Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hospicyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hospicyjne. Pokaż wszystkie posty

środa, listopada 27, 2024

5645. Z oazy (CCCI)

Nie­dzielne odliczanie literek, cztery. Poślizgnięte na dniu pełnym wrażeń, i ko­lej­nym, gdy zapaliło mi się oko. Nigdy się nie dowiem, kto we mnie połyka takie książ­ki. To żadna rekomendacja, ale faktem pozostaje, że połyka.

[…]  niezależnie od okoliczności śmierć jest częścią naszego życia. […]  Kiedy nadchodzi właściwy czas, wszyscy chcemy tego samego. Opie­ki, kom­for­tu i bliskości.
     […]  Zawsze zadziwia mnie to, w jaki sposób, po­mi­mo przeróżnych tra­ge­dii, które się dzieją obok nas, życie po prostu się toczy. Jakby nigdy nic.

🖇

[…]  czasem zwykła obecność i zapewnienie komfortu pacjentowi są wszystkim, czego on potrzebuje.

🖇

Dziwnym trafem wsparcie i pocieszenie znalazłam tam, gdzie najmniej bym się tego spodziewała.
     Z biegiem czasu przekonałam się, że to prawda, i ostatecznie wszystko do­brze się układa. Niekiedy wymaga to jednak ciężkiej pracy i niepewności.

🖇

Świadomość, że jestem w tym życiu prowadzona, a także pamięć o tym, że nigdy nie wiem, przez co przechodzą osoby wokół mnie, oraz pew­ność, że śmierć nie jest końcem wszystkiego, pozwalają mi wieść życie, z któ­re­go, jak wierzę, będę dumna, gdy nadejdzie jego kres.

🖇

To zadziwiające, jak pewni ludzie, którzy pojawiają się w naszym życiu nawet na bardzo krótko, potrafią mieć wielki wpływ na nasze dalsze losy.

🖇

Wiele osób mających wśród swoich bliskich kogoś cierpiącego na nieule­czal­ną chorobę, zmienia z tego powodu swoje plany życiowe albo po prostu niejako wstrzymuje się ze swoim życiem. Ze śmiercią jest tak samo jak z na­ro­dzi­na­mi. Wiesz, że nadejdzie, a jej dokładnej daty nie da się prze­wi­dzieć (chyba jednak w przypadku śmierci jest to jeszcze bardziej praw­dzi­we). I to jest proces oczekiwania w wielkim nie­pokoju.

🖇

Nie miałam pojęcia, co zrobić. I wtedy usłyszałam w głowie głos jednej z mo­ich ulubionych instruktorek ze szkoły pielęgniarskiej: Spotkaj się z ni­mi tam, gdzie teraz są.

🖇

Najłatwiej jest skupić się tylko na tym, że pod wie­lo­ma względami wydają się one [osoby z alzheimerem] niejako nieobecne. Ale już z pewnością dużo rzadziej zastanawiamy się, gdzie one właściwie są. Często okre­ślam swoich pacjentów jako takich, którzy jedną no­gą są już gdzieś indziej, a drugą no­gą tkwią jeszcze tutaj.

🖇

Opieka nad chorym jest ciężką, emocjonalną i wyczerpującą pracą, która może trwać przez naprawdę długi czas […].

🖇

     — Mam być z tobą całkowicie szczera? — za­py­ta­łam go.
     — Tak, nie chcę żadnych niespodzianek.
     Wyciągnęłam tablet, żeby pokazać mu tabelę z po­szczególnymi etapami, które przechodziła do tej pory Edith.
     — Zaczęliśmy w tym miejscu. — Pokazałam mu. — A teraz jesteśmy tutaj — powiedziałam, pokazując mu palcem miejsce od punktu 6E do 7E.
     — Czyli na ostatnim etapie nie będzie w stanie sama unieść głowy?
     Pokiwałam głową […].

🖇

     — Gdybym […] .
     — Naprawdę myślisz, że masz taką moc? — […]  Pozwoliłam, żeby jej słowa wniknęły we mnie.

🖇

Myślimy o śmierci i umieraniu jako o czymś szarym i poważnym i oczy­wi­ście pod wieloma względami tak jest. Ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim są także momenty beztroski i humoru, nawet czasem czarnego.

🖇

     — Hadley — powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. — Czy twoja praca cię uszczęśliwia?
     — Tak — odpowiedziałam i wzruszyłam ra­mio­nami.
     — W takim razie tylko to się liczy — […]. — Życie jest krótkie, coś o tym wiem! A jeśli twoje szczęście nie przemawia do innych osób, to po prostu chrza­nić ich wszystkich! To nie jest ich sprawa.

🖇

[…]  jeśli nic nie zrobisz, co w najgorszym wypadku może się stać? […]  A gdybyś wkroczyła do akcji?

🖇

     — Musi pan! Nie może pan tutaj zostać — za­pro­te­sto­wałam.
     — Dlaczego nie?
     — To… to nie jest bezpieczne — wyszeptałam.
     — Dlaczego uważasz, że będąc pośród lekarzy i pielęgniarek, poczuję się bardziej bezpiecznie?

🖇

     — Czy masz jakieś obawy, którymi możemy się zająć? — zapytałam.

