Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bele-trele-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bele-trele-fiction. Pokaż wszystkie posty

piątek, sierpnia 21, 2026

6189. Z oazy (CDLXVIII)

Debiut. Trzynaście opowiadań. Wydanych po raz pierwszy w roku, w którym Autor­ka kończyła 80 lat. Robi wrażenie — dwa słowa, jedna fraza, która jest odnie­sie­niem do dwóch różnych dopełnień.

Czytając tę książkę, przypomniałam sobie zabawę z dzieciństwa, w której pierwsze skrzypce grały gust i estetyka. Gdy byłam małą dziewczynką, robiło się sekrety (wi­docz­ki). I tym właśnie są te opowiadania: literackimi sekretami, be­le­try­stycz­ny­mi widoczkami. Są przepiękne. Uwielbiam ostatnie.

Miała wrażenie, że stoi obok palącego się ogniska, z którego nagle wy­strze­lił w górę niewielki węgielek: poleciał w powietrze, wpadł w jej serce i roz­palił tam swoim żarem blask współczucia.
     […]  Uśmiechnęła się. I okazało się, że ognisko jest prawdziwe, gorące i rozpalone, a obu kobietom zaczęły zagrażać jego płomienie. Jednak na po­czątku nie było to oczywiste.

🖇

     — Kogo zatem poznałaś?
     Dzielił ich niemożliwy do pokonania dystans.

🖇

Czasami bogowie są łaskawi i spełniają nasze pragnienia z nadzwyczajną i obfitą szczodrością.

🖇

Podobno kiedy człowiek się starzeje, jego mechanizmy obronne zaczynają słabnąć. Dawne barykady, za którymi kiedyś mogła się schronić, z hu­mo­rem, elegancją, a nawet — oczywiście tylko czasami – z pewną od­wa­gą, cóż, wszystkie rozpadają się z upływem lat.

🖇

Tego właśnie potrzebowała. Strupa na wszystkich ranach. Ale i tak nie pamiętała, w jaki sposób się skaleczyła.

🖇

Kotka usiadła u moich stóp. Obie obserwowałyśmy świat. Oczywiście wiem, że nie widzimy tego samego. Ona pod każdym względem patrzy w inny spo­sób. Ja odczuwam wilgoć, czuję jej zapach i słyszę krople deszczu zu­peł­nie odmiennie od niej. Ale towarzyszy mi i obserwuje z podobnym za­do­wo­le­niem. To naprawdę niesamowite, że dany jest mi taki widok, wiem, że mam szczęście.

🖇

Naprawdę się zastanawiam, czy ona rozumie, co to samotność, choć ponoć koty interesuje wyłącznie własna wygoda.

🖇

Nie mam teraz na własność niczego, może oprócz swojego ciała i umysłu, choć te po tylu dekadach użytkowania są jakie są. […] 
     Kotka i ja uczymy się teraz, czym jest proces utraty. Starość często jest kojarzona z gromadzeniem rzeczy, z chorobą, z niewygodami, ze zmarszcz­ka­mi, ale tak naprawdę to proces utraty — praw, szacunku, pożądania, te­go wszystkiego, co kiedyś do ciebie należało i co cię cieszyło, zupełnie bez refleksji.

🖇

Fotel był duży, wiklinowy, wyściełany miękkimi kremowymi poduszkami, Linda mogła więc podwinąć na nim swoje długie nogi, jakby składała pa­ra­sol do wygodniejszych rozmiarów.

🖇

     —Dlaczego wolisz budzić strach, a nie miłość? – zapytał ją Malik.
     — Do miłości nie można zmusić.

🖇

Są rzeczy zbyt bolesne, by o nich wiedzieć,
rzeczy, których nie da się pojąć od razu.

🖇

     — […]  Dlaczego tu przyjechałaś?
     A ona spojrzała na niego i dostrzegła, że ani tego nie wiedział, ani nie chciał wiedzieć.
     — Ponieważ zmieniłeś moje życie.

🖇

Czy ktoś kiedyś nie powiedział, że zrozumienie
to jedyne prawdziwe szczęście?

🖇

Nauczyliśmy się wyjątkowo sprawnie obsługiwać wszelkie wirtualne na­rzę­dzia komunikacji. Spotkania towarzyskie lub zawodowe organizuje się za pomocą najróżniejszych aplikacji, coraz łatwiejszych w użyciu, które, poukładane w kafelki na naszych ekranach, stają się też coraz mądrzejsze. Niemniej można się poczuć trochę jak głodne dziecko, które patrzy na pa­te­ry ze wspaniałym jedzeniem w sklepowej witrynie. Jak ktoś kiedyś po­wie­dział, sposób przekazywania informacji jest równie istotny co informacja, i niezależnie od tego, jak jest piękny, nie możemy dotknąć, pocałować, po­wą­chać ani posmakować pikseli.

🖇

[…]  często porusza się kwestię tego, czy lepiej mieszkać z rodziną, czy bez niej. Nie wszystkie relacje rodzinne są harmonijne i – szczerze mówiąc – rzadko dochodzi się w ogóle do sedna tematu. A tym sednem jest pytanie, czy uścisk stale obecnego dziecka jest równie satysfakcjonujący jak uścisk przelotnego kochanka. Rząd klasyfikuje je jako identyczne, jeśli chodzi o war­tość kontaktu skórnego, ale wśród siedemdziesięciolatków popularna jest opinia, że to niesprawiedliwe uproszczenie.

🖇

     – Wszyscy miewamy takie sny – oznajmiła Dolores. – Projekcje i fan­ta­zje. Pełne tego, o czym nie chcemy myśleć i czego nie chcemy mieć.
     Czy wspominałam, że Dolores ma dopiero sześćdziesiąt pięć lat, więc nigdy nie doświadczyła spotkania z fantazmem, i że skoro ma peł­ną ro­dzi­nę, prawdopodobnie nigdy nie dowie się, czym on jest? Przestałam dys­ku­to­wać. Nigdy nie kłóć się z freudystami – oni myślą, że znają odpowiedzi na wszystkie pytania.

🖇

[…]  w tamtym czasie wciąż przeżywałam niedawno zakończony związek, który przebiegał według znanego już schematu: skok na głęboką wodę, zero ograniczeń, a potem szalony pęd z powrotem na płyciznę.

🖇

Lacrimae rerum
/łac. nawet rzeczy płaczą/

🖇

W naszym społeczeństwie istnieją dwa sposoby radzenia sobie z palącą ża­ło­bą. Albo odmawiasz poświęcenia samego siebie i ostentacyjnie zaj­mu­jesz się intensywną radością odnajdywaną we wszystkim — myślisz po­zy­tyw­nie, żyjesz dalej, zgarniasz tylko dobre uczucia, przeszłość zostawiasz za so­bą — albo wybierasz odwrotną drogę. W drugim wypadku żyjesz z nie­usta­ją­cą, codzienną świadomością niemożliwej, niewyobrażalnej, nie­znoś­nej straty. Ponieważ jestem zdrowym na umyśle i wypłacalnym człowiekiem świata Zachodu, w momencie kryzysu wybrałam pierwszą możliwość, ale tamtego dnia, kiedy czas na godzinę zmienił bieg, stanęłam twarzą w twarz z tą drugą prawdą mojego życia.

🖇

     — Jesteś złudzeniem?
     — Wszyscy jesteśmy złudzeniem […].

🖇

[…]  wróciłam do pokoju i kółko zaczęło migać.
     — Jak się miewasz, Martho?
     — Spierdalaj, Arthurze – odparłam w ramach eksperymentu.
     — Przykro mi, Martho, ale nie zrozumiałem – odparł robot me­cha­nicz­nym, beznamiętnym tonem. Wyszłam na balkon posiedzieć.
     — To tylko maszyna – przypomniał mi wcześniej Mark. – Ale będzie się uczyć. Jak smartfon. I tak jak wszystko w dzisiejszych czasach. W instrukcji napisali, że ma adaptującą się osobowość.
     Musiałam pomyśleć.

🖇

„Lubię, kiedy się o mnie troszczą” — dodał potem, a ona rozumiała, co ta­kie­go uwielbiał: szacunek i pokłady uprzejmości, którymi cieszył się dawniej. Przypominało mu to czasy wina i róż, czasy, kiedy był na górze, na szczycie kariery, na samym szczycie drabinki sukcesu. Inspirował, kontrolował, nad­zorował, aż do… aż do krachu.

🖇

„Ale ja wciąż żyję […]. Mogę…”. Ale nie dokończyła tej myśli. Nie była dość szybka, nigdy nie była dość szybka, by prześcignąć tych, którzy na siłę na­pra­wiali świat.

🖇

Świat wokół nagle się ułożył. Odwróciła twarz do okna, próbując dostrzec, czy jest tam odbicie kobiety, którą nagle się stała. […]  Oto kim jestem, po­myślała.

🖇

Miłość to skomplikowane uczucie. Próbowałam sobie przypomnieć, co po­wie­dział Dylan Thomas, który rozumiał więcej niż większość ludzi. Kobieta w łóżku z mężczyzną to matka, siostra, córka, kochanka — wszystkie w jed­nej osobie? Tak to szło?

🖇

Wierzyłam, że został mi przypisany konkretny los i że muszę zrozumieć, co on oznacza. […]  zaczęłam zastanawiać się nad znaczeniem bycia samą. Było to bogate „złoże” do wydobycia, a zarazem główna oś mojego cha­rak­te­ru, ponieważ z natury jestem samotniczką.

🖇

     — Jak tam jest? — pytano, a ja nie potrafiłam znaleźć słów […]  Samot­ność człowiek nosi w sobie i nie da się od niej uciec.

🖇

Była jak mały ptaszek i wyzwoliła we mnie wszystkie uczucia, które pie­lę­gnu­ją w sobie dzieci, gdy wszędzie noszą ze sobą lalkę lub pluszowego mi­sia. Bo czymże innym jest ta opiekuńcza postawa, jeśli nie determinacją, by czuć się dużym i potężnym, kimś, komu bycie większym i silniejszym po­zwa­la troszczyć się o słabsze stworzenia? […]  Uspokajając ją, czułam spo­kój także w sobie. Zaczęła być częścią mnie.

🖇

Przekaże dalej miłość […]. Bo miłość to ruch w górę, nie w dół. I tak powinno być.

