Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złość. Pokaż wszystkie posty

wtorek, kwietnia 10, 2018

2813. Prorok postsmoleński

Napisał te słowa osiemdziesiąt dziewięć lat temu, a jakie świeżutkie i na czasie.
To tyle à propos tego, jak rządzący rozpierdolili mi dzień. Wrrrr, awruk!

Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy „do ludności”, „do żołnierzy”
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy
,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić
historyczną racją”,
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin
,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę — bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników
,
A stado dzikich bab — kwiatami
Obrzucać zacznie „żołnierzyków”. -
— O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z pannami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: "Broń na ramię!",
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy:
„Bujać — to my, panowie szlachta!”

Julian Tuwim, Do prostego człowieka, 1929.
(wyróżnienie własne)

czwartek, lutego 18, 2016

1683. Quva!

 wpis przeniesiony 19.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Tkliwy. Brzuch? Nie. Uczucia. Wściekłość na „empatyczne”: to sobie odpoczniesz. Quva, raz! Pod gabinetem do pobrań krwi gapi się jeden z drugą, ale żeby się ruszyć, przesunąć, wstać, mowy nie ma. Złorzeczyłam wczoraj. Quva, dwa! I trzy, i cztery. Quva, Quva! To brak intelektu, wyobraźni czy czego właściwie?

Tkliwy. Brzuch? Nie. Uczucia. Z chwilowej nienawiści do narodu leczę się dźwiękiem, rytmem i harmonią. Łomolę.

Bardzo głośno łomolę!

Richard Bona, Janjo La Maya.

Baaba Maal, Traveller.

czwartek, lipca 16, 2015

1386. na minusie

 wpis przeniesiony 15.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

dół. stąd do wieczności. wczoraj mnie złapał. z jednej beczki. bo oko. z drugiej beczki. bo nie umiem. bo nie umiem się nauczyć. bo nie dam rady. bo głupia, tępa, tragiczna ja. złożyłam broń.

dziś rano. wstałam. ok, wszystko jest beznadziejne. może nie dam rady, ale chociaż spróbuję.

*

Gepardzica. lekka na wspomnienie. porozmawiałyśmy. powiedziała coś, co i moim doświadczeniem było nie raz. no, to do przodu!

niedziałanie osłabia

środa, czerwca 17, 2015

1361. Jestem już za, niestety!

 wpis przeniesiony 15.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przyznaję się.
Od wczoraj jestem za karą śmierci.
Za czyny popełnione z rozmysłem i premedytacją.

Wystarczyła do tego kiełbaska z haczykami wędkarskimi i bydlę dwunożne, nie człowiek.

sobota, sierpnia 23, 2014

1106. Jak zostałam bogaczem, czyli psem ogrodnika

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie znoszę zamkniętych osiedli. Idealistka we mnie nie da się zamknąć w getcie na własne życzenie i za własne pieniądze. Płoty, które mówią wszystko o stosunku tych, co w środku, do tych, co na zewnątrz; o braku nadziei i złudzeń, o braku chęci, o niewyobrażalnym braku zaufania, o tępym, krótkowzrocznym wzroku, co widzi tylko własny nos i obrys budynku. No nie.

Co na ten styl życia powiedzieliby Walczący w Powstaniu Warszawskim? — pytam w myślach. No nie.

Przemawia przeze mnie szczera i luksusowa zazdrość i niemoc, że ja nie uczestniczę w śnie wymarzonych z prospektu najpiękniejszych, najinteligentniejszych, najlepiej położonych, jedynych takich i szczęśliwie zrealizowanych projektów mieszkaniowych, gdzie nawet jednopokojowe mieszkanie nie jest mieszkaniem lecz mini apartamentem lub studiem — powie wielu. No tak.

I paru moich Przyjaciół, co właśnie tak mieszka, czytając tę notkę ma prawo mieć delikatnie rzecz ujmując negatywną reakcję. Ja nie czepiam się Ich wyborów, a Oni nie czepiają się mojego podłego myślenia — przynajmniej taką mam nadzieję. Gorzej, u niektórych bywam, przymykając oko na płoty, w końcu nie moje. No tak.

No i proszę, stało się. Zostałam jeszcze jednym pieprzonym krezusem, a w zasadzie krezuską nie ruszając się z hamaka. Moje śmieci od dwóch dni są zamykane na klucz. Dla mnie bez wartości, dawniej przydawały się temu czy innemu człowiekowi. Teraz nic z tego. Nie spotkamy już z Henią pana Piotra. Nie porozmawiamy. Nie wymienimy uśmiechów. Już nigdy nie będziemy sobie życzyć spokojnej, bezpiecznej nocy. No tak.

Co na ten nowy kapitalistyczny porządek, który finalnie dopadł i mnie, powiedzieliby Walczący w Powstaniu Warszawskim? Nie chcę znać odpowiedzi. Proszę, nie umieszczajcie w komentarzach powodów, dla których te śmieci muszą być zamykane. Znam te powody. Znałam też z widzenia wszystkie Osoby, które regularnie przy osiedlowych śmietnikach się pojawiały. Mówiliśmy sobie dzień dobry i życzyliśmy dobrego dnia. A w środku wciąż mam tę samą odpowiedź: no nie.

wtorek, stycznia 14, 2014

940. Uwaga, ten blog pisze sekciara

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Orzeszek. Nad nią onkologiczny miecz Damoklesa. Umiem wyobrazić sobie namiastkę trudności, których doświadcza dzień przed i w dniu badań kontrolnych. Wiem, że to przeraźliwe doświadczenie nie musi wykańczać tak bardzo psychicznie. Przecież są na tym świecie, ba, nawet w tym kraju, co ja piszę, nawet w każdym województwie, terapeuci i psychoonkolodzy.