🖇

[…]  zjawisko przychodzenia bliskich zmarłych jest bardzo częste i stanowi wyraźny wskaźnik po­gor­sze­nia się stanu pacjenta.
     […] 
     — Ale dlaczego tak się dzieje?
     Wzruszyłam ramionami.
     — To jedna z tych rzeczy, które się po prostu dzie­ją. Myślę, że każdy z nas wyciąga w tej kwestii swoje własne wnioski.
     — Nie chcieliśmy mieszać w to wszystko religii — powiedziała ewidentnie sfrustrowana. — Mówiłam ci przecież.
     — Ale to jest zjawisko medyczne, niezależne od duchowych przekonań.

🖇

     — […]  Naprawdę wierzę, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu.
     — Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu — po­wtó­rzyłam niczym echo, uświadamiając sobie, że w tym momencie naprawdę w to uwierzyłam.

🖇

Przez te wszystkie lata przyzwyczaiłam się już do tego i nauczyłam się wie­rzyć, że czasem przydarzają się różne dziwne rzeczy. Nawet jeśli nie wiem, dla­cze­go tak się dzieje i nie znajduję dla tego logicznego wytłumaczenia.

🖇

     — Wiedzieliśmy, że ten dzień kiedyś nadejdzie, co? — wyznał, szlochając.

🖇

Przypomniałam sobie jednak, że należy żyć tu i teraz, a nie lękiem przed tym, co przyniesie jutro.

🖇

[…]  pomiędzy tym wszystkim, co jest tutaj, na ziemi, a tym, co nadejdzie później, jest coś potężnego i przepełnionego spokojem.

🖇

     — To dobra rada — powiedziałam cicho. — Jeść tort.
     — Jedz tort — powtórzyła, kładąc się z powro­tem na łóżku.

Hadley Vlahos, Pomiędzy. Niezapomniane spotkania
u kresu życia
, przeł. Agnieszka Górczyńska,
Wydawnictwo Helion, Gliwice 2024.
(wyróżnienie własne)

W tym właśnie rzecz. Kiedy pozwolimy, żeby ból się nadmiernie rozkręcił, trudniej go leczyć.

🖇

[…]  nie wszystkie przyjaźnie muszą trwać przez całe ży­cie. I nie ma nic złego w tym, że niektóre trwa­ją tylko przez chwilę. Czasem warto pozwolić im odejść bez ura­zy, aby zrobić miejsce dla tych, które będą trwały przez całe życie.

🖇

[…]  nie ma znaczenia, w co ktoś wierzy. Naj­szczę­śliwsi są ci, którzy żyją w zgodzie ze sobą.

(tamże)

poniedziałek, września 16, 2013

852. Dzieciowy patchwork zgrozy (powakacyjnik I)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przejście dla pieszych. Jadący samochód. Pańcia kierująca wózkiem dziecięcym na jednym z brzegów ulicy. Niczym kierowca traktora, co tutaj zawsze o 13.50, z pogardą patrzy na zbliżający się samochód i pewnym ruchem wpycha wózek na pasy... tylko wózek... stopy pańci wciąż na chodniku.

Widziałam takich sytuacji zbyt wiele w swym życiu. Sprawdziłam, w moim przypadku nie ma znaczenia, czy jestem owym kierowcą, kierowcą postronnego auta czy pieszym świadkiem — reakcja jest zawsze ta sama. Gdybym tylko mogła, zatłukłabym sukę, bo matką trudno mi ten bezmózgi twór nazwać! Nie dam sobie zamydlić oczu wrzaskiem oburzenia tych, co wykorzystują dzieci do swoich egoistycznych celów:

że dzieci... dla dzieci... bo dzieci...

Tia. Po skończonej na urlopie książce, dotarło do mnie, że różne pomysły, dotyczące dobra najwyższego dzieci, wprowadzane w czyn w rodzinach, w sądach, w rządach nie mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistym dobrem dzieci, z rzeczywistym dobrem Ludzi. Nie mam w sobie zgody na to, że dzieci są naszą przyszłością to zgrabny polityczny frazes a droga hamowania to abstrakcyjny termin naukowy mający luźny związek z prozą życia.

Można powiedzieć, że wojna narkotykowa nas nie dotyczy. Bo przecież mamy szczęście żyć w Europie, a skoro czytasz ten wpis, mam przeczucie graniczące z pewnością, że nie mieszkasz pod mostem, nie przymierasz głodem, masz buty, kołdrę i jakieś plany na jutro, coś chcesz zrobić, zmienić, o czymś marzysz. Krótko mówiąc: jesteś bogaty lub bogata.

My? Nie, nie jesteśmy dziećmi wojny narkotykowej. Tyle, że to nieprawda! Byliśmy, jesteśmy lub będziemy dziećmi wojny narkotykowej, gdy tylko na horyzoncie ludzi nam bliskich, przyjaciół, znajomych pojawią się osoby terminalnie chore. A to tylko jeden z wielu aspektów poruszonych w książce, niestety. To pozycja drastyczna, donosi o zbyt wielu ostrzach idei, która zabija nie tylko dzieci, krzywdzi ludzi, rodziny, całe społeczności w sposób, który nawet trudno zrozumieć... Tak jak nie sposób zrozumieć pańcię...

Politycy bez wahania podpisują międzynarodowe konwencje o prawach człowieka i dostępie do leków, ale niewiele robią, by spełnić ich założenia. Na świecie przywiązuje się znacznie większą wagę do redukcji podaży i walki z rekreacyjnym zażywaniem narkotyków niż do zapewniania ludziom podstawowych leków.

