piątek, sierpnia 31, 2018

2997. Z męskiej piersi ściągnięte wprost

Młody człowiek na siłowni miał koszulkę z takim znakiem.
Uśmiechnął mnie.

Spodobał mi się. Kupiłam.
Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła czegoś od siebie.

*

Sadownik:
(skomentował głośno)
S T I L L
UNDER
CONSTRUCTION

*

Jabłoń:
(wiele godzin później z dumą, bo ceni sobie zmianę)
FOREVER
UNDER
CONSTRUCTION

2996. Prezentu okolice

Sadownik:
Możemy iść tędy lub tamtędy.

Jabłoń:
To tędy.

Sadownik:
Jak pójdziemy tamtędy, to mogę ci pokazać
coś na prezent bożonarodzeniowy dla mnie.

Jabłoń:
Tędy, już mam wymyślony dla Ciebie prezent.
(nabrała trzy świąteczne hausty milczenia w usta)

Sadownik:
(po jakimś czasie w windzie)
Jak mi kupisz karnet na siłownię z trenerem osobistym,
to cię zabiję!

Jabłoń:
(ryknęła śmiechem i poprzysięgła, że to nie będzie karnet)

czwartek, sierpnia 30, 2018

2995. Jedenaste: nie faszyzuj

 wpis przeniesiony 10.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Część swego wychowania odebrałam na wodzie — mijające się domy pod żaglami oznaczały pozdrawiających się ludzi. Ale to było dawno. Prawie dwadzieścia lat temu, pierwszy raz w życiu będąc w polskich Tatrach (z Sadownikiem), było podobnie jak na wodzie — na szlakach ludzie uśmiechali się do siebie, pozdrawiali się, czasem zamienili kilka zdań więcej. Ale to też było dawno temu.

Być może z powodu powyższych doświadczeń, tym większe wrażenie wiele razy robiło na mnie patrzenie, jak w wielkopowierzchniowych sklepach ludzie się nie widzą — nie, nie myślę o pozdrawianiu każdego mijanego konsumenta; myślę o zwykłym przepraszam, proszę i dziękuję, na przykład o widzeniu w kasjerkach i ochroniarzach… ludzi, o widzeniu innych nieszczęśników z koszykami.

Wróciło do mnie to zadziwienie, gdy zobaczyłam pełnoformatowe zdziwienie na twarzy pani, która dba o czystość na siłowni, zaraz po tym, gdy powiedziałam Jej „dzień dobry”, a potem dodałam „dziękuję za pani pracę”. Prawie każdy człowiek, który choć raz doprowadził powierzchnie płaskie w swoim domu do czystości, wie, że ma ogromne szczęście, jeśli może zarabiać na życie inaczej.

Przypomniała mi się duża dyskusja z Sadownikiem o ulotkach rozdawanych na ulicach: brać czy nie brać? Wiele lat temu uważałam, że jeśli nie będziemy ich brać (wszyscy), to w końcu ktoś zrozumie, że ta forma reklamy jest bez sensu nie tylko dlatego, że niszczy lasy… Sadownik od zawsze brał, bo po drugiej stronie widział człowieka. Dziś mi wstyd za mój ośli, „zasadowy” upór — oczywiście, że biorę.

I tak sobie myślę, że szczególnie w dzisiejszych trudnych czasach ważne jest byśmy siebie widzieli. Jeśli nie widzimy, znajdując dobry powód: bo „to jego praca”, bo „przecież to obcy człowiek”, bo „mi się należy”, bo „ważna jest zasada”, uprzedmiotawiamy i stajemy się… pełnowymiarowymi faszystami (i co z tego, że tylko na chwilę).

Potrzebujemy widzieć innych.
Potrzebujemy być widziani.

Nie da się tego kupić, ale można mieć za darmo.

[suplement pikselowy: 11.02.2021]

środa, sierpnia 29, 2018

2994.

Jabłoń:
(opowiedziała Panu Ciasteczko, jak wracała z siłowni — wsiadając do autobusu powstrzymała starszego pana przed ustąpieniem jej miejsca: Panu to miejsce należy się bardziej niż mi, ale rozumiem, że Młody Duch w Panu chciał mi pomóc, dziękuję. Pan uśmiechnął się młodzieńczym uśmiechem, przechylił się w stronę Jabłoni i szepnął: od zawsze dostrzegam piękne kobiety)

Pan Ciasteczko:
I co ty na to droga, piękna kobieto?

Jabłoń:
(skonfundowana milczy)

Pan Ciasteczko:
No, jak ci z tym?

Jabłoń:
(choć nie musi, ale by uniknąć konfrontacji, z łatwością chwyta drugie znaczenie jednego z przymiotników; z grubsza wie, ile wydaje na książki, naukę, rehabkę i siłkę)
Że jestem droga, wiem!

Pan Ciasteczko:
(ryknął śmiechem, a Jabłoń doskonale wie dlaczego)

2993. Doczekana

 wpis przeniesiony 10.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Czekałam na nią od połowy lipca. Ukazała się dokładnie tydzień temu, ale ja byłam zawalona książkami. Wczoraj zaczęłam, powolutku, nie śpiesząc się. Delektowałam się, dałam się porwać siedmiu historiom. Gavalda! To już nie tylko nazwisko, ale również znak jakości, gwarancja zachwytu, uniesienia, zatrzymania, zadumy nad człowieczeństwem. Tytuł — niebywale adekwatny w przypadku każdej z opowieści. Miodzio!

Wszyscy wiemy, że szczęście nie istnieje i że trzeba sobie jakoś radzić, żeby toczyć szczęśliwe życie bez niego, ale w twoim przypadku… To, co robisz, to normalnie jakiś sabotaż.

*

[…] porzuć te przeterminowane wartości, Mathilde. Zdezerteruj. Wyprzęgnij się. Zrzuć mundur i zdaj broń. Zmywaj się i nie oglądaj za siebie. Zasługujesz na coś więcej niż takie życie.

*

     — Gdybym wiedziała, że będę go kochać tak mocno — dodałam, po zgaszeniu lampki — to kochałabym go jeszcze bardziej.

*

Dwa razy próbował się zabić, a potem ostatecznie ożenił się ponownie. Mówi, że efekt jest prawie ten sam, tylko że małżeństwo jest bardziej upierdliwe.

*

Dzięki mojemu psu przestałem tak zaciskać szczęki i odzyskałem przyjemność z jazdy. Przerwy na siku mają swoje zalety – odkryłem nawet tu i tam kilka zakątków, gdzie dobrze by się żyło.
     Dzięki temu porzuconemu psu, który tak grzecznie czekał na mnie pierwszej nocy i ani przez chwilę nie zwątpił, że po niego wrócę, który liczył teraz na moją opiekę, stałem się lepszy. Może nie szczęśliwszy, ale lepszy
.

*

Jestem z ciebie dumny, wiesz? Nie wiem, dlaczego to zrobiłeś, ale wiem, że masz swoje powody i to mi wystarcza. Wiem, kim jesteś. Ufam ci.