Rozmawiałam wczoraj z Seniorem. Opowiedział o tym, jak to Orzeszek z pewną panią „na mieście” rozmawiał. Opowieść ta zmroziła mi krew w żyłach. Wspomniałam, by może rozważyli, choćby tylko przez chwilę, samo rozważenie terapeutycznej formy kontaktu z obcym człowiekiem. Senior załamał mnie mówiąc:
     — Psychologia? To sekta! My jesteśmy normalni.

Wewnętrznie runęłam na ziemię.

sobota, stycznia 04, 2014

930. Moc z niemocy narodzona

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Leży mi ta książka na wątrobie już prawie miesiąc. Najpierw ją przegapiłam i nie mam pojęcia, jak to się mogło stać. Moje ulubione wydawnictwo. Moja ulubiona seria wydawnicza. A jednak przeoczyłam. Nadrobiłam zaległości, gdy wypatrzyłam ją na bazarku świątecznym na początku grudnia. Wtedy miała rok. Połknęłam ją w kilka dni, próbując nie śpieszyć się wcale, dbając o to, by nie zrzygać się światu prosto w twarz. Dziś, gdy ostatecznie postanowiłam pozostawić ją tutaj, ma już formalnie dwa lata.

Leżała mi na wątrobie do dziś, wywołując fale różnych objawów. Najpierw mnie rozłożyła na łopatki świadomością, że w najbardziej maniakalnie akuratnym kraju taaakie rzeczy mają miejsce. Gadżety i nastrój wynikający z możliwości dwudziestego pierwszego wieku maskują fakt, że większość pracujących ludzi funkcjonuje w sposób przypominający czas wczesnej rewolucji przemysłowej. Rozejrzałam się po znajomych i uznałam, że w pewnym sensie dotyczy to wszystkich nas.

Idealistka we mnie pochorowała się na świat i życie. Ktoś we mnie odwrócił się od tak nędznej perspektywy czasu, który przede mną. W poniedziałek padłam. Hannah stwierdziła, że będę żyć, ale muszę, muszę, muszę (!) mieć trzy dni urlopu, nic-nierobienia siedemdziesiąt dwie godziny, bo jak nie, to będzie bardzo, bardzo, bardzo źle. Z pewnymi przerwami poddałam się zaleceniu. Dziś koło południa ewidentnie zakończył się ten czas.

Idealistka we mnie podniosła głowa. To dobrze, że wie już, jak jest. Nie przejdzie progu kawiarni o zielonym logo. Przyjęła do wiadomości, że jest, jak jest. Skoro rzecz miała miejsce w Niemczech, aż strach myśleć, jak jest w Polsce. Nie mam złudzeń, na pewno nie jest lepiej. Gdy Idealistka podniosła głowę, dotarło do mnie, że choć nie mam na to wszystko wpływu, mam wpływ na swój mały mikroświat. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej poczułam wagę samodyscypliny, prawdy, świadomości i uważności w relacji ze sobą, w relacjach z innymi ludźmi oraz miłości, która wskazuje kierunek mego życia, działań i podejmowanych kolejnych kroków. Cywilizacja, w której przyszło mi żyć wciąż, w pewnym aspekcie, wydaje mi się upadającym Rzymem, ale ja już nie jestem jego ofiarą. Wróciłam do siebie. Nie ustaję!

[...]  jako somalijski emigrant ani nie mam pracy (jak większość uciekinierów objętych w Niemczech zakazem zatrudniania), ani nie mogę się pochwalić specjalnymi umiejętnościami czy doświadczeniami. Nie jestem kolegą wśród kolegów, jak wtedy gdy udawałem Turka, prostego robotnika, lub gdy udawałem redaktora „Bild” czy piekarza albo agenta firmy telemarketingowej. Nawet jako bezdomny byłem równy wśród równych — lecz jako czarny między białymi?
      Jestem po prostu czarny i obcy, co w społeczeństwie nastawionym na sukces znaczy: bezbronny, bez wartości. Ci, których spotykam na swojej drodze, mogą wyżywać się na mnie, folgując swoim rasistowskim odruchom, albo inaczej — nieobarczeni szacunkiem dla prestiżowego zawodu ani imponujących dochodów, mogą bezczelnie wtykać nos w moje sprawy i demonstrować silne bicepsy.

Z reportażu „Czarne na białym”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Dzielni i przystosowani członkowie społeczeństwa zawsze znajdowali sposób, by oszczędzić sobie widoku „szumowin uchylających się od pracy” — usuwali z pola widzenia bezdomnych, chorych psychicznie, alkoholików i inne osoby, które już na pierwszy rzut oka odbiegały od normy.

*

      — Ulica zmienia ludzi, czasem na korzyść, czasem na niekorzyść, to zależy. Znam osoby, które były profesorami, lekarzami, a dziś są na ulicy. Wypadły po prostu z systemu i trudno im było wrócić. Do tego doszła może jedna czy druga nieszczęśliwa okoliczność życiowa i to zmieniło koleje ich życia. Nie mówię, że zeszły na złą drogę, tak nie mogę powiedzieć. Ale wkroczyły w inne życie.

Z reportażu „Mniej niż zero”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

[...] nie ma takiej nieprawdy, takiej presji, takiego publicznego ośmieszenia, takich kosztów, przed którymi zawahałaby się dyrekcja koncernu, jeśli to wesprze kurs jej polityki.

Z reportażu „Wykolejona kolej”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

środa, września 25, 2013

857. Córki

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Moja matka powiedziała mi, że jestem największą porażką w jej życiu.
Słowa te zaskoczyły mnie, bo stała przede mną piękna, mądra i wrażliwa kobieta. Gdybym była jej matką, byłabym z niej wyjątkowo dumna. Przed oczami stanęły mi twarze wielu innych córek, które usłyszały podobne słowa. Kobiety niewidziane, niesłyszane, niedocenione. Jaki sens kryje się w takiej wypowiedzi?