🖇

Zaczynałam zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy w życiu nie by­łam sama. Żeby być samotnym, musisz czuć, że potrzebujesz ko­goś, kogo przy tobie nie ma. Potrzeba, poczucie przynależności, o to chodzi. Trzeba przyznać, że jest się zależnym od kogoś innego. Musisz po­trze­bo­wać tej drugiej osoby jak własnego życia. […]  było to dla mnie coś nowego. Kła­dąc się spać tam­tej pierwszej nocy, pomyślałam, że kiedy Miriam wróci, mu­szę jej o tym po­wiedzieć.

🖇

Kocham ją bardziej, niż jest tego świadoma, może nawet bardziej, niż ja sama jestem.

🖇

[…]  bez wahania powiedziałam: „Tak”. Najzwyczajniej w świecie. Tak. Żad­nych pytań. Tylkotak”. Prosto z serca.

Jane Campbell, Czesanie kota. Opowiadania,
przeł. Dobromiła Jankowska,
Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Nalała sobie filiżankę i wzięła croissanta. Poczuła się oddzielona od prze­szło­ści i zaskakująco wolna. Jakby stała na krawędzi czasu. […]  czuła również coraz więk­szą ulgę. […]  Ten spokój znalazł się w zasięgu ręki. […]  Jakie to dziwne. Spokój przyniosło jej nie to, co mia­ła, ale to, cze­go się pozbyła.

🖇

W powietrzu unosił się powiew wieczności — szturch­nię­cie od noumenu, spoza pozostałości fenomenu — wie­działam, że muszę tam dotrzeć.

(tamże)

[a jednak muszę tu mieć też poniższe, czyli suplement 22.08.2026]
Jak pokazują powyższe historie, czas automatycznie pozbawia starzejące się kobiety wielu luksusów i niezbędnych rzeczy, które dawała im młodość. To, w jaki sposób doświadcza się tej ekspozycji, tego rozbierania, demon­ta­żu tożsamości społecznej, zależy od wielu czynników: zdrowia, zamożności, miejsca zamieszkania, wykształcenia, genetyki, relacji rodzinnych i po pro­stu cho­ler­ne­go szczęścia lub jego braku. Czasami człowiek traci również ro­zum, a to już zmienia wszystko.
     Z rozumem czy bez, w późnym okresie życia trafiamy do innego świata […].

[…]  starość to inny kraj, w którym wszyscy jesteśmy nomadami i w którym możemy postanowić, że nosimy ze sobą jak najmniej. Pokazuje również, że starość nie jest dla mięczaków i że istotne jest towarzystwo. Piszę tę książ­kę jako jedna z tych starszych kobiet, badając ślady stóp, pragnąc, podobnie jak Fern, bohaterka Nomadland, podkreślić, że są inne kobiety podróżujące obok mnie, nawet jeśli niekoniecznie ze mną. Oczywiście są także starsi męż­czyźni, również ogołoceni z rzeczy, ale ta książka nie jest dla nich ani o nich, chyba że stanowią tło dla życia kobiet.

[…]  skąd wzięły się te bohaterki. […]  O niektórych kobietach czytałam, nie­które spotkałam, o niektórych słyszałam, niektóre były moimi są­siad­ka­mi, inne krewnymi, niektóre powstały z historii zasłyszanych od pacjentów, przełożonych lub przyjaciół.

Wszyscy mamy w życiu narratorów, ludzi, którzy opowiadają o nas aneg­do­ty, formułują diagnozy na nasz temat, ludzi, którzy plotkują. W wy­pad­ku osób starszych to często członkowie rodziny lub pracownicy socjalni, le­ka­rze lub kierownicy domów opieki, ale są także szczęśliwcy, którzy mogą sami opowiadać własne historie. Czasem trudno znaleźć słuchaczy, jakich pragnęlibyśmy mieć, ale możemy opowiedzieć historię i zapisać to, co jest w nas ważne, co wcześniej się nie liczyło.

W naszych społeczeństwach najmniejsze szanse na opo­wie­dze­nie swoich historii mają najmniej uprzywilejowani: uchodź­cy, osoby szukające azylu, ludzie bardzo młodzi, bardzo starzy, nie­peł­no­sprawni, biedni, bezsilni.

[…]  nikt nie pyta, czego pragniesz ty. Aby sobie z tym poradzić, mo­żesz stworzyć swój subiektywny świat, działający na twoich warunkach, pozbawiony starych przeszkód, takich jak wstyd lub strach, nawet jeśli ten świat będzie zbudowany tylko ze wspomnień lub z marzeń.

Wszyscy potrzebujemy w życiu bezpieczeństwa, ale ono ma dwa znaczenia. Bywa jednocześnie spokojem i uwięzieniem.

Istnieją mniej radykalne sposoby przygotowania się do śmierci, pozbycia się tego, czego już nie chcemy lub nie potrzebujemy, nie wszyscy czują też potrzebę ogołacania się. Czarownice mogą postanowić, że wyjdą z lasu, a zmiana nastąpi i tak. Przymusowe pozbywanie się rzeczy to do­świad­cze­nie bolesne, a to dobrowolne wymaga zarówno odwagi, jak i determinacji.

Tylko wtedy, gdyby starsze kobiety rzeczywiście były zde­sek­su­ali­zo­wa­ny­mi, nijakimi, beznamiętnymi, bezmózgimi, potulnymi i przepraszającymi istotami, jakimi chciałoby je widzieć społeczeństwo, historie te można by uznać zarówno za nieprawdziwe, jak i za transgresyjne. I jak proste było­by to wówczas dla społeczeństwa.

Wszyscy starzy ludzie mają określoną tożsamość, ukształtowaną przez rodzinę oraz społeczeństwo, i może się zdarzyć, że trzymanie się jej to najlepsza droga, ale odrzucenie oczekiwań innych ludzi może z kolei okazać się wyzwalające.

Ludzie, nawet — a może przede wszystkim — ci życzliwi, bywają na tyle mili, by zapytać starszą kobietę o jej zdrowie, ogród, ewentualnie dzieci, jeśli je ma. Niewielu pyta o jej życie intelektualne, aktywność zawodową, zainteresowania kulturalne, ambicje.

Pytanie nie brzmi jednak: „Czy czują się samotne?”, tylko: „Czy potrafią to przetrwać, czy wiedzą, jak sobie z tym poradzić, czy są przekonane, że tymcza­so­wa samotność jest niezbędnym składnikiem udanego życia zmysłowego?”.

[…]  te narracje opowiadają o kobietach, które przetrwały nieodwracalną stratę, nienaprawialne katastrofy. Wszystkie okazują się odważne, mają zasady i w moich oczach budzą podziw. […]
     Słyszałam o pewnej starszej kobiecie, którą wnuczka zapytała: „Babciu, jaki był najszczęśliwszy okres w twoim życiu?”. „Nie wiem — odpowiedziała kobieta. — Może jeszcze go nie przeżyłam”.

(tamże)

niedziela, sierpnia 16, 2026

6183. Z oazy (CDLXVII)

W trakcie tamtej rozmowy padł również tytuł tej książki. Więc po wciśnięciu czer­wo­nej słuchawki było klik, klik i fru do poczekalni, na wirtualny stoliczek ocze­ku­ją­cych literek. Musiała poczekać. Poczekała cierpliwie i przyszedł jej czas.

Spolaryzowany, grubą kreską płci kreślony świat. Stereotypy gonią jeden za drugim, grożą, de­finiują jedyne źródła szczęścia. Stereotyp, niby trup, bo XXI wiek, a cał­kiem dziar­sko zakrzywia per­spek­ty­wę, by kobiety kobietom „pichcić” i przyprawiać mogły los. Ubawiłam się, ale też z przyjemnością skończyłam i z ulgą odłożyłam.

Zawiesiłam się na ciut dłużej na zdaniu: [k]ogo się nie zna, za tym się nie tęskni. I polemizowałam, i po jednej i drugiej stronie stawałam. Tak, nie tęskni się za kimś, kogo się nie poznało. Nie, czasem tęskni się za kimś, kogo się nigdy nie spotkało — tęskni się bezbrzeżnie.

Uwielbiam otwarte zakończenia. Ta opowieść kończy się wspaniale, choć patriar­chat unosi wysoko łeb i zawracać rzekę kijem próbuje. Tylko od osoby czytającej zależy, czy mu się to uda.

To w moich ustach któregoś ponurego zimowego poranka rozpłynie się ta dojrzała, duża, czarna jak smoła jeżyna. Wiesz jakiego? Mokrego, zimnego, szarego poranka. Kiedy nie tylko nie chce ci się wstać z łóżka, ale w ogóle nie chce ci się żyć, istnieć, oddychać. Jak myślisz, co mi pomogło przetrwać tę poprzednią zimę, właśnie taką, no, jak myślisz? Konfitury z jeżyn!

🖇

A co poradzisz, kiedy ciało czegoś chce? Nic nie poradzisz, nic nie wskórasz, nie zatrzymasz tego.

🖇

Przecież wiesz, że kapelusz śmierci wisi zawsze obok głowy żywego. A ty przecież nie jesteś jakimś wyjątkiem. No, to prawda, wisi, ale żeby aż tak?

🖇

Kto się choć raz nie potknął w życiu,
kto nie popełnił błędu?!
Ja to wiem i ty to wiesz.

🖇

Gdzie są dni, kiedy byłam zdrowa, byłam cała i twarda jak rzeczny kamień! Co za głupota, nie umiałam tego wtedy docenić. […]  Gdzie jesteś, moja na­dzie­jo, co mi masz do powiedzenia?

🖇

[…]  w uchu dzwoni mi głos ciotki, siostry ojca. Od lat już nie mia­łam w uchu tego głosu, ani w uchu, ani w głowie: Nie przynieś wstydu rodzinie, dziew­czy­no! Masz ojca i brata! Mój ojciec i brat leżą w ziemi, moja Keto! Ciebie też już od dawna jedzą robaki, chwała Bogu! Już jestem do­ro­sła i dajcie mi wreszcie wszyscy święty spokój! Sama dobrze wiem, jak mam żyć. Bo to ja żyję, a wy wszyscy jesteście martwi!
     Myślę, że nie ma się czego bać.

🖇

Plotkują, jaki był topielec, czy bardzo obgryziony, wszystko to wola boska, chroń nas, Panienko Przenajświętsza, powiedzą i to wszystko. Ale na­praw­dę mi się poszczęściło, Boże! Boże, czy kim Ty tam jesteś, czy gdzie Ty tam jesteś. Moje szczęście, mój łaskawy losie! Byłabym martwa i wyrzucona na brzeg i gdzie by mnie znaleźli?