*

Wojna narkotykowa jest zorientowana na usunięcie ze świata „groźby”, jaką stanowią narkotyki i przywrócenie (całkowicie nierealnej) wolnej od narkotyków rzeczywistości. Dominuje cechujące się wtórną logiką podejście, którego zwolennicy utożsamiają konsekwencje prohibicji (mordowanie dzieci przez gangi, niszczenie środowiska, korupcję, konflikt czy zgony spowodowane zażywaniem zanieczyszczonych substancji) z konsekwencjami kontaktów z narkotykami. Te polityczne problemy napędzają mechanizm myślenia o narkotykach jak o niebezpieczeństwie dla świata, wspierając politykę prohibicji i usprawiedliwiając jej kontynuację, a nawet intensyfikację.

*

Przekonania dotyczące narkotyków mają swoje źródło w taktycznych działaniach, których zamierzeniem jest zniechęcenie ludzi do rekreacyjnego zażywania i powstrzymanie fali uzależnień. Tych celów nie osiągnięto, ale obawy związane z narkotykami silnie zakorzeniły się w społeczeństwie. W połączeniu z restrykcyjnym prawem narkotykowym tworzą one barierę utrudniającą dostęp do leków stosowanych w opiece paliatywnej.

red. Damon Barrett, Dzieci wojny narkotykowej.
O wpływie polityki antynarkotykowej na młodych
,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.

*

E tam... to tylko książka... nie widziałem nigdy w życiu narkotyków na oczy... nigdy nie brałem... nie będę brać... zresztą, w tej książce to na pewno nieaktualne dane... manipulacja... temat zastępczy... co mnie to obchodzi?

I przypomniało mi się,
że choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskali oczy, rzeczywistość nie zniknie:

(źródło)

środa, września 04, 2013

846. Wczoraj o nieuniknionym

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Spotkajmy się. Oczywiście!
Zakochajmy się w sobie. O tak!
Żyjmy długo i szczęśliwie. Koniecznie!
A co będzie potem?

Konsekwencje „oczywiście-tak-koniecznie” konsekwentnie w żart obracamy. W przypływie odwagi decydujemy, że najpierw ja a potem ty — a może odwrotnie. Bezpiecznie chcemy się poczuć nie tracąc kontroli nad tym, nad czym kontroli żadnej nie mamy. Oswoić nieogarnialne umysłem choć na chwilę. Tak, żadnej trumny, proszę mnie spalić... żadnego pomnika... drzewo proszę zamiast tego posadzić... brzozę...

To dzieje się obok nas. Realne dla innych. Nierealne dla nas. Cenę za „oswojenie” siebie nawzajem przyjdzie któremuś z nas zapłacić. Podglądamy nie mogąc pojąć. Zrozumiemy, choć wolelibyśmy tego uniknąć niczym niewinne dzieci. Zrozumiemy kiedyś tam, byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

Jeśli nie będę widzieć, jeśli nie będę słuchać, czy przestanie istnieć? Akurat!

Jeśli będę widzieć, jeśli będę słuchać, to jeszcze nie istnieje! I niech tak pozostanie póki co, byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

*

Znalazła mnie. Wepchnęła się w rękę. Sadownik nabył. Przeczytałam. Prawdziwa. Odważna. Książeczka.
O miłości, której permanentną częścią jest strata.
O stracie. Z ukrytą w niej głęboko miłością, którą dopiero okres żałoby jest w stanie wydobyć na światło dzienne.
O wierze w coś większego od nas samych.
O miłości... O stracie... O miłości... To książka ważna. I jak mantrę powtarzam, myśląc o wielu bliskich mi Ludziach: byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

Człowiek nigdy nie wie, jak mocno naprawdę wierzy, póki prawda tego lub fałsz nie staje się dla niego sprawą zasadniczą. Łatwo powiedzieć, że wierzysz w moc sznura, dopóki używasz go jedynie do obwiązywania skrzyni. Ale przypuśćmy, że masz zawisnąć na tym sznurze nad przepaścią. Czy nie sprawdziłbyś wtedy, czy naprawdę jesteś go pewny?

*

Jest jedno miejsce, gdzie nieobecność H. odczuwam najbardziej dotkliwie, i tego miejsca nie mogę uniknąć. Mam na myśli własne ciało. Miało ono tak inne znaczenie, gdy było ciałem człowieka, który kochał i był kochany. Teraz jest jak pusty dom.

*

Nikt nigdy nie spotyka na swej drodze Raka, Wojny, Nieszczęścia (czy Szczęścia). Przychodzi tylko jakaś godzina lub chwila. Różnorakie radości i smutki. Wiele rzeczy przykrych w najlepszych momentach naszego życia i wiele dobrych w najgorszych. Nigdy nie następuje zderzenie z tym, co określamy jako „rzecz samą w sobie”. To złe określenie. Ta rzecz to po prostu owe chwile radości i smutku — reszta to tylko nazwa i pojęcie.

*

Pięć zmysłów. Intelekt nieuleczalnie abstrakcyjny. Czysto przypadkowo selekcjonująca pamięć. Tyle przewidywań i przypuszczeń, że nigdy nie potrafię rozpatrzyć więcej niż połowy z nich, nigdy nie mogę nawet uświadomić sobie ich wszystkich. Ile pełnej rzeczywistości może wchłonąć taki instrument?