Wróciłam do domu. Z półki wzięłam najpiękniejszą książkę o miłości rodzicielskiej. Chłonęłam każdą z ilustracji...

Odłożyłam na bok twarze córek. Wciąż nie wiem, jaki jest sens przytoczonych słów, ale wiem, co zrobić z uczuciem bycia niewidzianym, niesłyszanym, niedocenionym.

Dziś zobaczę w sobie coś dobrego,
     czego wcześniej nie widziałam,
     ucieszę się tym,
usłyszę siebie i
docenię to, kim jestem.
Przecież jesteśmy magiczni!

Może się przyłączysz?

piątek, czerwca 14, 2013

767. Podła baba, nie człowiek

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zobaczyłam ją dziś. Kolejny raz. Myślę o niej źle, bardzo źle...

*

Epizod #1. Henia była malutkim, dziewięciokilowym szczeniaczkiem. Wszystkie dzieci darzyła miłością, której nie byłam w stanie podzielać. Byłyśmy na spacerku. Pani X, jej dwóch synów, na oko 6 i 9 lat. Zaczęło się miło. Czy mogą pogłaskać? Ależ proszę. Zaczęli głaskać a potem popychać. Już prawie zabierałam Henię, bo przestało mi się to podobać, ale ta traktowała to jako świetną zabawę i skoczyła; przewróciła chłopca i się zaczęło. W skrócie, pani X postraszyła mnie strażą miejską. Ta scena nauczyła mnie bardzo szybko, że nie wszystkie dzieci; a te, na które się zgodzę, mogą mieć kontakt z Henią tylko i wyłącznie na moich warunkach. Nie wszystkie dzieci są słodkie wobec zwierząt. Nie wszyscy rodzice widzą coś więcej niż potencjalną słodycz swoich dzieci.

Epizod #2. Pani X rok później zaczepia mnie i opowiada o tym, ze zamówiła psa, setera. Prosiła, żeby opowiedzieć jej, co jest ważne w wychowaniu malucha. Miesiąc później z oburzeniem opowiadała mi, że pani hodowczyni zwróciła jej pieniądze i nie da jej szczeniaka. Po kilku kolejnych minutach opadła mi szczęka. Pani X zapowiedziała pani hodowczyni, że weźmie szczeniaka, ale istnieje możliwość, że po dwóch tygodniach go zwróci, bo nie wie, czy jej dzieci nie mają alergii na psią sierść. Pani hodowczyni miała nosa.

*

W zasadzie te dwa epizody powinny wystarczyć, by odpowiedzieć na pytanie, czy rodzina pani X potrafi mieć psa?

*

Epizod #3. U państwa X na jesieni zeszłego roku pojawiła się śliczna, młodziutka kundelka. Wesoła, otwarta, ciekawa, delikatna, śliczna. Na własne oczy przez zimowe miesiące oglądałam przekleństwo, jakim bywa dla psa mieszkanie z ogródkiem. Gdy szłam rano do pracy, mijałam sunię, która w ogródku szczęścia „zażywała”. Wracałam po kilku godzinach a sunia wciąż w ogródku, trzęsła się z zimna, towarzystwa ludzkiego potrzebowała, a miała minus dwadzieścia i śniegu na lata. Głaskałam, gadałam do niej i serce złamane miałam, gdy piszczała, gdy odchodziłam. W styczniu zaczęłam się zastanawiać nad tym, żeby może ukraść tego psa, bo sunia była cudna i było mi jej szkoda. Nie zdążyłam dojrzeć do czynu. Sunia zniknęła, choć jej nie ukradłam. W kwietniu spotkałam sąsiadkę-psiarę, z którą trochę kombinowałyśmy, by zrobić coś dla suni. Wtedy dowiedziałam się, że kobieta oddała psa, bo... zaszła w ciążę.

*

Pani X wróciła do świata. Minęłam kobietę w tym tygodniu dwa razy. Za każdym razem myślę sobie „podła suka” i czuję jak się we mnie gotuje. Zaraz potem skreślam słowo „suka”, bo nie każda ludzka baba, a już na pewno nie pani X, ma w sobie choć procent mądrości i serca psich dziewczynek.

Finał. Dobre w tym, że jest nadzieja, że sunia ma teraz dobry, kochający dom. Przykre natomiast, że epizod #3 oglądały dzieci. Czego się nauczyły? Pies to rzecz, bierzesz, nie dbasz, oddajesz.

Idzie sezon wakacyjny psów przywiązywanych do drzew, wyrzucanych z samochodów. „Człowiek”, to nie musi dumnie brzmieć. Piszę o pani X z nadzieją, że historia ta ode mnie się odczepi i będę mogła znów stawać się prawdziwym człowiekiem, a nie mieć ochotę powiedzieć pani X, co o niej myślę. Myślę źle, bardzo źle...

środa, marca 06, 2013

686. Sekwensik uczuć niepopularnych

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

_________
D

Pod gabinetem poboru materiału do badań. Wychodzi mama z trzyletnim zaryczanym szkrabem. Maluch wyje. Wcale mu się nie dziwię, bo kłucie nie należy do żadnych fajnych zabaw i jako trzylatka nie miałabym ochoty zrozumieć, że to dla mojego dobra. Zanosi się od płaczu. A mama na to: no przecież nic się nie stało, synku. On wyje i zanosi się od płaczu jeszcze bardziej. Jestem zaskoczona, że można trzylatkowi tezę o „nic-się-nie-stało” próbować wcisnąć. Szkrab nie ustaje w domaganiu się, by łaskawie dojrzeć jego trudną sytuację, a ja mu z drugiego końca korytarza kibicuję. A mama? Mama wyciąga nowiuteńki, jeszcze zapakowany samochodzik. Niestety, samochodzik nie zadziałał tak, jak myślała. Dziecko zaczyna płakać „wielkimi literami”. Mama na to ze złością: bo cię tutaj zostawię.

