Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnePopapranie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnePopapranie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, października 11, 2020

3980. Kuchenny odprysk

Il Cenerentola:
Wiesz, co jest tajemnicznym składnikiem
mojego pysznego rosołu?

Jabłoń:
(zdążyła tylko podnieść brwi)

Il Cenerentola:
Różowa nitka!

Jabłoń:
(najpierw ryknęła śmiechem, a potem przyznała,
że zastanawiała się w mijającym tygodniu,
co robi w kuchni szpulka nici
)

niedziela, sierpnia 16, 2020

3911. Jadalne piłki golfowe

Wyjęcie książki z książki w moim przypadku to nudna oczywistość, wyjęcie muzyki z książki to dla mnie zmysłowa rozkosz, ale po raz pierwszy z niekulinarnych literek pozyskałam jadalną roślinę wraz z przepisem na jej przyrządzenie.

W naszym kręgu kulturowym nie mówi się kabaczek, mówi się cukinia, hoduje się ją w Małej Danii, pilnuje, by nie urosła zbyt duża i pała­szuje na wiele różnych spo­so­bów, ale o istnieniu okrągłej, jadalnej odmiany dowiedziałam się w połowie stycznia tego roku. Podpuściłam Białego Kruka, trochę pogrzebaliśmy w internetach (nie: rond de Nice, tylko banalnie: okrągła cukinia) i nasiona do Małej Danii szły. Musiał tylko jeszcze minąć odpowiedni czas na poprawę warunków meteo­ro­lo­gicz­nych, na sianie, wzejście, rozwinięcie liści, kwitnięcie i owocowanie.

Istniało ryzyko, że Barnes zmyślił, ale nie. Pierwszą degustację mamy za sobą. Wczoraj na kolację, gdy chłód zwrócił nam chęć do życia, delektowaliśmy się delikatnym, subtelnym smakiem jagód rond de Nice. Pisznnne! To potrawa dla koneserów, dziś wieczorem robimy dogrywkę.

Właśnie niezwykle bujnie i swawolnie dojrzewają kabaczki. Hoduję odmia­nę zwaną rond de Nice. Osobiście wątpię, czy można ją dostać w Anglii, gdzie preferujecie te długie, kutasowate w kształcie odmiany […]. Tym­cza­sem rond de Nice, jak sama nazwa wskazuje, mają kształt kulisty. Zbiera się je, gdy są większe od piłki golfowej, ale mniejsze od piłki do te­ni­sa, po czym gotuje krótko na parze, przecina na pół, polewa kropelką masła, oprósza czarnym pieprzem i zażywa się rozkoszy podniebienia.

Julian Barnes, Pomówmy szczerze, przeł. Katarzyna Kasterka,
Świat Książki, Warszawa 2019.
(wyróżnienie oryginalne)


fot. Autor(ka) nie do ustalenia.
[te są za duże na kulinarną orgię]

poniedziałek, kwietnia 15, 2019

3249. Piszna siurpryza

Plan: prace domowe, ośrodek, przerwa, Osti. I obietnica dana Sadownikowi, że o siebie zadbam.

Przerwa. Myślę. Optymalizuję. W drodze z ośrodka na tramwaj jest kawiarnia stylizowana na sklep rybny z czasów peerelu — przypomniało mi się. Czasu akurat na kawę i cúś. Idę.

Wchodzę i wspomnienie lokalu widzianego z zewnątrz wielokrotnie, rozjeżdża się z zastaną rzeczywistością. W tym lokalu podają ryby na kilkanaście różnych sposobów…

Ograniczona czasem i „osobistą sprawnością” postanawiam, że w rybnej knajpie kawę będę pić i kropka!

Obietnicą przygwożdżona zamówiłam również sałatkę — okazała się rewelacyjna. Wyszłabym stamtąd szczęśliwa, ale.

Stolik obok siada pan. Zamawia. I dostaje w naczyniu, którego kształt i kolor po raz pierwszy w życiu spotkałam w Hiszpanii ponad dwadzieścia lat temu, wdrukowując sobie już na zawsze, że w czymś takim tylko pyszne. Nie zastanawiałam się ani chwili, zamówiłam to samo. Wyszłam stamtąd przeszczęśliwa bez ale.

