Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pp. Osiatyńscy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pp. Osiatyńscy. Pokaż wszystkie posty

środa, lipca 28, 2021

4326. Przeczytane na gigancie (IV)

Przypomniało mi się, że na premierę tej książki czekałam w zeszłym roku. Czekałam podwójnie, bo premiera ibuka opóźniła się względem planowanej przez wy­daw­nic­two daty o minimum dwa tygodnie. Czekałam, czekałam, wyczekałam, nabyłam i po kilkudziesięciu stronach rzuciłam w kąt ze względu na merytoryczny poważny błąd, nie wierząc, że został popełniony, a potem przeoczony.

Przypomniało mi się, że książkę tę mam, choć nie mogłam przypomnieć sobie, dla­cze­go ją porzuciłam. Tak czy inaczej ze względu na jeden uścisk dłoni od Autorki do prof. Osiatyńskiego posłałam książkę Białemu Krukowi i sama też się za nią wzięłam.

Przypomniało mi się migiem, dlaczego rzuciłam ją w kąt. Chaotycznej końcówce dziękowałam, że stanowi ostatnie rozdziały książki, które mogłam już dopchnąć kolanem zgodnie z maksymą Orzeszka: zaczęłaś, skończ. Skończyłam i dałam radę wydłubać trochę dobrych liter.

Warto jednak pamiętać, że dobre życie nie powstaje ze strachu – czyjegoś przed nami i naszego przed innymi. „Obecność? Nieobecność? Co jest prawdą? Jeżeli ten, kto odszedł, jednak nadal jest, bo pozostawia ślady, o których tylu ludzi opowiada, to odszedł czy nie odszedł?

*

Tracę siebie… Jak to przetrwać? Czy przetrwam?

*

[…] nie wszystko i nie zawsze układa się dobrze. A w gruncie rzeczy dość często układa się źle. Jednak wtedy ma się wybór lub raczej trzy wybory: załamać się lub nie załamać; szukać winnych albo nie szukać; skupić się na przyczynach albo zająć rozwiązaniami.

*

[…] główną motywację w wyborze światopoglądu oraz filozofii życia i śmierci stanowi wolna wola, która nas prowadzi, manewrując pomiędzy lękami i tęsknotami, niewiedzą i wiedzą, pragnieniami i przeczuciami.

*

Sentencja brzmiała: „Zawsze znajdujesz się w miejscu, w jakim chciałaś być”. Och, jak się wtedy wściekłam. Ale zaraz potem pomyślałam: „Dobrze. Przekonamy się, kto ma rację”. Pomyślałam tak z przekornym prze­świad­cze­niem, że oczywiście rację mam ja i udowodnię, że w tamtej mojej sytuacji nic nie da się zrobić. Nieszczęście to nieszczęście. Wyrok. Koniec, kropka.
     I co? Zrobiłam ten pierwszy krok, tak jak mi ktoś doradził, w zupełnie inną stronę niż sądziłam, że zdołam. Pamiętam, że ze zdumienia nie mogłam się otrząsnąć: nagle znalazłam się w zupełnie innym miejscu niż chwilę przedtem. W odróżnieniu od poprzedniego to miejsce było znacznie lepsze, otwierało się na nowe możliwości, a przede wszystkim dotarło do mnie, że i to nowe miejsce, i to poprzednie niedobre miejsce zależało od „losu” tylko trochę, ale głównie ode mnie samej. I że nawet jeżeli nie mogę od razu robić tego, co chcę czy bym chciała, to na pewno mogę myśleć i czuć się tak, jak sama zechcę. „Zawsze znajdujesz się w miejscu, w którym chcia­łaś być” – jakże innego znaczenia nabrało wówczas to powiedzenie.

*

[…] przyjmować siebie z pokorą, jak jedyny, a więc naj­lep­szy możliwy dar od losu.

*

Doświadczenie to raczej subiektywne zjawisko, na które składają się trzy zasadnicze elementy: doznania, emocje i myśli.
// Yuval Noah Harari

*

Bo nie sztuka być ofiarą, która amputuje swój ból. Każda amputacja zawsze pozbawia kawałka żywej ciebie. Prawdziwa sztuka to swemu bólowi nie zaprzeczać i nie pozbywać się go, ale go ukoić, uciszyć i nie pozwolić mu odebrać sobie radości życia.

*

Lubię słowa z ukrytymi kalamburami, takimi jak ten: po-moc. Tak to właśnie widzę, słyszę i rozumiem – po-MOC.

*

Coś w końcu trzeba robić z tym wszystkim, czego nie mogę zmienić.
     […] A ze śmiercią – co robię, gdy zabiera mi tych, których będzie mi już zawsze brakować? Dla nich otwieram swój wszechświat wewnętrzny. Mam tam już najważniejsze osoby z całego mojego życia; są moimi myślami, pamięcią i uczuciami.

*

Jeżeli nie ruszysz z miejsca i zostaniesz w tym ciasnym tunelu, nigdy nie dowiesz się, że twoje bolesne przeżycie jest tylko małym kadrem widzianym z głębi tunelu, z twojej pułapki. Rusz do przodu, wydostań się. Wyjdź z tu­ne­lu, rozejrzyj się, im szerzej się rozglądniesz, tym więcej zobaczysz dróg, możliwości, szans.

*

Trzeba szukać powodów do dumy z siebie, zadowolenia ze swoich dokonań i wdzięczności za swoje życie.

*

Akceptacja natomiast jest zaprzestaniem nieracjonalnej walki i obróceniem odzyskanej energii oraz oszczędzonych zasobów fizycznych, psychicznych i społecznych na własny pożytek. Kapitulacja to przegrać, akceptacja to wygrać. Kapitulacja to ulec i zrezygnować z siebie, akceptacja to wziąć na nowo w swoje ręce ster nawy. Kapituluje słabszy i bezradny, akceptuje silny i ciekaw dalszej drogi. Kapitulacja to bezczynność, akceptacja to dzia­ła­nie. Kapitulacja zatrzymuje w miejscu ze spuszczoną głową, ak­cep­ta­cja pozwala iść dalej z głową podniesioną.

*

Akceptacja jest aktem duchowym. Nie jest ona transakcją w sferze relacji międzyludzkich, nie jest efektem czyjegoś dorobku naukowego ani wy­so­kie­go ilorazu inteligencji. Jest stanem uspokojenia i ulgi. Osiąga się ją przez zmianę myśli, uczuć i zachowań, przez zaprzestanie uporu i lamentu i do­pusz­cze­nie do głosu szeptu, ugody, nawet uśmiechu, chociaż może być przez łzy.

*

Im bliżej akceptacji, tym bardziej człowiek gotów jest przyjmować rzeczy takimi, jakie są, tym chętniej współpracuje, poddaje się prowadzeniu, za­czy­na słu­chać, nie szuka już ucieczek, nie chowa się za swoją wy­jąt­ko­wo­ścią, nie odrzuca wskazówek i pomocy.

