niedziela, kwietnia 28, 2013

729. Kuguar na rozgrzanym dachu...

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Nie jest żadnym odkryciem, że seks nie ma szczęścia do języka polskiego. Wybór jest chorobliwie ograniczony. Do medycznych terminów, z których uszło pożądanie zanim powstały. Do wulgaryzmów, których szerokie zastosowanie do opisu uczuć gwałtownych niewiele ma wspólnego z satysfakcjonującym pożyciem. Być może dlatego, pary tworzą na swoje potrzebny swój własny idiolekt. Wyrazy, frazy, swoisty kod miłosny, zwykłe słowa o niezwykłym znaczeniu. Odkryliśmy, że nasz wciąż się rozwija...

Jabłoń:
(w sobotni poranek ma w perspektywie naście godzin pracy
i nijak nie przypomina ryczącej prawie czterdziestki
)
Bardzo Cię przepraszam, ale mam już tylko 20 minut do wyjścia
i mając do wyboru seks albo śniadanie, wybieram śniadanie.

Sadownik:
(z teatralnym smutkiem na twarzy)
Miał być kuguar, a tu widzę, że kot marny mi się trafił...

*

(późnym wieczorem)
Jabłoń:
Czy ktoś tutaj zamawiał kuguara? 

sobota, kwietnia 27, 2013

728. Kult jakości życia

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Końcówka miesiąca niezmiennie oznacza embargo na owocne wizyty w księgarniach. Rzuciłam więc okiem na zasoby własne i na jednej z półek znalazłam Staruszkę. Kupiłam Ją, gdy była nowością, by choć w teorii odczarować ówczesne straszenie mnie starością, która… dopadnie mnie, czy tego chcę, czy nie… a jak powszechnie wiadomo, starość bez dzieci jest straszna… i niech temu nikt nie próbuje zaprzeczać… tak jest i basta. Dobrze mi radzono, z dna serca pełnego miłości, żebym może jednak przemyślała swoją decyzję. Chyba aż tak bardzo się nie bałam, skoro tylko nabyłam tę książkę, by zaraz potem odłożyć Ją na półkę. Musiałam jednak bać się choć troszkę, skoro postanowiłam poznać obiekt strachu choć w teorii, by mieć mgliste wyobrażenie o nieuniknionym.

Zajrzałam Nie-Najmłodszej w bebechy z ciekawości. Sam pomysł na książkę… wyśmienity! Króciutkie rozdziały, których inspiracją były wyniki badań naukowych nad dobrostanem ludzkim. Zawartość każdego z rozdziałów jest historią człowieka. Wyjątkowo inspirująca książka. A starość? Dopadnie w dowolnym wieku, jeśli tylko sobie na ten nędzny luksus pozwolimy, bo starość nie ma nic wspólnego z wiekiem, proszę Państwa. Nic a nic!

     — Czy kiedykolwiek słyszeliście, aby dziecko zadawało pytanie, jeżeli nie jest zainteresowane odpowiedzią? —pyta Gary. — Nie. Dzieci zadają pytania, ponieważ naprawdę coś je ciekawi. Dlatego nigdy nie usłyszymy od dziecka: „Jak się masz?”. A ponieważ dzieci nie pracują zawodowo, nie pytają: „Czym się zajmujesz?”, a mimo to jakoś udaje im się zawierać znajomości między sobą i nawiązywać przyjaźnie.

*

Zrób dzisiaj coś, co odzwierciedla to, kim jesteś, na co cię stać i na czym ci zależy. Czy dokonasz tego w domu, czy w pracy, odpłatnie czy za darmo, zrób coś, czym wyrazisz siebie. Pragniemy widzieć świadectwa swoich umiejętności, potrzebujemy potwierdzenia swojej wartości. Jeśli udowodnisz sobie, że coś potrafisz, nie będziesz wątpić w swoje umiejętności.