I muszę tam wrócić z Sadownikiem. Postanowione.

*


(źródło filmiku)

środa, stycznia 04, 2017

2183. W drodze po medal

Jabłoń:
(odrabia w kuchni operację i szykuje łazanki z kapustą)
Jak wytrzymam z gotowaniem trzydzieści dni,
to chyba sobie dam za to medal!

(po chwili)
Od czego zaczęliśmy?
(myśli o daniu, potrawie; temu czemuś, co podaje się na obiad!)

Sadownik:
Od romesco!

Jabłoń:
(ręce jej opadły)

Sadownik & Jabłoń:
(chwilę trwało, zanim ustalili, że zaczęli domową pizzą w Sylwestra)

*

Jabłoń:
(doniosła o swoich medalowych planach)
Wydrukuję sobie medal.

Biały Kruk:
Ale w 3D!

piątek, listopada 11, 2016

2118. Świątecznie

 wpis przeniesiony 25.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pięć dni temu, na niedzielną superwizję przyniósł. Ćwierkał, że o siódmej rano wstał i machnął serniczek. No i przyniósł. No i smacznego.

W poznawczym szoku trwałam. Zamężna seksistka we mnie miała dylemat. Że chłop sam z siebie o siódmej rano machnął serniczek. Nie mieściło się w mojej głowie. A On przyniósł. No i smacznego.

Sernik do mnie nie przemawia, nie gada. Nie jesteśmy z sernikiem po słowie i miłość nas nie łączy. Bez serniczków żyć mogę. A On przyniósł. No i smacznego.

Nie zjadłam ani kawałeczka. Pożarłam trzy kawałki. Serniczek przemówił, gadał i miłością zapałałam. Upewniłam się, że przepis mnie intelektualnie nie pokonana, a kuchnia nie uwięzi na zbyt długo. I podjęłam decyzję, że na przyjazd Bliźniaczej Liczby machnę serniczek. Czyli dziś. No i smacznego.

Bliźniacza Liczba, Gepardzica, Sadownik, Wspólny wieczorny czas, Serniczek, Heniutka i ja. No i smacznego.

(fragm. zdjęcia, źródło i cały przepis)

niedziela, lutego 08, 2015

(1246+1). Ciąg dalszy nastąpił sam

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wraca mąż po pracy do domu. Bukiet kwiatów ciągnie ze sobą. Żonka w kuchni gotuje smaczny obiadek...

Wróć! Nieprawda! Przynajmniej nie dziś. Dziś ma być o tym, co dziś.

Wraca żonka po pracy do domu. Dwa przepyszne serniczki w siateczce ciągnie ze sobą z myślą o kawce w cudnym towarzystwie. Małżoneczek w kuchni pichci najsmaczniejszy obiadek świata...

Giender i przewrót moralny. Innymi słowy, wszystko co chcesz, byle najgorsze. Tak właśnie było.

W myśl systematyki kulinarnej, przepis na boski obiadek, co go Sadownik pichci, powinien znajdować się w rozdziale o potrawach generujących żoninine poczucie winy. Figa! Terapia działa. Nikt, naprawdę nikt na świecie nie umie ugotować takiego żurku jak Sadownik. Żaden sąd ostateczny nie zmusi mnie do zmiany zdania.

Wraca mąż po pracy do domu. Bukiet kwiatów ciągnie ze sobą. Żonka w kuchni gotuje smaczny obiadek...

Niedoczekanie moje? Niedoczekanie Jego? Nie, tak też bywa. W Przytulisku brak schematu.

1246. Kulinarny porządek świata

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Otwierasz szanującą się książkę kucharską i proszę, przystawki, zupy, dania główne, surówki i sałatki, desery, sosy — to co będziemy przygotowywać? Otwierasz inną i geograficzno-architektoniczne czary-mary, kuchnia francuska sąsiaduje nie tylko z włoską, ale również z chińską lub tajlandzką. Są książki ideologiczno-polityczne, dania jarskie, wegetariańskie, wegańskie, bezglutenowe. Wczoraj przy przygotowywaniu obiadu, dotarło do mnie, że moja osobista książka kucharska dzieli potrawy inaczej.

