Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okolice onko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okolice onko. Pokaż wszystkie posty

wtorek, czerwca 24, 2025

5818. Z oazy (CCCXLIX)

Cotygodniowe od­liczanie literek, dwa, poślizgnięte jeden dzień. Zaczęta jako trzecia, ale skończona jako druga. Polowałam, w końcu upolowałam i nieźle się roz­cza­ro­wa­łam. Nie jest warta okładki, która obiecuje bardzo dużo i gra­fi­ką, i tytułem.

Wiem, o czym mówię, więc polemizuję ze słowami: Proszenie o pomoc nie jest ła­twe. Oznacza przyznanie się do słabości. Nie, nie jest łatwe, ale umiejętność przy­zna­nia się do słabości jest niebywałą siłą, a w zasadzie supermocą.

Ci, co stoją po stronie życia.
     Ci, co jedną nogą stoją po stronie śmierci.
     Ci, co zanurzyli stopę w rzece Styks.
     Bilet in blanco w jedną stronę został już wystawiony i doręczony do rąk własnych, za pokwitowaniem. Zaproszenie imienne na ten ostatni bal już czeka. Data wciąż pozostaje nieznana.
     Dla stojących po stronie życia choroba szybko przestaje być newsem, jest czymś, nad czym z czasem przechodzi się do porządku dziennego. Dla cho­re­go staje się nową rzeczywistością, jego chlebem powszednim. Czymś, z czym trzeba się powoli oswajać i mierzyć każdego dnia na nowo. Ten news nie traci na ważności, nie przedawnia się.

🖇

Biorąc pod uwagę, jak powszechnym stanem jest choroba, jak potężne du­cho­we zmiany za sobą niesie […], naprawdę dziwi, że choroba nie za­ję­ła wraz z miłością, orężem i zazdrością miejsca pośród głównych te­ma­tów literatury [.]
  //  Virginia Woolf, O chorowaniu.

🖇

Carpe diem
(Ciesz się, póki możesz)

Wobec diagnozy, jaką jest nowotwór, łatwo pogrążyć się w rozpaczy, od­czu­wać złość i przerażenie. Można ją też wyprzeć ze świadomości i udawać przed sobą i światem, że w sumie to nic się nie stało. Można ją też za­ak­cep­to­wać i nauczyć się z nią żyć, traktując jak każdą inną chorobę. Można też nabrać wiatru w żagle i spróbować przeżywać życie intensywniej niż do­tych­czas, delektując się każdą chwilą. W zasadzie wszystkie reakcje są do­zwo­lone, nie ma lepszych i gorszych. […] 
     Interesuje mnie jakość życia, nie długość – podkreślała w swojej książce Aneta Żukowska, i prawdę powiedziawszy, zgadzam się z nią w tym punk­cie. Skoro dni ma się, że tak powiem, policzone, rozsądne wydaje się spę­dze­nie ich możliwie przyjemnie, zamiast przepędzać je na umartwianiu się. Brzmi logicznie.

🖇

Metafora kapitalizmu jako raka wydaje się bardzo trafna. […]
     Akumulacja, rozrost, ekspansja. Poszukiwanie nowych rynków, nowe filie, zwiększanie efektywności. Efekt? Śmierć. Samobójczy wzrost. Planeta, podobnie jak ciało, nie jest w stanie utrzymać cią­głe­go wzrostu kolejnych guzów. Przeładowanej gospodarce grozi krach.

🖇

Choroba nowotworowa radykalnie zmieniła moje postrzeganie czasu. Całe dotychczasowe życie było oczekiwaniem na przyszłość. […]  Oczywiście była też przeszłość. Pielęgnowałam ją w pamięci z zaangażowaniem godnym lep­szej sprawy, aby nie utracić z niej ani sekundy. Teraz nie mam już siły na myślenie o przeszłości. Jestem zmęczona rozpamiętywaniem. Po dwóch miesiącach intensywnych rachunków sumienia mam zwyczajnie dość. Nie umiem też myśleć o przyszłości. […]  Czekałam więc, aż moje życie w końcu zacznie się naprawdę. Było w tym harmonogramie kilka kamieni mi­lo­wych. Że jak wyjadę na studia. Że jak skończę studia. Jak napiszę doktorat. Jak tylko uporam się z sesją. Po wakacjach. Kiedyś. Za miesiąc, za rok, góra dwa. Stojąc w obliczu możliwej śmierci, największy smutek sprawiało mi po­czu­cie, że moje życie nigdy nie zaczęło się naprawdę. Że wszystko do­tych­czas było próbą generalną do życia. Wprawką. Debiutem. Że to życie, które chciałabym mieć, jest wciąż przede mną. Kiedyś w przyszłości. Już nie­ba­wem. Wystarczy poczekać.

🖇

W amerykańskiej literaturze istnieje nawet specjalna szufladka, do której można włożyć takie teksty jak ten. Misery porn.

Adrianna Alksnin, Na coś trzeba umrzeć,
Wydawnictwo Ha!art, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Jestem czysta. Badanie kontrolne nie wykazało żadnych zmian przerzutowych. […]  To zaledwie informacja, że mój czas jeszcze się nie skończył. Gram dalej. Wygraną w tej rozgrywce jest czas. Tylko i wyłącznie. A czas jest cenny, choć nie zawsze ma wiele wspólnego z pie­niędz­mi.

(tamże)

środa, czerwca 11, 2025

5798. Z oazy (CCCXXXIX)

Od­liczanie literek, raz, poślizgnięte ponad dwa tygodnie i jeszcze jeden dzień świę­to­wa­nia. Poślizgnięte, bo im bardziej dotykająca książka i im piękniejsza, tym trud­niej zdecydować, które fragmenty chcę mieć pod ręką. Fusy wrażeń i zachwytu dłu­go opadały. Trudno było też zdecydować się na wielkość i kształt oczek sitka, przy pomocy którego należało odcedzić kawałki tej historii. Trwało. Wewnętrzna po­le­mi­ka, ne­go­cja­cje. Wszystko to trwało wyjątkowo długo.

Dużo w tej książce fragmentów, przy których osoba z doświadczeniem straty uko­cha­ne­go rodzica, przytakuje, kiwa głową ze zrozumieniem, czuje zachwyt, że udało się Autorowi tak pięknie zatrzymać w słowach kruchy fragment tego doświadczenia. Te słowa czynią czytającą osobę zrozumianą, mniej samotną, czynią żywą częścią ludzkiego plemienia osieroconych. Od tych słów można się odbić, by ujrzeć piękno życia i miłości, by nabrać ochoty na jedno i drugie, by ogrzać się przy wdzięczności za czas, który — choć nie wróci — był naszym udziałem.

À propos nieskasowanych numerów telefonów. Mam takich trzy.

Kiedy odchodzi mój ojciec, świat, ma się rozumieć, nie wie o tym […], życie się toczy…

🖇

Ta książka nie ma jednoznacznego gatunku, musi go sobie sama wynaleźć. Tak jak śmierć nie ma gatunku. Tak jak życie. A ogród? Może on sam jest gatunkiem albo zawiera w sobie wszystkie pozostałe?

🖇

Nie ma chmur nad chmurami,
nie ma chmur nad chmurami,
tak jak po naszej śmierci nie ma już śmierci…

      Napisałem w jednych ze swoich wczesnych notesów, co ja w ogóle wtedy rozumiałem ze śmierci? Potem odkryłem podobne słowa także w innych książkach. Pozostaje nam chociaż pocieszenie, że śmierć rodziców prze­ży­je­my tylko raz. O własnej śmierci nawet nie mówię. Jej nie przeżyjemy nawet raz.

🖇

O czym mówimy, gdy mówimy o śmierci? O tych, którzy odeszli czy o sobie? O samej nieobecności? Tak bardzo go nie ma, że tą nieobecnością zajmuje każdą wolną minutę.
     Jego dotychczasowe istnienie potwierdzało moje własne istnienie […]. Z drugiej strony, jego nieobecność puszcza w ruch całą mechanikę pamięci. Rzeczy, o których od dawna nie myślałem, teraz budzą się, budzę je, żeby mieć pewność, że to wszystko było. Pamięć dobrowolna i mimowolna pra­cu­ją razem, puszczają w ruch zaklinowany mechanizm wspomnień, wy­bie­la­ją lub do­po­wia­dają tam, gdzie nie widać wyraźnie. I należy przyznać, że jest to tak samo praca pamięci o tym, kto odszedł, jak i zwrócona na nas, egocentryczna w pewnym sensie praca nad ocaleniem samych siebie, nad własnym pozostaniem po czyimś odejściu. […]
     O czym mówimy, gdy mówimy o śmierci? Oczywiście o życiu, o jego całej zachwycającej nietrwałości.

🖇

Nie wiem, co zrobić z tym, co piszę, co niby jest o nim, ale też o mnie i wszystkich ojcach, których próbujemy dogonić.

🖇

Z drobnych porażek mój ojciec robił piękne historie. A potrafił ponosić po­rażki.
     W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym miał czterdzieści pięć lat, dziś powiedziałbym tylko czterdzieści pięć lat. Upadek muru ber­liń­skie­go i wpadnięcie w maszynkę do mielenia mięsa lat dziewięćdziesiątych wy­rwało kilka pokoleń z dotychczasowego życia.

🖇

W kulturze, w której nie ma zwyczaju mówienia mocnych słów, jak kocham cię, martwię się o ciebie, tęsknię za tobą i tak dalej, człowiek znajduje in­ne sposoby okazywania miłości.

🖇

Do teraz wiedziałem, że łacina jest martwym językiem.
     Teraz wiem, że jest językiem śmierci.
     Śmierć mówi po łacinie.
     Każdy opis medyczny, nawet jeśli opisuje normalny oddech i różowe ślu­zówki, tak naprawdę wyciąga cię ze zwykłego porządku żywych. Język sta­je się kliniką. I im bardziej szczegółowy jest opis, tym bardziej od­izo­lo­wa­ny staje się człowiek. Już nie człowiek, a pacjent. Już tu następuje pierw­sza pod­mia­na. Obiektywny opis twojego stanu tak naprawdę powoli za­mie­nia cię w obiekt. […]  Każdy szczegółowy opis paradoksalnie prowadzi do od­czło­wieczenia.