*

Tak prędko przyjść do siebie? Słowa nie zawsze są jednoznaczne. Powiedzieć, że pacjent po operacji wyrostka przychodzi do siebie, to co innego niż powiedzieć, że przychodzi do siebie po obcięciu nogi. Po takiej operacji albo okaleczony kikut się goi, albo człowiek umiera. Jeśli się goi, ostry, ciągły ból minie. Niebawem pacjent odzyska siły i będzie mógł kuśtykać na drewnianej nodze. „Przyszedł do siebie”. Ale prawdopodobnie będzie odczuwał od czasu do czasu przez całe życie bóle w kikucie, może nawet silne. I pozostanie na zawsze człowiekiem i jednej nodze. Rzadkie są momenty, kiedy o tym zapomni. Kąpanie się, ubieranie, siadanie i wstawanie, a nawet leżenie w łóżku, wszystko to będzie zupełnie odmienne. Zmieni się cały jego sposób życia. Wszelkie rzeczy przyjemne i czynności, które uważał niegdyś za naturalne, zostaną po prostu wykluczone. Tak samo obowiązki. W obecnej chwili uczę się poruszać na kulach. Może niedługo dostanę drewnianą nogę. Ale nigdy już nie będę stworzeniem dwunożnym.

*

Mógłbym powiedzieć: „Uporał się z tym. Zapomniał o żonie”, kiedy prawda byłaby taka: „Pamięta ją lepiej dlatego, że się częściowo z tym uporał”.

*

Myśl nie jest nigdy nieruchoma; ból — często.

*

Uczucie, że w jakiejś rozbrajającej, niweczącej wszystko inne prostocie jest jedyna prawdziwa odpowiedź.

C.S. Lewis, Smutek, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2009.

poniedziałek, czerwca 18, 2012

485. Owocowanie

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Tydzień papierologii, terminów nieprzekraczalnych, kwitów co sensem życia mogłyby się stać, zaowocował tym, że mój Wewnętrzny Profesjonalista nie wytrzymał tempa, presji, niedoczasu i łaskaw był paść na pysk rażąc mnie temperaturą 39.2⁰C. Przeleżeliśmy sobotę, przeleżeliśmy niedzielę. Rodząca się we mnie kobieta Czterdziestoletnia siedziała na skraju łóżka i powtarzała do znudzenia: papiery papierami a życie życiem i dbać o siebie trzeba, zwłaszcza w twoim wieku, kotku. Mądra ta kobieta, ale gdzie była, gdy papier poganiał mnie papierem. A teraz, w poniedziałek, świat jej przytakuje samym faktem, że nie runął od mojego leżenia w łóżku.

*

Gdy nie wiem jak rozwiązać problem, kładę się spać. Wstaję z gotowym rozwiązaniem, sugestią, czasem tylko z wątłą, niewiadomego pochodzenia pewnością, że już wiem jak coś zrobić. Przez ten papierowy pęd nie odnotowałam zachwytu rozwiązaniem, które przyszło do mnie dokładnie tydzień temu, na granicy snu i jawy będąc dokładnie tym, co chciałam znaleźć, choć nie wiedziałam jak wygląda. Szukałam bowiem metafory, obrazu, czegoś, co w prosty sposób zilustruje to, w co głęboko wierzę, że każdy problem to możliwość w przebraniu, szansa do rozwoju, zmiany, okazja do pójścia o jeden krok dalej w Nieznane Inne, Nieznane Lepsze. Chciałam znaleźć niewerbalną formę przedstawienia jednej z cegiełek fundamentów POP-owskiej filozofii:

Każdy problem ma w sobie zalążek rozwiązania.

Znaleźć. By przestać o tym opowiadać. By wyrazić pełniej. By pokazać nie używając słów. Odnalazło mnie takie senne rozwiązanie:

Myślę, że nie mogło być bardziej trafione.

*

Awokado (dla mnie) od tygodnia to już nie tylko składnik przepysznej kanapeczki (świeża bagietka posmarowana masełkiem, awokado, cebulka, odrobina soli), ale również Symbol, który bardzo mnie rajcuje. Jak tak dalej pójdzie to poznacie mnie po koszulce… z awokado.

Mówią gruszki na wierzbie? Czas powiedzieć awokado na Jabłoni!

wtorek, czerwca 12, 2012

483. Matka Boska Obszczekana

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wersja A (zasłyszana, rodzinna, stara)
Rodzice z trzylatkiem do dziadków na niedzielny obiad się wybrali. Dziecko czyściutkie, grzeczniutkie — sam miód, cud i dobre wychowanie. Pierwsze danie, drugie danie. Deser. Mały „siam” łyżeczką kawałkiem tortu na swoim talerzyku zarządza. Po chwili kęs jeszcze nietknięty zleciał z talerzyka wprost na bielutki obrus. Chłopiec widząc co się stało, pod nosem, ale wyraźnie, skwitował:
— O kulwa!

Rodzice w pąsach dawaj się tłumaczyć, że oni nie wiedzą, skąd Pierworodny takie słowo zna. Dziadkowie wiedzieli swoje. I dobrze wiedzieli.