*

Stratę trzeba oswoić – dla siebie i w sobie. Spojrzeć jej w oczy. Odważyć się przyjąć ją na zawsze. Żałoba po kimś najważniejszym to droga, tym trud­niej­sza, im głębsza była więź ze zmarłym. Ale wtedy też trzeba – w imię pa­mię­ci wspólnej przeszłości – powrócić do życia. Ból nie mija, lecz z cza­sem stopniowo cichnie i płowieje.

Ewa Woydyłło, Żal po stracie,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Duszę się miewa.
Nikt nie ma jej bez przerwy
i na zawsze.

[…]

Rzadko nam asystuje
podczas zajęć żmudnych,
jak przesuwanie mebli,
dźwiganie walizek
czy przemierzanie drogi w ciasnych butach.

Przy wypełnianiu ankiet
i siekaniu mięsa
z reguły ma wychodne.

[…]

„Nie mówi skąd przybywa
i kiedy znowu nam zniknie,
ale wyraźnie czeka na takie pytania.

Wygląda na to,
że tak jak ona nam,
również i my
jesteśmy jej na coś potrzebni.
  // Wisława Szymborska, Trochę o duszy.

(tamże)

środa, maja 20, 2020

3816. Też już skończona

W dniu premiery dwa papierowe egzemplarze w ramach wspierania księgarni kameralnych szły do swoich nowych właścicieli. W dniu premiery zaznaczyłam tę książkę do upolowania (nigdzie mi się nie śpieszyło), by dwie godziny później mieć ją na czytniku, bo dowiedziałam się, że w środku jest rozmowa z Justyną Kopińską, a ja jedną Jej wielbicielkę znam i tę wielbicielkę uwielbiam, i Ona muuusiała tę książkę mieć, już-i-natychmiast.

Po przeczytaniu wstępu postanowiłam wrócić do książki Jana Szczepańskiego, gdy tylko dotrę do Małej Danii, bo tam ta książka od dziesięcioleci mieszka.

Znałam te rozmowy, ale z przyjemnością do nich wróciłam, gdy przeczytałam te fragmenty, których nie znałam. Czytając, słyszałam głos Profesora. Z przyjemnością czytałam o wszystkich jego lekturach. Ta książka koi niezgodę na Jego nieobecność, ale zbyt szybko się kończy.

Pewnie jeszcze długo krążyłabym po tej książce, by wybrać cytaty, ale robię to dziś, by mieć puste czytelnicze „naczynie” przed jutrzejszym udaniem się do szpitala.

Dla niniejszego zbioru zaproponowałam tytuł „Ludzkie sprawy”. Nieprzypadkowo. Mieliśmy z Wiktorem ulubioną książkę o prawie identycznym tytule — „Sprawy ludzkie” Jana Szczepańskiego (Czytelnik, 1978). Wielokrotnie, przez lata, czytaliśmy eseje Szczepańskiego o cierpieniu, losie, samotności, człowieczeństwie, irracjonalności, obojętności, starości, śmierci i życiu — czyli o wszystkim, co ludzkie. Coraz bardziej sfatygowany tom w beżowej tekturowej okładce wędrował z lewego stolika nocnego w naszej sypialni na prawy, w zależności od tego, które z nas akurat dopadł jakiś dylemat filozoficzny lub życiowy lub kto potrzebował wsparcia duchowego naprawdę dojrzałego myśliciela.
// Ewa Woydyłło-Osiatyńska

*

Ktoś mi kiedyś powiedział ciekawe zdanie: nie jest problemem, że masz problem, ale problemem jest, jeśli w tym roku masz ten sam problem co rok temu, bo to oznacza, że nic z nim nie zrobiłeś.
// Wiktor Osiatyński

*

Trzeba pozwolić sobie na ciszę, zorganizować ją i posłuchać.
// Mika Dunin

*

[W.O.] Czy człowiek składa się z innych ludzi, z wielu miejsc, z różnych epok? Czy rzeczywiście tak jest?
     
[Agata Tuszyńska] Tak. Ci inni, z którymi dane nam było się spotkać, tworzą naszą tożsamość, naszą istotę. Moim zdaniem tworzą nas przeszłość, pamięć i inni ludzie.
     [W.O.] Ale często chcemy o tym zapomnieć.
     [A.T.] Niesłusznie.

*

[…] uświadomiłam sobie, że gdy człowiek się boryka, potyka i zmaga, nawet wówczas, gdy coś się nie udaje, to na tej wyboistej drodze z błockiem też można być szczęśliwym.
// Paulina Młynarska

*

[W.O.] No dobrze, znalazła pani u mnie ten wskaźnik i mówi mi pani, że co mam zrobić? Co pani może zrobić, co ja mogę zrobić?
     [Maria Barcikowska] Proste rzeczy. Powiem panu, żeby w sposób racjonalny i uporczywy ćwiczył pan zarówno mózg, jak i ciało, ponieważ są one bardzo ze sobą związane. […] Chodzenie zdecydowanym krokiem, bo to stymuluje okolice hipokampa i to jest bodziec dla tego na pół gwizdka pracującego mózgu.

*

A poza tym przebaczenie to jest proces. Niekiedy długi, skomplikowany i trudny. Ale każdy zaczyna się tak samo. Od pierwszego kroku. A tym pierwszym krokiem do przebaczenia jest decyzja: chcę przebaczyć. A potem trzeba iść w tym kierunku. Konsekwentnie.
// Ewa Woydyłło-Osiatyńska

*

Między „kiedy” i „dlatego” jest różnica jak między wolnością i niewolą.
// Wiktor Osiatyński

*

Bo jeżeli jestem wierny sobie, to mam pewien zbiór wartości, chcę ich przestrzegać i nazwałbym to wtedy uczciwością wewnętrzną. Wyznaję pewne zasady i ich nie łamię. Natomiast nie narzucam ich innym. Gdy zaś jestem wierny Bogu albo jakiejś ideologii, wtedy chcę, żeby ona była dominująca. I narzucam ją innym.
// Wiktor Osiatyński

*

Została mi półka z książkami Profesora. Jego dedykacje układają się w życiowe credo:
     — pogody ducha („Rehab”),
     — pogodnego poznawania siebie („Litacja”),
     — trafnego wyboru dróg („Drogowskazy”),
     — radości („Rehabilitacja”).
     I jeszcze ta najważniejsza dla mnie rada, która w internecie uzyskała status wirala: najważniejsze to rano wstać i odpieprzyć się od siebie.
     Dziękuję
.
// Dorota Wodecka

*

[D.W.] A poza tym dobrze jest?
     [W.O.] Jeszcze nie. […] Ale będzie lepiej. No i humor w porządku. W końcu to tylko życie.

Wiktor Osiatyński, Dorota Wodecka, Ewa Woydyłło-Osiatyńska,
Ludzkie sprawy. Pyta i odpowiada Wiktor Osiatyński,
Agora, Warszawa 2020.
(wyróżnienie własne)

niedziela, sierpnia 27, 2017

(2530+2). Druga z trzech (2/3) po raz trzeci

 wpis przeniesiony 2.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zaletą przegapienia książki, gdy była nowością i odkrywania jej dla siebie po latach, jest to, że można spotkać tych, których się ogromnie szanuje, a którzy już nic nie napiszą na tym świecie. Tak było w tym przypadku. Choć Profesor odszedł w maju tego roku, znów do mnie mówił — mówił, jak zwykle, bardzo mądrze.

