Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą _RUCHOME one/playlist. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą _RUCHOME one/playlist. Pokaż wszystkie posty
mój ukochany chłopak ruszył dziś w pierwszą z dwóch podróży, które najczęściej chce się odwlec na jak najpóźniej. jeszcze wczoraj tylko wiedział, że są zegary, dziś usłyszał tykanie jednego z nich — niech tyka jak najdłużej.
odbyłam już te podróże, ale moje doświadczenie nie ma żadnego znaczenia — wiem, że mogę tylko być w razie czego na wyciągnięcie ręki.
l’imu. do dziś tylko czytałam wiele, wiele razy o smaku tego trunku. ustaliliśmy* z Coni The Wind, że nie mogę odejść, nim nie
wypijemy razem zawartości tej butelki.
72/365
__________
* chwilę wcześniej dzwoniłam do Sadownika, by dowiedzieć się, w której szafce stoją moje ulubione małoduńskie kieliszki.
Wyczekana. Ukazała się w tym samym dniu co księga, więc na początku była tylko podczytywana.
W części dotyczącej doświadczeń, które przerabiałam na własnej skórze przez dziesięciolecia — należąc w pewnym sensie do awangardy zjawiska, będąc pełnowymiarową awangardą w rodzinach, do których należę — nie ma nic nowego, czasem tylko innymi, bardziej dosadnymi słowami wypowiedziane kwestie. Ale wątek o szklance wody zacytowałam poniżej, ponieważ przeskoczył z dużym marginesem moją ulubioną wersję o tej samej pani w depeesie, co i dzieciatym, i bezdzietnym wodę podaje.
Mam w tym dziale kilka ulubionych wpisów, ale gdybym miała wybrać jeden — najcenniejszy, najbardziej w punkt, najgłębszy w kresce osobiście maźniętej, bez szans na przeterminowanie — wybrałabym ten.
Liczba wyimków skromna, bo nie warto powtarzać tego, co tu latami od czasu do czasu odbijało się czkawką. Wzięłam, by mieć tu po ręką to, o czym w tym temacie nie wiedziałam, nie umiałam tak pięknie napisać lub nad czym nigdy się nie zastanawiałam. Najpiękniejsze umieściłam na samym końcu, na deser. Zostawiam tu, zastanawiając się, w której bogini szeregach się urodziłam.
Zmian w myśleniu i stylu życia nie da się jednak zatrzymać – czas dojrzał jak późnojesienne jabłko.
🖇
Rodzina nuklearna jednak nie od dziś jest jedną z bardziej egoistycznych form społecznego istnienia. „Wszystko dla dzieci”, „rodzina jest najważniejsza” – to hasła, które mogą usprawiedliwić wszystko. Nawet korupcję, podłość i całkowite nieliczenie się z resztą świata.
🖇
[…] bycie rodzicem małych dzieci jest tak pochłaniające, że staje się wyraźną częścią tożsamości – podobnie jak częścią tożsamości staje się bezdzietność, między innymi ze względu na to, że zbyt często się ją kontestuje.
🖇
Mona Chollet w książce o czarownicach zauważa, że słowa: „Pewnego pięknego dnia jeszcze pożałujesz!”, to groźba regularnie kierowana wobec kobiet bezdzietnych z wyboru. Według niej jest to zresztą groźba bardzo osobliwa. „Czy można zmusić się do zrobienia czegoś, na co nie ma się najmniejszej ochoty, tylko po to, by zapobiec hipotetycznemu żalowi rzutowanemu w daleką przyszłość?” – pyta retorycznie.
🖇
Kiedy słyszę: „A kto ci na starość szklankę wody poda?”, to mam ochotę rozjechać czołgiem tę jebaną szklankę. Myślę, że należy przywyknąć do wina, żeby tą wodą się nie przejmować.
Dzieci to nie jest żadna gwarancja na starość.
🖇
W pewnym sensie trzeba wszystko wymyślić i przemyśleć na nowo. Kobiecość też. Czy raczej kobiecości, bo jest ich wiele.
🖇
Zdekonstruowanie kategorii kobiecości pozwala jej zaistnieć w zupełnie nowy sposób. Staje się kategorią otwartą, różnorodną, wielopostaciową. Jest czymś w rodzaju amorficznej wspólnoty, kościoła tych, którzy wypadli poza obręb uprzywilejowanej męskości. Olga Tokarczuk
🖇
Naprawdę jest coś bezmyślnego i pozbawionego empatii w naciskaniu na to, by ludzie realizowali czyjeś gotowe życiowe schematy.
🖇
[…]oparcie na byciu matką jedynej słusznej kobiecej tożsamości wyklucza z grona kobiet nie tylko te świadomie niedzietne, ale także te, które już dzieci odchowały, a wraz z nimi oczywiście również te, które dzieci mieć nie mogą, te których nie stać na in vitro, te, które dzieci chciały, ale nie zdążyły, i wiele innych.