🖇

Całe życie tak mam. Ciało idzie w jedną stronę, a głowa w drugą. No i co teraz mam zrobić?

🖇

Dwa słowa napisał: Moja Etero! No, bałwan! Dorosły mężczyzna, a ogłu­piał! Ale zdurnieć to mężczyźni potrafią w każdym wieku. No dobra, on to on, ale co mam zrobić ja?

🖇

A jak ciało mówi, to znaczy, że tak jest. Co mi ciało mówi, to wszystko prawda!

🖇

Nie, on wcale nie jest stary i ja też wciąż jeszcze jestem młoda, tylko nas tu na siłę postarzają. W tym kraju to już ludzie po dwudziestce są starzy. Ale to wszystko nieważne. Ważne jest, co kto ma w sercu. Serce najważniejsze. […]  Ze mną jest tak jak w tym przysłowiu — starzec się nauczył grać na pan­duri, żeby sobie brzdąkać w niebie.

🖇

Mam swój mur, który wybudowałam własnymi rękami. Nikt nieproszony mi tu nie wejdzie. Tak jest!

🖇

One mają ciała sterane macierzyństwem, wyssało z nich wszystkie soki. Ale przecież im tego nie powiem. Bo jak powiem, to się zaraz uniosą: jesteśmy matkami i poświęciłyśmy swoje ciała czy co tam jeszcze poświęciłyśmy, to wszystko dla naszych dzieci, albo jeszcze dorzucą, że wychowują dzieci ku chwale ojczyzny i nie są takimi polnymi myszami jak niektóre. Polna mysz to oczywiście ja. Dlatego się nie odzywam, bo to bym właśnie usłyszała w od­po­wiedzi: że jestem szarą myszą. Wiem, że jestem, i pasuje mi to. Ale sama mogę się tak nazywać, a im nie pozwolę. Bo niby dlaczego?

🖇

Czas stoi w miejscu, a ty lecisz gdzieś w przepaść. I nawet nie wiesz, nie czujesz, jak i kiedy się staczasz. […]  Dla niektórych mogę być już nie tylko ciocią, ale i babcią.
     Kiedy więc zaczynają się do ciebie zwracać w ten sposób, to koniec, za­czy­na się droga w dół. Im częściej i dłużej cię tak nazywają, tym gorzej.

🖇

Może ja też nie chodzę z aureolą szczęścia wokół głowy, ale jak mi zakwitnie kwiatek na podwórku, a w ogródku dojrzeje pomidor, to się cieszę, jestem szczęśliwa, wiesz?! Radość mnie rozpiera, a wiesz dlaczego? Bo czuję, że jeszcze potrafię być szczęśliwa! A ty się umiesz jeszcze z czegoś cieszyć?! No, potrafisz? Ale ona dalej swoje, jakby nigdy nic: ojej, czemu nie wyszłaś za mąż, kobieto? Wiesz, jakie bezsensowne jest życie bez dzieci? […]  Taaak, bez­sensowne, trzeba się z nią zgodzić, inaczej się nie da, bo jeszcze zacznie gadać o tym, że na starość trzeba mieć kogoś, kto ci poda szklankę wody, a tego już nie zdzierżę, więc gryzę się w język i potakuję, tak, moje życie jest bez sensu, bo jakie ma być? […]  Już-już ma wyjść, kiedy odwraca się ze sło­wa­mi: ale wiesz, ja­koś tak ci się oczy świecą, dziewczyno.

🖇

Ale życie jest dziwne, naprawdę. Jak dobrze, że nie wiemy z góry, dokąd nas zaprowadzi, jak nas doświadczy.

🖇

[…]  wszystkie bez wyjątku pytały: nie wychodzisz za mąż, dziewczyno? Ja odpo­wia­da­łam, że nieee, one na to: dlaczego, kobietooo? Ja od­po­wia­da­łam: nie chcę, kobietooo i dlategooo I traciły orientację, bo spodziewały się każdej odpowiedzi oprócz tej, że nie chcę, bo przecież kobieta nie po­tra­fi mówić, że czegoś nie chce. Chcę i nie chcę — to są przecież słowa przynależne mężczyźnie.

🖇

[…]  chwytam się a to tego, a to tamtego. Nie chcę się przyznać sama przed sobą, ale mnie nosi. Serce tłucze mi się w piersi jak szalone. […]  Czuję, że moje ciało jest spokojne, to dusza się miota.

🖇

Chodzisz tak pomiędzy jedną a drugą przepaścią! W jednej czeka na ciebie mąż i jego rodzina, którzy tylko patrzą, żeby zamienić cię w posługaczkę, opiekunkę i żywicielkę ich potomstwa. Zrobią z ciebie dobrowolnego więź­nia i jeszcze będą ci wmawiać, że to wszystko w imię miłości. Powiedzą ci, że to właśnie jest miłość! Będziesz musiała uwierzyć. I uwierzysz, dziew­czy­no, bo jakie będziesz miała inne wyjście? Okłamiesz samą siebie. W imię tej miłości zatracisz w więzieniu duszę.

🖇

A te trzy głupie baby, każda dźwiga swoje kajdany, a wciąż pieją ody do bycia z mężczyzną i posiadania rodziny. Wkładają głowy w tę gilotynę, a potem z jakąś chorą ciekawością patrzą, jak nad inną kobietą zawisa podobne ostrze.

🖇

Porozmawiajmy, trzeba porozmawiać, trzeba wyjaśnić wszystko, co jest do wyjaśnienia od samego początku. Ty powiesz swoje, ja powiem swoje. Po­my­ślimy, co mamy zrobić, jak mamy zrobić, w którą ścianę walnąć głową.

🖇

Nie masz pojęcia! Nie odzywam się, bo co mam powiedzieć?

🖇

Boże, ależ mnie postawiłeś przed wyborem! A ja od razu dałam się zwieść, przestałam myśleć i poplątały mi się ścieżki. A jak miałam wszystko pięknie zaplanowane!

🖇

Bardzo się bałam. Ale jednocześnie byłam strasznie ciekawa. Podobało mi się to miejsce i jednocześnie mnie przerażało. Moją duszą targała chęć po­zna­nia nieznanego.

Tamta Melaszwili, Kos kos jeżyna, przeł. Magdalena Nowakowska,
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

Wstawaj, Etero, wstawaj, kobieto, bo cię tam
wielka przyjemność czeka!

🖇

No i co z tego, że nie jesteśmy już młodzi i piękni? Co z te­go, że jesień życia puka do naszych drzwi? Tylko patrzeć, jak zupełnie opadną z nas liście.

🖇

[…]  wiesz, ile wokół jest tego małego piękna? Pomyślę o tym, co przeczytałam, zobaczyłam i usłyszałam, ni­czym innym nie będę sobie zaprzątać głowy!

🖇

Jestem tylko małym robaczkiem, żyję swoim życiem, ale oni i tak boją się takich jak my. I powinni!

🖇

Czy wiedziałam, co robię?
Byłam czystą wściekłością!

🖇

Ale wiesz, czego boję się najbardziej? Że znów w kraju wszystko może się wywrócić do góry nogami i że znów nastanie taki chaos […]. Że świat znów zawali się nam na głowę, jak wtedy, kiedy oszaleli wszyscy i wszystko.

(tamże)

niedziela, sierpnia 09, 2026

6177. Z oazy (CDLXV)

Trzecia fala upału jako upiorna forma doświadczania życia za mną. Trzeci dzień do­chodzę do siebie, choć rehabilitacyjna uwaga tkwi wciąż przy szkodach wy­rzą­dzo­nych przez drugą falę. Jeden z fragmentów wydłubanych z tej książki to również słowa opisujace w punkt mój aktualny stan ducha: myśli także wracają jakby na swoje miejsce. Dobrze jest znów cieszyć się życiem, choć wielokrotnie miało się go powyżej uszu i kokard.

Wybór tej opowieści jest nieprzypadkowy. Lubię literki tej Autorki. Mam też ogrom­ne szczęście, bo nauczona delektowania się fikcją, rozkoszowałam się tą historią. Grube kreski, cieniutkie, urywające się linie, światłocienie, nieoczywiste, trudne do nazwania barwy, refleksy uczuć, a między nimi wszystkimi to, co nienajważniejsze wcale, co chcący za wszelką cenę kontrolować życie nazywają faktami — tym jest ten kawałek dobrej literatury. Wyimki, które muszę tu mieć pod ręką, są tylko i wy­łącz­nie małymi akwarelami, drobnymi dziełami sztuki zaklętymi w słowa.

Anna  była już staruszką,  gdy  Bóg w końcu  powrócił.  Drzwi  sali numer dwanaście  oddziału  szpitala  Ruusukumpu otworzyły się i do środka wtar­gnął  wielki  złoty bukiet  kwiatów.
     — No,  co tam, dziewczyno? –  Bóg  uśmiechnął się  i podszedł prosto  do łóżka.
     Anna podniosła  się,  żeby usiąść, i spojrzała na przybysza. Ten Bóg  nic  się nie zmienił.
     — Oj,  jaka tam ze  mnie  dziewczyna. Już dawno nie  dziewczyna – wy­ma­mrotała.
     Bóg usiadł  na  krześle dla  gości. […] 
     — Miło,  że wpadłeś. Czekałam  na  ciebie.

🖇

Po pięćdziesięciu latach olcha zdecydowała, że już jej wystarczy, dziesięć po ósmej dała za wygraną, jej pień dygnął raz, potem drugi i trzeci, aż w koń­cu runęła w pięciu zmurszałych kawałkach.

🖇

Czas  rozpadł się Annie  w dłoniach.  Rozpościerał się  jak  leżąca  na ko­la­nach uszyta  ze  skrawków  narzuta, wszystkie fragmenty były tej samej  wielkości  i tak samo  oddalone od  siebie. A Anna przyglądała  się  tym ka­wałkom  ze zdziwieniem,  nie mogąc doszukać  się  w nich żadnej większej logiki.

🖇

Mężczyzna i chłopiec. Siedzieli po przeciwnych stronach kamery, każdy w cieniu własnej grzywki, każdy nachylony lekko w stronę drugiego. Było między nimi coś niewypowiedzianego i poważnego, obaj zastanawiali się nad tym w ciszy.