Najbardziej bodaj wrażliwym elementem indywidualnej tożsamości jest tożsamość seksualna. Zwłaszcza w kulturach chrześcijańskich, od kiedy uznały seksualność za sferę grzechu, z którego rozgrzeszyć może jedynie prokreacja. Chyba w żadnej dziedzinie życia nie ma tak wielu obostrzeń moralnych i prawnych. I tak wielkiego zakłamania. I tak ogromnej represji uczuć i pragnień. I wreszcie tylu naruszeń ludzkiej godności.

*

Populizm to chytry pomysł na rządzenie. Podobnie jak autorytaryzm, populizm opiera się na strachu. Różnica polega na tym, że podczas gdy wódz autorytarny mówi ludziom: „bójcie się mnie, bo inaczej was skrzywdzę”, to przywódca populistyczny mówi „bójcie się ich, a ja was przed nimi obronię”.

*

[…] wrażliwość nie ma polegać na współczuciu ofiarom różnorodnych fobii, ale na tym, by chcieć zrozumieć ich wybory, wczuć się w ich sposób życia, myślenia i odczuwania.
Jestem przekonany, że ta książka pomoże każdemu czytelnikowi zastanowić się nad tym, co by było, gdyby mu zabroniono być sobą.

Wiktor Osiatyński, A gdyby tobie zabronili być sobą?,
Marta Konarzewska, Piotr Pacewicz, Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

piątek, maja 12, 2017

2364. Światełko

 wpis przeniesiony 30.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gdy zaczynaliśmy chodzić na Wojskowe Powązki, paliliśmy dwa światełka: Tuwimowi i Broniewskiemu. Potem doszły te zapalane dla Leonida Teligi i Macieja Zębatego. Od dziś będziemy palić światełko dla prof. Osiatyńskiego. Nie napisze już żadnej książki.

Sensem i celem życia jest pomnażanie
ilości życzliwości między ludźmi
.

Wiktor Osiatyński
(1945–2017)

(fot. Radek Pietruszka, fragment)

czwartek, sierpnia 14, 2014

(1097+1). Feminium bez Chronosa (III)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Często bywa, że w jednych książkach znajduję znanych i cenionych przez siebie Autorów innych książek. W książce Cacho echem odbija się sposób pracy Güntera Wallraffa. W Magmie, którą właśnie przygotowuję do wyjścia z domu, jest przepiękny cytat z manifestu feministów napisanego przez prof. Wiktora Osiatyńskiego (poniżej). Ciasny mam umysł i nie mogę sobie wyobrazić, że można nie być feministką czy feministą.

pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań z tego pięknego, mądrego tekstu:

Jestem feministą, ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne. [...] Jestem feministą, ponieważ wiem, że w większości kultur współczesnego świata małżeństwo sprowadza się do tego, iż kobieta wobec wybranego mężczyzny wyrzeka się tych środków ochrony przed przemocą i gwałtem, jakie przysługują jej wobec obcych ludzi. [...] Jestem feministą, ponieważ marzy mi się świat ludzi prawdziwie równych, bez względu na płeć, rasę, wyznanie, orientację seksualną lub jakąkolwiek inną przyczynę. Jestem feministą, ponieważ wiem, że nierówność płci czyni mnie samego gorszym i odziera także mnie z godności. Wierzę zatem, że jeśli będziemy się traktować z równym szacunkiem, to będzie lepiej nie tylko kobietom, ale także mężczyznom.

Agnieszka Graff, Magma,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

wtorek, maja 21, 2013

749. Po kronikarsku

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Tej książki nie należy czytać jako pierwszej Autora, bo może stać się również ostatnią, a szkoda by było. Bez porywu, bo to kompilacja różnych tekstów, ale wydłubać smaczne się dało.

Duchowości tej nie należy jednak mylić z religijnością. Zdarza się bowiem, że na początku trzeźwienia chory idzie na kilka mityngów AA, potem wraca do kościoła, spowiada się, dostaje rozgrzeszenie i myśli, że Pan Bóg teraz będzie trzeźwy za niego. Najczęściej kończy się to zapiciem. Religia bardzo pomaga w trzeźwieniu, ale tylko wtedy, gdy nie zastępuje pracy nad rozwojem duchowym, emocjonalnym oraz nad przebudową myślenia. Duchowość osiągnięta w AA nie jest cudownym lekarstwem, ale najczęściej ukoronowaniem ciężkiej pracy nad własnym rozwojem.

*

Trzecim środkiem leczenia z przemocy jest stworzenie możliwości, by ludzie gwałtowni mogli nabierać szacunku do samych siebie. Można to uzyskać poprzez proste prace, z których mogą się wywiązać warsztaty artystyczne i nauka szkolna czy uniwersytecka. Nauka nie jest bowiem tylko gromadzeniem wiadomości lub zdobywaniem umiejętności przydatnych w życiu. Uczenie się jest najtańszym w skali społecznej i najbardziej dostępnym środkiem budowania poczucia własnej wartości.

*

[Ernest Kurtz w rozmowie z W. Osiatyńskim] (…) Używam słowa „duchowy” w szerokim znaczeniu — duchowa jest na przykład przyjaźń.
     (…)
     Duchowość to jest coś, co nam mówi, że najcenniejsze rzeczy w życiu nie podlegają naszej kontroli. Jest też sposobem życia z tą świadomością.
(…)
Istnieje taki rodzaj zadziwienia i wzruszenia, który wiąże się z uświadomieniem sobie, że rzeczywistość wykracza poza osobę człowieka. To wystarczy.

*

Nie myśleć w kategoriach „rozum albo coś innego”, lecz „rozum plus coś jeszcze”. Rozum i tajemnica. Rozum i emocje. Rozum i intuicja. Rozum i objawienie. Rozum i mądrość. Rozum i miłość.

Wiktor Osiatyński, Drogowskazy,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

sobota, maja 11, 2013

(735+4). Reminiscencje (v)

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Niektóre kobiety są… Piękne.
Niektóre kobiety są… Mądre.
Mądre i Piękne kobiety?
Bagaż, z którym weszłam w dorosłe życie zawierał przekonanie, że kobiety mogą być albo piękne, albo mądre. Dużo czasu zajęło mi dojście do miejsca, w którym pomiędzy tymi przymiotnikami z niebywałą pewnością stawiam spójnik „i”.

Odkrycie przekonania, które dotyczyło kolejnej pary przymiotników — silna, piękna — zaskoczyło mnie. Wyjaśniło się, dlaczego reagowałam złością i bezsilnością, za każdym razem, gdy okazywałam się silną kobietą. Byłam już wtedy piękna i mądra. Nie chciałam być tylko mądrą i silną. Dzięki Pauli Cole z łatwością postawiłam spójnik „i” pomiędzy trzema przymiotnikami…

*

Przypomniała mi się ta moja wewnętrzna przemiana, gdy czytając Osiatyńskiego, przeczytałam, że i On ceni sobie książkę Susan Jeffers pt. Nie bój się bać. Tak! Siła, uświadomiona i dobrze wykorzystywana, nie zabija miłości, Ona tworzy! Przypomniane przez Autora Rehabilitacji słowa ćwiczenia Susan Jeffers postanowiłam zachować od zapomnienia.

