzą na mnie twoje — w wielu wypadkach mi nieznane — wspomnienia, pragnienia, nadzieje, przekonania, strachy i lęki.
w końcu to zobaczyłam* i choć nie da się tego odzobaczyć, to potrzebuję przypominać sobie o tym za każdym razem, nim znów wzniecę relacyjny dym, bo przecież i ja wcale nie tak często, jakbym chciała, patrzę na Ciebie oczami.
229/365
__________
* i zrozumiałam.
W trakcie tamtej rozmowy padł również tytuł tej książki. Więc po wciśnięciu czerwonej słuchawki było klik, klik i fru do poczekalni, na wirtualny stoliczek oczekujących literek. Musiała poczekać. Poczekała cierpliwie i przyszedł jej czas.
Spolaryzowany, grubą kreską płci kreślony świat. Stereotypy gonią jeden za drugim, grożą, definiują jedyne źródła szczęścia. Stereotyp, niby trup, bo XXI wiek, a całkiem dziarsko zakrzywia perspektywę, by kobiety kobietom „pichcić” i przyprawiać mogły los. Ubawiłam się, ale też z przyjemnością skończyłam i z ulgą odłożyłam.
Zawiesiłam się na ciut dłużej na zdaniu: [k]ogo się nie zna, za tym się nie tęskni. I polemizowałam, i po jednej i drugiej stronie stawałam. Tak, nie tęskni się za kimś, kogo się nie poznało. Nie, czasem tęskni się za kimś, kogo się nigdy nie spotkało — tęskni się bezbrzeżnie.
Uwielbiam otwarte zakończenia. Ta opowieść kończy się wspaniale, choć patriarchat unosi wysoko łeb i zawracać rzekę kijem próbuje. Tylko od osoby czytającej zależy, czy mu się to uda.
To w moich ustach któregoś ponurego zimowego poranka rozpłynie się ta dojrzała, duża, czarna jak smoła jeżyna. Wiesz jakiego? Mokrego, zimnego, szarego poranka. Kiedy nie tylko nie chce ci się wstać z łóżka, ale w ogóle nie chce ci się żyć, istnieć, oddychać. Jak myślisz, co mi pomogło przetrwać tę poprzednią zimę, właśnie taką, no, jak myślisz? Konfitury z jeżyn!
🖇
A co poradzisz, kiedy ciało czegoś chce? Nic nie poradzisz, nic nie wskórasz, nie zatrzymasz tego.
🖇
Przecież wiesz, że kapelusz śmierci wisi zawsze obok głowy żywego. A ty przecież nie jesteś jakimś wyjątkiem. No, to prawda, wisi, ale żeby aż tak?
🖇
Kto się choć raz nie potknął w życiu,
kto nie popełnił błędu?!
Ja to wiem i ty to wiesz.
🖇
Gdzie są dni, kiedy byłam zdrowa, byłam cała i twarda jak rzeczny kamień! Co za głupota, nie umiałam tego wtedy docenić. […] Gdzie jesteś, moja nadziejo, co mi masz do powiedzenia?
🖇
[…]
w uchu dzwoni mi głos ciotki, siostry ojca. Od lat już nie miałam w uchu tego głosu, ani w uchu, ani w głowie: Nie przynieś wstydu rodzinie, dziewczyno! Masz ojca i brata! Mój ojciec i brat leżą w ziemi, moja Keto! Ciebie też już od dawna jedzą robaki, chwała Bogu! Już jestem dorosła i dajcie mi wreszcie wszyscy święty spokój! Sama dobrze wiem, jak mam żyć. Bo to ja żyję, a wy wszyscy jesteście martwi!
Myślę, że nie ma się czego bać.
🖇
Plotkują, jaki był topielec, czy bardzo obgryziony, wszystko to wola boska, chroń nas, Panienko Przenajświętsza, powiedzą i to wszystko. Ale naprawdę mi się poszczęściło, Boże! Boże, czy kim Ty tam jesteś, czy gdzie Ty tam jesteś. Moje szczęście, mój łaskawy losie! Byłabym martwa i wyrzucona na brzeg i gdzie by mnie znaleźli?
🖇
Całe życie tak mam. Ciało idzie w jedną stronę, a głowa w drugą. No i co teraz mam zrobić?
🖇
Dwa słowa napisał: Moja Etero! No, bałwan! Dorosły mężczyzna, a ogłupiał! Ale zdurnieć to mężczyźni potrafią w każdym wieku. No dobra, on to on, ale co mam zrobić ja?
🖇
A jak ciało mówi, to znaczy, że tak jest. Co mi ciało mówi, to wszystko prawda!
🖇
Nie, on wcale nie jest stary i ja też wciąż jeszcze jestem młoda, tylko nas tu na siłę postarzają. W tym kraju to już ludzie po dwudziestce są starzy. Ale to wszystko nieważne. Ważne jest, co kto ma w sercu. Serce najważniejsze. […] Ze mną jest tak jak w tym przysłowiu — starzec się nauczył grać na panduri, żeby sobie brzdąkać w niebie.
🖇
Mam swój mur, który wybudowałam własnymi rękami. Nikt nieproszony mi tu nie wejdzie. Tak jest!
🖇
One mają ciała sterane macierzyństwem, wyssało z nich wszystkie soki. Ale przecież im tego nie powiem. Bo jak powiem, to się zaraz uniosą: jesteśmy matkami i poświęciłyśmy swoje ciała czy co tam jeszcze poświęciłyśmy, to wszystko dla naszych dzieci, albo jeszcze dorzucą, że wychowują dzieci ku chwale ojczyzny i nie są takimi polnymi myszami jak niektóre. Polna mysz to oczywiście ja. Dlatego się nie odzywam, bo to bym właśnie usłyszała w odpowiedzi: że jestem szarą myszą. Wiem, że jestem, i pasuje mi to. Ale sama mogę się tak nazywać, a im nie pozwolę. Bo niby dlaczego?
🖇
Czas stoi w miejscu, a ty lecisz gdzieś w przepaść. I nawet nie wiesz, nie czujesz, jak i kiedy się staczasz. […] Dla niektórych mogę być już nie tylko ciocią, ale i babcią.
Kiedy więc zaczynają się do ciebie zwracać w ten sposób, to koniec, zaczyna się droga w dół. Im częściej i dłużej cię tak nazywają, tym gorzej.
🖇
Może ja też nie chodzę z aureolą szczęścia wokół głowy, ale jak mi zakwitnie kwiatek na podwórku, a w ogródku dojrzeje pomidor, to się cieszę, jestem szczęśliwa, wiesz?! Radość mnie rozpiera, a wiesz dlaczego? Bo czuję, że jeszcze potrafię być szczęśliwa! A ty się umiesz jeszcze z czegoś cieszyć?! No, potrafisz? Ale ona dalej swoje, jakby nigdy nic: ojej, czemu nie wyszłaś za mąż, kobieto? Wiesz, jakie bezsensowne jest życie bez dzieci? […] Taaak, bezsensowne, trzeba się z nią zgodzić, inaczej się nie da, bo jeszcze zacznie gadać o tym, że na starość trzeba mieć kogoś, kto ci poda szklankę wody, a tego już nie zdzierżę, więc gryzę się w język i potakuję, tak, moje życie jest bez sensu, bo jakie ma być? […] Już-już ma wyjść, kiedy odwraca się ze słowami: ale wiesz, jakoś tak ci się oczy świecą, dziewczyno.
🖇
Ale życie jest dziwne, naprawdę. Jak dobrze, że nie wiemy z góry, dokąd nas zaprowadzi, jak nas doświadczy.
🖇
[…] wszystkie bez wyjątku pytały: nie wychodzisz za mąż, dziewczyno? Ja odpowiadałam, że nieee, one na to: dlaczego, kobietooo? Ja odpowiadałam: nie chcę, kobietooo i dlategooo I traciły orientację, bo spodziewały się każdej odpowiedzi oprócz tej, że nie chcę, bo przecież kobieta nie potrafi mówić, że czegoś nie chce. Chcę i nie chcę — to są przecież słowa przynależne mężczyźnie.
🖇
[…] chwytam się a to tego, a to tamtego. Nie chcę się przyznać sama przed sobą, ale mnie nosi. Serce tłucze mi się w piersi jak szalone. […] Czuję, że moje ciało jest spokojne, to dusza się miota.
🖇
Chodzisz tak pomiędzy jedną a drugą przepaścią! W jednej czeka na ciebie mąż i jego rodzina, którzy tylko patrzą, żeby zamienić cię w posługaczkę, opiekunkę i żywicielkę ich potomstwa. Zrobią z ciebie dobrowolnego więźnia i jeszcze będą ci wmawiać, że to wszystko w imię miłości. Powiedzą ci, że to właśnie jest miłość! Będziesz musiała uwierzyć. I uwierzysz, dziewczyno, bo jakie będziesz miała inne wyjście? Okłamiesz samą siebie. W imię tej miłości zatracisz w więzieniu duszę.
🖇
A te trzy głupie baby, każda dźwiga swoje kajdany, a wciąż pieją ody do bycia z mężczyzną i posiadania rodziny. Wkładają głowy w tę gilotynę, a potem z jakąś chorą ciekawością patrzą, jak nad inną kobietą zawisa podobne ostrze.
🖇
Porozmawiajmy, trzeba porozmawiać, trzeba wyjaśnić wszystko, co jest do wyjaśnienia od samego początku. Ty powiesz swoje, ja powiem swoje. Pomyślimy, co mamy zrobić, jak mamy zrobić, w którą ścianę walnąć głową.
🖇
Nie masz pojęcia! Nie odzywam się, bo co mam powiedzieć?
🖇
Boże, ależ mnie postawiłeś przed wyborem! A ja od razu dałam się zwieść, przestałam myśleć i poplątały mi się ścieżki. A jak miałam wszystko pięknie zaplanowane!
🖇
Bardzo się bałam. Ale jednocześnie byłam strasznie ciekawa. Podobało mi się to miejsce i jednocześnie mnie przerażało. Moją duszą targała chęć poznania nieznanego.
Tamta Melaszwili, Kos kos jeżyna, przeł. Magdalena Nowakowska,
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