🖇

Na  początku Annie brakowało  dzikiej  przyrody. Choć  jednego  praw­dzi­we­go  lasu, choć jednej  niewypolerowanej  skały.  Lecz potem pojęła, że choć­by drapała  powierzchnię  Londynu z całych  sił, spod  spodu wyłoni się  tylko  kolejna warstwa  miasta. Rzecz  jasna w parkach rosły  drzewa,  ale parki miały swoich właścicieli, były ogrodzone  płotem,  a prowadzące do nich  bramy  zamykano na noc.  Jedyną  dziczą, jaką można było  znaleźć w Londynie, było  samo  miasto. Londyn  był żywym  organizmem.

🖇

[…]  patrzyła na front chmur, które nadciągały znad Atlantyku, omiotły najpierw Irlandię, potem Anglię, skręciły wzdłuż pasma górskiego na pół­noc­ny wschód i zniknęły w końcu w górnym prawym rogu ekranu te­le­wi­zo­ra. Anna liczyła — wtorek, środa, czwartek — kiedy ten sam front dotrze do południowej Finlandii. Dzięki mapom pogodowym czuła, że zachowuje jeszcze więź z domem. […]  przynajmniej zawsze ten sam deszcz kropił na nią i na dom, ten sam wiatr przewracał drzewa i słupy elektryczne. Anna myślała o unoszących się z Sahary ziarnach piasku, które niesione wiatrem wędrowały do Europy. Może w ten sam sposób unoszące się tutaj wody spadały w domu na ziemię. Może zięba, która spędzała tu zimę, wiła gniaz­do w budce lęgowej na wyspie.

🖇

     — Co robisz? — zdziwiła się Anna.
     — Wykopuję świerk — odpowiedział Thomas, oklepując ziemię wokół świerku. — Podasz, proszę, to wiadro?
     — Jak zamierzasz wydobyć go z ziemi? Przecież ma korzenie.
     — Przez rok aż tak bardzo się nie rozrosły. Mieliśmy to drzewko już dwu­krotnie na święta.
     — Sadzicie je tu z powrotem po świętach?
     Thomas pokiwał głową.
     — Stoi w wiadrze tydzień albo dwa, potem wraca tutaj, do tego dołu. Po czterech latach jest już tak duże, że kupujemy nowy mały świerk.
     — U nas wycina się piłą odpowiednich rozmiarów świerk, a potem wkła­da do stojaka, w którym podlewa się drzewko wodą — tłumaczyła Anna, trzy­mając świerk za pień w czasie, gdy Thomas wbijał łopatę głębiej pod drzewko.

🖇

[…]  sączyła wino i słuchała jednocześnie listy określeń, z którą Eve po­sta­nowiła teraz wrócić do głosu:
     — Straszne okropne przerażające potworne smutne moje bie­dactwo bidulka bie­da­czysko.
     W angielskim jest tak wiele przymiotników, pomyślała Anna. W tym języku można powiedzieć przynajmniej na dziesięć różnych sposobów „to miłe” albo „to przykre”. Annie wydawało się to fascynujące. Lista Eve do­bie­gła końca i nastała cisza.

🖇

Może  wynikało to z tego,  że  była obcokrajowcem.  Ludzie  często  roz­ma­wia­li przy niej,  zakładając,  że  nie rozumie prowadzonej w normalnym tempie rozmowy. […]
     — Dlaczego nie chciała?
     — Po  prostu  nie chciała.
     Układanie talerzy jeden  na drugim. Szorowanie garnków. Szelest folii aluminiowej.
     — Po co wtrącasz się w nie swoje sprawy?
     — Ale ty chyba chcesz mieć dzieci?
     — Daj spokój, Eve. Anna ma już czterdzieści trzy lata.
     — Ale ty nie.

🖇

     — Człowiek nie jest chory tylko dlatego, że nie chce mieć dzieci.
     — Nie o to tu chodzi.
     — Ty za to na pewno wiesz o co.
     — Owszem, jest mi ciebie trochę żal.

🖇

Ktoś kiedyś to  tłu­ma­czył —  w głowie  musi być pusta przestrzeń, żeby Bóg  miał  dokąd przyjść.  Jeżeli życie  jest zbyt pełne  i dobre,  jeżeli pracy,  przy­ja­ciół i mi­ło­ści,  ciekawych pomysłów i rozmów,  dobrego  jedzenia i dzie­ci jest akurat w sam raz, Bóg  się  tam nie zmieści.
     Kto  i gdzie  mógł to powiedzieć,  Anna  nie pamiętała. Podobnie jak  wie­lu innych rzeczy.  Kim  był ten  idiota?

🖇

     — Poszłaś do lekarza?
     — Nic mi nie pomógł.
     — Nie pomógł na co?
     — No właśnie.

🖇

Tłum ludzi wprawiał ją w ruch. Do przodu, do środka, na zewnątrz i w dół, w górę i dookoła. Tak wielu ludzi, tak wiele życia. Anna czuła, że żyje i przy­na­le­ży do grupy. Znikała, ale nie była sama. To było nieoczekiwane uczucie wolności, jak nad otwartym morzem.

🖇

     — Chyba się przejdę.
     — Niech to szlag, Anno, nie zaczynaj znowu! Czy możemy choć raz prze­dysku­tować coś do końca bez tych twoich przerywników?

🖇

     — Jak w ogóle śmią zadawać takie pytania – stwierdziła Anna z irytacją w głosie.
     Co niby Lauri mógł wiedzieć o jej życiu? Dlaczego nie pozwolili jej od­po­wie­dzieć samej? Przecież lepiej znała własne możliwości.
     […] 
     — To tylko kwestionariusz. Przecież nie jesteś jeszcze w takim stanie. Chodź, wejdziemy do środka, to było…
     — Ale że jak to jeszcze

🖇

Uczucie przypominało tęsknotę, głód, pragnienie lub zmęczenie, z tą różnicą, że nie było żadnym z nich.

🖇

Co pomyślałby sobie Antti, gdyby ją teraz zobaczył? Tak daleko od domu, tak samotną i zagubioną. Nie miała dokąd pójść. Żadne miejsce nie należało do niej. Dzień po dniu przeskakiwała tylko z kamienia na kamień, wstrzy­mu­jąc oddech i próbując pozostać niezauważoną.

🖇

[…]  smutek ustąpił i w jego miejscu pozostała tylko wielka pustka. Skąd zatem wzięła się ta pustka? Anna nie umiała odpowiedzieć. Tak czy owak, pustka nigdzie się nie wybierała.

🖇

Wkrótce zrobi się ciemno. Prędzej czy później zrobi się bardzo ciemno i na to Anna nie mogła nic poradzić. Słowa znikały, ziemia drżała, a kamienie grzechotały. Były twarze, krzesła, były te, jak im tam, ale teraz było to takie trudne.

🖇

Czytając ogłoszenia, Anna wyobrażała sobie człowieka. Niekiedy wraz z opi­sa­mi rodziła się opowieść, innym razem zaś tylko istotne pytanie o to, dlaczego nikt nie odczuwał braku wspomnianej osoby.

🖇

Mgła zatrzymała krajobraz w miejscu. […]  Gdzieś dzień trwał dalej, […], ale we mgle wszystko było na swoim miejscu.
     […]
 Anna siedziała i czekała, aż krajobraz powróci. Czas upływał za bielą.

🖇

     — A trąbcie sobie — stwierdził kierowca. — Niech się wstydzą, skoro nie dociera do nich, że co jak co, ale takie wydarzenie to dobry powód, żeby się spóźnić, na cokolwiek się spieszą. To jedna z tych chwil, […]. Patrzcie, jaki on jest piękny.
     Potem wszyscy ucichli, by obserwować wieloryba. […]
     Jacy niespokojni i mali zdawali się ludzie przy wielorybie. Zupełnie jak mewy, gdy wleci między nie orzeł. Nawet największa mewa morska przy orle zmieniała się w trzepoczące skrzydłami chuchro. Jak gdyby orłem rzą­dzi­ła jakaś inna siła grawitacji, jakaś inna wytrzymałość, sprawiając, że je­go lot trwał nieprzerwany ani jednym uderzeniem skrzydeł. Mewy zda­wa­ły się ledwo utrzymywać w powietrzu, ich lot także wymagał ciągłego trze­po­ta­nia i trudu. W ten sam sposób wieloryb niósł ze sobą inny czas, in­ną siłę.

🖇

Przez Heathrow krążył cały świat: kontynenty, temperatury, kolory skóry i języki. Każdy wędrował z jednakowym biletem w dłoni, przez jedne drzwi do środka, a drugie na zewnątrz. Zdaniem Anny cudownie było w tym uczest­ni­czyć, czuć, że jest się w drodze dokądś, że skądś się przy­by­wa, że cały świat stoi otworem, tuż za świstem drzwi wahadłowych.

🖇

     — Czy w domu jest ciepło?
     — Tak, w domu jest ciepło. I wieje w sam raz.

🖇

Bóg zabrał Annę na taras na papierosa. Taki mieli zwyczaj.

🖇

Gdy łódź nabrała tempa i wiosła Boga odnalazły właściwy rytm, łódź za­czę­ła sunąć przez wodę tak, jak porządna drewniana łódź powinna.

Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn
, przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Coś  miało nadejść, wisiało już w powietrzu.

🖇

Anna wzięła Anttiego za rękę, bo właśnie tę chwilę ko­cha­ła. Ciszę przed burzą, pustą chwilę, wdech…
     Wiatr zmienił kierunek.

🖇

Dlaczego  niektóre chwile zostają  w pamięci,  a inne zni­kają?  Czy  w tych  zapamiętanych było coś  szcze­gól­ne­go,  a może  w zapomnienie poszło coś, co mogłoby prze­sądzić  o wszystkim?

🖇

W porankach dawało się wyczuć obietnicę.

🖇

Zmiany zachodzą stopniowo, powoli.

🖇

Fragmenty, oderwane od siebie chwile.
     Szczegóły, słowa, linie.

(tamże)

sobota, lipca 18, 2026

6167. Z oazy (CDLXII)

Gdy ponad dwa tygodnie temu usłyszałam fragment o wiszącej w powietrzu bójce, wiedziałam, że muszę sięgnąć po tę powieść, pomimo tego, że jest dostępna tylko w „papierzu”, pomimo faktu, że to beletrystyka.

