Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka roku 2024. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka roku 2024. Pokaż wszystkie posty

wtorek, grudnia 31, 2024

5677. Z oazy (CCCXIII)

Ostat­nie w tym roku odliczanie literek, raz. Wspak i poślizgnięte na dniach, których nie było, oraz wolniutkim dochodzeniu do siebie. Gdybym miała w kończącym się roku przeczytać tylko jedną książkę, wybrałabym tę.

Czytając fragmenty dotyczące życia w sieci, dotarło do mnie, że już wiem, co znaj­du­je się na końcu Internetu, czyli tam, gdzie mało kto trafia. Na końcu cyf­ro­we­go świa­ta jest — cytując Rysię nareszcie ze zrozumieniem — oldskulowy blog. Ten blog.

Wybór cytatów, jak przystało na tak gęste od znaczenia lektury, był piekielnie trud­ny. Kluczem głównym był język i jego okolice.

Osoby typu stare (do których się już zaliczam) pamiętają to, że kie­dyś rze­czy­wistość była wolniejsza, pusta, a w tramwaju nie było co robić.
     Nie jestem pewna, czy tamte czasy były lepsze, czy gorsze, natomiast za­sta­nawiam się, jak ja w ogóle wtedy żyłam, kiedy telefon służył do odbie­ra­nia połączeń, wysyłania SMS-ów i ewentualnie grania w węża.

🖇

Za określonym, wybranym językiem stoi zawsze ukryta optyka. […]  wybór języka to wybór intencji. […]  pojęcia nie są prze­zro­czy­ste – po­ję­cia zakładają istnienie szerszej, nie od razu dającej się uchwy­cić per­spe­ktywy, sposobu traktowania świata.

🖇

Ekspansja i przejęcie. Zamiast „kontemplacji” – „uważność”, którą należy „tre­nować”. Zamiast spełnienia” – „sukces”, którynależy osiągać”. Za­miast „problemów” „wyzwania”, zwane wewnętrznie w firmach „czelen­dża­mi”. Świetnie sprawdzają się przy prywatyzowaniu stresu – kryzysy psy­chiczne są dla kadr, przepraszam, działów HR, ewentualnie działów do spraw zarządzania zasobami, wyzwaniem. Oczywiście język zysku to prze­cież też zarządzanie zasobami ludzkimi. Skrzyżowanie wojny, siłowni i mar­ketingu.
     […]  Piękno jest bezinteresowne, nie każe niczego robić (ku­po­wać, kreować, kon­su­mo­wać). Co za marnotrawstwo!
     To język zysku zajmuje się produkcją kalek językowych. […]
     W tej wacie słów zysku jest jeszcze KREATYWNY, które traktuję jak oso­bi­stego wroga. Słowo-silnik języka zysku, bo żeby sprzedawać, trzeba wy­my­ślać nowe, nowe i nowe, aktualizować, rebrandingować i zmieniać ko­mu­ni­kację. Jest w tym słowie coś obrzydliwego, narosło jak czyrak na pol­skim „twórczy”, którego zakres znaczeniowy ma rys metafizyki (twórca/twór­czy­ni to trochę demiurg/demiurżka).

🖇

Możesz wszystko, nie przejmuj się.
     Pierwszy człon tego wyrażenia jest kłamstwem, drugi unie­ważnieniem tego, co czujemy.

🖇

To trik, magiczna sztuczka. Przesunięcie znaczenia. „Możesz wszystko” ozna­cza tak naprawdę MUSISZ wszystko.
     MUSISZ wszystko i MUSISZ bezbłędnie.
     W społeczeństwie osiągnięć oczywiście nie możesz wszystkiego.
     Nie możesz na przykład ponieść porażki. Nie możesz się skom­pro­mi­to­wać. Nie ma w nim miejsca na blamaż.
     Nie ma w nim też miejsca na pewne emocje. Niemile widziane są smutek i wyrozumiałość. W cenie są lęk i cierpienie. Ponieważ można je spek­ta­ku­lar­nie przezwyciężać. Być niezniszczalnym, nierozczulającym się nad sobą ambitnym człowiekiem dążącym do celu i oczywiście, oczywiście, „po­ko­nu­ją­cym swoje ludzkie słabości”.

🖇

Marzę o tym, żeby prezydent mojego miasta miał ustawowo narzucony obo­wią­zek korzystania z komunikacji miejskiej. I żeby raz w miesiącu mu­siał jeździć z wózkiem. Inaczej nie dostawałby wypłaty.

🖇

ChatGPT przetłumaczył „disinhibition” jako dezinhibicję. Oczywiście. Na­czy­tał się przecież tylko tego, co jest dostępne, jakby skończył kierunek hu­ma­ni­styczny i nauczył się automatycznego tłumaczenia słów obcych tak, by zostawały niezrozumiałe, ale za to po polsku. Nie chodził na zajęcia z ję­zy­ko­znaw­stwa, nie usłyszał „jeśli coś można powiedzieć prościej, a ktoś mówi do nas trudniej, to tam jest naddany sens”.
     Przecież „rozprężenie”! I jakie fajne słowo, dawno nieużywane. W pol­skim ko­no­tuje inaczej niż w angielskim. Tam bardziej neurologicznie, w pol­skim etycznie – rozprężenie moralne, ma rozpięte trzy guziki na wypukłym brzuchu Sarmaty.

🖇

Internet jest źródłem cierpień na dwa sposoby.
     Po pierwsze – monetyzuje nasz czas i uwagę i uczy się, jak tę uwagę wy­eks­plo­atować do cna.
     Po drugie – od ponad piętnastu lat jest bąblującym ściekami eko­sy­ste­mem utwierdzającym użytkowników w tym, że pogarda to taka wolność słowa. Oraz że „no trudno, taki jest internet”.

🖇

Medioznawca Mirosław Filiciak mówi, że opinia publiczna w stosunku do in­ternetu wykazuje myślenie religijne. Że jest to dar dany nam z niebios. A nie produkt, efekt pracy tysięcy specjalistów zatrudnionych przez pry­wat­ne korporacje, nie efekt niewyobrażalnych nakładów finansowych. My­śle­nie religijne oznacza myślenie „no taki jest internet i musimy się z tym pogodzić”.

🖇

Jak dopuściliśmy do tego, że w ogóle nie mamy wpływu na to, co się nam wyświetla, i nie ma do kogo napisać listu w tej sprawie, tego nie wie nikt.

🖇

To jest bardzo sprytne podkręcić algorytm tak, żeby wzbudzać w użyt­kow­ni­kach najgorsze instynkty, a potem mówić „to nie nasza wina, to człowiek człowiekowi wilkiem”.

🖇

[…]  daliśmy sobie wmówić, że to odpowiedzialność jest po naszej stronie. Tak samo jak winą grubych jest to, że są grubi. A nie fakt, że najtańsze je­dze­nie jest najbardziej tuczące, że od dziecka jesteśmy bombardowani re­kla­ma­mi kolejnych produktów pełnych cukru, które potem czekają wy­eks­po­no­wane na sklepowych półkach. Że zajadamy stres spowodowany czyn­ni­kami środowiskowymi, a miejsc do spacerowania jest w miastach coraz mniej. Prywatną sprawą uzależnionych jest ich uzależnienie, a nie brak opieki psychologicznej w szkołach, niska dostępność grup wsparcia, słabo rozbudowana sieć pomocy środowiskowej, a z drugiej strony dostępność alkoholu i brak krytyki kultury alkoholowej.
     Co to za zwalanie winy na jakieś tam zewnętrzne czynniki, leniu. Nie­bra­nie odpowiedzialności za siebie.
     To twój problem.
     I jesteś z nim sam.

🖇

Niewiele się zmieniło przez ponad sto lat. W dalszym ciągu podważenie zy­sku jako nadrzędnego celu uważane jest za świętokradztwo. Fisher pisze, cytując poetę Brechta, że „kapitalizm to gentelman, który nie lubi, żeby o nim mówiono”. Kapitalizm – w końcu musiało paść to słowo – to sy­stem, w którym najważniejsze są zysk i osiąganie celu, a nie dobrostan i spełnienie.

🖇

[…]  w moim świecie, jeśli ktoś jest lewicowcem, to znaczy, że wierzy w ha­sło „braterstwo” i „solidarność”. Tak jak Fisher.
     Nikt o tym jakoś, kurwa, nie pamięta. Że to jest ta baza. Że sensem le­wi­co­wego myślenia nie jest pouczanie innych w agresywnym tonie, ale bu­do­wa­nie wspólnoty, w której staramy się sobie nawzajem pomagać. […]  wierzymy też w to, że każdemu należy się szacunek, że edukujemy, a nie pouczamy.

🖇

Idę i w środku stanowczo żądam od świata zmiany języka. Z języka orga­ni­za­cji, celu i produktywności – od samych tych wyrazów czuję, że z bez­sil­no­ści chce mi się płakać, tak jakbym nie miała miejsca w ciągu dnia, żeby, kur­wa, w ogóle móc myśleć w innych kategoriach – na jakiś inny język.

🖇

Wolnościowcy nie uznają, że istnieje coś takiego jak dobro wspólne. I dlatego są groźni.

🖇

Moje ciało nie chce, żebym patrzyła na nie „holistycznie” (jakby, kurwa, nie było słowa „całościowo”, jakby je było trzeba było zastąpić nowym, takim, które lepiej się sprzedaje między innymi dlatego, że nie wiadomo, co znaczy, ale to nieważne, co znaczy, ważne, jak brzmi), moje ciało chce po prostu wziąć paracetamol.

🖇

Mówię cicho. W dodatku mówię po angielsku. Przyznanie się do tego na pi­śmie ułatwia mi jedynie fakt, że moja przyjaciółka robi to samo – kiedy roz­ma­wia ze sobą, to mówi po angielsku. Racjonalnie proste – obcy język po­zwa­la oddalić się od podmiotu, jednocześnie staję się dwoma bytami, jest tro­chę jak z pisaniem autofikcji – jest nas wtedy dwie, opowiadająca i słu­chająca.

🖇

Mam wyrzuty sumienia, więc tak, chcę, Tomaszu z Akwinu, wierzyć w to, że największą wartością jest spokój i dobro, a nie popędzanie siebie za to, że za mało zrobiłam i jestem głupia.
     Możemy przyjąć, że jednym z sensów, jakich poszukujemy, niezależnie od wyznawanej czy też nie religii, jest radosny spokój. Nie tylko „brak cier­pie­nia” (chociaż wielu z nas by się tym zadowoliło), ale też to efemeryczne „po­czu­cie harmonii”, które w praktyce oznacza trochę zachwytu, trochę miłej niespodzianki, trochę uczucia, że nie jesteśmy na wojnie przeciwko światu i ludziom.

🖇

Z pewnością proces dochodzenia do tego, czym jest „po mojemu”, musi za­wie­rać popełnianie błędów, mnóstwa błędów, a co za tym idzie – wy­ro­zu­miałość.
     Z pewnością również niezbędny jest do tego SPOKÓJ.