*

Dla Nietoperza, któremu komputer czyta:

Jestem silny i kochany.
Jestem silny i kocham.
Jestem silny i to uwielbiam.

Wiktor Osiatyński, Rehabilitacja,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012.

(735+3). Reminiscencje (iv)

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ostatnia część Trylogii (Rehab+Litacja+Rehabilitacja) za mną. Szkoda.

Od kilku dni myślę sobie co jakiś czas z wdzięcznością: „Panie Wiktorze, dziękuję, dziękuję, dziękuję!”. Książka, która w zamierzeniu Autora miała być o dojrzewaniu, o tożsamości, o miłości i przyjaźni, jest o dojrzewaniu, o tożsamości, o miłości i przyjaźni — jest piękna!

Wybrane z wybranych podkreśleń:

Wiem tylko tyle, że zmieniałem się poprzez kryzysy i dzięki nim.

*

Zawsze starał się załatwiać sprawy innych ludzi, a teraz zobaczył, iż robił to po to, żeby samemu się dowartościować. Zapisał więc: Nie dawaj nikomu rad, dopóki cię nie poproszą. I nie załatwiaj nikomu ich spraw, nawet jeśli cię poproszą.

*

Kolejną płaszczyzną zdrowienia było nauczenie się dbania o siebie. Należy otaczać się ludźmi, którzy troszczą się o siebie, a unikać wszystkich, którzy siebie niszczą. Nauczyć się mówić ludziom i propozycjom „nie”, po to, by znaleźć czas dla siebie samego.

*

Tylko rodzice mieli prawo okazywać złość. Innych uczuć nie okazywali, bo chyba nie umieli. Gdy W. chciał mówić o swoich uczuciach, słyszał, żeby w nich nie grzebał, pracował i był zadowolony z tego, co ma.

*

Wewnętrznie wolny człowiek żąda i bierze odpowiedzialność, niewolnik błaga i obwinia.

*

Nie wiedziałem dokładnie, na czym to wybaczenie polegało, aż po latach ktoś mi przysłał maila, że „wybaczenie oznacza pozbycie się wszelkiej nadziei na lepszą przeszłość”.

*

W Sierra Tucson usłyszał, że najważniejsze decyzje życiowe podejmujemy — nieświadomie — w dzieciństwie, pod wpływem doświadczenia i bólu. Ten, którego spotykają kary za wyrażenie złości, będzie milczał, a kogo nagradzają za śmiech będzie się śmiał. Ale każdemu kiedyś zrobi się dziura w tkance życia i w duszy. Może zatem najważniejsze w wychowaniu jest nie to, by temu zapobiec, ale by uczyć dzieci, jak taką dziurę dostrzec, zatrzymać, by oczka nie poleciały za daleko i umieć ją zacerować. Życie, dobre życie to chyba jest właśnie umiejętność naprawiania tego, co inni albo my sami popsuliśmy.

*

Gdy mikrobus odjechał, W. przypomniał sobie obietnicę na bramie wjazdowej „Spodziewaj się cudu”. Pomyślał o cudach, jakie tu przeżył. […]
Gdy mikrobus dojeżdżał do bramy wyjazdowej W. przeczytał drugi napis: „You are a Miracle”, czyli „Ty sam jesteś cudem”.

Wiktor Osiatyński, Rehabilitacja,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012.
(wyróżnienie własne)

(735+2). Reminiscencje (iii)

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wdałam się w mijającym tygodniu w dwie nędzne, ale pouczające rozmowy. Wyciągnęłam wnioski i nie dam się już więcej sprowokować. Tak postanowiłam. I już.


     — czy psychoterapia ma sens?
     Odpowiedź poprawna, ale jednocześnie całkowicie niewłaściwa:
     — TAK. Bo… tutaj należy wypruć sobie flaki wyciągając, poza argumentami merytorycznymi, również osobiste wątki. W końcu każdy psychoterapeuta, poza swoją praktyką, ma za sobą setki godzin terapii własnej i ewidentnie mu się lepiej żyje.

     Odpowiedź niepoprawna, ale całkowicie uzasadniona:
     — NIE. I już. Zadowolony?

*

Był taki czas w mej młodości, gdy chciałam zostać weterynarzem. Wygląda na to, że będąc psychoterapeutką „spełnia” się również to marzenie. Popłakałam się ze śmiechu czytając poniższą opowiastkę.

[...] W. wymyślił opowieść o stonodze. Przychodzi stonoga do doktora, kulejąc na kilkanaście nóżek. Lekarz ją bada i mówi, że może da się to jakoś naprawić. Zaczyna masować nóżkę. Ale ta mnie nie boli tak bardzo jak tamta, mówi stonoga. Nie szkodzi, odpowiada lekarz i masuje dalej. Potem drugą. Stonoga znowu protestuje, bo tamte sześć, po drugiej stronie są w gorszym stanie. A lekarz swoje. Po kilku zabiegach zdziwiona stonoga przestaje kuleć. Jej problem tkwił w centralnym układzie nerwowym, który trzeba było pobudzić i zmienić jego funkcjonowanie. Można się było do niego dostać od dowolnej nóżki, z wyjątkiem tych, które były już w dużej części zniszczone.
     Z czasem W. radził swoim podopiecznym, by na początek nie wybierali największych wad. Raczej takie, co do których sądzą, że będą mogli sobie z nimi stosunkowo łatwo poradzić. Bo nie ma większej przeszkody niż porażka i większej motywacji niż sukces.

Wiktor Osiatyński, Rehabilitacja,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012.

(735+1). Reminiscencje (ii)

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czytając Osiatyńskiego dotarło do mnie, że jestem „współuzależniona”, pomimo nieposiadania rekwizytu, jakim jest uzależniony członek rodziny. To, co nazywałam swoim życiem, zawierało zbyt wiele elementów wyraźnie nacechowanych między innymi chronicznym cierpieniem na perfekcjonizm czy rzutami pracoholizmu. Postanowiłam podjąć kroki ku wyzdrowieniu...

Czysta przyjemność. Niezmącona żadnym celem czy półśrodkiem do celu. Nieograniczona czasem. Niezawierająca nawet grama sensu. Odkryłam Ją. Najczystszą, pierwotną Przyjemność nakryłam na istnieniu. A stało się to tak... Leżałam na kanapie. Obok mnie Heniutka, z głową na mym brzuchu, z przymkniętymi oczami, rozluźniona, ciepła, spokojna, pewna, że właśnie tak wygląda proste, dobre życie. Moja kudłata, wielka Nauczycielka i odrobina ludzkiej uważności. Uznałam to odkrycie za pierwszy krok...