*

Wersja B (jeszcze ciepła)
Hospicyjne spotkanie. Organizacyjno-robocze. Ot, takie, co zwykle pierwszą część ma w kościele, by pożegnać tych, co w zeszłym miesiącu odeszli. A potem przy herbatce, druga część w przykościelnej salce, której użycza nam zaprzyjaźniony z Hospicjum Ksiądz.

Organizacyjno-robocze. Jesteśmy z Heniutką punkt trzeci. Koleżanka w samym środku punktu pierwszego, gdy z ciszy wyrywa się Dusza obronnego Kundla, wojujące Alter Ego Heniutki. Jak nie wyskoczy, pozycję obronną przyjmie, szczeknie niskim, groźnym głosem. Kto mi uwierzy, że to pies terapeutyczny, gdy Henia dojrzawszy figurę, w szatana zamieniona wyzywa Matkę Boską od ostatnich.

Pąsów nie było. Nie będę się nikomu tłumaczyć, dlaczego Heniutka do kościoła nie chodzi. Zaprzyjaźniony z Hospicjum Ksiądz uśmiechnął się, bo dobrze wiedział, że jakie imię, taki pies, choć poznał się z Hexe pół godziny wcześniej.

Nie jestem specjalistką, ale taka była ta Matka Boska Obszczekana:

poniedziałek, sierpnia 22, 2011

324. Czego się dzisiaj nauczyłam (I)

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od dziś, przed siedem dni, razem z Henią bierzemy udział w szkoleniu. Miło jest dowiedzieć się, że nie zmarnowało się dobrego szczeniaka. Z podsumowania testu praktycznego i opinii zoopsychologa:

Widać silną więź pomiędzy psem i właścicielką. Do ludzi nastawiona jest bardzo pozytywnie, zainteresowana i poszukuje kontaktu.
Hexe ma zadatki na dobrego psa terapeutycznego. Charakteryzuje się wszystkimi cechami pożądanymi u psów terapeutycznych.

Czeka nas jeszcze dużo pracy, ale Hospicjum na pewno ucieszy wiadomość o czworonożnej wolontariuszce, gdy przyjdzie Jej czas, by nieść to, co tylko psy umieją dać ludziom, w tak bezpośredni, magiczny sposób. Bóg wiedział co robi, gdy tworzył psy. Bóg wiedział co robi, gdy na mej drodze postawił Panią Halinę, co za wszystkimi psami swego życia tęskniła pod koniec swoich dni. A może Bóg wcale nie wie co robi?

***

Jabłoń:
(uradowana wszystkim tym, czego się dzisiaj dowiedziała)
Czy wiesz, że jak pies węszy coś bardzo intensywnie, to nic nie słyszy.

Sadownik:
Czyli co, Heńka zachowuje się jak mężczyzna, choć suka?

Jabłoń:
Ano.

***

Horyzont poszerzony: dowiedziałam się, żę dobrze jest dać od czasu do czasu psu ugotowane jajko... w skorupce. Jest i zabawa, i jedzenie. Jak tylko wróciłam do domu, sprawdziłam. Turlane jajko po parkiecie ma fantastyczny dźwięk. Zabawę Kudłata miała przednią. Po jakimś czasie żadnych szczątków jajka nie zlokalizowałam, tylko jeszcze bardziej szczęśliwego psa. I o to chodzi, właśnie o to chodzi!

_______________________
‡ Co nareszcie tłumaczy, dlaczego czasem Heniuta nie reaguje.
† Mężczyzna jako urządzenie jednowątkowe zwykle pozbawione kobiecej zdolności do jednoczesnego bujania wózka, gotowania obiadu, rozmowy przez telefon, malowania pazurów i planowania jutrzejszego dnia.

środa, marca 16, 2011

201. Zaufałaś? Zaufałeś?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Zaufałem Życiu. Banał? Jednak brzmienie tych słów zmienia się, nabiera głębi i szczególnego znaczenia, gdy wypowiada je osoba, której dane było przeżyć własnego raka. W poniedziałek dane mi było usłyszeć te słowa. Usłyszeć prawdziwie. Zatrzymały mnie w zadumie.

Zapisałam na kartce: zaufałem Życiu. (…) Chciałem cieszyć się Życiem. Zapisałam, bo bardzo nie chciałam zgubić sensu tych słów. Drugi dzień chodzę i myślę, że „zielone Życie” to nie to samo co „niebieskie Życie”... to wielka Siła... by jej się poddać, trzeba znaleźć siłę w sobie...

środa, marca 02, 2011

193. Zaczarowany Świat

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dlaczego nie jestem pijaczką? Zapytano mnie. Zgłupiałam. Dlaczego ktoś miałby chcieć być pijaczką? Ludzie marzą o różnych rzeczach, sławie, pieniądzach, szczęściu... Czy można marzyć o byciu pijakiem? Można, bez względu jak bezsensowne wydaje się to na pierwszy rzut oka. Wystarczy zmienić perspektywę i być… osobą terminalnie chorą.

Jak zwykle, moi Pacjenci to najwięksi Nauczyciele, jakich spotykam na swej drodze. Znów przytrafiła mi się szybka lekcja Piękna, jakim jest Życie samo w sobie. Jeszcze w zeszłym tygodniu narzekałabym, że muszę iść i tu i tam, zrobić to i owo a tak bardzo mi się nie chce. Śrubki w głowie potrząśnięte. Może i muszę, choć właściwszym byłoby napisać, że chcę. Najważniejsze jednak, że mogę to zrobić. Gdy uświadamiam sobie jakim cudem jest „móc” to Świat natychmiast wygląda na zaczarowany...