*

Chciałem po prostu zapisać to, co dzisiaj przeżyłem.
     Moją rodzinę, mój zawód, moje zmartwienia, to, co mnie jeszcze dziwi i co mnie już nie dziwi, moją własną naiwność, zaszczyty, szczęście…
 
     Moje fundamenty.
     Moje punkty życia
.

*

     — Ludzie żyją i jedyna rzecz, o jakiej pamiętamy po ich śmierci, jedyna rzecz, która się liczy, jedyna, która po nich zostaje, to ich dobroć.
     — …
     — Nie zgadza się pan ze mną?
     — …
     — Zamiast rozpamiętywać, czego nie dał panu ten człowiek, proszę opowiedzieć o jego dobroci
.

*

Faworyzowałem surowość i niezdarność, żeby przemienić te ułomności w atuty. Faworyzowałem to, co najmniej działało na moją niekorzyść. […]
     Zdałem sobie sprawę, że u ciebie, nawet jeśli mieszkałeś sam, było jakieś życie, życie czuło się mile widziane. U mnie nie było go już wcale.

*

Zrozumieć, co mi się stało, zrozumieć, co utraciłem, a przede wszystkim — to wciąż twoje zdanie — zrozumieć, co zyskałem.

*

[…] od dłuższego czasu miałem przeczucie, że to będzie też pożegnanie mojego kawalerskiego życia... (zbyt tłusty, żeby wcisnąć się w swoją starą piankę, zbyt ciężki na swoją deskę, zbyt niedołężny na tak ogromne fale, zbyt zdrętwiały na te wszystkie gleby, za młody, by umrzeć, za stary, żeby wciąż liczyć na uwagę laseczek z konkursu bikini, zbyt zmordowany, żeby dać opór alkoholowi, zbyt napity, żeby trzymać dystans, za gruby na chippendale’a, zbyt niepoważny, żeby ojciec panny młodej miał czego żałować, za wolny do gry w pelotę, zbyt zmęczony na grę wstępną, zbyt naćpany, żeby dojść, zbyt melancholijny, żeby się z tego śmiać, zbyt żaden, zbyt cokolwiek, zbyt żaden do czegokolwiek). Tak, często miałem przeczucie, że wybiła ostatnia godzina mojego leserstwa. Że się zestarzałem.

*

Więc płakałam. Spuszczałam nadmiar w zbiorniku. Zrzucałam balast. Tama puściła. Z upoważnienia.
     Ależ mi było dobrze
.

*

Patrzyłam na ciebie. Dobrze widziałam, że nie próbujesz kluczyć, wręcz przeciwnie — obracałaś w głowie swój kłębek na wszystkie strony, szukając końcówki nici, za którą można by pociągnąć, żeby zacząć snuć historię.

*

Kiedy ktoś cię rozśmiesza, wówczas twoje serce, choćby nie wiem jak chciało temu zaprzeczyć, jest dawno zdobyte.

*

Nie uśmiechałam się w ten sposób już od dawna. Uśmiechałam się i płakałam jak bóbr. Dawno niewidziany uśmiech uwolnił moje dawno zapomniane łzy. Nie jakąś tam gorzką łezkę, jak chwilę wcześniej albo tego ranka w kawiarni, tylko porządne, okrągłe i rzęsiste łzy, płynące szerokim strumieniem. Ciało, w którym coś się poluzowuje. Surowość, która ustępuje. Smutek, który topnieje.

*

Mulan Mushu, źródło.

A i owszem. Nie należy wierzyć w pozory. Może i jestem wulgarna, ale to dla mnie rodzaj kamuflażu. Jestem jak gekon na pniu drzewa albo lis polarny, który zmienia futro na zimę, moja warstwa widoczna nie przedstawia mojej prawdziwej barwy.

Anna Gavalda, Rozbrojeni, przeł. Paweł Łapiński,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)

2992. U Orzeszka i Białego Kruka (XLIV)

Jabłoń:
(już się cieszy na pigwę z imbirem do herbaty
w jesienne deszczowe dni i zimowe mroki
)

Biały Kruk:
Wiesz, z tej ilości powinna zostać szklanka pestek…
zrobię amaretto z pigwy, przepis już mam.

fot. Biały Kruk, fragment.

Rekordowe 25 kg „pigwy” (czyli pigwowca)
Orzeszek i Biały Kruk nazbierali niczym „grzyby”.

wtorek, sierpnia 28, 2018

2991. Psychodynamiczne bingo!

 wpis przeniesiony 10.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Czysty przypadek podarował mi tę książkę. Za niespełna dziewięć złotych postanowiłam zaryzykować. W ten sposób spotkałam bezcennego psychodynamicznego „Yaloma”.

Najpierw dzieliłam tę książkę, czytając równolegle Pollacka, 10% jednej, 10% drugiej, 10% jednej… aż do momentu, gdy już od Pollacka nie mogłam się oderwać. Potem czytałam do akapitu, który dotykał i gadał do najgłębszego mojego „ja” — odkładałam, by mądrość akapitu wsiąkła w moje doświadczenie. W efekcie czytałam długo. Skończyłam przy niedzielnej kawie, w cichym poranku dosypiającego jeszcze miasta.

Porusza, dotyka, konfrontuje, zmienia… Pozostawiła mnie z ciekawością, czy i jakie wrażenie robi ta książka na ludziach, którzy nigdy dotąd nie podarowali sobie luksusu, jakim jest dobra terapia.

Dobry terapeuta to człowiek mądry — mądrością wewnętrzną, która ma swoje źródło w doświadczeniu bólu i cierpienia, jakie niesie życie. Takiej mądrości nie da się nabyć w żaden inny sposób.

*

Zresztą, drugi człowiek zawsze pozostaje dla nas zagadką, niezależnie od tego, ile się o nim dowiemy.
Jeśli każdy człowiek jest tajemnicą, psychoterapia to sytuacja, w której tajemnica spotyka tajemnicę.

*

Zawsze będziesz większy niż teorie na twój temat.

*

Człowiek — każdy człowiek — jest niepoznawalny.
     Każdy z nas jest tajemniczą świadomością, której nie da się zdefiniować, umieszczając w konkretnej przestrzeni, przypisując takie a nie inne wspomnienia, tęsknoty i aspiracje. Jesteśmy milczącą otwartością. Teorie, nawet najpiękniejsze, nie mogą nas opisać; są najwyżej drogowskazem, który ku nam prowadzi
.

*

Słuchaj tego, co kryje się pod poziomem myśli, a usłyszysz to, czego ci, którzy „wiedzą wszystko”, nie usłyszą nigdy.

*

Z przedmiotami idzie nam łatwo — są po prostu tym, czym są, i raz wyprodukowane, nie zmieniają się. Ale człowiek żyje, ewoluuje, zmienia się. Kiedy kogoś kochamy, przyjmujemy go takiego, jakiego znamy go dzisiaj, jaki będzie jutro... Akceptujemy także to, że są rzeczy, których nigdy w nim nie zrozumiemy.