*

Przypomniało mi się zdjęcie, które otrzymałam od Atagi. Czyżby wróżyło już wtedy zmianę?

(źródło)

sobota, maja 04, 2013

732. Ukochany Osiatyński

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Może dwa tygodnie temu włączyłam radio w okolicach 19.56, a może 20.56. Załapałam się tylko na końcówkę audycji „O pomaganiu”. Gdy rozpoczął się już blok reklam dotarło do mnie, że znam głos zaproszonego gościa, który należy do jednego z dwóch moich ulubionych Profesorów. Z tyłu głowy zapamiętałam, że na pewno nie przez przypadek pojawił się w radio. Prawie tydzień temu przypomniał mi się ów incydent. W ulubionej księgarni klik, klik... zdziwiłam się milusińsko... klik, klik i trzy nowe książki już szły na poczet majowego czytania. Jedna już za mną. Stanowi kontynuację Rehaba. Prawdziwa, mądra, ludzka...

Zapisał w dzienniczku, że po to, by być w dobrym stanie ducha, musi narzucić sobie codzienną dyscyplinę: chodzić wcześnie spać i rano wstawać; robić to, co do niego należy, nie odkładając nic na potem; nie planować za dużo i realistyczniej mierzyć czas potrzebny na każde zadanie; robić jedną rzecz naraz; codziennie trochę pisać i nie pisać wieczorami. Niemal nic z tego mu się nie udało. Nigdy.

*

Przypomniał sobie rozmowę, jaką przeprowadził siedem lat wcześniej z Janem Szczepańskim. Rozmawiali o sensie życia i o szczęściu. Profesor mówił o tym, że w życiu trzeba mieć cele i trzeba mieć dyscyplinę, by te cele realizować. W. porównał cele do mety i zapytał, czy dobiegnięcie do mety daje szczęście. „Nie” — odpowiedział profesor. „Szczęście to rozkoszować się pełnią sił podczas tego biegu”.

*

Zapomniałem o tym, że ludzie mają prawo być neurotyczni i pokręceni.

*

Nikt mu nie mówił o uczuciach — ani w szkole, ani w kościele, ani w domu. Słowo „uczucie” było synonimem miłości, oprócz tego były „emocje”, głównie zresztą złość.

*

Postanowił zapamiętać, co ma robić, jeśli nie chce cierpieć.
     1. Szanować siebie;
     2. Kochać siebie;
     3. Nie mówić do siebie bez przerwy „muszę”;
     4. Przestać się bać i wyzbyć poczucia winy;
     5. Wybierać i selekcjonować swoje plany i zobowiązania;
     6. Mniej mówić i słuchać innych;
     7. Nie krytykować;
     8. Akceptować innych i tolerować ich poglądy:
     9. Pomagać innym;
     10. Żywić uczucie rewerencji wobec świata, natury i ludzi.
     To było jego własne dziesięć przykazań. Tamte dostał od Boga po to, by być dobrym. Te dostał od siebie, z własnego życia, po to, by być szczęśliwym. A najpierw po to, by nie być nieszczęśliwym. Nauczył się ich na pamięć i włączył do codziennej porannej medytacji.
     Po jakimś czasie poczuł, że czegoś ważnego mu brakuje. Dopisał jedenaste przykazanie: Bądź radosny.

Wiktor Osiatyński, Litacja,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012.

wtorek, kwietnia 10, 2012

446. PWW

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Skromność.
Samokrytyka.
Sumienność.
Spełnieni?
Sumiennie skromni.
Sumiennie samokrytyczni.
Bo... nie chwal dnia przed zachodem słońca,
Bo... nie chwal człowieka przed jego śmiercią.
I przestań, do jasnej cholery, mówić „bo”, gamoniu!

***

Poczucie własnej wartości. Wynosi się z rodzinnego domu. Nie wyniosłam. Można w dorosłości próbować sztukować, flancować, leczyć. Implant poczucia własnej wartości u mnie nie chciał się przyjąć. Lista stu rzeczy, które udało mi się w życiu zrobić, mogłaby mieć nawet tysiąc pozycji. Każdej z nich po mistrzowsku umiem umniejszyć, bo... każdy może to mieć... wystarczy chcieć... to przecież nic takiego...

Nie mogłam nasiąknąć nawet oparem poczucia własnej wartości. Potrzebowałam właściwych słów, by odkryć nieznane mi poletko, na którym moje prywatne poczucie własnej wartości postanowiło wypuścić nie tylko listek. Sama się sobą zdziwiłam, gdy dotarło do mnie, że co jak co, ale radzę sobie świetnie!

Poczucie wartości to nie podziw ani zachwyt. Poczucie wartości to właśnie wiara w siebie. Nie, że wszystko umiemy i robimy świetnie, lecz że ze wszystkim sobie poradzimy. Nawet, gdyby tym „wszystkim” bywało niekiedy odstąpienie od zamiaru, zmiana planów, akceptacja niepowodzenia, skrucha za popełnioną niegodziwość, naprawienie win lub zwyczajne rozpoczęcie od nowa. Czymkolwiek to „nowe” miałoby być.

E. Woydyłło, Powtórka z matury,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.
(wyróżnienie własne)

Wrócił ten tekst do mnie niczym klamra, gdy w zeszłym tygodniu na zaprzyjaźnionym blogu przeczytałam nieznaną mi, ale podobno starą, brodatą anegdotkę o małej dziewczynce. Przez całe święta opowiastka ta do mnie wracała i wracała wywołując na mej twarzy uśmiech. To chyba ja... To chyba ja... Dopisałam polecaną książkę do majówkowej listy. A małej dziewczynki nie chcę już zgubić. Cytuję za Dudim:

Tischner opowiadał podczas kazania, że Pan Bóg stworzył wszystko, co nas otacza: żaby, zające, jelenie, misie… I tak wymieniał razem z dziećmi różne zwierzęta. A w końcu zapytał: „Które stworzenie udało się Panu Bogu najbardziej?” Miał nadzieję, że powiedzą „Człowiek”. Ale dzieci milczały. I wtedy ze środka kościoła wyszła mała dziewczynka, podeszła do mikrofonu i powiedziała: „To chyba ja”. (…) Tischner ją pochwalił: „Bardzo dobrze powiedziałaś!” Tę odpowiedź przytaczał potem często, ilekroć tłumaczył, jakie znaczenie dla człowieka ma odczuwanie samego siebie jako wartości.

W. Bonowicz, Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

Nowa, cudna mantra: to chyba ja, to chyba ja. Proszę, weź ją sobie i noś zawsze przy sobie.

