Pokazywanie postów oznaczonych etykietą _RUCHOME one/playlist. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą _RUCHOME one/playlist. Pokaż wszystkie posty

czwartek, marca 19, 2026

6047. 78/365

mój uko­chany chłopak ruszył dziś w pierw­szą z dwóch po­dró­ży, które najczęściej chce się odwlec na jak najpóźniej. jeszcze wczo­raj tylko wiedział, że są zegary, dziś usłyszał tykanie jed­ne­go z nich — niech tyka jak naj­dłu­żej.

odbyłam już te podróże, ale moje do­świad­cze­nie nie ma żad­nego znaczenia — wiem, że mogę tylko być w razie czego na wy­ciąg­nię­cie ręki.

78/365

[suplement 20.03.2026]

Roberta Flack, You Are Everything.

piątek, marca 13, 2026

6039. 72/365

l’imu. do dziś tylko czy­tałam wiele, wiele razy o smaku tego trunku. ustaliliśmy* z Coni The Wind, że nie mogę odejść, nim nie wypijemy ra­zem zawartości tej bu­telki.

72/365

__________
  *  chwilę wcześniej dzwoniłam do Sadownika, by do­wie­dzieć się, w której szafce stoją moje ulubione małoduńskie kieliszki.

Ivonne Dekarski, Love Is Not a Line.

poniedziałek, października 27, 2025

5923. Z oazy (CCCLXXXVIII)

Wyczekana. Ukazała się w tym samym dniu co księga, więc na początku była tylko podczytywana.

W części dotyczącej doświadczeń, które przerabiałam na własnej skórze przez dzie­się­cio­le­cia — należąc w pewnym sensie do awangardy zjawiska, będąc peł­no­wy­mia­ro­wą awangardą w rodzinach, do których należę — nie ma nic nowego, czasem tylko innymi, bardziej dosadnymi słowami wypowiedziane kwestie. Ale wątek o szklance wody zacytowałam poniżej, ponieważ przeskoczył z du­żym marginesem moją ulu­bio­ną wersję o tej samej pani w de­pe­esie, co i dzie­cia­tym, i bezdzietnym wodę podaje.

Mam w tym dziale kilka ulubionych wpisów, ale gdybym miała wybrać jeden — naj­cenniejszy, najbardziej w punkt, najgłębszy w kresce osobiście maźniętej, bez szans na przeterminowanie — wybrałabym ten.

Liczba wyimków skromna, bo nie warto powtarzać tego, co tu latami od czasu do czasu odbijało się czkawką. Wzięłam, by mieć tu po ręką to, o czym w tym temacie nie wiedziałam, nie umiałam tak pięknie napisać lub nad czym nigdy się nie za­sta­na­wia­łam. Najpiękniejsze umieściłam na samym końcu, na deser. Zostawiam tu, zastanawiając się, w której bogini szeregach się urodziłam.

Zmian w myśleniu i stylu życia nie da się jednak zatrzymać – czas dojrzał jak późnojesienne jabłko.

🖇

Rodzina nuklearna jednak nie od dziś jest jedną z bardziej ego­istycz­nych form społecznego istnienia. „Wszystko dla dzieci”, „ro­dzi­na jest najważniejsza” – to hasła, które mogą usprawiedliwić wszyst­ko. Nawet korupcję, podłość i całkowite nieliczenie się z resztą świata.

🖇

[…]  bycie rodzicem małych dzieci jest tak pochłaniające, że staje się wy­raź­ną częścią tożsamości – podobnie jak częścią tożsamości staje się bez­dziet­ność, między innymi ze względu na to, że zbyt często się ją kontestuje.

🖇

Mona Chollet w książce o czarownicach zauważa, że słowa: „Pewnego pięk­ne­go dnia jeszcze pożałujesz!”, to groźba regularnie kierowana wobec ko­biet bezdzietnych z wyboru. Według niej jest to zresztą groźba bardzo oso­bli­wa. „Czy można zmusić się do zrobienia czegoś, na co nie ma się naj­mniej­szej ochoty, tylko po to, by zapobiec hipotetycznemu żalowi rzutowanemu w daleką przyszłość?” – pyta retorycznie.

🖇

Kiedy słyszę: „A kto ci na starość szklankę wody poda?”, to mam ochotę rozjechać czołgiem tę jebaną szklankę. Myślę, że należy przywyknąć do wina, żeby tą wodą się nie przejmować.
     Dzieci to nie jest żadna gwarancja na starość.

🖇

W pewnym sensie trzeba wszystko wymyślić i przemyśleć na nowo. Kobiecość też. Czy raczej kobiecości, bo jest ich wiele.

🖇

Zdekonstruowanie kategorii kobiecości pozwala jej zaistnieć w zupełnie no­wy sposób. Staje się kategorią otwartą, różnorodną, wielopostaciową. Jest czymś w rodzaju amorficznej wspólnoty, kościoła tych, którzy wypadli poza obręb uprzywilejowanej męskości.
Olga Tokarczuk

🖇

Naprawdę jest coś bezmyślnego i pozbawionego empatii
w naciskaniu na to, by ludzie realizowali
czyjeś gotowe życiowe schematy.

🖇

[…]  oparcie na byciu matką jedynej słusznej kobiecej tożsamości wyklucza z grona kobiet nie tylko te świadomie niedzietne, ale także te, któ­re już dzieci odchowały, a wraz z nimi oczywiście również te, które dzieci mieć nie mogą, te których nie stać na in vitro, te, któ­re dzieci chciały, ale nie zdążyły, i wiele innych.

🖇

[…]  problematyczne staje się poszukiwanie nowych, nawet odkrywczych odpowiedzi na to, jakąż to istotą jest kobieta. Dlaczego? Bo wiemy, że ko­bie­cość ma wiele form i że kobietą może być też osoba żyjąca w ciele o przy­pi­sa­nej przy urodzeniu płci męskiej. I że owo męskie ciało wcale nie zawsze musi zostać poddane operacjom i kuracjom hormonalnym, aby żyć pełnią kobiecości.