Wstawaj, Etero, wstawaj, kobieto, bo cię tam
wielka przyjemność czeka!
🖇
No i co z tego, że nie jesteśmy już młodzi i piękni? Co z tego, że jesień życia puka do naszych drzwi? Tylko patrzeć, jak zupełnie opadną z nas liście.
🖇
[…] wiesz, ile wokół jest tego małego piękna? Pomyślę o tym, co przeczytałam, zobaczyłam i usłyszałam, niczym innym nie będę sobie zaprzątać głowy!
🖇
Jestem tylko małym robaczkiem, żyję swoim życiem, ale oni i tak boją się takich jak my. I powinni!
🖇
Czy wiedziałam, co robię?
Byłam czystą wściekłością!
🖇
Ale wiesz, czego boję się najbardziej? Że znów w kraju wszystko może się wywrócić do góry nogami i że znów nastanie taki chaos […]. Że świat znów zawali się nam na głowę, jak wtedy, kiedy oszaleli wszyscy i wszystko.
(tamże)

Autor(ka) nie do ustalenia.
[…] podobno kiedy człowiek umiera, robi się lżejszy o 38 gramów.
Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn,
przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.
co z kim?
Kawa z przyjaciółką. Lunch z kumplem. Obiad z kontrahentem. Kolacja z ukochaną osobą. Bankiet. Wernisaż. Biwak. Weekendowy wypad z rodziną. Spotkanie na musiku. Fru!
co z kim? + obligatoryjny pretekst
Osiemnastka. Wieczór panieński. Wieczór kawalerski. Ślub. Przyjęcie weselne. Bociankowe. Chrzciny. Parapetówka. Benefis. Stypa. Spotkanie na musiku. Fru!
•
Wszystkie powyższe słowa znajdują się w słowniku. A sucharkowe? Co to za aktywność społeczna? Od wczoraj nasz ulowy idiolekt jest bogatszy, bo.
sucharkowe [etymologia]
Pan Ciasteczko poznał Ich w kontekście zawodowych fikołków kilkanaście lat temu. Polubili się jako ludzie. A gdy się polubili, szukali już tylko pretekstu. Starali się go znaleźć raz na kilka miesięcy, by po męsku w swoim towarzystwie spędzić razem wieczór. Ponieważ proceder ten trwa od lat, ponieważ panów nadgryza czas (również!), ponieważ branża ciastkarska, więc wczoraj zderzyły mi się kulki w głowie: ot, Pan Sucharek, drugi Pan Sucharek i trzeci Pan Sucharek w tym samym miejscu, w tym samym czasie, czyli sucharkowe. A pretekst? Może mieć dwojaką naturę.
Pretekst prosty. Telefony idą w ruch. Sucharki znajdują dobry dla całej trójki termin, wybierają lokal z dobrym jedzeniem w menu, a gdy pertraktacje z oby-trzema żonami (po jednej na głowę) przebiegną pomyślnie, wyznaczonego dnia fru robią wszyscy troje. Fru!
Pretekst złożony. Wymaga spełnienia warunku, choć niewystarczającego, to koniecznego: jedna z żon w niedalekiej, dobrze określonej przyszłości wyjeżdża, czyli będzie „wyjechana” przez minimum kilka dni. Telefony idą w ruch. Sucharki wybierają jeden z dostępnych terminów opuszczonego przez jedną z żon lokalu. Konstruują menu, kto i co ma przygotować, przynieść. Resztę żon informuje się o zaistniałych okolicznościach przyrody. Wybranego wcześniej dnia opuszczony chwilowo Sucharek ogarnia opuszczony przez rodzinę tymczasowo lokal mieszkalny, a pozostali dwaj robią temu pierwszemu fru na chatę i dzień dobry. Fru!
Pan Sucharek, drugi Pan Sucharek i trzeci Pan Sucharek w tym samym punkcie czasoprzestrzeni w pozapracowym czasie to wspólny męski czas nazwany na cześć uczestników sucharkowym. I wszystko jasne. I relacjonowanie faktów uproszczone do minimum: wczoraj Sadowik poleciał na sucharkowe. Fru!
*
Jabłoń:
(sucharkowe Pana Ciasteczko to był wyśmienity powód,
by w łóżku obejrzeć który-to-już-raz ten film,
zachwycając się oryginalną ścieżką dźwiękową
)
Benvenuti al Sud, reż. Luca Miniero, 2010
Pan Ciasteczko vel Sucharek:
(zaskoczył Drzewko, bo wrócił sucharkowo, czyli:
(1) prawie nienamoczony,
(2) wcześniej, niż był „spodziewany”, ale
i tak tego filmu który-to-już-raz nie chciał oglądać)
odrobinę porządku w artefaktach swojej przeszłości robiłam i wróciło do mnie nie moje zdanie sprzed kilkunastu lat, wypowiedziane wtedy z niedającym się ukryć wyrzutem: moje sny są takie proste.
intensywność, z jaką wtedy przy mnie zostały wypowiedziane te słowa, uświadomiła mi wczoraj, jak łatwo jest mieć pretensje o to, co podarowało i czego nie podarowało dziś życie; jak łatwo jest marudzić i jęczeć, i marnować chwile.
ile czasu* potrzebujemy, nim nauczymy się nie okradać nieustannie samych siebie z okazji, by poczuć się obdarowanymi?
221/365
_________
* w dziesiątkach lat?
Pierwszą w swoim życiu kurą przez wu rzuciłam w wieku trzydziestu lat, gdy ze świeżutko zdobytym prawem jazdy na polskich drogach zapoznawałam się w praktyce z głęboką tradycją kultury polskich kierowców.
Siarczyste klnięcie opuściło blachą obity świat i przysiadło w kątku ula na stałe, gdy partia małych ludzi wielkimi krokami, włochatymi łapami w niebiałych rękawiczkach i gębami pełnymi patriotyzmu demolowała trud trzydziestu lat doganiania Europy.
To by było na tyle w kategorii: martyrologia lingwistyczna.
•
Tymczasem tu i teraz. Od kilku dni nie mogłam ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości, że po włosku można z łatwością, poza kilkoma kulturalnymi formami, wykrzyczeć, używając wulgaryzmu, zachwyt i wniebowzięcie: co za szczęście! Bo, umówmy się, to żadna sztuka stekiem wulgaryzmów donieść światu: co za pech!
Jak to ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości? Szukałam istnienia tego zjawiska w ojczystym języku, by upalować wyjętą z podręcznika wiedzę, by zakorzenić i nie zawracać więcej rzeki kijem świętego oburzenia wysokiego rejestru językowego.
Patrz, pani! Patrz, pan! Mam! Z Sadownikiem podzieliłam się odkryciem, upewniając się, że źródło mego odkrycia bije żywiej w męskawym świecie. Okazało się, że tak, fakt, zgadza się wszystko. Nie jesteśmy już tylko Chrystusem Europy, źródłem biblijnych cnót, które krzewić mamy zamiar na zgniłym Zachodzie. My mamy w sobie ździebko człowieka bez podwójnych powiek, Chińczyka, co zawojować chce świat.
Nim karta stół i joker koszulką do dołu, dość śmiało pozwolę sobie docenić naturę poczynionego odkrycia. Z jednej strony jesteśmy oszczędni, nie szastamy słowami. Z drugiej zaś, by nie być oskarżonym o mylenie największego szczęścia i odwiecznego pecha (skojarzenie z polityką wyjątkowo trafione) na jedno i drugie używamy tej samej frazy: o, kurwa! Jedynie intonacja pozwala nam rozróżnić, czy należy wykrzykującemu te słowa człowiekowi współczuć czy gratulować. A ponieważ jako naród chwalić to my jeszcze nie umiemy za bardzo, zawsze możemy z troską głupiutko powoydyłłować odrobinkę: nieładnie, oj, nieładnie tak mówić!
Nie, nie zdziwiłam się wcale, gdy ta piosenka — dopadła mnie kilka tygodni temu i ubawiła setnie — w której wulgaryzm goni wulgaryzm, wyraziła chęć zaistnienia tu jako ilustracja, pocztówka dźwiękowa z wcale niedalekich peryferiów dobrze ułożonego języka. Che culo!
Tiziano Sciusco, Posso fare un disastro.
non ce la faccio più
ti spedisco in Timbuctù
samo piękno, czyli
czasownik zaimkowy, czasownik inchoatywny i…
w wolnym tłumaczeniu: idź do diabła / w cholerę!
Jakiś czas temu Neska poprosiła mnie o rekomendacje książkowe dla osóbek czytających 4+. Wagę tego typu zapytań znam, „dzieciów” zawieść nie wolno, więc na tył głowy wrzuciłam prośbę, niech się mieli.
Dokładnie dwa tygodnie temu przypomniało mi się, że Wiewiór. Sprawdziłam, cztery znane mi Jego przygody wydano również po polsku. Podesłałam Nesce okładki. Po godzinie coś mnie tknęło. Klik, klik. Sprawdziłam. Są! Dwie nowiutkie, ale tylko pierwsza z nich w przekładzie. Użebrałam Sadownika, by mocy swych użył i zakupił. Zakupił! W piątek jako imieninionek, wisienka na torcie, zapowiedź zachwytu wjechała ta książka na mój stoliczek.
Piękna. Pełna subtelności w kresce i zdaniach, zauważalnych dopiero przy nastym przewracaniu kolejnych stron. I znów piękna, i mądra. Oswaja nieoswajalne, ujmuje w słowa sposób, w jaki obrabiamy znany nam rąbek niepojmowalnego. I ma, w zależności od przyjętej perspektywy, albo za mało o jedno zdanie, albo za dużo o jedną ilustrację i siedem słów. Ta właśnie ta druga perspektywa zarządziła, że zabraknie tu owej ostatniej ilustracji i ostatnich siedmiu słów tej opowieści. Dopiero teraz, z tej perspektywy, jest dobrze.