Znów świadkowałam. Stałam i czułam jak kotłowało się we mnie. Zabiłabym sukę, gdybym tylko mogła. W takich sytuacjach nóż w kieszeni mi się otwiera wszystkimi ostrzami. Bardzo dawne emocje podchodzą mi do gardła.
Bezsilność.
Niemoc.
Osamotnienie.
Niezrozumienie.
Bezradność.
Tak, wiem, takie sceny dotykają mojego subiektywnie doświadczonego dzieciństwa. Odżywają niewyrażone w domu rodzinnym emocje, odbijają się echem po moich trzewiach. Przełykam wściekłość, morderczą złość i ogromną niezgodę na taki porządek świata. Niech to jasna cholera!

_________
A

smutno mi troszkę, że pojechali.
— przesadzasz, przecież jeszcze nas odwiedzą...

*

żałuję, że to powiedziałam.
— znów wyolbrzymiasz...

*

tęsknię...
— na twoim miejscu zajęłabym się czymś pożytecznym...

*

boli mnie...
— co ty wiesz o bólu, ja w zeszłym roku...

*

złości mnie, gdy zaprzeczasz moim uczuciom.
— jak zwykle szukasz dziury w całym...

*

było mi przykro, gdy powiedziałaś...
— jeśli o tym chcesz rozmawiać, to ja wychodzę.

_________
K

Piszę o tym tylko dlatego, że trzecią kartą w tym sekwensie mogłyby być słowa: „gdy czytam tego typu sentencje myślę sobie, że w definicji człowieczeństwa powinien znajdować się »brak umiejętności do bycia szczęśliwym bez granic«”.

Te słowa przypomniały mi, dlaczego zaczęłam prowadzić tego bloga... by móc napisać to, co chcę powiedzieć; by móc opisać to, co wybrzmieć potrzebuje; co nie zniknie nawet wtedy, gdy zmówi się cały świat, że nigdy nie istniało. A jeśli ktoś znów powie: „och, to taki smutny blog”. Cóż, to wyjątkowo niska cena.

środa, stycznia 16, 2013

(648+1). Gdy na jawie zęby śnisz

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mycie zębów. Codzienny rytuał dbania o doczesne dobro. Zatrzymał mnie wczoraj. Natura i skończoność mycia zębów dopadła moją świadomość. Proceder to intymny i, matematycznie rzecz ujmując, dyskretny, bo choć rozciągnięty nieznacznie w czasie, to nie sposób umyć zęby, powiedzmy, trzy i pół razy. Żadne ułamki z dziesięcioma miejscami po przecinku nie wchodzą w rachubę. Dbając o parytet gramatyczny pytanie brzmi: myłeś czy nie myłaś zęby?

Mycie zębów. Intymne, określone liczbą, która jest nie tylko całkowita, ale również... skończona. Ograniczoność tej liczby odkryłam wczoraj nad wieczornym zlewem. Dotarło do mnie, że któregoś dnia moje życie ostatni raz będzie szorowało swoje zęby. Świadomość tego faktu, póki co niedokonanego, spowodowała, że mycie zębów łagodnie przemieściło się z puli nudnych obowiązków związanych z codziennością do kategorii „przywileje”. Nie przepuszczę ani jednej okazji! Zkemi byłaby ze mnie dumna.

*

Odkrycie wczorajsze:

piątek, października 12, 2012

568. Światowe, jednodniowe uspokajanie sumień

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mam złe sny od dwóch dni. Od wieczoru, gdy dowiedziałam się od Mamy Koko, że jakiś mądry inaczej, empatyczny nie bardzo człowiek rozłożył w parku na Cytadeli trutkę na zwierzęta. Odeszły już Cztery Psy. Czterech Właścicieli próbuje swój świat złożyć od nowa. Człowiek... to nie musi brzmieć dumnie.

I pomyśleć, że osiem dni temu był Światowy Dzień Zwierza. Właśnie wtedy odhaczyłam na ryjowniku, że bardzo polubiłam tę ludzko-psią, komunikacyjną historyjkę:

Światowy Dzień Zwierza niczym Dzień Kobiet... i niesmak,
że niektórych stać tylko na jeden dzień w roku... i smutek,
że nie każdy ludź jest człowiekiem. Tak, pamiętam i nie ustaję,
wciąż marzą mi się Obywatele...

Odnajduję w sobie Bestię... i złość,
i ślepą furię — zabiję cytadelowego skurwysyna,
niech no tylko pojawi się w moich snach!

sobota, lipca 28, 2012

518. Z punktu A do punktu B w bezruchu

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Punkt A: W jednym z hipermarketów akcja, rodem ze szkolnego radiowęzła, „więcej szacunku dla kobiet w ciąży”. I ta akcja mnie oburza. Prostacka. Ukierunkowana na produkt społecznopodobny nędzniejszy od najgorszej PRL-owskiej czekolady. Nie lubię robić niczego na pół gwizdka. Oburzam się na maksa, choć gdzieś z tyłu głowy kolebie się myśl, by to oburzenie Żonie Oburzonej zostawić.

Pytam, po co takie półśrodki?
Dlaczego nie promować więcej szacunku dla ludzi?
Odrobinę empatii dla tych co obok, bez względu na płeć i stan umysłu?

Bo jeśli trzeba być w ciąży, by szanowano człowieka, to ja bardzo dziękuję... przecież to tylko dziewięć miesięcy. Jak ma się czuć Obywatel Sadownik, co nawet tak krótkotrwałej szansy na szacunek nie posiada?