🖇
[…]
problematyczne staje się poszukiwanie nowych, nawet odkrywczych odpowiedzi na to, jakąż to istotą jest kobieta. Dlaczego? Bo wiemy, że kobiecość ma wiele form i że kobietą może być też osoba żyjąca w ciele o przypisanej przy urodzeniu płci męskiej. I że owo męskie ciało wcale nie zawsze musi zostać poddane operacjom i kuracjom hormonalnym, aby żyć pełnią kobiecości.
🖇
Prawd jest wiele i nie zawsze do siebie wzajemnie pasują. A jednak współistnieją, taki to już świat.
🖇
Udało się to, co się udało. Inne rzeczy nie – i nie jest to tragedia. Zmiany są częścią życia. Zmiany mogą rodzić zachwyt.
Katarzyna Tubylewicz, Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.
(wyróżnienie własne)
Wśród kobiecych archetypów rodem z mitologii greckiej niematek jest więcej niż matek. Czyżby starożytni znali więcej równorzędnych wzorów kobiecości od świata współczesnego? Wysportowana, gibka Artemida – wolna samotniczka, bogini łowów i księżyca, opiekunka zwierząt i istot nowo narodzonych. Błyskotliwa i pełna spokoju Atena – bogini mądrości i rękodzieła, patronka herosów – czy nawet opiekująca się domowymi ogniskami tajemnicza Hestia, która jednak sama niczyją matką nie jest. Wszystkie one są bezdzietne, a zarazem niezwykle płodne w innych wymiarach, pochłonięte swoim przeznaczeniem, kreujące światy. Oczywiście są też w mitologii boskie matki […]. Kluczowe jest jednak to, że kwestia kobiecości bogiń związana jest z pozostawaniem w zgodzie z wewnętrzną prawdą i talentami, a nie z podporządkowaniem się naturze pojmowanej jako animalistyczna zdolność kobiecego ciała do rodzenia.
🖇
Kiedy staramy się zrozumieć i zobaczyć to, co jest, łapiemy dystans, nastrajamy się filozoficznie i przestajemy tak histerycznie bać się o przyszłość, która wymyka się wszelkiej kontroli i która nigdy nie jest taka, jak ktoś sobie wyobrażał. Jakaś będzie na pewno.
🖇
Brak dzieci w moim życiu to decyzja równie egoistyczna, jak decyzje innych osób o potomstwie.
Pan Ciasteczko:
(pod koniec sierpnia męskie zawodowe pitu-pitu z klientem
o tym, kto przed, kto po urlopie; że przed, że jak zwykle, dopiero we wrześniu)
Klient: Ale urlop czy wypoczynek?
Pan Ciasteczko:
(zaciekawiony) A jaka jest różnica?
Klient: Na urlop jedzie się z rodziną,
a na wypoczynek samemu.
Jabłoń:
(kupiła to rozróżnienie na pniu, gdy tylko Pan Ciasteczko się nim z nią podzielił)
*
Sadownik & Jabłoń: (przed wyjazdem, rechocząc, ustalili, że
Jabłoń jedzie na wypoczynek, a Sadownik na urlop, choć w tę samą walizkę się pakują, bo Drzewko potrzebuje fizycznej pomocy każdego dnia nie raz)
Jabłoń:
(wczoraj, gdy wracali z corocznej uczty) Chyba wypoczęłam, zaczynam tęsknić za rehabką…
🍆
Sadownik: A ja zaczynam cieszyć się na swój wypoczynek…
Jabłoń
(szczęśliwa, że wytchnieniówka Sadownika jest możliwa i zbliża się wielkimi krokami)
chroń mnie boże przed chęcią posiadania racji.
więzi i krępuje energię, koncentruje ją w martwym już punkcie czasoprzestrzeni, usiłując wstrzymać bieg rzeczy.
racja jest dobra dla młodych dorosłych i dla osób folgujących sobie bez umiaru i opanowania.
93/365
Katie Melua, Wonderful Life (cover).
there’s magic everywhere […]
no need to run and hide
it’s a wonderful, wonderful life
odeszła. od dziś, Biały Kruku, oboje wiecie coś, czego po tej stronie dokładnie nie wie nikt. łomolę więc — tak dobrze pamiętam, gdzie przez dziesięciolecia stał ten winyl.
there’s a river somewhere
flows through the lives of everyone […]
there’s a star in the sky
brightens the lives of everyone […]
there’s a short song of love
sings through the lives of everyone
__________
* gada lematami… zderzyły się w głowie kulki, gada… w samoobronie, gdy czuje, że ją znikają. aktualizacja zakończona: już wie, że nie mogą jej zniknąć; znika ją tylko przeszłość, jeśli jej na to pozwoli.
W dniu oznaczonym w kalendarzu kolorem czerwonym niczym każda niedziela w roku odliczanie literek, dwa. Po poruszającej książce Máraia musiałam sięgnąć po „parytet”. Nie musiałam długo przyglądać się weteranom czekania na wirtualnym stosiku książek, które chciałabym przeczytać. Wstyd przyznać, ale ta czekała na mnie od dnia publikacji.