🖇

Prawd jest wiele i nie zawsze do siebie wzajemnie pasują. A jednak współistnieją, taki to już świat.

🖇

Udało się to, co się udało. Inne rzeczy nie – i nie jest to tragedia. Zmiany są częścią życia. Zmiany mogą rodzić zachwyt.

Katarzyna Tubylewicz, Nie czekam na szklankę wody.
O świadomej niedzietności
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.
(wyróżnienie własne)

Wśród kobiecych archetypów rodem z mitologii greckiej niematek jest więcej niż matek. Czyżby starożytni zna­li więcej równorzędnych wzorów kobiecości od świata współ­cze­sne­go? Wysportowana, gibka Ar­te­mi­da – wol­na samotniczka, bogini łowów i księżyca, opiekunka zwie­rząt i istot nowo narodzonych. Błysko­tli­wa i pełna spokoju Atena – bogini mądrości i rękodzieła, patronka herosów – czy nawet opiekująca się do­mo­wy­mi ogni­ska­mi tajemnicza Hestia, która jednak sa­ma ni­czy­ją matką nie jest. Wszystkie one są bezdzietne, a za­ra­zem nie­zwy­kle płod­ne w innych wymiarach, po­chło­nię­te swoim prze­zna­czeniem, kreujące światy. Oczy­wi­ście są też w mi­to­lo­gii boskie matki […]. Klu­czo­we jest jednak to, że kwestia kobiecości bogiń związana jest z pozostawaniem w zgodzie z wewnętrzną prawdą i ta­lentami, a nie z pod­po­rządkowaniem się naturze poj­mo­wa­nej jako ani­ma­listyczna zdolność ko­bie­cego ciała do rodzenia.

🖇

Kiedy staramy się zrozumieć i zobaczyć to, co jest, ła­pie­my dystans, nastrajamy się filozoficznie i prze­sta­je­my tak histerycznie bać się o przyszłość, która wymyka się wszelkiej kontroli i która nigdy nie jest taka, jak ktoś so­bie wyobrażał. Jakaś będzie na pewno.

🖇

Brak dzieci w moim życiu to decyzja równie egoistyczna, jak decyzje innych osób o potomstwie.

(tamże)

*

Édith Piaf, Non, je ne regrette rien.

sobota, września 13, 2025

5889. Na finale małego wspólnego czasu

Pan Ciasteczko:
(pod koniec sierpnia męskie zawodowe pitu-pitu
z klientem o tym, kto przed, kto po urlopie;
że przed, że jak zwykle, dopiero we wrześniu
)

Klient:
Ale urlop czy wypoczynek?

Pan Ciasteczko:
(zaciekawiony)
A jaka jest różnica?

Klient:
Na urlop jedzie się z rodziną,
a na wypoczynek samemu.

Jabłoń:
(kupiła to rozróżnienie na pniu, gdy tylko
Pan Ciasteczko się nim z nią podzielił
)

*

Sadownik & Jabłoń:
(przed wyjazdem, rechocząc, ustalili, że Jabłoń
jedzie na wypoczynek, a Sadownik na urlop,
choć w tę samą walizkę się pakują,
bo Drzewko potrzebuje fizycznej pomocy
każdego dnia nie raz
)

Jabłoń:
(wczoraj, gdy wracali z corocznej uczty)
Chyba wypoczęłam,
zaczynam tęsknić za rehabką

🍆

Sadownik:
A ja zaczynam cieszyć się na swój wypoczynek…

Jabłoń
(szczęśliwa, że wytchnieniówka Sadownika
jest możliwa i zbliża się wielkimi krokami
)

*

Paula Cole, Lovelight.

czwartek, kwietnia 03, 2025

5742. 93/365

chroń mnie boże przed chęcią posiadania ra­cji. więzi i krępuje energię, koncentruje ją w mar­twym już punkcie czaso­prze­strze­ni, usiłując wstrzy­mać bieg rzeczy.

racja jest dobra dla młodych dorosłych i dla osób folgujących sobie bez umiaru i opa­no­wania.

93/365

Katie Melua, Wonderful Life (cover).

there’s magic everywhere
[…]
no need to run and hide
it’s a wonderful, wonderful life

poniedziałek, lutego 24, 2025

5723. [']   // 55/365

odeszła. od dziś, Biały Kruku, oboje wiecie coś, czego po tej stro­nie dokładnie nie wie nikt. łomolę więc — tak dobrze pa­mię­tam, gdzie przez dziesięciolecia stał ten winyl.

55/365

Roberta Flack, River.

there’s a river somewhere
flows through the lives of everyone
[…]
there’s a star in the sky
brightens the lives of everyone
[…]
there’s a short song of love
sings through the lives of everyone

[dostęp 24.02.2025], źródło.

Roberta Flack
(1937–2025)

sobota, czerwca 29, 2024

5504. 181/366

zarzut sensowny. reakcja nieadekwatna. bingo*!

181/366

__________
  *  gada lematami… zderzyły się w gło­wie kulki, gada… w samoobronie, gdy czuje, że ją znikają.
     aktualizacja zakończona: już wie, że nie mogą jej zniknąć; znika ją tylko prze­szłość, jeśli jej na to pozwoli.

Alice Merton, No Roots.

poniedziałek, stycznia 01, 2024

5308. Z oazy (CCXX)

W dniu oznaczonym w kalendarzu kolorem czerwonym niczym każda niedziela w ro­ku od­liczanie literek, dwa. Po poruszającej książ­ce Máraia musiałam sięgnąć po „parytet”. Nie musiałam długo przyglądać się weteranom czekania na wirtualnym sto­siku ksią­żek, które chciałabym przeczytać. Wstyd przyznać, ale ta czekała na mnie od dnia publikacji.