🖇

Jeśli miałbym komu, z pewnością wysłałbym dziś taką wiadomość: Umarł mój ojciec. Nie wiem, co mam robić.
     Nie wiem, co mam zrobić z dniami i nocami, najbardziej nie wiem, co zrobić z popołudniami, tam zaczaiła się tęsknota, niczym kot, który ani drgnie, siedzi i na mnie patrzy; jak bawół, który klapnął po­środku pokoju i nie ma go jak obejść.
     Nie wiem, co mam robić z latem, które było związane z nim i mamą, z domem i ogrodem, nie wiem, co robić z wszystkimi pojawiającymi się wspomnieniami, z przeszłością, nie wiem, co zrobić z dniami, które nad­chodzą.

🖇

Jestem pewien, że dziecięce oko posiada umiejętność rozszerzania prze­strze­ni. Kiedy jesteś wzrostu róż albo tulipanów, patrzysz na świat z bliska, jesteś na jego wysokości, a on na twojej.
     Dojrzewanie oddala i zmniejsza.

🖇

Tęsknota za czereśnią, którą zasadził parę lat temu i teraz powinna po raz pierwszy dać owoce.
     Właśnie w przyszłości drzewo smutku zakwitnie, będzie owocować i sta­wać się coraz bardziej rozłożyste.
     Śmierć jest czereśniowym drzewem, które dojrzewa bez ciebie.

🖇

Żałoba jest tak naprawdę egocentryczna, żałoba po sobie samym w opuszczonym świecie. Jak ja będę żyć bez

🖇

Ważne, aby ich trzymać za rękę, kiedy umierają, mówię przyjacielowi, któ­ry również stracił ojca.
     Ważne, żeby ich potem puścić, odpowiada po krótkim milczeniu.

🖇

Spytajcie jego, on to wszystko wie, mówili krewni. Tej niezapisanej rodzinnej historii już nie ma. Wiem, że wraz ze śmiercią mojego ojca odszedł nie jeden, ale kilka światów.

🖇

Stoję w ogrodzie, jest wiosna. Dziwne, myślę, taty nie ma, a wiosna przy­szła.

🖇

Mój ojciec był jak ten Atlas, trzymający na swych ramionach tony prze­szło­ści. Teraz, kiedy odszedł, czuję, jak cała ta przeszłość pęka, po cichu na mnie spada i zasypuje swoimi wszystkimi popołudniami. Cicho rozsypujące się popołudnia dzieciństwa. I nie mam kogo zawołać na pomoc.

🖇

To jest długi smutek, mówi pewien przyjaciel. Brzmi pięknie, ale ja jestem jeszcze w bólu. Najpierw jest długi ból. Smutek nadchodzi potem…
     […]  duży żal paraliżuje, zamienia w kamień, jest poza słowami. […]
     Tak, to najpewniej jest mały ogień żalu, skoro da się mówić, pisać, ukła­dać słowa. Zastanawiam się tylko, czy chrust tych słów go uspokaja, czy tak naprawdę bardziej rozpala.

🖇

Całe popołudnie mieliłem w głowie to zdanie. A moja kotwica robi się coraz lżejsza… Słowa znajdują nas, kiedy trzeba. Powiedziałem coś, nie do końca świadomie, może z powodu piękna samego zdania, a dopiero teraz, po śmier­ci mojego ojca, wypełnia się ono sensem. Ale od tego nie robi mi się lżej.

🖇

I znów to odblokowanie tęsknoty przez konkretne małe rzeczy.
     […] 
     Czasem zapominam, że go nie ma i są to szczęśliwe momenty, zaczynam wybierać jego numer i wtedy do mnie dociera.
     […] 
       Mijają ostatnie dni grudnia. Ostry brak około siódmej wieczorem. Za dwa dni jakiś nowy rok. Święta są wyjątkowo ciężkie w czasie żałoby.

🖇

Podświadomie układam w głowie listę pierwszych rzeczy po śmierci ojca.
     Pierwsze święta bez niego. Zostawiliśmy nieposprzątany stół, jak robi się z powodu zmarłych.
     Pierwszy Nowy Rok, kiedy nie usłyszę jego głosu pięć minut po dwu­na­stej.
     Pierwsza podróż, kiedy nie powie mi szczęśliwej drogi przed lotem.
     Pierwsze nieusłyszenie się przez telefon w moje urodziny.
      Wygląda na to, że po śmierci, tak jak po każdych na­ro­dzi­nach, świat zaczyna się od nowa. Prywatne odliczanie czasu zmienia się po takich wydarzeniach i rozpoczynają się nowe ery. Zaczynasz mówić – a, to było przed śmiercią mojego ojca. Albo – kiedy żył mój ojciec. Albo – dwa lata po... Tak samo było po narodzinach mojej córki. Świat na­gle pękł na pół – przed nową (albo jej) erą i potem.

Georgi Gospodinow, Ogrodnik i śmierć, przeł. Magdalena Pytlak,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025.
(wyróżnienie własne)

Wiem tylko, że kiedy pojawią się przebiśniegi albo otworzy się pierwszy tulipan, mój ojciec ogrodnik (czy też mój ojciec – ogród) tam będzie.

🖇

ludzi którzy się śnią jest więcej niż nas./ Za to nie zaj­mu­ją miejsca… – pisze Tomas Tranströmer […]
     Zmarłych także jest więcej niż nas, myślę, czytając te wersy. I choć nie zajmują miejsca, zamieszkują inne po­ko­je, przechodzą przez inne, niewidzialne drzwi do cza­su, w którym nasze drogi się na chwilę przecinają.

🖇

Wzniosłe jest wszędzie.

🖇

Nieśmiertelność również jest kategorią botaniczną. Wszystkie rośliny, które my uważamy za poprzedni etap ewolucji, znają tak naprawdę o jeden cud więcej, mają jedną supersiłę więcej niż my. Wiedzą, jak umrzeć, by powrócić do życia.

🖇

Nie skasowałem numeru taty ze swojego telefonu. Jeszcze nie. Nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobię.

(tamże)

wtorek, kwietnia 22, 2025

5765. Z oazy (CCCXXIX)

Co­tygodniowe odliczanie literek, raz. Poślizgnięte na świętach. Polecona nie wprost. Wyklikana bardzo wprost i sprawnie pochłonięta. Rezonowała nie raz, odsłaniając zacienione gęste miejsca mojego jestestwa. Było nad czym się zadumać, by złapać kontakt z tym, co dla mnie w moim życiu najważniejsze, niepodlegające dyskusji, niewymagające uzasadnienia. Są kwestie, w których nie ma mowy o kompromisach.

Pła­czesz przy każ­dym prze­ja­wie nie­spra­wie­dli­wego gniewu ze strony do­ro­słych, nie ro­zu­miesz, że ta złość to z ko­lei ich bez­sil­ność.
     Twój płacz bę­dzie bu­dzić gniew i bez­sil­ność do­ro­słych.

🖇

Ni­gdy nie prze­sta­niesz się za­chwy­cać uży­tecz­no­ścią ga­zet: naj­pierw są po­wo­dem spa­ceru, przy­pad­ko­wych spo­tkań, roz­mów ze sprze­dawcą w kio­sku, na­stęp­nie stają się źró­dłem wie­dzy, roz­rywki, bu­dzą emo­cje, dają te­maty do roz­mów, koń­czą jako jed­no­ra­zowy ob­rus, la­tem wsta­wione po­mię­dzy szyby okien skrzy­nio­wych służą jako ża­lu­zje, póź­niej są naj­lep­szym na­rzę­dziem do my­cia wła­śnie okien, można je roz­mięk­czyć w wo­dzie i stwo­rzyć z nich ma­sę pla­styczną, da się zło­żyć z ga­zet czapki, za­bez­pie­czyć pod­łogi pod­czas ma­lo­wa­nia, a na końcu zu­żyte lą­dują jako pod­pałka.

🖇

Bę­dziesz szu­kać rów­no­wagi mię­dzy tym, kim je­steś w swo­jej gło­wie, a tym, jak wy­gląda twoje ciało.

🖇

Kac nie ma końca. Me­lanże mi­jają bły­ska­wicz­nie, to kac się dłuży. Im­preza to trzy kie­liszki wina, im­preza to pójść spać po dwu­dzie­stej trze­ciej, im­preza to piwo i to­wa­rzy­ski pa­pie­ros, po któ­rym jest mi nie­do­brze, im­preza to czas, kiedy się uwal­niam i mó­wię wię­cej, niż pla­no­wa­łam. Im­preza to lody albo pizza, albo ka­napka po dwu­dzie­stej dru­giej. Nie wiem, gdzie są gra­nice im­prezy. Wszystko „po­nad” mi szko­dzi. […]  Po­go­dzi­łam się z tym, że już ni­gdy [moje ciało]  nie bę­dzie tak sprawne jak kie­dyś.

🖇

Nie spodoba ci się rola ko­biety, ale prze­mówi do cie­bie idea rów­no­upraw­nie­nia. […]  Oczy­wi­ście, że je­ste­ście równi, wy, ko­biety, i oni, męż­czyźni. Ja­kie zna­cze­nie ma koń­cówka słowa?! Prze­cież w tym sa­mym ję­zyku ka­na­dyjka to ro­dzaj ka­jaka, hisz­panka to od­miana grypy, ja­ponki to klapki, a finka to nóż. Ro­dzaj żeń­ski to przed­miot co­dzien­nego użytku. Ty my­ślisz: „je­stem nie­co­dzienna”.

🖇

W twoim kraju psy nie są szcze­gól­nie sza­no­wane. Pew­nie wpływ is­lamu.
     – Z psa po­żytku nie ma – po­wie bab­cia. – Ani mleka nie daje, ani ja­jek nie znosi, na­wet my­szy się go nie boją.
     – Ale pil­nuje domu – sta­niesz w obro­nie psów.
     – Tak, ale my nie mamy nic cen­nego.
     […]  Pierw­szą pchłę zo­ba­czysz w Pol­sce, do tego czasu nie bę­dziesz pew­na, czy na­prawdę ist­nieją. Mi­tyczne straż­niczki psów.

🖇

Bę­dziesz prze­ko­nana, że to ko­bieta wy­biera męż­czy­znę, nie­mniej mnó­stwo czasu zaj­mie ci po­go­dze­nie się z tym, że raz czy drugi, tak w przy­bli­że­niu, twój wy­bór nie bę­dzie naj­lep­szy.

🖇

W twoim kraju nie wolno od­ma­wiać ma­łym chłop­com. Pada wów­czas ar­gu­ment: „bo coś mu się sta­nie”. Nie wiesz co. Ni­gdy się nie do­wiesz. Py­tasz, lecz tylko ta­jem­ni­czo od­po­wia­dają, że „coś”. Ta za­sada nie do­ty­czy dziew­czyn. Im nic nie grozi.