*

Mogłoby się wydawać, że trudno wiele osiągnąć, stawiając małe kroki. W istocie jednak nie sposób dokonać czegoś wielkiego, nie posuwając się naprzód małymi kroczkami. Zdolność do posuwania się naprzód pomimo przeszkód staje się jeszcze ważniejsza, gdy przybywa nam lat. (…) potrzeba pokonywania trudności i dążenia do upragnionego celu towarzyszy nam na każdej z dróg życia.
     Po ukończeniu studiów medycznych doktor Robert Lopatin rozpoczął roczny staż. W przeciwieństwie do innych stażystów, na których pacjenci spoglądali sceptycznie, zastanawiając się, czy nie są aby za młodzi na lekarzy, Robert najwyraźniej wzbudzał zaufanie. Żaden z pacjentów nie miał obiekcji co do jego wieku. Być może miało to coś wspólnego z faktem, że Robert ukończył pięćdziesiąt pięć lat.

*

(…) uwierzyć w siebie — w swoje możliwości, wizje, pasje, we wszystko to, co pozwoliło ci zajść tak daleko. Tego nie mierzą żadne testy. Jest to niepokojące, ale z drugiej strony dodaje energii.

David Niven, 100 prostych sekretów lepszej połowy życia,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2010.

piątek, kwietnia 26, 2013

727. Prezent

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bardzo rzadko dostaję książkowe prezenty. Jeszcze rzadziej dostaję takie książki, od których nie mogę się oderwać, choć literek jest w środku nich tyle, co pies napłakał. Dostałam. Oniemiałam. Obejrzałam i obczytałam ją już setki razy. I wygląda mi to na początek…

*

Strach pomyśleć, jakie byłoby moje życie…
Mam nadzieję, że Ona wie, że kocham Ją z całej swojej mocy…

Józef Wilkoń, Psie życie,
Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2011.

(źródła zdjęć)

środa, kwietnia 24, 2013

(724+2). Berlińskie łzy

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Upłakałam się jak norka z anegdoty, którą opowiedział Arny. Fragment, szybciutko zapisałam, by nie zgubić:

*

Upłakałam się ze wzruszenia, gdy jeden z Uczestników seminarium w niedzielę rano opowiedział, co mu się przytrafiło dzień wcześniej, gdy wracał z koleżanką po całym, wyczerpującym seminaryjnym dniu. Po powrocie do domu, napisałam do Piotra, by ocalić tę historię od zapomnienia. Oto ona:

We were on the underground and my friend Tracey lied down on the chair to relax. As she did that there was an older, kind of tramp guy who said:
Berlin is like a dream...
I said: wow, interesting...
He then offerred some Jägermeister to my friend.

He looked at her lying and said:
In Berlin we forgive everything...
I said: I see...
He said: We forgive because the whole world forgave us...

to już umiem:
danke shön

(724+1). Berlin

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W moim dwudniowym doświadczeniu Berlin był...

*

... kobietą. Piękną, wolną wolnością wewnętrzną, wrażliwą. Pasłam swoje oczy, serce, duszę.

*

...muzyką. Za każdym razem, gdy dwoje ludzi rozmawiało w absolutnie, dziewiczo obcym mi języku.

*

...snem. Prawie czterdziestoletniego dwulatka, który nie umie jeszcze mówić. Zamawiałam kawę. Zamawiałam ciastko... paluszkiem. Dwa razy dziennie. U tej samej Pani. Sto kilometrów od polskiej granicy rzeczywistość była dla mnie snem śnionym po niemiecku.

to już umiem:
danke shön

piątek, kwietnia 19, 2013

724. On

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W moich wyobrażeniach jest mężczyzną. Nieprzyzwoicie uporządkowanym. Intrygującym, pomimo swej niemieckiej zadaniowości, perfekcyjności, punktualności. Ciekawa jestem Jego zapachu i atmosfery, którą wokół siebie roztacza. Mam ochotę poczuć Jego siłę. Chcę usłyszeć nad ranem Jego westchnienie. Chcę poznać Jego Wyjątkowość. Chcę odkryć Jego kobiecą stronę... Spotkamy się po raz pierwszy. Tylko na dwa dni. Liczę na magię. Berlinie, już dziś w nocy... jadę do Ciebie.