Są potrawy z cyklu słomiane wdowieństwo. Znajdziesz tu ziemniaki w mundurkach, jajecznicę, numer telefonu do ulubionej pizzerni oraz kogiel-mogiel. Dania te charakteryzują się tym, że albo Sadownik ich nie znosi, więc nie może go być w domu, gdy są podawane, albo czas przygotowania jest minimalny i można zająć się życiem, po prostu.

Przygotowując potrawę, która jest jednocześnie bardzo niezdrowa, ale i przepyszna, poczucie winy chciało mnie dopaść na gorącym uczynku — gotować należy przecież zdrowo, świadomie i wpisz tu, co chcesz, czyż nie? Nie dałam się, bo dotarło do mnie, że jest jeszcze jeden porządek potraw poza lubię–nie lubię, lekko-, ciężkostrawne, zdrowe–niezdrowe. Porządek, którego jestem szczerym, od wczoraj świadomym, wyznawcą — może być z glutenem, byle bez poczucia krzywdy. Ale od początku...

Są potrawy, które generują poczucie krzywdy — człowiek wyrwał dla siebie w tym tygodniu prywatnych osiem godzin, ale trzy spędzi na zakupach i siedzeniu w kuchni, bo przecież kocha a role społeczne ustalone.

Wczoraj do stołu podano potrawę według przepisu Bliźniaczej Liczby, potrawę wykwintną i przepyszną (łoś, pietruszka, czosnek), niezdrową (śmietana), przygotowaną z miłością, bez żadnego tam wyjmij z opakowania i włóż do piekarnika. Była to potrawa w 100% wolna od poczucia krzywdy, bo od wejścia do kuchni do wyłożenia na talerze całe 25 minut i trwało to tak długo tylko ze względu na gotowanie makaronu (niezdrowego, oczywiście).

Teraz się zastanawiam, że w zasadzie, niektórzy mogliby tę potrawę zaklasyfikować jako potrawę generującą poczucie winy, bo przecież jak kocha to siedzi w kuchni. Ale my wczoraj woleliśmy zająć się tylko miłością. Kropka.

poniedziałek, stycznia 27, 2014

948. Z kuchennego frontu zdrowego żywienia

Sadownik:
(wraca ze spożywczego polowania)

Jabłoń:
(już od drzwi informuje)
Jestem ofiarą kuchenną.

Sadownik:
(znający swoją żonę jak mało kto,
ekstrapoluje swe doświadczenie
)
Co znowu zrobiłaś?

Jabłoń:
Wyjmowałam mleko kokosowe z puszki i mnie poraniła.
(po chwili, oglądając głębokość ran)
I tak się zastanawiam...
czy blacha puszki mogła mieć na sobie bakterie...

Sadownik:
(z powagą podniesioną do kwadratu)
Na pewno. Ja bym na twoim miejscu pojechał
na zastrzyk przeciw tężcowi, koniecznie w brzuch.

Jabłoń:
Jeśli bakteria była, to zdechła ze śmiechu,
jak usłyszała, co i jak mówisz.

(W tym czasie kasza jaglana z jabłkami i mlekiem kokosowym,
jakby nigdy nic, dochodziła do siebie w piekarniku
)

sobota, stycznia 11, 2014

938. Bonus stażowy

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Poniedziałek–Piątek. W jednej kuchni naście osób w ciągu dnia przyrządzało posiłki. Dominowała kasza jaglana, wygrywając w cuglach z wszystkim innym składnikami. Po raz pierwszy w życiu odważyłam się zjeść jagły na zimno i... okazało się, że sałatka, choć podmieniono w niej kolendrę na natkę pietruszki, jest absolutnie prze-prze-przepyszna.

