Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bele-trele-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bele-trele-fiction. Pokaż wszystkie posty

niedziela, września 27, 2026

6237. Z oazy (CDLXXVI)

Dzień Ojca, pisałam, jest dla nas — Białego Kruka i mnie — świętem ruchomym. W zeszłym tygodniu okazało się, że wciąż jest, tylko przekształcił się i po raz pierw­szy obchodzony jest jako… A doszło do tego tak.

Zatrzymała mnie okładka. Arcyoszczędna graficznie zachwyciła mnie, a gen po dziad­ku drukarzu uczepił się kroju pisma, którym złożono metadane. Klik, klik i po raz pierwszy Dzień ku pamięci Ojca ruszył z przytupem, zachowując naturę Dni Ojca obchodzonych z Białym Krukiem.

Pełna niuansów, niedopowiedzeń, niepewności w relacjach, nieśpiesznie tocząca się historia wśród białych i czarnych klawiszy. A w tle muzyka i muzycy. I jeszcze więcej muzyki.

Na początku wszyscy byliśmy jedynie bezcielesnymi duszami. Kiedy Bóg zapragnął nadać im fizyczny kształt, odmówiły, nie chciały zespolić się z ma­terią, która podlega chorobom, śmierci i nie może swobodnie podró­żo­wać w czasie i przestrzeni. Wtedy Bóg użył podstępu – na jego rozkaz anio­ło­wie zagrali cudowną melodię.
     I stało się: muzyka urzekła dusze, które zapragnęły usłyszeć ją naj­wy­raź­niej, jak to możliwe. Istniał wyłącznie jeden sposób – za pośrednictwem ludz­kiego ucha. Boski fortel się powiódł i dusze oblekły się w ciała.

🖇

Wiele lat temu przyzwyczaiłem się do bycia samotnym czarnym klawiszem, podczas gdy białe klawisze zdawały się istnieć poza zasięgiem moich palców.
     […]
     Myślałem, że mogę robić wyłącznie to. Biec bez końca. Biec, dopóki nie będę miał pojęcia, gdzie jestem. Aż do chwili, kiedy Lin Sang pozwolił mi znów usiąść przy steinwayu i usłyszeć bicie własnego serca.

🖇

Wraz z końcem Arabeski nr 1 Debussy’ego pianista przez trzy sekundy trzy­mał ręce zawieszone w powietrzu, jak para łabędzi płynących leniwie po je­ziorze, zanim dotrą do brzegu.
     Ćwierć wieku później pewien nastolatek zdołał znów usiąść przed stein­wayem i usłyszeć szepczące pod jego koniuszkami palców klawisze. Ten chło­pak sprzed dwudziestu pięciu lat mignął, pojawił się na chwilę w odbi­ciu na lakierowanym mahoniu i rozpłynął się w powietrzu wraz z ostatnią nutą.


Claude Debussy, Arabeska nr 1,
Maria João Pires (fortepian).

🖇

W czasach, kiedy cyfrowe rejestrowanie nagrań było nadal science fiction, na dwóch końcach skali znajdowali się Richter, który uznawał tylko kon­cer­ty na żywo i zaciekle odrzucał pracę w studiu, i, na przeciwnym, Gould, dla którego najważniejsza była sama muzyka i któremu nie przeszkadzało na­gry­wanie w kilku podejściach.

🖇

Kto uwolnił ducha zamkniętego w tym fortepianie, aby mógł przemierzyć świat i mnie odnaleźć?

🖇

Prawdziwe marzenie to siła, która
ciągnie cię, kiedy jesteś
najbardziej bezsilny i zagubiony.

🖇

Kluczowa jest barwa. […]  Najbardziej poruszająca barwa nie brzmi wyjątkowo mocno, ale ma w sobie tę najcichszą, najsłabszą nutę…

🖇

[…]  każdy fortepian istniejący na świecie ma swoje odrębne brzmienie. Większość ludzi nie ma o tym pojęcia, trwają w przekonaniu, że każdy dźwięk, który słyszą, jest identyczny i perfekcyjny. Taka jest moc cywilizacji.
     Mówiąc wprost, istota ludzka to jedynie kolejne niedoskonałe z natury stworzenie. Czyż nie opakowujemy tego w abstrakcyjne słowa… takie jak dusza, świętość, miłość czy piękno?

🖇

Muzycy nie zawsze rozumieją swoje fortepiany […]
     Podobny błąd popełniają zwykli ludzie, nie dostrzegając, jak złożone i nieprzewidywalne jest ludzkie serce. Wydaje im się, że istnieją partytury, z których można się nauczyć zasad postępowania z drugim człowiekiem.

🖇

[…]  marzeń nie należy ścigać, nie można ich również posiadać ani zdo­by­wać. Powinny być jak sumienie, jak najszczersza melodia w sercu, a nie coś ulokowanego poza nami.

🖇

Czy jeśli w rezonansie sześćdziesięciolatka wyczuwasz samotność i rozpacz, to przyczyną może być brak strojenia? Który z powtarzających się inter­wa­łów jest najbliższy pitagorejskiej zasadzie harmonii?

🖇

Jako profesjonalista mogę powiedzieć, że każdy fortepian, nowy czy stary, ma duszę. Dopiero strojenie łamie zaklęcie i ją uwalnia, w innym przy­pad­ku pozostałaby uwięziona na wieki.

🖇

Dla niego każda sytuacja oznaczała nową szansę, a jeśli popełnił błąd, za­czy­nał od nowa, nigdy nie myślał nad ceną i ryzykiem, z jakimi dla in­nych wiąże się każdy ich krok.

🖇

Rzeczywiście chcesz wejść w ten biznes? Czy…
     Czy co? Prawie to powiedziałem, ale zabrakło mi odwagi, bałem się jego słów, że sami się oszukujemy naszym początkowym zdecydowaniem.
     Jeśli obedrzesz z płci, pożądania i smrodu pieniądza słowo „partner”, to jaki rodzaj relacji pozostanie między nami?
     Dlaczego ja? Jak w ogóle mógłbym to być ja? Czy nie oczekiwał, że jego partner będzie bardziej reprezentacyjny, bardziej otrzaskany w świecie?

🖇

Zawsze cichaczem [przeznaczenie] zmienia swe ścieżki,
a ty nie masz o tym pojęcia.

🖇

Subtelny klon, elegancki heban, krzepki mahoń, odporna brzoza, wszystkie ustawione w jednej linii, przywoływały na myśl powiązane losem kostki do­mina oczekujące na wywracający je wszystkie cios.
     […]
     Najłagodniejszym tonem […]  modliłem się za pokaleczone fortepiany wo­kół mnie.
     Spędziłyście życie, służąc ludzkiej próżności i wulgarności, wiem, jakie to trudne…
     Przez wieki jedynie garstka z was miała szczęście spotkać geniuszy mu­zy­ki, zdecydowana większość zmarnowała swój czas…

🖇

     — Nie wiem, jak… Nie mogę… Pomóż mi… Przepraszam, ja naprawdę nie mogę, naprawdę…
     Lin Sang chwilę milczał i nagle wykrzyknął na cały głos moje imię:
     — Hu! Yi! Lu!
     Potem objął mnie, podczas gdy ja nie mogłem powstrzymać hi­ste­rycz­ne­go dygotu.

🖇

[…]  nagle mnie zapytał: „Jak myślisz, gdzie jest twój dom?”.

🖇

Gdy docierasz do kresu, nie ma już znaczenia, czy zostałeś pianistą kon­cer­to­wym, ważne jest jedynie to, czy w chwili odejścia masz to coś, co przy­nie­sie ci spokój i uwolni od żalu.

Chiang-Sheng Kuo, Stroiciel fortepianów,
przeł. Katarzyna Sarek,
Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2024.

Być może los sprawia, że ludzie mogą się spotkać wy­łącz­nie w określonym momencie.

🖇

[…]  muzyka to nasze wspólne źródło i przeznaczenie.

🖇

[…]  każdy człowiek rodzi się z własnym ro­dza­jem drga­nia — niektórzy szukają go w instrumentach, inni w śpie­wie, a inni, ci szczęśliwsi, słyszą go w olbrzy­mim świecie. Tam odnajdują tę wibrację, która współ­brzmi z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

(tamże)

6235. Z oazy (CDLXXV)

W środku zeszłego tygodnia spotkało mnie przemiłe zaskoczenie, że jeszcze jeden barnes, że bez zbędnej zwłoki przełożony na język polski.

Mówią powieść, a ja natychmiast gubię znaną mi definicję tego gatunku literackiego i jestem cała głupia. Dla mnie to patchwork wrażeń, reakcji i przemyśleń Autora, na to, co go w czasopismach, w relacjach i w życiu spotkało.

Pomimo prawie osiemdziesiątki na karku, gdy zbierał i układał te literki, w jednym miejscu naprawdę bredzi, ale jest usprawiedliwiony, po prostu nie musiał nigdy scho­dzić wystarczająco głęboko — tylko zgrzytnęłam zębami, przymknęłam oko — nie do­ce­nia siły roślin i powtarza nieprawdziwe, wyjątkowo krzywdzące, komunały o oso­bach całkowicie zależnych.

Tych kilka nitek, które pozwalają nazwać tę książkę powieścią, których splotów i su­płów unikałam podczas wybierania wyimków, by nie spojlerować, zasługuje na za­chwyt. I z tym zachwytem zostałam po przeczytaniu tej książki, a potem w „gratisie” pławiłam się dodatkowo w radości, patrząc, jak na moich oczach wyimki organizują się w zgrab­ną całość. Po drodze wymusiły na mnie, by za­zna­czyć szwy między ele­men­ta­mi o różnych wzorach tkanin, z których ten literacki patchwork stworzono.

Wydaje ci się, że zapa­mię­ta­łeś coś „dokład­nie”, a im wię­cej razy przy­wo­łu­jesz to wspo­mnie­nie i je opo­wia­dasz, tym moc­niej utwier­dzasz się w prze­ko­na­niu o jego praw­dzi­wo­ści. Ale co by było, gdyby upo­mniał cię i popra­wił… wła­sny mózg? Co, gdyby mógł ci przed­sta­wić wszyst­kie twoje wer­sje wyda­rzeń i poka­zać, jak stop­niowo acz sys­te­ma­tycz­nie odda­la­łeś się od pier­wot­nej rela­cji? Czy to nie byłoby dziwne i dez­orien­tu­jące? Ale też pomocne: trud­no byłoby odrzu­cić wnio­ski wła­snego wzgó­rza, prawda?

🖇

[…]  to, co zwy­cza­jowo uwa­żamy za wspo­mnie­nie, jest przy­wo­ły­wane, czę­sto lub nieczę­sto, na prze­strzeni naszego życia, i za każ­dym razem prze­obraża się tro­chę, aż wresz­cie zastyga w for­mie, którą – za wła­sną namową — uzna­jemy za prawdę.