🖇

Być może prawda leży w komunikatach, które pojawiają się na ekranach rze­czy, tylko nie zwracamy na nie uwagi. […]
     „Coś poszło nie tak, spróbuj jeszcze raz” to przecież nic innego jak zachęta do podejmowania kolejnej próby mimo niepowodzenia. Czy nie jest to czy­ste dobro, przyzwolenie na popełnianie błędów – coś, z czym wiele osób ma problem. Wydaje nam się, że pierwsze podejście, pierwsza wersja to ma być sukces. A przecież zazwyczaj idzie nie tak. Co z tego – spróbuj jeszcze raz. Z pewnością zbyt rzadko to słyszysz. Nie wydarzyło się nic strasznego.

🖇

Twórczość (a nie kreatywność) polega na eksperymencie. A eksperyment z ko­lei na tym, że nie wiemy, jaki czeka nas wynik. Że możemy i musimy po­pełniać błędy. I te błędy nie oznaczają, że mamy schować narzędzia i iść do kąta, i nigdy w życiu już niczego nie wymyślać, tylko właśnie że możemy spróbować jeszcze raz. Twórczość to nie jest odtworzenie gotowego wzoru narysowanego na pudełku.

Małgorzata Halber, Hałas,
Wydawnictwo Cyranka, Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

Bądźmy roszczeniowi. Żądajmy więcej. […]  Meret Oppenheim powiedziała „Nobody will give you freedom. You have to take it”.

🖇

André Breton […]. Z Josefem Pieperem łączy go pod­kre­śla­nie pielęgnowania w sobie stanu pewnej gotowości. Nazwałabym ją gotowością do przeżywania i kie­ro­wa­nia się zasadą szukania zachwytu jako nadrzędną.

🖇

„Cudowny przypadek” to bodziec, którego nie jestem w stanie zaplanować ani nawet go sobie wyobrazić.

🖇

Każdy jest w czymś dobry. Ma jakąś czynność, która po­wo­du­je, że czuje się idealnie. Niektórzy czują to, na­pra­wia­jąc wszystko, co się da, w domu, inni obrabiając zdję­cia, inni wyrywając niepotrzebne rośliny z ziemi. Coś, co budzi taką niebieską żyłkę. Ona zaczyna pul­so­wać, jest się skupionym, a jednocześnie szczęśliwym.

(tamże)

niedziela, grudnia 08, 2024

5653. Z oazy (CCCIV)

Nie­dzielne odliczanie literek, trzy. Jeśli nie mogłam zrozumieć, po co mi przygoda z tamtym tomikiem, to po obwąchaniu stron informacyjnych wszystko stało się ja­sne — odkryłam serię wydawniczą. Jej oprawa graficzna okładek przypomina wprawki w naj­słyn­niejszym programie graficznym lat dziewięćdziesiątych, ale do­ceniam, że jest w godny sposób konsekwentna.

Dawno, dawno temu była seria książek dla opornych, która usiłowała nieść kaganek ustawicznej edukacji w wersji DIY. Tytuł tego tomiku natychmiast skojarzył mi się z kilometrami książek w czarno-żółtych okładkach, imitacja jednej z nich na po­trze­by spektaklu gwiazdorzyła w warszawskim teatrze. Jak mogłam nie zaryzykować?

Było warto. Naprawdę. Poniżej samo gęste. Najgęstsze.

Cała bezszwowa materia naszego życia utkana jest ze zdarzeń neutralnych, od czasu do czasu przyjemnych, ale też tych, któ­rych raczej nie chcielibyśmy przeżywać: chwil trudnych. Tych ostatnich wydaje się więcej, a na pewno mają większy ciężar gatunkowy. Wszystkie te zawiłe, a jednocześnie po­wszech­ne kom­pli­kacje wpisane są w nasze życie z jednego źródłowego po­wo­du. Tym nieustannie bijącym źródłem jest fakt, że uro­dzi­liśmy się jako ludzie.
     […] 
     Gdzieś w głębi nas całkiem nierzadko powarkuje skrywana irytacja i niezadowolenie z tego-co-jest. […]  Wciąż wyglądamy jakiegoś sensu, znaczenia. Gdzie go szukać? Nie sposób znaleźć tego w niemilknącym w naszej głowie strumieniu ocen, osą­dów, w ciągłym „nie chcę”, „nie lubię”, „to jest niskie”, „to jest wzniosłe”, w pretensjach do losu odbieranego jako nie­spra­wie­dli­wość: „dlaczego właśnie mnie?”; „dlaczego ja?”.
     Jak zabrzmiałaby twoja odpowiedź na pytanie: „A dlaczego nie właśnie ty”?

Zenon Kruczyński, Posłowie.

🖇 🖇

motto: Niska jakość przekazu 
jest powodowana celowym działaniem artystycznym
.

🖇

Dlaczego jest tutaj tak pusto?
Bo to ostatni krzyk mody.
Moda ostatnio krzyczy tak głośno,
że czasem trzeba wyjść z pokoju.
Zatkać oczy i uszy.
Opuścić mieszkanie.
Sprzedać meble i auto.
Porzucić psa na pustyni.
To nie metafory.
To są twarde fakty.
Tylko w ciągu ostatniego roku blisko 29 milionów
ludzi musiało opuścić swoje domy.
A może i więcej, bo w sumie jak to policzyć?
Co?
Myśleliście, że będzie śmiesznie?
Ja też tak myślałem,
ale potem zmieniła się moda.
Zawód policjanta stał się pożądany
(ubezpieczenie zdrowotne, szybka i duża emerytura),
faszyzm stał się powodem do chluby.
Jestem modowym faszystą, i co mi zrobisz?

🖇

Żołnierze to szczególnie agresywna
odmiana bezrobotnych.
Karabiny to narzędzia dystrybucji sensu
pośród tych, którzy nie wiedzą, co zrobić z rękami.
A ręce.
Ręce to podstawa.
Dziś sam jestem bezrobotny,
w związku z czym myślę, czy nie pójść na wojnę.
Wojna to nie praca, ale jednak jakieś zajęcie.
Moje ręce domagają się przedmiotu,
którym mógłbym wykonywać czynności,
które pozwoliłyby mi osiągnąć sukces.
Sukces to sposób na zabicie czasu, jaki mają ludzie
nieposiadający innych rzeczy,
niewiedzący, co zrobić z rękami
.
Czas to abstrakcja, którą należy unicestwić.
Karabin to rzecz, która może pomóc.

🖇

Mięso jest ze zwierząt.
W stu procentach naturalnego pochodzenia.
[…]
Jedynie zdolność myślenia abstrakcyjnego pozwala nam o tym zapomnieć.
To fajna zdolność i podobno odróżnia nas od innych zwierząt.
Dzięki niej możemy myśleć o innych zwierzętach jako o jedzeniu.
To ważna umiejętność i pozwala przetrwać w ciężkich warunkach
     ekonomicznych.
Czasami lepiej kogoś zjeść niż umrzeć.
A czasami nie.
[…]
Mięso jest ze zwierząt, a mogłoby być z ludzi.
Cieszcie się, że nie jest z ludzi.
Bo jak dojdziemy do władzy, to będzie.

🖇

po co jest cierpienie?
nie wiem
myślę sobie że nigdy
nie byłem taki szczęśliwy
a jednocześnie tak świadom ogromu cierpienia
któremu nie potrafię zaradzić
powiesz mi że to obciach?
powiem ci że to fakt

🖇

Pamiętaj,
że robotnicy,
którzy napierdalają młotami
od siódmej do ósmej rano,
dokładnie pod twoimi oknami,
po tym, jak przez noc nie mogłeś spać
i chce ci się krzyczeć „kurwa mać”,
oni nie są, nie są
twoimi wrogami.
[…]
Pamiętaj!
Bądź troskliwy, uważny.
Uszanuj. Potrafisz
.
To wszystko dla naszego wspólnego dobra.
Być może twoje dobro
jest trochę inne niż ich dobro,
ale czy w gruncie rzeczy
najważniejsze nie jest DOBRO
progresywnej wspólnoty,
dla której pracują robotnicy,
a ty robisz tylko głupoty?

🖇

wijesz się jak węgorz w zupie ideolo, szczekasz jak
chihuahua na smyczy KGB. Jak się nie wić, nie szczekać,
znam kogoś, kto wie.

🖇 🖇

Podobno niektórzy,
widząc tę samą szklankę wody,
uważają, że jest w połowie pełna,
a inni, że jest w połowie pusta.
Ja jednak wiem,
że niezależnie od tego,
czy jest pełna, czy pusta,
to można się w niej utopić.
Albo kogoś.
Bo są też tacy,
którzy za tę wodę gotowi byliby zabić.
Są jeszcze inni,
dla których szklanka czystej wody
pozostanie obrazem z filmu w telewizji,
w którym nigdy nie wystąpią,
bo role zostały w nim obsadzone już dawno temu,
a castingu nie wygrali biedni, głodni i spragnieni.
Są też jeszcze inni,
którzy tę szklankę
wyleją do zlewu,
nawet nie myśląc o tym,
że komuś mogłaby uratować życie.

🖇

[…]  jeszcze nie wiedzą,
że niedługo skończy się ropa i gdyby wszyscy
chcieli mieć na obiad takie same schabowe,
potrzeba by sześciu planet obsadzonych paszą dla bydła.
One jeszcze nie wiedzą, oni jeszcze nie wiedzą,
a ja też nie wiem, jak im to powiedzieć,
choć od dawna czytam na ten temat
na lewackich portalach.
A od jakiegoś czasu lubią mi o tym przypominać dziennikarze
nawet najbardziej mainstreamowej prasy.

🖇

kto bogatemu zabroni
czy choć przez chwilę nie chcielibyście
poczuć tego powiewu wolności
jaki daje dochód gwarantowany
od rodziców
którzy dostali go od swoich rodziców?

🖇

ten dupek z reklamy
którego nie stać
na wyższe pensje dla pracowników
ani na prezent dla żony
koleś którego na nic nie stać
poza wzięciem kredytu
na nowy samochód
on jeszcze nie wie
że przez to auto zginie
 
pod względem liczby samochodów
na głowę mieszkańca
zajmujemy dziesiątą pozycję na świecie
nieźle co nie?
produkujemy tyle smogu i zanieczyszczeń
że co roku w Polsce przedwcześnie umiera
pięćdziesiąt tysięcy osób
 
a ty ciągle nie chcesz tego nazywać polskim obozem zagłady

🖇

jeśli coś się nie stanie
jeśli nic się nie zmieni
jeśli czegoś nie zrobimy
jeśli nie przestaniemy działać
jak gdyby nic nie mogło zaszkodzić tej kupie kamieni
na której siedzimy
mój boże
jakaż to będzie piękna katastrofa
(chciałbym ją podziwiać
czasami już to robię)

🖇 🖇

Powiedziałem, że nie przyjdę,
ale przyszedłem. Powiedziałem,
że nie będę jadł, ale zjadłem.
Chciałem powiedzieć, żeby spierdalali,
ale nie powiedziałem. Niewiele więcej
z tego pamiętam. Niewiele więcej
pamiętać chcę. Było dużo ludzi i gestów.
Ktoś mówił, że w tym ważnym dniu
zgromadziliśmy się tutaj, ale nawet gdyby milczał,
nie byłoby o wiele lepiej. Zgromadziliśmy się,
owszem, trudno było zaprzeczyć, choć przecież
by się chciało.