*

     — Kiedy ludzi ogarnia złość, ich serca oddalają się od siebie. Muszą krzyczeć, żeby się wzajemnie usłyszeć. Im bardziej są wściekli, tym głośniej muszą krzyczeć, bo dzieląca ich odległość się zwiększa. A co się dzieje, kiedy dwoje ludzi zakochuje się w sobie? Szepczą. Nie muszą mówić głośniej, bo ich serca lgną do siebie nawzajem. Kiedy ich miłość nabiera mocy, w ogóle nie muszą już mówić. Słowa są niepotrzebne, wystarczy, że patrzą sobie w oczy — mówił dalej mędrzec. — Kiedy więc kłócisz się z kimś, nie używaj słów, które odepchną go jeszcze bardziej, bo przyjdzie dzień, kiedy nie będziesz już w stanie krzyczeć tak głośno, żeby zostać usłyszanym, i nie znajdziesz powrotnej drogi.

*

Pewnego dnia weszła do gabinetu i rozsiadła się w fotelu.
     — W poprzednim wcieleniu byłam Marią Magdaleną — oznajmiła z szerokim uśmiechem.
     — Och, zawsze to wiedziałem — odparłem.
     — Jak? Skąd...?
     — Świetnie pamiętam to miłe uczucie, gdy myła mi pani nogi.
     Najpierw szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, a potem wybuchnęła śmiechem
.

*

Kiedy odrzucamy fałszywe odpowiedzi, zaczynamy iść drogą pytań, które stawia nam życie, i pozwalamy, żeby doświadczenie przyniosło nam prawdziwą wiedzę.

*

Chociaż staramy się ignorować rzeczywistość, ona wciąż tu jest. Gdy jej nie widzimy, potykamy się o nią.

*

[…] to, co wydaje się być oczywistą przyczyną naszego cierpienia, rzadko kiedy rzeczywiście nią jest. […] Zdrowiejemy, kiedy zaczynamy akceptować samych siebie, ludzi, nasze życie. Człowiek jest tajemnicą. Czy można ją do końca poznać? Nie. Można ją jednak przyjąć i zgodnie z nią funkcjonować.

*

Nawet w czasach, kiedy ludzkie cierpienie przekłada się na język wzorów chemicznych, sprowadza do chemii mózgu, tłumaczy mylnymi przekonaniami albo kiepskimi genami, serce wciąż dopomina się uwagi. Człowiek to nie kubeł, który można wypełnić pigułkami. To osoba, pragnąca zrozumieć własne życie wewnętrzne, więzi łączące ją z innymi i świat wokół.

*

Jeśli psychoterapia jest podróżą, dokąd się udajemy? Donikąd. Cała rzecz polega na tym, że właśnie przestajemy pędzić przed siebie. Przestajemy uciekać.

*

[…] kim naprawdę jesteśmy pod pancerzem słów, przekonań i złudzeń.

*

Niepokój zawsze jest oznaką czegoś, co pozostaje utajone, niewypowiedziane. […]
     Jeśli czujemy, że „coś z nami jest nie tak”, oznacza to być może, że chcemy zacząć nowe życie, w którym będzie miejsce na prawdę o nas samych.

*

Gdy „na żywca” doświadczamy śmierci naszego marzenia, w fizycznej śmierci możemy dostrzec drogę ucieczki przed cierpieniem, jakie przynosi żałoba. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że tak naprawdę nie jest to ból agonii, tylko ból porodowy.

*

Stopień intensywności cierpienia, jakie odczuwamy, jest równy dystansowi, jaki dzieli nas od rzeczywistości.

*

Rzadko uciekamy przed problemami, które zagrażają nam od zewnątrz. Najczęściej do ucieczki skłaniają nas własne uczucia.

*

Goniąc za spełnieniem, zapominamy o własnych uczuciach. Popełniamy błąd. Czy drzewa pędzą gdzieś, żeby urosnąć? Czy jeśli zaczniemy ciągnąć za pąk, ten szybciej rozkwitnie? Kwiat nie upiera się, że wolałby być na innym etapie rozwoju, niż właśnie jest. Spokojnie poddaje się ciśnieniu, które rozpiera go od środka – tak działa rozwijające się życie, płatki pęcznieją, rozsadzają pąk i kwiat się rozwija. […]
     Jesteśmy istotami o wiele bardziej złożonymi niż kwiaty. Ale podobnie jak one, rozwijamy się. Uczucia ukazują, kim jesteśmy naprawdę. Wyrzekając się ich, odcinamy się od swojej wewnętrznej głębi. […] Gdybyśmy, zamiast uciekać przed własnymi uczuciami, zagłuszać je i odcinać się od nich, usiedli spokojnie i zaakceptowali ich trudne towarzystwo, moglibyśmy odkryć, kim jesteśmy za fasadą słów, tłumaczeń i wymówek.

*

     — Powinnam się zmienić?
     — Nie chodzi o to, co pani powinna, ale o to, czego pani chce.
     Wmawianie sobie, że się coś powinno, to rodzaj skrywanej przemocy. Każemy sobie robić coś, czego robić nie chcemy, czuć coś, czego nie czujemy, czy wreszcie — być kimś, kim nie jesteśmy
.

*

     — To mnie wykończy — westchnęła.
     — Nie. To wykończy złudzenia, w które pani wierzy
.

Jon Frederickson, Kłamstwa, którymi żyjemy.
Jak zmierzyć się z prawdą, zaakceptować siebie i zmienić swoje życie
,
przeł. Maria Nowak, W drodze, Poznań 2018.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, sierpnia 27, 2018

2990.

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

tydzień temu spadła na mnie wiadomość. niech to szlag! — pomyślałam.
przed weekendem Pan Ciasteczko do szewskiej furii został doprowadzony*.

wracałam dziś z rehabki, myśląc o jednym i drugim. obserwowałam
zasadniczą, życiową zmianę w sobie, bo przyszło do mnie, zaskoczyło i zostało:

ciekawe, co dobrego z tego wyniknie…

______________
* to naprawdę trudne zadanie, trzeba się nieźle narobić. Jabłoni udało się to w przypadku Sadownika raz, może dwa w życiu.

(2987+2). Przegląd weekendu (III)

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Między siłką a kinem, łapiąc oddech, delektowałam się. Anarchistka we mnie zdziwiła się, że aż 25% nominacji do Nike 2018 za mną.

Po latach
ze wszystkich zarzutów
oczyściła ich
miłość
.

*

Patrzymy na złom cmentarza.
Mniej więcej umarli. Ale więcej nic
.

*

Użala się nade mną moje DNA.
Dziedziczne choroby udają
że się nie znają. Jak to bywa w rodzinie.

*

Historia
Stój. Nie uciekaj przed nią.
Nie prowokuj jej.
Nie wykonuj
gwałtownych ruchów.
Nie odwracaj się nagle.

Ona nie zrobi ci krzywdy
dopóki
nie odbierzesz jej
miski z jedzeniem
.

*

Bitwa pod Rozumem
W bitwie pod Rozumem
straciliśmy sporo krwi.

Kto będzie teraz
umierał za ojczyznę?

Nie ma chętnych.

Zgłosił się jedynie
amator mocnych wrażeń.

Dubler patrioty
.

Ewa Lipska, Pamięć operacyjna,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

(2987+1). Przegląd weekendu (II)

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Film wybrał Sadownik. Ja tylko zarezerwowałam bilety i dopilnowałam, by niedzielny seans nie kolidował mi z siłownią.