Może mogłam się domyślić po okładce, że wojna będzie jednym z wątków, ale tego nie zrobiłam, bo w przypadku tej Autorki „bierę” wszystko. To książka o odcieniach szarości bieli; o tym, że prawie nic nie jest tym, na co wygląda i że je­steś­my ko­wa­lem swojego losu tyko w zakresie reakcji, na to, co przynosi los. Jeśli w kwe­stii ko­wa­la ktoś uważa inaczej, to albo jest zdrowym, białym, nie najgorzej sytuowanym dwudziestoparolatkiem, albo głosuje na Konfederację. Pierwsze minie, drugie nie musi, choć w przypadku właściwie przebiegającego procesu indy­wi­du­acji też minie.

A gdy skończyłam, szukając okładki, dowiedziałam się, że już za dziewięć dni będę mogła wbić zęby w najnowszą książkę Autorki. Już nie mogę się doczekać. Nie bę­dzie musiała zadomawiać się w książkowej poczekalni, obiecałam jej i sobie.

Dom bez książek – zauważyłam.

🖇

I choć nie była to długa lektura, potrzebowała „tygodni”, by ją dokończyć.
     Nie potrafiłam wyobrazić sobie tak wolnego czytania. Najwyraźniej tak to wygląda u ludzi, którzy nie czytają, nie mają takiego nawyku. Niczego nie bierz za pewnik: niedawno poznałam studenta nauk politycznych, który wyznał mi, że nigdy nie czytał powieści. Kłopotał go sam gatunek. „Bo co to właściwie jest? Co się robi – bierze wydarzenia z prawdziwego życia? Zmyśla?”.

🖇

Historie – wspaniałe historie – przydarzają się wszystkim. A czasami czło­wiek ma wspaniałą historię, którą bardzo chciałby opowiedzieć, ale nie po­trafi. I co wtedy?

🖇

Dlaczego trafiła do Wietnamu? Newark, szkoła pielęgniarska, wszędzie rekruterzy rzucający zanętę: „Wstąp do korpusu pielęgniarskiego armii amerykańskiej, a my pokryjemy czesne. I nie martw się, nie wylądujesz na wojnie”.
     – Jak mogli cię tak okłamać! Dlaczego uchodziło im to na sucho? Mu­sia­łaś być zła!
     […]  Wzięła porządny łyk piwa. – Wyluzuj, mała, nie zrozumiałaś. Kła­ma­li, tak już jest, ale to na mnie nie miało wpływu. Ja się zgłosiłam.

🖇

Cierpienie porzucenia, bycia niekochanym – emanowało z nich jak zapach zmieszany z innymi wojennymi zapachami: potu, wyczerpania, bło­ta, stra­chu. Nigdy nie mówili tego wprost, oczywiście, tak jak nigdy nie mówili, że „zginął” czy „umarł”, ale „zszedł”, „załatwili go”, „kropnęli”, „przywieźli w worku”. Ale ono zawsze było, to drugie wielkie, dręczące pytanie. „Jeśli ktoś mnie kocha, dlaczego tu jestem?”.

🖇

     – Nie mówię, że było łatwo, ale nigdy nie wiesz, co jesteś w stanie zrobić, dopóki nie musisz tego zrobić.

🖇

„To przez Wietnam” – to sformułowanie wyjątkowo drażniło Rouennę.
     – Faceci używali wojny jako wymówki dla absolutnie każdej rzeczy, którą później spieprzyli.

🖇

Ująć to inaczej? Uważała, że „większość ludzi
pieprzy od rzeczy”.

🖇

[…]  wierzyła w jedno: powszechny obowiązek wojskowy, i to dla obu płci. – Musisz zrozumieć: dzieciaki umierały tam, bo brakowało pielęgniarek. A jeśli możesz zwerbować ludzi i wyszkolić ich do walki, możesz też ich zwer­bować i wyszkolić do innych rzeczy potrzebnych na wojnie, na przy­kład do pielęgniarstwa.

🖇

Niektórzy uważali, że to, co zrobiłam, jest dziwne, ale nie dam sobie wmówić, że niewłaściwe.

🖇

Ludzie często myśleli, że Agent Orange nazywał się tak, ponieważ liście zmie­nia­ły kolor, ale tak naprawdę cho­dzi­ło o oznaczone pomarańczowym paskiem beczki, w któ­rych przywożono herbicyd. Kiedy wspomniała, że były również inne substancje, Agent Purple, Agent Blue, Green i Pink, i White, myślałam, że żartuje, ale po­krę­ci­ła głową. – Nie wkręcam cię. Mieliśmy tam całą cholerną tęczę środków chwastobójczych.

🖇

[…] przez całą drogę powrotną jestem niespokojna. Wiem, że zostawiłam nie­dokończoną sprawę, i przypomina mi się jeden z tych snów, w któ­rych wy­ru­szasz na jakąś misję, po niezliczonych trudach i przeszkodach masz już wykonać zadanie, ale w końcu się budzisz. A oddałbyś wszystko, żeby móc wrócić… Pewnie jest jakaś nazwa na to uczucie, lecz jej nie kojarzę.

🖇

Nigdy nie opowiedziałem Ci całej swojej historii od początku do końca, dla­te­go też większa część tego, kim jestem i czym jestem, pozostaje dla Ciebie tyl­ko wielkim znakiem zapytania.

🖇

Mój kot spacerował po zagraconych pokojach z szeroko otwartymi, nie­do­wie­rza­jącymi oczami. Na początku dużo miauczał, jakby mnie bła­gał… Póź­niej zamilkł i spoważniał, kiedy (przypuszczam) dotarła do niego praw­da: porządek, do którego się przyzwyczaił, którego potrzebował i który lubił, nie poszedł za nami, ale należał do tamtego drugiego życia, tego, które na zawsze za sobą zostawiliśmy.