🖇

[…]  problemów nie trzeba szukać.
Gdy naprawdę cię potrzebują, znajdują cię same.

🖇

a zawodowo zajmuję się
wkurzaniem ludzi.
Ale chodzi o to, żeby się wkurzali,
że jest na świecie za mało miłości.

🖇

[…]  jak na razie tłumy wybrały przeciwny kierunek.
Stary dobry rasizm
w zupełnie nowym smartfonie.
W mediach społecznościowych
uczymy się nienawidzić innych
i samych siebie.
Na szczęście też kochać
po domach,
które nie są nasze.
I to miejsce, które nazywasz domem,
też nie jest twoje.

🖇

A gdy przyjdzie wojna
– bo że przyjdzie, to pewne –
to naprawdę mam się bić
za kraj tych ciołków,
na których nigdy nie głosowałem?
Oraz za tych, którzy zagłosowali na tych,
na których nigdy bym nie zagłosował?
Których wolałbym nigdy nie spotkać.
Pokracznych smutnych nienawistników,
pachołków biskupów, lizusów prezesa,
wierzących w teorie spiskowe
i polskie czarne złoto.
[…] 
Naprawdę mam bronić tego kraju,
który sam dąży w stronę zagłady
[…]
Naprawdę?

🖇 🖇

Szczerość to moja podstawowa cecha,
więc kiedy Ameryka mnie pyta, czy uczestniczyłem
w ludobójstwie, nie zaprzeczam.
Robię to codziennie. Niezależnie od nastroju,
pogody i środków dostępnych na koncie.
[…] 
więc kiedy Ameryka mnie pyta,
czy uczestniczyłem w ludobójstwie,
myślę, że powinna najpierw zapytać samą siebie.

Jaś Kapela, Modlitwy dla opornych,
Korporacja Ha!art, Kraków 2017.
(wyróżnienie własne)

pogodna rezygnacja
inteligencji zaangażowanej w porażkę
czy nawet to się jej nie uda
?
dramatyczna zmiana klimatu
nastąpiła szybciej niż się spodziewaliśmy
[…]
czy naprawdę warto ratować ludzi
którzy nie potrafią wydusić z siebie
nawet jebanego „dzień dobry”
?
czy naprawdę warto psuć sobie dzień
przez takie mendy?
jest piękna pogoda
przed burzą uciekamy do biedry
ciągle stać nas na wino
cała inteligencja zaangażowana
żeby czuć się dobrze

(tamże)

poniedziałek, listopada 25, 2024

5643. Z oazy (CCC)

Nie­dzielne odliczanie literek, trzy. Poślizgnięte na dniu pełnym wrażeń. Po prze­czy­ta­niu najnowszej na polskim rynku wydawniczym książce Autora przypomniało mi się, że inna Jego książka zapuściła wiele lat temu korzenie na moim wirtualnym sto­liczku czytelniczym. Gdyby była w wersji papierowej, byłaby z pewnością ob­ro­śnię­ta tłustym kurzem. Nie mogę się nadziwić, że tak długo musiała na mnie czekać.

To dla mnie jedna z ważniejszych książek dekady. Książek, które pomagają zro­zu­mieć, dla­cze­go jest, jak jest.

Ponieważ żyjemy w czasie zeświecczonym i na siły boskie nie ma teraz do­brej koniunktury – inaczej niż przez tysiące lat wcześniej – pomagamy so­bie w inny sposób. Teraz zamiast odwoływać się do karzącego Boga, okru­cień­stwa zbrodniczej przemocy tłumaczymy sobie potęgą zła ukrytego w ot­chłaniach naszej biologii, głęboko w nas zakorzenioną i niepoddającą się żadnym próbom logicznego wyjaśnienia.
     Czas porzucić mitologizujące spojrzenie na przemoc. Naszym celem musi być wyjaśnienie logiki agresji oraz reguł jej powstawania.

🖇

Agresja to powstały w toku ewolucji, zakorzeniony w naszej neurobiologii program zachowania, który ma umożliwić człowiekowi ochronę ciała i uni­ka­nie bó­lu. Jednak neurobiologiczne ośrodki bólu w ludzkim mózgu reagują nie tylko na przykre bodźce fizyczne – uaktywniają się również wtedy, gdy człowiek jest upokarzany, poniżany, dys­kry­mi­no­wa­ny. To dlatego agresję wyzwala nie tylko celowo zadawany ból fizyczny, ale i wykluczenie spo­łeczne.

🖇

[…]  możliwość okazania agresji czy też zadania bólu komuś, kto nas do te­go nie sprowokował i nie prowokuje, nie jest z perspektywy układu mo­ty­wacji przedsięwzięciem „opłacalnym”. Niczym niesprowokowana agresja nie powoduje u przeciętnie zdrowych psychicznie ludzi pobudzenia układu motywacyjnego i wyrzutu mediatorów dobrego samopoczucia.

🖇

Już Karol Darwin dostrzegł, że wszystkie istoty żywe mają potrzebę dobrego samopoczucia. U człowieka zadowolenie, dobrą formę psy­cho­fi­zyczną, energię i napęd do działania warunkują substancje prze­kaź­ni­ko­we, wydzielane przez układ motywacyjny mózgu. Z kolei prawidłowe wy­dzie­la­nie tych substancji jest zależne od dobrych relacji międzyludzkich. Dobre relacje z otoczeniem to nie jest coś, co dostajemy w pre­zen­cie: człowiek dorosły może – i musi – sam się do nich przysłużyć swoim zachowaniem.

🖇

Okazuje się, że już samo doświadczenie obcowania z przy­jaźnie na­sta­wionymi ludźmi stanowi dla człowieka pozytywną sty­mu­la­cję, co jest odzwierciedleniem motywacji zakorzenionej w naszej biologii. […] Liczne współczesne badania neurobiologiczne wykazały, że głównym „celem popędu” człowieka jest uzyskanie akceptacji społecznej – kieruje nami silna potrzeba więzi z innymi i przynależności do grupy.

🖇

[…]  reguła plastyczności neuronalnej: use it or lose it […].

🖇

[…]  jeśli ktoś w okresie wczesnego dzieciństwa nie nauczył się odraczać – poprzez „uruchomienie” kory przedczołowej – zaspokajania potrzeb, to póź­niej będzie szybciej reagował agresją za każdym razem, gdy okaże się, że trzeba na coś cierpliwie poczekać; normalne życie nie jest tak łaskawe, by rozpieszczanemu przez lata układowi nagrody ciągle do­star­czać ko­lej­nych „dawek przyjemności”.

🖇

Aby jednak mogła działać skutecznie, agresja musi być rozumiana jako sy­gnał, czyli pełnić funkcję komunikacyjną. […]  Aby sygnał był komu­ni­ka­tyw­ny, nadawca musi go wysłać w taki sposób, by odbiorca mógł go zro­zu­mieć. Dla udanego procesu komunikacji równie ważne jest, by odbiorca był gotów i potrafił odebrać i zrozumieć sygnał. Za efektywność komunikacji odpowiedzialne są zatem obie strony. Natomiast instrumentem, dzięki któ­re­mu agresja może pełnić funkcję komunikacyjną, jest mowa ludzka.

🖇

O przeniesieniu (lub przekierowaniu albo przesunięciu) agresji mówimy wtedy, gdy działania agresywne nie zwracają się przeciwko temu, kto agresję sprowokował, lecz przeciwko innej osobie (innemu obiektowi). Agresja odroczona to agresja przesunięta w czasie – reakcja na bodźce agre­sjo­gen­ne następuje ze znacznym opóźnieniem. To właśnie akty agresji przeniesionej bądź odroczonej w wielu wypadkach wywołują zrozumiałe – aczkolwiek mylne – wrażenie, że działania agresywne są „absurdalne” i „nie­uza­sad­nio­ne”, a co za tym idzie, muszą być wynikiem głęboko drze­mią­ce­go w człowieku upodobania do przemocy. Zwłaszcza jeśli agresja i ujawnia się z opóźnieniem, i jest skierowana na obiekt zastępczy, oto­cze­niu wydaje się, że wzięła się „z niczego”. Dodatkowym problemem jest to, że sam podmiot agresji zwykle nie uświadamia sobie tych mechanizmów.

🖇

Skwapliwie przywoływane wyobrażenia wymachującego maczugą auto­ry­tar­ne­go przywódcy, który trzyma w strachu całą społeczność, obraz nie­u­stan­nej wewnętrznej rywalizacji mającej wykazać, kto w grupie okaże się na tyle silny, by obalić albo zabić przywódcę i samemu stanąć na czele ple­mie­nia – wszystko to nie ma nic wspólnego z faktami. W rzeczywistości przedstawienia te to nic innego jak czyste projekcje patriarchalnych, od­zna­cza­ją­cych się wysokim stopniem agresywności stosunków społecznych, jakie wytworzyły się dopiero po rewolucji neolitycznej i jakie napotykamy w okresie starożytności klasycznej, w średniowieczu, w epoce burżuazyjnej albo współcześnie, w czasach bezwzględnego turbokapitalizmu. Ewo­lu­cyj­nym modelem sukcesu ludzkości były nie rządy demonicznych samców i krwiożerczych łowców, lecz inteligencja, współpraca, daleko idący egalitaryzm, równorzędność płci, a także kreatywność i wy­na­laz­czość człowieka.

🖇

Ewolucyjna recepta człowieka na sukces to ani siła, ani żądza mordu, lecz inteligencja i współpraca.

🖇

Proces cywilizacyjny jest przeznaczeniem naszego gatunku. Ma on dwa oblicza: z jednej strony człowiek kocha wyzwania. Mózg ludzki to narząd, który poniekąd tęskni do tego, by rozwiązywać pro­ble­my. […]  Wyzwania rewolucji neolitycznej i wejście w erę cywilizacji otwo­rzy­ły przed naszym mózgiem nieograniczone pole do działania. Inte­li­gen­cja, pomysłowość, kreatywność miały teraz wolną drogę. Jest jednak i dru­ga strona medalu: w istocie rozwój cywilizacji oznaczał dla człowieka post­neo­litycznego przede wszystkim alienację, stres, przeładowanie współżycia społecznego bodźcami, które – zgodnie z zasadą granicy bólu – sprzyjają agresji. Miejsce egalitarnie zdefiniowanej sprawiedliwości zajęło kryterium osiągnięć; nastąpiło zubożenie więzi społecznych, indy­wi­du­a­li­za­cja znisz­czy­ła poczucie wspólnoty i naturalne dążenie do współpracy. […] Czło­wiek stał się towarem – odebrano mu bezwarunkową rację bytu, a do­mi­na­cja i podległość zastąpiły zasadę wzajemności. Zamiast akceptacji spo­łecz­nej człowiek poczuł smak odrzucenia. Te fundamentalne zmiany stały i stoją w sprzeczności z neurobiologiczną konstrukcją ludzkiego mózgu.