🖇

Trudno myśleć o mózgu, bo wiąże się to z uży­ciem jego samego: skom­pli­ko­wane, a może też osta­tecz­nie daremne przed­się­wzię­cie. A mimo to więk­szość z nas czuje, że w jakiś spo­sób dowo­dzimy swo­imi mózgami, tak jak — choć to może nie­wła­ściwa meta­fora — kapi­tan łodzi pod­wod­nej dowo­dzi swoim okrę­tem.
     Pery­skop w górę! Lustro­wać hory­zont! Intruzi! I tak dalej. Wyobra­żamy sobie, że mówimy naszym mózgom, w którą stronę mają wyce­lo­wać tor­pedy i kiedy je odpa­lić. Jed­nak takie poczu­cie ładu i kon­troli nie wytrzy­muje głęb­szej ana­lizy. Nasze mózgi mają nad nami znaczną prze­wagę: wie­dzą wszystko to, co my, pod­czas gdy my wiemy tylko o nie­któ­rych ich dzia­ła­niach.
     Mówi się, że prze­ciętny mózg codzien­nie prze­twa­rza sie­dem­dzie­siąt cztery giga­bajty infor­ma­cji. Innymi słowy — sie­dem­dzie­siąt tysięcy myśli. Pra­cuje dzień i noc. My śpimy, a mózg nie.

🖇

Przy pew­nych odpo­wied­nich nastro­jach wspo­mnie­nia — to, co się za­po­mniało – wycho­dzą na wierzch. […]  czy to nie­moż­liwe — czę­sto się za­sta­na­wiam — że to, co prze­ży­wa­li­śmy z wielką inten­syw­no­ścią, ist­nieje nie­za­leż­nie od naszych myśli, ist­nieje w grun­cie rze­czy na­dal?
   — Vir­gi­nia Woolf

🖇

Nie­ważne, jak wyra­zi­sta jest dana myśl w środku nocy, nie można ocze­ki­wać, że mózg będzie ją pamię­tać – i przy­po­mni o niej — kilka godzin póź­niej. Nie pełni prze­cież funk­cji two­jego fak­to­tum.

🖇

[…]  naj­lep­sza część naszej pamięci jest poza nami, w dżdży­stym podmu­chu wia­tru, w zadu­chu pokoju lub w zapa­chu pierw­szego ognia na kominku […].
   — Marcel Proust

🖇

[…]  być może mam — albo mia­łem — w sobie coś, co zachęca innych do zwie­rzeń. Cza­sem na wstę­pie mówią, ner­wowo: „Nie wyko­rzy­stasz tego, prawda?” lub — rza­dziej, z więk­szą pew­no­ścią sie­bie — „Mam dla cie­bie hi­sto­rię”. A ja za każ­dym razem odpo­wia­dam: „To tak nie działa”. Co jest prawdą. Piszę głów­nie fik­cję, co wymaga powol­nego kom­po­sto­wa­nia życia, zanim sta­nie się ono uży­tecz­nym mate­ria­łem, i w danej chwili nie mam po­ję­cia, co może nabrać fik­cyj­nego poten­cjału, a co nie.

🖇

[…]   stu­dio­wa­łem na Oks­for­dzie mię­dzy 1964 a 1968 rokiem […]. Byłem w Mag­da­len, jed­nym ze star­szych i bar­dziej oka­za­łych kole­giów, a wów­czas też wyłącz­nie męskim. […]  Było pły­wa­nie pun­tami i dal­szo­pla­nowa, lecz wy­raź­na świa­do­mość, że podą­żamy śla­dami uprzy­wi­le­jo­wa­nych. […]  Pew­nego popo­łu­dnia pan Bre­ar­ley powie­dział nam: „I za­wsze pamię­taj­cie, że lata spę­dzone tam będą naj­lep­szym okre­sem wa­sze­go ży­cia”. Kiedy byłem na stu­diach, ta prze­po­wied­nia cza­sami bar­dzo mi cią­żyła. „Czy naprawdę lepiej już nie będzie?” — zasta­na­wia­łem się i popa­da­łem w przy­gnę­bie­nie.

🖇

[…]  jesz­cze jedno. Nar­ko­tyki. Lata sześć­dzie­siąte — jak wszy­scy wie­dzą — były dekadą pod zna­kiem seksu i nar­ko­ty­ków. Ale to pierw­sze było znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane logi­stycz­nie i psy­cho­lo­gicz­nie niż dzi­siaj; nato­miast to dru­gie było — dla mnie — nie­wi­dzialne. […]  mię­dzy rokiem 1964 a 1968, ni­gdy nie zapro­po­no­wano mi choćby skręta. Typo­wymi używ­kami były alko­hol i papie­rosy. Ja nie pali­łem i nie­spe­cjal­nie lubi­łem pić. Piwo sma­ko­wało paskud­nie, a wino kupo­wa­łem rzadko.

🖇

Ste­phen był — jest — był — wysoki i paty­ko­waty. […]  kiedy wyma­chi­wał rękami, miało się wra­że­nie, że wyru­sza jed­no­cze­śnie w róż­nych kie­run­kach. […]  Jego wnę­trze nie współ­grało z zewnę­trzem. Mówił cicho, był ostrożny, ni­gdy nie sza­stał argu­men­tami, tak jak sza­stał koń­czy­nami, i był bar­dzo uważny.

🖇

Jean […]. Bły­sko­tliwa, ener­giczna, impul­sywna? Zadziorna? Te okre­śle­nia są nieco bliż­sze, ale wciąż tylko przy­bli­żone. Doga­dy­wa­li­śmy się dobrze, czę­ściowo dla­tego, że ponie­kąd zda­wa­łem sobie sprawę, iż nie mam u niej szans. Pod­cho­dziła wprost do rze­czy i idei, i osób; to ona brała się za nie, a nie one za nią — czy to ma sens? I chciała zoba­czyć świat.

🖇

W tam­tych cza­sach, my — mam tu na myśli mło­dych męż­czyzn, któ­rzy, jak Ste­phen i ja, zostali wycho­wani w sys­te­mie jed­no­pł­cio­wym – mie­li­śmy wie­le pry­mi­tyw­nych i czy­sto teo­re­tycz­nych wyobra­żeń o kobie­tach. […]  A po­nie­waż bra­ko­wało nam pew­no­ści sie­bie, ocie­ka­li­śmy żalem nad samymi sobą i spo­dzie­wa­li­śmy się odrzu­ce­nia, w ogóle nie bio­rąc pod uwagę, że dziew­częta mogą doświad­czać cze­goś podob­nego. Nie­dawno prze­czy­ta­łem, że u chłop­ców mózgi roz­wi­jają się znacz­nie wol­niej niż u dziew­cząt. Kobiecy móż­dżek osiąga doce­lowy roz­miar w wieku lat jede­na­stu, nato­miast jego męski odpo­wied­nik dopiero w dum­nym wieku lat pięt­na­stu. To chyba wyja­śnia pewne kwe­stie zwią­zane z zacho­wa­niem chłop­ców, prawda? A skoro „dziecko jest ojcem czło­wieka”, rów­nież pewne kwe­stie zwią­zane z zacho­wa­niem męż­czyzn?
     Były też inne demo­ty­wu­jące czyn­niki. Nie­które dziew­częta inte­re­so­wały się bar­dziej książ­kami niż chło­pa­kami. Inne poznały już chło­pa­ków, któ­rzy byli starsi i bar­dziej cza­ru­jący niż my. Jesz­cze inne (czy pod wpły­wem intu­icji, czy uwa­run­ko­wań spo­łecz­nych) wie­działy, czego chcą, a także — od ra­zu — że my tym nie jeste­śmy.

🖇

[…]  skoń­czy­li­śmy już egza­miny […]  i z lękiem wyobra­ża­li­śmy so­bie przy­szłość tam, w tym dur­nym doro­słym świe­cie kom­pro­mi­sów i kłamstw opo­wia­da­nych samemu sobie.

🖇

Jako pogodny pesy­mi­sta zwy­kle szu­kam
dobrych stron każ­dej sytu­acji
[…].

🖇

     — Przy­pusz­czam, że nie da się tego wyle­czyć?
     — Nie — odpo­wie­działa wprost. — Nie da się tego wyle­czyć, ale da się to kon­tro­lo­wać.
     […]
     — Aż mój stan się unor­muje? — spy­ta­łem.
     — Nie, do końca pań­skiego życia. Na tym polega „kon­tro­lo­wa­nie”. Cho­roba będzie panu towa­rzy­szyć aż do śmierci. Zapewne pana nie zabije, chy­ba że doj­dzie do kolej­nych mu­ta­cji. Ale w innym wypadku umrze pan razem z tą cho­robą, a nie na nią.

🖇

Druga notatka brzmi: „Nocą mózg gna” […].

🖇

Na oddziale ratun­ko­wym […]  napi­sa­łem w notat­niku: „Ojej — to może być koniec tej histo­rii — liczy­łem na coś, co będzie warte opi­sa­nia, a przy tym nie okaże się śmier­telne”. Co brzmi jak poważne kusze­nie bogów.

🖇

To począ­tek kresu. […]  Żyję w teraź­niej­szo­ści, ale w przy­szło­ści będę ist­nieć jedy­nie w prze­szło­ści.

🖇

Pisa­nie tego — wtedy, kiedy to robię — uspo­kaja mnie. Sku­piam się na sło­wach, na tym, by zawrzeć w nich tyle prawdy, ile tylko potra­fię.

🖇

[…]  ani szczę­ścia, ani smutku nie da się kon­tro­lo­wać. Radość, przy­jem­ność, fascy­na­cja – tak jak ich foto­gra­ficzne nega­tywy: smu­tek, ból i znu­dze­nie – ogar­niają nas falami.

🖇

[…]  zna­la­złem się w medycz­nym poło­że­niu, któ­rego nie prze­wi­dzia­łem. Zazwy­czaj cho­ruje się, idzie do leka­rza i/lub szpi­tala, i zostaje się wyle­czo­nym albo nie, lub też wyle­czo­nym na jakiś czas, po któ­rym cho­roba po­wra­ca i znów zostaje wyle­czona lub nie. Tym­cza­sem moje scho­rze­nie jest nie­ule­czalne […]. […]
     Nie­ule­czalne, ale pró­bu­jemy to kon­tro­lo­wać – to brzmi jak… życie, nie­praw­daż?

🖇

     — Ste­phen, myślę, że to naprawdę zły pomysł.
     — Czemu?
     — Nie wraca się do tego, co minęło. Nie roz­dra­puje się sta­rych ran, i tak dalej.
     — Nie sądzi­łem, że uciek­niesz się do tru­izmów.
     — Cza­sem tru­izmy to po pro­stu nagro­ma­dzona mądrość.
     Pokrę­cił głową.
     — Kolejny tru­izm.
     […] 
     — A ty ni­gdy tego nie zro­bi­łeś? — zapy­tał.
     — Czego?
     — Nie wró­ci­łeś?