🖇

Do­bre słowa to żadne i każde. Nie ma re­guły. Czy­tam kilka ulu­bio­nych ha­seł z kar­tek, które wy­my­śli­łam:
     „Karma jest dla psów”.
     „Bądź nie-dzielna w so­botę”.
     „Mów, co chcesz usły­szeć”.
     I jesz­cze to: „Też się o cie­bie boję” – to jest ta­kie pro­ste, biorę twój strach i przy­tu­lam do swo­jego, i faj­nie, że nie je­stem w tym sama.
     Już od po­nad roku lu­dzie wo­kół mnie nie wie­dzą, co po­wie­dzieć. Jedni mo­gą rzu­cić tekst, że „wszystko bę­dzie do­brze”, i wy­ba­czę im ten ba­nał, a in­nym od­mó­wię do niego prawa. […]  Za­pra­szam cię, po­tknij się, po­wiedz, że nie wiesz, co w tej sy­tu­acji po­wie­dzieć.

🖇

Boli jak skur­wy­syn.
     – Nie ma co bo­leć, nie po­winna mieć pani tam czu­ciа, wszystko zo­stało wy­cięte. – Chi­rurg jest roz­czu­la­jący. Jego wie­dza me­dyczna wy­klu­cza mój ból. Wspa­niale. A mnie boli, sorry. Co mam po­wie­dzieć?

🖇

Mę­czące my­śli. Wieczne po­szu­ki­wa­nie związ­ków przy­czy­nowo-skut­ko­wych, jakby mój ro­zum nie mógł się po­go­dzić z cha­osem, przy­pad­kiem i bra­kiem wpływu na rze­czy­wi­stość. Ani przez chwilę.

🖇

[…]  wię­cej i tak nie mo­gła­bym do­stać. To jest w po­rządku, zwłasz­cza że mam ten­den­cję, by się za­mar­twiać: że za mało, że za późno, że trzeba było wcze­śniej. Wszystko jest po coś. Albo i nie.

🖇

Bę­dziesz chciała tak te­le­pa­tycz­nie przy­tu­lać lu­dzi, któ­rzy sami ra­nią się cu­dzymi sło­wami. Na­uczysz się, że te­le­pa­tyczne przy­tu­le­nie jest lep­sze od słów po­cie­sze­nia. Tak bę­dzie ci się wy­da­wać.

🖇

Nie ro­zu­miem. Czy jest coś nor­mal­niej­szego od stra­chu przed śmier­cią? Czy jest coś bar­dziej osta­tecz­nego, kiedy ja chcę wię­cej? Je­śli mam nie bać się śmierci, to czego mam się bać?

🖇

Za­pa­mię­tać: łysi lu­dzie bez brwi się le­czą, a nie umie­rają. Umieramy wszyscy.

🖇

Umiem nie li­czyć na wła­sne szczę­ście. To na­wet nie umie­jęt­ność czer­pa­nia ra­do­ści z ma­łych rze­czy, lecz po­go­dze­nie się z tym, że źró­dła szczę­ścia za­wsze są małe. Złoty, kurwa, śro­dek. I na­wet bym uwie­rzyła, że już wiem, jak żyć: że do­ty­kiem, po­wie­trzem, po­korą, że pracą, spa­ce­rem, roz­mową, że wa­rzy­wem, owo­cem, wi­nem. Gdyby nie odu­rza­jąca ra­dość z córki i wszech­ogar­nia­jący strach przed ry­chłą śmier­cią. Dzie­sięć stopni w skali Rich­tera.

🖇

Ła­pię się na tym, że chcę do­ko­nać je­dy­nego słusz­nego wy­boru, boję się po­my­lić, ża­ło­wać, nie wy­ko­rzy­stać szans, po­ten­cjału.

🖇

Cza­sami za­pi­suję je [swoje za­klęcia] w no­tat­niku w te­le­fo­nie:
       Roz­pier­da­lam ich in­sta­gra­mowe życie napędzane przez ka­rierę, sza­lone wa­ka­cje i wy­je­bane me­ble na sie­dem­dzie­sięciu dwóch me­trach kwa­dra­to­wych w lep­szych dziel­ni­cach mia­sta. Trzy­dzieści dwa me­try kwa­dra­towe zaj­muje ich ego, które wy­sa­dzam sło­wami typu „ma­stek­to­mia”, „che­mio­te­ra­pia”, „lek, który za­po­biega prze­rzu­tom do kości”.

🖇

W cza­sach Szek­spira ko­biety były grane przez męż­czyzn. Pew­nie pierw­sza ko­bieta, która wy­stą­piła na sce­nie, mu­siała mi­strzow­sko zre­ali­zo­wać mę­skie, bo wy­my­ślone przez re­ży­sera, wy­obra­że­nie o ko­bie­cie, którą grała. Była ko­bietą naj­le­piej gra­jącą męż­czy­znę gra­ją­cego ko­bietę wy­my­śloną przez męż­czy­znę (ja­kie­goś Szek­spira). Od mniej wię­cej stu lat ko­biety wcho­dzą na sceny zdo­mi­no­wane przez męż­czyzn i po­woli przej­mują mę­skie role. Na­pi­sane przez męż­czyzn dla męż­czyzn. Grają bez za­jąk­nię­cia, stop­niowo, nie za­wsze świa­do­mie, two­rzą nowe role. A w ich ko­bie­cych na­zwach za­ko­do­wane są trudne de­cy­zje, po­świę­ce­nie czy nad­ludzka dys­cy­plina.

🖇

     – Nie lu­bię swo­ich wło­sów. Chcia­ła­bym mieć pro­ste i ciemne jak ty.
     – Za­wsze tak jest, wy­daje ci się, że inni mają le­piej.
     – Krę­cone są brzyd­kie.
     – Ja chcia­łam być niż­sza.
     – Czemu?
     Jak to jest, że dzieci lu­bią słu­chać o sła­bo­ściach do­ro­słych?
     – My­śla­łam, że mia­ła­bym ła­twiej. […]
     – Ja też je­stem wy­soka, mnie to nie prze­szka­dza.
     – Su­per.
     Uff. Uwiel­biam te roz­mowy, ale to jest pole mi­nowe. Ota­czasz ma­łego czło­wieka mi­ło­ścią i ak­cep­ta­cją, a on prę­dzej czy póź­niej wraca do cie­bie z li­ta­nią na te­mat swo­jej nie­do­sko­na­ło­ści.

🖇

Pra­co­wity ide­ali­sta, czło­wiek ce­niący po­rzą­dek rów­nież poza wła­snym do­mem – to brzmi jak okre­śle­nia cho­ler­nie spię­tej osoby.

🖇

[…]  ina­czej pa­trzę na ten szpi­tal. Wi­dzę tu sporo mi­ło­ści upra­wia­nej pu­blicz­nie, bez­kar­nie, w tłu­mie, za­du­chu i stra­chu. Ni­g­dzie nie zo­ba­czysz tyle nie­oczy­wi­stej czu­ło­ści, co na On­ko­lo­gii. Tu­taj nie mu­sisz być na­sto­lat­kiem, by trzy­mać dziew­czynę/żonę/part­nerkę za rękę, męża przy­tu­lić, a ma­mę przy­kryć sza­lem. Tu­taj lu­dzie, któ­rzy nie są cho­rzy, to­wa­rzy­szą pa­cjen­tom, by wziąć na swoje barki tro­chę ich stra­chu i stresu. Gdy czeka się w ko­lejce, można na­tra­fić na grupy osób, które nie­zgrab­nie wy­mie­niają się mi­ło­ścią, a wy­miana cza­sem przy­biera formę opier­da­la­nia czy in­nego bia­do­le­nia. Praw­dziwe złoto.

🖇

Ży­cie przed dia­gnozą jest w pew­nym sen­sie nie­re­alne, to ży­cie wy­stra­szo­nej nie­śmier­tel­nej. Te­raz je­stem śmier­telna i boję się ina­czej.

🖇

Mówię o raku, po­nie­waż nie chcę się go bać. Nie chcę, żeby bali się go inni lu­dzie. Jest ważniej­szy od ko­lej­nej afery ko­rup­cyj­nej w unij­nym par­la­men­cie. Oswa­jam go dla sie­bie i dla in­nych.
     – Ale „on­ko­ce­le­brytka” brzmi po­gar­dli­wie.
     – A „rak” brzmi jak śmierć i cier­pie­nie. A ja żyję i mam się do­brze.

🖇

[…]  to nie są my­śli warte łez. To są my­śli, które na­leży wy­po­wie­dzieć, przyj­rzeć im się przez pięć mi­nut i olać na za­wsze.

🖇

[…]  od­pę­dzam te nie­po­trzebne my­śli wzru­sze­niem ra­mion. Po­tęga wzru­sze­nia ra­mion.

🖇

Tak strasz­nie bym chciała, żeby lu­dzie wresz­cie
od­pier­do­lili się od swo­ich ciał.

🖇

Nie od­ma­wiam ni­komu prawa do po­szu­ki­wa­nia po­czu­cia by­cia sobą. Na­wet je­śli jest to droga bez­pow­rotna i nie ma pew­no­ści, że za­pro­wa­dzi go w do­bre miej­sce. Wszy­scy cią­gle wy­bie­ramy drogi w jedną stronę.

🖇

Wła­sną du­cho­wość oprzesz na przy­pad­ko­wych chwi­lach, kiedy po­czu­jesz nie­za­po­wie­dzianą moc w zwy­czaj­nych oko­licz­no­ściach.

Mira Suchowiejko, Też się o ciebie boję,
Biuro Literackie, Kołobrzeg 2025.

Cier­pie­nie, śmierć, pustka. My­ślę o tym, ale mnie to nie pa­ra­li­żuje. Od­dy­cham i wi­dzę smu­tek jako ko­lor.

🖇

Raz otwarta furtka po­zo­sta­nie otwarta na za­wsze, a te za­mknięte na za­wsze zo­staną za­po­mniane.

🖇

     – Wiesz, że na­sze ży­cie to pier­do­lona bajka? – Oczy­wi­ście, że wiem.
     – Taaa. – To on czę­ściej o tym za­po­mina.

🖇

Cho­roba wy­strze­liła mnie na inną pla­netę, gdzie po­rządkuję swoje lęki i daw­kuję używki […]. I sta­ram się nie bać.

🖇

Kie­dyś przyj­dzie czas, że ża­den włos na twoim ciele nie bę­dzie twoim wro­giem.

🖇

Czy coś się zmie­nia? Po­dróż w głąb sie­bie, ow­szem, ale któ­rędy?
     […]  Na­zy­wasz, oma­wiasz, wy­zy­wasz, prze­kli­nasz, za­kli­nasz, wy­rze­kasz się i przy­rze­kasz. A może wła­śnie po­trze­bu­jesz ci­szy?