A Heńka na to, jak zwykle z niewyczerpywalnym, psim entuzjazmem: mój Świat jest zawsze czarująco zaczarowany! Czy muszę pisać, że jest cudnie dzielić Świat z taką Istotą, co zaraża uśmiechem od ucha do ucha, od rana do wieczora?

czwartek, lutego 17, 2011

(183+3). Chwalić? Chwalić!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dwunożne Stada pochodzą z różnych domów. Jednak jedna rzecz w tych domach była identyczna. Wiara w słuszność tezy, że dzieci nie należy chwalić, ponieważ od chwalenia dzieci się psują. Wiarę poparto empirią i jako produkt owego przekonania ruszyliśmy w świat, jak sporo naszych rówieśników, z poczuciem własnej wartości na poziomie –5 w skali od 0 do 10. Gdy byliśmy mali, być może termin „poczucie własnej wartości” (PWW) w ogóle nie istniał a i teraz wydaje się nowomodnym zbytkiem psychologicznym, który niechybnie przybył do naszego kraju wraz z wieloma beznadziejnymi amerykanizmami.

Myślę o chwaleniu, gdzieś z tyłu głowy, od początku tygodnia, gdy moja Pacjentka powiedziała: „jesteś moim poniedziałkiem”. Zmusiła mnie tym samym do zastanowienia się, co ja takiego robię i jak to robię, że między nami jest tak jak jest. I... doszłam do wniosku, że warto pamiętać, że chwalić można głupio i mądrze... również dorosłych.

Głupio chwalić, czyli chwalić za coś, na co nie mamy specjalnego wpływu: „słonko, jaki piękny masz zarost”, „skarbie, jakiś ty inteligentny”, „och, jakie masz piękne oczy”.

Mądrze chwalić, czyli chwalić za akt, działanie, wykonanie od A do Z, za coś na co osoba chwalona miała wpływ: „słonko, jak pięknie przyciąłeś sobie brodę”, „skarbie, jak świetnie rozplanowałeś rozłożenie tych rzeczy”, „och, jak pięknie pomalowałaś dziś oczy”. W tym przypadku Obiekt Chwalony wie, że dobrze przycina i planuje. Więcej, może nawet pokusić się o pracę nad jeszcze lepszym przycięciem czy rozplanowaniem.

Myślę o chwaleniu nie tylko w kontekście reperowania osobistych kont PWW każdego ze spotykanych w życiu ludzi, ale również w kontekście dostrzegania, że naprawdę dużo potrafimy. Wiara w to, że tak właśnie jest (potrafimy!), sprawia, że możemy teleportować się z lokalu, który mieści na ulicy Niemogętnych Niedowiarków 7 do lokalu na ulicy Dam Radę Pięknie 13. To naprawdę daje moc! Jest tylko jeden minus takiego wywrotowego podejścia... możemy zrobić się przez takie podejście mniej pechowi, mniej marudni, mniej polscy po prostu.

Moja Kuchnia podjęła to ryzyko i nie informując mnie o tym, przeniosła się do dzielnicy CoDziśPysznegoRobimy. Myślę o chwaleniu między jednym krojonym warzywkiem a drugim. Pochwalić, docenić... na samą myśl robi mi się cieplej, pewniej, „możliwiej”... Dziś, czy i jak pochwaliliście kogoś mądrze?

wtorek, stycznia 25, 2011

172. Wizyta Kłapouchego

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj było smutno, nawet bardzo smutno. Nie wiedzieć skąd, pojawił się Kłapouchy. Usiadł w pustej już sali na wolnym miejscu i wlepił we mnie swoje smutne oczy.
     — Porobiło się, co? — Powiedział.
     — Porobiło się.
     — I co?
     — A co ma być Kłapouszku?
     — Myślałem, że wiesz.

Zapadła znacząca cisza. Nie wiedziałam, dlaczego miałabym wiedzieć.

Gdy po chwili podniosłam się, by wyrzucić kubek po kawie z automatu, osiołek krzyknął:
     — Ty nie masz „chwaścika”!
     — Nie mam. Nigdy nie miałam. — Odpowiedziałam zdziwiona.
     — Ale wszyscy mają! — Ożywił się ponad wszelką swoją normę Kłapouchy. — Jak możesz żyć bez chwaścika?! To sens istnienia! Bez tego jesteś nikim! Pamiętam, jak mój chwaścik się zagubił, to była tragedia…

Zatroskany Kłapouchy dreptał za mną prawie cały dzień, dając dobre rady, racząc mnie normami udanego życia społecznego, wtajemniczając w podstawy konstrukcji dobrego istnienia. Skąd on taki mądry nagle się zrobił? Powlókł się paskud jeden za mną nawet do kawiarni, w której w poniedziałki zwykle czytam między jednym zajęciem a drugim. Z jego nieustającym posapywaniem nad marnością „mego żywota bez chwaścika” w tle, nie dało się skupić na czytaniu. Ba, nie dało się żyć! Sens życia powiedział: to ja spadam, maleńka, kiepskie towarzystwo. W samotności sączyłam herbatę i ze łzami w oczach gapiłam się na zdjęcia, które wiszą w kawiarence.