Może mogłam się domyślić po okładce, że wojna będzie jednym z wątków, ale tego nie zrobiłam, bo w przypadku tej Autorki „bierę” wszystko. To książka o odcieniach szarości bieli; o tym, że prawie nic nie jest tym, na co wygląda i że jesteśmy kowalem swojego losu tyko w zakresie reakcji, na to, co przynosi los. Jeśli w kwestii kowala ktoś uważa inaczej, to albo jest zdrowym, białym, nie najgorzej sytuowanym dwudziestoparolatkiem, albo głosuje na Konfederację. Pierwsze minie, drugie nie musi, choć w przypadku właściwie przebiegającego procesu indywiduacji też minie.
A gdy skończyłam, szukając okładki, dowiedziałam się, że już za dziewięć dni będę mogła wbić zęby w najnowszą książkę Autorki. Już nie mogę się doczekać. Nie będzie musiała zadomawiać się w książkowej poczekalni, obiecałam jej i sobie.
Dom bez książek – zauważyłam.
🖇
I choć nie była to długa lektura, potrzebowała „tygodni”, by ją dokończyć.
Nie potrafiłam wyobrazić sobie tak wolnego czytania. Najwyraźniej tak to wygląda u ludzi, którzy nie czytają, nie mają takiego nawyku. Niczego nie bierz za pewnik: niedawno poznałam studenta nauk politycznych, który wyznał mi, że nigdy nie czytał powieści. Kłopotał go sam gatunek. „Bo co to właściwie jest? Co się robi – bierze wydarzenia z prawdziwego życia? Zmyśla?”.
🖇
Historie – wspaniałe historie – przydarzają się wszystkim. A czasami człowiek ma wspaniałą historię, którą bardzo chciałby opowiedzieć, ale nie potrafi. I co wtedy?
🖇
Dlaczego trafiła do Wietnamu? Newark, szkoła pielęgniarska, wszędzie rekruterzy rzucający zanętę: „Wstąp do korpusu pielęgniarskiego armii amerykańskiej, a my pokryjemy czesne. I nie martw się, nie wylądujesz na wojnie”.
– Jak mogli cię tak okłamać! Dlaczego uchodziło im to na sucho? Musiałaś być zła! […] Wzięła porządny łyk piwa. – Wyluzuj, mała, nie zrozumiałaś. Kłamali, tak już jest, ale to na mnie nie miało wpływu. Ja się zgłosiłam.
🖇
Cierpienie porzucenia, bycia niekochanym – emanowało z nich jak zapach zmieszany z innymi wojennymi zapachami: potu, wyczerpania, błota, strachu. Nigdy nie mówili tego wprost, oczywiście, tak jak nigdy nie mówili, że „zginął” czy „umarł”, ale „zszedł”, „załatwili go”, „kropnęli”, „przywieźli w worku”. Ale ono zawsze było, to drugie wielkie, dręczące pytanie. „Jeśli ktoś mnie kocha, dlaczego tu jestem?”.
🖇
– Nie mówię, że było łatwo, ale nigdy nie wiesz, co jesteś w stanie zrobić, dopóki nie musisz tego zrobić.
🖇
„To przez Wietnam” – to sformułowanie wyjątkowo drażniło Rouennę.
– Faceci używali wojny jako wymówki dla absolutnie każdej rzeczy, którą później spieprzyli.
🖇
Ująć to inaczej? Uważała, że „większość ludzi pieprzy od rzeczy”.
🖇
[…]
wierzyła w jedno: powszechny obowiązek wojskowy, i to dla obu płci. – Musisz zrozumieć: dzieciaki umierały tam, bo brakowało pielęgniarek. A jeśli możesz zwerbować ludzi i wyszkolić ich do walki, możesz też ich zwerbować i wyszkolić do innych rzeczy potrzebnych na wojnie, na przykład do pielęgniarstwa.
🖇
Niektórzy uważali, że to, co zrobiłam, jest dziwne, ale nie dam sobie wmówić, że niewłaściwe.
🖇
Ludzie często myśleli, że Agent Orange nazywał się tak, ponieważ liście zmieniały kolor, ale tak naprawdę chodziło o oznaczone pomarańczowym paskiem beczki, w których przywożono herbicyd. Kiedy wspomniała, że były również inne substancje, Agent Purple, Agent Blue, Green i Pink, i White, myślałam, że żartuje, ale pokręciła głową.
– Nie wkręcam cię. Mieliśmy tam całą cholerną tęczę środków chwastobójczych.
🖇
[…]
przez całą drogę powrotną jestem niespokojna. Wiem, że zostawiłam niedokończoną sprawę, i przypomina mi się jeden z tych snów, w których wyruszasz na jakąś misję, po niezliczonych trudach i przeszkodach masz już wykonać zadanie, ale w końcu się budzisz. A oddałbyś wszystko, żeby móc wrócić… Pewnie jest jakaś nazwa na to uczucie, lecz jej nie kojarzę.