🖇

Powszechna równość nie jest potrzebą człowieka – takżez perspektywy neu­ro­biologicznej. Nasz mózg szuka wyzwań, chce się mierzyć i spraw­dzać w zadaniach, i dlatego toleruje różnice ekonomiczne między ludźmi, zwłaszcza gdy jest oczywiste, że korzystna sytuacja materialna danej jed­nost­ki jest zasługą jej dokonań. Z drugiej strony wszystkie dostępne dane świadczą o tym, że zbyt duże zróżnicowanie majątku i dochodów nie tylko sprzyja przemocy, ale i prowadzi do rozkładu społeczeństwa.

🖇

Wpajanie dzieciom chęci do nauki powinno być pierwszoplanową troską rodziców we wszystkich warstwach społeczeństwa.

🖇

Podobnie jak ludzie przed 10 000 lat, tak i my dzisiaj przeżywamy po­now­ną inwazję zasady zysku ekonomicznego, która zdominowała wszystkie dziedziny życia. Jak wtedy, tak i dzisiaj współżyciu społecznemu godnemu człowieka zagraża bezwzględna presja sukcesu, dezintegracja społeczna i przemoc. Odczuwamy groźne skutki firmowanej hasłem „praw ryn­ku” próby postawienia kryterium zysku ponad kryterium człowieczeństwa.

🖇

Przedszkole i szkoła to również miejsca, w których spotykamy się ze zja­wi­skiem wykluczenia i w których młodzi ludzie doznają szykan i upokorzeń. Dotyczy to przede wszystkim kontaktów dzieci i młodzieży między sobą, a metody dyskryminacji obejmują szeroki wachlarz nękających zachowań, poczynając od wyśmiewania czy przedrzeźniania, a na cyberprzemocy kończąc.

🖇

Systemy moralne czy też religie zachowają znaczenie jako opozycja do dzi­siej­szego świata bezwzględnych przymusów ekonomicznych. W oczach swo­ich wyznawców oraz reprezentantów religie stanowią przeciwwagę dla bezwzględnej logiki rynku i zysku. Im usilniej próbuje się podsuwać ludziom kryterium zysku jako rodzaj pseudoreligii, im bezwzględniej regułom eko­no­micz­no­ści podporządkowuje się człowieka i jego potrzeby, tym silniejszy i bardziej radykalny opór będzie stawiała owym tendencjom dana religia. Takie jest tło coraz ostrzejszego światowego konfliktu między „grupą wła­sną” (islam) a „grupą obcą” (Zachód), którego jesteśmy świadkami. Obie strony uciekają się przy tym do stosowania sprawdzonej metody, która, jak wykazuje doświadczenie, zwalnia wszelkie hamulce przed stosowaniem gwałtu i przemocy: do dehumanizacji przeciwnika.

🖇

[…]  więzi międzyludzkie są dobrem deficytowym.

Joachim Bauer, Granica bólu. O źródłach
agresji i przemocy
,przeł. Maria Skalska,
Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2015.

Niezmiernie istotny i mający znaczenie dla przyszłości naszego globu jest związek między nierównością szans życiowych i agresją, w szczególności – między przemocą i ubóstwem. Ubóstwo to nie tylko niemożność za­spo­ko­je­nia po­trzeb bytowych, lecz – zwłaszcza dla tych, którzy cierpią biedę nie z własnej winy – przede wszystkim do­świadczenie wykluczenia społecznego.

🖇

Nikt nie głoduje,
jeśli nie głodują wszyscy.

(tamże)

niedziela, listopada 24, 2024

5640. Czekariat (CIV)


fot. Saxifraga, fragment.

Wszystko, co przeżywamy albo robimy, zmienia nasz mózg. Mózg niejako przekształca to, co psychiczne, w biologiczne.

Joachim Bauer, Granica bólu. O źródłach agresji i przemocy, przeł. Maria Skalska, Dobra Literatura, Słupsk 2015.

czwartek, września 19, 2024

(5584+1+1). Nieoczekiwany suplement

Sadownik:
(w trakcie drzewnej rehabki wynurza się z gabinetu)
Zobacz, co ja jeszcze wczoraj znalazłem?
(poproszony był o odnalezienie
drzewnej książeczki żeglarskiej
)

Po rehabce list sprzed ćwierć wieku spłakał mnie łzami wzruszenia i wdzię­czno­ści. I smutku, że dopiero dziś zrozumiałam słowa, które mi Kapitanka przysłała.

Lepiej późno niż wcale. Nie, nie wierzyłam wtedy. Nie wierzyłam tak bardzo, że nie przeczytałam ze zrozumieniem napisanych przez panią, pani Kapitan, dobrych słów, gdy były świeżutko wyjęte ze skrzynki pocztowej.

Z nie­do­wie­rza­niem prze­czy­tałam je dziś kilka razy, by do mnie dotarł nie tyl­ko ich sens i głębia, ale rów­nież wynikające z nich konsekwencje i odpo­wie­dzial­ność, jaką mam w związ­ku z tymi słowami do wzięcia.

Czy uwierzyłam? Chyba już czas najwyższy zacząć. Pani Kapitan, proszę trzy­mać za mnie kciuki. Ten wiatr w nas, pani Kapitan, tak piękny!

[…]  gdy nadejdzie chwila zwątpienia, byśmy potrafiły po­wie­dzieć sobie jak kapitanka Krystyna Chojnowska-Liskiewicz: myślę, że dam radę.

Paulina Reiter, Samotne oceany.
Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo
,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

*

[…]  wiatr zawsze pozostaje wiatrem.
   — Jungeun Yun

środa, września 18, 2024

(5584+1). Nieoczywiste chwile

     – A osobista satysfakcja? – pytam.
     – […]  No, może jestem za bardzo bezczelna?

1994. Zdaję na patent sternika jachtowego. Wracam do akademika i moim chłopakom mówię: no to czas iść w morze. W tamtym czasie istniało coś ta­kie­go jak sternik jachtowy p.u. (pełne uprawnienia). Chłopaki, przeżyczliwe dla mnie, przecież byłam ich kumplem (nie kumpelką) z grupy dziekańskiej, szybko, śmie­jąc się nie­wy­brednie, spro­wa­dzają mnie na zie­mię. Baba na jach­cie? Zapomnij.

Wtedy jeszcze nie wiem, że i ja bywam bezczelna wobec życia, choć moi naj­bliżsi nie mają co do tego żadnych wątpliwości — zapytałam chwilę temu Sa­dow­nika, by upewnić się, czy nie koloryzuję, odpowiedział: bezczelna? eufe­mizm! Późną jesienią albo wczesną wiosną kolejnego roku wychodzę po za­ję­ciach sekcji pływackiej (aktywność zastępująca WF w po­li­tech­nicznym in­de­ksie) i… Na ta­bli­cy ogłoszeń, wła­snym oczom nie wierząc, widzę anons o pla­no­wanym rejsie z naborem do wyłącznie kobiecej załogi. Baba na jach­cie? Nie! Pięć bab! Tak spotkałam po raz pierwszy w życiu Kapitanową.

     – Pani lepiej się pływało z dziewczynami? – pytam.
     – Nie ma różnicy. Moje załogi to były żeglarki i były bardzo dobre, bardzo bystre i w zasadzie nie musiałam się wysilać. […]  To były bardzo fajne załogi.

     Wypływamy na chwilę – na dwie godziny.
     W pewnej chwili nie wytrzymuję z radości i mówię: – Nie mogę uwierzyć, że płynę z panią. Zdobywczynią trzech oceanów!

Paulina Reiter, Samotne oceany.
Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo
,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.

*

1995. Kalmar • Borgholm • Oskarshamn • Loftahammar •
               Ny­näs­hamn • Visby. • [765 Mm]


fot. archiwum własne.

Kapitanowa plus dwie Doroty i dwie Anie. Na tamten moment jedna pani mgr inż., dwie pan­ny ze stopniem zawodowym mgr inż. in spe — trzy kobiety z tej samej uczelni.

Za kilka lat od zatrzymania tej chwili w rolce filmu fotograficznego dwie panny będą już paniami ze stopniem naukowym doktora nauk technicznych.

*


fot. Ania, I Oficer.

W Ny­näs­hamn. Uwielbiam to zdjęcie ze względu na czasopismo w swej starej odsłonie. Przeczytane, spełniało się na stole. Pierwsze w moim życiu kre­wet­ki. Wędzone. Nigdy potem tak pysznych już nie jadłam.

*


fot. archiwum własne.

Wrócone. W Górkach Zachodnich. Było cyk po obu stronach kei. Z frag­men­tem Mechat­ka II w tle na jednym z nich. Na drugim uchwyceni Rodzice obu Dorot, w tym siostra Kapitanowej. Biały Kruk i Orzeszek przy­wie­źli ze sobą świeży chleb i masło. Nie można było nam, kończącym rejs, po­da­rować ni­cze­go lepszego.


fot. archiwum własne.

*

W Kalmarze kupiłam płytę. Po powrocie na ląd tą piosenką łomoliłam naj­czę­ściej — najlepiej podejmowała dyskusję z relacyjną warstwą mojego życia. Z Visby nie mogłam wrócić do domu bez własnego jeżyka, z którego star­szym o wie­le lat braciszkiem poznałam się na Mechatku II.


Roberta Flack & Donny Hathaway, Only Heaven Can Wait,
z albumu Softly With These Songs: The Best Of Roberta Flack.

*  *  *

1996. Maarianhamina • Käringsund • Kemi • Grisslehamn •
               Slite • Hel. • [1723 Mm]

*


fot. Ania, I Oficer (albo) Marysia, III Oficer.

Świętowanie 60. urodzin Kapitanowej. Zkemi i Jabłoń in spe.

*



fot. archiwum własne.

*

Po rejsie. W rodzinnym mieszkaniu Drzewka. Zkemi w połowie drogi do do­mu. Orzeszek przygotowała rosół, który katapultował nas do kulinarnego raju.


fot. Zkemi.

*  *  *

Na jednym z tych rejsów ciągniemy zapałki. Mój Los uwielbia w ten sposób wygrywać szorowanie garów, jazdę z cumą na brzeg, wszystkie te roboty, któ­rych nikt nie chce. Wygrał i „tą razą”.

Wyciągnęłam połamaną zapałkę i… dostałam historyczną banderkę.

Zaprojektowana zostaje dla niej, dla jachtu i dla rejsu specjalna banderka […].

(tamże)

5584. Z oazy (CCLXXXII)  [podwójnej]

Po­urlopowe odliczanie literek, dwa. Z uprzywilejowanego miejsca bez wojny i bez powodzi. Ukazała się w zeszłym roku. Nie chciałam do niej zaglądać, mając przed oczami wspomnienie incydentu sprzed (wówczas) dwudziestu siedmiu lat, któ­ry wte­dy zmasakrował mój obraz Kapitanowej, bo parafrazując aforyzm: wielkich ludzi poznaje się po tym, jak traktują maluczkich, tamto zachowanie nie należało do ko­goś wielkiego.