Tymczasem sama książka wzięła pod uwagę wszystkie moje osobiste przeciw i wy­na­gro­dzi­ła mi trud przewracania kartek po wielokroć. Po pierwsze, nauczyła mnie czytać fikcję: czytaj, jakbyś śniła tę historię. Po drugie, swoim pięknym językiem co chwilę przypominała mi stare czasy, gdy Orzeszek, Biały Kruk i ja po raz enty za­czy­ty­wa­liśmy się Pogodą dla bogaczy — nie ten kontynent, nie ten kraj, ale to samo czy­tel­ni­cze przy­wią­za­nie do bohaterów. Ciekawe, myślałam co chwilę, czy­ta­jąc tę po­wieść, czy ta historia, podobałaby się Im tak bardzo jak mi.

Jedyne, co jest wyjątkowo kiepskie w tej publikacji, to okładka. Ta książka nie za­słu­ży­ła sobie na tak beznadziejną oprawę graficzną, rodem z zajęć z Corela dla nie­uków w głę­bokich latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Marginesy w środku również niemi­le zaskakują twórczo-ignoranckim: nie znam się, ale to zrobię. To wynik wy­da­wni­czych oszczęd­no­ści czy much w nosie? Nie wiem. Powiedziałabym: mi by­ło­by wstyd.

[…]  nerwowe dą­żenie do doskonałości, przez co sztućce jeszcze częściej spadały na podłogę lub rozpierzchały się po stole.

🖇

     — To nie dom — skomentował Shah, omiatając wzrokiem wnętrze. — Co najwyżej adres, a i to powiedziane na wyrost.
     — A jednak mieszkali tu ludzie — odparł Jimmy Joe.

🖇

     — Gdy staliśmy wówczas na zboczu wzgórza, byłem w kiepskim nastroju — przyznał Ruttledge. — Zgadzałem się, że to jedyne znośne miejsce spośród tych, które obejrzeliśmy przez cały dzień. Widziałem, że jesteś zachwycona. Ale ja wyrosłem wśród podobnych pól. Udało mi się uciec dzięki edu­ka­cji, nie­dostępnej ledwie pokolenie wcześniej. Nagle znowu mierzyłem się ze wszystkimi marzeniami z dzieciństwa.

🖇

     — Zamieniłbyś się z nim miejscami?
     — Nie, chłopcze. Nie zamieniłbym się nawet z prawdziwym lordem. Praw­dę mówiąc, chyba nikt z nas nie zamieniłby się z kimś innym miej­sca­mi. Wszyscy chcemy przejść przez życie we własnych butach. Wyjść tą samą drogą, którą weszliśmy. Ale w sumie dobrze, że nie mamy wyboru.

🖇

Jedna z nich zaplątała się mu we włosach. Atak z wolna ustawał. Patrick Ryan osunął się na ziemię i stopniowo odzyskiwał oddech.
     — Po dwakroć jebane pierdolone w dupę pszczoły — krzyknął z wście­kło­ścią.
     Z jego czupryny dobiegło bzyczenie. […]  Nawet w butach wyszperali pszczoły. Kiedy Rutledge wytrząsnął kilka spod kolnierza jego koszuli, z gnie­wem wykrzyczał:
     — Czemu nie zatłukłeś tych skurwieli?
     — Nie było takiej potrzeby.
     […] 
     — Bardzo boli?
     — Powiem ci, chłopcze, że nie zamienilbym tego bólu na miejsce w niebie. […]  To minie. Wszystko w końcu mija, wy­star­czy poczekać.

🖇

     — Przeszłość i teraźniejszość są jednakie dla umysłu — po­wie­dzia­ła Kate. — To tylko obrazki.
     — Jesteś pewna, że nic nie piłaś, Kate? — spytał Rutledge.

🖇

     — Ciagle tu są? — spytał Johnny, kiedy Rutledge odszedł.
     — Jak widać.
     — Nigdy nie sądziłem, że wytrwają. Co roku przyjeżdżałem do do­mu i spo­dzie­wałem się, że już ich nie będzie.
     — A oni się nawet rozwijają. […]  Myślę, że powinniśmy w końcu przyjąć do wiadomości, że będą tu równie długo jak my wszyscy: póki nie przy­je­dzie karawan.

🖇

[…]  zaczynała pojmować, że życie bez lęku jest równoznaczne z ży­ciem bez miłości i że nie da się tych uczuć z nikim dzielić. Była za­do­wolona i szczęśliwa, że jej pierwsza i najstarsza miłość, człowiek, który przez całe jej dzieciństwo nigdy nie przemówił do niej ostrym słowem, do­tarł bezpiecznie do domu […].

🖇

Ludzie sa śmieszni. Patrzą na innych mniej lub bardziej z góry, ale jeśli igno­rować ich spojrzenia, sami zaczynają się czuć nieswojo.

🖇

     — Ludzie, których znamy, pojawiają się i znikają w naszych myślach bez względu na to, czy są tutaj, czy w Anglii, czy żywi, czy martwi — skonsta­to­wa­ła Mary […].

🖇

     — Shah nie zmyśla. Ma w nosie śluby i wesela. Uważa, że tylko idioci się żenią.
     — Może mieć rację — stwierdziła Mary.

🖇

     — My nie rozmawiamy.
     — Jest z tobą chyba ze dwadzieścia lat.
     — Dłużej, ale i tak nie rozmawiamy — powtórzył z uporem.
     Teraz to Rutledge poczuł zmieszanie. Zakładał, że ludzie znający się tak długo, rozmawiają ze sobą. A właśnie musiał przyznać, że przez te wszyst­kie lata, kiedy spotykał ich razem, nigdy nie widział, żeby zamienili choć słowo. Od czasu do czasu wygłaszali stwierdzenia, które miały dotrzeć do adresata, czasem stojącego tyłem, czasem bokiem, ale nigdy twarzą w twarz. Podobne komunikaty były przyjmowane w milczeniu, po czym każdy wracał do swoich zajęć.

🖇

     — Wy dwaj na pewno nigdy się nie zagadacie na śmierć — zauważył Rutledge.
     — Nawet nie byłoby wiadomo, od czego zacząć — powiedział Shah. — Zresztą, po co narażać tak własne życie.

🖇

[…]  bał się, że ktoś go jeszcze usłyszy, i trząsł się ze strachu, że go nikt nigdy nie usłyszy.

🖇

     — Nie powinieneś pospieszać spraw, tyle powiem. Lepiej poczekaj, aż będziesz pewien.
     — Nie będziemy się śpieszyć. Tego na pewno nie zrobimy — zaśmiał się, odzyskując spokój.

🖇

Bójka wisiała w powietrzu. Kiedy kierowców dzieliło ledwie kilka kro­ków i oni zastygli bez ruchu. Obaj wyglądali na czterdziestolatków. Byli po­dob­nej postury, niscy i tędzy. Nagle jeden zaczął śpiewać:
     — „Weź mnie za rękę. Jestem obcy w raju. Zagubiony w krainie czarów”.
     Na twarzy drugiego uśmiech powoli zastępował zaskoczenie. On również znał tę piosenkę i także potrafił śpiewać.
     — „Stoję z płomiennym spojrzeniem. I tylko to jedno zagraża mi w raju. Śmiertelnikowi stojącemu obok anioła takiego jak ty” — zaintonował.
     — „Ujrzałem twoją twarz. I wzniosłem się. Z banału uleciałem w nie­zwy­kłość”.
     — „Gdzieś w tej przestrzeni w zawieszeniu będę trwał” — zaśpiewał pew­niej­szym głosem drugi i uniósł dłóń, którą pierwszy chwycił z całych sił.
     — „Dopóki nie dowiem się, czy i tobie zależy” — zaśpiewali chórem, za­ta­cza­jąc koła w ciężkich buciorach i trzymając ręce w górze, by widzieli je onie­mia­li świadkowie. W końcu zastygli, stojąc twarzą w twarz.
     — „Powiedz mu, że nigdy już nie będzie sam!” — ryknęli, kończąc z przytupem przedstawienie.
     Zebrani zaczęli bić brawo. Machając do nich, obaj kierowcy wspięli się do szoferek.
     — W domu nigdy nic nie widzimy. Nic a nic — pożalił się Jamesie.
     — Widzimy ptaki i niebo, i ślady zwierząt — przekomarzał się Rutledge.
     — Nic. Nic nie widzimy. Ludzie są znacznie ciekawsi. Poza domem w je­den dzień zobaczymy więcej niż w domu przez miesiąc.
     — Myślałem, że dojdzie do bijatyki.
     — Śpiew i taniec jako wyjście, sprytne.

🖇

     — Deszcz pada. Trawa rośnie. Dzieci się starzeją — rzucił nagle Shah. — Tak to jest. Wszyscy o tym wiemy. Aż za dobrze wiemy, a przecież nie mo­że­my nawet głośniej o tym szepnąć. Lecz mimo wszystko wiemy.

🖇

     — Zauważyłeś, że podróż powrotna zawsze wydaje się szybsza? — spytał, kiedy znowu zobaczyli łódki zacumowane pod wąskim mostem na rzece Shan­non w Rooskey.
     — Oczywiście - zgodził się Jamesie. — Nigdy naprawdę nie wiesz, co cię czeka, kiedy wyruszasz w podróż. A drogę powrotną zawsze już znasz.

🖇

Rutledge kiedyś spytał Roberta Bootha, jak sobie radził z systemem po­dzia­łów klasowych, kiedy po raz pierwszy znalazł się w Oksfordzie, on, któ­ry te­raz z łatwością poruszał się w tym labiryncie.
     — To było zupełnie proste — odpowiedział natychmiast. — Kiedy do­ra­sta­liśmy, mieliśmy poczucie wyższości wobec katolików. A najtrudniejszy jest przecież pierwszy krok. Potem już było zupełnie łatwo. — Ruttledge miał wątpliwości, czy obecnie z równą pewnością siebie i równie otwarcie mógł­by coś takiego powiedzieć.

🖇

Szelest przewracanych stron gazety tworzył przestrzeń wokół bujanego fotela. […]  Tylko wtedy, kiedy mówił o obrazach, w jego głosie pojawiał się ślad emocji.

🖇

     — Mało przyjemna historia.
     — Każdy z nas mógł się znaleźć na jego miejscu.
     — Ale się nie znaleźliśmy — powiedział twardo Robert Booth.