🖇

Ga­damy o […]  walce, która za­mie­nia się w drogę, gdy prze­sta­jesz wie­dzieć, z czym wal­czysz, i już na tej dro­dze zo­sta­jesz.

🖇

Od babci na­uczysz się, że za­klę­cia są two­rzone i rzu­cane przez lu­dzi. Po­eci są w tym szcze­gól­nie wpra­wieni.

🖇

Świeczki to mo­dli­twy, głu­pio oszczę­dzać
na roz­mo­wach z Bo­giem.

(tamże)

poniedziałek, marca 17, 2025

5732. Z oazy (CCCXVIII)

Kilkuty­godniowe odliczanie literek, trzy. W ostatni piątek późnym wieczorem do­wie­działam się o istnieniu tej książki. Pełnia księżyca dała mi popalić, wskutek czego sen był od­le­głym marzeniem, ale dałam radę, nie zapaliłam światła o trzeciej trzy­dzie­ści, nie włączyłam komputera, nie zrobiłam klik, klik. Duma, jaka mnie roz­pie­ra­ła, z tego faktu, świadczy o głębokim uzależnieniu od iesbeenów. W sobotę o siód­mej rano, w maje­sta­cie prawa zrobiłam klik, klik i miałam ją na czytniku. Rzuciłam wszystko, co czy­ta­łam. Dwie kawy i było po lekturze.

Dla mnie to zdecydowanie kolejna książka roku 2025. To również kolejna książka, której fragmencik wprawił mnie w osłupienie, gdy dotarło do mnie, że jego treść świad­czy o tym, że autor(ka) nie rozumieli słów Kübler-Ross. No i na koniec, mu­sia­łam dorzucić swoje pięć kulawych groszy.

[dostęp 17.03.2025], źródło.

Simon Boas
(1977–2024)

🖇 🖇

Dużo szczęścia na twojej własnej drodze, długiej czy krótkiej! Wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze, wszystko będzie do cna dobrze!
                                                     Simon
                                                     Trinity, Jersey
                                                     czerwiec 2024

 

🖇 🖇

Niezależnie od tego, jak dużo wiedzielibyśmy czy myślelibyśmy o śmierci, kiedy nadchodzi nasza kolej, wszyscy jesteśmy początkujący. A ja zde­cy­do­wa­nie czuję się nowicjuszem, więc aroganckie z mojej strony jest twier­dze­nie, że będzie to poradnik. To po prostu kilka przypadkowych depesz z linii frontu, z niespodziewanie jasnego, intensywnego i granicznego okresu życia.

🖇

[…]  da się „wejść łagodnie do tej dobrej nocy”, jednocześnie żyjąc i kochając życie w najpełniejszym sensie tych słów.

🖇

Mój tekst opisuje po prostu to, co mi pomogło, a także wyjaśnia kilka zda­rzeń, kiedy musiałem szukać w sobie głębokich rezerw poczucia humoru, aby poradzić sobie z czymś, co znienacka walnęło mnie w łeb.

🖇

Zacząłem patrzeć na trudności i zmartwienia z wielką empatią dla siebie i zrozumiałem, że przecież robię wszystko, co w mojej mocy, i to wystarczy.

🖇

Benjamin Franklin pisał, że większość ludzi umiera w wieku dwudziestu pię­ciu lat, choć do grobu trafiają dopiero w wieku siedemdziesięciu pięciu. Teraz jest czas – bez względu na to, ile masz lat – aby podsumować sprawy i pojąć, że życie jest cenne i skończone.

🖇

[…]  wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani jako uczestnicy wiel­kie­go kosmicznego tańca, a jego sednem są życzliwość i miłość.

🖇

Jak przed śmiercią napisał Christopher Hitchens: „Na głu­pie py­ta­nie: »Dla­cze­go ja?«, kosmos może tylko niechętnie odpowiedzieć: »A dlaczego nie?«”. Sądzę, że jeśli wierzysz w boskie istnienie, musisz podjąć próbę i zig­no­ro­wać to poczucie niesprawiedliwości, nie pytać: „Dla­cze­go ja?”. Jeśli do koń­ca będziesz utrzymywał, że to Bóg ci to zrobił – ale przecież mógłby też zmie­nić zdanie! – umrzesz skupiony na niesprawiedliwości i stracie, a nie na niezwykłym darze, jaki wszyscy otrzymaliśmy.

🖇

Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. […] Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. […]  Należymy do niewielkiej uprzywilejowanej grupy, która wbrew wszystkiemu wygrała wielką loterię urodzeń, dlaczego więc narzekamy na nieunikniony powrót do stanu po­przed­nie­go, skoro ogromna większość nigdy nawet z niego nie powstała?
Richard Dawkins

🖇

[…]  mamy szczęście, że w ogóle istniejemy, i  […]  mamy szczęście, że istniejemy akurat w tym czasie i w ten sposób.

🖇

A z tego, co ostatecznie uznałem za dar, wyciągnąłem dwie główne lekcje.
     […]  zrozumiałem, że śmierć jest nieunikniona – nawet bardziej niż po­dat­ki. Jednak od tych ludzi, w których życiu śmierć jest obecna bardziej niż zwykle, nauczyłem się, że nie musi to wcale umniejszać pełni egzystencji. […]  Ucieczka przed śmiercią to nie tylko marnowanie energii, lecz także przeciwstawianie jej życiu.

🖇

[…]  religia nie tylko nie jest konieczna, by ludzie postępowali etycznie, lecz jest w pewnym sensie z tym sprzeczna. Czy nie oszukujesz ani nie mor­du­jesz, ponieważ przykazania mówią ci, że to nieprzyjemne dla kogoś innego (i poniesiesz karę), czy naprawdę pojmujesz, że to zło?

🖇

[…]  gdy ludzie zbliżają się do końca życia, wielu z nich – w tym ja – za­czy­na się bardziej interesować sprawami ducha. Nie jest to chwytanie się brzy­twy ani ostatnia szansa na zakład Pascala; to przychodzi całkiem na­tu­ral­nie, gdy wreszcie da się wyraźnie zobaczyć śmierć, uwolnioną od wszyst­kich obaw i tabu.

🖇

Zaskakująco łatwo znaleźć w sobie haj dzięki innym ludziom. Nie tylko przyjaciołom i bliskim, nie tylko osobom, z którymi dzielisz zajęcia lub zainteresowania. Możesz chodzić po mieście, sklepie lub szpitalu i czerpać haj od nieznajomych. Świadomość tego naprawdę zmieniła moje życie, a także bardzo się przydała w okresie poprzedzającym śmierć.

🖇

Życie jest niezwykle cenne, niepowtarzalne i piękne. Ty jesteś wspaniały. Kiedy mówisz: „Jest okej”, a zapewne robisz to dwadzieścia razy dziennie, uświadom sobie, że nie znaczy to tylko: „Jest dobrze”. Jest naprawdę do­sko­na­le. Jesteś jedyny w swoim rodzaju. Wyjątkowy. Doskonale stworzony, doskonały jak najlepsza kuchnia, doskonały jak najlepsza porcelana! Na­praw­dę jest okej, a nawet więcej. Często powtarzamy te słowa i nie­świa­do­mie mówimy prawdę.

Simon Boas, Poradnik umierania dla początkujących,
przeł. Dobromiła Jankowska, Angora, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

[…]  najważniejsze jest to, by łapać życie za ge­ni­ta­lia i wyciskać z nich radość. Świat jest tak pe­łen możliwości, dziwności i ko­lo­rów, że szkoda by­ło­by iść przezeń na ślepo, mar­nu­jąc ten nie­praw­do­po­dob­ny dar, jaki otrzy­ma­li­śmy: istnienie.

🖇

Jeśli możesz, ignoruj politykę, przyswajaj jak najmniej newsów i staraj się trzymać z dala od mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Wszystkie one pomijają szeroki kontekst.

🖇

[…]  ciesz się, że nasze życie się splotło; pomyśl o tajemnicy i radości z tej jedynej rzeczy, która ostatecznie łączy nas wszystkich.

🖇

Ustal priorytety, na problemy spójrz z dystansu, nie od­kła­daj rzeczy na później. […]  A kiedy śmierć na­gle przy­je­dzie na ognistym motocyklu po ciebie lub ko­goś in­ne­go, będziesz nieco lepiej przygotowany, aby za­pro­po­no­wać jej filiżankę herbaty.
     Akceptacja okazała się dla mnie bardzo wyzwalająca. Tak jest od zawsze i nic tego nie zmieni: rodzimy się i roz­sy­pujemy, wracamy do natury, a być może także do siły, która wszystko wprawiła w ruch. Zaprzeczanie, kurczowe trzymanie się nadziei, że nowa tabletka lub modlitwa cię wyleczą, działają zupełnie od­wrotnie.

🖇

[myślcie] o mnie jak o przeczytanej z przyjemnością książ­ce. Całe nasze życie można w ten sposób po­strze­gać. Dla jednych jesteśmy tylko akapitem lub przypisem, dla innych rozdziałem lub tomem. Dla nikogo nie je­ste­śmy całą książką […]. Jesteśmy postaciami w ich historiach. A oni będą pisać w nich piękne rozdziały rów­nież po naszym odejściu.

🖇

Naprawdę wszyscy powinniśmy zaakceptować fakt, że umrzemy (i zmienić dzięki temu swoje życie).

🖇

Dostrzegajcie drobne akty czułości, stoicki humor, od­wa­gę. Poważna choroba i jej towarzyszka z kosą po­tra­fią wszystkich zrównać, ponieważ każą zdejmować ma­ski i odsłaniają kryjących się pod nimi wrażliwców. Łatwo rozszerzyć tę obserwację poza oddział onkologii i zobaczyć, że naprawdę każdy człowiek po prostu robi na co dzień, co w jego mocy.

(tamże)

poniedziałek, lutego 03, 2025

5703. Z oazy (CCCXXI)

Nie­dzielne odliczanie literek, trzy. Poślizgnięte na dniu, potrzebnym, by odcedzić frag­menty, które koniecznie muszę tu mieć. Ta lektura uświadomiła mi, dlaczego czy­tam takie książki. To jest bardzo proste, bo są o wewnętrznej sile i osobistej mo­cy. Ta jest pod tym względem wyjątkowa.

Często odstawała nawet od odmieńców: w barach dla lesbijek była zbyt mało kobieca, żeby być femme i niewystarczająco twarda, aby postrzegano ją jako butch. W autobiografii […]  pisze, że już od cza­sów dzieciństwa boleśnie odczuwała odrzucenie społeczne, ale szyb­ko odkryła, że nie jest zabójcze, a nawet bywa użyteczne.