A me e Poc piace tanto sederci sul vecchio ceppo
a guardare gli uccelli che volano a tutta velocità.
Poc i ja, bardzo lubimy siadać na starym pniu
i patrzeć na ptaki latające z pełną prędkością.
🖇
E quando ci siamo stufati prendiamo il sentiero del prato giallo,
per andare ad ascoltare il nostro uccello preferito, il merlo.
A gdy już jesteśmy znudzeni, idziemy ścieżką żółtej łąki,
aby posłuchać naszego ulubionego ptaka, kosa.

Ma oggi non c’era.
Ale dziś go nie było.
🖇

Lo abbiamo cercato dappertutto, anche vicino al torrente.
Szukaliśmy go wszędzie, nawet w pobliżu strumienia.

Non era da nessuna parte.
Nigdzie go nie było.
🖇

Alla fine l’abbiamo trovato sul sentiero.
W końcu znaleźliśmy go na ścieżce.
🖇
Era sdraiato, tutto tranquillo.
Non avevamo mai visto un uccello così da vicino.
Leżał sobie, zupełnie spokojny.
Nigdy nie widzieliśmy ptaka z tak bliska.

Probabilmente dormiva.
E allora ci siamo seduti in silenzio, ad aspettare che si svegliasse.
Prawdopodobnie spał.
Usiedliśmy więc w ciszy, czekając, aż się obudzi.
🖇
Ci siamo presi tutto il tempo per osservarlo bene, abbiamo guardato con attenzione tutte le sue piume.
Erano nere, quasi blu, e non avevamo il coraggio di toccarle.
Probabilmente dormiva da parecchio. Abbiamo pensato che forse era meglio fare un po’ di rumore per svegliarlo.
Mnóstwo czasu dobrze mu się przyglądaliśmy, uważnie obejrzeliśmy wszystkie jego pióra. Były czarne, prawie granatowe, nie mieliśmy odwagi ich dotykać. Prawdopodobnie spał już od dłuższego czasu. Pomyśleliśmy, że może lepiej zrobić trochę hałasu, żeby go obudzić.

🖇
Abbiamo cominciato a sussurrare: «Uccello? Huhu, uccello? Dormi?».
E poi abbiamo battuto le mani, e alla fine abbiamo urlato
[…].
Ma non è successo niente, non è volato via.
Zaczęliśmy szeptać:
— Ptaszku? Huhu, ptaszku? Śpisz?
Potem klaskaliśmy, a w końcu krzyczeliśmy […].
Ale nic się nie stało, nie odleciał.
🖇
Non sapevamo più cosa fare, e così siamo andati a cercare Günther.
Nie wiedzieliśmy już, co robić, więc poszliśmy szukać Günthera.
🖇
Günther ha avuto un’idea: ha detto che bisognava buttarlo in aria perché si rimettesse a volare.
Ma era un po’ troppo pesante, e io non capivo proprio come si potesse fare a portarlo in cima a un albero per aiutarlo a volare.
E poi lui continuava a non muoversi.
Günther wpadł na pomysł: powiedział, że trzeba podrzucić kosa w górę, żeby znowu zaczął latać. Ale był trochę za ciężki i zupełnie nie rozumiałem, jak można by go zanieść na sam czubek drzewa, żeby pomóc mu polecieć.
A kos wciąż się nie ruszał.
🖇
È in quel momento che Poc ha detto che forse era morto.
I w tym momencie Poc powiedział, że może on nie żyje.
🖇

Ma Günther non era d’accordo, perché quando uno canta così bene e ha delle piume così belle non può morire. È impossibile.
Ale Günther się nie zgadzał, bo kiedy ktoś tak pięknie śpiewa i ma tak cudowne pióra, to nie może umrzeć. To niemożliwe.

🖇
Cosa si poteva fare?
Sembra che quando si è morti si diventa freddi e invece da vivi si è tutti caldi.
Lui era tiepido.
Forse era solo mezzo morto.
Co można było zrobić?
Wygląda na to, że kiedy się umiera, człowiek staje się zimny, a za życia jest się ciepłym. On był letni.
Może był tylko w połowie martwy.
🖇
E poi abbiamo aspettato parecchio. Davvero parecchio.
E allora abbiamo capito che era completamente morto, perché non si può restare immobili per così tanto tempo.
A potem czekaliśmy bardzo długo. Naprawdę bardzo długo. I wtedy zrozumieliśmy, że on naprawdę nie żyje, ponieważ nie można pozostawać w bezruchu przez tak długi czas.

🖇
Forse era morto perché era molto vecchio.
Oppure aveva avuto un incidente.
A volte succede.
Może umarł, bo był już bardzo stary. Albo miał wypadek. Czasami tak się zdarza.
Comunque non potevamo lasciarlo così.
Tak czy inaczej, nie mogliśmy go tak zostawić.
🖇
Allora abbiamo cominciato a raccogliere dei piccoli rami per costruirgli un riparo.
Perché, anche se era morto, bisognava proteggerlo.
Wtedy zaczęliśmy zbierać małe gałązki, żeby zbudować mu schronienie. Ponieważ nawet jeśli nie żył, trzeba było go chronić.

🖇
E abbiamo aggiunto delle foglie.
Erano foglie secche, ma abbiamo scelto le più belle.
Gialle, rosse, arancioni, di acero, di quercia, di frassino.
Abbiamo ricoperto completamente il merlo, era proprio un bel mucchio di foglie.
E io ho anche messo una pigna in cima.
I dorzuciliśmy trochę liści. Były to suche liście, ale wybraliśmy te najpiękniejsze. Żółte, czerwone, pomarańczowe, z klonu, dębu i jesionu. Całkowicie przykryliśmy kosa, to był naprawdę ładny stos liści.
A ja położyłem jeszcze szyszkę na samej górze.

🖇
E ci siamo chiesti se avevamo fatto tutto quello che c’era da fare.
Sembra che quando uno muore ci si riunisca per parlare di lui o per ricordare delle cose della sua vita.
Günther ha deciso di leggere una poesia.
I zadaliśmy sobie pytanie, czy zrobiliśmy wszystko, co należało zrobić.
Wygląda na to, że kiedy ktoś umiera, ludzie gromadzą się, aby o nim rozmawiać lub wspominać chwile z jego życia. Günther postanowił przeczytać wiersz.
Poi siamo rimasti in silenzio per un lungo istante.
Io ho pensato al canto del merlo, e poi siamo andati
a camminare lungo il torrente.
Potem milczeliśmy przez dłuższą chwilę.
Ja pomyślałem o śpiewie kosa, a potem poszliśmy
na spacer wzdłuż strumienia.

🖇
Ci siamo chiesti di nuovo se avevamo fatto tutto quello che c’era da fare.
Forse si potrebbe dare il suo nome a un posto che ci piace tanto?
Così il merlo non verrebbe dimenticato.
Si continuerebbe a parlare di lui, e sarebbe come se fosse ancora qui, almeno un po’.
All'inizio abbiamo pensato al vecchio ceppo, ma alla fine abbiamo scelto il grande prato.
Zadaliśmy sobie jeszcze raz pytanie, czy zrobiliśmy wszystko, co należało zrobić. Może moglibyśmy nazwać jego imieniem miejsce, które tak bardzo lubimy? Wtedy kos nie zostałby zapomniany. Wciąż by się o nim mówiło i byłoby tak, jakby nadal tu był, przynajmniej trochę.
Na początku pomyśleliśmy o starym pniu, ale ostatecznie wybraliśmy wielką łąkę.

🖇
Stamattina, con Poc, siamo andati al prato del merlo.
Era sempre giallo e […].
Tego ranka poszliśmy z Pokiem na łąkę kosa.
Była jak zawsze żółta i […].
Olivier Tallec, Sta dormendo?,
przeł. z j. francuskiego Tommaso Gurrieri,
Edizioni Clichy, Firenze 2026.