Dziś, gdybym była świadkiem tamtej sceny, zdziwiłabym się, widząc nie­ade­kwat­ność reakcji na zaistniałe okoliczności, byłabym ciekawa, skąd ta nadreaktywność, ale nie kwestionowałabym wielkości Kapitanowej. Kapitanowa?

1996 rok. Feminatywy jeszcze nie wróciły z emigracji, stąd Kapitanowa: w domyśle kobieta, jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, w realiach języka polskiego zde­gra­do­wa­na do: żony kapitana. Jedno i drugie było faktem.

Po raz ostatni mam okazję nie zgodzić się z Kapitanową. Pisząc książkę o swoim samotnym rejsie wokół świata, uważała, że [c]zytelnik nie musi wiedzieć, że wąt­pi­ła, że tęskniła. Musi! Musi wiedzieć, że płynął człowiek! Ale może pod koniec lat siedemdziesiątych świat nie był jeszcze na to gotowy. Nie miał pojęcia, że świa­do­mość wątpliwości czy tęsknoty oraz umiejętność ich wyrażania jest siłą, a nie sła­bością.

Przez przypadek kilka dni przed urlopem słuchałam powtórki audycji, w której Autor­ka tej książki wspomniała, że mąż Kapitanowej, po Jej śmierci, udostępnił pi­sa­ne przez Nią listy z rejsu i pamiętniki z młodości, co odmieniło tę historię. Odmie­ni­ło też mój stosunek do chęci przeczytania tej książki. W środku nocy klik, klik i książ­kę miałam na czytniku.

Czytałam za dwoje: za siebie i Białego Kruka, na pewno chciałby tę książkę prze­czy­tać. Po półtora dnia było po lekturze. Nie dajcie się zwieść tytułowi, to książka prze­de wszystkim o miłości. Miłości podwójnej: dwójki ludzi do siebie nawzajem oraz dwójki ludzi do mórz, jachtów i oceanów. Właśnie z powodu współistnienia obu tych miłości na kartach tej książki, jest ona wspaniałą lekturą, przy której nawet najsuchsze marzenia czytelników i czytelniczek będą mruczeć: oj, tak, tak, my też chcemy być zrealizowane! Z miłością!

Czytałam, słysząc tembr głosu Kapitanowej, wspominając ciepło i dobroć pana Wacława, które obserwowałam, nie wierząc, że drugi tak dobry człowiek istnieje na świecie. Istniał, ale dowiedziałam się o tym w 1998 roku.

Wracając do książki. Kapitan Baranowski, dwa razy samotnie opłynął glob, a ho­ry­zon­cik z dumą zaprezentował tu tak wąziutki, że zdumienie nie mija przez wiele dni. Nie jest pewnie odosobniony w swych poglądach, więc niech tu będzie ten myślo­po­do­bny wyrób mizoginizmu. W jednym miejscu, cytując, nie utrzymałam pionu i na­zwi­sko i imię dziennikarza zamieniłam na dziennikarzynę, bo jego pytaniom nie tyl­ko przyświeca mizoginia, ale i zwykła głupota, bo jaką logiką kieruje się pytanie za­da­ne ko­bie­cie, która opłynęła świat, czy nie uważa, że żeglarstwo nie jest dla ko­biet? Zadał_byś mężczyźnie, uwielbiającemu maliny, z ustami wypełnionymi ma­li­na­mi pytanie: nie uważasz, że spożywanie malin jest zajęciem kobiecym?

Historię piszą zwycięzcy. Zwykle mężczyźni decydowali, co jest warte zapamiętania. I właśnie dlatego, dopiero w tej książce obok siebie znajdują się historie kilku że­gla­rek. Czytałam o Nich z zapartym tchem. Chciałam je zobaczyć. Jednej nie udało mi się wyguglować.

Ostatnia uwaga dotyczy nie tylko Autorki, korektorki, ale i gości radiowych. Nie mówi się: w dupiu, lecz w dupie. Analogicznie nie mówi się: w Kwidzyniu czy w cudzysłowiu, mówi się: w Kwidzynie, w cudzysłowie i nie mówcie mi, że macie to w dupie.

A gdy wróciliśmy z urlopu, poprosiłam Sadownika o jeden z albumów, banderkę i książeczkę żeglarską, by moje wspomnienia mieć tu, pod ręką.

Raz kolega z klubu, Wacek Liskiewicz, przy kotwiczeniu brudzi żagiel. Ko­men­dant każe go Krystynie wyprać. Ta się wścieka. Dlaczego ma prać ża­giel za chłopaka? Z komendantem nie ma dyskusji, Wacek ma przy­go­to­wać „Halinę” [holownik, by mogli płynąć na obiad], a Krystyna wyczyścić żagiel.
     Tak się poznają.
     Wacek widywał już Krystynę na politechnice, studiują na tym samym wydziale, dziewczyn jest mało, zwracają uwagę. Krystyna nie jest w jego typie, woli smuklejsze i w ogóle jest nieśmiały w stosunku do kobiet – sku­pio­ny na studiach i żeglarstwie. Krystyna go nie kojarzy, nie oglądała się za chłopakami z niższych roczników.

🖇

     – Moja żona to by na ten maszt nie weszła za tysiąc złotych – mówi ro­bot­nik, gdy Krystyna wspina się 12 metrów po drabince.
     – No, może i tak – krzyczy do niego – ale mnie płacą więcej niż tysiąc!
     Zarabia 1800 złotych. W produkcji zarabia się więcej – suwnicowe do­sta­ją 2800 złotych miesięcznie. Praca robotnika jest ceniona wysoko. Kry­sty­na często słyszy, że ci z biura konstrukcyjnego nic nie robią całymi dnia­mi, tylko siedzą i myślą. – W sumie prawda – kwituje. – Ale jakbyśmy my nie siedzieli i nie myśleli, to tamci nie mieliby pracy.

🖇

Kultura, która ma tylko mity, w których 
bohaterami są męż­czyźni, to kultura kaleka.

🖇

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz to nie Odys w spódnicy. Realizuje sche­mat przygody bohatera, dostępny do tej pory tylko dla mężczyzn, ale robi to po swojemu, na swoich zasadach, nie powiela męskiego schematu. Nie snu­je opowieści o walce z żywiołem, lecz o tym, że z morzem trzeba się do­ga­dać, że walka nie ma sensu, trzeba je szanować, umieć znaleźć sobie na nim miejsce. Ciągle podkreśla rolę współpracy. […]
     Gdy pytają ją o najważniejszy dzień życia, odpowiada, że w różnych mo­mentach życia ten dzień zdaje się być właśnie teraz.

🖇

     – A więc czym był ten rejs dla pani? – pytam.
     – To było zadanie – mówi. – Ktoś to musiał zrobić, jakaś kobieta musiała się tego podjąć. Uznałam, że dam radę. Cel był taki, by pierwsza kobieta opły­nę­ła świat. Do zrealizowania celu niezbędne były trzy elementy. Trasa, wyznaczona przez człowieka tak, by była odpowiednia dla możliwości jach­tu i człowieka. Jacht odpo­wied­ni dla człowieka i tej trasy. I człowiek od­po­wied­ni dla jachtu i zdolny do pokonania tej trasy.
     Wacław podkreśla, że „pierwsza” w tytule „Pierwsza dookoła świata” to pierwsza, która obeszła świat męskich uprzedzeń.
     Krystyna zaś mówi, że rejs przez ocean jest symbolem świata bez granic, gdzie jest wspólnota ludzi morza, którzy na sygnał „mayday” potrafią rzu­cić wszystko i zmienić swój kurs, by ratować drugiego człowieka.

🖇

Matematyka ją zachwyca, a to, że pozycje się sprawdzają – daje poczucie satysfakcji. Inni żeglarze twierdzą, że nocna nawigacja nie ma sensu, że obserwacje gwiazd na małym jachcie są pozbawione celu, a jednak jej ra­chunki się zgadzają. Kula ziemska pędzi przez czarny kosmos wraz z innymi ciałami niebieskimi. I na tej kuli samotna kobieta na środku oceanu patrzy w niebo, w kosmos, by wyliczyć swoje miejsce we wszech­świe­cie, dodając, odejmując, mnożąc i dzieląc kolejne liczby.

🖇

Ja jednak nie trawię takich długich ogonów, maksymalnie wytrzymuję do 4 tysięcy mil i około 7 tygodni żeglugi, potem zaczyna się jazda na re­zer­wach. Myślę zresztą, że nie ma po co iść takimi długimi skokami. W efekcie podróż dookoła świata sprowadza się do oglądania wyłącznie wody. Jakąś frajdę przecież trzeba z tego mieć, kiedy już żegluje się tak idiotycznie, bo sa­motnie. […].
     To z listu do męża. Dalej pisze już o wiatrach, które kręcą, i prądach, które spychają, oraz falach, które dybały na „Mazurka” […].

🖇

[…]  puścił pan żonę w taki długi samotny rejs? Pamiętam do dziś jego odpowiedź: „sama się puściła”.

🖇

[…]  pochłonięta myślami o rejsie. Ma wątpliwości, uleciała cała pewność siebie. Dziś takie poczucie ma nawet swoją nazwę, to syndrom oszustki. Do­pa­da głównie kobiety.
     Jej dotychczasowe osiągnięcia wydają jej się nagle marne. Kwestionuje swoje kompetencje. Dlaczego się na to porwała? Dlaczego właśnie ona? Przecież tyle jest żeglarek na świecie, pewnie lepszych od niej. Czy nie po­nio­sła jej cecha charakteru, którą u siebie widzi – jakaś bezczelność wobec życia? […]
     Opanowuje się. Samotny kobiecy rejs dookoła świata to tylko zadanie i trzeba spokojnie opracować technologię takiego przedsięwzięcia.

🖇

[…]  pisze w liście nr 31 – […]  Gdybym wiedziała, że będę tak strasznie za Tobą tęsknić, nigdy nie wybrałabym się od Ciebie. Zostawiłam cię sa­me­go na tyle czasu, to jest czas zupełnie stracony. Byłam z Tobą i nie mogliśmy się dogadać, ale byłam z Tobą, mogłam na Ciebie chociaż popatrzyć, cza­sem przytulić się do Twojej skórki, a teraz jesteś tak daleko. Marzę o spo­tka­niu z Tobą, świat bez Ciebie jest pusty i szary. Uważaj na siebie i dbaj o siebie. Musimy odrobić te puste dni.

🖇

Krystyna wchodzi do śluzy za wielkim zbiornikowcem. Z zaskoczeniem zauważa na nim urządzenia cumownicze, które projektowała w biurze konstrukcyjnym w stoczni. Wtedy nie przypuszczała, że je kiedykolwiek zobaczy w użyciu.
     […] 
     Zanim wyjdzie z portu w Balboa, skończy czterdzieści lat […]. Człowiek, któ­re­go młodość już minęła, a starość jeszcze się nie zaczęła. Człowiek doj­rza­ły, już trochę poobijany, trochę sfrustrowany, trochę zmęczony, trochę roz­cza­ro­wa­ny. Trochę zaczyna szwankować zdrowie i to jest sygnał, że wisi nad nim smuga cienia – gdzieś na horyzoncie pojawia się śmierć. Jeszcze da­le­ko, jeszcze człowiek sobie pohalsuje, jeszcze będą sztormy i flauty, ale już ją widać z oddali.
     Dla kobiety 40 lat to jeszcze coś innego. To symboliczna granica, po przej­ściu której staje się niewidzialna, już nie taka atrakcyjna. Ale są też ko­biety, które mówią, że to najlepszy wiek – już wiesz, kim jesteś, i nie mu­sisz się krygować.
     Ale te refleksje nie dręczą Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz. Jest zajęta innymi sprawami. Przed nią rozciąga się Ocean Spokojny.

🖇

„Na oko jestem niby dzielna, ale to nieprawda, bo się boję dalszej żeglugi i zimna, i złej pogody i przeciwnego prądu” – pisze do Wacława. „Okropnie jednak nie lubię samotnej żeglugi”.
     Prognoza jest sztormowa. Wiele jachtów wychodzi mimo wszystko. Ona jednak decyduje się zaczekać, jak zwykle wybiera podejście racjonalne, bez­pie­czeń­stwo. Brawura to nie jej styl.
     „Codziennie rano budzę się przerażona, potem dochodzę do normy. Boję się bardzo wszystkiego, tak jakbym zaczynała od początku. Chyba ro­zu­miesz, o co chodzi. Tak bardzo chciałabym już być z Tobą w domu. Tak je­steś daleko i boję się, że mogę Cię nie zobaczyć…”.
     Wkrótce przychodzą złe wieści o tych, co wypłynęli. Część jachtów nie zdą­żyła dojść do portów, potonęła.
     W końcu w prognozie widzi okienko.
     21 maja [1977 roku] wychodzi.

🖇

Jest 20 marca [1978 roku], godzina 19. Notuje w dzienniku pokładowym: „»Ma­zu­rek« osiągnął pozycję na szerokości 16°08,5’N i długości 35°50”W. Po 28 696 milach zamknęłam pętlę dookoła świata”.
     Po chwili pochyla się nad stołem nawigacyjnym i dopisuje jeszcze: „Niech żyje kochany Mazurek-Pazurek”.
     Gdy tylko notuje to wyznanie miłosne, Atlantyk uderza sztormem.
     […] 
     Gdy tylko opanowuje żagle i jacht, wywołuje Gdynia Radio. Jeszcze nie informuje nikogo, nie nadaje komunikatu o zamknięciu pętli operatorce stacji, prosi o połączenie z mężem. Chce, by on pierwszy dowiedział się, że jej się udało. Reszta świata musi teraz poczekać.

🖇

🖇

     – Czy przewidywała pani szczęśliwy koniec tego śmiałego rejsu? – pada pytanie od dziennikarza podczas konferencji prasowej.
     – Oczywiście. Gdyby tak nie było, można by uznać, że wybrałam nie­sły­cha­nie skomplikowany rodzaj samobójstwa – odpowiada.

🖇

[są]  tacy, co podważają jej wyczyn, bo popłynęła przez Kanał Panamski, a nie przylądek Horn. Dlaczego? Nigdy nie słyszę, by ktoś kwestionował, że Leonid Teliga przepłynął świat dookoła na swoim jachcie „Opty”, a prze­cież zrobił to prawie tą samą trasą, również przez Kanał Panamski.

🖇

     – Jak pan ocenia rangę takiego wyczynu?
     – Każdy rejs samotny jest wyczynem. A w dodatku kobiety nie są spe­cjal­nie do tego predestynowane, także to podwójny wyczyn.
     – A dlaczego kobiety nie są do tego predestynowane? – pytam.
     – Chociażby dlatego, że lubią gadać, plotkować, rozmawiać. A tutaj trze­ba mil­czeć albo rozmawiać z samym sobą. Może to jest… niezbyt sto­so­wne tak mówić? Niepoprawne politycznie.
     – No, muszę przyznać, że mnie zatkało.
     – Ale proszę spojrzeć na daty. Pierwsza kobieta popłynęła w rejs dookoła świata 80 lat po pierwszym samotnym mężczyźnie, Joshui Slocumie. Więc pytanie, dlaczego mężczyźni tyle lat pływali sami i nie było kobiet. No, musi być jakiś powód.
     – I jak pan uważa?
     – Że nie paliły się do tego. Po prostu nie uznały, że to jest ich prze­zna­cze­nie. A mężczyźni się tym pasjonowali.
     Korci mnie, żeby opowiedzieć kapitanowi Baranowskiemu o słynnym ese­ju amerykańskiej historyczki i pionierki feministycznej historii sztuki Lindy Nochlin z 1971 roku pt. „Dlaczego w sztuce nie było wielkich artystek”, gdzie rozprawia się z mitem męskiego geniuszu, z tą myślą, że mężczyźni są jakoś bardziej predestynowani do wielkości, podczas gdy kobiety są po pro­stu do niej jakoś niezdolne z natury. Nochlin rozbija w drobny mak iluzję, że historia sztuki jest uniwersalna, i pokazuje, jak kobiety zostały spętane przez stereotypy. Jak świat sztuki był i zawsze jest – podobnie jak świat żagli – zależny od polityki i władzy. Powinnam przypomnieć kapitanowi Baranowskiemu, że na „Zawiszy Czarnym” był zakaz wstępu dla kobiet. Albo jak kapitan Chojnowska nie mogła dostać jachtu na damski rejs. Ale niestety patriarchat siedzi głęboko nawet w tych z nas, które uważają się za wyzwolone, więc zamiast to powiedzieć, zmieniam temat.

🖇

Może dzieci mieć nie mogła. A może nie chciała. Może inne sprawy ją ciągnęły? Czy tak trudno w to uwierzyć? Jedna z odpowiedzi, jakiej mogłabym jeszcze udzielić kapitanowi Baranowskiemu na pytanie „Dlaczego nie było wielkich żeglarek”, byłaby: bo ktoś musiał się zająć dziećmi.

🖇

[dziennikarzyna] , który przeprowadza wywiad, zadaje też takie pytanie: „Że­glar­stwo kojarzy się z twardą, męską dyscypliną sportu. Kobieta na­to­miast jest uosobieniem spokoju, delikatności i ogniska domowego. Czy za­tem dą­że­nie kobiet nie jest czasem nienaturalnym pędem feministek do mę­skich dziedzin życia?”.
     Krystyna odpowiada, grając ideą, że miejsce kobiety jest w domu: – Dla mnie jacht jest domem na wodzie. To jest dom i ja się w nim czuję jak w do­mu. Zastanawiać się można nad motywacją kobiet – dlaczego żeglują na mo­rzu? Na pewno niektóre, przynajmniej w podświadomości, starają się dorównać mężczyznom. Ale w moim przypadku taka motywacja nie wcho­dzi w rachubę, bo ja już wykonuję „męski” zawód i muszę go wykonywać lepiej od mężczyzn. Bo gdy mężczyzna popełni błąd, to… „się zdarza”, ale gdy ja popełniam błąd, wówczas się mówi: „bo przecież robiła to baba”.
     Podobne pytanie pada piętnaście lat później, w 2001 roku, w wywiadzie dla Polskiego Radia. Prowadzący mówi, że inżynier okrętowy to chyba ra­czej zajęcie dla mężczyzny. „Czy nie ma tu konfliktu między męskim poj­mo­wa­niem spraw technicznych a kobiecością?
     – Wydaje mi się, że to jest jakieś nieporozumienie – odpowiada, nie tra­cąc spokoju Krystyna Chojnowska. – Projektowanie nie wymaga wielkiej siły fizycznej, lecz otwartej głowy, cierpliwości, chęci rozwijania się, wyo­bra­źni. Czy to są tylko męskie cechy?
     Ciągle musi udowadniać, że nie jest cielęciem o dwóch głowach. Ciągle tłumaczyć, że miejsce kobiet nie jest w domu przy mężu, lecz tam, gdzie chcą być.
     W wywiadzie, którego udziela w 2009 roku […], na pytanie „Kobiety do żagli czy do garów?” odpowie jak zwykle krótko i do rzeczy.
     „Co która woli”.

🖇

Krystyna często słyszała w życiu, że ma męski charakter.
     Nie zgadza się. Nigdy nie udaje mężczyzny, nie odcina się od kobiecości. Uważa, że niezależnie od płci jesteśmy zdolni do rzeczy pięknych i podłych. […]  Skończyła te same szkoły, posiadła tę samą wiedzę, ma te same umie­jęt­no­ści co mężczyźni i może odnieść takie same sukcesy.

🖇

Wacław najczęściej teraz słyszy pytanie: Jak pan się czuje w cieniu sławnej żony?
     – Pozycja księcia małżonka bardzo mi odpowiada – ma na to gotową odpowiedź. Nigdy nie było między nimi tego typu rywalizacji. Nie jest za­zdrosny o sukces żony. Jej rejs postrzega również jako swój sukces, wie, że bez jego udziału prawdopodobnie tego rejsu by nie było. To on stanowił za­plecze logistyczne, techniczne.
     – Nie uwierało mnie to, że jestem w cieniu – mówi mi. – Zawsze jest ja­kieś tło wydarzenia.

🖇

     – Ja się dziwię kobietom – dodaje Krystyna. – Powiem pani, że ich nie ro­zu­miem. Przecież kobiety powinny roznieść ten rząd w wyborach. Roz­pę­dzić. Za sprawy związane z aborcją, z in vitro, tabletką dzień po. Przecież oni nie ukrywają, że jesteśmy dla nich obywatelami drugiej kategorii, gor­szymi ludźmi. Dlaczego się na to zgadzać?
     – Wyszła z pani feministka – mówię.
     – Chojnowska zawsze feministką była – mówi Wacław.
     – Ale nie… – mówi Krystyna – ja po prostu uważam, że ja jestem taki sam człowiek jak mężczyzna. A całe życie byłam traktowana z przy­mru­żeniem oka.

🖇

[…]  jeśli się jest samotnie, to się traci ogromną ilość wrażeń, których się nie da ani sfotografować, ani sfilmować, ani zapisać. To można tylko przeżyć z innym człowiekiem.
     Nigdy w taki rejs nie popłyną. Nie zobaczy portów i wysp, które zo­sta­wi­ła „na później”. Nie pokaże Wacławowi Tahiti.

🖇

Wielkie przygody sklejone są z małych
i całkiem niepozornych trudów.

🖇

Kobiety, wiadomo, wiecznie są oceniane i muszą się tłumaczyć światu ze wszyst­kiego. Ma dzieci – źle, bo je zostawiła i się realizuje, egoistka. Nie ma? Też egoistka.
     […] 
Wśród znajomych państwa Liskiewiczów krąży żart: Dlaczego Liskie­wi­czo­wie nie mają dzieci? Bo dwóch facetów nie może. Ten żart odnosi się do rze­ko­mo męskiej natury Krystyny, która z całym swoim zdecydowaniem, od­wa­gą, brakiem kokieterii, własnymi opiniami zachowuje się w ich oczach niekobieco.
     […] 
     – Żałowała pani, że nie ma dzieci? – pytam.
     – Jakoś nie – odpowiada. – To wszystko chyba wzięło się stąd, że byłam ciągle jakaś taka zajęta.

🖇

Mówi [Wacław], że żałuje dwóch rzeczy. Jednej trochę, drugiej bardzo. Pierwsza to taka, że być może trzeba było się zdecydować na dziecko.
     […] 
     A druga rzecz?
     – Że nie popłynęliśmy razem w długi rejs, taki na dwa lata. Trzeba było rzucić pracę, rzucić wszystko i płynąć. Te rejsy wakacyjne były świetne, ale po nich trzeba było wracać do rzeczywistości. A można było spróbować ra­zem od niej uciec.

Paulina Reiter, Samotne oceany.
Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo
,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

     – Życie nagle straciło sens – mówi mi Wacław.
     Kilka dni po śmierci żony odnajduje w szufladzie biurka listy z rejsu. […] 
     – Nie wiem, czy Krystyna, by tego chciała – powie.
     […] 
     – A co jest ważne? – pytam.
     – Ważny jest cel i sens – mówi Wacław. – Każdy z nas jest w po­dró­ży, każdy z nas zmierza poza horyzont, w nieznane. Ważne jest, jak i po co po­dró­żujemy, jaki nadamy tej podróży sens.

🖇

Cóż, do sztormu trzeba się przystosować, to się przystosowałam. Zmieniłam żagle, zarefowałam i czekałam, aż sztorm minie.

(tamże)

*

Krzysztof Szczypior, Duet. Historia 
Krystyny i Wacława Liskiewiczów
, 2017.

wtorek, września 17, 2024

5583. Z oazy (CCLXXXI)  [podwójnej]

Po­urlopowe odliczanie literek, raz. Z uprzywilejowanego miejsca bez wojny i bez powodzi. Czasem prze­gapię wspaniałe książki, ale wtedy zwykle mam szczęście, że dobre Dusze nade mna czuwają. Wystarczyło, że jedna z Nich wymówiła przy mnie tytuł tej lektury i porwała mnie jej moc. Tak, koniecznie chcę ją przeczytać, odpo­wie­dzia­łam na zadane pytanie.

Mocna. Do szpiku kości dotyka. Kontaktuje z tymi momentami w życiu, gdy do­świad­cza­ło się inności, niedopasowania, nieodwracalnego odstawania od widełek normy, bycia wytykanym palcem nie tylko przez inne dzieci. Tak, ludzie ludziom organizują takie plansze do gry.

Język! Prowadzenie narracji, porównania, przytomność spostrzegania absurdów, niewidzialnej, ale boleśnie odczuwanej przemocy i znów… język, jego salta, obroty i przewroty! Zachwycają bezgranicznie, wprowadzając tę książkę do tych, ktore pozostawiły we mnie najtrwalszy ślad w 2024 roku. A gdy kończyłam wybierać cenne dla mnie fragmenty, pomyślałam: inność jest żywiołem. Nieuleczalna choroba też.

     – W tych wor­kach są mi­sie.
     – Nie wy­ma­ga­ją pra­nia?
     – Jak uwa­ża­cie, nie ba­wi­ła się ni­mi. Te­go bym upra­ła, zalegał w piwnicy.
     – O, ja­ki ład­ny. Dla­cze­go w piw­ni­cy?
     – Za bar­dzo ją nie­po­ko­iło, że le­ży w sza­fie. Mu­sia­łam wy­nieść.
     – Rek­sia?!
     – Ni­g­dy nie wia­do­mo, gdzie czy­ha nie­bez­pie­czeń­stwo, hy, hy.

🖇

A tu ży­cie po­sta­no­wi­ło obu­dzić Eliz­kę nie­grzecz­nie i wy­cią­gnąć jej spod ple­ców fan­tom gó­ry. I na dłu­gi czas za­bra­ło jej sny.
     W co po­czwar­ka mo­że za­opa­trzyć przy­szłe­go mo­tyl­ka, sko­ro sa­ma nie ma jesz­cze do­świad­cze­nia skrzy­deł?

🖇

Nie znał ni­ko­go ta­kie­go, choć mo­że to tyl­ko mo­je złu­dze­nie. Nie, na pew­no nie znał dru­giej ta­kiej. Zo­ba­czył­by, jak jest nie­pod­le­gła, choć o tym nie wie. Jak nie­podat­na na fe­blik wła­dzy, choć o tym nie wie. Usza­no­wał­by in­ną mą­drość, mą­drość jej in­no­ści. Mą­drość, któ­ra z nim nie po­roz­ma­wia, ale tak sa­mo jak on nie bę­dzie się bać.

🖇

Mo­ja ob­se­sja nie cze­pia się osób, wy­bie­ra zja­wi­sko. A zja­wi­sko ma fe­ler: przy­mus uni­fi­ka­cji. I ła­ma­nia du­cho­wej nie­za­leż­no­ści. Zja­wi­sko gro­zi pal­cem. Zja­wi­sko za­rę­cza, że nie dasz so­bie ra­dy w ży­ciu, je­śli nie usią­dziesz pro­sto i nie za­su­niesz krze­seł­ka po po­sił­ku. I nie zro­bisz te­go z uprzej­mo­ści. Zro­bisz to dla­te­go, że two­je przed­szko­le ma ra­cję, a po­nie­waż mo­że dać ci po ła­pach, bę­dziesz pro­sto­wał się bez ko­men­dy i roz­ko­szo­wał za­su­wa­niem krze­seł­ka. Zja­wi­sko cze­ka, aż po­ko­chasz ro­lę.
     […]  A gdy wy­grasz z przed­szko­lan­ką, wy­grasz z każ­dym. […]  Każ­dy mun­dur jest ska­fan­drem.

🖇

Cie­ka­we, że bę­dąc z cór­ką sam na sam, nie mia­łam po­czu­cia, że no­szę mun­dur mat­ki. I że jest to nie tyl­ko for­ma służ­by, co by­ło dla mnie ja­sne, lecz tak­że for­ma na­by­tej po­wa­gi, cze­go nie chcia­łam. Przy­ję­łam od­po­wie­dzial­ność, nie chcia­łam ro­li.

🖇

Trud­no opi­sać po­ziom za­nu­rze­nia w stan, zdol­ność do roz­mosz­cze­nia się w nim. Nie za­sta­na­wia­łam się nad ta­ki­mi spra­wa­mi, pó­ki nie po­ja­wi­ła się w mo­im ży­ciu. Nie in­try­go­wa­ło mnie, czy i na ile lu­dzie przy­le­ga­ją do gra­nic wła­sne­go ja, gdy pa­trzą na mo­rze, sie­dzą z bli­ski­mi przy sto­le, mo­dlą się, me­dy­tu­ją, ad­o­ru­ją ob­raz w ga­le­rii. Czy wy­peł­nia­ją sie­bie so­bą aż po czu­bek no­sa, czu­bek pal­ca, cy­pel źre­ni­cy, ostat­ni wło­sek? Czy też sie­dzą na pla­ży jak ze­schnię­ty orzech wło­ski, z grze­cho­cą­cym gdzieś w środ­ku ra­chi­tycz­nym ją­der­kiem, pod­czas gdy resz­tą swo­je­go ja ob­ra­ca­ją się ku in­nym pej­za­żom, scho­dzą w we­wnętrz­ne ko­ry­ta­rze, za­pa­da­ją w le­targ. W wę­drów­ce ku gra­ni­cy skó­ry i zmy­słów za­trzy­mu­ją się w pół dro­gi, nie roz­le­wa­jąc się aż po styk ze świa­tem.

🖇

     – Wczo­raj by­łaś zła na zie­lo­no.
     Zdę­bia­łam. Ow­szem, wku­rza­łam się kon­cer­to­wo, ale nie wie­dzia­łam, że w ko­lo­rze.

🖇

Ból mat­ki, mó­wi się. Co bo­li naj­moc­niej? Czas. Cze­ka­nie, utra­ta. Lęk o dzie­cko i bunt, że zo­sta­ło się oszu­ka­nym. Że trud­no ura­to­wać te­go dru­gie­go. I trud­no ura­to­wać sie­bie przed po­łknię­ciem. Bo­isz się, że uto­nie wszyst­ko.
     W cza­sie wiel­kie­go za­mknię­cia usły­sza­łam mnó­stwo po­uczeń. Wie­le z nich em­pa­ty­zo­wa­ło z mat­ką, za­kła­da­jąc, że Eli­za już nie ist­nie­je. „Wiesz, je­steś mat­ką”. Więk­szość za­kła­da, że mat­ka to ta­ki ga­tu­nek dziel­no­ści, któ­ry zja­da oso­bo­wość, wy­gła­dza kan­ty, ga­si ostrość są­du. Bie­gasz na czte­rech ła­pach ma­cie­rzyń­skie­go in­stynk­tu, tu masz mi­skę. Sza­nu­je­my cię, ale wie­my le­piej. Nie wie­cie.

🖇

Nie mam mo­cy, by to opa­no­wać, je­stem tyl­ko jed­no­oso­bo­wą dru­ży­ną, prę za­tem do przo­du, le­d­wie uno­sząc kłąb ży­we­go ru­chu, su­mę na­raz wszyst­kich współ­rzęd­nych. Wi­bru­ją­cą gwiaz­dę.

🖇

Ba­łam się te­go dnia, bo zna­łam je­go wy­nik. Zna­łam, ale nie chcia­łam uznać. Bo choć­by się wie­dzia­ło, że prze­gra­na jest prze­są­dzo­na, wie­rzy się w od­mia­nę lo­su, pó­ki nie usły­szy się sę­dziow­skie­go gwizd­ka.

🖇

Z oczu ska­pu­ją po­je­dyn­cze łzy. Wo­la­ła­bym szloch, moż­na go ob­jąć cia­łem, przy­jąć je­go ener­gię. Szloch ape­lu­je, za­pra­sza, do­pusz­cza. Ci­chy płacz ze wzro­kiem utkwio­nym w nic od­ma­wia do­stę­pu. […]  Ko­lej­na prze­gra­na bi­twa, znów uda­ło się prze­żyć.

🖇

[…]  trud­no jest wal­czyć na dwa fron­ty, wiesz, jed­ną rę­ką ga­sić twój nie­po­kój, a dru­gą złość oto­cze­nia. Po­zy­cja od­po­wia­da­ją­ca ta­kie­mu ma­cie­rzyń­stwu w jo­dze świa­ta mu­sia­ła­by na­zy­wać się „ró­żą wia­trów”. A ży­cie i tak, znu­żo­ne na­mi, pu­ści­ło­by ją w drza­zgi. Pod­cię­ło­by nam sznu­recz­ki.