Georginia:
(na początku naszego rzędu w kinie)
Chcesz siedzieć koło męża?

Jabłoń:
Nieeee!!!

Georginia & Sadownik:
(ryknęli śmiechem)

Ryczałam jak bóbr, jakby mi w sobotę mało było łez. I znów z ostatniej sceny wyjęłam piękną melodię. Wyjęłam dzięki temu, że tercecik ma w zwyczaju oglądać filmy do ostatniej literki z napisów końcowych. Trzyma mnie w sobie ten film, jego powolność, światło, ostatnia scena… trzyma.

ALA.NI, Feeling Lonely on Sunday Afternoon,
[wyjęte z filmu] Księgarnia z marzeniami.

2987. Przegląd weekendu (I)

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Film polecił Biały Kruk, mówiąc: tobie będzie się podobał. Mistrz tłumaczenia przetłumaczył tytuł-idiom finding your feet (sprytnie? po pijaku?) na polski tytuł: Do zakochania jeden krok — a może to był tylko dubler tłumacza — naprawdę ten tytuł miał bardziej żreć?

Film, fantastyczny! Jakim cudem ani Orzeszek, ani Biały Kruk nie uronili na nim choćby jednej łzy, nie mam pojęcia, ryczałam jak bóbr. A z ostatniej (przeprzeprzepięknej) sceny wyjęłam mądre słowa i piosenkę.

To był pierwszy taki weekend w moim życiu — siłka × 2, film × 2 i dobre jedzenie w wyśmienitym towarzystwie. Wygląda na to, że dzięki światu bez kopytka i pioruńskiej poprawce… i found my feet, i’m running to the future, too — niektórzy muszą się połamać, by złożyć się w żywą całość, niektórzy muszą… dwa razy.

Elkie Brooks, Running to the Future.

so I'm running to the future
I hope we will be strong
I'm running along besides you
cause I know that's where I belong

and it's calling me...
yes it's calling me
to you

sobota, sierpnia 25, 2018

2986. No żeż!

Sadownik & Jabłoń:
(o zbliżającym się urlopie rozmawiają)

Jabłoń:
Sprawdź, czy w okolicy jest siłownia?

Sadownik:
(sprawdza i po chwili ze zdziwieniem)
Nie ma, nie ma żadnej siłowni!

Jabłoń:
Rozumiem, że nie ma kina, księgarni, ale siłowni?!
To jak oni tam kulturę robią?

2985. Między człowiekiem a człowiekiem

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Za każdym razem, kiedy zapraszamy kogoś do osobistej relacji, nasza inicjatywa ożywi w tej osobie wspomnienia relacji, jakie dane jej było przeżyć.

Jon Frederickson, Kłamstwa, którymi żyjemy,
przeł. Maria Nowak, W drodze, Poznań 2018.

Oniemiałam po przeczytaniu tych słów, po zanurzeniu się w ich głębi, po przyjrzeniu się kilku moim relacjom (choć zamknięte, we mnie jeszcze domykają się na nowo… za czymś jeszcze rozglądam się na zgliszczach) — w jaki sposób spotkaliśmy się jako dwie osobiste historie doświadczeń, a nie dwoje ludzi?

*

Gitara. Nie przepadam za tym instrumentem, ale tych czterech gitarzystów porwało mą duszę jakieś dziesięć dni temu i nie puszczają. Łomolę bez wytchnienia… thank you.

The Thrill Is Gone, Chicago 2010, od prawej: B.B. King,
Eric Clapton, Robert Cray, Jimmie Vaughan.

2984. Strzeliło do łba przeczytać

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Strzeliło mi do łba, by zaznaczyć do upolowania po wysłuchaniu audycji. Upolowałam w środę, gdy wysypało się również kilka innych książek, które na mnie czekają.

Czytałam, zastanawiając się, co strzeliło mi do łba. Historia przemocy jest historią wielopiętrowej, wielokrotnej, również instytucjonalnej, przemocy. Nie odpoczniesz przy tej książce, ale masz szansę zobaczyć wielowymiarową ambiwalencję uczuć głównego bohatera oraz zrozumieć, że piekło trwa dłużej niż pierwotny akt przemocy — piekło organizują uprzedzenia, przekonania, procedury, formularze, chłód profesjonalizmu.

Badając i mierząc ślady na mojej skórze, można było orzec, czy przekroczyłem tę symboliczną i szczelną dla niewprawnego oka granicę oddzielającą zwykłe zranienie od otarcia się o śmierć.

*

[…] złość wracała. Przypominałem sobie, że nie chciałem robić tego, co właśnie robiłem, i złość powracała, ale złość to przysięga zbyt trudna do dotrzymania.

*

Musiałem wciąż powtarzać i powtarzać, wszyscy ludzie wokół zmuszali mnie do powtarzania, nie widziałem już mężczyzn ani kobiet, tylko powtórki ukryte w ich ciałach, zresztą po półgodzinie oboje, policjant i policjantka, powtórzyli słowo w słowo to samo — oni też się powtarzali, tym samym niedbałym, chłodnym i profesjonalnym tonem — co policjant z place Saint-Sulpice: „To nie jest sprawa dla nas”. Należało się z nią zwrócić do instancji bardziej kompetentnej, do innych osób, w tym przypadku do policji kryminalnej. „Nie mam już siły” – wyznałem, co policjantka skwitowała: „Rozumiem”.

*

Próbowałem wyobrazić sobie moje życie w ciągu najbliższych miesięcy, ale widziałem tylko procedury.

*

Szedłem korytarzem prowadzącym do gabinetu tego drugiego lekarza, pełnym światła dziennego wpadającego przez ogromne okna, i myślałem: Policz do tysiąca dwustu i będzie koniec. Do tysiąca dwustu. Tysiąc sto dziewięćdziesiąt. Tysiąc sto dziewięćdziesiąt osiem. Promienie słońca wypełniały korytarz oślepiającym światłem, zbyt jasnym i czystym, szyderczym. […]
     […] Nie zadawała zbyt wielu pytań, za co byłem jej wdzięczny. Powiedziała, że to, co mnie spotkało, było jak śmierć. Ja, który czułem ulgę, ponieważ przeżyłem, nie rozumiałem, po co wraca do tematu śmierci.

*

I myślałem też: Dlaczego ofiary Historii zmusza się, by zostały jej świadkami — jakby samo bycie pokonanym nie wystarczyło — dlaczego pokonani muszą jeszcze dodatkowo zaświadczać o stracie, dlaczego muszą jeszcze opowiadać o niej do upadłego, do całkowitego wyczerpania, to niesprawiedliwe, nie jestem niczyim aniołem stróżem. Wciąż siedząc uparcie z zasznurowanymi ustami, myślałem: Nie, powinno być odwrotnie, powinno ci przysługiwać prawo do milczenia, ofiarom przemocy powinno się pozwolić milczeć, tylko im powinno być wolno zachować milczenie, a innym powinno się wyrzucać, że nie powiedzieli wszystkiego...