🖇

Jakby się nad tym zastanowić, Frank Dolan okazał się po prostu zbyt ucz­ci­wy i zbyt szczery. Każda z tych właściwości sama w sobie była nie­bez­piecz­na: ich połączenie stanowiło receptę na katastrofę.
     — Nie poddajemy się. Znajdziemy jakieś wyjście. Musimy coś znaleźć — powiedział Rutledge, kiedy Frank Dolan zatrzymał się koło jego samochodu zaparkowanego przy wąskim moście w Shruhaun.
     — Co powiemy jego lordowskiej mości, jak zapyta? — zastanawiał się Frank Dolan.
     — Nic.
     — A jeśli połączy kropki? On szybko kojarzy.
     — Powiedz mu, że nadal się zajmuję sprawą — uspokajał go Rutledge. Frank Dolan był znowu przybity i niepewny co do swojego wystąpienia w banku. — Nie martw się tym wszystkim. Coś wymyślimy.

🖇

Z ludźmi bywa różnie. Kiedy już mają w ręku lejce,
zupełnie nie wiadomo, w którą stronę pojadą.

🖇

     — Czasami myślę, że może lepiej, by wszystko toczyło się swoim torem, nawet jeśli jest pomyłką. Próba naprawienia błędów na tak późnym etapie może spowodować więcej kłopotów, niż gdybyśmy nic nie robili. Zo­ba­czymy.
     — Cieszę się, że ma swoją szansę, cokolwiek miałoby z tego wyniknąć — zauważył Rutledge. - W końcu my wszyscy też ją kiedyś mieliśmy.

🖇

     — Opowiedziałyby nam [stare ścienne zegary] niejedno, gdyby potrafiły mówić — pod­su­mo­wa­ła Mary.
     — Są mądre. Żadnego marudzenia. Nigdy nie miały kłopotów — po­wie­dział Jamesie. — Mówiły tylko tik-tak. Tik-tak. Nie odpuszczają żadnej oka­zji. Tik-tak. Nie mówią nic złego. Tik-tak. Odwracają wzrok. Tik-tak. Nie wpa­dają w żadne kłopoty. Tik-tak. Nie narzucają swojego zdania. Tik-tak. Nie wymuszają niczego. Tik-tak. Pytają, dlaczego nie, ale nigdy dla­czego. Sprytniejsze niż najmądrzejsi, co tego wszystkiego próbowali.

🖇

Przyrodzona świętość każdego pojedynczego życia bardziej uwidaczniała się w śmierci niż w jego naturalnym trwaniu.

🖇

     — Myślisz, że jest życie po życiu? — Pytanie zaskoczyło Rutledge’a […].
     […]  — Nie wiem, z jakiego źródła pochodzi życie, no, chyba że z samej na­tu­ry, ani w jakim celu istnieje. Myślę, że rozsądnie można przypuścić, że wracamy do jakiegoś sensu, z którego wyszliśmy.

🖇

Od czasu do czasu potrzebny jest twardy wstrząs, żebyśmy się nauczyli, że nie jesteśmy tu na zawsze.

🖇

     — To pewnie ona nosi portki w tej rodzinie. Jak w Anglii, tam najczęściej kobiety noszą spodnie. Mężczyźni są za bardzo wypruci z wszystkiego, żeby im się chciało.
     — Powiem ci coś. Wszystkie chodziłyby w spodniach, gdyby im na to po­zwo­lić. Widziałem to wszędzie, dom po domu.
     Ale ta parka jest inna. Wygląda, że nigdy się o nic nie sprzeczają. Cza­sa­mi można się zastanawiać, czy to rzeczywiście mężczyzna i kobieta.

🖇

     — A wszystko, co mamy, to ten jeden dzień.
     — Więc wykorzystajmy go jak najlepiej — Ruttledge de­li­kat­nie ją pocałował, kiedy oboje wstawali.

John McGahern, Twarzą ku wschodzącemu słońcu, przeł. Olga i Wojciech Kubińscy, Części Proste, Gdańsk 2026.

     — Wiem. Wiem. Wiem.
     — Żylbyś o mleku i miodzie, chłopcze, gdybyś tylko zo­stał.
     — Wszyscy bylibyśmy bogaci, gdybyśmy znali re­zul­ta­ty jutrzejszych wyścigów konnych.
     — Wtedy wszyscy wokół znali, tylko ty jeden nie.
     — Wszyscy wokół się nie liczą.

🖇

     — Na zdrowie.
     — I oby jutro, z Bożą pomocą, też wstał dzień, jak ma­wia Jamesie.
     — Pomyślności! I do dna.

🖇

[…]  szczęścia nie da się powołać do bytu przez poszu­ki­wa­nie ani przez gonitwę pośród zmartwień, ani nawet nie da się go w peł­ni ogar­nąć; powinno się mu po­zwo­lić na własne, powolne tempo, tak aby mijało nie­za­uwa­żo­ne […].

🖇

     — Nikt nie byłby tu milej widziany niż ty — po­wie­dzia­ła Mary i w tym prostym zdaniu odsłoniła wszyst­kie zawahania serca.

🖇

Bóg zamyka jedne drzwi tylko po to, żeby otworzyć kolejne.

🖇

Jesteśmy ledwo podmuchem wiatru na jeziorze.

(tamże)

poniedziałek, czerwca 29, 2026

6156. Z oazy (CDLVIII)

Koralik. Widzimy się zwykle raz na kilka miesięcy. Ona zagoniona, ja zajęta. Czę­ściej rozmawiamy przez telefon, by zsynchronizować przeżywane właśnie chwile. W piątek przytomnie stwierdziła, że synchronizujemy przede wszystkim zachwyt lekturami. Wymieniłyśmy się tytułami, książkami, wrażeniami. Od soboty Ona na urlopie, ja pod wiatrakiem. Połknęłam tę historię, rzuciwszy na chwilę rozgrzebane książki.

Uwzględniony przy wyborze wyimków klucz był prosty: bez spojlerowania! Finał tej opowieści zacny i godny.

„W kwestii akania — mówi autorka, Ewa Wieżnawiec — folklo­ry­ści, pisarze i hydrologowie są całkowicie zgodni: język białoruski jest jednym z najpowolniejszych i najswobodniejszych za­ra­zem języków na świecie, bo białoruskie rzeki płyną nie­spiesz­nie w rozległych dolinach, a białoruskie mokradła i spokojne je­zio­ra rozlewają się szeroko a leniwie. Sami Białorusini również nie ma­ją się dokąd spieszyć ani czego skrywać w myśli czy rozmowie — i dlatego ufnie, otwarcie akają”.
     W białoruskim akaniu — dodam z praktyki translatorskiej — jest też nieustające zadziwienie światem, jak w polskim słowie gapie, gdzie „a” rozdziawia się szeroko jak otwarte usta. Jest namysł, cza­sem przechodzący w dłuższą zadumę, i jest zaproszenie roz­mów­cy do wspólnej refleksji — zamiast polaryzacji, wymiany poglądów i zwykle, właściwie domyślnie, podejmowanej przez Polaków wy­mia­ny argumentów (ze sporym potencjałem eska­la­cyj­nym, bo prze­cież racja musi być po jednej tylko stronie). […]  I wreszcie „a?” na końcu zdania funkcjonuje trochę jak angielskie question tag, pytanie rozłączne (nieporadnie tłumaczone na polski archaicznie brzmiącymi „czyż nie?” albo „nieprawdaż?”) – otwiera przestrzeń łagodnej interakcji, zaproszenie do potwierdzenia lub wy­pra­co­wa­nia wspólnej, akceptowalnej dla wszystkich obecnych pozycji.

I jeszcze na sam koniec, na wypadek gdyby ktoś spod kamienia zamamrotał o Kresach: to nie jest książka o kresach, ale o środku świata […]. Ciut niefajnie nazywać czyjeś ziemie „kresami”, wy­świech­ta­ną połą dawnego państwa o kolonialnych ambicjach, kra­i­ną dalekich pociotków i mitycznych utraconych majątków. Hej, ogarnijmy się — nie ma żadnych Kresów, jest XXI wiek.
     Żywie Biełaruś!

Małgorzata Buchalik

🖇 🖇

Alkoholizm, jak zresztą każdy kunszt, ma swoje tajemnice i wymaga wpra­wy. […]  Alkoholicy zawsze widzą świat od ciemnego spodu. Żeby utrzy­mać się na powierzchni, nie wolno dopuszczać do wzrostu poziomu krwi w alko­ho­lu, inaczej wszystko robi się nieznośne. Taka to choroba.

🖇

Białorusini to mało emocjonalna nacja, twarze jak w zespole Möbiusa. Ani żywe, ani martwe. Jak woda w ustach. Jak palenie mokrego. Jak ciche lato. Ludzką twarzą porusza 68 mięśni.
     Może tutejszym nie chce się napinać wszystkich tych mięśni przy każdej minie czy uśmiechu. Zresztą przeszkadza to najwyżej turystom, dla lo­kal­sów niech będzie. […]  W kulturach nastawionych na przetrwanie mimika musi pozostać szczątkowa.

🖇

Ryna nosiła w głowie mapę śmierci. Starą mapę, mniej więcej od 1920 ro­ku. Babcia pamiętała, gdzie kto zginął czy umarł, na jakim uroczysku i jak go znaleziono, i co się o tym mówiło. Przeżyła dwie wojny i dziewięć róż­nych władz, i nie żałowała wnuczce opowieści. Ryna czuła się, jakby sama żyła sto drugi rok i nosiła w głowie i mapę śmierci, i drzewa genealogiczne całych wsi […]. Często myślała, czemu los zdarzył tak, że w swoim słusznym już wieku nie zna się na niczym pożytecznym, że w wielkim, bogatym i barw­nym świecie niczego się przez ostatnich dwadzieścia lat nie dorobiła, za to ciągle lubi taplać się w tym, co przeżyła w tej biednej, zapomnianej krainie w pierwszych dwudziestu latach życia. I czy aby nie to było przy­czy­ną jej klęski: ani rodziny, ani domu, ani zawodu, za to dojrzały alko­holizm.

🖇

A kamień nabierze siły. Musi mu starczyć sił, póki nie wymrą nad nim wszyscy durnie i woda nie zmyje z niego o tego o paskudztwa, farby.
     — A pod wędrujący kamień?
     — A wędrujący kamień sam sobie pójdzie albo zakopie się w ziemię, już ty się o niego nie martw. Na Biestryksie, jak nie wiesz, był folwark […]. I ten kamień to tak z pół metra na rok wędrował. […]  A ten kamień jeszcze sobie stąd pójdzie, wspomnisz moje słowa.