🖇
Nigdy nie opowiedziałem Ci całej swojej historii od początku do końca, dlatego też większa część tego, kim jestem i czym jestem, pozostaje dla Ciebie tylko wielkim znakiem zapytania.
🖇
Mój kot spacerował po zagraconych pokojach z szeroko otwartymi, niedowierzającymi oczami. Na początku dużo miauczał, jakby mnie błagał… Później zamilkł i spoważniał, kiedy (przypuszczam) dotarła do niego prawda: porządek, do którego się przyzwyczaił, którego potrzebował i który lubił, nie poszedł za nami, ale należał do tamtego drugiego życia, tego, które na zawsze za sobą zostawiliśmy.
Sigrid Nunez, Dla Rouenny, przeł. Dobromiła Jankowska,
Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)
Jestem tu bardziej samotna niż kiedykolwiek. Czasami czuję się z tym dobrze i klepię się po plecach: jestem niezależna, wykazuję postawę stoicką, mam niewiele potrzeb. Myślę o słowach Pascala, że całe nasze nieszczęście bierze się z nieumiejętności bycia samemu w pokoju, i nawet odczuwam dumę. A czasami czuję się beznadziejnie, gorzej niż niekochana, czuję się tak, jak musi czuć się zwierzę, które odczołgało się gdzieś, by umrzeć.
🖇
[…]
w końcu przyznałam sama przed sobą, że […] łzy, które wypływały z oczu i wpadały do uszu – sąsiadka na dole wstała i włączyła Robertę Flack (Killing Me Softly) – oznaczały cierpienie, którego, wiedziałam, wkrótce doświadczę.
[…]
Za każdym razem trochę umieramy.
w sobotę była na koncercie. w niedzielę zdziwiła się, że nigdy nie słyszałam o tej artystce, a ja nie miałam pojęcia, że ktoś tak wszechstronnie przepiękny istnieje. pokazała mi ten utwór, to wykonanie i łomolę trzeci dzień w zachwycie tym utworem w tym wykonaniu i dzięki nie tylko dęciakom odbijam się od dna.
316–318/365
Kovacs & Metropole Orkest, The Devil You Know, Arlia de Ruiter (I skrzypce), Jules Buckley (dyrygent).
Niedzielne odliczanie literek, dwa. Początek był, jak zwykle, niewinny — moją uwagę przykuła tęczowa okładka. Reszta wydarzyła się w mgnieniu oka.
To druga z dwóch książek, po którą nigdy bym nie sięgnęła. Tu złamałam zasadę niesięgania po książki wydane w języku polskim z niepolskim tytułem. Nabyłam tę powieść w podskokach, ponieważ nie codziennie bohaterzy czytanych przeze mnie książek mają ponad siedemdziesiąt lat i dużą zmianę przed sobą.
Dawno tak dobrze nie było mi z powieścią. Dobrzessimo! A klucz, według którego wybrałam fragmenty? Wyłącznie gęstessimo! Plus te akapity, po których przeczytaniu w środku nocy było słychać mój śmiech na końcu bloku — muszę je tu mieć pod ręką.
– Barry, jesteśmy już w średnim wieku – oznajmił Morris, który leżał w moich ramionach i palił marlboro lighta.
– We wczesnym średnim wieku – odparłem.
– Próbuję coś zasugerować – ciągnął Morris, nagle zastygły w nienaturalnym bezruchu. – Może byśmy tak przeżyli kryzys wieku średniego wspólnie i zamieszkali razem? […]
– Dzieci masz dorosłe. Nic cię nie trzyma. Czy nie?
– I zamieszkać z tobą?
– Słuch masz świetny, Barry.
– Że teraz?
– Nie że w ciągu najbliższych pięciu minut, ale może pięciu miesięcy.
Leżeliśmy dalej.
Wziąłem głęboki wdech, potem przepchnąłem dym przez nozdrza.
Wyjrzałem przez otwarte okno. Jesienne drzewa otrząsały się z liści.
– Morris – zacząłem powoli. – Nie wiem, czy byłbym w stanie rzucić się z tobą w otchłań towarzyskiego wykluczenia.
*
Z każdej strony hiszpańska inkwizycja. Dlaczego kobiety zawsze muszą grzebać innym w uczuciach?
– Maxine, zajmij się sprzątaniem i zostaw ojca w spokoju.
*
– Mówię śmiertelnie poważnie, tato. Powiedz, co się dzieje.
Presja staje się już nie do zniesienia, więc mówię. […]
Maxine milczy jak nigdy. Kiedy wreszcie przemawia, starannie dobiera słowa.
– Tatku, naprawdę sądzisz, że nie miałam pojęcia o tobie i wujku Morrisie? – Bierze moją dłoń w obie ręce. Jej cieniutkie palce są miękkie i jedwabiście gładkie, lekkie i ciepłe. – Mój radar nic nie przepuści, a ty jesteś tak przegięty, że tylko ślepy by się nie zorientował. Patrzyłeś kiedyś w lustro?