***

Przypomniało mi się. Z sobotniej podróży na Dolny Śląsk, słowa z wielkiego plakatu:

It's your life. Just take it!

piątek, marca 02, 2012

(425+3). Dębowego Duetu Piękna Połowa... się czyta

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W procesie uczenia się, rycia czy zakuwania pewien poziom deprywacji sensorycznej jest absolutnie niezbędny. Jak mantrę powtarzałam przez prawie dwa miesiące: to… tak, koniecznie, na pewno, ale po egzaminach. W odstawkę poszły spotkania międzyludzkie, książki i obsługa domu. Ponieważ już jest „po” nadrabiam we wszystkich kategoriach. Niektóre „nadróbki” potrafią mnie bardzo mile zaskoczyć. Otóż, szłam powolutku na spotkanie, dysponowałam ekstra kwadransem i zaszłam do małej księgarenki, w której wielokrotnie czekały na mnie książki, których nigdzie już kupić się nie dało. Wchodzę, wodzę oczami po grzbietach książek w mym ulubionym dziale i oczom nie wierzę. Uchowała się specjalnie dla mnie książka, o której, gdy była dostępna, nic nie wiedziałam. Płacąc okazało się, że ta książka wcale a wcale nie uchowała się specjalnie dla mnie. Mam najzwyczajniejsze szczęście wynikające z faktu, że wydawnictwo postanowiło wznowić brakujące tytuły Ewy Woydyłło. Znów odłożyłam wszystko na bok i połykam kolejne strony. Dębowy Duet (322) mieszka w mej bibliotece na jednej półce. To jednak mało. Jadąc dziś do pracy tramwajem uśmiałam się jak norka, bo spotkałam ten Duet razem na jednej stronie książki:

Konstytucjonalista i prawnik Wiktor Osiatyński pisze: „W relacjach z ludźmi powinniśmy zdobyć się na ryzyko nie tylko domagania się praw nam należnych, lecz także proszenie innych o to, czego sami moglibyśmy oczekiwać. Zwracanie się z prośbą pociąga za sobą ryzyko, że nie zostanie ona spełniona, a wtedy proszący może poczuć się odrzucony i jego poczucie wartości narażone będzie na szwank. Sposobem na zmniejszenie tego ryzyka jest pozwolenie drugiej osobie, aby powiedziała «nie». Na przykład, prosząc o przysługę, można zaznaczyć: «Nie czuj się zobowiązany, nie przyjmę odmowy osobiście». Ważne jest, by oddzielić prośbę i potencjalną odmowę od własnego poczucia wartości. Gdy ktoś prosi mnie o pożyczenie pióra, a ja odmówię, nie oznacza to negatywnej oceny tej osoby ani jej wartości. Jest oznaką dotyczącą mojej osoby i wartości mego pióra dla mnie. Moją odmowę należałoby rozumieć jako oznajmienie, że potrzebuję tego pióra lub jestem do niego przywiązany i nie chcę się z nim rozstawać. Dotyczy to wszystkich innych próśb, w tym również takich jak zwrócenie się o pomoc, uczucie lub intymną bliskość.
     Świat idealny byłby wspaniały, gdyż relacje między ludźmi byłyby oparte na miłości, przyjaźni i innych dobrych uczuciach. W świecie rzeczywistym przyjaźń często bywa zerwana, miłość zdradzona, dobre uczucia nadużyte. Dlatego właśnie potrzebujemy instrumentów obrony siebie w sytuacjach, gdy dobrych uczuć zabraknie lub nas zawiodą”.
     Z tej samej książki przytoczę jeszcze jeden z jej końcowych fragmentów, ponieważ napisałabym w tym miejscu dokładnie to samo, gdyby wcześniej nie napisał tego profesor nauczających o prawach człowieka. Oto jego przesłanie zawarte w Liście do studenta: „Wchodź w osobiste relacje z nadzieją i ufnością, lecz również z ostrożnością. Nie wyrzekaj się swych praw zbyt pochopnie. Lecz gdy nawiążesz z kimś osobistą więź, zapomnij o swych prawach — jakkolwiek nie zrzekając się ich całkowicie. Twe relacje z ludźmi będą bogatsze, jeżeli będą opierać się na przyjaźni, miłości, empatii, gotowości do dawania i wybaczania. Gdybyś jednak został przez kogoś zdradzony lub wykorzystany, nie wahaj się odzyskać swych praw. Jesteś wolną istotą, a nie niewolnikiem rodziny czy znajomych”.

E. Woydyłło, Poprawka z matury,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.



poniedziałek, grudnia 19, 2011

394. Twardy suchar przepaści pokoleniowej

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Słuchałam radia... rozmowa z Ewą Woydyłło... prowadzący rozmowę przytoczył fragment poniższego wywiadu... zadzwoniłam do Sadownika, by kupił mi, koniecznie, ten numer czasopisma... przeczytałam i:


Jarosław Wałęsa: (...) mam fajną grę, takie branie go [ojca] pod włos. Co jakiś czas, na przykład po śniadaniu sobotnim, on już chce uciekać do swojego gabinetu, do komputera, a ja wtedy mówię: „Ojcze...”. A on: „Co?”. “Kochasz mnie?”. I on ucieka, szybko ucieka, mówi: “Daj mi spokój!”. On nie jest w stanie tego powiedzieć.
Piotr Najsztub: Taki mu pan robi szach-mat.
Tak, on nie jest w stanie nic zrobić, zareagować. Ale nie daję za wygraną i co kilka tygodni, teraz nawet częściej, pytam go: „Ojcze, czy mnie kochasz?”. Może kiedyś uda mi się to w nim zmienić. Tak dramatycznie tego nie oczekuję, bo otrzymałem od mojego ojca tyle miłości, ile on mógł dać. Ale lubię widzieć tę różnicę pokoleniową, że ja jestem w stanie to powiedzieć i powiem do mamy, do siostry, do brata, do przyjaciela i nie mam z tym problemu, a on nawet rodzonemu synowi nie jest w stanie tego powiedzieć. To jest ogromna przepaść pokoleniowa.

Marzenie o myciu włosów prawą ręką, Wprost, nr 51/52, 2012.


I westchnęłam. Znam takiego jednego, z tego samego rocznika co prezydentowy syn, co też ma gwiezdne marzenie, by mu jego własny ojciec powiedział, że go kocha. Znam takich, co bez pragnień wobec swoich rodziców już żyją, bo mogą tylko z niebem rozmawiać. A ja? Ja wierzę w to, że gdyby mój Ojciec wiedział jak bardzo go kocham, nie okłamałby mnie. Mą gwiazdką z nieba byłoby jego przepraszam. Dużo pracy ode mnie wymagało, by przestać czekać na to słowo --- dzieli nas przepaść pokoleniowa --- a w Wigilię, no cóż, tylko zwierzęta ludzkim głosem mówią...

czwartek, listopada 10, 2011

362. Pytaj, ale proszę, nie dawaj rad

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak byłoby miło mieć metr pięćdziesiąt, kręcone włosy i sokoli wzrok. Bóg, może głuchy nie dosłyszał, może ślepy nie doczytał zamówienia, a może miał swój chytry plan. Wszystko przekręcił i podarował urodzinowy prezent. Nie ma w nim metra pięćdziesięciu, nie ma kręconych włosów, a gdy wieczorem zdejmę okulary, przed oczami mam niekończący się test Rorschacha. Bóg miłosierny, bo łapnął w końcu, że podarował coś, czego być może sam sobie by życzył, gdyby miał stać się człowiekiem. Z pewnym opóźnieniem podarowałbył lekarstwo — Sadownika, co nie znosi kręconych włosów, kocha z metra ciętą kobietę i lubi mówić: „plama się do Ciebie uśmiecha”, gdy rankiem okulary dosypiają w swej prywatności na parapecie.