*

Punkt B: Może i moje oburzenie jest całkiem przesadzone i wynika wprost z mego patologicznego zaburzenia osobowości jako matki kudłatej. Ucieszyłam się niezmiernie, gdy dojrzałam, że jest ono wynikiem tylko marnej podróby myśli Człowieka, co sercem samym był. Na stacji Metro Świętokrzyska jeszcze można oglądać prace finałowe konkursu zainspirowanego Jego słowami: „nie ma dzieci, są ludzie”. Gdyby okazało się, że me oburzenie sens punktu A przesłoniło, to śpieszę z wyjaśnieniem. W punkcie A chodziło mi właśnie o to, o czym w punkcie B było.

***

Bonus: Gapiłam się i czułam jak za trzewia mnie łapią... w zamyślenie, tęsknotę i uśmiech wpędzają... przedstawione tam prace. Małą dziewczyneczkę we mnie zachwycił poniższy dyptyk autorstwa pani Marty Ignerskiej. Właśnie takiego, wielkiego mądrością, psa ona chce mieć! Nie, nie takiego — poprawia mnie — jej pies będzie na luźno zwisającej smyczy chodził.

czwartek, kwietnia 12, 2012

447. Czasem sam miąższ

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Po książkach gryzdolę. Bo większości nie przeczytam kilka razy, a chcę mieć szybki dostęp do wybranych zdań, akapitów. Ponieważ czasem potrzebuję wrócić do znanego fragmentu, którego sens na ulicy odkryłam na nowo. Bo. Ponieważ. Gryzdolę i już!

Są jednak książki, po których nie mam odwagi gryzdolić. No może troszkę, ale tylko ołóweczkiem i dopiero przy piątej książce tego samego autora, gdy już się odrobinkę „zaprzyjaźnimy” i wiadomo, czego się można po mnie spodziewać. Efekt taki, że dwa ostatnie dni zajęło mi przekopywanie się przez książki Thicha, by znaleźć fragment o soku jabłkowym, by móc go jeszcze raz przeczytać, by móc wrócić do tych kilku akapitów z nową mną, którą bawię się od półtora tygodnia. Z nową mną, której nie chcę stracić.

Akuszer w zeszły poniedziałek zwrócił mą uwagę na Wielkiego Naprawiacza Świata jakiego mam w sobie. Super, ale czasem męcząco. Super, ale zawęża pole widzenia. Super, ale nudno. Bo Wielki Naprawiacz Świata do zeszłego tygodnia miał przez dziesiątki lat bardzo dużo pracy. Niczym Syzyf, naprawiał mnie. Już prawie byłam milutka, słodziutka, aż tu znalazłam się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, z niewłaściwymi ludźmi i... buuum.... powiedziałam, co myślałam, wybuchłam, trzasnęłam drzwiami, zwymyślałam. Wielki Naprawiacz Świata załamywał ręce. Tyle pracy! Tyle pracy na marno! Tyle pracy przed nim! Nie odzywał się do mnie przez kilka dni, a gdy miałam już siebie „wybuchniętej” dość, gdy skruszałam, bo kto to słyszał... jak tak można było postąpić... wracał On... i naprawiał. Bym ja, jako jego główny obiekt zmartwień, nigdy już nie wybuchła, nie pieprznęła drzwiami, nie wkurwiła się zbyt. Bym była milutka, słodziutka, dobra i właściwa dwadzieścia cztery na dobę. A społeczne, zgodne życie przybiło Wielkiemu Naprawiaczowi piątkę, że trudu tego się podjął.

A Akuszer na to: ale w ten sposób odcinasz się od części siebie. Od tej, co złości się, gniewa, marudzi, rozpacza, choleruje, wali pięścią w stół. A przecież to też ja. Część prawdy o mnie.

***

Po ulicach chodzę drugi tydzień. Zamyślam się, gdy tylko mam okazję. Wracam w wyobraźni do symbolu akuszerskiej roboty, do filmowego przycisku do papieru. Gładziutkie, kuliste coś. W środku zamek. Piękny. Przepiękny. Gdy przyciskiem potrząsnąć i odstawić na biurko, nawet w środku lata, można podziwiać śnieg opadający na zamek wewnątrz przycisku. Farfocle, które potrafią zachwycić. Potrząsam raz za razem.

Wielki Naprawiacz Świata Mojego nie lubi takich przycisków, bo śnieg powinien leżeć równiutko odgarnięty, nie sprawiać kłopotów. Podobnie jak złość, urazy, rozpacz też powinny leżeć w kątku i nie robić kłopotów; nie wychylać się z ukrycia.

Chodzę po ulicach i w wyobraźni wciąż bawię się przyciskiem, w którym farfocle stają się symbolami złości, rozpaczy, niemocy. Bez nich nie byłabym mną. Gdy przyjdzie złość, zezłoszczę się, wścieknę, zagrzmię, zimną suką będę... bo farfocle z łatwością przeistaczają się w miąższ:

***

(...) mniej więcej po godzinie wrócili [dzieci], żeby poprosić o coś do picia. Wyjąłem ostatnią butelkę soku jabłkowego domowej roboty i nalałem każdemu z nich po pełnej szklance, na końcu podchodząc do Thuy. Ponieważ dostał jej się sok z dna butelki, były w nim drobiny miąższu. Gdy zobaczyła, że jest mętny, nadąsała się i nie chciała pić. (...)
     Pół godziny później, gdy akurat medytowałem w swoim pokoju, usłyszałem wołanie. Thuy chciała sobie nalać szklankę wody, ale nawet stając na paluszkach, nie mogła dosięgnąć kranu. Przypomniałem jej o szklance soku na stole i poprosiłem, żeby wypiła go w pierwszej kolejności. Spojrzała na sok i zobaczyła, że miąższ osiadł na dnie, a sok stał się klarowny i apetyczny. Podeszła do stołu i wzięła szklankę w obie ręce. Wypiwszy połowę, odstawiła szklankę i spytała:
     — Czy to inny sok, wujku mnichu? — tak się zwykle zwracają wietnamskie dzieci do starszych mnichów.
     — Nie — odpowiedziałem. — To ten sam sok, co wcześniej. Posiedział sobie trochę spokojnie i teraz jest przejrzysty i apetyczny.
     Thuy przyjrzała się szklance jeszcze raz i stwierdziła:
     — Jest naprawdę dobry. Czy on medytował tak jak ty, wujku mnichu?
     Roześmiałem się i pogłaskałem ją po główce.
     — Powiedzmy raczej, że to ja, kiedy siedzę, naśladuję sok jabłkowy; to będzie bliższej prawdy.