*

Z doświadczenia wiem, że autyzm tych, którzy chcą o przeszłości zapomnieć, jest równie groźny, co autyzm tych, którzy o niej obsesyjnie myślą. Nauczyłem się, że nie chodzi o to, czy zapomnieć, czy nie, bo to fałszywa alternatywa, jedyne wyjście – jak w tym tygodniu, po upływie prawie roku, powiedziałem Clarze — to osiągnąć taką formę pamięci, która nie powtarza przeszłości, i od tamtej nocy dwudziestego czwartego grudnia nad tym pracuję, obiecałem to Didierowi.

*

[…] dziś jest jednak odwrotnie, całkowicie odwrotnie — został mi tylko język, a przestałem się bać. Dziś mogę powiedzieć: «Bałem się», ale te słowa będą zawsze tylko porażką, rozpaczliwą próbą odnalezienia emocji, prawdy strachu.

Édouard Louis, Historia przemocy, przeł. Joanna Polachowska,
Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)

czwartek, sierpnia 23, 2018

(2973+3+7). Koło historii (III)

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Lubię proste pytania, które stawia Autor w przejmująco ludzki sposób. Proste pytania, na które często nie ma odpowiedzi, jest zaduma i zadziwienie. Podziwiam drogę, jaką przeszedł Autor w drodze do siebie. Podziwiam Jego ciekawość, przytomność i nieustępliwość w dotarciu do prawdy.

Z historii jestem absolutnym betonem — gdy więc w pełnym zdziwieniu raportowałam Sadownikowi, że właśnie przeczytałam, że Watykan po wojnie pomagał nazistom w emigracji do Ameryki Południowej, ten równie zdziwiony zapytał: nie wiedziałaś? Nic, tylko muszę pogratulować znajomym-katolikom wytrwałości w wierze.

Ta książka jest w pewnym sensie kolejnym przypomnieniem-ostrzeżeniem: na faszyzm chorują nie tylko łyse, testosteronowe, impregnowane na wiedzę młode byczki, ale również wykształceni, zacni obywatele, którzy w obecnych czasach mieliby znak Polski Walczącej na ramieniu lub tylnym zderzaku samochodu.

[…] próbowałem rozszyfrować coś, co na zawsze pozostanie fragmentaryczne. Wtedy zrozumiałem, że nigdy nie znajdę odpowiedzi na dręczące pytanie, jak to możliwe, że akurat mój ojciec „na mocy swoich kompetencji” kazał popełniać takie czyny, być może sam sięgał po broń. Ojciec, sturmbannführer, któremu dziesiątki lat później jeden z jego ludzi miał wystawić świadectwo niezmiennie humanitarnego postępowania. Humanitaryzm — co oznaczał w języku sprawców?

*

Zastanawiam się, czym tłumaczyła swoją nieobecność w domu. Mówiła mężowi, mojemu ojczymowi, szczerą prawdę? Czy znajomi coś o tym szeptali, robili jakieś uwagi? Linz nie był wielkim miastem, raczej nie udałoby się utrzymać romansu w tajemnicy — w dodatku romansu z szefem gestapo, którego wielu znało.
     […] SS miało się składać z samych najlepszych nie tylko pod względem „rasowym”, lecz także obyczajowym. Zakon niemieckich mężczyzn. Poza tym Himmler żądał od swoich „braci zakonnych”, aby w miarę możności między dwudziestym piątym a trzydziestym rokiem życia zakładali rodziny.

*

O życiu prywatnym ojca, o tym, jaki był, co myślał, wiem niewiele, właściwie nic. Do dziś pozostał dla mnie postacią z mroku, kimś o ledwo rozpoznawalnych konturach.

*

Ojczym musiał go znać, jednak nigdy nie przeszłoby mu przez usta jakieś nieprzychylne słowo. Milczał, a ja nie pytałem. Panowała między nami głęboka cisza, którą długo uważałem za rzecz normalną.

*

Dlaczego akurat on?
     To pytanie towarzyszy mi od wielu lat jak posępny cień, o którym wiem, że nigdy się go nie pozbędę.

*

W określonych warunkach pamięć historyczna bywa zdumiewająco krótka. Dziesięć lat okazuje się wtedy długim okresem, który zaciera wiele wspomnień.

*

„Decyzje i sprawy Tajnej Policji Państwowej nie podlegają czynnościom sprawdzającym ze strony sądów administracyjnych”, zapisano w ustawie o gestapo z lutego 1936 roku. Gestapo było państwem w państwie, jego czołowi funkcjonariusze czuli się światopoglądową elitą, wojskiem walczącym z wewnętrznym wrogiem narodowego socjalizmu, ze zdrajcami narodu, Żydami, marksistami, Kościołami.

*

Zabójstwo nie równało się zabójstwu. Masowa zbrodnia należała do obowiązków, zabójstwo wskutek niedbalstwa było oznaką słabości. A słabości w SS nie tolerowano.

*

Włosi — mówił [dziadek] — to zdrajcy. Tak jak Czesi. To już dopowiadała babcia; a może też stryj, brat ojca. Wszyscy oni upodobali sobie lakoniczne, nieznoszące dociekliwości sądy, za pomocą których objaśniali świat. Amerykanie to świnie. Francuzi – świnie. Nie mówiąc o Żydach. Takie to proste.

Martin Pollack, Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu,
przeł. Andrzej Kopacki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.
(wyróżnienie własne)

środa, sierpnia 22, 2018

2982. Kromeczki (VIII)

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

bardziej milczę. daję się
porwać obrazom i słowom.

Sol & Luna by Kaan.

*

Filozof Ernst Bloch powiedział, że prawdziwa nadzieja polega na tym, że człowiek wyciąga ręce, żeby przyjąć coś, co już na niego czeka. Kiedy otwieramy się na rzeczywistość, pojawia się nadzieja — dostrzegamy różne, prawdziwe możliwości. To moment, gdy mamy wrażenie, że się rozwijamy i rośniemy w siłę. A przecież nadzieja nie sprawia, że stajemy się więksi albo silniejsi. Nie musi. Nadzieja ukazuje po prostu to, jacy jesteśmy naprawdę.

Jon Frederickson, Kłamstwa, którymi żyjemy,
przeł. Maria Nowak, W drodze, Poznań 2018.

wtorek, sierpnia 21, 2018

2981. Kromeczki (VII)

Kaan, Apus, Kaapusątka — wypoczywają.
A ja bez zmian, w zachwycie nad kromeczkami, świętuję Życie.

fot. Kaan, fragmenty.

2980. U Orzeszka i Białego Kruka (XLIII)

Biały Kruk:
(napisał i przysłał zdjątko)
A to…
…jest dereń.


(by potem dodać w kolejnym mejlu)
Jeszcze…
…na drzewku.

fot. Biały Kruk, fragmenty.

Jabłoń:
(do dziś nie miała pojęcia, jak wygląda dereń jadalny;
na degustację nalewki już się zapisała
)

2979. W zatrzymaniu

Jeśli przyjmiemy życie takim, jakie jest, nie unikniemy bólu. Bo życie na pewno nam go nie oszczędzi. Odbierze nam wszystko, co mamy, i każdego, kogo kochamy — w momencie śmierci albo wcześniej.

*

Prawdziwe życie jest bolesne, życie w zaprzeczeniu jest niebezpieczne.