*
Nauka po Prostu, Mistrzowie śpiewu. Które ptaki
śpiewają najpiękniej? I dlaczego?
[Miejsce 2.: Kos]
Trzecia fala upału jako upiorna forma doświadczania życia za mną. Trzeci dzień dochodzę do siebie, choć rehabilitacyjna uwaga tkwi wciąż przy szkodach wyrządzonych przez drugą falę. Jeden z fragmentów wydłubanych z tej książki to również słowa opisujace w punkt mój aktualny stan ducha: myśli także wracają jakby na swoje miejsce. Dobrze jest znów cieszyć się życiem, choć wielokrotnie miało się go powyżej uszu i kokard.
Wybór tej opowieści jest nieprzypadkowy. Lubię literki tej Autorki. Mam też ogromne szczęście, bo nauczona delektowania się fikcją, rozkoszowałam się tą historią. Grube kreski, cieniutkie, urywające się linie, światłocienie, nieoczywiste, trudne do nazwania barwy, refleksy uczuć, a między nimi wszystkimi to, co nienajważniejsze wcale, co chcący za wszelką cenę kontrolować życie nazywają faktami — tym jest ten kawałek dobrej literatury. Wyimki, które muszę tu mieć pod ręką, są tylko i wyłącznie małymi akwarelami, drobnymi dziełami sztuki zaklętymi w słowa.
Anna była już staruszką, gdy Bóg w końcu powrócił. Drzwi sali numer dwanaście oddziału szpitala Ruusukumpu otworzyły się i do środka wtargnął wielki złoty bukiet kwiatów.
— No, co tam, dziewczyno? – Bóg uśmiechnął się i podszedł prosto do łóżka.
Anna podniosła się, żeby usiąść, i spojrzała na przybysza. Ten Bóg nic się nie zmienił.
— Oj, jaka tam ze mnie dziewczyna. Już dawno nie dziewczyna – wymamrotała.
Bóg usiadł na krześle dla gości. […]
— Miło, że wpadłeś. Czekałam na ciebie.
🖇
Po pięćdziesięciu latach olcha zdecydowała, że już jej wystarczy, dziesięć po ósmej dała za wygraną, jej pień dygnął raz, potem drugi i trzeci, aż w końcu runęła w pięciu zmurszałych kawałkach.
🖇
Czas rozpadł się Annie w dłoniach. Rozpościerał się jak leżąca na kolanach uszyta ze skrawków narzuta, wszystkie fragmenty były tej samej wielkości i tak samo oddalone od siebie. A Anna przyglądała się tym kawałkom ze zdziwieniem, nie mogąc doszukać się w nich żadnej większej logiki.
🖇
Mężczyzna i chłopiec. Siedzieli po przeciwnych stronach kamery, każdy w cieniu własnej grzywki, każdy nachylony lekko w stronę drugiego. Było między nimi coś niewypowiedzianego i poważnego, obaj zastanawiali się nad tym w ciszy.
🖇
Na początku Annie brakowało dzikiej przyrody. Choć jednego prawdziwego lasu, choć jednej niewypolerowanej skały. Lecz potem pojęła, że choćby drapała powierzchnię Londynu z całych sił, spod spodu wyłoni się tylko kolejna warstwa miasta. Rzecz jasna w parkach rosły drzewa, ale parki miały swoich właścicieli, były ogrodzone płotem, a prowadzące do nich bramy zamykano na noc. Jedyną dziczą, jaką można było znaleźć w Londynie, było samo miasto. Londyn był żywym organizmem.
🖇
[…] patrzyła na front chmur, które nadciągały znad Atlantyku, omiotły najpierw Irlandię, potem Anglię, skręciły wzdłuż pasma górskiego na północny wschód i zniknęły w końcu w górnym prawym rogu ekranu telewizora. Anna liczyła — wtorek, środa, czwartek — kiedy ten sam front dotrze do południowej Finlandii. Dzięki mapom pogodowym czuła, że zachowuje jeszcze więź z domem. […] przynajmniej zawsze ten sam deszcz kropił na nią i na dom, ten sam wiatr przewracał drzewa i słupy elektryczne. Anna myślała o unoszących się z Sahary ziarnach piasku, które niesione wiatrem wędrowały do Europy. Może w ten sam sposób unoszące się tutaj wody spadały w domu na ziemię. Może zięba, która spędzała tu zimę, wiła gniazdo w budce lęgowej na wyspie.
🖇
— Co robisz? — zdziwiła się Anna.
— Wykopuję świerk — odpowiedział Thomas, oklepując ziemię wokół świerku. — Podasz, proszę, to wiadro?
— Jak zamierzasz wydobyć go z ziemi? Przecież ma korzenie.
— Przez rok aż tak bardzo się nie rozrosły. Mieliśmy to drzewko już dwukrotnie na święta.
— Sadzicie je tu z powrotem po świętach?
Thomas pokiwał głową.
— Stoi w wiadrze tydzień albo dwa, potem wraca tutaj, do tego dołu. Po czterech latach jest już tak duże, że kupujemy nowy mały świerk.
— U nas wycina się piłą odpowiednich rozmiarów świerk, a potem wkłada do stojaka, w którym podlewa się drzewko wodą — tłumaczyła Anna, trzymając świerk za pień w czasie, gdy Thomas wbijał łopatę głębiej pod drzewko.
🖇
[…]
sączyła wino i słuchała jednocześnie listy określeń, z którą Eve postanowiła teraz wrócić do głosu:
— Straszne okropne przerażające potworne smutne moje biedactwo bidulka biedaczysko.
W angielskim jest tak wiele przymiotników, pomyślała Anna. W tym języku można powiedzieć przynajmniej na dziesięć różnych sposobów „to miłe” albo „to przykre”. Annie wydawało się to fascynujące. Lista Eve dobiegła końca i nastała cisza.
🖇
Może wynikało to z tego, że była obcokrajowcem. Ludzie często rozmawiali przy niej, zakładając, że nie rozumie prowadzonej w normalnym tempie rozmowy. […]
— Dlaczego nie chciała?
— Po prostu nie chciała.
Układanie talerzy jeden na drugim. Szorowanie garnków. Szelest folii aluminiowej.
— Po co wtrącasz się w nie swoje sprawy?
— Ale ty chyba chcesz mieć dzieci?
— Daj spokój, Eve. Anna ma już czterdzieści trzy lata.
— Ale ty nie.
🖇
— Człowiek nie jest chory tylko dlatego, że nie chce mieć dzieci.
— Nie o to tu chodzi.
— Ty za to na pewno wiesz o co.
— Owszem, jest mi ciebie trochę żal.
🖇
Ktoś kiedyś to tłumaczył — w głowie musi być pusta przestrzeń, żeby Bóg miał dokąd przyjść. Jeżeli życie jest zbyt pełne i dobre, jeżeli pracy, przyjaciół i miłości, ciekawych pomysłów i rozmów, dobrego jedzenia i dzieci jest akurat w sam raz, Bóg się tam nie zmieści.
Kto i gdzie mógł to powiedzieć, Anna nie pamiętała. Podobnie jak wielu innych rzeczy. Kim był ten idiota?
🖇
— Poszłaś do lekarza?
— Nic mi nie pomógł.
— Nie pomógł na co?
— No właśnie.
🖇
Tłum ludzi wprawiał ją w ruch. Do przodu, do środka, na zewnątrz i w dół, w górę i dookoła. Tak wielu ludzi, tak wiele życia. Anna czuła, że żyje i przynależy do grupy. Znikała, ale nie była sama. To było nieoczekiwane uczucie wolności, jak nad otwartym morzem.
🖇
— Chyba się przejdę.
— Niech to szlag, Anno, nie zaczynaj znowu! Czy możemy choć raz przedyskutować coś do końca bez tych twoich przerywników?
🖇
— Jak w ogóle śmią zadawać takie pytania – stwierdziła Anna z irytacją w głosie.
Co niby Lauri mógł wiedzieć o jej życiu? Dlaczego nie pozwolili jej odpowiedzieć samej? Przecież lepiej znała własne możliwości.
[…]
— To tylko kwestionariusz. Przecież nie jesteś jeszcze w takim stanie. Chodź, wejdziemy do środka, to było…
— Ale że jak to jeszcze…
🖇
Uczucie przypominało tęsknotę, głód, pragnienie lub zmęczenie, z tą różnicą, że nie było żadnym z nich.
🖇
Co pomyślałby sobie Antti, gdyby ją teraz zobaczył? Tak daleko od domu, tak samotną i zagubioną. Nie miała dokąd pójść. Żadne miejsce nie należało do niej. Dzień po dniu przeskakiwała tylko z kamienia na kamień, wstrzymując oddech i próbując pozostać niezauważoną.
🖇
[…] smutek ustąpił i w jego miejscu pozostała tylko wielka pustka. Skąd zatem wzięła się ta pustka? Anna nie umiała odpowiedzieć. Tak czy owak, pustka nigdzie się nie wybierała.
🖇
Wkrótce zrobi się ciemno. Prędzej czy później zrobi się bardzo ciemno i na to Anna nie mogła nic poradzić. Słowa znikały, ziemia drżała, a kamienie grzechotały. Były twarze, krzesła, były te, jak im tam, ale teraz było to takie trudne.
🖇
Czytając ogłoszenia, Anna wyobrażała sobie człowieka. Niekiedy wraz z opisami rodziła się opowieść, innym razem zaś tylko istotne pytanie o to, dlaczego nikt nie odczuwał braku wspomnianej osoby.
🖇
Mgła zatrzymała krajobraz w miejscu. […] Gdzieś dzień trwał dalej, […], ale we mgle wszystko było na swoim miejscu.
[…]