Od słowa do słowa. Przepis. Skąd. Nie byłam zaskoczona, że po raz kolejny świat okazał się malutki. To dobre miejsce dla człowieka jedzącego miesiąc lub dwa temu polecała mi Altówka. A w czwartek. Od słowa do słowa. Przy przepisie. Skąd. Okazało się, że do Duszy zawiadującej tym magicznym miejscem prowadzi tylko jeden dodatkowy uścisk dłoni osoby, którą i Dusza, i ja znamy. Osoby, która należała do tych, które co wieczór podczas stażu piły razem ze mną, przygotowany z miłością napój Bogów według przepisu podarowanego na tym blogu przez Ommeczkę.

(źródło fotografii i przepis)

piątek, grudnia 06, 2013

(905+9). Jeszcze całkiem ciepłe słowa zimową porą

Śnieżyca:
(zagrała pierwsze skrzypce, spowolniła Warszawę tak,
że aż mogła unieważnić plany i Sadownika, i Jabłoni
)

Sadownik i Jabłoń:
(zostali obdarowani wolnym wieczorem)

Śnieżyca:
(nie zatrzymała połączeń telefonicznych)

(pisu, pisu, dryń, dryń, a w efekcie)
Gepardzica, Smoku, Sadownik i Jabłoń:
(przy jednym stole siedzieli)

Jabłoń:
(zagadała się z gośćmi okrutnie przyjemnie,
zapomniała o jabłkach w piekarniku,
a gdy sobie o nich przypomniała, okazało się,
że jabłka kształtu już nie miały siły utrzymać
)
Za późno je wyjęłam...
(dodaje ze skruchą)
...powinny wyglądać jak jabłka.

Smoku:
Jesteśmy ludźmi z wyobraźnią.

Jabłoń:
(pozostała w zachwycie, że od teraz już na zawsze
ma cudne alibi na swoje kuchenne wyczyny
)
Ja gotuję tylko dla ludzi z wyobraźnią!

poniedziałek, sierpnia 26, 2013

(827+10). Dialog bezmięsny

Jabłoń:
(przeszczęśliwa, że wrócona do domu w kuchni porządzić sobie może,
kupiła stos warzyw i owoców, przygotowała
i serwuje nowe danie pięcioma przemianami doprawione
)
I jak?

Sadownik:
Nooooo!

Jabłoń:
(stęskniona dobrego jedzenia,
zachwyca się makaronem z brązowego ryżu
)
Dla mnie piiisznne!

Sadownik:
Nie jestem specjalistą, nie chcę się wymądrzać, ale...

Jabłoń:
Nooo?

Sadownik:
(śmiertelnie poważny)
Jednej przemiany mi brakuje.

Jabłoń:
Jak to? Dwa pełne koła zatoczyłam...

Sadownik:
Mięsnej mi brakuje!

środa, sierpnia 14, 2013

(810+17=826+1). Matka Karmiąca

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Każda życiowa katastrofa miała tylko jeden cel — przybliżyć mnie do Sadownika. Od lat już to wiem. Każda znacząca, dobra zmiana w moim życiu zaczyna się od Sadownika — od faktu Jego istnienia, poprzez jego czyny, system wartości i wybory, których dokonuje.

     — To On jest winny wszystkiemu! — mogłabym wykrzyczeć i poczuć tę lekkość bytu zwolnionego z odpowiedzialności za cokolwiek. Rodziny, z których pochodzimy, nie zawsze zachwycone są naszymi (realizowanymi skutecznie) pomysłami. Ale, ale... To wszystko nie jest aż tak proste. W pierś się biję. Jesteśmy siebie warci, ponieważ i ja jestem przyczyną wielu zmian w Jego Życiu...

„Tą razą” winni jesteśmy oboje... Sadownika głodówki rokroczne... Jego świadomość żywieniowa, co do szału mogła mnie doprowadzić, gdy wracał z mekki zdrowia... lista tego, co jeść powinniśmy; lista tego, o jedzeniu czego powinniśmy zapomnieć... wiszą obie na lodówce od lat... ostatnie książki...

*

Stało się. Era niejedzenia zwierza. Nabiał precz. Jajka tylko od szczęśliwych kur. Mięso precz... prawie... na razie jest w planach raz na pół roku coś, co dzikie i wolne było, by uwzględnić religię żywieniową Sadownika (mamy tę samą grupę krwi, więc brak mi argumentu przeciw i też wyznaję). Dla wegan to żaden krok. Dla mnie to zmiana diametralna. Co mam jeść, by się najeść? Było tak prosto, a teraz głodno pięć razy dziennie. Pięć? Przynajmniej pięć! To dobrze! Człowiek nie powinien jeść raz dziennie.