🖇

Pro­ust mówi gdzieś, że „Wspo­mnie­nia, jakie żywimy jedni o dru­gich, nawet w kwe­stiach miło­ści, nie są iden­tyczne”. Ja zamie­nił­bym to „nawet” na „zwłasz­cza”.
     Zdaję sobie sprawę, że w tej książce jest sporo Pro­usta. A ja nawet nie je­stem jego wyznawcą. Ale może to widać, bo — tak jak powy­żej — cytuję go głów­nie po to, by się z nim nie zgo­dzić.

🖇

Leża­łem bez­sen­nie, myśląc o tym, że nie­które złe rze­czy mogą być dobre. Lub na odwrót. I ni­gdy wię­cej o tym nie roz­ma­wia­li­śmy. Nie było to tabu, po pro­stu coś, o czym nie wspo­mi­na­li­śmy.

🖇

Ni­gdy nie wie­rzy­łem w pogodę ducha star­szych ludzi — to zawsze brzmiało jak bajka, która ma ich uczy­nić bar­dziej god­nymi podziwu, a nas bar­dziej zado­wo­lo­nymi z sie­bie.

🖇

[…]  nagle zda­łem sobie sprawę, że wszy­scy na mnie patrzą, więc wyko­na­łem jakiś gest – wzru­szy­łem ramio­nami, uśmiech­ną­łem się, roz­ło­ży­łem ręce – który miał wyra­żać, że oczy­wi­ście jestem wnie­bo­wzięty, ale nie chcę brać żad­nej odpo­wie­dzial­no­ści za swoje czyny, że teraz wszystko zależy od nich i że jeśli to schrza­nią, to nie będzie by­naj­mniej moja wina. Tak, wiem, że nie ma gestów, które wyra­zi­łyby to pre­cy­zyj­nie, ale zro­bi­łem, co w mojej mocy.

🖇

     — Jest róż­nica mię­dzy oka­zy­wa­niem uczuć a ich wyra­ża­niem.
To zabrzmiało, jakby stro­fo­wała mnie za coś, co powie­dzia­łem wcze­śniej, ale nie pamię­ta­łem, czy istot­nie tak było. Odpar­łem więc po pro­stu:
     — Tak?
     — Tak, roz­pra­cuj to sobie, powie­ścio­pi­sa­rzu.
     — Na przy­kład?
     — Na przy­kład nie­któ­rzy są lepsi w jed­nym niż w dru­gim. Sta­rają się oka­zy­wać uczu­cia swoim zacho­wa­niem, a nie wyra­żać je sło­wami.

🖇

„Cóż, zawsze łatwiej się zako­chać niż kochać dłu­go­ter­mi­nowo”. Lub: „To, że się zako­cha­łeś, nie ozna­cza, iż masz prze­stać pra­co­wać nad róż­nymi spra­wami”. Przy­znaję, że takie wyświech­tane fra­zesy cisnęły mi się na ję­zyk, wobec czego wybra­łem mil­cze­nie.

🖇

     – Wygląda na to, że jestem odpo­wie­dzią na pyta­nie, któ­rego ni­gdy mi nie zadano i któ­rego nie zada­łam sama sobie.

🖇

Powta­rza­łem sobie: „Prze­cież powin­ni­śmy wszy­scy być doro­śli”. A po­tem w mojej gło­wie roz­brzmie­wały słowa Jean: „Wszy­scy jeste­śmy dziećmi w do­ro­słej skó­rze”. Ale ja nie chcę w to wie­rzyć, to była tylko kolejna z wielu wymó­wek […].

🖇

[…]  w dzi­siej­szym świe­cie prze­sy­co­nym mediami i mediami spo­łecz­no­ścio­wymi nie ma wiel­kich szans, żeby ktoś ni­gdy o miło­ści nie sły­szał. A w re­zul­ta­cie każdy uważa, że ona mu się należy.

🖇

Ale z pew­no­ścią prze­żyw­szy na tej pla­ne­cie tyle tysiąc­leci, zdą­ży­li­śmy już zauwa­żyć, że życie nie jest słuszne ani spra­wie­dliwe, i że dobrych ludzi czę­sto spo­ty­kają złe rze­czy, a złych cza­sem spo­ty­kają dobre, i że pod każdą spo­kojną powierzch­nią nie­ustan­nie czai się gwał­towny chaos.

🖇

O ile w ogóle mogła mnie uspo­koić jaka­kol­wiek zwy­kła fraza, była to ta, któ­ra wtedy nagle wró­ciła do mnie i którą posłu­guję się do dziś: „To tylko wszech­świat robi swoje”.

🖇

T.S. Eliot napi­sał, że wszystko, co wiemy o innych ludziach, to wspo­mnie­nia chwil, w któ­rych z nimi jeste­śmy; i że gdy z nimi nie jeste­śmy, oni – ci ludzie – zmie­niają się. Zawsze uwa­ża­łem, że trąci to tro­chę bez­na­dzieją. Ale jest też prawdą, że nawet nasi naj­bliżsi przy­ja­ciele i kochan­ko­wie skry­wają wspo­mnie­nia, emo­cje i cechy, z któ­rych nie zda­jemy sobie sprawy – i z któ­rych oni też mogą jej sobie nie zda­wać. […]  ci inni ludzie, o któ­rych mówi Eliot, nie tylko zmie­niają się, kiedy na nich nie patrzymy, lecz także zmie­niają się w naszej wyobraźni, gdy nie jeste­śmy z nimi.

🖇

Głowa i serce wciąż dzia­łają, pod­czas gdy ciało pod­upada.
Ale lepiej tak niż na odwrót.

🖇

Albo wysa­dzimy pla­netę, a wraz z nią całą sztukę, albo prze­trwamy, ale ewo­lu­ujemy w coś, czego nie potra­fimy sobie nawet wyobra­zić – nie będzie to jed­nak nic podob­nego temu, czym jeste­śmy teraz, z naszymi pro­stymi pra­gnie­niami boga i miło­ści, i szczę­ścia, i sztuki.

🖇

W końcu my, żywi, jeste­śmy w skraj­nej mniej­szo­ści w porów­na­niu z tymi, któ­rzy umarli, oraz tymi, któ­rzy się jesz­cze nie uro­dzili. Co spra­wia, że życie wydaje się kru­chą chwilą, czym istot­nie jest.

🖇

[…]  spadł z tych samych scho­dów. […]  otrze­py­wał się, jakby przed chwilą zła­pał go deszcz; następ­nie odda­lił się nie­spiesz­nym kro­kiem do miski, żeby spraw­dzić, czy nie ma w niej jedze­nia. Wów­czas wyda­wało się, że pod­szedł do tego upadku jak epi­zo­dy­sta – cóż, stało się, idziemy dalej. Jed­nak osta­tecz­nie do głosu doszedł nar­ra­ty­wizm – czy też pamięć – i teraz patrzy na schody z podejrz­li­wo­ścią. Cza­sem przy­czaja się na górze, zer­ka­jąc w dół wzro­kiem krót­ko­wi­dza, i nie chce się ruszyć, po czym zaczyna z nie­po­ko­jem scho­dzić i przy­staje na każ­dym stop­niu, zanim zde­cy­duje się zmie­rzyć z ko­lej­nym; czę­ściej jed­nak strach go para­li­żuje i czeka, aż zosta­nie pod­nie­siony i prze­trans­por­to­wany ręcz­nie.
     Nic w tym dziw­nego: Jimmy ma szes­na­ście lat, co — jak mi powie­dziano — odpo­wiada 112 latom ludz­kim […].

🖇

Nie­któ­rzy kochają, a potem pogrą­żają się w żalu za tym, co mieli i stra­cili. Inni pró­bują kochać i pogrą­żają się w żalu za czymś, czego nie mieli – a ści­ślej mówiąc, pogrą­żają się w żalu, bo nie udało im się zbu­do­wać życia, które w przy­szło­ści mogłoby im przy­nieść abso­lutną, roz­pacz­liwą żałobę. Czy to ma sens?

🖇

Moż­liwe, że każde z nas ma na myśli co innego, kiedy mówimy o miło­ści i szczę­ściu, w związku, jak i w spo­łe­czeń­stwie. Zwłasz­cza teraz.

Julian Barnes, Odejście/a,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

     — Mam nadzieję, że nie przyj­dzie ci ni­gdy do głowy, żeby napi­sać o mnie i Jean.
     A ja odpar­łem:
     — Oczy­wi­ście, że nie — zresztą to tak nie działa.
     A on odparł:
     — To dobrze.
     I tak to zosta­wi­li­śmy. Nie zawra­ca­łem mu głowy teo­rią pisar­stwa jako kom­po­sto­wa­nia życia.

🖇

[…]  obie­ca­łem Ste­phe­nowi i Jean, iż o nich nie napi­szę. W rze­czy­wi­sto­ści było jesz­cze gorzej: zło­ży­łem przy­sięgę, że tego nie zro­bię. Przy­sią­głem na Biblię. Może­cie w to uwie­rzyć, w XXI wieku? Jak jakaś przy­sięga pre­zy­dencka. Pamię­ta­cie pierw­sze zaprzy­się­że­nie Donalda Trumpa? Powie­dziano mu, że użyta zosta­nie Biblia, na którą nie­zli­czeni pre­zy­denci przed nim przy­sięgali, że będą prze­strze­gać kon­sty­tu­cji. On – Bun­tow­nik! – odpo­wie­dział, że woli użyć swo­jej Biblii. (Może to był zabyt­kowy egzem­plarz Biblii grzesz­ni­ków, prze­druku Biblii króla Jakuba z 1631 roku, w któ­rym błąd zecera zamie­nił siódme przy­ka­za­nie w „Będziesz cudzo­ło­żyć”. To byłoby sto­sowne). Tak czy ina­czej, doszło do impasu, a w końcu usta­lono, że przy­się­gnie na obie Biblie, że będzie prze­strze­gać kon­sty­tu­cji i tak dalej. No, a potem wszy­scy wi­dzie­li­śmy, jak ta podwójna przy­sięga prze­ło­żyła się na dwa razy wię­cej pra­wo­ści w spra­wo­wa­niu urzędu.

(tamże)

Ukoń­cze­nie ostat­niej książki w swoim tem­pie i póź­niej­sze zamilk­nię­cie ma przy­naj­mniej nastę­pu­jący poży­teczny sku­tek: ozna­cza, że nie będziesz zmu­szony prze­rwać […]. W ten spo­sób odbie­rasz śmierci spraw­czość. Choć – trze­ba przy­znać – w bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu.

🖇

Choć na­dal codzien­nie myślę o śmierci, to tak wyra­zi­ste jej uobec­nie­nia są teraz w remi­sji. „A więc, panie Bar­nes, czy bun­tuje się pan, gdy świa­tło się mro­czy?”. Nie, nie­spe­cjal­nie. Czuję, że tro­chę się z tym pogo­dzi­łem, i patrzę na to nieco bar­dziej filo­zo­ficz­nie.