Anna siedziała i czekała, aż krajobraz powróci. Czas upływał za bielą.
🖇
— A trąbcie sobie — stwierdził kierowca. — Niech się wstydzą, skoro nie dociera do nich, że co jak co, ale takie wydarzenie to dobry powód, żeby się spóźnić, na cokolwiek się spieszą. To jedna z tych chwil, […]. Patrzcie, jaki on jest piękny.
Potem wszyscy ucichli, by obserwować wieloryba. […]
Jacy niespokojni i mali zdawali się ludzie przy wielorybie. Zupełnie jak mewy, gdy wleci między nie orzeł. Nawet największa mewa morska przy orle zmieniała się w trzepoczące skrzydłami chuchro. Jak gdyby orłem rządziła jakaś inna siła grawitacji, jakaś inna wytrzymałość, sprawiając, że jego lot trwał nieprzerwany ani jednym uderzeniem skrzydeł. Mewy zdawały się ledwo utrzymywać w powietrzu, ich lot także wymagał ciągłego trzepotania i trudu. W ten sam sposób wieloryb niósł ze sobą inny czas, inną siłę.
🖇
Przez Heathrow krążył cały świat: kontynenty, temperatury, kolory skóry i języki. Każdy wędrował z jednakowym biletem w dłoni, przez jedne drzwi do środka, a drugie na zewnątrz. Zdaniem Anny cudownie było w tym uczestniczyć, czuć, że jest się w drodze dokądś, że skądś się przybywa, że cały świat stoi otworem, tuż za świstem drzwi wahadłowych.
🖇
— Czy w domu jest ciepło?
— Tak, w domu jest ciepło. I wieje w sam raz.
🖇
Bóg zabrał Annę na taras na papierosa. Taki mieli zwyczaj.
🖇
Gdy łódź nabrała tempa i wiosła Boga odnalazły właściwy rytm, łódź zaczęła sunąć przez wodę tak, jak porządna drewniana łódź powinna.
Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn,
przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Coś miało nadejść, wisiało już w powietrzu.
🖇
Anna wzięła Anttiego za rękę, bo właśnie tę chwilę kochała. Ciszę przed burzą, pustą chwilę, wdech…
Wiatr zmienił kierunek.
🖇
Dlaczego niektóre chwile zostają w pamięci, a inne znikają? Czy w tych zapamiętanych było coś szczególnego, a może w zapomnienie poszło coś, co mogłoby przesądzić o wszystkim?
🖇
W porankach dawało się wyczuć obietnicę.
🖇
Zmiany zachodzą stopniowo, powoli.
🖇
Fragmenty, oderwane od siebie chwile.
Szczegóły, słowa, linie.
(tamże)
Zdjęcie na okładce tej książki przyciągnęło moją uwagę pod koniec drugiej fali upałów. Podczytnik narobił smaku. Były więc ślady dźwiękowe po szybko przesuwanych po klawiaturze palcach prawej dłoni, a potem dłuższa, wymowna cisza, towarzysząca połykanemu pierwszemu rozdziałowi. Z niewyobrażalną ulgą wróciłam po gertrudzim pisaniu na łono pięknej literatury.
Przy okazji, w absolutnym „gratisie” wyjaśniło się, że tamten latający pająk to nie komar, tylko koziułka warzywna.
[…] co dzieje się, gdy człowiek pisze o rzeczach zdarzających się… No właśnie nie, nie w podróży, to tylko taka literacka figura – w życiu po prostu. Ale też tego, co dzieje się, bądź nie dzieje, gdy o nich nie pisze. Tego, co wydarza się między światem a pisaniem o nim. Albo odwrotnie — między pisaniem a światem.
🖇
[…]
stanąłem w miejscu. To była jedna z tych myśli, które pojawiają się gotowe, kompletne, oczywiste. Nie trzeba się nad nimi zastanawiać, dochodzić do nich, rozważać. Nic dziwnego, że nie zawsze są mądre.
Jeśli w życiu chodzi o to, żeby było dobrze, można by je spędzić właśnie tak — wystawiając twarz do słońca, a potem przemywając ją źródlaną wodą. I jeszcze raz. I tak bez końca. Nic więcej nie trzeba.
Uznałem, że nie mogę tego odkładać na później, że muszę to zapisać.
🖇
[…] kucnąć na skraju drogi i ocalić myśl lub wrażenie zbyt cenne, by pozwolić im przepaść?
🖇
Tak to jest, kiedy nie zapisuje się na bieżąco rzeczy zdarzających się w podróży — i nie tylko w podróży. Wiele z nich przepada.
🖇
Patrzyłem — i jeszcze nie wiedziałem, że właśnie wtedy go pokochałem.
No i zostaliśmy kolegami.
🖇
— Ej, poczekaj, przecież chciałeś o czymś porozmawiać. Tak mówiłeś.
— Nie, wiesz, to nic takiego — odpowiedział, pochylając lekko głowę i próbując się uśmiechnąć.
Pojechał sobie. Pomyślałem, że może później, że może potrzebuje czasu i odpowiedniej chwili. Zostałem tam kilka dni, a może dużo więcej — nie pamiętam. Widywaliśmy się prawie codziennie, ale on nie wracał do tej „jednej rzeczy”. Ja też nie wracałem.
🖇
Tak, dobrze jest zapisywać na bieżąco
rzeczy zdarzające się w podróży.
🖇
Kiedy znów coś powiedziałem, ślepiec mi przerwał.
— Nie jesteś Rosjaninem. Mówisz po rosyjsku jak Litwin.
— Jestem Polakiem.
— Polakiem? — zdziwił się, ale zaraz potem uśmiechnął się, tym razem na pewno. — Wy w Polsce macie takiego świetnego pisarza. Myśliwski.
[…] Zdążyłem go już trochę polubić. Odezwałem się więc.
— Znam dwóch Czeczenów. Uciekli do Polski po drugiej wojnie. Przyjaźnimy się. Opowiadali mi, co tam się działo. — To było coś w rodzaju testu. Nie chciałem jednak, by był za trudny, dlatego dodałem: — Więc wiem, że oni są specyficzni.
[…]
Albert uśmiechnął się, jakby z rozmarzeniem, i powiedział:
— Wiem, jacy oni są. Pamiętam, jak wyszli na nas z lasu. Bardzo dobrze pamiętam, bo to była ostatnia rzecz, jaką widziałem. […] Nasi mnie znaleźli. Przeżyłem. Ale wiesz, to nie była słuszna wojna. To wolni ludzie. Dlaczego nie mogliśmy im pozwolić, by żyli tak, jak chcą?
•
Jego list do Putina z 2012 roku wciąż wisi gdzieś w necie.
[…]
Ponieważ w wyżej wymienionym okresie Pańskich rządów w Rosji nastąpiło pogorszenie prawnej ochrony członków rodzin poległych żołnierzy i inwalidów wojennych, a także likwidatorów Czarnobyla i kombatantów, weteranów, a nawet niepełnosprawnych dzieci…
[…]
Tak Albert zaczął swoje pismo. Skończył je prośbą o wyznaczenie dnia, w którym będzie mógł osobiście zwrócić prezydentowi Putinowi tytuł Bohatera Rosji i medal Złotej Gwiazdy przyznane mu w listopadzie 1996 roku.
🖇
[…] nawet ludzie wykształceni, którzy cenią sobie ambitną i obalającą wszelkie porządki prozę, tak naprawdę lubią też opowieści sentymentalne. I proste.
🖇
[…]
espresso w chicagowskim Starbucksie, w tej obrzydliwie bogatej Ameryce, jest co najmniej o jedną czwartą — jeśli nie jedną trzecią – tańsze niż w Warszawie. Byłem oburzony.
Nie jeżdżę już do Ameryki. Nie kupuję tam kawy. Ale jeśli zdarza mi się w Warszawie, że jedyne normalne albo najbliższe espresso mogę kupić tylko w Starbucksie, wchodzę tam, a zapytany o imię, kłamię. Mówię: „Michał”.
Oni nie wiedzą, że zostali oszukani. Mam jednak satysfakcję, że jakoś ich ukarałem. Że przepłaciłem za kawę anonimowo. Czyli tak, jakbym to nie ja za nią przepłacił.
🖇
Tak, dobrze jest zapisywać… Nie, nie tak, to już było, ze trzy razy co najmniej. Dobrze jest chyba po prostu pisać. Byle nie za szybko, byle nie za dużo, tak jak wtedy, gdy komuś przychodzi to z nadmierną łatwością — choć wiem, że są od tej reguły zaskakujące wyjątki. Dobrze nawet zaczynać książki i ich nie kończyć. Nikt wprawdzie ich nie przeczyta, więc to jednak grzech, ale zostają po nich jakieś strzępy, okruchy, wśród których później można znaleźć coś, co nabiera sensu w zupełnie innym kontekście.
🖇
Czerpałem jednak osobliwą przyjemność z dokumentowania tych przelotnych chwil przykrego niekiedy zdziwienia, gdy rzeczy, myśli oraz słowa nie chcą do siebie przystawać i zamiast ułożyć się w konfigurację nadającą się na element rzeczywistości, gryzą się, podkopują wzajemnie i rozsuwają, ujawniając przepastne czasem rozpadliny w powierzchni świata.
🖇
Porządek zdarzeń znów dogania porządek pisania.
🖇
[…] zacząłem przewracać zapisane kartki, żeby dotrzeć do tych jeszcze czystych. Czasem przecież tak bywa — widok pustej kartki sprawia, że ze śpiących gdzieś w głowie słów układa się zdanie.
Krzysztof Środa, Rzeczy zdarzające się w podróży,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.
(wyróżnienie własne)