Marzenia, by nie wystawać ponad tłum, by być zwykłym, nierzucającym się w oczy człowiekiem, grzeczną dziewczynką, niesprawiającą kłopotu córką, spełniającą oczekiwania społeczne obywatelką — Boga ominęła nawet myśl, by choć zalążki spełnień tego podarować. Dopadła mnie dzisiaj Akuszerka, całkiem bez znieczulenia: jak mi jest być bezdzietną w świecie?

***

Jak jest, gdy ludzie traktują moją bezdzietność jako problem i odsuwają się ode mnie?

Jak to jest, gdy kiedyś najbliżsi ludzie, wśród których się wychowałam, robią ze mnie problematycznego człowieka?

Jak to jest, gdy milczą, gdy dają dobre rady, gdy modlą się, by Bóg zechciał mnie naprawić?

***

Jestem bezsilna... Bezsilna tak bardzo, że aż bezbronna. Wtedy płaczę...

Płaczę... i wracają do mnie słowa Treyi, których ci wszyscy — co się odsunęli, wiedzą lepiej, milczą, dają dobre rady, chcą bym się zmieniła i modlą się bez końca — nie słyszą:

Chcę, żebyś mnie pytał, a nie mówił.

K. Wilber, Śmiertelni nieśmiertelni,
Wydawnictwo Jacek Santorski & Co, Warszawa 2007.

Płaczę... i znajduję na nowo słowa Ewy Woydyłły:

Dzięki łzom ocalamy to, co w nas najlepsze.

E. Woydyłło, Sekrety kobiet,
Wydawnctwo Literackie, Kraków 2005.

Płaczę... i czasem nie chcę już płacić tak wysokiej ceny za bycie sobą, co dla mnie łączy się nierozerwalnie z byciem reprezentantem mniejszości społecznej.

Płakałam i dziś, by na końcu bezsilności znaleźć siłę... siłę wręcz morderczą, by stać za tym, co wybrałam w życiu: za wolnością, której potrzebuję jak powietrza, za pragnieniem spełniania marzeń, za drogą, którą chcę podążać. Płaczę, by ocalić to, co we mnie najlepsze, co potrzebuje bezdzietną pozostać. Płaczę... i muszę przyznać, że płacz się chyba całkiem dobrze Bogu udał, bo po deszczu przyjść musi słońce...

***

...I przyszło, bo Frendka na swoim profilu umieściła:

Ad for Clothing Brand Saga, Dare.

I pomyślałam... właśnie o to chodzi! O to chodzi!

piątek, sierpnia 19, 2011

322. Sadowniczka Osiatyńskiego

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Książki Dębu-Osiatyńskiego w kwestii alkoholowej przeczytane mam od deski do deski (289, 295). Z wieloma zaznaczeniami — do których lubię wracać — zajmują właściwe miejsce na półce moich wartościowych książek. Gdy kilka dni temu, świętując z Sadownikiem powrót do domu, zaszliśmy do księgarni, niby niegroźna wizyta zamieniła się w zakup niekontrolowany, bo wpadło mi w ręce i to, i owo. Gdy zobaczyłam Autorkę i tytuł, wiedziałam, że bez tej książki nie mogę wrócić do domu. Zdziwiło mnie wydawnictwo, ale teraz, gdy jestem już pod koniec tej pozycji książkowej, wcale a wcale nie dziwi mnie, że literki Dębowej Sadowniczki wziął pod swoje skrzydła Kraków.

Jest w tej książce wiele miejsc, które opatrzyłam papierkiem-zakładką. 12 Kroków zawsze mnie fascynowało, choć ich sformułowanie i wynikające z niego niezrozumienie mogło zapalać w głowie ostrzegawcze żółte światło — z niezrozumieniem na szczęście można sobie poradzić. Mól książkowy we mnie podniósł wzrok znad książki i zapytał retorycznie: jak wyglądałaby Polska, gdyby 10 przykazań wymienić na 12 Kroków? To nie Mól, to Niepoprawny Marzyciel!

Pewien dostojnik kościelny i religioznawca poprosił kiedyś niepijącego AAowca, by objaśnił mu sens programu Anonimowych Alkoholików. Ten przeczytał na głos Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji, a następnie opowiedział, jak przyczyniły się one do jego długoletniej trzeźwości. Dostojnik wysłuchał i rzekł:Ależ wy mówicie dokładnie to samo co my! – To prawda — odrzekł alkoholik — tylko nasz program pomaga nie pić, a wasz nie”.

***

     — Wiesz, co mi pomogło uwierzyć w Siłę Większą niż ja sama? — zwierzyła mi się. — Że coś takiego jak złapana guma, pełnia księżyca lub trzęsienie ziemi pozostaną zawsze poza moją kontrolą.
     Ja również w Hazelden zrozumiałam wiele rzeczy. Jeff Bronowski, pastor episkopalny, który w „Lilly Hall” jest doradcą duchowym, pracując z grupą nad Drugim i Trzecim Krokiem, wyjaśnił w najprostszy możliwie sposób, na czym polega różnica pomiędzy religią a duchowością.Religia to jest doktryna, dogmat i teologia; duchowość to jest miłość, troskliwość i wsparcie”.

E. Woydyłło, Rak duszy, O alkoholizmie
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

czwartek, lipca 14, 2011

295. Wiktor Osiatyński inżynierem honoris causa

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Oś czasu... Magiczne „zero” oddzielające to, co było, od tego co będzie. Być w zerze, nie nadymać się zbyt mocno, nie traktować siebie zbyt serio, cieszyć się chwilą, zanurzyć się w niej bez pamięci, kochać bezgranicznie — być tu i teraz! Jak łatwo się o tym myśli, a nawet pisze, prawda?

„Tu i teraz” z modlitwy przemienia się w fakt z mego życia, gdy zaczyna przepełniać mnie uczucie wdzięczności za chwilę, która właśnie trwa. „Tu i teraz” ciałem się staje w ułamku sekundy, który ma w zwyczaju anonsować swą obecność łzą wzruszenia, że ja... że tu... że teraz... Uwielbiam te chwile, gdy czas w dziwny sposób staje się konstruktem czysto abstrakcyjnym. A potem? Cóż, niezmiennie trwam w poszukiwaniach tego znanego już tak dobrze uczucia. Nie sposób nie tęsknić za nim całym swoim istnieniem.