Jon Frederickson, Kłamstwa, którymi żyjemy,
przeł. Maria Nowak, W drodze, Poznań 2018.

* * *

fragm. kadru z filmiku X.Y.,
potem X.Y. i Z.Y. sprawnie się podnieśli.

poniedziałek, sierpnia 20, 2018

2978. U Orzeszka i Białego Kruka (XLII)

Biały Kruk:
(przysłał wczoraj zdjątka cytryńca)

fot. Biały Kruk, fragmenty.

Jabłoń:
(wczoraj wieczorem reklamację telefonicznie złożyła)
Tatku, nieostre to w misce, zrób jeszcze raz.

*

Biały Kruk:
(przysłał dziś poprawkę)

fot. Biały Kruk, fragment.

Jabłoń:
(reklamacji dot. ogonków nie będzie już składać,
poczeka na nalewkę z tych owoców
)

niedziela, sierpnia 19, 2018

2977.

Jabłoń:
Nie chcę dziś do kina, chcę na siłownię.

(2973+3). Koło historii (II)

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Koło mojej pierwszej podstawówki był park. Wracając do domu z mojej trzeciej podstawówki, przechodziłam obok parku, w którym lubiłam zbierać kasztany. Na skraju, w głębi pierwszego parku znajdowały się zniszczone groby — jako dziecku nie przyszło mi do głowy, że cały on mógł być kiedyś cmentarzem. O tym, że drugi park był wcześniej cmentarzem dowiedziałam się dopiero kilka lat temu, jakoś przez przypadek. Próbując wczoraj dowiedzieć się, jakiego wyznania był to cmentarz, okazało się, że nie miałam pojęcia, że na skrzyżowaniu obok tego drugiego parku, za kioskiem, w którym do swoich dziecięcych kolekcji kupiłam wiele pocztówek, za moich czasów był tam zielony teren, który… — teraz już to wiem — przed II wojną światową był cmentarzem żydowskim.

Tyle mogę dodać do książki, która na cyfrowym stosiku czekała na mnie dwa lata z hakiem. Pamiętam jak przez mgłę, że próbowałam do niej podejść, ale nie dałam rady za pierwszym podejściem. To druga z książek obowiązkowych na czas rocznic wojennych z oenerowcowami i wojskami obrony terytorialnej w tle.

Teraz koło zupełnie innej podstawówki chodzę z Heniutką na poranne zaspokajanie potrzeb fizjologiczno-plotkarskich. Mural podstawówka ma z powstańcem warszawskim — dziesięcio- lub jedenastoletnim chłopcem w mundurze, konkretne imię i nazwisko, data urodzin, data śmierci… uśmiechnięty chłopiec na ścianie, niczym świeżutko wyjęty z gry komputerowej. Wolałabym, by szkoły uczyły dobroci, zaufania, ciekawości do Innego (również w sobie). By uczyły, że wojna jest zawsze czymś strasznym, że nie ma wygranych — są wdowy, osieroceni, wspomnienia po zabitych i przetrąceni weterani, jest krzywda na wiele pokoleń, a nie chwała.

Liczne przykłady pokazują, że próby ukrycia raz na zawsze masowych grobów skazane są w większości wypadków na porażkę, mimo że odpowiedzialni za to ludzie, często wspierani przez władze, nie szczędzą starań, by zatrzeć ślady i utrudnić albo całkowicie uniemożliwić późniejsze poszukiwania, a zwłaszcza identyfikację ofiar.

*

Nasza mapa też powinna to sprawić – niewidoczne uczynić widocznym, a przez to zrozumiałym. Mapy nie pokazują jedynie, co gdzie leży, na jakiej długości i szerokości geograficznej, w jakiej odległości od danej miejscowości, lecz opowiadają również jakąś historię. Także bolesną.

*

Skażone krajobrazy są wszędzie. Europa Środkowa, Środkowo-Wschodnia, Południowa — niezależnie od nazwy wszystkie części naszego kontynentu są nimi pokryte […]. Odkopano tam kilka grobów, wydobyto resztki ciał, niektóre nawet zidentyfikowano, tu i ówdzie po latach postawiono dla upamiętnienia monumenty. Większość takich miejsc pozostaje jednakże nadal nieznana. Wiemy, że są, ale nie znamy ich dokładnego położenia. Te groby być może już nigdy nie zostaną odnalezione. Zmarli pozostaną zatem anonimowi, pozbawieni własnej twarzy i nazwiska, historii. Sterta kości, nic więcej.

*

Jednak nie o dokładne liczby tu chodzi, doświadczenie nauczyło nas, że okropności nie da się wyrazić w nagich cyfrach. Ważniejsze niż liczby są nazwiska ofiar, bo tylko dzięki nim można opowiedzieć pojedyncze losy, co stanowi niepodważalny warunek, by wyrwać tych ludzi z niepamięci, a ich historię przekazać ocalonym i potomnym.

*

„[…] A czy to, co się później działo, te morderstwa, te gwałty, to palenie, to zabijanie Żydów, czy to Bogu się podobało i czy ten na górze — wskazał palcem sufit — nie miał nic temu do zarzucenia?”

*

Rzeczywiście, z pytaniem o tożsamość ofiar łączy się nierozerwalnie drugie – o sprawców, o których w wielu wypadkach wiemy równie mało co o zamordowanych. Kim byli? Ilu ich było? Nosili mundury czy byli cywilami, może sąsiadami ofiar, którzy działali na własną rękę? Żeby się wzbogacić? Żeby wyrównać stare rachunki? Z rasowej nienawiści, która raptownie zamieniła się w żądzę krwi? Z innych powodów? Czy ich potomkowie mieszkają wciąż w skażonym krajobrazie, w pobliżu grobów?

*

Pod koniec 1944 roku strzałokrzyżowcy rozstrzelali w Budapeszcie tysiące Żydów. Zwłoki wrzucono do rzeki, która według relacji świadków zabarwiła się w tych dniach na krwisto czerwony kolor. Dzisiaj tamtą zbrodnię upamiętnia pomnik […] — sześćdziesiąt par metalowych butów tuż przy brzegu. W innych miejscach nie ma pomników, są co najwyżej pojedyncze opowieści, coraz to cichsze, powoli gasnące wspomnienia, które wkrótce całkowicie się zatrą.

fot. źródło.

Martin Pollack, Skażone krajobrazy, przeł. Karolina Niedenthal,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.
(wyróżnienie własne)

Dziadziuś, jak mawiałem o dziadku z miłością, był pasjonatem polowań i przede wszystkim miał wielki dar opowiadania. Był również z przekonania nazistą i antysemitą, który jak cała reszta rodziny ze strony ojca nigdy ani na jotę nie wyrzekł się swoich poglądów. Nie mówiąc o przyznaniu się do winy. Po grób. Ale równocześnie był cudownym dziadkiem, który otoczył mnie nieskończoną miłością.

(tamże)

sobota, sierpnia 18, 2018

2975. —

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Cytat-trivium: W Polsce nie ma wystarczającej pomocy dla niepełnosprawnych i ich rodzin. Reszta tej książki to doświadczenie i doświadczanie życia. Pięć kobiet, ale również czterech mężczyzn i rodzeństwo. Jedna (masakryczna) teściowa i sąsiedzi. Pięć kobiet — pięć Mam z innej planety.