Czasem wydaje się dziwne, że świadkowie tak niewiele uwagi poświęcają sprawcom zbrodni. W zasadzie nie opisują ich twarzy, nie odnotowują stopni wojskowych, nie próbują ustalić nazwisk, a jeśli nawet, robią to dziwnie rzadko. Pewnie nie było to łatwe ani bezpieczne, ale można podejrzewać, że jest też inna przyczyna. Nazwiska sprawców były mniej ważne. Nie zasługiwały na to, by je wymieniać. I tak nie starczało czasu i sił, by opowiadać o ofiarach.
🖇
W roku czterdziestym, jeszcze w czterdziestym pierwszym getto żyło tak, jakby ten koszmar miał się lada chwila skończyć. Nic dziwnego. Trudno przecież było sobie wyobrazić, że tak będzie już zawsze. Jeszcze trudniej — że będzie dużo gorzej.
[…]
Wydaje mi się, że rozumiem ich dziś dużo lepiej niż przed trzema miesiącami. Wciąż jednak dziwię się, że wtedy, w czterdziestym drugim roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, po lipcu, zachowali resztki nadziei. Nie na to, że sami przeżyją — na to, że świat będzie jeszcze kiedykolwiek taki jak dawniej.
🖇
Każdy człowiek nosi w sobie odzwierciedlenie nieba. Patrzymy na nie cały dzień i pół nocy, ale pamiętamy je jedynie z jego wyglądu w pewnych momentach.
— Abraham Lewin (1893–1943)
🖇
[…] nie ma tu chyba miejsca, by się nad tym głębiej zastanawiać — czy idea zapisywania nazwisk zamordowanych powinna być bliższa tym, którzy wierzą w Boga, czy raczej tym, którzy muszą się bez niego obywać. Wydaje się, że tym drugim, bo jeśli Bóg istnieje, zna z pewnością te nazwiska i pamięta twarze, co daje gwarancję, że one nigdy nie przepadną. Choć pewnie można się na to zapatrywać inaczej.
🖇
[…] już wiesz, że nie ma usprawiedliwień. Że trzeba pisać. Jeszcze nie wiadomo co, jeszcze nie wiadomo jak, ale trzeba.
(tamże)
Gdzieś między pierwszą a drugą falą upałów w tamtej książce zatrzymały swym pięknem i apetytu mi narobiły te dwa cytaty:
Humor też miał własny dział… z falistym pomarańczowym paskiem. To właśnie na półce oznaczonej „Humor” — nigdy nie dowiem się dlaczego i jakim sposobem — znalazła się Gertrude Stein. Prawdopodobnie z tego względu, że to, co pisała, sprawiało wrażenie kompletnego nonsensu…
•
— Kim była Gertrude Stein?
— Modernistką. W swoim pisarstwie nie przejmowała się znaczeniem.
— Czy to dlatego znajduje się w dziale „Humor”, tak jak Spike Milligan?
— System dziesiętny Deweya dopuszcza pewną uznaniowość. To kolejna jego zaleta. Chroni nas przed zamętem, ale pozostawia swobodę myślenia.
Jeanette Winterson, Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?,
przeł. Kaja Gucio,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026.
Tak, dokładnie te dwa cytaty sprawiły, że klik, klik, klamka zapadła. Nie ostrzegły mnie, czym będzie czytanie tej książki: że pożałuję, że będę ze sobą negocjować trwanie przy czytaniu, że będę się wielokrotnie zastanawiać, czemu sobie to robię.
W ogólności nie warto wcale. Ot, pudelek z początku XX wieku. I warto, bo to książkowy pomnik odwagi — by nie ściemniać, że mieszka się z kuzynką czy zatrudnioną psycholożką — i uporu, by robić do upadłego to, co się kocha.
Reszta była, jest i będzie podczas czytania wyłącznie zgrzytaniem zębów.
W roku 1903 przybyła do Paryża młoda Amerykanka, by odwiedzić brata, który mieszkał tam od pewnego czasu, i by spędzić z nim letnie wakacje. Stwierdziwszy, że „Paryż znajduje się tam, gdzie znajduje się wiek dwudziesty”, Gertrude Stein, wielbicielka swojej epoki, zdecydowała się na razie pozostać w Paryżu i pozostała w nim do końca swoich dni, ściśle mówiąc przez lat czterdzieści trzy […].
Mira Michałowska
🖇🖇
Zanim zdecydowałam się na napisanie książki o moich dwudziestu pięciu latach współżycia z Gertrude Stein, zamierzałam i często mówiłam że zamierzam napisać książkę pod tytułem Żony geniuszów z którymi siadywałam. Siedziałam obok tylu z nich. Siadywałam z żonami geniuszów, które nie były ich prawdziwymi żonami i z prawdziwymi żonami geniuszów, którzy nie byli prawdziwymi geniuszami. Jednym słowem siadywałam często i długimi godzinami z różnymi żonami i z żonami różnych geniuszów.
🖇
Nauczyła mnie [Myra Edgerly] formułki jaką powinnam stosować. Pamiętam że zaczynało się, Miss Gertrude Stein jest jak panu zapewne wiadomo, a następnie mówiło się wszystko co się miało do powiedzenia.
🖇
Śmiejcie się jeżeli chcecie, pisał [Henry McBride], ale śmiejcie się z nią a nie z niej w ten sposób poznacie się na niej znacznie lepiej.
Henry McBride nie przywiązywał wagi do powodzenia. To rujnuje człowieka, mawiał, to rujnuje artystę. Ale Henry, odpowiadała ze smutkiem Gertrude Stein, czy naprawdę myślisz że nigdy nie dostąpię żadnego uznania chciałabym chociaż troszkę tego rozumiesz. Pomyśl o moich wszystkich nieopublikowanych rękopisach. Ale Henry McBride był niewzruszony. Najlepsze czego mogę ci życzyć, powtarzał, to żebyś nigdy nie została uznana publicznie. To jedyna dobra rzecz na świecie. Pod tym względem był niewzruszony.
🖇
Gertrude ma swoich trzech ulubionych świętych, świętego Ignacego Loyolę, świętą Teresę z Ávili i świętego Franciszka. Ja niestety mam tylko jednego ulubionego świętego, świętego Antoniego z Padwy ponieważ to on zajmuje się odnajdywaniem zaginionych przedmiotów, bo ze mną jest tak jak powiedział kiedyś brat Gertrude Stein, że gdybym była generałem to nigdy nie straciłabym żadnej pozycji, najwyżej bym ją gdzieś zapodziała. Jak coś zgubię to święty Antoni pomaga mi w odnalezieniu. Zawsze składam mu duży datek w każdym kościele. Z początku Gertrude Stein buntowała się przeciwko takiej ekstrawagancji, ale teraz rozumie że jest to absolutnie konieczne i nawet kiedy nie jestem z nią, pamięta o moim świętym Antonim.
🖇
Błagał [Stephen Haweis] jednakże o przecinki. Gertrude Stein twierdziła, że przecinki są zupełnie zbyteczne tekst powinien być absolutnie zrozumiały i nie może zależeć od przecinków a poza tym przecinki są jedynie i wyłącznie znakiem mówiącym że czytelnik winien się zatrzymać i nabrać tchu a każdy człowiek powinien bez tego wiedzieć kiedy się zatrzymać i nabrać tchu. Jednakże jako że szalenie lubiła Haweisa i z wdzięczności za to że ofiarował jej prześliczny obrazek na wachlarzu, podarowała mu z kolei dwa przecinki. Trzeba powiedzieć gwoli ścisłości, że po ponownym przeczytaniu manuskryptu usunęła te dwa przecinki.
Mina Loy równie zainteresowana jak on rozumiała wszystko mimo braku przecinków. Mina Loy zawsze wszystko rozumiała.
🖇
W liście skierowanym do niego [Alfreda Stieglitza] przez Gertrude Stein czytamy między innymi: „Proszę uważać na interpunkcję, jest to rzecz szalenie zasadnicza. Dałam dokładnie tyle znaków przestankowych ile uważam za konieczne i każdy dodatkowy przecinek obali całą koncepcję”.
🖇
Czy pani nigdy nie czyta po francusku, zapytałam jak zresztą zapytywało ją wielu innych ludzi. Nie, odpowiedziała, bo widzisz ja czuję oczami i wszystko mi jedno jakiego języka słucham i tak go nie słyszę. Słyszę tylko ton głosu i rytm. […] istnieje dla mnie jeden tylko język na świecie język angielski. Szalenie lubię jedno lubię być otoczona ludźmi którzy nie rozumieją ani słowa po angielsku. To dla mnie prawdziwa samotność jestem wtedy sama z moimi oczami i z moim angielskim. Nie wiem czy inaczej angielski byłby dla mnie do tego stopnia wszystkim.
🖇
Powinno się mieć jedno intensywne zajęcie w życiu a co do reszty to można interesować się wyłącznie rezultatami.
🖇
Matisse przyjechał do Paryża jako młodzieniec by studiować farmację. […] Zainteresował się malarstwem, zaczął kopiować w Luwrze Poussina i sam bez zgody swojej rodziny, która jednakże w dalszym ciągu przysyłała mu niewielką miesięczną sumkę na studia został malarzem.
🖇
Cézanne doszedł do deformacji i niewykańczalności z wewnętrznego przymusu, Matisse zaś z pełną premedytacją.
🖇
Mina przyprowadziła Glenwaya Wescotta, kiedy po raz pierwszy przyjechał do Europy. Glenway zrobił na nas wielkie wrażenie głównie z powodu swojego brytyjskiego akcentu. Hemingway wytłumaczył nam wszystko. Jest tak, powiedział, kiedy człowiek zapisuje się na uniwersytet w Chicago podaje w kwestionariuszu jaki sobie życzy akcent a kiedy kończy studia otrzymuje wraz z dyplomem akcent, który sobie obstalował. Można sobie zafundować akcent szesnastowieczny albo najnowszy z akcentów jak kto woli.
🖇
Czytanie korekt to czynność, jak już powiedziałam, którą można porównać tylko z wycieraniem kurzu. Człowiek poznaje wartość rzeczy w pełni, czego nie osiągnie przy żadnym innym czytaniu. Przy czytaniu tych korekt Hemingway bardzo wiele się nauczył i był zachwycony tym czego się nauczył.
🖇
[T.S.] Eliot i Gertrude Stein przeprowadzili dłuższą dyskusję głównie na temat bezokoliczników i różnych gramatycznych niekonsekwencji oraz powodów, dla których Gertrude Stein nie wahała się ich używać. […]
Następnie zawiązała się długa korespondencja lecz nie pomiędzy Gertrude Stein a T.S. Eliotem lecz pomiędzy sekretarzem T.S. Eliota a mną. Zwracaliśmy się do siebie per sir ja podpisywałam się A.B. Toklas on zaś stawiał swoje inicjały. W jakiś czas później dowiedziałam się, że nie był to bynajmniej młody człowiek lecz sekretarka. Nie wiem czy ona zorientowała się także, że i ja nie jestem mężczyzną.
🖇
[…] Stein powiedziała, posłuchaj Hemingway
notatki to jeszcze nie literatura.
🖇
Gertrude Stein zawsze powtarza młodym malarzom, którzy skarżą się, że zmienia zdanie o ich twórczości, nie ja zmieniam zdanie o waszych obrazach ale obrazy wasze w pewnym momencie zaczynają wsiąkać w ścianę przestaję je widzieć no i wtedy oczywiście muszę je wystawić za drzwi.
Gertrude Stein, Autobiografia Alice B. Toklas,
przeł.
Mira Michałowska, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Gust nie ma nic wspólnego ze zdaniami,
mawiała Gertrude Stein.
🖇
Hemingway zaś powiedział jeszcze o sobie, skręcam swój płomyk który jest malutki coraz bardziej i bardziej i nagle następuje wielki wybuch.
(tamże)
pierwszą falę upałów dałyśmy radę razem z Pati już rehabilitacyjnie odrobić. w poniedziałek zaczęłyśmy odrabiać drugą. od wczoraj do jutra mam tylko jedno zadanie: przetrwać* trzecią.
217/365
________
* choć nie ma złej pogody, jest zmiana klimatu i z głową dobrane aktywności, by utrzymać się na powierzchni dobrego życia.
🍆
*