środa, kwietnia 17, 2013

(722+1). I po dziewictwie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kupiłam Ją. Z ciekawości. Ze względu na Autorów. Z miłości do pięknych i mądrych książek dla dzieci. I zaskoczyła mnie. Bo to książka w swej formie niebywała. Mieści w sobie nie tylko „książkę właściwą” — słowa, zdania, akapity, rozdziały — zgodnie ze sztuką składania tekstu złożoną (miodzio!), ale również komiks, przypominajki, zbiorek ćwiczeń i… wyjątkowo urocze notatki na marginesach czynione.

W pierwszej chwili, przyzwyczajona do klasyki książkowej tożsamości — lewa strona, prawa strona i czytanie wiersz po wierszu od lewej do prawej — byłam lekko zdegustowana. Ale gdy poznałam Zosię, Profesora O’Rety i żelazną konsekwencję, z jaką nie wchodzą sobie w paradę, ba, nawet nic o sobie nie wiedzą, choć współdzielą wszystkie drukowano-malowane strony, to zachwyciłam się pomysłem, który przyświecał tworzeniu tej książki.

Kontynuując z wdziękiem rozpoczęty przez Sadownika sezon na tracenie dziewictwa… zrobiłam to! Po raz pierwszy w życiu przeczytałam cały komiks.

Kiedy przyszłam ze szkoły, w przedpokoju usłyszałam głos taty: „Czy szanowny pan zechce zjeść lub choć tylko z lekka powąchać tę jakże smaczną potrawę w postaci brązowych jak jesienne kasztany kuleczek pod pierzynką z niebywale delikatnej galaretki?”. Zajrzałam do kuchni i zobaczyłam tatę nakładającego naszemu Pimpkowi karmę do miski. Dziwne to było i nie wiedziałam, czy tata żartuje, postradał zmysły, czy jest po prostu przepracowany.
Zaraz go o to zapytałam.
— Nie patrz na mnie takim wzrokiem, Zosiu — powiedział tata. — To choroba, wirus
stylus niestosovnus. Mój mechanik go ma i ja to od niego złapałem.
I zaczął opowiadać, jak to dziś zawiózł samochód do mechanika i zastał nowego pana, z którym rozmawiał mniej więcej tak:
— Proszę pana, chyba padły mi klocki hamulcowe — pożalił się tata. — Proszę sprawdzić, bo wydaje mi się, że są już do wymiany. Coś tam piszczy przy hamowaniu.
— Szanowny panie, zechce pan wyjaśnić w szczegółach, na czym polega ta niedogodność, którą pan opisał dość jednak pobieżnie, jeśli można zauważyć.


A. Załazińska, M. Rusinek, Co Ty mówisz?! Magia słów czyli retoryka dla dzieci,
Wydawnictwo Literatura, Łódź 2013.

722. Świeżutki, jeszcze ciepły Prawiczek

Jabłoń:
(poczuła wiosnę i przez cały dzień
paraduje w nowej, różowej Piękności
)

Sadownik:
(wrócony do domu wieczorową porą
rzuca okiem na Drzewko
)
Hmmm... Z księżniczką jeszcze nie spałem...

721. obiecaj, że już nigdy, przenigdy!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

przyszło mi do głowy dziś rano... jako słowne wspomnienie wrażenia, jakie zrobił na mnie wczoraj filmik, który przysłał mi 114-stek. dziś, w przepięknie słoneczny dzień, na ulicach mojego miasta minęłam się z wieloma Pięknymi Ludźmi zastanawiając się... czy wiedzą, że są piękni?

wtorek, kwietnia 16, 2013

720. Silna i piękna to nie oksymoron!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

...ożenił się z nią, bo miała małe stopy...
...jej kruchość zdobyła jego serce...
...urzekły go jej małe dłonie...
...zakochał się, bo była taka cichutka i subtelna...
     — Wiesz, Jabłonko — powiedział mi bardzo dawno delikatny kolega, jeszcze na pierwszym roku studiów — kobieta to problem i dlatego każdy mężczyzna chce mieć jak najmniejszą...

*

No, a czasami mówię do studentów facetów: „Jeśli chcecie się okazać naprawdę mężczyznami, to znajdźcie sobie taką subtelną, drobniutką dziewczynkę o pięknych oczach i delikatnych rączkach, zakochajcie się w niej nieprzytomnie i bezgranicznie, a potem ona wam tymi drobnymi rączkami wyrwie serce i rzuci w śnieg. I będzie bolało do końca życia. No, ale to jest zabawa dla prawdziwych mężczyzn”.