🖇

Alkohol natychmiast zmienił świat na lepsze i misja nie zdawała się już taka straszna. Ryna wyjęła z torby zawiniątko Nataszy i wyszeptała:
     „Słuchaj, babciu. Podaj to tam, sama już wiesz komu […]”.
     Nawet jeśli nie wierzysz w „nauki”, strasznie jest podawać coś na tamten świat przez posłańca. […]  Ale ten przedmiot miał swojego właściciela i mu­si do niego wrócić. […]  Jak to mawiał Orka Barenbojm: nie wierzę w boga, ale wiem, że on jest.

🖇

🖇

[…]  wstrząsnęła nią nieodwracalność tego, co się stało. Usiadła na kłodzie pod drewutnią i się rozpłakała. Nic już nie można zrobić. Szlajała się po świe­cie, z dala od tego, co ważne. Może i koślawe, kruche, na wpół martwe, ale swoje, jedyne ważne naprawdę.

🖇

A czyta wciąż słabo, bo nie zna rosyjskiego. Czasami wraca i opowiada Rynie:
     — Ot, durnie! Napisali: uwaga, wilki lezą! No lezą, od tego są wilki!
     — Babciu, to „wałka liesa”. Wyrąb lasu, tak się to pisze po rusku.
     — Sama wiem, jak się pisze po rusku. Co za czasy, przy każdym wilku teraz postawią tabliczkę!

🖇

[…]  ich przyjaźń przetrwała tylko do czasu, kiedy dziewczynki zaczynają interesować się chłopcami i kiedy świat łamie dziewczynki i składa je na nowo w gotowe już do użytku kobiety. Z tym że Rynę świat ani myślał ła­mać i składać, bo od początku była ni przypiął, ni przyłatał. […]  Chciała być dziewczynką, którą lubią i matka, i chłopcy, i Natasza.
     Ale wszystko na nic, jak zwykle.

🖇

Kto to wymyślił, że niby wilk jest szary? Wilk zbiera wszystkie barwy póź­nej jesieni: jeden włosek ma jak mokry piasek, drugi jak biały mech, trzeci jak glina, czwarty jak mokra olszyna, piąty jak torf, a wszystkie razem niby niepozorne, ale kiedy słońce zagra na wilczej sierści, wilk mieni się ko­lo­ra­mi jak ósmy cud świata. Ryna i wilk długo patrzyli na siebie […].

🖇

     — Babciu, czego ona chce? Czemu […]? I nikt nie chce się ze mną przy­jaź­nić? Czemu my tak żyjemy? Przecież jak jesteś wiedźmą i wszystko możesz zrobić, to zrób tak, żeby nas lubili.
     — Nie będą nas lubić.

🖇

Moja babcia pomagała wszystkim, o cokolwiek prosili […]. Tylko nikogo już nie poważała. Ani boga, ani diabła, ani człowieka. Co za różnica, mówiła, Niemcy, Ruskie, Polaki czy Białorusy? Jedna cholera — wszystko durne chłopy.

🖇

Oj, jak żeśmy się czasem z nim kłócili. A dziś, gdyby tylko kto mi zwrócił Orkę, chuchałabym na niego i dmuchała.

🖇

🖇

[…]  człowiek w nieszczęściu powinien być jako trzcina,
a w wierze jako cedr.

🖇

Nie było już na kim się mścić. Żaden człowiek nie jest wart nienawiści dłużej niż przez pięć minut.

🖇

     — Cześć, Ałoŭnikaŭ. Długo jeszcze będziesz tutaj siedział? — spytała.
     — O, Rynka-landrynka. A jak mnie znalazłaś?
     — Zawsze wiedziałam, gdzie jesteś.
     — Mówiłem ci, żebyś trzymała się ode mnie z daleka. Sama widzisz, jak kończą ci, którzy podchodzą zbyt blisko.
     Spojrzała w jego twarz, pierwszy raz tak po prostu patrzyła mu w twarz, bez zaczepki, uników, nadziei, głodu czy pragnienia.

🖇

[…]  raz jeszcze łyknęła z małej butelki. Była w niej sześć­dzie­się­cio­pro­cen­to­wa wódka z zimowych jabłek. Jeden łyk takiej wódki robi z ciebie lwicę.

🖇

     — At, jakoś to będzie. Wiesz, co powiedziała moja babcia? „Święte źró­dło, które odkopią złodziej, moczymorda i dziewica”.
     — No, kto tu kradnie i kto pije, wiadomo. Ale dziewica?

Ewa Wieżnawiec, O wilku mówiono w izbie,
ilustr. Aleksandra Konarska, przeł. Małgorzata Buchalik,
Wydawnictwo KEW, Wrocław-Wojnowice 2025.
(wyróżnienie własne)

Nie ma świecie francy gorszej niż człowiek. Jak człowiek poczuje krew i zysk, nic już nie zrobisz. Koniec!

(tamże)

piątek, kwietnia 10, 2026

6068. Z oazy (CDXXXVII)

W Wiel­ką Sobotę, nim ruszyliśmy w drogę, z radia wyciekł tytuł tej książki. Klik, klik, nim wszystkie niezbędne rzeczy zostały spakowane. W poniedziałek było po lekturze, jest doskonała!

Wybieranie, cedzenie wyimków, z powodu owej doskonałości, zajęło mi wiele dni, ale już, ufff, mam pod ręką wszystko, co chcę mieć.

Wbrew pozorom ogrodnik nie wyrasta z nasion, pędów, cebulek, bulw ani odnóżek, ale powstaje z doświadczenia, środowiska zewnętrznego i warunków przyrodniczych.

🖇

[…]  Adam – podobnie jak my, dzieci – nazrywał niedojrzałych owoców i zo­stał za to wygnany z raju; od tamtej pory owoce z drzewa żywota będą zawsze niedojrzałe.

🖇

Istnieje parę forteli, które można zastosować wobec pogody, aby wymusić jej zmianę. Na przykład kiedy ktoś włoży na siebie wszystkie najcieplejsze ubrania, jakie tylko posiada, wtedy z reguły nadchodzi ocieplenie. Odwilż następuje również w momencie, w którym kilku przyjaciół wyruszy w góry, aby wreszcie pojeździć sobie na nartach.

🖇

„Nawet styczeń nie jest dla ogrodnika czasem bezczynnym” – mówią pod­ręcz­ni­ki ogrodnictwa. Rzeczywiście tak jest, bowiem w styczniu ogrodnik przede wszystkim

u p r a w i a   p o g o d ę.

     Wszystko dlatego, że pogoda cierpi permanentnie na pewną przy­pa­dłość: otóż nigdy nie jest, jak trzeba. Zawsze przesadza w jedną albo drugą stronę. […]
     Jeżeli ludzie, dla których pogoda nie jest kwestią kluczową, mają tyle powodów, żeby na nią narzekać, to co dopiero mówić o ogrodniku!

🖇

Krótko mówiąc, przygotowanie gleby dla nasionek
jest wielką tajemnicą i magicznym obrzędem.

🖇

[…]  znienacka, w tajemniczym i niepostrzeżonym momencie (ponieważ tego momentu nikt nigdy nie widział ani nie zarejestrował), po cichutku rozstępuje się ziemia i pojawia się pierwszy kiełek. […]  Tylko dwa listeczki na bladej nóżce, ale jest to tak dziwne, ma tyle wariantów, z każdą roślinką bywa inaczej… Ale co to ja chciałem powiedzieć? Już wiem: nic albo tylko to, że życie jest bardziej skomplikowane, niż możemy sobie wyobrazić.

🖇

Ogrodnik w lutym kontynuuje styczniowe prace, zwłaszcza te zwią­zane z uprawianiem pogody. […]  ten najkrótszy z miesięcy, ten knypek wśród innych miesięcy, ten miesiąc niedonoszony, przestępny i ogólnie niesolidny […]  Diabli wiedzą, dlaczego w latach przestępnych dodaje się jeden dzień akurat temu perfidnemu, katarogennemu, ba­ła­mut­ne­mu miesięcznemu grzdylowi; rok przestępny powinien mieć jeden dzień więcej w cudnym maju, niech tych dni będzie trzydzieści dwa i tak będzie najlepiej. A nie dręczyć ogrodników dodatkowym dniem lutowym.

🖇

Kolejną pracą sezonową w lutym jest  ś c i g a n i e   p i e r w s z y c h   o z n a k   w i o s n y. […]  taki pierwszy motyl to przeważnie ostatni motyl zeszłoroczny, który tylko przez niedopatrzenie nie kopnął w kalendarz.

🖇

Wszystko, co istnieje, dzieli się na to, co nadaje się do gleby, i na to, co się nie nadaje.

🖇

[…]  do czego są potrzebne ogrodnikowi plecy? Wygląda na to, że tylko do tego, żeby od czasu do czasu mógł się rozprostować, wzdychając: „Uch! Moje plecy!”. Jeżeli chodzi o nogi, to są w porządku: dają się składać na róż­ne sposoby: można na nich kucać, klęczeć, siedzieć albo zarzucić je sobie na szy­ję; palce nadają się jako pikownik do robienia dziurek w ziemi, dłonie można wykorzystać do rozdrabniania grudek albo pecyn, głowa służy do za­wie­sze­nia fajki; tylko grzbiet pozostaje rzeczą niesforną, którą ogrod­nik próbuje bezskutecznie zgiąć w odpowiedni sposób.

🖇

Ze wszystkim na świecie da się coś robić, wszystko można naprawiać i re­for­mo­wać, tylko z pogodą nic zrobić się nie da. Nie pomoże ani gorliwość, ani megalomania, ani innowacja, ani dociekliwość, ani bluźnierstwo; pąk otworzy się, a kiełek wyjrzy z ziemi dokładnie w chwili, kiedy przyjdzie jego czas i zechce tego prawo przyrody. W tym miejscu uświadamiasz sobie z pokorą bezsilność człowieka; pojmujesz, że cierpliwość jest matką mądrości

🖇

My, ogrodnicy, wierzymy również w absolutną prawdziwość ludowych pro­gnoz […], że „co marzec wypiecze, to kwiecień wyciecze” i w inne pro­gno­zy, które dają świadectwo, że ludzie od zarania czasu mają złe do­świad­cze­nia z pogodą. […]  ludowe przepowiednie wróżą przeważnie rzeczy zło­wieszcze i nieprzyjemne. […]  odnotować należy, iż istnienie ogrodników, którzy – nie bacząc na te paskudne doświadczenia z pogodą — co roku wi­ta­ją z entuzjazmem wiosnę, daje świadectwo niezmordowanego i nad­przy­ro­dzo­nego optymizmu rodzaju ludzkiego.