Uwzględniając powyższe warunki brzegowe przekopałam się w zeszłym tygodniu przez księgarskie regały kulinariom poświęcone. Nie miałam pojęcia, że to dział o narcyźmie stosowanym: kuchnia Zosi, wypieki Michała, sałatki Kasi, ugotowane na miękko ego Tego czy Tamtego. Odsuwając na bok wielkich gotujących, diety cud, co będą działać od wczoraj, nabyłam książkę, co znieczula gotowanie wierszami. Przemiany, dokładniej pięć, przemieniają nasze nawyki żywieniowe. Nareszcie nie jestem głodna!

*

Odnotowuję to dziś, bo wczoraj, po raz drugi już, zrobiłam marchewkowe kotleciki. Po raz pierwszy jedli je Antenka i Sadownik. Paluszki oblizywali, co sprawiło, że szczęście zalało mnie falą.

Uwielbiam być Mamą Kudłatą, ale stało się jasne, że
lubię też być Matką Karmiącą.

*

W chwilach, które wydają mi się doniosłe, zawsze robię kotlety marchewkowe [...]. Zapach smażonej marchewki z aromatem curry i prażonego sezamu otwiera serca i wywołuje uśmiech. [...]
     [...]
     Mówiąc, wciąż patrzyła w przestrzeń ponad moimi myślami.
     — Mam 45 lat i nie wiem, co robić w życiu... — powiedziałam w końcu lekko rozżalona.
     — Rób, co chcesz, tylko gotuj... — odpowiedziała.

*

wylądować w ciele
miękko
i odważnie

zamiast mówić — to moja ręka
stać się swoją ręką
zamiast — to mój palec
stać się palcem
i kiwnąć
albo pogrozić

poczuć grawitację
zamiast mówić że jest ciężko

ręce leżą gładko na biurku
kiedy piszę
tylko palce skaczą po klawiaturze
są wygodne w użyciu
nie mylą się kiedy układam słowa

jestem wygodna w użyciu
nie mylę się w układaniu słów

teraz się zatrzymałam na chwilę

staję się sobą

Ewa Dobek, Rób, co chcesz, tylko gotuj,
Wydawca JK, Łódź 2013.

sobota, lipca 20, 2013

801. Słaby miłośnie punkt

Jabłoń:
(dumna ze skrzydeł kulinarnych,
które rozwinęła w tym tygodniu
)
Chwytam Cię za serce czy za żołądek?

Sadownik:
Za mózg.

czwartek, stycznia 26, 2012

(411+4). Wow! O rany! Boskie! Om!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Every cloud has a silver lining mawiają Brytole.
My mówimy, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło lub
utrzymując styl meteorologiczny: po każdej burzy wychodzi słońce.

Nie mogło być inaczej z chorowaniem.

Dziś.
Wieczór.
Na podwórku –5°C.
Henrietta szczęśliwa po spacerze.
Jabłoń przymarźnięta z lekka.
Sadownik spionizowany.
I... napój...
...Bogów!

Podarowany przez Ommeczkę.

***

No, nie może utknąć w komentarzach. Trafia do działu S.O.S. ten cudowny przepis:

Napój Bogów Zdrowiejących

Korzeń imbiru na długość kciuka
wrzucić do garnka z dwoma litrami wody,
zagotować,
pobulgotać 20 minut,
dorzucić cytrynę całą, wyszorowaną i pokawałkowaną,
wyłączyć ogień,
niech się parzy.
Psa wyprowadzić lub lekturze miłej się oddać.
Pić z wielką łyżką miodu, na ciepło
i błogosławić ten cudny Świat psów lub książek,
i westchnąć Ommmmm śānti śānti śānti
na część Ommeczki, która przepis nam podarowała.