Thich Nhat Hanh, Słońce moim sercem,
Jacek Santorski & Co, Warszawa 2008.

***

Wielki Naprawiacz Świata dostał wymówienie. Teraz będzie pracował zadaniowo, ale już nie na pełne siedem etatów. Zadaniowo, bo lubię śrubki w sobie czasem naoliwić, podokręcać. Lubię być całkiem miła, fajna, lubiana, apetyczna, ale czasem... jestem sam czysty miąższ! Zamiast wstydu, czuję ulgę i radość. Bo przecież miąższ to też ja.

wtorek, stycznia 17, 2012

(205+205). Oczy pełne nieszczęścia, ale i bezkresnej nadziei

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak co dzień kliknęłam w Pustą Miskę. Znalazłam trzy minuty czasu i zastygłam wśród łez na kwadrans nie mogąc się poruszyć i nie wiedząc jak mam własnemu psu spojrzeć w oczy.

Wiem, że są kraje, w których konsumuje się bociany. Wiem, że są kraje, gdzie jada się psy i koty. Co zrobić, gdy żyje się w kraju, w którym ludzka głupota materializuje się w postaci psiego nieszczęścia i wielkiej, nieodwzajemnionej miłości? Z przykrością stwierdzam, że wciąż żyję w dzikim kraju...

Podobno człowiek to brzmi dumnie. Dziś nie jestem tego pewna.

A Henia na to: czy myślałaś już o 1%? Już nie muszę myśleć. W zeszłym roku Henia wybrała ludzi, w tym postanowiła podzielić się swoim rajem z krakowskimi zwierzętami...

środa, stycznia 04, 2012

403. 10 gramów z wizytą u półboga

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Migdał. Ile waży ludzki migdał? I czy jeśli ktoś w pracy notorycznie używa lewej półkuli, to jego lewy migdał jest większy od prawego? Nie wiem. Ludzki, lewy migdał, powiedzmy, że 10 g.

46 godzin temu 10 gramów mojego ciała za nic miało sobie demokratyczne określanie planu dnia i nocy. Pełna dyktatura, w której pozostałe, prawie 68 kg ciała nie miało nic do gadania. Gardło. Stwierdziłam dwa dni temu wieczorem. Na myśl o lekarzu gotowa byłam na wszystkie domowe sposoby --- woda z solą w dużym kubku w towarzystwie teatralnych jęków nieszczęśliwości całkowitej pod czujnym okiem Sadownika, który pilnował by łyk za łykiem, woda trafiała do jamy ustnej.

Wczoraj rano Sadownik wychodząc do pracy pogroził, że nie mam co wracać do domu bez rumuna (druk RMUA). Przed wyjściem do pracy zanotowałam już tylko fakt, że mam gorączkę. Moi studenci mają chyba o mnie bardzo ciekawe zdanie, którego może nawet bym się nie powstydziła, bo na widok mych zwłok, gdy już na „dzień dobry” odpowiedziałam wszystkim, że „wcale niedobry”, ktoś odważył się by empatycznie stwierdzić, że musiałam nieźle zaszaleć w Sylwestra. Nie uwierzyli, że nie zaszalałam.

Tymczasem po wigilijnych doświadczeniach nie mogę patrzeć na nic co ma choćby 3% alkoholu. Nie szalałam i tym bardziej czułam się oszukana przez choróbsko co za nic sobie miało mnie, moją pracę, moje obowiązki, moje przyjemności, moje życie!

Wróciłam do domu. Wrócił Sadownik. Rozejrzał się w gąszczu grafików przychodni, co przyjąć mnie musi nie za dwa tygodnie lub za miesiąc, ale już. Rumuna do kieszeni kazał schować. Wywlókł do samochodu i powiózł na spotkanie z półbogiem.

Moment. Zanim półbóg w całej okazałości został mi podarowany na chwilę, była pani w rejestracji co nijak nie mogła się zdecydować, czy bawić się w strasznego potwora, który ubliża pacjentom (np. od kłamców), czy może bawić się w dobrego potwora, który dobrze radzi, by na następny raz wziąć i to, i tamto, by z darmowej wizyty skorzystać. Może i byłam trup, ale szlag mnie trafiał co chwilę na ten „darmowy wizyt”. Jaki darmowy, do cholery, pełne tysiące rocznie płacę na tę „darmochę”, czy chcę czy nie chcę. Im więcej pracuję, tym więcej płacę, choć logika podpowiada, że im więcej pracuję, tym mniej choruję. Trup, ale skoro się pieni to jeszcze całkiem zdrowy, może nawet zbyt zdrowy, by ten „darmowy wizyt” otrzymać. Tak minęła mi szczęśliwa godzinka na korytarzu. Lepsza godzinka niż dwa tygodnie, pocieszałam się co chwilę, gdy ból zaczynał wędrować do lewego ucha.