D. Kowalska, Zb. Mikołejko, Jak błądzić skutecznie, prof. Zbigniew Mikołejko
w rozmowie z Dorotą Kowalską
, ISKRY, Warszawa 2013.

***

Przez lata przyglądałam się światu, próbując znaleźć uniwersalną odpowiedź na pytania: jakie stopy i dłonie są już duże? co mają zrobić kobiety z dużymi stopami i dłońmi? co mają zrobić te, których śmiech rozpoznawalny jest z dalekiego korytarza lub półpiętra? co z kobietami, które dokładnie wiedzą, czego chcą i wcale tego nie mają zamiaru ukrywać siedząc cichutko w kątku? Co z tymi, które głośno i dosadnie mówią „nie”? Jedyna, marna, choć prawdziwa, odpowiedź do jakiej dotarłam, rozważając studium jednego czy drugiego przypadku, brzmiała: każda potwora znajdzie swojego amatora...

*

Rozbrzmiewa u nas od wczoraj płyta, której oficjalna premiera dopiero za tydzień. Oniemiałam. Pomoczyłam oczy już nie raz... Remanent w głowie między utworami zrobiłam. Klatkę pojęciową z głowy wyrzuciłam. Silna i piękna to już nie oksymoron, twór niemożliwy czy czysto hipotetyczny. To rzeczywistość! I pomyśleć, że wydawało mi się, że można być albo silną, albo piękną. Ciekawe, ale już nieaktualne przekonanie. Rozglądam się po świecie z entuzjazmem neofity i kolekcjonuję silne i piękne kobiety.

Piękne kobiety są piękne, ale silne i piękne
są jeszcze piękniejsze!

Paula Cole, Strong Beautiful Woman, Raven, 2013.

Zaktualizowana ścieżka dźwiękowa (23.03.14):

Paula Cole, Strong Beautiful Woman.

niedziela, kwietnia 14, 2013

719. Wykorzystać dam się!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

// po-superwizyjna perełka:

Innymi słowy, tak jak Drzewko to zrozumiało
i w sobie z uśmiechem zatrzymało, wykorzystajmy:
       — swoje talenty,
       — swoją wiedzę,
       — swoje doświadczenie,
       — swój czas na Ziemi.

piątek, kwietnia 12, 2013

(715+3). Klanowe spotkanie (III)

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W przedostatniej ławce siedziałam, nie chcąc przeszkadzać wiernym w uczestnictwie w nabożeństwie żałobnym. Koło mnie przemknęło wiele ciekawych fraz... orszak aniołów... ognie piekielne... służebnica pańska...

Boże, jesteś Miłością… czy właśnie z miłości pozwalasz im snuć tę baśń o dobrym Władcy? O dobrym Panu, który zwalnia z odpowiedzialności, bo zawsze można powiedzieć, że Bóg tak chciał? Jeśli na oba pytania masz twierdzącą odpowiedź, to jesteś Miłością… niepojętą i niepojmowalną. To chyba dobrze, prawda?

*

Gdy jako dziecko byłam przymuszana do kościelnych praktyk, zawsze mówiłam „nie jestem godzien” pod koniec mszy. Nie szło mnie tego oduczyć. Teraz już wiem dlaczego. Nie można nauczyć wiary w niegodność.

(715+2). Klanowe spotkanie (II)

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wyjechaliśmy z Wawy w pełnię popołudnia. Dojeżdżaliśmy na miejsce, gdy od kilku godzin było już ciemno. Cisza między utworami wykorzystała moment. Oczyma wyobraźni zobaczyłam polskie drogi z lotu ptaka. Mknące po nich samochody, pociągi i autobusy zmierzały do tego samego punktu na mapie, wioząc członków i przyjaciół klanu. Podziwiałam Siłę, która właśnie sprawiała, że następnego dnia spotkają się ludzie dalecy, obcy, nieznani, ale… z Klanu. Z Klanu, do którego zapisałam się dziesięć lat wcześniej, choć myślałam, że „biorę sobie” tylko Sadownika.