czwartek, sierpnia 04, 2011

311. Szukając początku

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Obcy nie tylko wylądował przewracając, kiepsko ułożony bez niego, świat do góry nogami. Początki porządkowania świata były ekscytujące. Szybkim krokiem wmaszerowała pod nasz dach sokowirówka i Sadownik odkrył przede mną pyszny świat soków warzywnych. Nie, jakiś tam sok marchewkowy, który znam z dzieciństwa, lecz płynna kombinacja tego, co da się wycisnąć z marchwi, selera, buraka i jabłek. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Tak duże, że punkt dnia pod tytułem „sok” jest dla mnie punktem obowiązkowym. Mistrz ceremonii podaje naprzemiennie w dni nieparzyste soki warzywne, w dni parzyste owocowe. Ja w tym procederze pełnię tylko rolę cerbera pytając niezmiennie „o której dziś będzie sok?”.

Obcy nie tylko wylądował, ale przywiózł w plecaku ziarenko groźnej ideologii, co żądna ofiar była od maleńkości. Z doby na dobę wyrastała z niej groźna roślina, która niepostrzeżenie rozsiadła się na kanapie, fotelach i wszystkich krzesłach przy dużym stole. Trzej królowie (Mąka, Sól i Cukier) dostali w związku z tym wypowiedzenie. Aby choć trochę rozumieć trudy zmiany nawyków żywieniowych Sadownika zaczęłam od malutkiego kroku decyzyjnego, który dla mojego pijawkowego organizmu wcale nie jest taki mały. Czwarty dzień nie słodzę. W odstawkę poszła automatycznie czarna herbata, której bez cukru wypić nie daję rady. Półki w kuchni zaczęły uginać się od herbatek owocowych.

Przewód pokarmowy i jego życiowe potrzeby zajmowały nas nieprzerwanie do wtorku włącznie, aż się w końcu w tym wszystkim zgubiłam odkrywając, że choć kibicuję czynnie terminowi „jakość życia” to im bardziej świadomie dbam o siebie w ten nowy, zdrowy sposób, tym bardziej nie chce mi się żyć.

By odnaleźć początek udałam się na koniec, który z powodu posiadania Heńki bardzo zaniedbaliśmy. Zamknęłam Sierściucha w jej klatce i pomaszerowałam na cmentarz wojskowy. Szłam tam od miesiąca, by zapalić Maciejowi Zembatemu światełko. Minęłam bramę. Zwolniłam. Puściłam myśli bez smyczy i kagańca — jeśli znalazłyby cukier to trudno, niech się pasą. Zdziwiłam się, że cmentarz — który był dla mnie jeszcze niedawno (chwilę przed Heńki przybyciem) tak duży, nieogarnialny wręcz — teraz, przez fakt robienia dłuższych spacerów z Heniutą, okazał się... całkiem malutki. Me myśli były niepocieszone, bo nie miały nawet gdzie nabrać rozpędu. Na szczęście udało się znaleźć początek, wrócić do domu i zadać sakramentalne pytanie „o której dziś będzie sok?”.

***

Przewrotność losu... Rok temu, ze słowami Alleluja pędziliśmy na pierwsze wspólne Stadne wyjście na kawę. A przedwczoraj lampkę Panu Maciejowi stawiałam... Jego tłumaczenia, Dziadek Jacek towarzyszyły mi całe liceum, niczym kukułka w zegarze odmierzająca tygodnie pozostałe do uzyskania statusu studentki. Dziadek Jacek... uśmiechnęłam się na myśl o nim... gdyby tylko mógł, na pewno słoiczek „dźemu” by na grobie postawił... Wciąż jestem studentką, a Pana Macieja już nie ma...

Maciej Zembaty, Alleluja.