Sigrid Nunez, Dla Rouenny, przeł. Dobromiła Jankowska,
Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

Jestem tu bardziej samotna niż kiedykolwiek. Czasami czu­ję się z tym dobrze i klepię się po plecach: jestem nie­za­leż­na, wykazuję postawę stoicką, mam niewiele po­trzeb. Myślę o słowach Pascala, że całe nasze nie­szczę­ście bierze się z nieumiejętności bycia samemu w pokoju, i nawet odczuwam dumę. A czasami czuję się bez­na­dziej­nie, gorzej niż niekochana, czuję się tak, jak musi czuć się zwierzę, które odczołgało się gdzieś, by umrzeć.

🖇

[…] w końcu przyznałam sama przed sobą, że […]  łzy, któ­re wypływały z oczu i wpadały do uszu – sąsiadka na dole wstała i włączyła Robertę Flack (Killing Me Soft­ly) – oznaczały cierpienie, którego, wiedziałam, wkrótce doświadczę. […]  Za każdym razem trochę umieramy.

(tamże)

Roberta Flack, Killing Me Softly With His Song.

wtorek, listopada 14, 2023

5259. 316–318/365

w sobotę była na koncercie. w niedzielę zdzi­wiła się, że ni­gdy nie słyszałam o tej artystce, a ja nie miałam pojęcia, że ktoś tak wszechstronnie przepiękny istnieje. po­ka­za­ła mi ten utwór, to wykonanie i łomolę trzeci dzień w zachwycie tym utworem w tym wykonaniu i dzięki nie tylko dę­cia­kom odbijam się od dna.

316–318/365

Kovacs & Metropole Orkest, The Devil You Know,
Arlia de Ruiter (I skrzypce), Jules Buckley (dyrygent).

niedziela, października 15, 2023

5224. Z oazy (CXCII)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Początek był, jak zwykle, niewinny — moją uwa­gę przykuła tęczowa okładka. Reszta wydarzyła się w mgnieniu oka.

To druga z dwóch książek, po którą nigdy bym nie sięgnęła. Tu złamałam zasadę niesięgania po książki wydane w języku polskim z nie­polskim tytułem. Nabyłam tę powieść w podskokach, ponieważ nie codziennie bohaterzy czytanych przeze mnie książek mają ponad siedemdziesiąt lat i dużą zmia­nę przed sobą.

Dawno tak dobrze nie było mi z powieścią. Dobrzessimo! A klucz, według którego wy­bra­łam fragmenty? Wyłącznie gęstessimo! Plus te akapity, po których prze­czy­ta­niu w środku nocy było słychać mój śmiech na końcu bloku — muszę je tu mieć pod ręką.

     – Barry, je­ste­śmy już w śred­nim wieku – oznaj­mił Mor­ris, który le­żał w mo­ich ra­mio­nach i pa­lił marl­boro li­ghta.
     – We wcze­snym śred­nim wieku – od­par­łem.
     – Pró­buję coś za­su­ge­ro­wać – cią­gnął Mor­ris, na­gle za­sty­gły w nie­na­tu­ral­nym bez­ru­chu. – Może by­śmy tak prze­żyli kry­zys wieku śred­niego wspól­nie i za­miesz­kali ra­zem?
     […]
     – Dzieci masz do­ro­słe. Nic cię nie trzyma. Czy nie?
     – I za­miesz­kać z tobą?
     – Słuch masz świetny, Barry.
     – Że te­raz?
     – Nie że w ciągu naj­bliż­szych pię­ciu mi­nut, ale może pię­ciu mie­sięcy.
     Le­że­li­śmy da­lej.
     Wzią­łem głę­boki wdech, po­tem prze­pchną­łem dym przez noz­drza.
     Wyj­rza­łem przez otwarte okno. Je­sienne drzewa otrzą­sały się z li­ści.
     – Mor­ris – za­czą­łem po­woli. – Nie wiem, czy był­bym w sta­nie rzu­cić się z tobą w ot­chłań to­wa­rzy­skiego wy­klu­cze­nia.

*

Z każ­dej strony hisz­pań­ska in­kwi­zy­cja. Dla­czego ko­biety za­wsze mu­szą grze­bać in­nym w uczu­ciach?
     – Ma­xine, zaj­mij się sprzą­ta­niem i zo­staw ojca w spo­koju.

*

     – Mó­wię śmier­tel­nie po­waż­nie, tato. Po­wiedz, co się dzieje.
     Pre­sja staje się już nie do znie­sie­nia, więc mó­wię. […]
     Ma­xine mil­czy jak ni­gdy. Kiedy wresz­cie prze­ma­wia, sta­ran­nie do­biera słowa.
     – Tatku, na­prawdę są­dzisz, że nie mia­łam po­ję­cia o to­bie i wujku Mor­ri­sie? – Bie­rze moją dłoń w obie ręce. Jej cie­niut­kie palce są mięk­kie i je­dwa­bi­ście gład­kie, lek­kie i cie­płe. – Mój ra­dar nic nie prze­pu­ści, a ty je­steś tak prze­gięty, że tylko ślepy by się nie zo­rien­to­wał. Pa­trzy­łeś kie­dyś w lu­stro?
     Rany bo­skie, ta dziew­czyna to na­prawdę czarny koń.
     – Pierw­szych po­dej­rzeń na­bra­łam jesz­cze w li­ceum. A jak na stu­diach za­czę­łam cho­dzić do ba­rów dla ge­jów, to nie mia­łam już żad­nych wąt­pli­wo­ści, że je­ste­ście z wuj­kiem parą, no ale ni­gdy nie czu­łam, że mo­gła­bym z tobą po­ru­szyć ten te­mat. No bo je­steś moim tatą.
     – A co z Donną?
     – Tatku, patrz mi na usta: nie mó­wimy Don­nie, okej?
     – Ma­xine, ja cię mia­łem zszo­ko­wać, ale to tyś mnie zszo­ko­wała wię­cej.
     – Oba­wiam się, że już dawno się od­kle­iłeś od rze­czy­wi­sto­ści.