(715+1). Klanowe spotkanie (I)

Jabłoń:
(w samochodzie jadącym na północny zachód)
Spotkam osoby, których nigdy wcześniej nie widziałam.

Sadownik:
Myślisz, że tylko ty?

wtorek, kwietnia 09, 2013

715. Skracanie wymiarów

Tu? Nie. Tam? Nie mogę. Najwcześniej? W lipcu…
Jakie tu? Jakie tam? Czarne ubrania!

Nagle wszystko, co trudne, robi się łatwe…
poinformować, przełożyć, odwołać.

Wszystko, co łatwe, robi się trudne…
pójść, znaleźć, wybrać, kupić,
bo nie mam czarnych ubrań.
Wróć. Nie miałam.

Czterowymiarowa przestrzeń (x, y, z, t) chwilowo zdegradowała nam się do zerowymiarowej przestrzeni koloru czarnego. Wyjeżdżamy. Pogrzeb na drugim końcu Polski.

niedziela, kwietnia 07, 2013

714. Ahoj! Seksualne śmichy, chichy!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W sobotnim matriksie cyferka dziewięć przesuwając się z górnej części monitora na dół wykonała niespodziewany obrót o sto osiemdziesiąt stopni zamieniając się w szóstkę. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Jabłoń wróciła z pracy o prawie trzy kwadranse wcześniej i miała szczęście z hamaka podziwiać resztki dnia. Sadownik, wiedziony nieznanym pędem, studiował repertuar kina. Robił to w sposób, jak na niego, zbyt metodyczny, by Jabłoń mogła nazwać to działaniem w stylu „a tak chciałem wiedzieć, co się na świecie dzieje”. Wszystko, co nakreślone do tej pory, przypominało czeski film — nie wiadomo było, o co chodzi, w jakim kierunku potoczy się szósty dzień tygodnia. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, Polakom zdarza się mówić czeski film, Czesi zaś mówią hiszpańska wioska. A jak mówią Hiszpanie? Dziś nie wiemy, ale się dowiemy...

Utrzymując ton, nastrój i niedookreślony kierunek podarowanego późnego popołudnia Dwunożne Stada udały się do kina. Na czeski film właśnie. Jednak nie w przenośni, a dosłownie. Od początku było wiadomo, o co chodzi. Pierwsze sceny przedstawiają bohaterów w jedyny, możliwy sposób, aby widz nie miał wątpliwości, że kibicuje każdemu z nich. Jest miłość, przyjaźń, wierność i dwadzieścia lat pożycia małżeńskiego. Film absolutnie doskonały. Stety, niestety, Dwunożne śmiały się najgłośniej i najczęściej. Jeśli więc wczoraj byliście w jednym z warszawskich kin i dwoje ludzi w ostatnim rzędzie średniej sali rżało prawie co chwilę, to byliśmy my i bardzo przepraszamy. Scena finałowa, o którą martwiła się troszkę Jabłoń, perfekcyjna i bezcenna! Można by nawet powiedzieć, że komedia ta ma pewien morał.

Dziś przy śniadaniu wiedliśmy dysputy: jak to jest że bratni, czeski naród nie utknął w dołkach, w których my jako naród pozostaliśmy uprawiając martyrologię i zawistny egalitaryzm. Nie da się tego usprawiedliwić marną historią i kiepskim położeniem geopolitycznym. Ba, nawet dostęp do morza mamy, a oni nie. Jak to się stało, że w ich matriksie nie ma aż tylu wykrzykników i znaków zapytania, którymi można bezkarnie usprawiedliwiać statystycznie zbyt wysokie, współczynniki niechęci, niewiary i dbania tylko o siebie?

sobota, kwietnia 06, 2013

(712+1). Balon, tyż człowiek

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — Balon, powiadasz — powiedziała terapeutyczna część mnie.
     — Tak, człowiek nadęty do granic możliwości zasługami, często wyimaginowanymi, człowiek rozdęty do karykaturalnych rozmiarów samozachwytu — odpowiedziałam.
     — Cudownie! Fantastyczny nauczyciel ci się trafił. Stań się balonem!
Nadęłam się listą zasług...
...rzeczywistych...
     — bardziej!
...urojonych...
     — bardziej!
...domniemanych.
     — Tak! Dawaj! Dawaj! Świetnie ci idzie! Bądź jeszcze większym, jeszcze bardziej nadętym balonem! — nie ustawała terapeutka we mnie.
Byłam! Listę zasług...
...przyszłych...
dorzuciłam. Wielka! Byłam jeszcze większa niż wielka! Większa niż WIELKA!