🖇

Będę za „wami, tobą” „tęsk­nił” — cokol­wiek to zna­czy. Śmierć osła­bia i pod­waża każde z tych słów: „będę” zo­sta­je — lub zosta­nie – pozba­wione zna­cze­nia. A teraz, koniec koń­ców, nie mam do zaofe­ro­wa­nia żad­nych słyn­nych ostat­nich słów. […]  położę na chwilę dłoń na two­im przed­ra­mie­niu – nie, nie prze­sta­waj patrzeć – po czym wymknę się. Nie, nie prze­sta­waj patrzeć.

Julian Bar­nes, Lon­dyn, 2022–25

piątek, września 04, 2026

6205. Z oazy (CDLXXI)

Zajęła mi dwie kawy. Wycisnęła gros łez. Fusy wrażeń opadały kilka dni. Ta dro­bin­ka książkowa to duży kaliber. Każde zdanie waży. Każdy ukłon jest znaczący.

Niestety, bezduszność, niezrozumienie, bezmyślność i strach przebrane za głupotę prezentowane z całą swoją mocą bez ograniczeń wobec terminalnie chorych czy lu­dzi w żałobie jest dokładnie taka sama tam, na Dalekim Wschodzie, jak tu, w środku Europy. Przekształcenie tej głupoty na akapity — bez zbędnych słów, trafiając pre­cy­zyj­nie w punkt — da się zamknąć w dwóch słowach: chapeau bas!

A reszta? Reszta jest miłością. Miłością, która… trwa.

Sięgam po powieści, będąc tego w pełni świadoma. Wybieram nie te banalne, oparte na powszechnym wyobrażeniu o świecie, lecz takie, które z uważnością opowiadają o niepowtarzalnych losach jednostki.

•

Dobra powieść nie składa się wyłącznie z tego, co napisano wprost. Jej prawdziwa siła tkwi również w tym, co zostało przemilczane.

•

Relacja między ludźmi nie kończy się wraz ze śmiercią jednej z osób. Trwa dalej i nieustannie się zmienia. To właśnie ta piękna rozłąka nas łączy. To ciągle zmieniająca się relacja jest prawdziwą miłością.

Yumi Toyozaki

•
Za cel [Nao-Cola Yamazaki] stawia sobie „pisanie o rzeczach, o których nikt inny nie napisze, słowami, które zrozumie każdy czytelnik”.

🖇🖇

Ruch jest fascynujący. Kiedy skupiam się na ruchu, znika gdzieś wrażenie istnienia rzeczy. […]  Czterdziestokilkuletni mężczyzna zeskakujący ze stop­ni musi wyglądać dziwnie. Być może to za sprawą ciepłej, kwietniowej po­gody, aż rwę się do ruchu. Ostatnio przestało mnie obchodzić zdanie in­nych. Co złego w tym, że dorosły facet sobie podskakuje?

🖇

Nie twierdzę, że wybraliśmy najlepszą z możliwych dróg. Gdyby ktoś za­py­tał mnie, czy żałuję, odpowiedziałbym: tak, noszę w sercu żal. Ale w tej sa­mej chwili miałbym ochotę sam sobie zaprzeczyć. Bo nawet jeśli nie była to najlepsza z dróg, to czy ktoś naprawdę wie, jaka byłaby ta najlepsza? Czy w ogóle istniała? A jeśli istniała, to czy to coś złego, że wybraliśmy własną, inną niż droga większości?

🖇

Żona nie wybrała dla siebie złego losu na loterii. To nie była kwestia jej decyzji. Musiała przejść drogę, która została jej wyznaczona. I nie miała możliwości, by ją zmienić.

🖇

W małżeństwie nie chodzi o wyłączność na drugą osobę,
ale o zaufanie do jej otoczenia.

🖇

Nawet jeśli robimy coś, co następne pokolenia uznają za zbędne, i zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy przez to trochę staroświeccy, nie czujemy się przez to ubożsi. Po prostu żyjemy swoim życiem, na swoich zasadach.

🖇

Postawienie diagnozy nie sprawiło, że żona przestała być sobą. Nie za­czą­łem patrzeć na nią wyłącznie przez pryzmat jej choroby ani traktować jak jedną z wielu osób skazanych na ten sam los. Może to dlatego, że lekarz nie używał wyliczeń procentowych. Wielu ludzi […]  szybko przechodzi do sta­ty­styk. „X procent chorych dożywa Y lat”. Świat jest pełen takich liczb. Dla lekarzy czy naukowców tego typu wyliczenia mają niewątpliwie zna­cze­nie. Ale co z pacjentami, którzy żyją swoim jedynym, niepowtarzalnym życiem? Zgadywanie, jak na loterii, ile czasu im zostało, jest absurdalne.

🖇

     — O, widzę, że się myjecie. Super! — rzuca z szerokim uśmiechem, zu­peł­nie jakby rozmawiała z pięciolatką.
     Czy żonie nie przeszkadza, że ktoś dwadzieścia lat młodszy traktuje ją jak dziecko? Do tego nie jest prawdą, że „się myjemy”. Myje się sama, ja tylko asystuję.
     […] 
     Czy, chorując, oddalamy się od naszego rzeczywistego wieku? Pacjentów traktuje się jak dzieci, chociaż wyglądem zaczynają przypominać sta­rusz­ków. Ale może jeszcze większym absurdem jest przywiązywanie wagi do daty urodzenia i dziwienie się, „jak rzadko zdarza się zachorowanie na tę chorobę już po czterdziestce”? Powracające pytania w rodzaju „Dlaczego tak młodo?” albo „Nie palił, więc czemu?” próbują nadać chorobom sens i wpasować je w narrację o przyczynie i stosownej konsekwencji. Według samego chorego i jego rodziny tego typu rozważania nie prowadzą do ni­cze­go, co dawałoby nadzieję.
     Trzeba odnaleźć swoją własną, nową historię.
     Zapomnieć o wieku. O przyczynach i konsekwencjach również.

🖇

     — Przy stacji zakwitły też wiśnie. Cała aleja wzdłuż głównej ulicy jest w kwiatach. W przyszłym roku pójdziemy pooglądać je razem.
     — Mhm.
     Na jej twarzy błąka się niepewny uśmiech.
     […]  Do tej pory mój sposób na zachowanie pogody ducha stanowiło pa­trzenie z nadzieją w przyszłość. Nie wiem jeszcze, jak w obecnej sytuacji pielęgnować w sobie tę pogodę ducha, skoro nie mogę już mówić o tym, co przed nami.

🖇

Ludzie są ciekawi śmierci. Chcą wiedzieć, kiedy przyjdzie. Czują pewną przy­jemność, współczując tym, którzy już stoją u jej progu.

🖇

Wierzą [większość współczesnych Japończyków], że każdy powinien przeżyć co najmniej tyle, ile wynosi obecna średnia długość życia. W końcu tak jest sprawiedliwie. Tymczasem przecież niektórzy tracą to prawo — dla nich od­li­czanie zaczyna się wcześniej. Wtedy szuka się przyczyn, dlaczego akurat ta osoba zaczęła umierać szybciej. Bo grzeszyła? Nie chodziła na badania? Źle się odżywiała? Paliła papierosy? Słowa „rokowanie” używa się wy­łącz­nie wobec tych, u których odliczanie już się rozpoczęło. Jakby ludzie chcieli w ten sposób postawić jakąś niewidzialną granicę. Jakby tylko ci, którym lekarz przedstawił rokowania, mierzyli się ze śmiercią. A cała reszta wciąż miała przed sobą życie.

🖇

„Zachorowała na raka — to pewnie kara za coś” albo przeciwnie: „Nie zro­biła nic złego, a mimo to spotkało ją nieszczęście”.

🖇

Na początku wierzyłem, że opowieści o budzącej się do życia przyrodzie spra­wią jej odrobinę radości. Teraz boję się, że mogą brzmieć jak prze­chwał­ki — jakbym chciał powiedzieć, że ja wciąż mogę to wszystko prze­ży­wać, a ona już nie. Nie chcę, by poczuła, że życie toczy się dalej nawet bez niej, dlatego trzymam język za zębami.

🖇

     — […]  Nie oczekuję od nikogo zrozumienia ani niczego takiego. Po prostu chcę się spotkać. Czy naprawdę osoba chora powinna zamykać się w czte­rech ścianach? Przecież to absurd… Nawet jeśli nie jestem w pełni sił, to wciąż chcę być częścią społeczeństwa. Chorzy to też ludzie.
     Mówi powoli, cicho, z przerwami, ale w jej głosie wybrzmiewa sta­now­czość.
     — Rozumiem.

🖇

     — A czy coś cię boli?
     Tym razem to ja zapytałem.
     — Nie mogę powiedzieć, że nie boli. Ale ból nie oznacza wcale, że jestem nieszczęśliwa. […]
     Odpowiada powoli, ważąc każde słowo.
     — Rozumiem.
     Rozwiązuję krawat i chowam go do teczki.
     — Wiesz… życie to droga. Staram się nie porównywać jej ani z cudzymi ścieżkami, ani nawet z tą, którą sama kiedyś szłam. Nie wybiegam myślami w przyszłość, lecz skupiam się na tym, co mam tu i teraz przed sobą. Dzięki temu łatwiej mi przyjąć, że ból jest częścią mojego świata. I nawet mimo bólu są chwile, gdy czuję się szczęśliwa.

🖇

     — Przepraszam za kłopot.
     — Ależ robię to z własnej woli.

🖇

Nie zgadzam się z traktowaniem śmierci jako punktu kulminacyjnego. To nie ona jest najważniejsza. Nie przychodzę do szpitala, by czekać na jej na­dej­ście, lecz po to, aby być z żoną tu i teraz, razem. Chciałbym móc to wy­krzy­czeć zarówno lekarzowi, jak i każdemu z osobna.
     Moment przekroczenia mety w maratonie może być wyjątkowy, ale to nie znaczy, że dla zawodnika liczą się tylko osoby stojące na finiszu. Równie ważni są ci, którzy towarzyszyli mu podczas treningów, wspierali na star­cie i kibicowali w trakcie biegu. Każda chwila ma swoją wartość. Życie ludz­kie zmierza ku nieuchronnej mecie, nie oznacza to jednak, że tylko ona się liczy.

🖇

Dlaczego tak bardzo zależy jej na przekazaniu tego słowa – „dziękuję”? Czy rzeczywiście czuje głęboką wdzięczność? A może po prostu chce pozostać so­bą — kimś, kto potrafi podziękować, kimś, kto do samego końca za­cho­wu­je człowieczeństwo?

🖇

Czytałem kiedyś, że nawet jeśli pacjent przestaje oddychać, to do samego końca wszystko słyszy.
     — Kocham cię — szepczę.

🖇

Odchodzi — przechodzi mi przez myśl. Staje się kimś innym. Oddala się.

🖇

„Nie robiła badań kontrolnych, więc to musiało się tak skończyć”. Albo: „Robiła badania, a i tak zachorowała”.
     Byle tylko znaleźć jakąś zależność. A kiedy wreszcie uda się połączyć kropki, na twarzach rozmówców pojawia się satysfakcja.