Stara, pogięta, niebieska książeczka wciąż ze mną jest, a w niej zaznaczenie, które ma więcej niż dwadzieścia lat:

Znienawidziłem wszystkie miejsca
Wszystkie twarze i zajęcia
Ktoś zapytał czego chcę
Pragnąłem by ktoś objął mnie

tłum. Maciej Zembaty (Cohen, 1966)

Pan Maciej wciąż w tej książeczce jest!

poniedziałek, lipca 18, 2011

297. Doktorat z... masła!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sprawa jeszcze kilkanaście lat temu wydawała się prosta. Człowiek szedł do sklepu kupował masło i jedyna decyzja, jaką musiał podjąć podczas tego zakupu, dotyczyła masełkowego ubranka: „pazłotko” masła ekstra czy papier pergaminopodobny masła śmietankowego. Potem, jak wszyscy wiemy, przyszedł czas, gdy wmawiano nam, że margaryna jest dużo zdrowsza od masła. Gdy już każdy zadbał o swoje zdrowie zgodnie z własnym zestawem przekonań, pojawił się produkt na który zahaczało się lenistwo lub skleroza wybranych obywateli, czyniąc ich życie znośniejszym, bo masła z dodatkiem olei roślinnych nie utwardzi nawet najbardziej rozszalała w poglądach na mrożenie lodówka. Efekt był taki, że przy kupnie masła Dwunożne Stada nie tylko prezentowały przywiązanie do marki (taki, a nie inny rysuneczek), ale również musiały wykazać się cierpliwością i umiejętnością czytania, by wśród małych literek wyszukać zbawienne 82 % tłuszczu.

Wczoraj dotarło do mnie, że parafrazując znane powiedzenie o tym jak „pieniądze na ulicy leżą”, doktorat leży pod... regałem z masłem. Nie wystarczy już pamiętać obrazka z opakowania, nie wystarczą już nieprzytomnie poszukiwane procenty zawartości tłuszczu, teraz jeszcze trzeba patrzeć na wagę. Dieta cud po cichutku sprawiła, że kostka masła waży aż... 170 g. Ten etap odchudzania „standardu” poślizgu do chleba zdziwił mnie mniej, niż przeprowadzane wcześniej odchudzanie z 250 g na 200 g. I nic dziwnego, uzasadnia mój wewnętrzny matematyk, pierwsze skuteczne odchudzanie dotyczyło 20 procent, a drugie już tylko 15 %.

W zasadzie nie byłoby powodu, by wspominać o procesie myślowym, który musi towarzyszyć kupowaniu masła, jeśli ma się uparte i niepodlegające zmianie poglądy. Sami jesteśmy sobie winni. Wydawać by się mogło, że problem kończy się, gdy masło ląduje w koszyku. Nic z tych rzeczy!

Dotarło do mnie, że ten maślany doktorat może być nie tylko z ekonomii, psychologii zakupów czy ergonomii opakowań, ale... może być również z kulinarnej archeologii. Mam przepisy, w których jak wół stoi: kostka masła. Ale która? No i masz, uśmiecha się we mnie szyderca, co już się cieszy, że podczas wyruszania w nową podróż kulinarną almanachem będzie stopka redakcyjna książki, by wiedzieć, ile wówczas wynosił wzorzec kostki masła. Może dzięki temu wzrośnie poziom czytelnictwa? A juści!

piątek, lipca 15, 2011

296. Kulinarna meteopatia

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Burza za burzą nie przynosiła oczekiwanego chłodu. Deszcz za deszczem. Słońce na jednodniowy wypad za miasto się udało. Identycznie było dwa tygodnie temu. Wtedy to miał miejsce nic nieznaczący incydent. Jabłoń zagroziła, że po raz pierwszy w życiu będzie robić pierogi. Przepis na ciasto od Rodzicielki przez telefon zdobyła. Farsz do pierogów, co ją dwa lata temu urzekły w pewnej polskiej wsi, w pamięci rozebrała na najmniejsze części składowe. Kupiła wszystko co trzeba. Sadownik próbował i odwodził Drzewko od tego głupiego pomysłu stania przy garach proponując wyjście na miasto. Wtedy to samą Jabłoń zdziwiły wypowiadane przez nią w kierunku Sadownika słowa, gdy już dotarli do domu i siaty rozpakowali: „to wiesz, pójdę się zrelaksować lepieniem pierogów”. Incydent, dziś okazał się przypadłością w rozkwicie. Wstała rano Jabłoń i wiedziała, że dzisiejsza pogoda nie wróży nic poza spełnieniem nieodpartej chęci, by zrobić pierogi z podwójnej porcji ciasta...