Rany boskie, ta dziewczyna to naprawdę czarny koń.
– Pierwszych podejrzeń nabrałam jeszcze w liceum. A jak na studiach zaczęłam chodzić do barów dla gejów, to nie miałam już żadnych wątpliwości, że jesteście z wujkiem parą, no ale nigdy nie czułam, że mogłabym z tobą poruszyć ten temat. No bo jesteś moim tatą.
– A co z Donną?
– Tatku, patrz mi na usta: nie mówimy Donnie, okej?
– Maxine, ja cię miałem zszokować, ale to tyś mnie zszokowała więcej.
– Obawiam się, że już dawno się odkleiłeś od rzeczywistości.
*
– Barry – odzywa się wreszcie, niepotrzebnie zwracając się do mnie po imieniu. […]
– Dam ci jedną radę. Następnym razem, jak poczujesz, że już nad sobą nie panujesz, to pomyśl, co by zrobił Dalajlama, i spróbuj tak samo, zgoda, kierowniku?
*
Wtedy do mnie dociera. Po raz pierwszy w życiu nie mam cienia wątpliwości, że każdy, ale to każdy w zasięgu wzroku wie, że Morris i ja jesteśmy „panami wątpliwej moralności”. Tutaj nie ma miejsca na udawanki. Ludzie kochani, nie wiem, gdzie oczy podziać, bo niektórzy przechodnie nawiązują ze mną tak przeciągły kontakt wzrokowy, że powinni złożyć podanie o przydzielenie miejsca parkingowego dla mieszkańców. Ani przez chwilę nikt tu nie myśli, że jesteśmy dwoma wyeleganconymi mężami, ojcami i dziadkami, którzy przechodzą przez West End w drodze do domu z wesela, pogrzebu czy nabożeństwa w kościele zielonoświątkowców. […]
Jakbym miał więcej odwagi, to potrzymałbym Morrisa za rękę, na choćby jedną sekundę. Całe życie patrzyłem, jak pary idą pod rękę, całują się na ulicy, w autobusie, w pubie. Patrzyłem, jak sobie spacerują jedno przy drugim, jak sobie mierzwią włosy, siadają na kolanach, tańczą blisko, romantycznie, jazzowo i funkowo, raz lepiej, raz gorzej, bardziej i mniej przyzwoicie.
I nigdy, ani jeden raz nie poczułem, że mógłbym chociaż dotknąć dłoni mężczyzny, którego kocham.
Patrzymy po sobie z Morrisem z ukosa, coś w nas drga.
On łapie mnie za rękę i ściska przez kilka sekund. To nasz pierwszy fizyczny wyraz miłości w miejscu publicznym od sześćdziesięciu lat.
*
Może i wie, co to są imponderabilia, ale dopiero z wiekiem zrozumie, jaki mają wpływ na życie.
*
– Lolu, weź mi, proszę, czystą, zdrową, bezcukrową coca-colę bez chemikaliów i… a, czekaj, zanim zapomnę, co to znaczy elgiebete?
*
O, tak, proszpaństwa. Tak, Morrisie. Tak, Lolu i reszto młodych atencjuszy, czuję, że wychodzę z szafy, i nie ma w tym nic tak zwanego.
*
– A co ja niby jestem, ksiądz katolicki, że mi się będziesz spowiadać? Jak teraz zaczniesz, to będę musiał odwdzięczyć się tym samym, a wcale nie jestem taki pewien, czy zdołałbyś to przełknąć. Chcesz wiedzieć, za czym nas ta rozmowa zabierze, mój drogi? Za niczym, ot co. Słuchaj mnie, Barry, uważnie. Znam cię od czterdziestego siódmego, jak z nas były dwa szczawiki w piaskownicy. Sześćdziesiąt cztery lata cię znam, słyszysz ty? Nareszcie mamy jakąś wspólną przyszłość, więc może nie rozgrzebujmy już dawnych grzechów, co? Usiądź sobie wygodnie, posłuchaj jedynej w swoim rodzaju pani Shirley Bassey i ciesz się, chłopie, chwilą, ciesz się chwilą.
Shirley Bassey, You Ain’t Heard Nothing Yet.
*
Jak nam się zachce, to możemy jechać aż do Manchesteru, Yorku, co tam, do Glasgow nawet. Czemu nie? Nikt nas już nie zatrzyma. Nikogo nie trzeba prosić o pozwolenie. Jedyną osobą, przed którą się muszę tłumaczyć, jest Morris, i ja to chętnie. Jak się zrobi późno, to zawsze możemy się zatrzymać na noc w jakimś przyjemnym hotelu, zamówić kolację do pokoju, pooglądać płatną telewizję…
*
Najbardziej się zasługuje na pogardę,
gdy pogardza się cudzym cierpieniem. James Baldwin (1924–1987)
*
[…]
celem dobrego tłumaczenia nie jest urzeczywistnić niemożliwy postulat lustrzanego przepisania języka na język, lecz sprawić, byśmy podczas lektury poczuli to samo, co czytelnik bądź czytelniczka oryginału.