🖇

[…]  kiedy ktoś zaczyna traktować naszą historię jak przestrogę i sugeruje, że wystarczyłoby się zbadać, aby zapobiec tragedii — mam ochotę sta­now­czo zaprotestować.
     — Czy nie dało się tego wykryć wcześniej?
     — Nie można było operować?
     — Lekarze mówili, ile jej zostało?
     Gdy słyszę takie pytania, odbieram je jako próbę narzucenia mi swojej wersji wydarzeń.
     Tylko że historia żony była inna. A mimo to teraz, po jej śmierci, oto­cze­nie zaczyna postrzegać jej odejście przez pryzmat jakichś ste­reo­ty­po­wych ogólników. Te obce narracje przeciekają mi przez palce niczym lepka, gęsta maź.
     […]
     Nie chcę ani mówić, ani słuchać takich rzeczy.

🖇

Określenie godziny zgonu to medyczna formalność — coś, co należy do świa­ta lekarzy. Dla reszty z nas nie musi mieć aż takiego znaczenia.

🖇

[…]  robienie wszystkiego, co w naszej mocy, by żyć jak najdłużej, to słuszna postawa. Ale niezależnie od tego, co robimy, śmierć jest nieunikniona. Każ­dy kiedyś umrze. […]  Chciałbym wierzyć, że nawet po jej [śmierci] na­dej­ściu czeka coś więcej.

🖇

Uświadomiłem sobie, że nie ma znaczenia, co pomyślą inni. Nie musimy być typowym małżeństwem […].

🖇

Dobrze rozumiem, że przyzwyczajenia potrafią być silniejsze niż logika. Rytu­ały, które zakorzeniają się w codzienności, mogą towarzyszyć nam aż do końca życia. Pozwalają myśleć: „Tak, dzisiaj znów jestem sobą. Żyję po swojemu”.

🖇

     — Wiecie… chyba coś do mnie dotarło. Nawet jeśli nie ma nic waż­niej­sze­go niż rodzina, to może nie chodzi o to, by spędzać z nią każdą chwilę? Przez całe życie wspiera nas tyle osób, a przecież nie ze wszystkimi łączą nas bliskie relacje…

Nao-cola Yamazaki, Piękna rozłąka,
przeł. Marta Klimiuk-Nikkarinen,
Wydawnictwo Tajfuny, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Każda relacja — głęboka czy przelotna, z bliska czy z daleka, ma swoją wartość. Liczy się to, że istnieje.
     Odchodząc, zostawia za sobą jasny ślad.

🖇

     — Dziękuję — wyduszam z siebie najbezpieczniejsze słowo, na jakie mnie stać.

🖇

Każdy rozumie słowo „rodzina” trochę inaczej.

🖇

Wierzę, że możemy żyć szczęśliwie i nie wybiegać my­śla­mi w przyszłość. Może jeszcze nie wiemy jak, ale je­stem przekonany, że znajdziemy sposób.

(tamże)

piątek, sierpnia 21, 2026

6189. Z oazy (CDLXVIII)

Debiut. Trzynaście opowiadań. Wydanych po raz pierwszy w roku, w którym Autor­ka kończyła 80 lat. Robi wrażenie — dwa słowa, jedna fraza, która jest odnie­sie­niem do dwóch różnych dopełnień.

Czytając tę książkę, przypomniałam sobie zabawę z dzieciństwa, w której pierwsze skrzypce grały gust i estetyka. Gdy byłam małą dziewczynką, robiło się sekrety (wi­docz­ki). I tym właśnie są te opowiadania: literackimi sekretami, be­le­try­stycz­ny­mi widoczkami. Są przepiękne. Uwielbiam ostatnie.

Miała wrażenie, że stoi obok palącego się ogniska, z którego nagle wy­strze­lił w górę niewielki węgielek: poleciał w powietrze, wpadł w jej serce i roz­palił tam swoim żarem blask współczucia.
     […]  Uśmiechnęła się. I okazało się, że ognisko jest prawdziwe, gorące i rozpalone, a obu kobietom zaczęły zagrażać jego płomienie. Jednak na po­czątku nie było to oczywiste.

🖇

     — Kogo zatem poznałaś?
     Dzielił ich niemożliwy do pokonania dystans.

🖇

Czasami bogowie są łaskawi i spełniają nasze pragnienia z nadzwyczajną i obfitą szczodrością.

🖇

Podobno kiedy człowiek się starzeje, jego mechanizmy obronne zaczynają słabnąć. Dawne barykady, za którymi kiedyś mogła się schronić, z hu­mo­rem, elegancją, a nawet — oczywiście tylko czasami – z pewną od­wa­gą, cóż, wszystkie rozpadają się z upływem lat.

🖇

Tego właśnie potrzebowała. Strupa na wszystkich ranach. Ale i tak nie pamiętała, w jaki sposób się skaleczyła.

🖇

Kotka usiadła u moich stóp. Obie obserwowałyśmy świat. Oczywiście wiem, że nie widzimy tego samego. Ona pod każdym względem patrzy w inny spo­sób. Ja odczuwam wilgoć, czuję jej zapach i słyszę krople deszczu zu­peł­nie odmiennie od niej. Ale towarzyszy mi i obserwuje z podobnym za­do­wo­le­niem. To naprawdę niesamowite, że dany jest mi taki widok, wiem, że mam szczęście.

🖇

Naprawdę się zastanawiam, czy ona rozumie, co to samotność, choć ponoć koty interesuje wyłącznie własna wygoda.

🖇

Nie mam teraz na własność niczego, może oprócz swojego ciała i umysłu, choć te po tylu dekadach użytkowania są jakie są. […] 
     Kotka i ja uczymy się teraz, czym jest proces utraty. Starość często jest kojarzona z gromadzeniem rzeczy, z chorobą, z niewygodami, ze zmarszcz­ka­mi, ale tak naprawdę to proces utraty — praw, szacunku, pożądania, te­go wszystkiego, co kiedyś do ciebie należało i co cię cieszyło, zupełnie bez refleksji.

🖇

Fotel był duży, wiklinowy, wyściełany miękkimi kremowymi poduszkami, Linda mogła więc podwinąć na nim swoje długie nogi, jakby składała pa­ra­sol do wygodniejszych rozmiarów.

🖇

     —Dlaczego wolisz budzić strach, a nie miłość? – zapytał ją Malik.
     — Do miłości nie można zmusić.

🖇

Są rzeczy zbyt bolesne, by o nich wiedzieć,
rzeczy, których nie da się pojąć od razu.

🖇

     — […]  Dlaczego tu przyjechałaś?
     A ona spojrzała na niego i dostrzegła, że ani tego nie wiedział, ani nie chciał wiedzieć.
     — Ponieważ zmieniłeś moje życie.

🖇

Czy ktoś kiedyś nie powiedział, że zrozumienie
to jedyne prawdziwe szczęście?

🖇

Nauczyliśmy się wyjątkowo sprawnie obsługiwać wszelkie wirtualne na­rzę­dzia komunikacji. Spotkania towarzyskie lub zawodowe organizuje się za pomocą najróżniejszych aplikacji, coraz łatwiejszych w użyciu, które, poukładane w kafelki na naszych ekranach, stają się też coraz mądrzejsze. Niemniej można się poczuć trochę jak głodne dziecko, które patrzy na pa­te­ry ze wspaniałym jedzeniem w sklepowej witrynie. Jak ktoś kiedyś po­wie­dział, sposób przekazywania informacji jest równie istotny co informacja, i niezależnie od tego, jak jest piękny, nie możemy dotknąć, pocałować, po­wą­chać ani posmakować pikseli.

🖇

[…]  często porusza się kwestię tego, czy lepiej mieszkać z rodziną, czy bez niej. Nie wszystkie relacje rodzinne są harmonijne i – szczerze mówiąc – rzadko dochodzi się w ogóle do sedna tematu. A tym sednem jest pytanie, czy uścisk stale obecnego dziecka jest równie satysfakcjonujący jak uścisk przelotnego kochanka. Rząd klasyfikuje je jako identyczne, jeśli chodzi o war­tość kontaktu skórnego, ale wśród siedemdziesięciolatków popularna jest opinia, że to niesprawiedliwe uproszczenie.

🖇

     – Wszyscy miewamy takie sny – oznajmiła Dolores. – Projekcje i fan­ta­zje. Pełne tego, o czym nie chcemy myśleć i czego nie chcemy mieć.
     Czy wspominałam, że Dolores ma dopiero sześćdziesiąt pięć lat, więc nigdy nie doświadczyła spotkania z fantazmem, i że skoro ma peł­ną ro­dzi­nę, prawdopodobnie nigdy nie dowie się, czym on jest? Przestałam dys­ku­to­wać. Nigdy nie kłóć się z freudystami – oni myślą, że znają odpowiedzi na wszystkie pytania.

🖇

[…]  w tamtym czasie wciąż przeżywałam niedawno zakończony związek, który przebiegał według znanego już schematu: skok na głęboką wodę, zero ograniczeń, a potem szalony pęd z powrotem na płyciznę.

🖇

Lacrimae rerum
/łac. nawet rzeczy płaczą/

🖇

W naszym społeczeństwie istnieją dwa sposoby radzenia sobie z palącą ża­ło­bą. Albo odmawiasz poświęcenia samego siebie i ostentacyjnie zaj­mu­jesz się intensywną radością odnajdywaną we wszystkim — myślisz po­zy­tyw­nie, żyjesz dalej, zgarniasz tylko dobre uczucia, przeszłość zostawiasz za so­bą — albo wybierasz odwrotną drogę. W drugim wypadku żyjesz z nie­usta­ją­cą, codzienną świadomością niemożliwej, niewyobrażalnej, nie­znoś­nej straty. Ponieważ jestem zdrowym na umyśle i wypłacalnym człowiekiem świata Zachodu, w momencie kryzysu wybrałam pierwszą możliwość, ale tamtego dnia, kiedy czas na godzinę zmienił bieg, stanęłam twarzą w twarz z tą drugą prawdą mojego życia.

🖇

     — Jesteś złudzeniem?
     — Wszyscy jesteśmy złudzeniem […].

🖇

[…]  wróciłam do pokoju i kółko zaczęło migać.
     — Jak się miewasz, Martho?
     — Spierdalaj, Arthurze – odparłam w ramach eksperymentu.
     — Przykro mi, Martho, ale nie zrozumiałem – odparł robot me­cha­nicz­nym, beznamiętnym tonem. Wyszłam na balkon posiedzieć.
     — To tylko maszyna – przypomniał mi wcześniej Mark. – Ale będzie się uczyć. Jak smartfon. I tak jak wszystko w dzisiejszych czasach. W instrukcji napisali, że ma adaptującą się osobowość.
     Musiałam pomyśleć.

🖇

„Lubię, kiedy się o mnie troszczą” — dodał potem, a ona rozumiała, co ta­kie­go uwielbiał: szacunek i pokłady uprzejmości, którymi cieszył się dawniej. Przypominało mu to czasy wina i róż, czasy, kiedy był na górze, na szczycie kariery, na samym szczycie drabinki sukcesu. Inspirował, kontrolował, nad­zorował, aż do… aż do krachu.