*

     – Barry – od­zywa się wresz­cie, nie­po­trzeb­nie zwra­ca­jąc się do mnie po imie­niu. […]  – Dam ci jedną radę. Na­stęp­nym ra­zem, jak po­czu­jesz, że już nad sobą nie pa­nu­jesz, to po­myśl, co by zro­bił Da­laj­lama, i spró­buj tak samo, zgoda, kie­row­niku?

*

Wtedy do mnie do­ciera. Po raz pierw­szy w ży­ciu nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści, że każdy, ale to każdy w za­sięgu wzroku wie, że Mor­ris i ja je­ste­śmy „pa­nami wąt­pli­wej mo­ral­no­ści”. Tu­taj nie ma miej­sca na uda­wanki. Lu­dzie ko­chani, nie wiem, gdzie oczy po­dziać, bo nie­któ­rzy prze­chod­nie na­wią­zują ze mną tak prze­cią­gły kon­takt wzro­kowy, że po­winni zło­żyć po­da­nie o przy­dzie­le­nie miej­sca par­kin­go­wego dla miesz­kań­ców. Ani przez chwilę nikt tu nie my­śli, że je­ste­śmy dwoma wy­ele­gan­co­nymi mę­żami, oj­cami i dziad­kami, któ­rzy prze­cho­dzą przez West End w dro­dze do domu z we­sela, po­grzebu czy na­bo­żeń­stwa w ko­ściele zie­lo­no­świąt­kow­ców. […]
     Jak­bym miał wię­cej od­wagi, to po­trzy­mał­bym Mor­risa za rękę, na choćby jedną se­kundę. Całe ży­cie pa­trzy­łem, jak pary idą pod rękę, ca­łują się na ulicy, w au­to­bu­sie, w pu­bie. Pa­trzy­łem, jak so­bie spa­ce­rują jedno przy dru­gim, jak so­bie mierz­wią włosy, sia­dają na ko­la­nach, tań­czą bli­sko, ro­man­tycz­nie, jaz­zowo i fun­kowo, raz le­piej, raz go­rzej, bar­dziej i mniej przy­zwo­icie.
     I ni­gdy, ani je­den raz nie po­czu­łem, że mógł­bym cho­ciaż do­tknąć dłoni męż­czy­zny, któ­rego ko­cham.
     Pa­trzymy po so­bie z Mor­ri­sem z ukosa, coś w nas drga.
     On ła­pie mnie za rękę i ści­ska przez kilka se­kund.
     To nasz pierw­szy fi­zyczny wy­raz mi­ło­ści w miej­scu pu­blicz­nym od sześć­dzie­się­ciu lat.

*

Może i wie, co to są im­pon­de­ra­bi­lia, ale do­piero z wie­kiem zro­zu­mie, jaki mają wpływ na ży­cie.

*

     – Lolu, weź mi, pro­szę, czy­stą, zdrową, bez­cu­krową coca-colę bez che­mi­ka­liów i… a, cze­kaj, za­nim za­po­mnę, co to zna­czy el­gie­bete?

*

O, tak, prosz­pań­stwa. Tak, Mor­ri­sie. Tak, Lolu i reszto mło­dych aten­cju­szy, czuję, że wy­cho­dzę z szafy, i nie ma w tym nic tak zwa­nego.

*

     – A co ja niby je­stem, ksiądz ka­to­licki, że mi się bę­dziesz spo­wia­dać? Jak te­raz za­czniesz, to będę mu­siał od­wdzię­czyć się tym sa­mym, a wcale nie je­stem taki pe­wien, czy zdo­łał­byś to prze­łknąć. Chcesz wie­dzieć, za czym nas ta roz­mowa za­bie­rze, mój drogi? Za ni­czym, ot co. Słu­chaj mnie, Barry, uważ­nie. Znam cię od czter­dzie­stego siód­mego, jak z nas były dwa szcza­wi­ki w pia­skow­nicy. Sześć­dzie­siąt cztery lata cię znam, sły­szysz ty? Na­resz­cie mamy ja­kąś wspólną przy­szłość, więc może nie roz­grze­bujmy już daw­nych grze­chów, co? Usiądź so­bie wy­god­nie, po­słu­chaj je­dy­nej w swoim ro­dzaju pani Shir­ley Bas­sey i ciesz się, chło­pie, chwilą, ciesz się chwilą.

Shirley Bassey, You Ain’t Heard Nothing Yet.

*

Jak nam się za­chce, to mo­żemy je­chać aż do Man­che­steru, Yorku, co tam, do Glas­gow na­wet. Czemu nie? Nikt nas już nie za­trzyma. Ni­kogo nie trzeba pro­sić o po­zwo­le­nie. Je­dyną osobą, przed którą się mu­szę tłu­ma­czyć, jest Mor­ris, i ja to chęt­nie. Jak się zrobi późno, to za­wsze mo­żemy się za­trzy­mać na noc w ja­kimś przy­jem­nym ho­telu, za­mó­wić ko­la­cję do po­koju, po­oglą­dać płatną te­le­wi­zję…

*

Naj­bar­dziej się za­słu­guje na po­gardę,
gdy po­gar­dza się cu­dzym cier­pie­niem.
James Baldwin
(1924–1987)

*

[…]  ce­lem do­brego tłu­ma­cze­nia nie jest urze­czy­wist­nić nie­moż­liwy po­stu­lat lu­strza­nego prze­pi­sa­nia ję­zyka na ję­zyk, lecz spra­wić, by­śmy pod­czas lek­tury po­czuli to samo, co czy­tel­nik bądź czy­tel­niczka ory­gi­nału. […].  Prze­kład nie funk­cjo­nuje jed­nak w próżni. Za każdą de­cy­zją trans­la­tor­ską kryje się lo­gika i po­rzą­dek in­ten­cji […].
  //  Od tłumaczki