W końcu jest. Półbóg w okolicach trzydziestki. Z komunikacji z pacjentem dwója. Może i uczył się anatomii, i wiedział, że to migdał daje mi popalić, wielkie dzięki dla półboga, ale nie był w stanie zlokalizować moich oczu. Gdy mówił do mnie, szukał ich na suficie, gdzieś poza mną, z lewej, z prawej. Nasze oczy nie spotkały się ani razu. Pal sześć, nieważne, choć lekko wkurzające. Tu! Tu jestem! Chciało mi się krzyknąć, gdy zaczynała mi się włączać prawa półkula.

Recepta. I co? Zdziwiona? Ano, zdziwiona. Recepta z pieczątką „refundacja do decyzji NFZ”. Z diagnozą byłam już ciut bardziej sobą, więc zapytałam dlaczego wypisuje mi taką receptę? On, zdziwiony, że śmiem pytać. Półbóg nieprzyzwyczajony, by pacjent czegoś chciał i wątpił. W końcu ja mam go nosić na rękach, że taki ciężki zawód wybrał i takie beznadziejne życie wieść musi. Bo co ja, może podstawówkę mam, a może nie, gdy on taki wyuczony. Półbóg rzekł: strajk i popłynęła z jego ust pieśń o poświęceniu. Poinformowałam go, że łamie prawo, bo świeżutką RMUA-łkę mogę mu pokazać, że w nosie mam jego poświęcenie, jeśli może skończyć się tym, że z temperaturą 38,5 stopnia będę latać od apteki do apteki. Wie pan, powiedziałam, lepiej byłoby, gdyby pan został grabarzem.

Znam kilku cudownych lekarzy, ale gdy myślę o lekarzach jako o grupie społecznej, która nie chce uświadomić sobie jak wielką władzę ma, jak bezbronnym jest każdy pacjent, który z założenia ma tylko jedno życie, to nóż mi się w kieszeni otwiera a prawa półkula zaczyna szaleć i kląć mi się zaczyna chcieć. Z powodu 10 gramów moje 68 kg nieprzerwanej wiary w ludzi też się pochorowało. Cóż, potrzebuję poczekać, wyzdrowieć... trzymać się z daleka od półbogów...

wtorek, listopada 01, 2011

355. Rajd ku śmierci inaczej

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pierwszy listopada kojarzy mi się z Narodowym Świętem szybkiego umierania w samochodzie. W związku z tym, pomimo głębokiej tradycji, że lampki jest dobrze tego dnia zapalić, od wielu lat jestem ignorantką, co życie swe ceni bardziej niż ceremoniał wszelki. Co gorsza, głęboko wierzę, że moi Przodkowie dadzą sobie jeszcze świetnie radę beze mnie po drugiej stronie lustra. Pierwszy listopada to dziś. Nie ruszam się ze stolicy. Święto uznaję za zaliczone, gdy uda mi się upolować puszyste obwarzanki, co z roku na rok zaczyna być coraz trudniejsze.

Okazało się, że i stoliczne dla mnie święto ulega ewolucji. Jeszcze kilka lat temu pędziliśmy na cmentarz wojskowy światełko Tuwimowi i Broniewskiemu zapalić. Od trzech lat robimy to w dowolnym, ale innym terminie. Cmentarze w tym szczególnym dniu zamieniają się --- jakby żyjący pragnęli podarować nieżyjącym smak codzienności XXI wieku — w ogromne filie sklepów wielkopowierzchniowych. Nie ma mowy o usłyszeniu własnych myśli, gdy trzeba pilnować, by człowieka nie przewrócili Bracia i Siostry wiary słusznej. Odmawiam więc współpracy z takim świętowaniem.

***

Dziś, zdecydowaliśmy się na wizytę na cmentarzu Braci starszych w wierze. Wstrzeliliśmy się we właściwy czas, bo... pan Jan Jagielski oprowadzał po cmentarzu opowiadając przy tym bardzo ciekawie. Byłam pod wrażeniem pogody ducha tego, starszego już dzisiaj, Pana.

Napis... Literki... Pamięć wykuta w kamieniu... Czuła jestem na pismo. Na większości grobów coś, co można by skojarzyć z katolickim „Ś.P.”. Zapytałam pana Jana, czy mógłby mi ten napis przetłumaczyć. Mógł. Poniżej napisano: „tu spoczywa” (ładnie i bez nadęcia):

Nie znałam zwyczaju z kamykami, ale zachwycił mnie i mam zamiar go ekumenicznie stosować na własne potrzeby przy okazji wizyt na grobach Osób dla mnie ważnych.

Pan Jan, dziś, był czarującym człowiekiem:

***

I tylko jeden smuteczek i lekka złość mi towarzyszyła podczas owego zwiedzania. Tyle wrzasku o krzyż w Sejmie, że uszanować należy... Szkoda, że tak trudno było kilku męskim katolikom uszanować szczególne miejsce, jakim jest żydowski cmentarz i włożyć coś na głowę. Hitem był pewien krótki pan w prochowcu, który by lepiej widzieć w wypolerowanych kulturą butach... stanął sobie na nagrobku. Do teraz zachodzę w głowę, dlaczego nie podeszłam do palanta i go nie zrzuciłam...

czwartek, lutego 24, 2011

191. Człowiek — psem ogrodnika

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Opadły mi dziś ręce. Od 1 marca do 31 października psom na plażę w Sopocie wstęp wzbroniony. Nie o Sopot mi chodzi. Martwi mnie sama w sobie ciasna idea ciasnych umysłów radnych ciasnego miasta, która może w dalszej perspektywie okazać się zaraźliwa. Rozumiem, że w marcu, kwietniu, wrześniu i październiku zacni ludzie tłumnie kąpią się, opalają i dbają o czystość polskiej plaży, nie wyrzucając nigdy za siebie puszek, opakowań plastikowych, flaszek, petów. Zacny naród, tylko czemu odechciewa mi się do niego należeć?