*

Robiąc tę małą pracę wewnętrzną odkryłam, że jestem kimś, kogo wiedza ma znaczenie. Kimś, do kogo można się zwrócić o pomoc. Moje doświadczenie jest ważne w świecie, w którym żyję. Dlaczego więc tkwię w roli słupa ogłoszeniowego? Zaktualizowałam bazę wiedzy. Ten, kto będzie chciał mnie o coś zapytać, znajdzie sposób. Posprzątałam. Słup ogłoszeniowy przeniesiony do lamusa.

*

Balonie, dziękuję! Psychologio procesu, dziękuję!

piątek, kwietnia 05, 2013

712. Kudłata i ja

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W parku pół metra śniegu. Wydeptana przez właścicieli psów ścieżynka. Heniutka kilka metrów przede mną. My Dwie sam na sam z Panem Parkiem. Co kilka kroków wyłania się — zaskakująca mnie — rodząca się Heniutkowa Dorosłość. Sierściuch zatrzymuje się na chwilę, obraca głowę, by upewnić się, że mnie jeszcze nie zgubiła. Oczywiście, „powinnam” pomyśleć, że się pilnuje ten lepiej lub gorzej wychowany pies. Jednak wolę myśleć, że Ona opiekunem moim na chwilę się staje, zadbać o mnie chce. Sprawdza, czy nadążam, czy daję radę. Och, jak dobrze mieć psiego przyjaciela...

W świecie, w którym ludzie pompują swoje „ja” byle czym, byle jak, byle szybko, byle mocniej, tak miło mi stanąć w poprzek tej mentalnej grypie i krzyknąć: patrz, Ona, Ona, Ona!

Smutno dziś. Umęczyło mnie cudze „ja, mi, mnie!”... Rozumiem! Słyszę! Ale widzę nadmuchany balon, a nie człowieka. Lubię Ludzi, nie balony...

*

Podarunek od Coni The Wind in The Sun:

...i jest lepiej, dużo lepiej.

wtorek, kwietnia 02, 2013

711. Święta filmowe

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W przeciwieństwie do Prezesa Partii Małych Ludzi mamy z Sadownikiem zasadę: gromić, wyrażać niezadowolenie na temat dzieł wszelakich, jeśli raczyliśmy dzieło skonsumować w ramach naszych skromnych możliwości intelektualnych. W Wielką Sobotę wieczorkiem machnęliśmy sobie Pokłosie. Wypatrywaliśmy roli NiePolaka, szkalującej dobre imię Polaków. Nie udało nam się. Pozostaliśmy pod wrażeniem naszego braku wrażliwości patriotycznej. Film zachwycił nas. Role braci doskonałe. A mechanizm? Zadziwił nas swoją żywotnością. Ma się wciąż świetnie w zbyt wielu rodzinach, w społecznościach lokalnych i niestety nie są potrzebni do tego Żydzi mieszkający za miedzą. Inaczej myślących wciąż łatwiej zabić niż usłyszeć i spróbować zrozumieć. To smutne. Długo o tym wieczorem rozmawialiśmy...

Wczoraj zamknęłam Święta idąc do kina na film, na który szłam i szłam, i szłam. Gepardzica dawno temu zawyrokowała: idźcie, koniecznie. Ona wraz ze Smocentym wiedzą, co mówią, gdy mówią o filmie, więc nawet nie doczytałam opisu, zdałam się na nich. Iść na ten film, nic o nim nie wiedząc, to był strzał w dziesiątkę. Zwroty akcji niebywałe. Wróciłam pod wrażeniem. Z ewidentnym poczuciem własnego środka, najgłębszego „ja”. W ogóle o tym filmie z Sadownikiem nie rozmawialiśmy...

Bo ten film, choć to dokument, można tylko obejrzeć, by poczuć...