*

Córka od­czy­tuje li­stę na głos z taką po­wagą, jakby re­cy­to­wała man­trę.
       – Mój mąż bę­dzie z Ka­ra­ibów albo ka­ra­ib­skiego po­cho­dze­nia.
     – Mój mąż bę­dzie od­no­szą­cym suk­cesy i wy­pła­cal­nym pro­fe­sjo­na­li­stą w swo­jej dzie­dzi­nie.
     – Mój mąż bę­dzie miał od trzy­dzie­stu pię­ciu do czter­dzie­stu dzie­wię­ciu lat.
     – Mój mąż nie bę­dzie miał dzieci z po­przed­nich związ­ków.
     – Mój mąż bę­dzie bar­dzo in­te­li­gentny i wy­kształ­cony przy­naj­mniej do po­ziomu li­cen­cjata.
     – Mój mąż bę­dzie wyż­szy ode mnie, naj­le­piej od me­tra osiem­dzie­siąt w górę, umię­śnio­nej bu­dowy i bez brzu­cha.
     – Mój mąż bę­dzie przy­stojny, ale nie na tyle, żeby inne ko­biety się za nim uga­niały.
     – Mój mąż nie bę­dzie miał owło­sio­nej piersi, ple­ców, rąk, nosa ani uszu, nie bę­dzie też miał wra­sta­ją­cych wło­sów, które mu­sia­ła­bym mu wy­cią­gać pę­setą.
     – Mój mąż bę­dzie miał… (wiesz co, tato, ten pod­punkt mo­żemy po­mi­nąć).
     – Mój mąż bę­dzie uwiel­biał dla mnie go­to­wać, nie tak jak Fran­kie, który w ży­ciu na­wet jajka nie ugo­to­wał.
     – Mój mąż ni­gdy mnie nie okła­mie, nie zdra­dzi i nie bę­dzie się śli­nił do in­nych ko­biet.
     – Mój mąż bę­dzie ko­chany i ser­deczny, ale przy tym bar­dzo mę­ski.
     – Mój mąż bę­dzie do­sko­na­łym słu­cha­czem.
     – Mój mąż bę­dzie mnie ak­cep­to­wał ab­so­lut­nie taką, jaka je­stem, bez żad­nej kry­tyki.
     – Mój mąż nie bę­dzie chra­pał.
     – Mój mąż bę­dzie chciał trzy­mać mnie za rękę pu­blicz­nie.
     – Mój mąż bę­dzie się mną za­chwy­cał, na­wet kiedy stanę się stara i po­marsz­czona.
     – Mój mąż bę­dzie ko­chał Da­niela [syn Donny].
     – A Da­niel bę­dzie go uwiel­biał.
       – No i tyle – stwier­dza, po­nu­rym ge­stem od­kła­da­jąc dro­go­cenny do­ku­ment na stół.
     – Donno – za­czy­nam de­li­kat­nie, z ca­łych sił sta­ra­jąc się mó­wić tak, by w moim gło­sie nie po­brzmie­wała choćby naj­słab­sza nuta kry­tyki. – Nie my­śla­łaś może, że je­steś odro­binę zbyt wy­bredna?
     Oj, Bar­ring­ton, to nie był do­bry po­mysł.
     – Zbyt wy­bredna?! – ry­czy córka.

*

Oto cały kło­pot z oj­co­stwem. Ma czło­wiek ten swój ar­se­nał ka­na­po­wej psy­cho­gadki i do­świad­cze­ni­zmu, któ­rym pra­gnąłby się po­dzie­lić z dziećmi, ale niechże tylko spró­buje, to się ob­rażą.

Ber­nar­dine Eva­ri­sto, Mr. Loverman, przeł.Aga Zano,
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2023.
(wyróżnienie własne)

Nie czy­taj te­raz, ale daj mi znać, jak się na to za­pa­tru­jesz, asa­pis­simo.

(tamże)

poniedziałek, marca 13, 2023

4963. O instrumentach

Jabłoń:
(w drodze na zabiegzapodałanowo tworzoną
playlistę
marzo’23, obiecując brak włoskich nut)

Sadownik:
(zadziwiony wyborem, słuchając poniższej piosenki)
Czy ty chcesz mi powiedzieć, że
zamierzasz uczyć się francuskiego?

Jabłoń:
(zachwycona nie tylko aranżancją,
ale przede wszystkim pauzami
)
Nie, nie! W tym życiu język francuski jest
dla mnie tylko instrumentem muzycznym.

Sophie Hunger, Le vent nous portera.

je n’ai pas peur de la route

niedziela, marca 05, 2023

4951. Z oazy (CXXVI)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Chciałam odpocząć od rzeczywistości. Zaordy­no­wa­łam sobie leczniczy regres czytelniczy. Ponieważ po kilkunastu latach nie tylko wznowiono opublikowane „w papierzu”, ale również wydano po raz pierwszy w wer­sji elektronicznej powieści Yaloma, wybór był dość prosty. Z przyjemnością wró­ci­łam do jednej z nich. Nic się nie zmieniło. Choć jestem inną osobą, niż ta, którą by­łam naście lat temu, to wciąż uwielbiam sposób, w jaki ów piszący psycho­te­ra­peu­ta konstruuje światy, a w nich nagłe zwroty akcji. Odpoczęłam.

Do swojego pudla imieniem Atman [Schopenhauer]  zwracał się: „Proszę pana”, ale gdy Atman źle się zachowywał, sztorcował go okrzykiem „Ty człowieku!”.
     […]  Nie lubił, gdy zagadywały go kobiety, nie lubił też pytań o partnerki czy małżeństwo – od razu robił się zgryźliwy. Kiedyś musiał znosić towa­rzy­stwo bardzo gadatliwej damy, która ze wszystkimi szczegółami opi­sy­wa­ła mu swoje nieszczęśliwe małżeństwo. Słuchał jej cierpliwie, ale gdy spytała, czy ją rozumie, odparł: „Nie, ale rozumiem pani męża”.

*

Bo co więcej jest nam dane, poza tym cudownym, błogo­sła­wio­nym okresem istnienia i samoświadomości? Jeśli coś zasługuje na hołd, to tylko to – bezcenny dar zwykłej egzystencji.