Smutno mi tym bardziej, że straż miejska w Wawie od dwóch dni nie ma co robić i gania właścicieli labradorów za... brak kagańców. Heniuśka, nie uśmiechaj się do kretynów! Ona głupia się uśmiecha... ręce opadają... tylko kaganiec ją z tego uśmiechu i nieskończonej wiary w ludzi może wyleczyć. :(

sobota, lutego 05, 2011

179. Bajka o zasranym świecie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dawno, dawno temu... czyli wczoraj... cały świat pokryty był śniegiem. W nocy, z nieudanej balangi wracała wkurwiona, zła wróżka i zabrała wszystko, cały śnieg. To, co wylazło spod śniegu woła o pomstę do nieba. Świat pieprzonych wielbicieli zwierząt!
(1) Wszędzie psie kupy.
(2) Wszędzie suchy, spleśniały już, chleb dla ptaków.

Kudłata w przeciwieństwie do mnie uwielbia każdą bajkę, byle opowiadaną na dworze.
Ad. 1. Wciąż uśmiechnięta ma chyba wbudowany wykrywacz produktów psiej przemiany materii --- nigdy w nic nie wdepnęła. Ja wręcz przeciwnie --- będę miała chyba cholerne szczęście, bo zaliczyłam dziś ze cztery kupska.
Ad. 2. Heńka, oczywiście, doskonale pamięta, gdzie suchy chleb pojawił się choć raz. Ja, pozostając bez pamięci w tym względzie, marzę by nie skończyło się u weta.

W tej nędznej bajce, to ja jestem najczarniejszym charakterkiem, co nie umie cieszyć się życiem. Wybiłabym każdego niby-wielbiciela, który nie sprząta po swym pupilu. Wytłukłabym tych, co myślą, że suchy chleb to dobroć ludzkiego serca darowana ptakom. A niech to...

...a Heńka na to:
     — Ulżyło, jak sobie popisałaś?
     — Trochę.
     — To co, idziemy na dodatkowy spacer?
     — Mowy nie ma.
     Dałam Cholerze suszony świński nos. W końcu to nie jej wina, że musimy troszkę pożyć w tej bajce...

czwartek, sierpnia 26, 2010

53. Transport nieprzyjazny kobietom

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Pisałam już o lekko poszerzonej świadomości dotyczącej pojazdów niskopodłogowych. Wczoraj zdobyłam w tym zakresie dodatkowe doświadczenie i nadprogramowo doznałam szoku poznawczego.

Po pierwsze, okazało się, że nie ma kompletnie żadnego znaczenia fakt, że autobus jest niskopodłogowy, gdy kierowca zatrzymuje go pół metra od krawężnika — pojazd staje się wtedy pojazdem wysokopodłogowym, rozkosznie niedostępnym stawianym w trudzie krokom. Trzeba mieć przynajmniej małego psa lub wózek, aby dostrzec, że pół metra robi kolosalną różnicę. Do takiego wniosku doszłyśmy wczoraj z Kudłatą, gdy chciałyśmy poćwiczyć przemieszczanie się komunikacją miejską po raz pierwszy.

Wspomniany szok poznawczy trzyma mnie w niemiłym zadziwieniu aż do dziś. Zaplanowałyśmy sobie z Kudłatą drugie ćwiczenie — wycieczkę na Uczelnię, by odebrać protokół na przyszłotygodniowy egzamin. Łuuuuppp w ten nieświadomy łeb! Okazało się, że aby z dzielnicy sąsiadującej ze Śródmieściem dostać się do centrum, przy beznadziejnym założeniu, że chce się jechać konkretnym numerem tramwaju — widzimisię, jakby tramwaj sam w sobie nie wystarczał — to należy liczyć się z tym, że pojazdy niskopodłogowe pojawiają się na przystankach, w najlepszym przypadku, raz na dwie godziny. Europo, gdzie jesteś? Tak mnie to oburzyło, że dzisiaj z rana, w ramach odreagowania, policzyłam ile tramwajów pojawiających się na „moim” przystanku (w kierunku Centrum) jest niskopodłogowych. Nie miałam już wygórowanych ambicji, niech będzie jakikolwiek numer, byle jechał w ścisłe centrum, przystanek, dwa lub trzy z Kudłatą doczłapiemy. Okazało się, że w godzinach 6—22 na „moim” przystanku można wsiąść w 367 tramwajów, z czego tylko 25 jest niskopodłogowych, czyli jakieś 6,8%. Śmiech przez łzy.

Zła byłam i troszkę jeszcze jestem jak o tym myślę, bo Kudłata na razie to tylko marne 15,4 kg, jednak za chwilę nie będę mogła własnymi rączkami wtaszczyć jej do tramwaju. Można spokojnie skomentować: chciała pani pieska, ma pani pieska, co wyobraźni nie starczyło? Czy ten sam komentarz należy się kobietom, które postanowiły oddać się miejskiemu safari i pojechać gdzieś (też mi widzimisię!) z wózkiem wypełnionym jednostką stanowiącą przyszłość narodu. Takiej to należy jeszcze powiedzieć, że skoro z tym wózkiem zachciało jej się wyjść z domu to na pewno ma czas i może sobie dwie—trzy godzinki poczekać, jeśli jest tak wybredna, że chce tramwaju o konkretnym numerze. Na mężczyznę swego życia umiała czekać, to i na tramwaj poczeka! Kobiety do czekania są stworzone.

Transport miejski jest rodzaju męskiego. Czy właśnie dlatego tak trudno mu zrozumieć kobiety? Transporcie, może byłoby Ci łatwiej wygrzebać zza brudnych hamulców szczyptę empatii, gdy zostaniesz poinformowany, że wśród osób mających problemy z aparatem ruchu połowa to mężczyźni.