[…].
Przekład nie funkcjonuje jednak w próżni. Za każdą decyzją translatorską kryje się logika i porządek intencji […]. // Od tłumaczki
*
Córka odczytuje listę na głos z taką powagą, jakby recytowała mantrę.
– Mój mąż będzie z Karaibów albo karaibskiego pochodzenia.
– Mój mąż będzie odnoszącym sukcesy i wypłacalnym profesjonalistą w swojej dziedzinie.
– Mój mąż będzie miał od trzydziestu pięciu do czterdziestu dziewięciu lat.
– Mój mąż nie będzie miał dzieci z poprzednich związków.
– Mój mąż będzie bardzo inteligentny i wykształcony przynajmniej do poziomu licencjata.
– Mój mąż będzie wyższy ode mnie, najlepiej od metra osiemdziesiąt w górę, umięśnionej budowy i bez brzucha.
– Mój mąż będzie przystojny, ale nie na tyle, żeby inne kobiety się za nim uganiały.
– Mój mąż nie będzie miał owłosionej piersi, pleców, rąk, nosa ani uszu, nie będzie też miał wrastających włosów, które musiałabym mu wyciągać pęsetą.
– Mój mąż będzie miał… (wiesz co, tato, ten podpunkt możemy pominąć).
– Mój mąż będzie uwielbiał dla mnie gotować, nie tak jak Frankie, który w życiu nawet jajka nie ugotował.
– Mój mąż nigdy mnie nie okłamie, nie zdradzi i nie będzie się ślinił do innych kobiet.
– Mój mąż będzie kochany i serdeczny, ale przy tym bardzo męski.
– Mój mąż będzie doskonałym słuchaczem.
– Mój mąż będzie mnie akceptował absolutnie taką, jaka jestem, bez żadnej krytyki.
– Mój mąż nie będzie chrapał.
– Mój mąż będzie chciał trzymać mnie za rękę publicznie.
– Mój mąż będzie się mną zachwycał, nawet kiedy stanę się stara i pomarszczona.
– Mój mąż będzie kochał Daniela [syn Donny].
– A Daniel będzie go uwielbiał.
– No i tyle – stwierdza, ponurym gestem odkładając drogocenny dokument na stół.
– Donno – zaczynam delikatnie, z całych sił starając się mówić tak, by w moim głosie nie pobrzmiewała choćby najsłabsza nuta krytyki. – Nie myślałaś może, że jesteś odrobinę zbyt wybredna?
Oj, Barrington, to nie był dobry pomysł.
– Zbyt wybredna?! – ryczy córka.
*
Oto cały kłopot z ojcostwem. Ma człowiek ten swój arsenał kanapowej psychogadki i doświadczenizmu, którym pragnąłby się podzielić z dziećmi, ale niechże tylko spróbuje, to się obrażą.
Bernardine Evaristo, Mr. Loverman, przeł.Aga Zano,
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2023.
(wyróżnienie własne)
Nie czytaj teraz, ale daj mi znać, jak się na to zapatrujesz, asapissimo.
Jabłoń:
(w drodze na zabieg „zapodała” nowo tworzoną playlistę marzo’23,
obiecując brak włoskich nut)
Sadownik:
(zadziwiony wyborem, słuchając poniższej piosenki) Czy ty chcesz mi powiedzieć, że zamierzasz uczyć się francuskiego?
Jabłoń:
(zachwycona nie tylko aranżancją, ale przede wszystkim pauzami) Nie, nie! W tym życiu język francuski jest dla mnie tylko instrumentem muzycznym.
Niedzielne odliczanie literek, trzy. Chciałam odpocząć od rzeczywistości. Zaordynowałam sobie leczniczy regres czytelniczy. Ponieważ po kilkunastu latach nie tylko wznowiono opublikowane „w papierzu”, ale również wydano po raz pierwszy w wersji elektronicznej powieści Yaloma, wybór był dość prosty. Z przyjemnością wróciłam do jednej z nich. Nic się nie zmieniło. Choć jestem inną osobą, niż ta, którą byłam naście lat temu, to wciąż uwielbiam sposób, w jaki ów piszący psychoterapeuta konstruuje światy, a w nich nagłe zwroty akcji. Odpoczęłam.
Do swojego pudla imieniem Atman
[Schopenhauer] zwracał się: „Proszę pana”, ale gdy Atman źle się zachowywał, sztorcował go okrzykiem „Ty człowieku!”. […] Nie lubił, gdy zagadywały go kobiety, nie lubił też pytań o partnerki czy małżeństwo – od razu robił się zgryźliwy. Kiedyś musiał znosić towarzystwo bardzo gadatliwej damy, która ze wszystkimi szczegółami opisywała mu swoje nieszczęśliwe małżeństwo. Słuchał jej cierpliwie, ale gdy spytała, czy ją rozumie, odparł: „Nie, ale rozumiem pani męża”.