Wielokrotnie stwierdza, że to nie różnice dzielą kobiety, lecz udawanie, że owe nie istnieją.

Według Lorde poezja pozwala stworzyć sprawny język osobom, któ­rych głosy zostały wykluczone z debaty publicznej, dzięki czemu daje im „siłę i odwagę, by widzieć, czuć, mówić i ośmielać się”, i przy­czy­nia się do realnej zmiany.

[…]  zadaje retoryczne pytanie o etyczność bycia wiecznie szczę­śli­wym w tym nieludzkim świecie pełnym przemocy wobec mniej­szo­ści, kobiet i ubogich, zanieczyszczenia środowiska i ekologicznej niesprawiedliwości.

Anna Pochmara

🖇 🖇

Dorastanie jako Gruba Czarna Istota Rodzaju Żeńskiego, prawie ślepa, w ameryce, wymaga tyle woli przetrwania, że albo się tego nauczysz, albo umrzesz. […]  przetrwanie to tylko część zadania. Inną jest nauka. Szko­li­łam się przez długi czas.

🖇

Osobiście czuję się urażona przekazem, że jestem do za­ak­cep­to­wa­nia tylko wtedy, kiedy wyglądam „dobrze” lub „normalnie”, zwłaszcza że te normy nie mają nic wspólnego z moimi wyobrażeniami na temat tego, kim jestem.

🖇

❧ 19.30. A przecież nawet gdybym przepłakała sto lat, nie zdołałabym w żaden sposób wyrazić żalu, który teraz czuję, ani smutku czy straty.

🖇

❧ Muszę pozwolić, aby ten ból przeze mnie przepłynął i przeszedł dalej. Jeśli mu się oprę albo będę próbowała go powstrzymać, wybuchnie we mnie, ro­zerwie mnie, rozniesie moje strzępy po każdej ścianie i po każdej osobie, któ­rej dotykam.

🖇

[milczenie]  nigdy nie przyniosło
nam [kobietom]  nic wartościowego.

🖇

[…]  nad czym ten płacz? Nad straconą piersią? Nad straconą mną? Tylko kim ja właściwie byłam? Nad śmiercią, którą nie wiem, jak odsunąć w czasie? Albo jak elegancko wyjść jej na spotkanie?

🖇

❧ Czy zostało coś jeszcze, czego mogłybyśmy się bać, skoro zmierzyłyśmy się twarzą w twarz ze śmiercią i nie przyjęłyśmy jej? Skoro zaakceptowałam umie­ra­nie jako część życiowego procesu, któż miałby mieć nade mną władzę?

🖇

Wiele się nauczyłam […]. Uczę się żyć bez strachu dzięki temu, że potrafię go przeżyć, równocześnie zaś uczę się przemieniać wściekłość na własne ogra­ni­cze­nia w jakąś bardziej twórczą energię. Uświadomiłam sobie, że jeśli będę czekać, aż przestanę się bać działać, pisać, mówić, być, skażę się na wy­sy­ła­nie wiadomości za pomocą tabliczki ouija, zaszyfrowanych skarg z tam­tej strony. Kiedy zaś ośmielę się być mocna, wykorzystywać siłę w służ­bie swojej wizji, wtedy to, czy jestem nieustraszona, czy nie, nie bę­dzie już tak istotne.

🖇

❧ Musi istnieć sposób na scalenie śmierci z życiem, tak, by ani jej nie ignorować, ani się jej nie poddać.

🖇

❧ Lęk, ból i rozpacz nie zniknęły. Powoli jednak stają się coraz mniej istotne. Choć czasem tęsknota za prostym, uporządkowanym życiem wciąż dopada mnie jak nagły atak głodu – jak wegetariankę, którą niespo­dzie­wa­nie ogarnia pragnienie mięsa.

🖇

❧ Skoro potrafię spojrzeć wprost na swoje życie i na swoją śmierć i się nie wzdry­gnąć, wiem, że nie ma już nic, co mogliby mi znów zrobić. Muszę za­do­wolić się tym, że widzę, jak niewiele jestem w stanie zrobić, i na­dal robić to niewiele z otwartym sercem.

🖇

Zmuszona dogłębnie uświadomić sobie własną śmiertelność, a także prze­my­śleć to, o czym marzyłam i czego pragnęłam od życia, nieważne, jak krót­kie miałoby się ono okazać, zobaczyłam swoje priorytety i swoje za­nie­dba­nia zarysowane z całą ostrością w bezlitosnym świetle, i okazało się, że tym, czego najbardziej żałuję, są moje zamilknięcia. Czego kiedykolwiek się bałam? Zadawanie pytań lub mówienie o tym, w co wierzyłam, mogło przy­nieść ból, nawet śmierć. Tyle że przecież ranimy się na tak wiele naj­róż­niej­szych sposobów, i to nieustannie, a ból albo się zmieni, albo zniknie. […]  zaczęłam rozpoznawać w sobie źródło mocy, która pochodzi z wiedzy, że nawet jeżeli stanem najbardziej pożądanym byłby brak lęku, odkąd nauczyłam się, jak umieścić lęk w odpowiedniej perspektywie, zyskałam wielką siłę.
     Umrę wcześniej czy później, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek przemówiłam.

🖇

Widzialność, z powodu której stajemy się tak bardzo kruche, jest zarazem źródłem naszej największej siły.

🖇

Odkryłam, że walka z rozpaczą nie oznacza zamykania oczu na ogrom za­dań związanych z wprowadzaniem zmian, nie oznacza również igno­ro­wa­nia siły i barbarzyństwa sprzysiężonych przeciwko nam potęg. Oznacza na­u­kę, przetrwanie i walkę z wykorzystaniem najważniejszego zasobu, jaki mam – mnie samej – i czerpanie radości z tej walki. […]  moja praca przy­na­le­ży do kontinuum kobiecej pracy nad odzyskiwaniem ziemi i naszej siły, wiedzę, że ta praca nie zaczęła się w dniu moich narodzin ani nie zakończy się, kiedy umrę. Oznacza wiedzę, że w tym kontinuum moje życie, moja miłość i moja praca mają szczególną moc i znaczenie dla innych.
     Oznacza łowienie łososi w rzece Missisquoi o świcie, smakowanie zielonej ciszy i świadomość, że także i to piękno jest moje, na zawsze.

🖇

Teraz myślę, że najważniejsze było nie tyle to, co wybrałam, ile świadomość, że mam wybór, a także to, że kiedy już wybrałam, samo podjęcie decyzji, zawalczenie o siebie, wykonanie ruchu, umocniły mnie.

🖇

Podkreślanie znaczenia pooperacyjnej kosmetyki wzmacnia społeczny ste­reo­typ, dotyczący kobiet, zgodnie z którym jesteśmy tylko tym, co widać, tym, jak się jawimy, a więc żadnym innym aspektem naszego istnienia nie musimy się zajmować. Każda kobieta, która z powodu raka musiała się zgo­dzić na usunięcie piersi, wie, że nie czuje się taka sama. Ale nie przy­zna­je się nam żadnego psychicznego czasu ani przestrzeni, abyśmy mogły zba­dać nasze prawdziwe odczucia, oswoić je. Natychmiastowa estetyczna po­cie­cha niesie ze sobą informację, że nasze uczucia nie są ważne, że to nasz wygląd jest wszystkim, całkowitą sumą naszego ja.
     Nie musiałam spoglądać w dół, na bandaże na klatce piersiowej, żeby wiedzieć, że nie czuję się tak samo jak przed operacją. Wciąż jednak czułam się sobą, Audre, a to wykraczało daleko poza wygląd mojej piersi.

🖇

W ramach nacisku na powierzchowność i udawanie kolejnym logicznym krokiem kultury, która depersonalizuje i deprecjonuje kobiety jest po­ja­wie­nie się ko­szma­ru, eufemistycznie nazywanego „rekonstrukcją piersi”. Prze­mysł chirurgii plastycznej forsuje obecnie ten zabieg jako najnowsze „osiąg­nię­cie” w chirurgii piersi. W rzeczywistości nie jest to żadna nowość, ale technika stosowana dotąd przy powiększaniu biustu. Należy zauważyć, że prowadzenie badań nad tą potencjalnie zagrażającą życiu praktyką ozna­cza, że czasu i pieniędzy nie przeznacza się na znalezienie metody za­po­bie­ga­nia nowotworom, które kosztują nas piersi i życie, ale raczej na to, jak udawać, że nasze piersi nie zniknęły, a nam jako kobietom nie zagraża śmierć.

🖇

[…]  każda kobieta potrzebuje żyć świadomie. Przy czym konieczność refleksji umacnia się i pogłębia, gdy trzeba wprost stawić czoła wła­snej śmiertelności, własnej śmierci.

🖇

Tam, gdzie słowa kobiet krzyczą, by ich wysłuchano, musimy, każda z nas musi, uznać naszą odpowiedzialność za odnalezienie tych słów, odczytanie ich, podzielenie się nimi i zanalizowanie znaczenia, jakie mają dla naszego życia. Po to, byśmy nie chowały się za oszukańczymi podziałami, które nam narzucono i które zbyt często uznajemy za oczywiste […]. Tyle jest naj­róż­niej­szych, nieskończonych sposobów, na które okradamy się z nas samych i z siebie nawzajem.
     […]  Zostałyśmy tak zsocjalizowane, by lęk szanować bardziej niż naszą potrzebę języka i definiowania, jeśli więc będziemy czekać w ciszy na luksus ostatecznej nieustraszoności, ciężar tej ciszy nas zadusi.

🖇

Wiem, że jeśli tylko iskra życia będzie płonąć, nie zabraknie paliwa, że póki chcę żyć, znajdę najlepszy dla siebie sposób.

🖇

Co jakiś czas zaczynałam się zastanawiać, co mam jeść, jak działać, aby ob­wieścić lub zachować moją nową pozycję tymczasowej mieszkanki tej zie­mi, a później docierało do mnie, że zawsze byłyśmy tu tymczasowo i że po pro­stu nigdy dotąd tak naprawdę tego nie podkreślałam ani też nie dzia­ła­łam aż tak dalece na tej podstawie. I wtedy zwykle robiło mi się trochę głupio i miałam wrażenie, że może bez sensu dramatyzuję – ale tylko trochę.