🖇

Z im większą trwożliwą ostrożnością będziecie pracować, tym więcej szkód narobicie; dopiero lata praktyki nauczą was mistycznej i pierwotnej pew­no­ści prawdziwego ogrodnika, który stawia nogi gdzie popadnie, a mi­mo to niczego nie zadeptuje; a kiedy mu się to zdarzy, przy­naj­mniej się tym w ogóle nie przejmuje. To tylko tak na marginesie.

🖇

Rzeczywiście człowiek nie zastanawia się, po czym kroczy; pędzi wciąż gdzieś jak wariat i co najwyżej zwróci oczy ku górze, jakie są piękne chmu­ry albo tam, daleko ładny horyzont, albo imponujące niebieskawe góry; ale nawet nie spojrzy pod nogi, żeby pochwalić, jak zachwycająca gleba ścieli mu się u stóp.

🖇

Człowiek ogrodnik z pewnością powstał na drodze ewolucji kulturalnej, nie naturalnej. Gdyby rozwijał się zgodnie z przyrodą, to wyglądałby inaczej: nogi miałby jak żuk, żeby nie musiał kucać, no i miałby skrzydła po pier­wsze z powodów estetycznych, a po drugie po to, żeby móc zawisnąć nad swoimi rabatkami.

🖇

Mówi się „Święto Pracy”, a nie „Święto Osiągnięć”; ale przecież człowiek powinien być dumny z tego, co osiągnął, a nie z tego, że w ogóle pracował.

🖇

Prawdopodobnie każdy z nas ma w sobie jakiś odziedziczony po przodkach gen plantatora; nawet kiedy nie hodujemy choćby pelargonii albo cebuli na pa­rapecie, gdy przez okrągły tydzień świeci na nas słońce, zaczynamy spo­glą­dać z troską w niebo i mówić sobie na dzień dobry:
     — Już by mogło popadać.
     […]  Żaden cud słońca nie może dorównać cudowi błogosławio­ne­go desz­czu. […]  Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: trawa, ja, gleba; tak jest nam dobrze.

🖇

Według filozofii niemieckiej brutalna rzeczywistość to jest po prostu to, co jest (Sein), natomiast wyższy moralny po­rzą­dek (Sollen) jest tym, co po­win­no być. Czyli ogrodnik, zwłaszcza w lipcu, skłania się ku temu wyższemu po­rząd­kowi, wiedząc dobrze, co powinno być. „Powinno popadać” – stwier­dza z całym przekonaniem.

🖇

🖇

[…]  przy każdej z tych okazji ogrodnik wygrzebuje z ziemi niewiarygodne bogactwo kamieni i innego świństwa. Najwyraźniej te kamienie wy­ra­sta­ją z jakichś nasion albo lęgną się z jajeczek, albo są nieustannie wy­pierane z niezbadanego jądra globu – pewnie ziemia tymi kamieniami się po prostu poci.

🖇

Prawdziwy ogrodnik może, ot tak, wetknąć w ziemię kawałek liścia, a wy­rośnie mu z tego dowolny kwiatek, a my, laicy, musimy cackać się z ho­do­wa­niem sadzonek, pieczołowicie je zwilżać, chuchać na nie, karmić zmie­lo­nym ro­giem albo odżywkami dla niemowląt; a w końcu i tak nam toto zmar­nieje albo uschnie. Myślę, że muszą w tym być jakieś czary […]

🖇

Na swój sposób — z ogrodniczego punktu widzenia — wrzesień to wdzięcz­ny i ważny miesiąc; nie tylko dlatego, że kwitną wtedy nawłoć, złocień ja­poń­ski i jesienne astry, nie tylko z waszego powodu, ciężkie i zadziwiające da­lie; wiedzcie, ludzie niewierni, że wrzesień jest miesiącem wybranym dla wszystkiego, co kwitnie po raz drugi; jest miesiącem drugiego kwiatu; mie­sią­cem dojrzewającej winorośli. To są tajemnicze własności września, peł­ne głębszego sensu, ale przede wszystkim jest to miesiąc, w którym po­now­nie otwiera się ziemia, a to znaczy, że znów  m o ż e m y   s a d z i ć!

🖇

🖇

Już nie da się dłużej zaprzeczać: jest jesień. Poznacie ją po tym, że kwitną jesienne astry i jesienne chryzantemy – te jesienne kwiaty kwitną ze szcze­gól­ną siłą i hojnością, nie robią z tym ceregieli, kwiat to kwiat, ale za to w ja­kich ilościach! Powiadam wam, że rozkwit wieku dojrzałego jest sil­niej­szy i żarliwszy niż gorączkowe i ulotne triki wczesnej wiosny. Są w nim roz­sądek i konsekwencja dojrzałego człowieka: jak już kwitnąć, to rzetelnie; i mieć mnóstwo miodu, żeby zleciały się pszczoły. Cóż znaczy spadający liść wobec tego bogactwa jesiennego kwitnienia? Czy widzicie ten brak zmęczenia?

🖇

To tylko takie gadanie, że październik, że przyroda szykuje się do snu zi­mo­we­go; ale ogrodnik wie lepiej, zapytajcie go, a powie wam, że paź­dzier­nik jest miesiącem równie dobrym jak kwiecień. Bo też trzeba wam wie­dzieć, że październik to pierwszy wiosenny miesiąc, miesiąc pod­ziem­ne­go wypuszczania pędów i kiełków, ukrytego rozkwitu, pęcznie­ją­cych pąków.

🖇

Mówicie, że mamy już bardzo mało słonka? Że dusi nas szara mgła? Że bi­czu­ją zimne deszcze? Wszystko jedno. Najważniejsze to kwitnąć. Tylko ludzie narzekają na złą pogodę, chryzantemy tego nie robią.

🖇

🖇

Bywają ludzie, przeważnie są to krytycy i mówcy publiczni, którzy uwiel­bia­ją mówić o korzeniach; oświadczają na przykład, że powinniśmy po­wró­cić do korzeni albo że jakieś zło trzeba wyrwać z korzeniami, albo że naszym obowiązkiem jest przeniknąć aż do korzeni pewnych spraw. Pięk­nie. Chętnie bym popatrzył, jakby wykopywali (razem ze wszystkimi ko­rze­nia­mi, ma się rozumieć), powiedzmy, taką trzyletnią pigwę.

🖇

[…]  próbowałem tego z pigwą i zaświadczam, że praca z korzeniami jest ciężka i że korzenie lepiej zostawić tam, gdzie są: one już wiedzą, dlaczego chcą tkwić tak głęboko; powiedziałbym nawet, że nie zależy im na naszej uwadze. Bo też najlepszym rozwiązaniem jest dać korzeniom spokój […].

🖇

Co tu dużo mówić: pojawiły się już wszystkie oznaki tego, że przyroda, jak się to mówi, układa się do snu zimowego. […]  skądże, ale gdzie tam! Co za po­my­sły! Jakieś oszczerstwa! […]  Obróćmy wszystko do góry nogami, żeby to lepiej poznać; obróćmy przyrodę do góry nogami, żebyśmy mogli się jej przyjrzeć; obróćmy ją do góry korzeniami. Co wy wygadujecie? To ma być sen? To nazywacie odpoczynkiem? Powiedziałbym raczej, że prze­sta­je ro­snąć w górę, bo nie ma na to wolnej chwili, a to dla­te­go, że za­ka­sa­ła rę­ka­wy i rośnie w dół; splunęła w ręce i zakopuje się w ziemi.

🖇

To nazywacie snem? Niech diabli porwą liście i kwiaty, co to za prze­chwał­ki? Tu, na dole, tu, pod ziemią, odbywa się ta prawdziwa praca, tu, tu i tu wyrosną nowe łodygi; stąd dotąd z tych listopadowych ognisk wystrzeli marcowe życie; tu, pod ziemią, został nakreślony wielki program wiosny.

🖇

Mówi się, że wiosna to czas wypuszczania pędów; w rzeczywistości czas wy­puszczania pędów przypada na jesień. Obserwując naturę, stwier­dza­my, że w pewnej mierze prawdą jest, że jesień to koniec roku; ale jeszcze bardziej prawdą jest, że jesień to początek roku. […]  Ludzie, to jest dopiero prawdziwa wiosna; to, co nie będzie gotowe teraz, nie będzie też gotowe w kwietniu.

🖇

🖇

Czasami nam się wydaje, że usłani zeschłymi resztkami przeszłości śmier­dzi­my zgnilizną; ale gdybyśmy mogli widzieć, ile grubiutkich i białych pę­dów przebija się przez tę starą kultywowaną glebę, którą nazywamy dniem dzisiejszym, ile nasion potajemnie kiełkuje, ile starych sadzonek wypuszcza właśnie młody żywy pąk, który niebawem rozwinie się w kwi­tną­ce życie, gdybyśmy mogli zobaczyć to skryte rojenie się między nami, pewnie byśmy sobie powiedzieli, że wielką bzdurą jest nasza tęsknota i nasza nie­uf­ność; i że najlepsze ze wszystkiego jest bycie żywym człowiekiem, czyli człowiekiem, który rośnie.

🖇

Nie widzimy kiełków, bo one tkwią pod ziemią;
nie znamy przyszłości, bo ona jest w nas.

🖇

Karel Čapek, Rok ogrodnika, ilustr. Josef Čapek, przeł. Elżbieta Zimna,
Wydawnictwo Dowody, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

Przez cały rok jest wiosna i przez całe życie jest mło­dość; wciąż jest z czego kwitnąć. To tylko takie ga­da­nie, że je­sień; my tam na razie rozkwitamy innym kwieciem, ro­śnie­my pod ziemią, wypuszczamy no­we pę­dy; wciąż jest co robić. Tylko ci, którzy trzymają ręce w kie­sze­niach, mó­wią, że będzie gorzej; ale ten, kto kwit­nie i wydaje owoce, nawet jeżeli robi to w li­sto­pa­dzie, nie daje świa­dec­twa jesieni, ale złotemu latu; nie daje świa­de­ctwa upadkowi, ale kwitnieniu. Jesienny astrze, drogi czło­wie­ku, rok jest tak długi, że nie ma końca.

Ogródek nigdy nie jest skończony. Pod tym wzglę­dem ogródek przypomina świat ludzi i wszelkie ludzkie przed­sięwzięcia.

(tamże)