*
Bo co więcej jest nam dane, poza tym cudownym, błogosławionym okresem istnienia i samoświadomości? Jeśli coś zasługuje na hołd, to tylko to – bezcenny dar zwykłej egzystencji.
*
Próbując za wszelką cenę odzyskać samokontrolę, napominał się w myślach: nie walcz, nie stawiaj oporu, oczyść umysł, nic nie rób, jedynie obserwuj przesuwające się myśli. Pozwól im wpłynąć do świadomości, a potem zniknąć.
Rzeczywiście, myśli się pojawiały, ale nie chciały się oddalić. Zamiast tego rozmaite obrazy rozpakowały walizki, rozwiesiły w szafach ubrania i na dobre rozgościły się w jego głowie.
*
Jego pałac wzniesiony z czystej myśli nie miał ogrzewania. Dziwne, że wcześniej tego nie zauważył.
*
[…]
przyszedł mi do głowy pewien obraz. Wyobraź sobie starożytne miasto, wokół którego zbudowano wysoki mur chroniący je przed burzliwym nurtem płynącej nieopodal rzeki. Minęły całe wieki, rzeka już dawno wyschła, a mimo to miasto nadal inwestuje znaczne środki w konserwację muru.
*
Popularność nie definiuje ani prawdy, ani dobra, wręcz przeciwnie, obniża poziom i upraszcza. Dużo lepiej jest szukać w sobie własnych celów i wartości.
*
[…]
ćwiczenie pod nazwą „Kim jestem?”. Uczestnicy udzielają na to pytanie siedmiu odpowiedzi, zapisują je na oddzielnych kartkach i układają według ważności. Następnie odrzucają po jednej kartce, zaczynając od najmniej ważnej, zastanawiając się za każdym razem, jak by to było przestać się identyfikować z daną odpowiedzią, aż wreszcie dochodzą do właściwości opisujących ich najgłębszą istotę.
*
– Wyobraź sobie, że na skali od jednego do dziesięciu miałbyś określić, do jakiego stopnia się odkryłeś. „Jeden” to punkt, w którym mówi się o sobie rzeczy bezpieczne, takie jak podczas rozmów na przyjęciach, a „dziesięć” oznacza ujawnienie najgorszej, najbardziej skrywanej tajemnicy. Rozumiesz?
Gill skinął głową.
– No to wróć do tego, co nam powiedziałeś. Na którym miejscu skali byś się umieścił?
– Dałbym sobie cztery, może pięć – odparł szybko Gill, cały czas kiwając głową.
– A co by się stało, gdybyś miał pójść o dwa punkty dalej?
*
Jung pisał, że uzdrawiać może tylko ten, kto sam doznał zranienia.
*
– Jeśli uważamy, że coś jest niewybaczalne, to odsuwamy od siebie odpowiedzialność. Ale kiedy nie chcemy albo nie umiemy wybaczyć, to odpowiedzialność jest po naszej stronie – wyjaśnił Philip.
– Chodzi o to, że albo bierzemy odpowiedzialność za to, co robimy, albo obarczamy nią innych, tak? – spytał Tony.
– Właśnie – przytaknął Philip. – Julius powiedział kiedyś, że terapia zaczyna się wtedy, gdy kończy się obwinianie innych i wyłania się odpowiedzialność.
*
Można też porównać życie z haftem, którego prawą stronę każdy może zobaczyć w pierwszej połowie życia, a lewą – w drugiej; ta nie jest tak piękna, za to bardziej pouczająca, bo widać splot nici. // Arthur Schopenhauer (1788–1860)
*
[…]
powstała cała intratna, posługująca się uproszczeniami branża „wybaczania”, która wyolbrzymiła i rozreklamowała ten aspekt terapii jako jej główny nurt i przedstawiła go jako absolutną nowość. Sztuczka się udała, a nowa dziedzina zyskała szacunek, łącząc się niezauważalnie z klimatem wybaczania w sferze społecznej i politycznej, zwłaszcza w odniesieniu do takich zbrodni jak ludobójstwo, niewolnictwo czy wyzysk kolonialny. Nawet papież prosił niedawno o wybaczenie za grabież Konstantynopola przez trzynastowiecznych krzyżowców.
*
SPONSOR: Co z twoimi priorytetami? Daruj sobie to przyjęcie, idź na spotkanie AA.
GILL: Ale degustacja win to pretekst, żeby spotkać znajomych i przyjaciół.
SPONSOR: Naprawdę? To zaproponuj im coś innego.
GILL: Nie da rady. Nie zgodzą się.
SPONSOR: W takim razie znajdź sobie innych przyjaciół.
GILL: Rose nie będzie zadowolona.
SPONSOR: I co z tego?
*
Żyj dobrze, powtarzał sobie, a dobro będzie od ciebie płynąć, nawet jeśli nigdy się o tym nie dowiesz.