*

Próbując za wszelką cenę odzyskać samokontrolę, napominał się w my­ślach: nie walcz, nie stawiaj oporu, oczyść umysł, nic nie rób, jedynie obserwuj przesuwające się myśli. Pozwól im wpłynąć do świadomości, a potem zniknąć.
     Rzeczywiście, myśli się pojawiały, ale nie chciały się oddalić. Zamiast tego rozmaite obrazy rozpakowały walizki, rozwiesiły w szafach ubrania i na dobre rozgościły się w jego głowie.

*

Jego pałac wzniesiony z czystej myśli nie miał ogrzewania. Dziwne, że wcześniej tego nie zauważył.

*

[…]  przyszedł mi do głowy pewien obraz. Wyobraź sobie starożytne miasto, wokół którego zbudowano wysoki mur chroniący je przed burzliwym nur­tem płynącej nieopodal rzeki. Minęły całe wieki, rzeka już dawno wyschła, a mimo to miasto nadal inwestuje znaczne środki w konserwację muru.

*

Popularność nie definiuje ani prawdy, ani dobra, wręcz prze­ciw­nie, obniża poziom i upraszcza. Dużo lepiej jest szukać w sobie włas­nych celów i wartości.

*

[…]  ćwiczenie pod nazwą „Kim jestem?”. Uczestnicy udzie­lają na to pytanie siedmiu odpowiedzi, zapisują je na oddzielnych kartkach i układają według ważności. Następnie odrzucają po jednej kartce, zaczynając od najmniej ważnej, zastanawiając się za każdym razem, jak by to było przestać się identyfikować z daną odpo­wie­dzią, aż wreszcie dochodzą do właściwości opisu­ją­cych ich najgłębszą istotę.

*

– Wyobraź sobie, że na skali od jednego do dziesięciu miałbyś określić, do jakiego stopnia się odkryłeś. „Jeden” to punkt, w którym mówi się o sobie rzeczy bezpieczne, takie jak podczas rozmów na przyjęciach, a „dziesięć” oznacza ujawnienie najgorszej, najbardziej skrywanej tajemnicy. Rozumiesz?
     Gill skinął głową.
     – No to wróć do tego, co nam powiedziałeś. Na którym miejscu skali byś się umieścił?
     – Dałbym sobie cztery, może pięć – odparł szybko Gill, cały czas kiwając głową.
     – A co by się stało, gdybyś miał pójść o dwa punkty dalej?

*

Jung pisał, że uzdrawiać może tylko ten, kto sam doznał zranienia.

*

     – Jeśli uważamy, że coś jest niewybaczalne, to odsuwamy od siebie od­po­wiedzialność. Ale kiedy nie chcemy albo nie umiemy wybaczyć, to od­po­wie­dzialność jest po naszej stronie – wyjaśnił Philip.
     – Chodzi o to, że albo bierzemy odpowiedzialność za to, co robimy, albo obarczamy nią innych, tak? – spytał Tony.
     – Właśnie – przytaknął Philip. – Julius powiedział kiedyś, że terapia za­czyna się wtedy, gdy kończy się obwinianie innych i wyłania się odpowiedzialność.

*

Można też porównać życie z haftem, którego prawą stronę każdy może zobaczyć w pierwszej połowie życia, a lewą – w dru­giej; ta nie jest tak piękna, za to bardziej pouczająca, bo widać splot nici.
// Arthur Schopenhauer (1788–1860)

*

[…]  powstała cała intratna, posługująca się uproszczeniami branża „wy­ba­cza­nia”, która wyolbrzymiła i rozreklamowała ten aspekt terapii jako jej główny nurt i przedstawiła go jako absolutną nowość. Sztuczka się udała, a nowa dziedzina zyskała szacunek, łącząc się niezauważalnie z kli­ma­tem wybaczania w sferze społecznej i politycznej, zwłaszcza w od­nie­sie­niu do takich zbrodni jak ludobójstwo, niewolnictwo czy wyzysk kolonialny. Na­wet papież prosił niedawno o wybaczenie za grabież Konstantynopola przez trzynastowiecznych krzyżowców.

*

     SPONSOR: Co z twoimi priorytetami? Daruj sobie to przyjęcie, idź na spotkanie AA.
     GILL: Ale degustacja win to pretekst, żeby spotkać znajomych i przyjaciół.
     SPONSOR: Naprawdę? To zaproponuj im coś innego.
     GILL: Nie da rady. Nie zgodzą się.
     SPONSOR: W takim razie znajdź sobie innych przyjaciół.
     GILL: Rose nie będzie zadowolona.
     SPONSOR: I co z tego?

*

Żyj dobrze, powtarzał sobie, a dobro będzie od ciebie płynąć, nawet jeśli nigdy się o tym nie dowiesz.

*

Philip zamilkł na chwilę, żeby wsłuchać się w arię, nucąc pod nosem.
     – Una voce poco fa  to jedna z moich ulubionych – wyjaśnił, gdy wznowili rozmowę.

Gioacchino Rossini, Una voce poco fa, [z:] Cyrulik sewilski,
Joyce DiDonato (mezzosopran) z kontuzjowanym kopytkiem,
w kolorach scenerii rodem z obrazów Hoppera.

vincerò! vincerai! vinceremo!

*

Bliżej mi do uczuć, co może być oznaką rozwoju.

*

Każdy z nas żyje z wyrokiem śmierci. […]  ale to zupełnie co innego, kiedy ma się ten wyrok potwierdzony, podstemplowany, z niemal wyznaczoną datą.

*

[…]  esencja jednostki jest niezniszczalna.

*

Uporczywe myśli stają się często najbardziej zauważalne wtedy, gdy znikają.

*

[…]  miał swój sposób na uśmierzanie przerażenia: było nim pełne uczestniczenie w życiu.