🖇

❧ […] chciałam wyjść, chciałam cieszyć się, że żyję, cieszyć się ze wszystkich rzeczy, z których powinnam. […]
     Później: nie chcę, żeby to był jedynie zapis żałoby. Nie chcę, żeby to był jedynie zapis łez. Chcę, żeby to było coś, co mogę wykorzystać teraz lub w przy­szłości, coś, co mogę zapamiętać, coś, co mogę przekazać, coś, co mogę poznać, co powstało z takiej mojej siły, której nic nie zdoła trwale zachwiać i której nic nie dorówna.

🖇

Jestem kimś, kogo ani świat, ani ja sama
nigdy wcześniej nie widzieliśmy.

🖇


fot. Robert Alexander, [dostęp: 3.02.2025], źródło.

🖇

❧ Może to jest szansa, by żyć i mówić o tym, w co naprawdę wierzę: że siła pochodzi z wkroczenia w to, czego najbardziej się boję, a czego nie da się uniknąć.

🖇

Moje uczucia należą tylko do mnie. Nie mogę tego stracić, ponieważ jest mo­je, ponieważ pochodzi z mojego wnętrza. Mogę powiązać je z czym­kol­wiek zechcę, ponieważ moje uczucia są częścią mnie, mojego smutku i mojej radości.
     Nigdy nie wybrałabym tej drogi, ale bardzo się cieszę z bycia tym, kim jestem. Tu, gdzie jestem.

Audre Lorde, Dzienniki raka, przeł. Anna Dzierzgowska,
Wydawnictwo Fame Art, Niemce 2022.
(wyróżnienie własne)

❧ Nie czuję się silna, ale czy mam jakiś wybór? […] W każ­dej grupie, do której należę, definiuje się mnie jako inną. Odmieńczyni, siła i słabość zarazem.

🖇

❧ Nie muszę wygrywać, żeby wiedzieć, że moje marzenia są ważne, muszę jedynie wierzyć w proces, którego jestem częścią. […] W uznaniu istnienia miłości leży odpo­wiedź na rozpacz.

🖇

[…]  wszystkie te stare, stereotypowe wzorce reakcji, zgodnie z którymi powinnyśmy odrzucić przygodę, jaką jest możliwość zgłębienia własnych doświadczeń, nieważne, jak bardzo bolesnych i trudnych.

(tamże)

wtorek, października 22, 2024

5618. Z oazy (CCXCI)

Wielonie­dzielne odgruzowywanie literek, pięć. Ibukosknera nie miał szans mnie dogonić! Gdy tylko dowiedziałam się, że książka-laureatka zeszłorocznej laureatki włoskiej nagrody literackiej Strega jest dostępna w języku polskim w wersji elek­tro­nicz­nej, było szybkie klik, klik, enter, enter.

Niestety, jak doczytałam kiedyś w internetach, nazwa nagrody nie jest hołdem zło­żo­nym wiedźmom, czyli wiedzącym kobietom, (wł. strega to w j. polskim cza­row­ni­ca), lecz pochodzi od likieru strega — producent tej używki był pierwszym fun­da­to­rem tej nagrody, ale jest również protoplastą tego, co przyjdzie wraz z ostrą od­mia­ną kapitalizmu do Polski, czyli nazywania zespołów sportowych nazwami firm, np. Aluron CMC Warta Zawiercie, PGE Projekt Warszawa (wymieniony, bo ul temu zespołowi kibicuje) czy absolutny językowy hicior: Ślepsk Malow Suwałki.

Przyjęłam do wiadomości procentowe źródło nazwy nagrody, ale i tak wolę myśleć sobie tak: Polacy mają Nike, Włosi mają Wiedźmę! W takim myśleniu jest moc, z któ­rej nigdy dobrowolnie nie zrezygnuję.

A książka? To nie jest książka, lecz samo mięcho. Jest o niemocy, która staje się nie­skończonym źró­dłem nieludzkiej mocy. W ramach wybierania fragmentów, które chcę mieć pod ręką, wybrałam samo najgęstsze. Drugie, jeśli nie trzecie tyle po­zo­sta­ło jako zaznaczenia (w przeróżnych kolorach) tylko w ibuku.

W tej książce jest piękno. I jest, mimo wszystko,
światło i wdzięk. Jest to, co pozwala nam zrozumieć,
że istoty ludzkie niosą w sobie nadzieję.

Loredana Lipperini

🖇 🖇

Wyjechałam zaraz po liceum, zdecydowana przekształcić namiętność do tań­ca w życiowy plan, choć zupełnie nie byłam jeszcze w stanie wyobrazić sobie jego zarysów. Katapultowana w miejsce, które jawiło mi się jako cen­trum wszechświata, czułam, że znalazłam się w końcu we właściwym oto­cze­niu, tam gdzie wszystko bierze swój początek i skąd można było wy­ru­szyćwe wszystkich kierunkach”.

🖇

Jesteś Daria. D’aria, czyli z powietrza. […]  Ty nie znasz codziennej wspa­nia­ło­ści stania na nogach, tego „małego tańca” poruszającego każdym w po­zor­nym bezruchu pionowego ciała. Ani nie wyobrażasz sobie ta­jem­ni­cy ciężaru przenoszonego z nogi na nogę, który zamienia się w krok.

🖇

Każda choroba zaburza równowagę. […] 
     Moją uwagę przyciąga pewna wiadomość prasowa: ojciec nie­peł­no­spraw­nej kobiety, który opiekował się nią przez trzydzieści siedem lat, od­bie­ra sobie życie, rzucając się z ósmego piętra, gdy dowiaduje się, że za­cho­ro­wał na parkinsona. Całe życie poświęcone drugiej osobie roz­trza­ska­ło się w obliczu strachu, że nie zdoła już zatroszczyć się o samego siebie, by nadal zajmować się kimś, kogo kocha.

🖇

To nie pierwszy raz, gdy wywołuję sytuacje potencjalnie wy­bu­cho­we, nie zdając sobie z tego sprawy, aż do chwili tuż przed podpaleniem lontu.

🖇

Poświęciłam życie tańcu, najpierw własnemu, potem patrząc na innych. Pra­gnęłam piękna. Przez lata szukałam gracji w geście, pre­cy­zji w szcze­gó­le, gry proporcji osiągających razem harmonię. To cierpliwa praca, której tancerz poddaje swoje ciało w każdej chwili, codzienne poszukiwanie, które nigdy nie słabnie.
     Z tego punktu widzenia twoja niepełnosprawność jawiła mi się jako autentyczna kpina.

🖇

Namiętność do tańca nigdy się nie wyczerpuje. Ale z czasem zmieniło się moje spojrzenie na tańczące ciała. Bardziej niż technika, sprawność, wir­tu­o­zeria wzruszają mnie same ciała, bardziej niż taniec – osoby, które tańczą. Porusza mnie ktoś, kto jak Chiara jest w stanie wybuchnąć krzykiem po­przez swoje niedopasowane ciało, pokazując, że istnieje wyjście dla tych, któ­rzy z powodu sylwetki, tożsamości, przynależności, wieku, płci, po­cho­dze­nia mają kłopoty ze znalezieniem przestrzeni do ekspresji.

*


Chiara Bersani, LIFT 2024: L’Animale.

🖇

[…]  doświadczenie twojego młodego życia pozwoliło mi zrozumieć, że ist­nie­je niepełnosprawność „piękna” i niepełnosprawność „brzydka” i że rów­nież w tym „osobnym świecie” ludzie – poczynając od nieznajomych, po terapeutów i lekarzy – ulegają urokowi piękna, dokładnie tak samo jak w „świecie normalnym”.
     Początkowo przeszkadzało mi to; zastanawiałam się, czy to właściwe, że inni podchodzą do ciebie tylko dlatego, że jesteś piękna. Ale potem od­na­la­złam w tym „tylko” szlachetniejszy i głębszy sens słowa „piękno”. Po­my­śla­łam, że każdy z nas otrzymuje od życia przynajmniej jeden dar i że przy ogólnym pechu warto z tego korzystać.
     Pragnęłam piękna i je dostałam: dostałam ciebie.

🖇

26 kwietnia 2013
     Nad morzem, dialog między twoim tatą a pięcioletnią Violą.
     Viola: „Nie widzi, prawda?”.
     Tata: „Nie”.
     Viola: „Ale mówi?”.
     Tata: „Nie”.
     Viola: „Chodzi?”.
     Tata: „Nie”.
     Viola: „No to jest magiczna!”.

🖇

Poczekalnie są miejscami spotkań. Matki i dzieci, czasem ojcowie. W dzie­ciach widzę na nowo ciebie malutką albo obraz ciebie w najbliższej przy­szło­ści. W towarzyszących im kobietach sama przeglądam się jak w lustrze. Odnajduję w nich fragmenty mnie, w takiej samej mierze dowody odwagi, jak i chwile słabości.
     W parach dostrzegam hierarchie i role, stosunki siły i wzajemne za­leż­no­ści. Czasem to, co widzę, budzi we mnie przerażenie. […] 
     W poczekalniach, w obliczu cierpienia innych, rany otwierają się na nowo. Moja udręka jest ich udręką, podniesioną do entej potęgi.

🖇

Kiedy masz niepełnosprawne dziecko, chodzisz w jego zastępstwie, widzisz zamiast niego, wjeżdżasz windą, bo ono nie może wchodzić po schodach, jeździsz samochodem, bo ono nie może wsiąść do autobusu. Stajesz się jego rękami i jego oczami, jego nogami i jego ustami. Zastępujesz jego mózg. I stopniowo, dla innych, sam stajesz się w końcu trochę niepełnosprawny: niepełnosprawny per procura.

🖇

W objęciach – napisał Charles Bukowskimożesz robić wszystko: uśmie­chać się i płakać, odradzać się i umierać. Albo zatrzymać się w nich, drżąc, jakby to był ostatni raz.
     Jeśli ktoś ma szczęście cieszyć się dobrym zdrowiem, ma niewiele po­wo­dów, by skupiać się nad ciałem i jego relacją ze światem zewnętrznym: jeśli narządy funkcjonują, możemy robić wszystko, jeść, chodzić, kochać się… Nasz stan, nasze istnienie, naszą rzeczywistość uważamy za coś oczywistego.

🖇

Nagłość choroby odbiera siły, tymczasowo oddala od działania, od życia. Potem […]. Ale jeszcze trochę później, jeśli przetrwasz, za­czy­nasz za­sta­na­wiać się nad życiem, które ci pozostało.

🖇

Przestałam przejmować się każdym codziennym zdarzeniem, a w miejsce wzburzenia pojawiła się akceptacja rzeczywistości.

🖇

[…]  kruchość staje się częścią mnie. Zaakceptować, że tak będzie już zawsze: to jest punkt wyjścia do wyobrażania sobie przyszłości.