*
Philip zamilkł na chwilę, żeby wsłuchać się w arię, nucąc pod nosem.
– Una voce poco fa to jedna z moich ulubionych – wyjaśnił, gdy wznowili rozmowę.
Gioacchino Rossini, Una voce poco fa, [z:] Cyrulik sewilski,
Joyce DiDonato (mezzosopran) z kontuzjowanym kopytkiem, w kolorach scenerii rodem z obrazów Hoppera.
vincerò! vincerai! vinceremo!
*
Bliżej mi do uczuć, co może być oznaką rozwoju.
*
Każdy z nas żyje z wyrokiem śmierci. […] ale to zupełnie co innego, kiedy ma się ten wyrok potwierdzony, podstemplowany, z niemal wyznaczoną datą.
*
[…]
esencja jednostki jest niezniszczalna.
*
Uporczywe myśli stają się często najbardziej zauważalne wtedy, gdy znikają.
*
[…]
miał swój sposób na uśmierzanie przerażenia: było nim pełne uczestniczenie w życiu.
Irvin Yalom,
Kuracja według Schopenhauera,
przeł. Elżbieta Smoleńska, Czarna Owca, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)
Jak większość ludzi z poważnymi chorobami, nie znoszę, jak się chodzi koło mnie na paluszkach. To mnie izoluje i wpędza w jeszcze większy lęk.
*
Miałem do czynienia z wieloma śmiertelnie chorymi pacjentami, którzy mówili mi, że w ich chorobie najgorsza jest izolacja. Odcinanie się ma dwa aspekty. Po pierwsze, chora osoba unika ludzi, bo nie chce wciągać ich w swój smutek.
[…] A po drugie, wiele osób unika chorego, bo nie wie, jak z nim rozmawiać, albo nie chce się stykać z jego śmiercią.
*
Spokojnie, nie muszę nic robić. Niech sobie płynie albo idzie na dno.
*
– Podczas mojej terapii powiedziałeś kiedyś, że życie to „przejściowa dolegliwość mająca trwałe rozwiązanie”. Czysty Schopenhauer.
– Przecież to miał być żart.
– Obaj wiemy, co twój guru Zygmunt Freud miał do powiedzenia na temat żartów.
bosa trębaczka, którą mi pokazałeś. nie przestaje dziś w ulu dla Ciebie, w ostatnim dniu Twojego bardo, grać. niech, Biały Kruku, niech!
34/365
Astor Piazzolla, María de Buenos Aires (fragment),
Lucienne Renaudin Vary (trąbka),
Pablo Ferrandez (wiolonczela),
Jérôme Ducros (orkiestrator); całość utworu w wykonaniu Orkiestry Symfonicznej Monte Carlo, Sascha Goetzel (dyrygent).
Astor Piazzolla, Oblivion,
Lucienne Renaudin Vary (trąbka), Krystian Zimmerman (aranżacja na trąbkę i orkiestrę), Orkiestra Symfoniczna Monte Carlo,
Sascha Goetzel (dyrygent). [suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List ♥
* * *
[suplement 4.02.2023: Znalazłam (!) w końcu tę książkę, dlaczego stała na tej, a nie innej półce? Pojęcia nie mam.]
To właśnie jest rozwidlenie dróg w bar-do, gdzie każda dusza zaczyna wędrować w swoim własnym kierunku […]. A zatem, choć z całkowitą pewnością mogę powiedzieć, co czeka cię mniej więcej do tego miejsca, spekulacja na temat dalszego kierunku twojej wędrówki mijałaby się z celem.
Anton Grosz, Listy do umierającego przyjaciela. Co nas czeka po śmierci. Opracowanie na podstawie Tybetańskiej Księgi Umarłych, przeł. Maciej Świerkocki,
Wydawnictwo Ravi, Łódź 1996. (wyróżnienie własne)
Klucz jest prosty: czasem tylko jedno słowo, czasem słowa, fraza albo dwie — usłyszę, oddzielę od potoku innych słów, znam albo nie znam, ale umiem zapisać i… zachwyt gotowy! I do szczęścia niewiele więcej mi potrzeba.
A tu, jakby było mało słów i fraz, trafiła się jeszcze aliteracja. Łomolę!
Środowy upał nie dał nam rady. Może byliśmy troszkę ledwo żywi — dwójka z nas nie stanowiła najlepszej ilustracji do reklamy uporczywej rehabilitacji — ale z pewnością wszyscy mieliśmy dobre nastroje i wspaniały, wspólny czas.
Michel & Sadownik:
(jagnięciną się raczą i proponują
Drzewku, by spróbowało)
— usłysz swoje ciało. uznaj jego potrzeby.
— na to nigdy nie jest za późno — dodał rezolutnie bury listopadowy poranek.
326/366
Margaret, Gaja Hornby.
dziś wiem, kogo mam słuchać — siebie
bo wiem, że o innych nic nie wiem
[…] to nie pora, by w siebie wątpić
to moja plansza i pionki wiem sama, czego chcę i nic nie muszę