Pewnie całkiem marnie zarysowałby się całokształt dwudziestego czwartego stycznia, gdybym nie przeczytała przewrotnego zdania w zeszycie mojej Pacjentki (z jej notatkami):

Żyj
dla przyjemności,
szczęścia,
radości
i śmiechu
.

Wrócił mój uśmiech. Kłapouchy nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Wracałam do domu bez niego...

wtorek, stycznia 11, 2011

163. Subiektywne Święto Świata

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nie jest prawdą, że wczorajszy dzień był całkiem do bani. Choć choroba Heńki, perspektywa leczenia, strach, że nas też to może dotyczyć kładły się cieniem, to wydarzyło się coś, o czym chciałabym pamiętać --- o drobiazgu, który stał się źródłem uśmiechu i chwil radości…

Byłam wczoraj u mojej najulubieńszej Pacjentki. Jej wilczy apetyt daje pewne podstawy do optymizmu w kwestii, ile mamy jeszcze wspólnego czasu. Zaskoczyła mnie. Zjadła pół pizzy, którą przyniosłam z pobliskiej pizzerni. Zaraz potem zaskoczyła mnie jeszcze bardziej. Przypomniała mi o naszej zeszłotygodniowej rozmowie --- nie wiedzieć czemu, dużo rozmawiamy o jedzeniu --- i zapytała: to co, zrobisz mi kogel-mogel? Ona nigdy w życiu nie jadła rarytasu mego dzieciństwa, tylko o nim słyszała. Zrobiłam wersję dla dorosłych dzieci. Ukręciłam, do białości i pęcherzyków powietrza, zalałam gorącą kawą a potem już tylko świętowałam chwilę urzeczona Jej zachwytem i tempem w jakim pochłaniała ów wyrób. Świat smaków mojej Pacjentki rozrósł się odrobinkę i wygląda na to, że kogel-mogel rozpycha się w nim łokciami, bo gdy już powoli zbierałam się do wyjścia, zanim się pożegnałyśmy, zapytała: jak myślisz, czy możemy następnym razem zrobić kogel-mogel z dwóch jajek? Pewnie, że możemy!

Przez całą drogę powrotną do domu rozmyślałam nad paradoksem ludzkiego życia. Szczęście jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, składa się z malutkich elementów, tak małych, że czasem trudno je dostrzec, ale z pomocą moich Pacjentów jest to dużo, dużo prostsze. Wracałam i uśmiechałam się na samą myśl, że jutro, czyli dziś, będę mogła troszkę pomieszkać u siebie, odkurzyć, pouczyć się, pobyć… może nawet kogel-mogel, by przypomnieć sobie wspaniały uśmiech mojej Pacjentki...

wtorek, listopada 23, 2010

134. Prezenty

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Życie pogalopowało... W sobotę kupowałam prezent dla dzieci koleżanki, do której sześcioosobową ferajną jechaliśmy wieczorem. Uwielbiam kupować prezenty, bo moment decydowania się, choć trudny, jest chwilą, gdy wszystko potencjalnie jest możliwe. Zwykle jest tak, że kupno jakiegokolwiek prezentu oznacza również bardzo miłe zaskoczenie mnie samej przez okoliczności. W związku z tym, wcale nie zdziwiłam się, gdy tylko przechodząc obok półek z psychologicznymi książkami odkryłam, że… wydano kolejną książkę Elisabeth Kübler-Ross („Pytania i odpowiedzi na temat śmierci i umierania”). Uwielbiam wrażliwość tej kobiety, uwielbiam czytać o jej pracy i doświadczeniu. Oczywiście, że kupiłam nie patrząc na nic!

Czytam od niedzieli… powolutku… tylko w środkach transportu, ale dzięki tej lekturze poruszam się tramwajem jak statkiem kosmicznym. Wsiadam, tramwaj rusza, otwieram książkę i… już za moment jestem zdziwiona, że czas wysiadać. Nie odnotowuję żadnego z klikunastu zatrzymań pojazdu na przystankach pośrednich.

Jest wiele fragmentów w tej książce, które dotykają do żywego. Wiele z nich zatrzymuje, zmienia bezpowrotnie perspektywę. Jednak dwa chciałabym mieć w pamięci podręcznej --- pierwszy, który dla mnie zawiera esencję niewiarygodnie wielkiej wiary w człowieka; drugi, który jest dla mnie mocą (nie tylko krótkiego zdania), jest również najszybszą i najpiękniejszą odpowiedzią na pytanie: dlaczego hospicjum i ja?

Każdy człowiek ma coś do zaoferowania, jeśli tylko mu na to pozwolimy.”
Kiedy mierzysz się ze swoją skończonością, żyjesz inną jakością życia.”

E. Kübler-Ross, Pytania i odpowiedzi na temat śmierci i umierania,
Laurum, Warszawa 2010.

wtorek, października 12, 2010

97. Kolekcjonerka

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Są cechy, o które bym siebie nie podejrzewała. Są też takie, o których przestałam już marzyć, bo są dla mnie nieosiągalne. Na przykład, moja Siostra jest skrupulatna, dokładna, poukładana, do bólu konsekwentna. Ja jestem dokładna dopóki mi się chce, poukładaną co najwyżej bywam, konsekwentna tylko w pracy. Wszystkie te cechy są niezbędne, gdy chce się być znaczącym kolekcjonerem, na przykład, znaczków lub monet.