🖇

Ja jestem moim ciałem, które gromadzi znaki, rany, blizny. Ciało jest moją pieczęcią, tekstem mówiącym o mnie. W chorobie odsłaniam cały swój byt. W chorobie rozwijam się, rosnę niczym kwiat, odnajduję moje prawdziwe ży­cie, napisał Franz Kafka. Ciało mnie inspiruje, prowadzi, uczy. W to ciało – jakiekolwiek ono jest – muszę wierzyć.

🖇

Ludzie mówią mi często o tym, jak ważna jest wola wyzdrowienia. „Musisz podejść do tego z głową”, […]  na dźwięk tych słów odruchowo się nie­cier­pli­wię. Z grzeczności nic nie mówię, ale posłałabym wszystkich w diabły. Bo w to nie wierzę. Czy chcemy powiedzieć, że Mattia, Luca, Michele, Roberta, Lucien, Angela, Paolo albo tysiące innych nie wyzdrowieli, bo nie podeszli do tego z głową? Darujmy sobie.

🖇

Czuję, że ciało mi odpowiada, więc mówię: idź za mną, proszę, będę dla ciebie miła, nie będę prosić o zbyt wiele, ale mnie nie opuszczaj. Prze­ma­wiam do niego jak do żywej istoty, którą jest. Dziękuję, ciało, ko­cham cię, ale ty też mnie kochaj.

🖇

Istnieją książki mające moc łączenia cię z doświadczeniami życia po­grze­ba­ny­mi gdzieś pod warstwami milczenia i bólu. Zdarzenie Annie Ernaux jest dla mnie jedną z takich książek. W swojej przejrzystej, zwięzłej i ważnej opo­wie­ści Ernaux wypowiada na temat aborcji słowa, których nie po­tra­fi­ła­bym z siebie wydobyć. Jej odwaga – ale czy o to chodzi? – każe mi za nią podążać, iść na całość w ukazywaniu własnego doświadczenia, bo, jak pi­sze, nie ma prawd gorszych i przeżycie czegoś, czegokolwiek, daje nam niezbywalne prawo, by o tym napisać.

🖇

[…]  poznałam rozbite rodziny, zniszczone związki, kobiety pogrążone w de­pre­sji. Nie wszyscy mają siłę fizyczną, odporną psychikę, środki eko­no­micz­ne, kulturę potrzebną do walki z bezlitosną biurokracją, okru­cień­stwem nie­któ­rych lekarzy i wszechobecną nieuprzejmością, samotnością i zmę­cze­niem, a w końcu z samym sobą i własną niewystarczalnością. […]  Niech Kościół, polityka i medycyna przestaną patrzeć na kobiety jak na kurwy, które nie mogą się doczekać, by zabić własne dzieci. Aborcja jest bolesnym wyborem dla kogoś, kto jej dokonuje, ale jest wyborem i powinna być zagwarantowana.

🖇

Trzeba opowiadać o cierpieniu,
by uwolnić się spod jego władzy.

Rita Charon

🖇

Z czasem mija faza skupiania się na szukaniu odpowiedzi, na szarpaninie, chęci, by iść dalej. To nie rezygnacja, raczej forma aktywnej akceptacji: prze­staje się walczyćprzeciwko”. Oszczędza się energię i myśli, by walczyćdla”.

Ada D’Adamo, Jak powietrze, przeł. Anna Osmólska-Mętrak,
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

Często choroba dzieli, oddala, niszczy. Czasem jednak buduje, łączy, potęguje miłość.

🖇

[…]  rzeczywistość jawiła się przed moimi oczami jako droga bez wyjścia. Teraz wiem, że wyjście jest zawsze, ale w tam­tych dniach nie byłam w stanie go dostrzec.

🖇

Jak kochać, wiedząc, że czeka nas rozstanie?
Jak być w pełni i umieć zniknąć? Nie wiem.
To prawa życia, jego nieprzeniknione choreografie,
tańce dla niewidomych, lekki podmuch muska nam twarz
i ręce, i choć nie widzimy, wiemy: taniec trwa.

Chandra Candiani

🖇

Niech […]  każdego dnia. Po wyrażeniu tego pragnienia następuje działanie, bo sama nadzieja nie wystarcza.

(tamże)

niedziela, kwietnia 14, 2024

5424. Z oazy (CCXLVIII)

Dwunie­dzielne odliczanie literek, dwa. Czemu? Po co? Dlaczego? Teraz ta książka? To pytania, które w pewnych okolicznościach są całkowicie pozbawione sensu i nikt przy zdrowych, choć nadwyrężonych działaniem losu, nie będzie szukał ani ocze­ki­wał na nie odpo­wie­dzi. Wpadła mi w ręce przypadkiem. Z premedytacją jej już z rąk nie wypuściłam. Zatrzymuje ta książka, przede wszystkim zatrzymuje.

     — W Jugosławii była ostatnia prawdziwa wojna, prawdziwa, bo wy­buchła z autentycznego etnicznego konfliktu.
     — Tak, potem zaczęły się już wojny o podłożu jawnie ekonomicznym. Przestały się liczyć idee i emocje. Zimna strategia zastąpiła prawdziwy gniew.

🖇

Wojna zabija na wiele sposobów. Z opóźnionym zapłonem również. […]
     Często powtarzałeś: „Na wojnie łatwo się zagalopować, stracić głowę, zgubić kompas. Zwłaszcza że tam nie ma dobrych i złych. Wszyscy są ubrudzeni”.

🖇

[…] śmierć jest kurewsko skrupulatna — przychodzi po każdego.

🖇

Wolę myśleć, że życie nie znosi próżni i pustki. Życie po życiu zwłaszcza.

🖇

     — To nie jest mój świat — broniłam się.
     — Tego nie możesz wiedzieć, dopóki go nie poznasz — mówiłeś.

🖇

I jeszcze… zawsze miałam słabość do upadłych aniołów, ludzi z po­wi­kła­ny­mi losami, a przez to niejednowymiarowych i nie tak prze­ra­źli­wie sfor­ma­to­wa­nych jak obecnie większość. Lubiłam twarze z nieco zaznaczonym ży­cio­rysem. Są jak plakat z hasłem: „Zrozumiem więcej”.

🖇

Ale jacy niby mają być dorośli ludzie z nieudaną przeszłością, licznymi ob­ra­że­nia­mi „wewnętrznymi” i wątłą wiarą w przyszłość? Poza tym, świa­do­ma własnych błędów i wypaczeń, zastanawiałam się, jaki Ty nosisz w so­bie błąd. Byłam podejrzliwa. Chciałam być rozważna.

🖇

     — Teraz mam wrażenie, że całe życie czekałem na ciebie — mówiłeś. — Szkoda, że tak długo.
     — Może wcześniej byśmy to wszystko spieprzyli? — zastanawiałam się.
     — A to możliwe. W końcu za nami zgliszcza.
     […] Miłość w wieku dojrzałym jest jak bonus, jak wielka kumulacja, na­gro­da specjalna, której wielu już dawno nie wygląda. Taką nie­spo­dzian­kę ceni się bardzo i traktuje delikatnie, by jej nie uszkodzić, nie popsuć, nie zniszczyć.

🖇

     — Zakochaj się we mnie, proszę cię, zakochaj się — powiedziałeś.
     Zgłupiałam, no bo… jak to? O miłość poprosić? To nie kontrakt ani zakup internetowy, że klikasz i załatwione. Teraz wiem, że nie można pro­sić o mi­łość, gdy nie ma na nią żadnych szans. Ale gdy są — wtedy taki szczery apel brzmi poruszająco […].

🖇

Kilka dni później powiedziałam moim dwóm przyjaciółkom Dorotom: „Czu­ję, że właśnie dopłynęłam do portu”.
     Ty mówiłeś swoim najbliższym kumplom: „Boję się teraz tylko jednego: że się obudzę”.

🖇

„Takie czasy i nie ma co się obrażać na rzeczywistość” — powie ktoś. Ale nie my. Oboje uważaliśmy, że rzeczywistość wymaga tego, by się na nią obra­żać, po to by ją kształtować. Nie chcieliśmy wpasowywać się w formy, fo­rem­ki. Przeciwnie, woleliśmy kipieć z tortownicy. Słuszną — naszym zda­niem — niezgodą.

🖇

[…] trwoga o tych, co zostają. Potworna niemoc i bezradna troska. Na przemian: spadek sił i przypływ optymizmu. Czy to nie jest współczesna droga krzyżowa? Takie zmaganie się z chorobą, która każe upadać, nie tylko na duchu, raz po raz i z trudem dźwigać się jeszcze i jeszcze…?

🖇

Tak, kojarzysz mi się ze spokojem, z bezpieczeństwem, błogością. Wzię­tymi z tego tylko, że jesteś. Z radością przeżywania, ale też prze­żuwania — w znaczeniu wyciskania do ostatka — każdej wspól­nej chwili.

🖇

To charakterystyczne […] szukanie każdego strzępu nadziei, chwytanie się irracjonalnych powodów do wzniesienia monumentu optymizmu, całkowite przeskalowanie i zachwianie proporcji między myśleniem trzeźwym a ży­cze­nio­wym. Przychodzi mi na myśl porównanie do bólów fantomowych, kiedy czuje się palce stopy, choć nogi już nie ma. Tu rzecz się ma podobnie: udajemy normalność, choć nam została odjęta.

🖇

Chcesz czy nie, głowa pracuje jak oszalała, generuje tryliardy spostrzeżeń, porównań, przypuszczeń. Wszystko po to, żeby choć o setną milimetra zbli­żyć się do odpowiedzi na to rozpaczliwe: DLACZEGO? Zupełnie jakby roz­strzy­gnięcie tej kwestii miało przynieść sposób na odwrócenie czy zre­se­to­wa­nie dramatu. A kiedy tak na to patrzę z dystansu, kusi mnie dokonanie, zapewne prostackiego, podziału na ludzi pytających: „O co chodzi w tym życiu?” i twierdzących obojętnie: „Tak już jest”. Podziału, który przebiega zwykle według linii życiowego powodzenia. Masz w życiu fart, nie za­sta­na­wiasz się dlaczego — bo i nad czym tu deliberować, dopóki jest, jak być po­winno? Pospiesznie ściągasz but dopiero wtedy, gdy coś uwiera w stopę i ją rani.

🖇

A swoją drogą, dlaczego tak jest, że gdy zwykły człowiek mówi o przeczuciach, traktuje się to jak zabobon?