Irvin Yalom, Kuracja według Schopenhauera,
przeł. Elżbieta Smoleńska, Czarna Owca, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Jak większość ludzi z poważnymi chorobami, nie znoszę, jak się chodzi koło mnie na paluszkach. To mnie izoluje i wpędza w jeszcze większy lęk.

*

Miałem do czynienia z wieloma śmiertelnie chorymi pa­cjentami, którzy mówili mi, że w ich chorobie naj­gor­sza jest izolacja. Odcinanie się ma dwa aspekty. Po pierw­sze, chora osoba unika ludzi, bo nie chce wciągać ich w swój smutek. […]  A po drugie, wiele osób unika cho­re­go, bo nie wie, jak z nim rozmawiać, albo nie chce się sty­kać z jego śmiercią.

*

Spokojnie, nie muszę nic robić. Niech sobie płynie albo idzie na dno.

*

– Podczas mojej terapii powiedziałeś kiedyś, że życie to „przejściowa dolegliwość mająca trwałe rozwiązanie”. Czysty Schopenhauer.
     – Przecież to miał być żart.
     – Obaj wiemy, co twój guru Zygmunt Freud miał do powiedzenia na temat żartów.

(tamże)

piątek, lutego 03, 2023

4914. 34/365

bosa trębaczka, którą mi pokazałeś. nie przestaje
dziś w ulu dla Ciebie, w ostatnim dniu Twojego bardo,
grać. niech, Biały Kruku, niech!

34/365

Astor Piazzolla, María de Buenos Aires (fragment),
Lucienne Renaudin Vary (trąbka), Pablo Ferrandez (wiolonczela),
Jérôme Ducros (orkiestrator); całość utworu w wykonaniu
Orkiestry Symfonicznej Monte Carlo, Sascha Goetzel (dyrygent).

Astor Piazzolla, Oblivion, Lucienne Renaudin Vary (trąbka),
Krystian Zimmerman (aranżacja na trąbkę i orkiestrę),
Orkiestra Symfoniczna Monte Carlo, Sascha Goetzel (dyrygent).
[suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List

*  *  *

[suplement 4.02.2023:
 Znalazłam (!) w końcu tę książkę, dlaczego stała na tej,
 a nie innej półce? Pojęcia nie mam.]

To właśnie jest rozwidlenie dróg w bar-do, gdzie każda dusza zaczyna wędrować w swoim własnym kierunku […]. A zatem, choć z całkowitą pewnością mogę powiedzieć, co cze­ka cię mniej więcej do tego miejsca, spekulacja na temat dal­sze­go kierunku twojej wędrówki mijałaby się z celem.

Anton Grosz, Listy do umierającego przyjaciela.
Co nas czeka po śmierci. Opracowanie na podstawie
Tybetańskiej Księgi Umarłych
, przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Ravi, Łódź 1996.
(wyróżnienie własne)

czwartek, stycznia 12, 2023

4891. 12/365

     — proszę, zabierz mnie w miejsce tę­tnią­ce życiem, gdzie nie trzeba mierzyć się z kon­sek­wen­cja­mi śmierci.

zabrał. urok przedwczorajszej chwili, za­trzy­ma­nej w pikselach, od­cedziłam dziś.

12/365

*

Roberta Flack, Fine, Fine Day.

it's a fine, fine day
when a love like yours comes my way
it's a fine, fine day
living here with you
me and you

sobota, sierpnia 21, 2021

4345. Panna cotta (XI)

Klucz jest prosty: czasem tylko jedno słowo, czasem słowa, fraza albo dwie — usły­szę, oddzielę od potoku innych słów, znam albo nie znam, ale umiem zapisać i… zachwyt gotowy! I do szczęścia niewiele więcej mi potrzeba.

A tu, jakby było mało słów i fraz, trafiła się jeszcze aliteracja. Łomolę!

Giordana Angi, Amami adesso.

amami, amami, amami adesso
vieni, vieni, vieni vicino

piątek, lipca 30, 2021

4328. Chronos (I)

Środowy upał nie dał nam rady. Może byliśmy troszkę ledwo żywi — dwójka z nas nie stanowiła najlepszej ilustracji do reklamy uporczywej rehabilitacji — ale z pewnością wszyscy mieliśmy dobre nastroje i wspa­nia­ły, wspólny czas.


Michel & Sadownik:
(jagnięciną się raczą i proponują
Drzewku, by spróbowało
)

Jabłoń:
Nie jadam dzieci.

Sadownik:
A myślisz, że bakłażana nie boli?

*

Dalida, Ne joue pas.

niedziela, lutego 07, 2021

4130. 38/365

wejść. w ciemność, w bezruch, w niemoc, w milczenie. mam dość odwagi, by wejść w to, co jest, i wrócić ze skarbem.

38/365

Danit, Rey&Kjavik, Cuatro Vientos.

[suplement pikselowy: 2.09.2021]

sobota, listopada 21, 2020

4033. 326/366

     — usłysz swoje ciało. uznaj jego potrzeby.
     — na to nigdy nie jest za późno — dodał rezolutnie bury listopadowy poranek.

326/366

Margaret, Gaja Hornby.

dziś wiem, kogo mam słuchać — siebie
bo wiem, że o innych nic nie wiem

[…]
to nie pora, by w siebie wątpić
to moja plansza i pionki

wiem sama, czego chcę i nic nie muszę

czwartek, października 29, 2020

4005. 303/366

milość — gdy w nią zwątpisz, urządzi ci piekło na ziemi.

na dnie awantur — szczególnie tych najbardziej bez sensu, co ci kompletnie do niczego niepotrzebne — jest tylko miłość. takie ma ona poczucie humoru.

303/366

Bovska, Między nami.

sobota, września 05, 2020

3939. 249/366  // 29. dzień wilegiatury

z nieszczęścia szczęście,
          z niemocy moc.

wywieść, wywlec, dowieść,
          dotknąć, poczuć.

kto ci zabroni?

249/366

Amy Macdonald, This Is the Life.

[suplement pikselowy: 9.09.2021]