Jabłoń:
(dumna i blada*)
To obiad na jutro już mamy! :)

Sadownik:
(ma w oczach głód mięsożercy co z własnej woli udał się na miesięczną, jarską dietę)
Obiad obiadem, ale co będzie do jedzenia?
(po chwili, z rozmarzeniem w głosie)
something to eat... maybe meat!?**

___________________________
* bo na pierwsze danie wydała, po raz pierwszy robione, pierogi z kurkami,
* bo na drugie danie wydała pierogi z twarożkiem i malinami --- klon incydentalnego przedskoczka sprzed dwóch tygodni,
* bo jeszcze dała radę na jutro machnąć łazanki z kapustą i... nie musi jutro myśleć. Amen.

** może kęs... jakichś mięs!? (tłum. à la St. Barańczak)

wtorek, lutego 15, 2011

183. Kulinarna psychoza

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Kuchnia i Dwunożne Stada długo nie mogły się spotkać. Niektórzy żywili nadzieję, że z czasem poślubnym może jednak doszlusujemy do peletony społecznego. Miesiąc po ślubie, sto lat temu, otrzymałam na imieniny książkę kucharską, w której obiecywano, że wykonanie każdego przepisu zajmie maksymalnie 30 minut. Była więc i wiara, że może damy radę pół godzinki odstać przy garach. Nienawidzę kolorowych, pięknych książek kucharskich, bo trudno się najeść ilustracjami a to, co ugotowane rzadko przypominało obietnicę smaku, jaką roztaczały wokół siebie piękne fotografie znajdujące się obok przepisu. Pomijam wkurzające „doprawić do smaku”. Jeśli nigdy nie jadłam potrawy, skąd mam wiedzieć jaki jest jej smak? Ciężki przypadek otępienia kuchennego.

Wkład wspomnianej książki kucharskiej w rozwój kulinarny Stada ograniczył się do rozwoju słownika używanych fraz. Są takie chwile w życiu człowieka, że coś by zjadł, ale nie wie co. Właśnie w takich momentach raczymy się nawzajem tekstem: „jeżowców z kawiorem mi się chce” i wiadomo, że to właśnie ten stan chcicyNaNieWiemCo. Przepis na to danie nadal mamy. Wciąż nie wiemy jak wyglądają i gdzie można kupić jeżowce. Co gorsza, niezmiennie nie chcemy się dowiedzieć. Ale, ale...

Stało się. Pan Osteo w zeszłym tygodniu wyłączył mi moduł ze słowami. Uciekały ode mnie, trzymały się z daleka i nawet dwóch spójnych zdań nie udało się zapisać. Co Pan Osteo nacisnął, nie mam pojęcia. Porobiło się --- kuchnia przyjacielem mym. Wyrażam swoje istnienie garami. Zimno, więc zachciało się zup, po których długo jest ciepło. Padło na małą książeczkę, którą odkrył przed nami mój Tata serwując pieczarkową z pęczakiem. Była pieczarkowa, była cudna złotożółta zupa warzywna z zieloną soczewicą.

Kulinarny postęp w mym życiu, pomijając głodnego Sadownika, wspierają mężczyźni. Jeden z moich studentów podsunął mi kiedyś pod nos nazwisko Łebkowskiego jako autora genialnych książek kucharskich. Daje radę mój student, dam i ja! Z pomocą owej książki, pojawiły się łazanki ze słodką kapustą i grzybami --- wspomnienie sprzed dwudziestu lat ożyło, smak ten sam, tylko najeść się można było do bólu. Raj!

Dziś nie poznałam siebie. Zachwycona kupowałam przyprawy w Kuchniach Świata. Garam Masalę kupił Sadownik w zeszłym tygodniu. Dziś dołączyły do nas pasta z chilli, curry i... na obiad (z małej książeczki) ostra zupa ziemniaczana z ciociorką i groszkiem oraz awaryjnie coś swojskiego: serowe racuszki. Boże, niech ten kulinarny szał mi minie do końca przerwy międzysemestralnej...
...a myśli już krążą wokół wołowiny w sezamie...
...czy ja oszalałam?