Ta książka jest dla sprawnych i zdrowych, by choć otarli się o ułudę zrozumienia. Dla tych, którzy bezsilność mylą z brakiem charakteru i woli walki. Dla tych, którzy jeszcze nigdy w życiu nie byli w czarnej dupie.

Jak napisała jedna z mam na Facebooku: „Proszę, nie oceniaj mnie, nie mów mi, jak mam żyć, jak postępować, i postaraj się mnie chociaż w jednej setnej procenta zrozumieć”.
     Po to jest ta książka
.

*

Kobieta musi. W naszej kulturze ma tylko dwie możliwości: albo poświęci dla dziecka wszystko, albo zostanie okrzyknięta wyrodną matką.

*

Najbardziej mnie denerwuje, jak ktoś mi mówi, że Bóg tak chciał. Niby czego chciał? Żeby moja córka tak się męczyła? Rozumiem, że mnie mogło spotkać coś złego. Ale ją? Taką małą dziewczynkę? Dlaczego taka się urodziła? Za co? Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.
     Przestałam chodzić do kościoła
. […] Mogę robić dużo dobrych rzeczy i bez tego. Nie uważam, żebym była przez to złym człowiekiem. A że będę się smażyć w piekle? Dobra, mogę się smażyć.

*

Wolałabym, żeby ktoś mi powiedział: „Wrzucę ci węgiel do piwnicy”, „Przyjdę i umyję ci okna”, albo „Wezmę Jusię na spacer”. Ale nie, tylko mi szczerze współczują i się za mnie modlą.

*

To właśnie bezsilność jest najgorsza.

*

Weszłam do mieszkania z głośnym płaczem, w salonie siedziała mama. Powiedziała: „Dziecko, nie płacz, nic na to nie poradzisz. Trzeba się z tym pogodzić”.

*

Siostra mówi mi, że powinnam znaleźć dla siebie przynajmniej godzinę dziennie. Dziennie? Jak znajdę tyle w miesiącu, to będzie dobrze.

*

Nie łapię się na żadną pomoc od państwa. Nie jestem matką na świadczeniu pielęgnacyjnym, tylko matką z wypłatą. Dostaję 153 złote miesięcznie zasiłku pielęgnacyjnego na siebie, bo jestem niepełnosprawna, i 153 złote na chore dziecko. To całe wsparcie, jakie otrzymuje od państwa niepełnosprawna pracująca matka, samotnie wychowująca niepełnosprawne dziecko.

*

Czytałam na forum post mamy, która przeszła na świadczenie, żeby opiekować się córeczką. Dziewczynka zmarła w wieku czternastu lat. Powrót na rynek pracy po takim czasie to nie byle jaka przygoda. Do sprzątania albo do sklepu. To po pierwsze. Po drugie, jak jej naliczyli emeryturę ze składek za świadczenie pielęgnacyjne, wyszły grosze. Kobieta się poświęca, rezygnuje z siebie — opieka nad nastoletnią dziewczynką to przecież ciężka fizyczna praca — a na koniec dostaje ochłap. Dla mnie to niepojęte.

*

Po jakiego grzyba — nawet jeśli tak będzie — ta wiedza jest mi potrzebna teraz? Jeśli tak będzie, to będę musiała się z tym pogodzić. Ale teraz to mi tylko odbiera siły. Na jakiś czas, później przemielę to w głowie i dalej robię swoje.

*

Nie potrzebuję pocieszania ani koloryzowania, staram się otaczać ludźmi, którzy są otwarci na to, co może się wydarzyć.

*

Kiedy się wkurzę, pytam go: „Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co robisz? Masz niepełnosprawne dziecko, którym trzeba się zająć, a nie robisz kompletnie nic”. Ale on wszystko zlewa i robi swoje. Mówi, że za dużo od niego wymagam, nie jest do tego przyzwyczajony, bo u niego w domu gotowała i sprzątała matka. Kiedy tłumaczę mu, że powinien robić to samo co ja, odpowiada, że jestem feministką.
     Są momenty, że mam już dość
.

*

Życie pokazało mi, że nie ma się co za bardzo napinać, wszystko ma swój czas.

Jacek Hołub, Żeby umarło przede mną.
Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.

piątek, sierpnia 17, 2018

2974. O męskim poczuciu własnej wartości

Sadownik:
(„oburza” się, że Drzewko do piekarni
z rana nie pobiegło rehabilitacyjnie
)

Jabłoń:
(nie zawsze ma sprawne poczucie humoru)
Jesteś drań!

Sadownik:
Ale słodki!

2973. Koło historii

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W całym swoim życiu miałam do tej pory dwa potężne zdziwienia. Jedno dotyczyło wskaźników ekonomicznych: rok do roku wzrost, 5%, 9%, 7% lub 20%, 30%, 25%… przez lata… jak to możliwe, że ludzie wierzą, że już będzie tylko rosnąć i rosnąć, więcej i więcej, gdzie jest granica? Drugie, większe, dotyczyło nazizmu — jak to było możliwe, że całe społeczeństwa kupiły tę retorykę w latach trzydziestych XX wieku?

Już się nie dziwię — chłopcy oenerowcy maszerują i faszyzują po Warszawie (mam nadzieję, że to nie jest podpalany na próbę lont). Jestem radykalna: nacjonalizm jest dla mnie formą soft-faszyzmu.

Na falangę+ (my, nam, dla nas) choć nie szukałam, znalazłam osobiste lekarstwo: Martin Pollack — trzeba Go czytać! Choć sięgnęłam po tę książkę, bo interesowała mnie perspektywa człowieka, który stanął przeciwko swojej rodzinie pochodzenia, odkryłam, że właśnie teraz trzeba czytać Jego książki, by przypominać sobie niewygodne rzeczy, by choć na chwilę poczuć realną zależność od innych ludzi, by nie odlatywać na kolizyjny kurs „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” czy „białej Europy”, bo człowiek człowiekowi niekoniecznie musi być człowiekiem niestety, by nie zamykać się na innych, by nie tkwić w swej świętej racji popartej tradycją, która już nie raz wyrządziła ogrom krzywd.

Nie, no skąd, to nie tak, was przecież przy tym nie było, niczego nie rozumiecie. Nie macie prawa nas osądzać i z góry potępiać. Znam to dobrze z własnego podwórka. Wszyscy bez wyjątku w rodzinie mojego ojca byli zdeklarowanymi lub wręcz zagorzałymi nazistami. Ojciec, dziadek i stryj, młodszy brat mego ojca. A mimo to nie uważali się za sprawców, lecz za ofiary. I chętnie o tym mówili.