🖇

„Ale ja wciąż żyję […]. Mogę…”. Ale nie dokończyła tej myśli. Nie była dość szybka, nigdy nie była dość szybka, by prześcignąć tych, którzy na siłę na­pra­wiali świat.

🖇

Świat wokół nagle się ułożył. Odwróciła twarz do okna, próbując dostrzec, czy jest tam odbicie kobiety, którą nagle się stała. […]  Oto kim jestem, po­myślała.

🖇

Miłość to skomplikowane uczucie. Próbowałam sobie przypomnieć, co po­wie­dział Dylan Thomas, który rozumiał więcej niż większość ludzi. Kobieta w łóżku z mężczyzną to matka, siostra, córka, kochanka — wszystkie w jed­nej osobie? Tak to szło?

🖇

Wierzyłam, że został mi przypisany konkretny los i że muszę zrozumieć, co on oznacza. […]  zaczęłam zastanawiać się nad znaczeniem bycia samą. Było to bogate „złoże” do wydobycia, a zarazem główna oś mojego cha­rak­te­ru, ponieważ z natury jestem samotniczką.

🖇

     — Jak tam jest? — pytano, a ja nie potrafiłam znaleźć słów […]  Samot­ność człowiek nosi w sobie i nie da się od niej uciec.

🖇

Była jak mały ptaszek i wyzwoliła we mnie wszystkie uczucia, które pie­lę­gnu­ją w sobie dzieci, gdy wszędzie noszą ze sobą lalkę lub pluszowego mi­sia. Bo czymże innym jest ta opiekuńcza postawa, jeśli nie determinacją, by czuć się dużym i potężnym, kimś, komu bycie większym i silniejszym po­zwa­la troszczyć się o słabsze stworzenia? […]  Uspokajając ją, czułam spo­kój także w sobie. Zaczęła być częścią mnie.

🖇

Przekaże dalej miłość […]. Bo miłość to ruch w górę, nie w dół. I tak powinno być.

🖇

Zaczynałam zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy w życiu nie by­łam sama. Żeby być samotnym, musisz czuć, że potrzebujesz ko­goś, kogo przy tobie nie ma. Potrzeba, poczucie przynależności, o to chodzi. Trzeba przyznać, że jest się zależnym od kogoś innego. Musisz po­trze­bo­wać tej drugiej osoby jak własnego życia. […]  było to dla mnie coś nowego. Kła­dąc się spać tam­tej pierwszej nocy, pomyślałam, że kiedy Miriam wróci, mu­szę jej o tym po­wiedzieć.

🖇

Kocham ją bardziej, niż jest tego świadoma, może nawet bardziej, niż ja sama jestem.

🖇

[…]  bez wahania powiedziałam: „Tak”. Najzwyczajniej w świecie. Tak. Żad­nych pytań. Tylko „tak”. Prosto z serca.

Jane Campbell, Czesanie kota. Opowiadania,
przeł. Dobromiła Jankowska,
Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Nalała sobie filiżankę i wzięła croissanta. Poczuła się oddzielona od prze­szło­ści i zaskakująco wolna. Jakby stała na krawędzi czasu. […]  czuła również coraz więk­szą ulgę. […]  Ten spokój znalazł się w zasięgu ręki. […]  Jakie to dziwne. Spokój przyniosło jej nie to, co mia­ła, ale to, cze­go się pozbyła.

🖇

W powietrzu unosił się powiew wieczności — szturch­nię­cie od noumenu, spoza pozostałości fenomenu — wie­działam, że muszę tam dotrzeć.

(tamże)

[a jednak muszę tu mieć też poniższe, czyli suplement 22.08.2026]
Jak pokazują powyższe historie, czas automatycznie pozbawia starzejące się kobiety wielu luksusów i niezbędnych rzeczy, które dawała im młodość. To, w jaki sposób doświadcza się tej ekspozycji, tego rozbierania, demon­ta­żu tożsamości społecznej, zależy od wielu czynników: zdrowia, zamożności, miejsca zamieszkania, wykształcenia, genetyki, relacji rodzinnych i po pro­stu cho­ler­ne­go szczęścia lub jego braku. Czasami człowiek traci również ro­zum, a to już zmienia wszystko.
     Z rozumem czy bez, w późnym okresie życia trafiamy do innego świata […].

•

[…]  starość to inny kraj, w którym wszyscy jesteśmy nomadami i w którym możemy postanowić, że nosimy ze sobą jak najmniej. Pokazuje również, że starość nie jest dla mięczaków i że istotne jest towarzystwo. Piszę tę książ­kę jako jedna z tych starszych kobiet, badając ślady stóp, pragnąc, podobnie jak Fern, bohaterka Nomadland, podkreślić, że są inne kobiety podróżujące obok mnie, nawet jeśli niekoniecznie ze mną. Oczywiście są także starsi męż­czyźni, również ogołoceni z rzeczy, ale ta książka nie jest dla nich ani o nich, chyba że stanowią tło dla życia kobiet.

•

[…]  skąd wzięły się te bohaterki. […]  O niektórych kobietach czytałam, nie­które spotkałam, o niektórych słyszałam, niektóre były moimi są­siad­ka­mi, inne krewnymi, niektóre powstały z historii zasłyszanych od pacjentów, przełożonych lub przyjaciół.

•

Wszyscy mamy w życiu narratorów, ludzi, którzy opowiadają o nas aneg­do­ty, formułują diagnozy na nasz temat, ludzi, którzy plotkują. W wy­pad­ku osób starszych to często członkowie rodziny lub pracownicy socjalni, le­ka­rze lub kierownicy domów opieki, ale są także szczęśliwcy, którzy mogą sami opowiadać własne historie. Czasem trudno znaleźć słuchaczy, jakich pragnęlibyśmy mieć, ale możemy opowiedzieć historię i zapisać to, co jest w nas ważne, co wcześniej się nie liczyło.

•

W naszych społeczeństwach najmniejsze szanse na opo­wie­dze­nie swoich historii mają najmniej uprzywilejowani: uchodź­cy, osoby szukające azylu, ludzie bardzo młodzi, bardzo starzy, nie­peł­no­sprawni, biedni, bezsilni.

•

[…]  nikt nie pyta, czego pragniesz ty. Aby sobie z tym poradzić, mo­żesz stworzyć swój subiektywny świat, działający na twoich warunkach, pozbawiony starych przeszkód, takich jak wstyd lub strach, nawet jeśli ten świat będzie zbudowany tylko ze wspomnień lub z marzeń.

•

Wszyscy potrzebujemy w życiu bezpieczeństwa, ale ono ma dwa znaczenia. Bywa jednocześnie spokojem i uwięzieniem.

•

Istnieją mniej radykalne sposoby przygotowania się do śmierci, pozbycia się tego, czego już nie chcemy lub nie potrzebujemy, nie wszyscy czują też potrzebę ogołacania się. Czarownice mogą postanowić, że wyjdą z lasu, a zmiana nastąpi i tak. Przymusowe pozbywanie się rzeczy to do­świad­cze­nie bolesne, a to dobrowolne wymaga zarówno odwagi, jak i determinacji.

•

Tylko wtedy, gdyby starsze kobiety rzeczywiście były zde­sek­su­ali­zo­wa­ny­mi, nijakimi, beznamiętnymi, bezmózgimi, potulnymi i przepraszającymi istotami, jakimi chciałoby je widzieć społeczeństwo, historie te można by uznać zarówno za nieprawdziwe, jak i za transgresyjne. I jak proste było­by to wówczas dla społeczeństwa.

•

Wszyscy starzy ludzie mają określoną tożsamość, ukształtowaną przez rodzinę oraz społeczeństwo, i może się zdarzyć, że trzymanie się jej to najlepsza droga, ale odrzucenie oczekiwań innych ludzi może z kolei okazać się wyzwalające.

•

Ludzie, nawet — a może przede wszystkim — ci życzliwi, bywają na tyle mili, by zapytać starszą kobietę o jej zdrowie, ogród, ewentualnie dzieci, jeśli je ma. Niewielu pyta o jej życie intelektualne, aktywność zawodową, zainteresowania kulturalne, ambicje.

•

Pytanie nie brzmi jednak: „Czy czują się samotne?”, tylko: „Czy potrafią to przetrwać, czy wiedzą, jak sobie z tym poradzić, czy są przekonane, że tymcza­so­wa samotność jest niezbędnym składnikiem udanego życia zmysłowego?”.

•

[…]  te narracje opowiadają o kobietach, które przetrwały nieodwracalną stratę, nienaprawialne katastrofy. Wszystkie okazują się odważne, mają zasady i w moich oczach budzą podziw. […]
     Słyszałam o pewnej starszej kobiecie, którą wnuczka zapytała: „Babciu, jaki był najszczęśliwszy okres w twoim życiu?”. „Nie wiem — odpowiedziała kobieta. — Może jeszcze go nie przeżyłam”.

(tamże)

niedziela, sierpnia 16, 2026

6183. Z oazy (CDLXVII)

W trakcie tamtej rozmowy padł również tytuł tej książki. Więc po wciśnięciu czer­wo­nej słuchawki było klik, klik i fru do poczekalni, na wirtualny stoliczek ocze­ku­ją­cych literek. Musiała poczekać. Poczekała cierpliwie i przyszedł jej czas.

Spolaryzowany, grubą kreską płci kreślony świat. Stereotypy gonią jeden za drugim, grożą, de­finiują jedyne źródła szczęścia. Stereotyp, niby trup, bo XXI wiek, a cał­kiem dziar­sko zakrzywia per­spek­ty­wę, by kobiety kobietom „pichcić” i przyprawiać mogły los. Ubawiłam się, ale też z przyjemnością skończyłam i z ulgą odłożyłam.

Zawiesiłam się na ciut dłużej na zdaniu: [k]ogo się nie zna, za tym się nie tęskni. I polemizowałam, i po jednej i drugiej stronie stawałam. Tak, nie tęskni się za kimś, kogo się nie poznało. Nie, czasem tęskni się za kimś, kogo się nigdy nie spotkało — tęskni się bezbrzeżnie.

Uwielbiam otwarte zakończenia. Ta opowieść kończy się wspaniale, choć patriar­chat unosi wysoko łeb i zawracać rzekę kijem próbuje. Tylko od osoby czytającej zależy, czy mu się to uda.

To w moich ustach któregoś ponurego zimowego poranka rozpłynie się ta dojrzała, duża, czarna jak smoła jeżyna. Wiesz jakiego? Mokrego, zimnego, szarego poranka. Kiedy nie tylko nie chce ci się wstać z łóżka, ale w ogóle nie chce ci się żyć, istnieć, oddychać. Jak myślisz, co mi pomogło przetrwać tę poprzednią zimę, właśnie taką, no, jak myślisz? Konfitury z jeżyn!