Sixto Diaz Rodriguez, I wonder.

poniedziałek, kwietnia 01, 2013

710. Nigdy nie jest za późno...

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jakiś czas temu rozmawiałam z Tollinim o wrażeniu, jakie zrobiła na mnie książka, która czekała na mnie prawie dwa lata. Tollini rzekł z niebywałą pewnością w głosie:
to przeczytaj sobie jeszcze o rodzeństwie...

Miał rację. Czytałam z wypiekami na policzkach. W tym samym czasie moje Dzieciństwo wzdychało z ulgą co kilka akapitów. Nareszcie odkłamane, ważne, prawdziwe, podmiotowo potraktowane. Spotkało się z podobnymi sobie... Potrzebowało dorosłego, mądrego świadka. Na kartach tej książki znalazło. Jak to dobrze, że na zrozumienie nigdy nie jest za późno...

Dawno, niedawno,
byli sobie rodzice,
co mieli dwie córki,
mądrą i piękną... Jedna z nich
została terapeutką.

Jestem tą szczęściarą!

***

(...) Jeśli chcemy mieć nadzieję, że „to się kiedykolwiek skończy”, musimy powitać z radością i traktować z szacunkiem samo pragnienie, żeby z tym skończyć raz na zawsze.

*

Ostatnie zdarzenie zrelacjonowała kobieta, która zazwyczaj nie brała udziału w dyskusji. Kiedy wysłuchałam jej opowieści, przyszła mi na myśl podstawowa zasada psychologa Dorothy Baruch: „Dopóki nie ujawni się złych uczuć, nie ma miejsca na dobre”.
     
(...)
     Kiedy wszystkie historie zostały już opowiedziane bądź odczytane, patrzeliśmy na siebie w zdumieniu. Jaka dziwna i wzruszająca rzecz dokonywała się na naszych oczach! Wydało się to zagadkowym paradoksem:

Zmuszanie dzieci do dobrych uczuć rozbudza złe uczucia. Pozwalanie dzieciom na ujawnianie złych uczuć prowadzi do rozbudzenia dobrych uczuć.

Okrężna droga do harmonii (...). A jednak — najkrótsza.

*

     — Bo ja jestem głupszy od Roberta [brat]...
     Tym razem byłam przygotowana na tę kwestię; wzięłam głęboki oddech i odparłam z powagą:
     — Słyszę, co mówisz, ale chcę, żebyś wiedział, że ja mam inne zdanie na twój temat. Uważam, że jesteś wspaniałym, 9-letnim chłopcem, który dzięki swojej inteligencji nauczy się wszystkiego, czego tylko będzie chciał!

*

     — A kogo kochasz bardziej? Mamę czy tatę? — pytała nieznajoma.
     W odpowiedzi Karolek zaczął przestępować z nogi na nogę, a najmłodsza z przejęciem dłubała w nosie. Poczułam złość do staruszki. I narastający niepokój. Zdałam sobie sprawę, że pragnąc, by dzieci kochały mnie i tatę jednakowo, bez wyróżniania, jednocześnie chciałam usłyszeć, że mnie kochają... bardziej!
     I wtedy najstarsza córka, 5-letnia Marta, zrobiła coś niezwykłego. Chwyciła za rączkę Karolka i Asię i odciągając ich od starszej pani, zawyrokowała pewnym głosem:
     — Mamę kochamy jak mamę, a tatę jak tatę! Chodźcie!
     Dzieci odwróciły się i pobiegły za przefruwającym motylem.
     Poczułam się szczęśliwa i dumna! Uczucia ulgi i lekkości nie zmąciło nawet zachowanie Karolka, który odwróciwszy głowę w kierunku odchodzącej kobiety, pokrzykiwał z dziecięcym zaśpiewem:
     — Głuuuuuupia babcia... Głuuuuuupia babcia...
W głębi duszy myślałam równie niegrzecznie jak syn.

*

(...) każdy z nas jest zdolny się rozwijać i zmieniać.

Adele Faber, Elaine Mazlish, Rodzeństwo bez rywalizacji.
Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie, by samemu żyć z godnością
, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 1995.
(wyróżnienie własne)