*

Po roku 1945 latami dużo milczano, przemilczano i pomijano milczeniem. Moja generacja dorastała w milczeniu, które czasami prawie dudniło w uszach. Z czasem przyzwyczailiśmy się do niego i pod koniec nie było nam wcale łatwo przerwać to milczenie, które miało również uśmierzającą, uspokajającą i usypiającą moc, i zacząć stawiać naszym ojcom podchwytliwe pytania. Patrząc na to wstecz, muszę powiedzieć, że długo się ociągaliśmy, za długo. Być może tak było nam wygodniej albo baliśmy się zranić bliskie nam osoby, usłyszeć coś, o czym tak naprawdę wcale nie chcieliśmy wiedzieć.
Dla naszego pokolenia fundamentalnym odkryciem było to, że tak wiele pozornie niewinnych rzeczy, miejsc i budynków ma za sobą historię, którą przez tyle lat trzymano w ciemnościach, ignorowano bądź spychano na margines, żeby nie zburzyć powszechnego ładu.

*

Wiemy, że ziemia, po której tutaj, w Europie Środkowej, stąpamy, jest spękana, że dramatyczne dzieje ubiegłego stulecia zostawiły w niej wszędzie wyrwy, które tylko prowizorycznie zasypano. I że w ten sposób pod ziemią wytworzyła się pusta przestrzeń, […] która w każdej chwili może się otworzyć i nagle skonfrontować nas ze światem naszych ojców i z reliktami przeszłości, choć mieliśmy nadzieję, że nigdy się nie ujawnią.
Ojcowie nie wypuszczą nas ze swej uwięzi, jakkolwiek byśmy się o to starali, […] trzymają tak, że nie sposób się uwolnić. Nasi ojcowie są bowiem częścią nas samych, tysiącem niewidzialnych nici jesteśmy z nimi nierozerwalnie związani. To odkrycie może być cudowne, ale także przerażające i niebezpieczne.
Czasem wystarczy jeden fragment, pojedyncze zdjęcie, byśmy ujrzeli, jak bezlitośnie historia spustoszyła dobrze nam znane tereny
.

*

Ojciec pozostał mi obcy, ale przecież jest ojcem, muszę się przyznawać, czy mi się to podoba, czy nie. Przecież ojca się nie wybiera tak jak ubrania, można się go co najwyżej wyprzeć, także przed sobą samym. Można próbować zamknąć oczy na rzeczywistość. Ale czy jest to wyjście z dylematu? Nie sądzę. Sądzę raczej, że z ojcem trzeba się zmierzyć, tak samo jak z historią, również wtedy, gdy może być dla nas niewygodna albo bolesna.
Próbowałem znaleźć bodaj trochę zadowalającą odpowiedź, jak to możliwe, że przeciętnie inteligentny, wykształcony człowiek, którego uczono, tak jak nas wszystkich, odróżniać dobro od zła, mógł być równocześnie kochającym synem, ojcem i zbrodniarzem, bez namysłu strzelać do niewinnych ludzi. I to nie w afekcie, w napadzie wściekłości, przy z zimną krwią, posłuszny biurokratycznym zarządzeniom. Mimo że tyle razy roztrząsałem tę kwestię, ciągle jeszcze było to czymś, czego nie mogłem pojąć
.

*

Wspomniana widokówka, moje przypadkowe znalezisko, odsłania niczym w jednej krótkiej filmowej migawce rzeczywistość, która, jak wiemy, bezpowrotnie zniknęła. „Zniknęła” to chyba nieodpowiednie słowo, raczej została wyniszczona, unicestwiona, wypalona, zagazowana. Rękoma ludzi w niemieckich mundurach, takich jakie nosił mój ojciec.

*

Zastanawiam się wtedy czasami, jak to możliwe, żeby dzieci w ten sposób reagowały na obcych, na innych? Gdzie się tego uczą, w domu czy na ulicy, od dorosłych czy od innych dzieci? Dlaczego taki stereotyp wroga jest przekazywany z pokolenia na pokolenie?

*

Wolna, zamożna Europa przesunęła swoje granice na Wschód, granice te jednak nie zniknęły. Wprost przeciwnie. Nowe granice, które przecinają nasz kontynent, są strzeżone nie mniej uważnie niż w czasach zimnej wojny, chociaż teraz to my jesteśmy ich bezlitosnymi strażnikami. Tym razem to my, mieszkańcy krajów zachodnich, barykadujemy się za wymyślnie strzeżonymi granicami i żądamy, by jeszcze bardziej je uszczelnić i biedniejszych od nas, którzy cieszą się mniejszą niż my wolnością, trzymać na zewnątrz. Poza granicami nowej Europy.

*

Handel zdjęciami Wehrmachtu to jedna z powszechnie niedostrzeganych przez społeczeństwo szarych sfer, gdzie nadal funkcjonuje nieludzki słownik narodowego socjalizmu, a nawet jest tam całkiem świadomie kultywowany. Gorszący voyeuryzm połączony z rasistowskimi uprzedzeniami. Przygnębiające jest to, że na masowo pojawiających się w handlu prywatnych zdjęciach z wojny robi się duże pieniądze. Zwłaszcza na zdjęciach ofiar. Żydów, Polaków, Rosjan, Cyganów… Im bardziej są drastyczne, tym wyższa cena.

*

Granice między gapiami a sprawcami są płynne.

*

Wszystko musi zostać powiedziane, spisane, nawet jeśli jeszcze dziś może być bolesne. Wszystkie historie muszą zostać opowiedziane, nie wolno przemilczeć żadnej tragedii. Musimy jednak stale przy tym pamiętać, żeby nie stracić z oczu naszego celu, którym jest zrozumienie Innego, zaakceptowanie go takiego, jaki jest, z całym ciężarem jego historii.

*

Do dzisiaj mam przed oczami tamte zimowe dni 1989 roku i tłumy na placu Wacława […]. Wyciągali z kieszeni klucze i zaczynali nimi podzwaniać. „Už jsme tady”. „Już tu jesteśmy”.

Martin Pollack, Topografia pamięci, przeł. Karolina Niedenthal,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.
(wyróżnienie własne)

środa, sierpnia 15, 2018

2972. trzy słowa i… nowy świat

 wpis przeniesiony 9.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

trzy magiczne słowa:
wybór. wysiłek. odpoczynek.
pakiet — receptura — magiczna mikstura — wio.

*

wybór. zdziwiona jakby nielekko. bo wybór? ale jak to? szkoła, zawód, praca, miasto, partner — przecież już dawno zdecydowała. wybrała. amen. i kropka. znów wybierać? ale co? codziennie? każdego dnia częściej niż myśli?

wybór. taki przez malutkie wu. jakie poczucie wolności, a nie zasranego obowiązku, daje.

wysiłek. „sie wie”. ale! nie chodzi o taki, co stąd do wieczności, co zdrowie i przyjaciół zabiera.

wysiłek. trzydzieści sekund. piętnaście powtórzeń. pół godziny. ani grama więcej.

odpoczynek. obowiązkowy, nienegocjowalny, niewymienialny na „jeszcze tylko to”.

odpoczynek — mus, jeśli nie umiesz teraz inaczej, nim nie wejdzie ci w krew.

*

niektórzy musieli dwa razy nogę połamać, by odkryć i zrozumieć do szpiku kości ten schemat — żadnego z tych słów nie można wyrzucić, pominąć, przesunąć, powielić po wielokroć. to znaczy można, ale to nie najlepiej się skończy.

wio. ¡el reksio! też.


Tengo cincuenta y dos reksios: