sobota, kwietnia 02, 2022

4578. Z oazy (IX)

Polowałam. Upolowałam. Nie przeczytałam. Połknęłam.

Po raz pierwszy w życiu dopadła mnie żałość, że nie jestem frankofilem. Gdyby tak było, miałabym dużo więcej radości z tej opowieści o Czasie.

Majstersztyk, jeśli chodzi o pomysł opisania zdjęć i ro­dzin­nych spotkań, luźno, choć chro­no­lo­gicz­nie, roz­ło­żo­nych na osi czasu. Albo się starzeję, albo nigdy wcześ­niej nie czytałam książki, która tak bardzo intymnie, a jednocześnie mocno, dotyka Cza­su, który w pewnych prze­dzia­łach współdzielimy z Au­tor­ką, dzieląc z nią ten sam czas lub te same do­świad­cze­nia, choć nie tę samą przestrzeń.

Po lekturze zostaje się (a) z marzeniem, by doczytać su­ple­ment kreślony dłonią Autorki od miejsca, gdzie kończy się książka po dzień dzisiejszy, (b) z trudem wy­bo­ru cytatów i (c) z nagłą potrzebą odkurzenia kilku francuskich piosenek — sły­sza­nych w dzieciństwie lub takich, co pomogły w swo­im czasie nie oszaleć.

Dla niej – przeciwnie – liczy się to, by mogła uchwycić swój pobyt na ziemi w określonej epoce, czas, który przez nią przeszedł, świat, który za­re­je­stro­wa­ła, po prostu żyjąc. […]  zwyczaje, gesty, słowa i tak dalej. […]  spró­bu­je usłyszeć raz jeszcze słowa ludzi, komentarze o zdarzeniach i przed­mio­tach, masę kłę­bią­cych się dyskursów, cały ten zgiełk produkujący bez wytchnienia kolejne definicje tego, czym jesteśmy i czym powinniśmy być, co po­win­ni­śmy myśleć, w co wierzyć, czego się obawiać i na co mieć nadzieję.

*

Cisza była tłem rzeczy, a rower odmierzał prędkość życia.

*

Ta kobieta wydaje się jej równie nie­praw­do­po­dob­na, jak dwu­dzie­sto­pię­cio­let­niej dziewczynie wy­da­wa­ła się czterdziestolatka – nie mogła sobie wyobrazić, że kiedykolwiek się nią stanie, a teraz już nią nie jest.

*

A patrząc na dorosłe dzieci i słuchając ich, myślało się o tym, co nas łączy, bo przecież nie krew ani geny, ale jedynie teraźniejszość tysięcy spędzonych razem dni, słów, gestów i posiłków, podróży samochodem, nie­skoń­czo­ność wspólnych doświadczeń, które – zda­wa­ło­by się – nie pozostawiły w nas świadomego śladu.

*

Uratować coś z czasu, w którym się już nigdy nie będzie.

*

Tej „bez przerwy innej” ze zdjęć będzie w zwier­cia­dla­nym odbiciu odpo­wia­dać „ona” ze spisywanych wspomnień.

*

Kiedy sprząta, znajduje kartkę ze zdaniem, którym Stendhal rozpoczyna Życie Henryka Brulard: „Jestem w przededniu pięćdziesiątki, byłby czas znać samego siebie”. Gdy je przepisała, miała trzydzieści siedem lat – teraz nie tylko doszlusowała do ówczesnego wieku Stendhala, ale już go dawno przekroczyła.

*

[…]  rzeczy, których się najbardziej boimy, w końcu się zdarzają.

*

Nie czuje, by różniła się od kobiet czterdziestopięcio- i pięćdziesięcioletnich, ale to złudzenie, które tamte bez złych intencji rozwiewają w trakcie roz­mo­wy, dając do zrozumienia, że nie należy do ich pokolenia i że po­strze­ga­ją ją tak, jak ona sama postrzega kobiety osiem­dzie­się­cio­let­nie – jako starą. Odwrot­nie niż w młodości, gdy miała pewność, że w ciągu jednego roku czy nawet miesiąca dokonuje się w niej prze­mia­na, a świat wokół pozostaje niezmieniony, teraz to ona czuje się nie­ru­cho­ma w galopującym świecie.

*

Pomiędzy tym, czego jeszcze nie ma, a tym, co już jest, świadomość przez krótki moment pozostaje pusta.

*

[…]  trudno było sobie uświadomić, że należy się już do kategorii dziadków, jakby ten tytuł pozostał na zawsze przypisany naszym dziadkom, jakby stanowił rodzaj właściwej im esencji, a ich odejście niczego tu nie zmieniło.

*

Oparłam się o piękno świata
A w dłoniach trzymałam zapach pór roku
Anna de Noailles

*

Spełniało się wielkie pragnienie mocy i bezkarności. Obracaliśmy się w rzeczywistości bez przedmiotów i podmiotów. Internet dokonywał zaskakującej prze­mia­ny świata w dyskurs.
     Miarą czasu było niespodziewane i szybkie kliknięcie myszką na ekranie.
     […]  Poszukiwanie straconego czasu odbywało się teraz w internecie.

*

Po powrocie do władzy prawica bezwzględnie niszczyła wszystko, co zostało zrobione.

*

Nie ma już lewicy. Zniknęła polityczna lekkość życia. Gdzie tkwił błąd? Co takiego zrobiliśmy źle? […].  Su­mie­nie kręciło się w kółko, schwytane w pułapkę po­mię­dzy niewinnym indywidualnym gestem wrzu­ce­nia głosu do urny a zbiorczym rezultatem.

*

W plątaninie koncepcji coraz trudniej było znaleźć jakieś zdanie dla siebie, takie, które pomaga żyć, gdy się je wy­po­wia­da w myślach.

*

W procesie bezustannej segmentacji rzeczywistości i mnożenia przed­mio­tów wszystko, co istnieje, po­wie­trze, ciepło i zimno, trawa i mrów­ki, pot i nocne chra­pa­nie, mogło stać się inspiracją do stworzenia nie­skoń­czo­nej gamy towarów. Handlowa wyobraźnia nie zna­ła granic. Zagarniała na swoje potrzeby język eko­lo­gii i psychologii, stroiła się w szaty humanizmu i spra­wie­dli­wości społecznej, zachęcała nas do „wspól­nej walki z drożyzną”, zalecała: „Zrób sobie przyjemność”, „Złap okazję”.

*

Straciwszy swoje zasadnicze pole działania, jakim był seks, Kościół stracił wszystko. […]  Niczego nie zmieniła pod tym względem popularność nowego polskiego papieża. Był politycznym bohaterem za­chod­niej wolności, takim Lechem Wałęsą w skali światowej. Jego wschodni akcent, biała szata, „Nie lękajcie się” i sposób, w jaki całował ziemię, wy­siad­łszy z samolotu, stanowiły część show, podobnie jak rzu­ca­nie majt­kami na koncertach Madonny.

*

Było rzeczą normalną, że produkty przybywają z ca­łe­go świata i krążą swo­bod­nie, natomiast ludzi cofa się spod granic. Aby je przekroczyć, nie­któ­rzy chowali się w ciężarówkach, robili z siebie towar – nieruchomieli i umie­ra­li uduszeni, bo jakiś kierowca zapomniał o nich na na­sło­necz­nio­nym parkingu w Dover.

*

Jego odejście [Joe Dassina]  sprawiło, że nagle po­czu­li­śmy się bardzo daleko od wiosny sie­dem­dzie­sią­te­go piątego i upadku Sajgonu, od dawki nadziei, którą niosła jego popularna piosenka L’Été indien.

Joe Dassin, L’Été indien.

*

Mnogość rzeczy maskowała deficyt myśli i zużywanie się wierzeń.

*

[…]  przepaść oddzielająca to, co można społecznie wy­ra­zić, od tego, co było w nas niewyrażalne, wy­da­wa­ła nam się normalna i nieunikniona, nie było to nawet coś, co dawało się pomyśleć, każdy czuł to tylko w głębi duszy […].

Annie Ernaux, Lata,
przeł. Magdalena Budzińska, Krzysztof Jarosz,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022.
(wyróżnienie własne)

Nagle w obliczu uzmysłowienia sobie nieuchronności śmierci bardzo mocno czuło się swoje ciało i chwilę obecną.

*

Tropić odczucia już istniejące, jeszcze nienazwane […]

(tamże)

*  *  *

Jacques Brel, Mathilde.

3 komentarze:

  1. To już wiem, dlaczego nie mam więzi z tzw. domem rodzinnym. Nie mamy od dawna wspólnych chwil, wspólnych doświadczeń itp. Chcesz zerwać z kimś więź? Zrezygnuj ze wspólnych chwil, efekt gwarantowany!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cieszyłam się, że te rodzinne obiadki to tylko coś, o czym czytałam. nie znoszę i zwykle cierpię na tego typu cośkach, ale za to kocham, gdy już są odfajkowane, jeśli nie mogę z nich zwiać. hmmm, to jedyny plus mojej choroby — nawiewam w majestacie praw człowieka ciężko chorego.

      Usuń
  2. Ja nie muszę zwiewać, bo takie zjawiska, jak rodzinne czy świąteczne obiadki, w moim otoczeniu oraz w mojej świadomości, nie istnieją ...

    OdpowiedzUsuń