Trwam od tygodnia w przestrzeni bez słów. Tu i teraz urzeczona, oczarowana... Zatrzymała mnie w tym stanie ostatnia książka „alkoholowego” Osiatyńskiego. Gdybym tylko mogła, przyznałabym Mu tytuł inżyniera honoris causa za niebywale precyzyjną procedurę określania miejsca na osi czasu, które człowiekiem właśnie zawładnęło, by pomóc mu sprawnie wrócić do „tu i teraz”, bez niepotrzebnej szamotaniny i autoagresji:

Brak akceptacji i dążenie do kontroli leżą u podstaw dwóch dolegliwych uczuć — złości i niepokoju. Złość wiąże się z frustracją, z niezgodą na to, co się już stało. Dziecko chciało cukierka, którego nie dostało, toteż tupie nóżką. Dorosły chciał, by inni przyznali mu rację, a oni tego nie zrobili, więc wpada w złość. Akceptacja pozwala pogodzić się z frustracją, zastanowić się, czy to, czego chciałem, rzeczywiście było mi niezbędne. Pomaga uznać, że istnieje różnica między tym, czego chcemy, a tym czego potrzebujemy, i że nie wszystkie frustracje są złe. Niepokój dotyczy przyszłości, rodzi się z braku kontroli nad tym, co dopiero może się stać. Nie mamy pewności, czy ktoś bądź coś nie pokrzyżuje naszych planów. Czy będziemy zdrowi? Czy nie stracimy pracy? Czy będziemy mieli bezpieczną starość?
     Lekarstwem na złość jest akceptacja, a na niepokój ufność. Ufność nie przychodzi automatycznie, trzeba ją wypracować. W tym celu warto powrócić do drugiej części pierwszego kroku, gdy przypominaliśmy sobie, których z naszych zamierzeń nie zdołaliśmy zrealizować. Teraz należy pomyśleć, czy rzeczywiście prowadziło to do tragedii. A może dziś żałowalibyśmy, gdyby wówczas powiodły się nasze plany? Wielu ludzi, którzy dotąd użalali się nad sobą, podczas pracy nad trzecim krokiem uświadamia sobie, że być może jakaś siła większa od nich samych kierowała ich życiem we właściwym kierunku, i to często wbrew ich woli oraz zamierzeniom. Widzą, że niespełniona pierwsza miłość była skazana na klęskę, a druga okazała się trwała i owocna. Że pierwotny wybór studiów wcale nie odpowiadał ich wewnętrznym pragnieniom, a niedoszły wyjazd na stypendium uniemożliwiłby im awans i karierę na miejscu. Uświadomienie sobie takich zdarzeń z przeszłości pozwala z większą ufnością patrzeć w przyszłość.

W. Osiatyński, Alkoholizm I GRZECH I CHOROBA, I...,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2007.

piątek, lipca 01, 2011

289. Kocham „przypadki”

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kilka lat temu, przypadkiem, oczywiście, nadziałam się na audycję. Jakiś mądry człowiek opowiadał o swoim trzeźwieniu. Zapamiętałam tytuł książki, którą popełnił. Kupiłam. Przeczytałam w jeden wieczór śmiejąc się od czasu do czasu, ale i płacząc po wielokroć.

Dwa dni temu, zajrzałam do księgarni, w której nigdy nie bywam, a tam... książka, o której istnieniu nie wiedziałam. Stała, pchała mi się w oczy charakterystyczną szatą graficzną. Chwyciłam, nie zastanawiałam się ani chwili. Ten sam autor, ten sam temat. Inny tytuł! Tym razem byłam roztropniejsza, dawkowałam sobie przyjemność połykania kolejnych zdań, akapitów i rozdziałów. Starczyło na dwa dni. I nie mogę się powstrzymać, by nie zacytować, bo te książki, choć traktują o alkoholizmie, dla mnie traktują o mądrości życia. Książka ta po raz pierwszy ukazała się w... 1992 roku. Przytoczona poniżej rozmowa miała miejsce w listopadzie... 1987 roku. Kto by pomyślał, że prawda może pozostać tak długo prawdziwa. ;)

     — (...) Ponadto odnoszę wrażenie, jakby każdy Polak, którego spotkałem, był alkoholikiem albo koalkoholikiem, albo jednym i drugim.
     — Trudno się temu dziwić, bo przecież spotykał się pan w Polsce niemal wyłącznie z alkoholikami lub ludźmi, którzy ich leczą, a są u nas prawie bez wyjątku współuzależnieni od alkoholików.
     — Spotykałem się również z ludźmi, którzy z alkoholizmem i alkoholem nigdy nie mieli nic wspólnego. I oni też są tacy sami. Są gotowi na wszystko, by pomóc drugiemu człowiekowi.
     — Czy to źle?
     — Gdy mówię, że są gotowi na wszystko, mam na myśli skłonność, by oddać drugiemu więcej, niż się samemu posiada. Polak może osobiście znajdować się na skraju bankructwa i załamania, a jednocześnie jego „ja” będzie zmuszało go, by dogadzał komuś, kto wcale nie jest w równie wielkiej potrzebie jak on sam. Wielu Polaków zdaje się nie wiedzieć, kto jest najważniejszym człowiekiem w ich życiu.
     — Kto?
     — On sam. Bo to jest wszystko, co człowiek ma. A wy jesteście zbyt zajęci tym, by dogadzać innym. To przejaw braku poczucia własnej wartości i skłonności do depresji.
     — Jaka na to rada?
     — Najpierw trzeba uważnie spojrzeć w lustro i uczciwie przyjrzeć się samemu sobie. Pokochać siebie, nabrać więcej szacunku do samego siebie i okazywać więcej troski. A dopiero potem dawać innym, nie odwrotnie.
     — Czy dlatego, że nie można dać innym tego, czego się samemu nie posiada?
     — Nie tylko dlatego. Także po to, by móc wziąć w swoje ręce odpowiedzialność za własne życie. Odnoszę wrażenie, że Polacy zużywają zbyt wiele energii na obwinianie rządu, polityki i czynników zewnętrznych za swoje problemy. Że litują się nad sobą, mówiąc: „Taki jestem biedny. Nic nie poradzę, bo żyję w takim społeczeństwie”. I nawet nie zauważają, że wiele mogliby zrobić, by być wolniejszymi i bardziej niezależnymi.
     — Na przykład?
     — Już podałem przykład. Skoncentrować się na sobie. Oczywiście dla was byłoby to czymś negatywnym, oznaczałoby egotyzm lub egoizm.
     — A czy nie byłoby nim?
     — Ja mam na myśli pozytywny egoizm. Taki, kiedy nikogo się nie rani ani nie następuje drugiemu na odcisk. Ale dopóki człowiek nie zbuduje szacunku do samego siebie i nie uzyska dobrego samopoczucia, dopóty nie będzie zdolny przekazać tego swoim najbliższym.
     — Obawiam się, że taka zmiana może u nas potrwać kilka pokoleń.
(...)

W. Osiatyński, Alkoholizm GRZECH CZY CHOROBA?,
Iskry, Warszawa 2005. [z rozdziału „Pokochać siebie”,
zawierającego rozmowę ze Stefanem Johannssonem]
(wyróżnienie, moje)

***

Dziś tknęło mnie, by sprawdzić aktualny stan książkowy Osiatyńskiego w tym temacie. I... bardzo mnie ucieszyło, że jest jeszcze jedna, której nie czytałam. Zamówiłam. Teraz muszę tylko poczekać.