🖇

A co poradzisz, kiedy ciało czegoś chce? Nic nie poradzisz, nic nie wskórasz, nie zatrzymasz tego.

🖇

Przecież wiesz, że kapelusz śmierci wisi zawsze obok głowy żywego. A ty przecież nie jesteś jakimś wyjątkiem. No, to prawda, wisi, ale żeby aż tak?

🖇

Kto się choć raz nie potknął w życiu,
kto nie popełnił błędu?!
Ja to wiem i ty to wiesz.

🖇

Gdzie są dni, kiedy byłam zdrowa, byłam cała i twarda jak rzeczny kamień! Co za głupota, nie umiałam tego wtedy docenić. […]  Gdzie jesteś, moja na­dzie­jo, co mi masz do powiedzenia?

🖇

[…]  w uchu dzwoni mi głos ciotki, siostry ojca. Od lat już nie mia­łam w uchu tego głosu, ani w uchu, ani w głowie: Nie przynieś wstydu rodzinie, dziew­czy­no! Masz ojca i brata! Mój ojciec i brat leżą w ziemi, moja Keto! Ciebie też już od dawna jedzą robaki, chwała Bogu! Już jestem do­ro­sła i dajcie mi wreszcie wszyscy święty spokój! Sama dobrze wiem, jak mam żyć. Bo to ja żyję, a wy wszyscy jesteście martwi!
     Myślę, że nie ma się czego bać.

🖇

Plotkują, jaki był topielec, czy bardzo obgryziony, wszystko to wola boska, chroń nas, Panienko Przenajświętsza, powiedzą i to wszystko. Ale na­praw­dę mi się poszczęściło, Boże! Boże, czy kim Ty tam jesteś, czy gdzie Ty tam jesteś. Moje szczęście, mój łaskawy losie! Byłabym martwa i wyrzucona na brzeg i gdzie by mnie znaleźli?

🖇

Całe życie tak mam. Ciało idzie w jedną stronę, a głowa w drugą. No i co teraz mam zrobić?

🖇

Dwa słowa napisał: Moja Etero! No, bałwan! Dorosły mężczyzna, a ogłu­piał! Ale zdurnieć to mężczyźni potrafią w każdym wieku. No dobra, on to on, ale co mam zrobić ja?

🖇

A jak ciało mówi, to znaczy, że tak jest. Co mi ciało mówi, to wszystko prawda!

🖇

Nie, on wcale nie jest stary i ja też wciąż jeszcze jestem młoda, tylko nas tu na siłę postarzają. W tym kraju to już ludzie po dwudziestce są starzy. Ale to wszystko nieważne. Ważne jest, co kto ma w sercu. Serce najważniejsze. […]  Ze mną jest tak jak w tym przysłowiu — starzec się nauczył grać na pan­duri, żeby sobie brzdąkać w niebie.

🖇

Mam swój mur, który wybudowałam własnymi rękami. Nikt nieproszony mi tu nie wejdzie. Tak jest!

🖇

One mają ciała sterane macierzyństwem, wyssało z nich wszystkie soki. Ale przecież im tego nie powiem. Bo jak powiem, to się zaraz uniosą: jesteśmy matkami i poświęciłyśmy swoje ciała czy co tam jeszcze poświęciłyśmy, to wszystko dla naszych dzieci, albo jeszcze dorzucą, że wychowują dzieci ku chwale ojczyzny i nie są takimi polnymi myszami jak niektóre. Polna mysz to oczywiście ja. Dlatego się nie odzywam, bo to bym właśnie usłyszała w od­po­wiedzi: że jestem szarą myszą. Wiem, że jestem, i pasuje mi to. Ale sama mogę się tak nazywać, a im nie pozwolę. Bo niby dlaczego?

🖇

Czas stoi w miejscu, a ty lecisz gdzieś w przepaść. I nawet nie wiesz, nie czujesz, jak i kiedy się staczasz. […]  Dla niektórych mogę być już nie tylko ciocią, ale i babcią.
     Kiedy więc zaczynają się do ciebie zwracać w ten sposób, to koniec, za­czy­na się droga w dół. Im częściej i dłużej cię tak nazywają, tym gorzej.

🖇

Może ja też nie chodzę z aureolą szczęścia wokół głowy, ale jak mi zakwitnie kwiatek na podwórku, a w ogródku dojrzeje pomidor, to się cieszę, jestem szczęśliwa, wiesz?! Radość mnie rozpiera, a wiesz dlaczego? Bo czuję, że jeszcze potrafię być szczęśliwa! A ty się umiesz jeszcze z czegoś cieszyć?! No, potrafisz? Ale ona dalej swoje, jakby nigdy nic: ojej, czemu nie wyszłaś za mąż, kobieto? Wiesz, jakie bezsensowne jest życie bez dzieci? […]  Taaak, bez­sensowne, trzeba się z nią zgodzić, inaczej się nie da, bo jeszcze zacznie gadać o tym, że na starość trzeba mieć kogoś, kto ci poda szklankę wody, a tego już nie zdzierżę, więc gryzę się w język i potakuję, tak, moje życie jest bez sensu, bo jakie ma być? […]  Już-już ma wyjść, kiedy odwraca się ze sło­wa­mi: ale wiesz, ja­koś tak ci się oczy świecą, dziewczyno.

🖇

Ale życie jest dziwne, naprawdę. Jak dobrze, że nie wiemy z góry, dokąd nas zaprowadzi, jak nas doświadczy.

🖇

[…]  wszystkie bez wyjątku pytały: nie wychodzisz za mąż, dziewczyno? Ja odpo­wia­da­łam, że nieee, one na to: dlaczego, kobietooo? Ja od­po­wia­da­łam: nie chcę, kobietooo i dlategooo I traciły orientację, bo spodziewały się każdej odpowiedzi oprócz tej, że nie chcę, bo przecież kobieta nie po­tra­fi mówić, że czegoś nie chce. Chcę i nie chcę — to są przecież słowa przynależne mężczyźnie.

🖇

[…]  chwytam się a to tego, a to tamtego. Nie chcę się przyznać sama przed sobą, ale mnie nosi. Serce tłucze mi się w piersi jak szalone. […]  Czuję, że moje ciało jest spokojne, to dusza się miota.

🖇

Chodzisz tak pomiędzy jedną a drugą przepaścią! W jednej czeka na ciebie mąż i jego rodzina, którzy tylko patrzą, żeby zamienić cię w posługaczkę, opiekunkę i żywicielkę ich potomstwa. Zrobią z ciebie dobrowolnego więź­nia i jeszcze będą ci wmawiać, że to wszystko w imię miłości. Powiedzą ci, że to właśnie jest miłość! Będziesz musiała uwierzyć. I uwierzysz, dziew­czy­no, bo jakie będziesz miała inne wyjście? Okłamiesz samą siebie. W imię tej miłości zatracisz w więzieniu duszę.

🖇

A te trzy głupie baby, każda dźwiga swoje kajdany, a wciąż pieją ody do bycia z mężczyzną i posiadania rodziny. Wkładają głowy w tę gilotynę, a potem z jakąś chorą ciekawością patrzą, jak nad inną kobietą zawisa podobne ostrze.

🖇

Porozmawiajmy, trzeba porozmawiać, trzeba wyjaśnić wszystko, co jest do wyjaśnienia od samego początku. Ty powiesz swoje, ja powiem swoje. Po­my­ślimy, co mamy zrobić, jak mamy zrobić, w którą ścianę walnąć głową.

🖇

Nie masz pojęcia! Nie odzywam się, bo co mam powiedzieć?

🖇

Boże, ależ mnie postawiłeś przed wyborem! A ja od razu dałam się zwieść, przestałam myśleć i poplątały mi się ścieżki. A jak miałam wszystko pięknie zaplanowane!

🖇

Bardzo się bałam. Ale jednocześnie byłam strasznie ciekawa. Podobało mi się to miejsce i jednocześnie mnie przerażało. Moją duszą targała chęć po­zna­nia nieznanego.

Tamta Melaszwili, Kos kos jeżyna, przeł. Magdalena Nowakowska,
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

Wstawaj, Etero, wstawaj, kobieto, bo cię tam
wielka przyjemność czeka!

🖇

No i co z tego, że nie jesteśmy już młodzi i piękni? Co z te­go, że jesień życia puka do naszych drzwi? Tylko patrzeć, jak zupełnie opadną z nas liście.

🖇

[…]  wiesz, ile wokół jest tego małego piękna? Pomyślę o tym, co przeczytałam, zobaczyłam i usłyszałam, ni­czym innym nie będę sobie zaprzątać głowy!

🖇

Jestem tylko małym robaczkiem, żyję swoim życiem, ale oni i tak boją się takich jak my. I powinni!

🖇

Czy wiedziałam, co robię?
Byłam czystą wściekłością!

🖇

Ale wiesz, czego boję się najbardziej? Że znów w kraju wszystko może się wywrócić do góry nogami i że znów nastanie taki chaos […]. Że świat znów zawali się nam na głowę, jak wtedy, kiedy oszaleli wszyscy i wszystko.

(tamże)

niedziela, sierpnia 09, 2026

6177. Z oazy (CDLXV)

Trzecia fala upału jako upiorna forma doświadczania życia za mną. Trzeci dzień do­chodzę do siebie, choć rehabilitacyjna uwaga tkwi wciąż przy szkodach wy­rzą­dzo­nych przez drugą falę. Jeden z fragmentów wydłubanych z tej książki to również słowa opisujace w punkt mój aktualny stan ducha: myśli także wracają jakby na swoje miejsce. Dobrze jest znów cieszyć się życiem, choć wielokrotnie miało się go powyżej uszu i kokard.

Wybór tej opowieści jest nieprzypadkowy. Lubię literki tej Autorki. Mam też ogrom­ne szczęście, bo nauczona delektowania się fikcją, rozkoszowałam się tą historią. Grube kreski, cieniutkie, urywające się linie, światłocienie, nieoczywiste, trudne do nazwania barwy, refleksy uczuć, a między nimi wszystkimi to, co nienajważniejsze wcale, co chcący za wszelką cenę kontrolować życie nazywają faktami — tym jest ten kawałek dobrej literatury. Wyimki, które muszę tu mieć pod ręką, są tylko i wy­łącz­nie małymi akwarelami, drobnymi dziełami sztuki zaklętymi w słowa.

Anna  była już staruszką,  gdy  Bóg w końcu  powrócił.  Drzwi  sali numer dwanaście  oddziału  szpitala  Ruusukumpu otworzyły się i do środka wtar­gnął  wielki  złoty bukiet  kwiatów.
     — No,  co tam, dziewczyno? –  Bóg  uśmiechnął się  i podszedł prosto  do łóżka.
     Anna podniosła  się,  żeby usiąść, i spojrzała na przybysza. Ten Bóg  nic  się nie zmienił.
     — Oj,  jaka tam ze  mnie  dziewczyna. Już dawno nie  dziewczyna – wy­ma­mrotała.
     Bóg usiadł  na  krześle dla  gości. […] 
     — Miło,  że wpadłeś. Czekałam  na  ciebie.