Ponieważ dość szybko zorientowałam się, że mam wiele cech, ale nie te, o których wspomniałam, więc nigdy na serio niczego nie zbierałam. Miałam pewne napady ideologiczne, na przykład, kolekcjonowałam żółwie, aby przypominały mi, że nie ma niczego złego w śpieszeniu się powoli. Była to chyba najdłuższa zbieracka przypadłość, jaką miałam.

Do wczoraj, biorąc pod uwagę swoje skromne zbiory, według mnie przeuroczych i mądrych, kartek ozdobnych, nie wpadłabym na to, że żyłkę kolekcjonera w ogóle posiadam a jednak…

Wczoraj Sadownik dostał nagrodę Nobla za obiad, który przygotował w niedzielę. W skład nagrody wchodził milion całusków i honorowe stanowisko pomocnika wolontariuszki.

Tydzień temu moja pacjentka rozmarzyła się na temat makaronu z warzywami, takimi duszonymi, że chciałaby jeszcze w tym życiu zjeść coś takiego. Chcesz to masz, pomyślałam. Kłopot polegał jednak na tym, że proces powstawania tego dania jest dla mnie tajemnicą. (A) Umiem pokroić warzywa, (B) cieszę się jak głupek, gdy to danie stoi przede mną na stole, ale nie mam pojęcia, co należy zrobić, aby przesunąć się z punktu A do punktu B bez angażowania Sadownika. Tu ujawnia się mój brak konsekwencji --- chwilowe, ale uporczywe nieprzestrzeganie zasady, którą sama sobie wymyśliłam, że nie angażuję członków mojej rodziny w sprawy mojego wolontariatu w hospicjum; zamiast tego cieszę się ich akceptacją faktu, że nie zawsze mają mnie dla siebie.

Sadownik jednak jest… najcudowniejszym Sadownikiem Świata i NieŚwiata --- zrobił makaron z warzywami. Moja Pacjentka weryfikowała swój pogląd dotyczący mężczyzn w kuchni, gdy za każdym z trzech razy upewniała się pytając, czy aby na pewno robił to mój Mąż. Nigdy nie zapomnę Jej uśmiechu… Przez godzinę marzyłyśmy wspólnie co zrobimy i zjemy w następny poniedziałek a co za dwa, trzy tygodnie...

Tak. Jednak jestem kolekcjonerką pełną gębą… ludzkich uśmiechów. Co Ty kolekcjonujesz?

poniedziałek, sierpnia 02, 2010

33. Woda mała i duża

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Pół szklanki wody to dla jednych, szklanka do połowy pełna, dla drugich, do połowy pusta. Każdego dnia staję przed wyborem filozofii życiowej zaklętej w owej niepełnej-półpełnej szklance. Uświadomiła mi to, oczywiście, Kudłata, zwracając baczniejszą uwagę na to, co mówią do mnie ludzie.

Ile już razy, na spacerach z Henią, słyszałam od spotykanych ludzi zdania typu: „wzięła Pani na siebie obowiązek”, „no, teraz to już kieracik wychodzenia na dwór”, „problemów pani nie miała, to już są”. Tak, pies to obowiązek wzięty na kilkanaście lat — kiwam głową i nie dyskutuję z tą prawdą — zarywam nocki, nie wiem już czym jest spanie jednym ciągiem do dziewiątej, z przykrością stwierdzam, że kilka razy straciłam cierpliwość.

Jednak, dzięki Kudłatej, na nowo usłyszałam sens słów, które słyszę tydzień w tydzień od swojej Pacjentki. Owa starsza Pani w trakcie naszej rozmowy, bez względu na temat, zawsze dociera do wysp tęsknoty i pyta: „to ja już nigdy nie będę mogła mieć psa, prawda?”. Tak, to prawda. Zaraz potem wymienia całą listę racjonalnych przyczyn, które uniemożliwiają jej posiadanie psa. Każdy, wymieniany powoli i metodycznie, powód znieczula ból życia bez zwierzęcia, co nie jest łatwe, gdy zawsze miało się psa, ale też każdy wspomniany powód jest dla mojej Pacjentki namacalnym dowodem na to, że wciąż żyje. Każdy oddech oznacza nadzieję, że może stanie się cud i jednak będzie mogła wyjść na dwór.

Prozaiczne, wydawać by się mogło, wyjście z psem na spacer — obowiązek psiarzy, dla mojej Pacjentki to wielkie marzenie. Czasem jestem pytana, co mi daje bycie wolontariuszką w hospicjum? Moi Pacjenci ożywiają moją Przytomność, która jest niezbędna bym mogła doceniać chwile — te zwykłe, ale jednocześnie cudowne, jedyne. Życie przyprawione odrobiną Przytomności sprawia, że nawet spacer w deszczu jest magią, nie każdy może poczuć na swej twarzy krople lecące prosto z nieba. Każdego dnia czuję się obdarowywana.

Dzięki mojej Pacjentce chodzę ostatnio i myślę, że jest czas na posiadanie psa i ów czas jest skończony. Cieszę się, że w końcu, razem z Sadownikiem, go mamy. Szczególnie intensywnie myślałam o tym wczoraj wieczorem, gdy w Trójkę wracaliśmy z nad jeziora, gdzie całe Stado zażywało kąpieli. Pies to obowiązek, ale dla mnie to również Zaszczyt. Ukłony dla Życia, z podziękowaniami…