Autor(ka) nie do ustalenia.
w łańcuszku pokoleń ja dziś — taka zatrzymana na chwilę — jestem ucieleśnieniem niezliczonych historii, chwil, sytuacji, całego wachlarza uczuć, zachodów słońca, podróży, konsekwencji wielu przemyślanych decyzji, pomyłek i fartów oraz niewiarygodnie piramidalnych bezmyślności.
jestem wypadkową dalekiej niemojej przeszłości, ale również przeżytego przeze mnie zeszłego roku, ostatniego tygodnia i dzisiejszego dnia.
towarzyszy mi trzeci dzień pewność, że choć wszystko wcześniej czy później kończy się, to miłość trwa — jestem, jesteś, jesteśmy od stóp do głów utkani z kwantów miłości i światła, wydłubanych z tamtych niezliczonych historii, chwil, sytuacji, całego wachlarza uczuć, zachodów słońca, podróży, konsekwencji…
212/365
Nie ma czegoś takiego jak spójna narracja,
zdarzają się chwile rozświetlone, reszta jest ciemna.
— Jeanette Winterson
[w:] Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn,
przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.
Pati & Sadownik:
(we dwójkę ustalili, że
podobny dzielą ból, bo
Drzewko słucha wybiórczo)
Jabłoń:
(wie, że nijak się nie wybroni, ale
nie wie, że politycznie prorokuje)
Tak się zgadzacie, że
możecie założyć klub.
Pati:
(z godnym podziwu refleksem
też politycznie na czasie)
Ale nie musimy podpisywać lojalek?
Cała Trójka:
(dobrą chwilę rechotała)
🍆
delektuj się…
chwilą, promieniem słońca, powiewem wiatru,
smakiem kawy, dźwiękiem, kolorem, liściem,
nowo poznanym słowem,
by w pełni czuć, że żyjesz.
❦
assapora! gustati!
deliziati! goditi!
mica dimenticarti di assaporare,
di gustarti, di deliziarti, di goderti!
*
Mr. Rain, Lunedì nero.
— nie ciagnij, puść tę klamkę! wyjmij palce spomiędzy drzwi, bo one się zatrzaskują.
a gdy to się stanie, dopełni, gdy nastanie trudna do zniesienia cisza, odwróć się plecami do tych drzwi i oddychając, pozwól sobie rozejrzeć się po gruzach — często tak właśnie wygląda nowy początek.
203/365
[…]
mózg jest szczególnym organem,
podążającym swoimi ścieżkami.
— August Strindberg (1849–1912)
[w:] Mona Chollet, Nie dać się poczuciu winy. O tym, co nam przeszkadza w życiu, przeł. Magdalena Kowalska, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2026.
polski paradoks lat dwudziestych xxi wieku: z jednej strony, niespotykany dotąd poziom* świadomości indywidualnej; z drugiej zaś, imponujący poziom** wtórnego analfabetyzmu.
marnujemy wodę, talenty i ludzkie życia. komu gratulować?
201/365
_________
* czasem (eufemizm) aż do karykaturalnych rozmiarów — odmawiających głębi i sensu wspólnotowości — omnipotencji, rozumianych na opak: kreatywności, niezależności i mocy — wszystkiego tego, co zaprzęgane jest w służbie neoliberalizmu i obsesji pacyfikowania lęku przed tym, czego w życiu kontrolować nie sposób.
** dotyczy również wielkości gremiów faszystów, antyszczepionkowców, wyznawców prostych rozwiązań skomplikowanych zjawisk społecznych.
otrzymałam ciało, skończony czas, trochę szczęśliwych zbiegów okoliczności, kilka okazji, szanse na znaczące relacje, również dziś*.
świadomość tego wszystkiego z uśmiechem i dumą rozsiadła się w fotelu po powrocie do ula, wręczając mi nakolanniki. więc biorę z wdzięcznością oddech i z całego serca dziękuję** za ciało, czas, zbiegi okoliczności, okazje, szanse i miłość, która nieustannie przenika wszystko.
200/365
_________
* bardzo na ten świętujący weekend czekałam.
** szorując na czworakach.
❦