🖇

Po pięćdziesięciu latach olcha zdecydowała, że już jej wystarczy, dziesięć po ósmej dała za wygraną, jej pień dygnął raz, potem drugi i trzeci, aż w koń­cu runęła w pięciu zmurszałych kawałkach.

🖇

Czas  rozpadł się Annie  w dłoniach.  Rozpościerał się  jak  leżąca  na ko­la­nach uszyta  ze  skrawków  narzuta, wszystkie fragmenty były tej samej  wielkości  i tak samo  oddalone od  siebie. A Anna przyglądała  się  tym ka­wałkom  ze zdziwieniem,  nie mogąc doszukać  się  w nich żadnej większej logiki.

🖇

Mężczyzna i chłopiec. Siedzieli po przeciwnych stronach kamery, każdy w cieniu własnej grzywki, każdy nachylony lekko w stronę drugiego. Było między nimi coś niewypowiedzianego i poważnego, obaj zastanawiali się nad tym w ciszy.

🖇

Na  początku Annie brakowało  dzikiej  przyrody. Choć  jednego  praw­dzi­we­go  lasu, choć jednej  niewypolerowanej  skały.  Lecz potem pojęła, że choć­by drapała  powierzchnię  Londynu z całych  sił, spod  spodu wyłoni się  tylko  kolejna warstwa  miasta. Rzecz  jasna w parkach rosły  drzewa,  ale parki miały swoich właścicieli, były ogrodzone  płotem,  a prowadzące do nich  bramy  zamykano na noc.  Jedyną  dziczą, jaką można było  znaleźć w Londynie, było  samo  miasto. Londyn  był żywym  organizmem.

🖇

[…]  patrzyła na front chmur, które nadciągały znad Atlantyku, omiotły najpierw Irlandię, potem Anglię, skręciły wzdłuż pasma górskiego na pół­noc­ny wschód i zniknęły w końcu w górnym prawym rogu ekranu te­le­wi­zo­ra. Anna liczyła — wtorek, środa, czwartek — kiedy ten sam front dotrze do południowej Finlandii. Dzięki mapom pogodowym czuła, że zachowuje jeszcze więź z domem. […]  przynajmniej zawsze ten sam deszcz kropił na nią i na dom, ten sam wiatr przewracał drzewa i słupy elektryczne. Anna myślała o unoszących się z Sahary ziarnach piasku, które niesione wiatrem wędrowały do Europy. Może w ten sam sposób unoszące się tutaj wody spadały w domu na ziemię. Może zięba, która spędzała tu zimę, wiła gniaz­do w budce lęgowej na wyspie.

🖇

     — Co robisz? — zdziwiła się Anna.
     — Wykopuję świerk — odpowiedział Thomas, oklepując ziemię wokół świerku. — Podasz, proszę, to wiadro?
     — Jak zamierzasz wydobyć go z ziemi? Przecież ma korzenie.
     — Przez rok aż tak bardzo się nie rozrosły. Mieliśmy to drzewko już dwu­krotnie na święta.
     — Sadzicie je tu z powrotem po świętach?
     Thomas pokiwał głową.
     — Stoi w wiadrze tydzień albo dwa, potem wraca tutaj, do tego dołu. Po czterech latach jest już tak duże, że kupujemy nowy mały świerk.
     — U nas wycina się piłą odpowiednich rozmiarów świerk, a potem wkła­da do stojaka, w którym podlewa się drzewko wodą — tłumaczyła Anna, trzy­mając świerk za pień w czasie, gdy Thomas wbijał łopatę głębiej pod drzewko.

🖇

[…]  sączyła wino i słuchała jednocześnie listy określeń, z którą Eve po­sta­nowiła teraz wrócić do głosu:
     — Straszne okropne przerażające potworne smutne moje bie­dactwo bidulka bie­da­czysko.
     W angielskim jest tak wiele przymiotników, pomyślała Anna. W tym języku można powiedzieć przynajmniej na dziesięć różnych sposobów „to miłe” albo „to przykre”. Annie wydawało się to fascynujące. Lista Eve do­bie­gła końca i nastała cisza.

🖇

Może  wynikało to z tego,  że  była obcokrajowcem.  Ludzie  często  roz­ma­wia­li przy niej,  zakładając,  że  nie rozumie prowadzonej w normalnym tempie rozmowy. […]
     — Dlaczego nie chciała?
     — Po  prostu  nie chciała.
     Układanie talerzy jeden  na drugim. Szorowanie garnków. Szelest folii aluminiowej.
     — Po co wtrącasz się w nie swoje sprawy?
     — Ale ty chyba chcesz mieć dzieci?
     — Daj spokój, Eve. Anna ma już czterdzieści trzy lata.
     — Ale ty nie.

🖇

     — Człowiek nie jest chory tylko dlatego, że nie chce mieć dzieci.
     — Nie o to tu chodzi.
     — Ty za to na pewno wiesz o co.
     — Owszem, jest mi ciebie trochę żal.

🖇

Ktoś kiedyś to  tłu­ma­czył —  w głowie  musi być pusta przestrzeń, żeby Bóg  miał  dokąd przyjść.  Jeżeli życie  jest zbyt pełne  i dobre,  jeżeli pracy,  przy­ja­ciół i mi­ło­ści,  ciekawych pomysłów i rozmów,  dobrego  jedzenia i dzie­ci jest akurat w sam raz, Bóg  się  tam nie zmieści.
     Kto  i gdzie  mógł to powiedzieć,  Anna  nie pamiętała. Podobnie jak  wie­lu innych rzeczy.  Kim  był ten  idiota?

🖇

     — Poszłaś do lekarza?
     — Nic mi nie pomógł.
     — Nie pomógł na co?
     — No właśnie.

🖇

Tłum ludzi wprawiał ją w ruch. Do przodu, do środka, na zewnątrz i w dół, w górę i dookoła. Tak wielu ludzi, tak wiele życia. Anna czuła, że żyje i przy­na­le­ży do grupy. Znikała, ale nie była sama. To było nieoczekiwane uczucie wolności, jak nad otwartym morzem.

🖇

     — Chyba się przejdę.
     — Niech to szlag, Anno, nie zaczynaj znowu! Czy możemy choć raz prze­dysku­tować coś do końca bez tych twoich przerywników?

🖇

     — Jak w ogóle śmią zadawać takie pytania – stwierdziła Anna z irytacją w głosie.
     Co niby Lauri mógł wiedzieć o jej życiu? Dlaczego nie pozwolili jej od­po­wie­dzieć samej? Przecież lepiej znała własne możliwości.
     […] 
     — To tylko kwestionariusz. Przecież nie jesteś jeszcze w takim stanie. Chodź, wejdziemy do środka, to było…
     — Ale że jak to jeszcze…

🖇

Uczucie przypominało tęsknotę, głód, pragnienie lub zmęczenie, z tą różnicą, że nie było żadnym z nich.

🖇

Co pomyślałby sobie Antti, gdyby ją teraz zobaczył? Tak daleko od domu, tak samotną i zagubioną. Nie miała dokąd pójść. Żadne miejsce nie należało do niej. Dzień po dniu przeskakiwała tylko z kamienia na kamień, wstrzy­mu­jąc oddech i próbując pozostać niezauważoną.

🖇

[…]  smutek ustąpił i w jego miejscu pozostała tylko wielka pustka. Skąd zatem wzięła się ta pustka? Anna nie umiała odpowiedzieć. Tak czy owak, pustka nigdzie się nie wybierała.

🖇

Wkrótce zrobi się ciemno. Prędzej czy później zrobi się bardzo ciemno i na to Anna nie mogła nic poradzić. Słowa znikały, ziemia drżała, a kamienie grzechotały. Były twarze, krzesła, były te, jak im tam, ale teraz było to takie trudne.

🖇

Czytając ogłoszenia, Anna wyobrażała sobie człowieka. Niekiedy wraz z opi­sa­mi rodziła się opowieść, innym razem zaś tylko istotne pytanie o to, dlaczego nikt nie odczuwał braku wspomnianej osoby.

🖇

Mgła zatrzymała krajobraz w miejscu. […]  Gdzieś dzień trwał dalej, […], ale we mgle wszystko było na swoim miejscu.
     […]
 Anna siedziała i czekała, aż krajobraz powróci. Czas upływał za bielą.

🖇

     — A trąbcie sobie — stwierdził kierowca. — Niech się wstydzą, skoro nie dociera do nich, że co jak co, ale takie wydarzenie to dobry powód, żeby się spóźnić, na cokolwiek się spieszą. To jedna z tych chwil, […]. Patrzcie, jaki on jest piękny.
     Potem wszyscy ucichli, by obserwować wieloryba. […]
     Jacy niespokojni i mali zdawali się ludzie przy wielorybie. Zupełnie jak mewy, gdy wleci między nie orzeł. Nawet największa mewa morska przy orle zmieniała się w trzepoczące skrzydłami chuchro. Jak gdyby orłem rzą­dzi­ła jakaś inna siła grawitacji, jakaś inna wytrzymałość, sprawiając, że je­go lot trwał nieprzerwany ani jednym uderzeniem skrzydeł. Mewy zda­wa­ły się ledwo utrzymywać w powietrzu, ich lot także wymagał ciągłego trze­po­ta­nia i trudu. W ten sam sposób wieloryb niósł ze sobą inny czas, in­ną siłę.

🖇

Przez Heathrow krążył cały świat: kontynenty, temperatury, kolory skóry i języki. Każdy wędrował z jednakowym biletem w dłoni, przez jedne drzwi do środka, a drugie na zewnątrz. Zdaniem Anny cudownie było w tym uczest­ni­czyć, czuć, że jest się w drodze dokądś, że skądś się przy­by­wa, że cały świat stoi otworem, tuż za świstem drzwi wahadłowych.

🖇

     — Czy w domu jest ciepło?
     — Tak, w domu jest ciepło. I wieje w sam raz.

🖇

Bóg zabrał Annę na taras na papierosa. Taki mieli zwyczaj.

🖇

Gdy łódź nabrała tempa i wiosła Boga odnalazły właściwy rytm, łódź za­czę­ła sunąć przez wodę tak, jak porządna drewniana łódź powinna.

Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn
, przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Coś  miało nadejść, wisiało już w powietrzu.

🖇

Anna wzięła Anttiego za rękę, bo właśnie tę chwilę ko­cha­ła. Ciszę przed burzą, pustą chwilę, wdech…
     Wiatr zmienił kierunek.

🖇

Dlaczego  niektóre chwile zostają  w pamięci,  a inne zni­kają?  Czy  w tych  zapamiętanych było coś  szcze­gól­ne­go,  a może  w zapomnienie poszło coś, co mogłoby prze­sądzić  o wszystkim?

🖇

W porankach dawało się wyczuć obietnicę.

🖇

Zmiany zachodzą stopniowo, powoli.

🖇

Fragmenty, oderwane od siebie chwile.
     Szczegóły, słowa, linie.

(tamże)