🖇

     — Ale cię urządziłem, załatwiłem cię naprawdę na amen — mówiłeś, wi­dząc, dokąd to zmierza. Wcześniej powtarzałeś, że chyba dostaliśmy przy­spie­szony kurs trudnych doświadczeń, które testują i jednoczą ludzi bar­dziej niż małżeński staż.
     Sens, sens — każde z nas chciało znaleźć jakieś wytłumaczenie, że to się dzieje po coś. Że to tylko próba, ale przetrwamy.

🖇

[…] stworzyliśmy niepisany triumwirat: „dzieciństwo — reakty­wa­cja”, w którym wszyscy troje odnaleźliśmy sposobność odpracowania kulawej przeszłości.

Ona, Ido & On


fot. Taida Tarabuła.

🖇

Człowiek, chcąc nie chcąc, jest zakładnikiem symboli.

🖇

[…] musimy zawsze leczyć pacjenta jako osobę, a nie to, co nam się wydaje. Nie projektować. Nie przerzucać własnych lęków, własnych stra­chów na chorych.
x. Jan Kaczkowski

🖇

     — Słyszysz, kochanie? — zwróciłeś się do mnie. — Ja umieram. A gdyby miał pan to samo powiedzieć swojemu ojcu, panie doktorze…
     — To chwyt poniżej pasa! — zaoponował doktor.
     — Aha, to, co ja powiedziałem, jest chwytem poniżej pasa? — zapytałeś retorycznie.

🖇

Są oczywiście lekarze i lekarze. Trafiają się jeszcze wspaniali, wielkoduszni medycy humaniści, jak tradycja nakazuje, i są „nowo-wytwory” tak ku­la­we­go systemu szkolenia, że świeżo upieczony doktor nierzadko wierny jest zasadzie: po pierwsze nie szkodzić — sobie.

🖇

Choroba była nieuleczalna. Ale fakt ten nie może jednocześnie stanowić alibi dla zaniechań tych, którzy dołożyli Ci cierpienia. […]
     Trudno w to uwierzyć, a jednak ci najciężej chorzy, w fazie największej swej życiowej bezbronności, obrywają najmocniej. Absolutnie wbrew re­gu­le, że nie kopie się leżącego.

🖇

Rak to choroba śmiertelna. To także często używany synonim złej zmiany, parszywej mutacji, degeneracji, destrukcji, degradacji, czegoś błędnego i patologicznego, co wymknęło się spod kontroli. „To… jest jak rak” — po­rów­nu­je­my wtedy. I w tym znaczeniu określenie „rak” oddaje wadliwość systemu lecznictwa, który mamy. W warunkach polskich chory stanowczo za często walczy więc z dwoma rakami.

🖇

     — Najgorsze, że pan kompletnie wypiera ze świadomości to, w jakim jest stanie i że umiera — powiedziała mi, jakby straszna była nie śmierć, lecz brak na nią wewnętrznej zgody. Co ona może wiedzieć o umieraniu? Trzy­dzie­stolatka!
     — Dla kogo to jest najgorsze?! — spytałam.

🖇

„Nie patrz tak na mnie — złościłeś się. — To nie pomaga”. Z czasem nauczyłam się w Ciebie nie wgapiać. Ale przecież nie patrzeć nie znaczy nie widzieć.

Anna Bimer, Oczy Wojownika. Opowieść
o fotografie Macieju Macierzyńskim
,
Wydawnictwo Helion, Gliwice 2019.
(wyróżnienie własne)

Bałeś się? Nigdy nie zapytałam. Nigdy nie powiedziałeś. Ale przecież nie mogłeś się z tym nie mierzyć ani przez chwilę. Miałeś dar, tak właśnie, dar wypierania rze­czy­wi­sto­ści i jej zaklinania.

🖇

     — Dlaczego on jest głaskany 40 minut, a ja cztery? — pytałeś zazdrośnie, gdy drapałam psa. Ale przecież miałeś swoje nie cztery, a pięć minut. Zawsze po 24.

🖇

Umierający chcą rozmawiać o nieuniknionym. Naj­czę­ściej jednak nie ma do tego chętnych. I to dopiero musi być kwintesencja opuszczenia…

🖇

Są ludzie zainteresowani tym, żeby ci uczeni, którzy za­kła­dają to bezcenne „cdn.”, mieli rację. Są zain­te­re­so­wa­ni, bo bardzo tęsknią za kimś, kto jest już TAM. Jak ja.

(tamże)

sobota, października 30, 2021

4412. Widok z mojej części kartonu

Tytuł tej książki zwalił mnie mentalnie z nóg, gdy fizycznie zaczynałam widzieć światełko nadziei w tunelu trudności.

To książka przede wszystkim o tym, o czym nie rozmawiamy, a co cywi­li­zo­wa­ny świat już dawno przedyskutował. Nie rozmawiamy, bo jako naród po­sta­no­wiliśmy nadrobić z nawiązką lekcje z pogardy i skurwysyństwa: w kościołach od lat, trzeci miesiąc na granicy, w sejmie od wczoraj.

Wszystko jest polityczne. Nawet ta niby neutralna nauka. Jak po­wie­dział pewien przemądrzały szczur: „Zło nazbyt często jest owocem głupoty. To, jak się zachowujemy, jak postępujemy wobec rzeczywistości i wobec in­nych ludzi, zależy od naszej wie­dzy. To, co myślimy, zależy od naszej wie­dzy, i to, co robimy, zależy od naszej wie­dzy. Od informacji o wszech­świe­cie, o naszej planecie, ciele człowieka”. Bardzo chcę w to wierzyć. Wydaje się jednak, że niezgoda na aborcję czy eutanazję nie wynika z braku wiedzy, wynika z niezachwianej wiary w pewne wartości. A może wynika przede wszystkim z braku konkretnego doświadczenia życiowego?

*

[…] cierpienie i ból to skandal.

*

No i to jest koniec dyskusji. Gdzieś na samym dnie przepaści, która się mię­dzy nami rozpościera, leży jej praprzyczyna – funda­men­ta­lizm re­li­gij­ny. I kamuflowana, ale bardzo głęboka homofobia. […] Ach, jaki ja byłem głu­pi, twierdząc, że zło bierze się z nie­wie­dzy! Cóż po wiedzy w starciu przeciwko warto­ściom?! Fakty, nie wartości. Fakty! Rozmawiajmy o faktach! Jeśli wciąż będziemy ględzić (tak, ględzić, kurwa, i pierdolić) o warto­ściach, nie ma szans na porozumienie. Geje-tam, bio-tam, coś tam. Bóg tego nie chce. To samo aborcja, in vitro, eutanazja, no dokładnie to samo! Razem to po pro­stu szatańska czwórca.

*

     – Wymyślisz coś?
     – Postaram się.
     – Obiecaj mi to.
     […]
     – Żebym chociaż mógł jak pies! Żebym jak pies mógł zde­chnąć, jak nasz Morris, żebym mógł odejść, zasypiając po prostu. Czemu nie mogę jak pies umrzeć?

*

Smutek jest tutaj jak wielki stary słoń, a promienie słońca jak armia mrówek próbujących go zepchnąć w przepaść.

*

Moje niskie ciśnienie bardzo mi się podnosi, kiedy mama żali mi się na­za­jutrz, że ów pan i władca oddziału zadzwonił, żeby ją opier­do­lić. […] Noż kurwa, ty wąsaty chuju, czy to naprawdę tak nie­wia­ry­god­nie nienormalne, że żona umierającego gościa chce wiedzieć, co się z nim dzieje przez całe doby? I nie, że jakaś tam kulturalna re­pry­men­da, tylko dupek krzyczy, warczy, zadaje retoryczne py­ta­nia podniesionym głosem. Kobiecie, której umiera mąż! Oj, będziesz jeszcze wracał do domu kanałami…
     Tak właśnie mniej więcej kończy się moja miłość do Po­ro­zu­mie­nia bez Przemocy, czar prysł, fuck yourself, NVC, do widzenia!

*

Nagle – jakby nam przeszła przed nosem żyrafa – z oddziału wy­cho­dzi so­bie zwyczajnie jakiś prężny księżulo. Spowiednik! Spowiednik może wejść i siedzieć z chorym, ale jego żona i syn nie mogą! Spo­wied­nik łażący po róż­nych szpitalach, zgarniający góry zarazków, może wejść do mojego ojca, a ja nie mogę! I moja mama nie może! Kurwa, no nie mogę!

*

Czego jeszcze chcesz, niewdzięczny obywatelu? Nie widzisz, jak nasi herosi harują w pocie czoła? Widzę. Niektórzy lekarze spisują się wspaniale, na­praw­dę. A niektórzy nie. Mój ojciec po powrocie z pa­lia­cji jest wrakiem, roz­sy­pu­je się, potrzebuje, żeby cały czas ktoś z nim był, trzymał go za rękę, tulił go, utrzymywał go w całości. Chce spać, ale boi się zasnąć, boi się, że obudzi się w szpitalu.

*

Nienawidzę was, kościółkowe debile! Jakże staram się was nie nienawidzić i jakże mi to dziś nie wychodzi! Jebani biskupi. To oni, to ich wina, pier­do­lo­nych spaślaków! Siemanko, sakralne świry, życzę wam wszystkim, którzy krzyczycie przeciwko eutanazji, żebyście leżeli mie­sią­ca­mi, wyjąc z bólu i błagając o śmierć! Moja wściekłość na Kościół i re­li­gij­ne z dupy wyssane bzdury jest tak szalona, tak ogromna, że chcę widzieć wszystkie notre dame’y w ogniu, wizualizuję sobie całą tę patologiczną spo­łecz­ność ka­to­li­cką konającą w płomieniach, tonącą w lodowatych falach, w tych wszystkich swoich piekłach, którymi się podniecają ich zdewociałe mózgi. Zdychajcie w męczarniach, pojeby! Zdychajcie w męczarniach, sko­ro tak tego pragną te wasze, kurwa, dusze! Chuj z tą polityczną po­praw­no­ścią, chuj z tym wystrzeganiem się języka nienawiści, niech żyje bóg mordu! Męczcie się, cierpcie! Za to, że to nielegalne, choć to absurdalne, że muszę teraz kombinować, obiecywać tacie, samemu go mordować, nie wiadomo jak! Za to, że mój ojciec nie może umrzeć jak zwierzę, musi jak człowiek, „po ludzku”, w męczarniach, bo na to się, kurwa, za­no­si. Zdychajcie, zjeby!

Mateusz Pakuła, Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję,
Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Moje chronometry wyłączają się, uru­cha­mia­ją się nieznane mi wcześniej kairometry.

(tamże)

*

Quincy Jones, Everything Must Change.