[suplement 20.07.2026]

Każda rozpacz jest inna, jak góra, którą trzeba nieść niby garb. Szczęście rozpływa się, wyrównując poziom jednorodnej kałuży samozadowolenia.
Manuela Gretkowska, Przeprawa,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
Gdy ponad dwa tygodnie temu usłyszałam fragment o wiszącej w powietrzu bójce, wiedziałam, że muszę sięgnąć po tę powieść, pomimo tego, że jest dostępna tylko w „papierzu”, pomimo faktu, że to beletrystyka.
Tymczasem sama książka wzięła pod uwagę wszystkie moje osobiste przeciw i wynagrodziła mi trud przewracania kartek po wielokroć. Po pierwsze, nauczyła mnie czytać fikcję: czytaj, jakbyś śniła tę historię. Po drugie, swoim pięknym językiem co chwilę przypominała mi stare czasy, gdy Orzeszek, Biały Kruk i ja po raz enty zaczytywaliśmy się Pogodą dla bogaczy — nie ten kontynent, nie ten kraj, ale to samo czytelnicze przywiązanie do bohaterów. Ciekawe, myślałam co chwilę, czytając tę powieść, czy ta historia, podobałaby się Im tak bardzo jak mi.
Jedyne, co jest wyjątkowo kiepskie w tej publikacji, to okładka. Ta książka nie zasłużyła sobie na tak beznadziejną oprawę graficzną, rodem z zajęć z Corela dla nieuków w głębokich latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Marginesy w środku również niemile zaskakują twórczo-ignoranckim: nie znam się, ale to zrobię. To wynik wydawniczych oszczędności czy much w nosie? Nie wiem. Powiedziałabym: mi byłoby wstyd.
[…] nerwowe dążenie do doskonałości, przez co sztućce jeszcze częściej spadały na podłogę lub rozpierzchały się po stole.
🖇
— To nie dom — skomentował Shah, omiatając wzrokiem wnętrze. — Co najwyżej adres, a i to powiedziane na wyrost.
— A jednak mieszkali tu ludzie — odparł Jimmy Joe.
🖇
— Gdy staliśmy wówczas na zboczu wzgórza, byłem w kiepskim nastroju — przyznał Ruttledge. — Zgadzałem się, że to jedyne znośne miejsce spośród tych, które obejrzeliśmy przez cały dzień. Widziałem, że jesteś zachwycona. Ale ja wyrosłem wśród podobnych pól. Udało mi się uciec dzięki edukacji, niedostępnej ledwie pokolenie wcześniej. Nagle znowu mierzyłem się ze wszystkimi marzeniami z dzieciństwa.
🖇
— Zamieniłbyś się z nim miejscami?
— Nie, chłopcze. Nie zamieniłbym się nawet z prawdziwym lordem. Prawdę mówiąc, chyba nikt z nas nie zamieniłby się z kimś innym miejscami. Wszyscy chcemy przejść przez życie we własnych butach. Wyjść tą samą drogą, którą weszliśmy. Ale w sumie dobrze, że nie mamy wyboru.
🖇
Jedna z nich zaplątała się mu we włosach. Atak z wolna ustawał. Patrick Ryan osunął się na ziemię i stopniowo odzyskiwał oddech.
— Po dwakroć jebane pierdolone w dupę pszczoły — krzyknął z wściekłością.
Z jego czupryny dobiegło bzyczenie. […] Nawet w butach wyszperali pszczoły. Kiedy Rutledge wytrząsnął kilka spod kolnierza jego koszuli, z gniewem wykrzyczał:
— Czemu nie zatłukłeś tych skurwieli?
— Nie było takiej potrzeby.
[…]
— Bardzo boli?
— Powiem ci, chłopcze, że nie zamienilbym tego bólu na miejsce w niebie.
[…] To minie. Wszystko w końcu mija, wystarczy poczekać.
🖇
— Przeszłość i teraźniejszość są jednakie dla umysłu — powiedziała Kate. — To tylko obrazki.
— Jesteś pewna, że nic nie piłaś, Kate? — spytał Rutledge.
🖇
— Ciagle tu są? — spytał Johnny, kiedy Rutledge odszedł.
— Jak widać.
— Nigdy nie sądziłem, że wytrwają. Co roku przyjeżdżałem do domu i spodziewałem się, że już ich nie będzie.
— A oni się nawet rozwijają. […] Myślę, że powinniśmy w końcu przyjąć do wiadomości, że będą tu równie długo jak my wszyscy: póki nie przyjedzie karawan.
🖇
[…] zaczynała pojmować, że życie bez lęku jest równoznaczne z życiem bez miłości i że nie da się tych uczuć z nikim dzielić. Była zadowolona i szczęśliwa, że jej pierwsza i najstarsza miłość, człowiek, który przez całe jej dzieciństwo nigdy nie przemówił do niej ostrym słowem, dotarł bezpiecznie do domu […].
🖇
Ludzie sa śmieszni. Patrzą na innych mniej lub bardziej z góry, ale jeśli ignorować ich spojrzenia, sami zaczynają się czuć nieswojo.
🖇
— Ludzie, których znamy, pojawiają się i znikają w naszych myślach bez względu na to, czy są tutaj, czy w Anglii, czy żywi, czy martwi — skonstatowała Mary […].
🖇
— Shah nie zmyśla. Ma w nosie śluby i wesela. Uważa, że tylko idioci się żenią.
— Może mieć rację — stwierdziła Mary.
🖇
— My nie rozmawiamy.
— Jest z tobą chyba ze dwadzieścia lat.
— Dłużej, ale i tak nie rozmawiamy — powtórzył z uporem.
Teraz to Rutledge poczuł zmieszanie. Zakładał, że ludzie znający się tak długo, rozmawiają ze sobą. A właśnie musiał przyznać, że przez te wszystkie lata, kiedy spotykał ich razem, nigdy nie widział, żeby zamienili choć słowo. Od czasu do czasu wygłaszali stwierdzenia, które miały dotrzeć do
adresata, czasem stojącego tyłem, czasem bokiem, ale nigdy twarzą w twarz. Podobne komunikaty były przyjmowane w milczeniu, po czym każdy wracał do swoich zajęć.
🖇
— Wy dwaj na pewno nigdy się nie zagadacie na śmierć —
zauważył Rutledge.
— Nawet nie byłoby wiadomo, od czego zacząć — powiedział Shah. — Zresztą, po co narażać tak własne życie.
🖇
[…] bał się, że ktoś go jeszcze usłyszy, i trząsł się ze strachu, że go nikt nigdy nie usłyszy.
🖇
— Nie powinieneś pospieszać spraw, tyle powiem. Lepiej poczekaj, aż będziesz pewien.
— Nie będziemy się śpieszyć. Tego na pewno nie zrobimy —
zaśmiał się, odzyskując spokój.
🖇
Bójka wisiała w powietrzu. Kiedy kierowców dzieliło ledwie kilka kroków i oni zastygli
bez ruchu. Obaj wyglądali na czterdziestolatków. Byli podobnej postury, niscy i tędzy. Nagle jeden zaczął śpiewać:
— „Weź mnie za rękę. Jestem obcy w raju. Zagubiony w krainie czarów”.
Na twarzy drugiego uśmiech powoli zastępował zaskoczenie. On również znał tę piosenkę i także potrafił śpiewać.
— „Stoję z płomiennym spojrzeniem. I tylko to jedno zagraża mi w raju. Śmiertelnikowi stojącemu obok anioła takiego jak ty” — zaintonował.
— „Ujrzałem twoją twarz. I wzniosłem się. Z banału uleciałem w niezwykłość”.
— „Gdzieś w tej przestrzeni w zawieszeniu będę trwał” —
zaśpiewał pewniejszym głosem drugi i uniósł dłóń, którą pierwszy chwycił z całych sił.
— „Dopóki nie dowiem się, czy i tobie zależy” — zaśpiewali chórem, zataczając koła w ciężkich buciorach i trzymając ręce w górze, by widzieli je oniemiali świadkowie. W końcu zastygli, stojąc twarzą w twarz.
— „Powiedz mu, że nigdy już nie będzie sam!” — ryknęli,
kończąc z przytupem przedstawienie.
Zebrani zaczęli bić brawo. Machając do nich, obaj kierowcy wspięli się do szoferek.
— W domu nigdy nic nie widzimy. Nic a nic — pożalił się Jamesie.
— Widzimy ptaki i niebo, i ślady zwierząt — przekomarzał się Rutledge.
— Nic. Nic nie widzimy. Ludzie są znacznie ciekawsi. Poza domem w jeden dzień zobaczymy więcej niż w domu przez miesiąc.
— Myślałem, że dojdzie do bijatyki.
— Śpiew i taniec jako wyjście, sprytne.
🖇
— Deszcz pada. Trawa rośnie. Dzieci się starzeją — rzucił nagle Shah. — Tak to jest. Wszyscy o tym wiemy. Aż za dobrze wiemy, a przecież nie możemy nawet głośniej o tym szepnąć. Lecz mimo wszystko wiemy.
🖇
— Zauważyłeś, że podróż powrotna zawsze wydaje się szybsza? — spytał, kiedy znowu zobaczyli łódki zacumowane pod wąskim mostem na rzece Shannon w Rooskey.
— Oczywiście - zgodził się Jamesie. — Nigdy naprawdę nie
wiesz, co cię czeka, kiedy wyruszasz w podróż. A drogę powrotną zawsze już znasz.
🖇
Rutledge kiedyś spytał Roberta Bootha, jak sobie radził z systemem podziałów klasowych, kiedy po raz pierwszy znalazł się w Oksfordzie, on, który teraz z łatwością poruszał się w tym labiryncie.
— To było zupełnie proste — odpowiedział natychmiast. —
Kiedy dorastaliśmy, mieliśmy poczucie wyższości wobec katolików. A najtrudniejszy jest przecież pierwszy krok. Potem już było zupełnie łatwo. — Ruttledge miał wątpliwości, czy obecnie z równą pewnością siebie i równie otwarcie mógłby coś takiego powiedzieć.
🖇
Szelest przewracanych stron gazety tworzył przestrzeń wokół bujanego fotela. […] Tylko wtedy, kiedy mówił o obrazach, w jego głosie pojawiał się ślad emocji.
🖇
— Mało przyjemna historia.
— Każdy z nas mógł się znaleźć na jego miejscu.
— Ale się nie znaleźliśmy — powiedział twardo Robert
Booth.
🖇
Jakby się nad tym zastanowić, Frank Dolan okazał się po prostu zbyt uczciwy i zbyt szczery. Każda z tych właściwości sama w sobie była niebezpieczna: ich połączenie stanowiło receptę na katastrofę.
— Nie poddajemy się. Znajdziemy jakieś wyjście. Musimy coś znaleźć — powiedział Rutledge, kiedy Frank Dolan zatrzymał się koło jego samochodu zaparkowanego przy wąskim moście w Shruhaun.
— Co powiemy jego lordowskiej mości, jak zapyta? — zastanawiał się Frank Dolan.
— Nic.
— A jeśli połączy kropki? On szybko kojarzy.
— Powiedz mu, że nadal się zajmuję sprawą — uspokajał go
Rutledge. Frank Dolan był znowu przybity i niepewny co do swojego wystąpienia w banku. — Nie martw się tym wszystkim. Coś wymyślimy.
🖇
Z ludźmi bywa różnie. Kiedy już mają w ręku lejce,
zupełnie nie wiadomo, w którą stronę pojadą.
🖇
— Czasami myślę, że może lepiej, by wszystko toczyło się swoim torem, nawet jeśli jest pomyłką. Próba naprawienia błędów na tak późnym etapie może spowodować więcej kłopotów, niż gdybyśmy nic nie robili. Zobaczymy.
— Cieszę się, że ma swoją szansę, cokolwiek miałoby z tego wyniknąć — zauważył Rutledge. - W końcu my wszyscy też ją kiedyś mieliśmy.
🖇
— Opowiedziałyby nam [stare ścienne zegary] niejedno, gdyby potrafiły mówić —
podsumowała Mary.
— Są mądre. Żadnego marudzenia. Nigdy nie miały kłopotów — powiedział Jamesie. — Mówiły tylko tik-tak. Tik-tak.
Nie odpuszczają żadnej okazji. Tik-tak. Nie mówią nic złego. Tik-tak. Odwracają wzrok. Tik-tak. Nie wpadają w żadne kłopoty. Tik-tak. Nie narzucają swojego zdania. Tik-tak. Nie wymuszają niczego. Tik-tak. Pytają, dlaczego nie, ale nigdy dlaczego. Sprytniejsze niż najmądrzejsi, co tego wszystkiego próbowali.
🖇
Przyrodzona świętość każdego pojedynczego życia bardziej uwidaczniała się w śmierci niż w jego naturalnym trwaniu.
🖇
— Myślisz, że jest życie po życiu? — Pytanie zaskoczyło
Rutledge’a […].
[…] — Nie wiem, z jakiego źródła pochodzi życie, no, chyba że z samej natury, ani w jakim celu istnieje. Myślę, że rozsądnie można przypuścić, że wracamy do jakiegoś sensu, z którego wyszliśmy.
🖇
Od czasu do czasu potrzebny jest twardy wstrząs, żebyśmy się nauczyli, że nie jesteśmy tu na zawsze.
🖇
— To pewnie ona nosi portki w tej rodzinie. Jak w Anglii, tam najczęściej kobiety noszą spodnie. Mężczyźni są za bardzo wypruci z wszystkiego, żeby im się chciało.
— Powiem ci coś. Wszystkie chodziłyby w spodniach, gdyby im na to pozwolić. Widziałem to wszędzie, dom po domu.
Ale ta parka jest inna. Wygląda, że nigdy się o nic nie sprzeczają. Czasami można się zastanawiać, czy to rzeczywiście mężczyzna i kobieta.
🖇
— A wszystko, co mamy, to ten jeden dzień.
— Więc wykorzystajmy go jak najlepiej — Ruttledge delikatnie ją pocałował, kiedy oboje wstawali.
John McGahern, Twarzą ku wschodzącemu słońcu, przeł. Olga i Wojciech Kubińscy, Części Proste, Gdańsk 2026.

— Wiem. Wiem. Wiem.
— Żylbyś o mleku i miodzie, chłopcze, gdybyś tylko został.
— Wszyscy bylibyśmy bogaci, gdybyśmy znali rezultaty jutrzejszych wyścigów konnych.
— Wtedy wszyscy wokół znali, tylko ty jeden nie.
— Wszyscy wokół się nie liczą.
🖇
— Na zdrowie.
— I oby jutro, z Bożą pomocą, też wstał dzień, jak mawia Jamesie.
— Pomyślności! I do dna.
🖇
[…] szczęścia nie da się powołać do bytu przez poszukiwanie ani przez gonitwę pośród zmartwień, ani nawet nie da się go w pełni ogarnąć; powinno się mu pozwolić na własne, powolne tempo, tak aby mijało niezauważone […].
🖇
— Nikt nie byłby tu milej widziany niż ty — powiedziała Mary i w tym prostym zdaniu odsłoniła wszystkie zawahania serca.
🖇
Bóg zamyka jedne drzwi tylko po to, żeby otworzyć kolejne.
🖇
Jesteśmy ledwo podmuchem wiatru na jeziorze.
(tamże)