🖇

Świat dy­bie na czło­wie­ka, by go przy­ła­pać, wy­trą­cić z rów­no­wa­gi, ka­zać mu się tłu­ma­czyć. To wła­śnie ja­ko pierw­sze przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy, gdy w przed­szko­lu, w książ­ce, w roz­mo­wach bli­skich po­ja­wia­ło się to abs­trak­cyj­ne sło­wo. Cze­go chce świat? Ano wła­śnie te­go. Lu­dzie by­wa­ją tyl­ko pod­wy­ko­naw­ca­mi nie­chę­ci świa­ta do fajt­łap ta­kich jak ja – my­śla­łam, wal­cząc ze sznu­ro­wa­dła­mi w przed­szkol­nej szat­ni. Wie­lo­krot­nie przy­szło mi ko­ry­go­wać ten po­gląd, ale ni­g­dy nie roz­sta­łam się z upo­rczy­wie na­wra­ca­ją­cym jak brzę­cze­nie na­mol­nej mu­chy py­ta­niem: dla­cze­go nie­któ­rych bar­dziej? Nie na wszyst­kich dy­bał i dy­bie w rów­nym stop­niu. Jak świat wy­bie­ra so­bie ofia­ry?

🖇

Pierw­sze li­ter­ki, ob­raz­ki, wspól­ne wzru­sze­nia, po­ka­zy­wa­nie, tak, po­ka­zy­wa­nie. Nic tak nie osa­dza w świe­cie, jak wo­dze­nie po nim pal­cem i po­ka­zy­wa­nie.

🖇

Lu­dzie tak swo­bod­nie prze­ci­na­ją prze­strzeń, tak gład­ko im idzie. Żon­glu­ją ta­le­rzem, ob­ra­zem, tek­stem, sło­wem. Wszyst­ko lub pra­wie wszyst­ko jest nie­waż­kie, nie sta­wia opo­ru. A ona da­ła mi ba­last, nie­wy­god­ny, ale kon­kret­ny, bo dzię­ki nie­mu po­ję­łam, że prze­strzeń na­sza – i prze­strzeń w ogó­le – mo­że mieć róż­ne gę­sto­ści.

🖇

Krzyk. Tam­ten i na­stęp­ne, każ­dy nie­za­po­mnia­ny. Ten ulicz­ny był chy­ba pierw­szym pod­szy­tym wście­kło­ścią. Nie pły­nął z za­sko­cze­nia, z chwi­li gro­zy, lecz do­był się – tak usły­sza­łam – z naj­głęb­szych, nie­mych po­kła­dów krzyw­dy, bę­dą­cych dnem jej ży­cia. […]  Nie szło o mo­ment po­pło­chu, lecz wy­bu­cha­ją­cy w gło­sie dziew­czyn­ki wrzask wście­kłe­go zwie­rzę­cia.

🖇

     – Cie­nie ży­ją w le­sie, wy­cho­dzą no­cą.
     Pod­bi­łam:
     – Cie­ka­we, czy zo­sta­wia­ją śla­dy.
     – Śla­dy ży­ją osob­no. Zgaś lam­pę.

🖇

Plan­sze z mi­na­mi nie by­ły dla niej uciąż­li­wym za­da­niem do­mo­wym, lecz ko­dem. Pła­ka­łam, gdy przy­nio­sła mi łzę gra­ficz­ną. A ja zo­ba­czy­łam w tym pocz­tów­kę z we­wnętrz­ne­go świa­ta dziec­ka, któ­re mo­że i le­piej ode mnie wie, czym jest płacz.

🖇

[…]  każ­dy ruch w prze­strze­ni pro­wo­ku­je do od­po­wie­dzi. Że nie ma drgnień neu­tral­nych, nie ma pod­nie­sie­nia brwi, któ­re nie za­gię­ło­by ja­kiejś ko­smicz­nej mi­kro­fał­dy.

🖇

     – […]  Dla­cze­go tak jest?
     – Nie mam po­ję­cia. Mi­mo lek­tu­ry kil­ku ksią­żek. Cią­gle się za­sta­na­wiam nad in­ną po­sta­cią mo­wy. Al­bo uczuć. A ści­ślej jed­ne­go i dru­gie­go.
     – In­ną?
     – Nie cho­dzi prze­cież o je­den gest czy sło­wo. Cho­dzi o in­ny spo­sób my­śle­nia.
     – […]  Ja naj­bar­dziej się bo­ję pięt­na.
     – Pięt­na in­no­ści? O, to za­le­ży, do ja­kie­go się wcho­dzi świa­ta.
     – Nie ma in­ne­go świa­ta, pa­ni Eli­zo.

🖇

Zna­cie ta­kie szel­mow­skie spoj­rze­nie do środ­ka, kon­spi­ra­cję z wła­sną my­ślą? My­ślą tak peł­ną ży­cia, że szu­ka so­bie to­wa­rzy­sza. I le­pi go so­bie z tę­sk­no­ty i po­wie­trza.

🖇

     – Ja wiem, to za­brzmi okrop­nie, ale cza­sem my­ślę, że wo­la­ła­bym ja­kąś nor­mal­ną cho­ro­bę, a nie ta­ki stan. Prze­pra­szam, bre­dzę.
     – Nie bre­dzi pa­ni. W do­mu cho­dzi się jak po po­lu mi­no­wym.
     – Tak!
     – A wyj­ście z do­mu jest trud­ne, bo czło­wiek czu­je się, jak­by pod­kła­dał bom­bę in­nym.
     – Tak! Bo­że, prze­pra­szam – pła­cze i śmie­je się jed­no­cze­śnie – dzię­ku­ję, że pa­ni jest ta­ka do­sad­na. Wiem, że o dziec­ku trze­ba tyl­ko do­brze.
     – He, he, ja to znam w wer­sji ze zmar­łym. A na­sze dzie­ci ży­ją.

🖇

Jej spo­sób my­śle­nia dał mi do­wód ist­nie­nia in­ne­go świa­ta. Niejed­no­rod­ne­go, ży­we­go, ni­cu­ją­ce­go na­sze ka­te­go­rie.

🖇

A jed­nak, nie ma co kryć, w sek­cji pro­duk­tów wło­skich zo­sta­wia­ły­śmy po so­bie po­bo­jo­wi­sko. Spu­sto­sze­nie ocze­ki­wań, rzeź na­dziei.
     – Hej, Rud­ku, nie uwa­żasz, że pół­ka z pe­sto ba­zy­lio­wym ma przez cie­bie ner­wi­cę?
     – Pin­gwin! Co ty ga­dasz!
     Aż głu­pio mi by­ło pa­trzeć w stro­nę smęt­nie ły­pią­cych ety­kiet. Głu­pio wsz­czy­nać grę wstęp­ną i zo­sta­wiać z ni­czym, zwłasz­cza mie­lo­ną ba­zy­lię. Z de­li­kat­no­ści je­cha­ła­bym od cza­su do cza­su pod in­ny ad­res, zro­bić to sa­mo w in­nej Bie­dron­ce – ale dla Ru­dej nie ist­nia­ła żad­na in­na.

🖇

Im le­piej ra­dzi­ła so­bie z li­te­ra­mi, tym bar­dziej co­fa­ła się w kre­sce, w zdol­no­ści abs­trak­cji i doj­rza­ło­ści kon­kre­tu. Ry­su­nek sy­pał się, bladł. W koń­cu stał się ku­la­wy jak mo­wa afa­ty­ka. Przyj­rzał się so­bie – i od­szedł.

🖇

Mie­wa­ła roz­pa­cze z prost­szą dra­ma­tur­gią, gdzie cich­sze i gwał­tow­niej­sze fa­zy pła­czu ta­so­wa­ły się – aż do wpły­nię­cia w ci­szę. W ci­chych da­wa­ła się tu­lić, a od­ska­ki­wa­ła na krót­ko, gdy wzbie­rał żal, nie­po­kój. Sa­ma pro­wa­dzi­ła swój płacz przez wi­ry, za­ko­la i pro­gi, a za­pra­sza­ła mnie na to­wa­rzysz­kę tyl­ko w le­ni­wym bie­gu. Nie dzi­wi­ło mnie to. Też sa­mot­nie opra­co­wy­wa­łam wi­ra­że, a po­zwa­la­łam po­de­przeć się na pro­stej.
     Zna­łam jed­nak i roz­pa­cze, gdzie par­tie szlo­chu od­dzie­la­ły pau­zy za­sty­gnię­cia. Tych ba­łam się bar­dziej, bo wie­dzia­łam, że są nie­wy­pła­ki­wal­ne, jak nie­wy­wa­bial­ne są nie­któ­re pla­my. Zo­sta­wał po nich cień. Nie mia­łam na to środ­ków za­rad­czych.

🖇

     – Wiesz, ta dziew­czy­na się bar­dzo od cie­bie róż­ni. Jest mo­ją cór­ką, znam ją, jest w po­rząd­ku. – Ły­pał z nie­do­wie­rza­niem. – Są róż­ni lu­dzie, wiesz, ale ona cię nie skrzyw­dzi, ma swo­je kło­po­ty.
     – Bo jest cho­ra? […]
     – Jest in­na. Nie bij jej.
     […] 
     Wy­du­kał: – Ona jest dziw­na.
     Ja mu: – Świet­nie, ty też.
     Spoj­rzał na mnie, jak­bym go pod­pię­ła w gniazd­ko bez uzie­mie­nia.

🖇

Śle­dząc jej spo­kój, my­śla­łam, że cze­sze rze­czy­wi­stość in­nym zmy­słem. Umie czy­tać za­po­wied­ni­ki te­go, co ja roz­po­znać umiem tyl­ko po skut­kach.

🖇

Z dziew­czyn­ka­mi by­ło go­rzej, te po­trze­bo­wa­ły „zro­zu­mieć”, by wy­tre­so­wać – lub od­rzu­cić. Tu Nie­bo­jak prze­cho­dził z na po­ły ba­śnio­wej for­my w dzi­wa­dło. I sta­wał pod mur­kiem wraz z mat­ką, któ­rej też wie­le bra­ko­wa­ło do ma­tek tych dziew­czy­nek, bo prze­cież one wszyst­kie wie­dzia­ły od ja­ja, od pierw­sze­go od­de­chu, jak za­wia­du­je się ludz­kim sta­dem. I te­raz mia­ły mnie i ją, mia­ły nas. Na to nie trze­ba słów. Wy­star­czą spoj­rze­nia, pół­słów­ka.
     – Co ona ro­bi? Ona jest nor­mal­na? – dziew­czyn­ki też mia­ły swo­je ry­tu­ały w ko­men­to­wa­niu rze­czy­wi­sto­ści.

🖇

Pod­słu­chi­wa­łam mi­mo­wol­nie, gdy ko­czo­wa­ły­śmy z cór­ką przy krza­ku agre­stu. Szło to mniej wię­cej tak: „Ja ci po­wiem, że obie są dziw­ne, ta bab­ka też. Że­by ko­bie­ta w na­szym wie­ku nie ra­dzi­ła so­bie do te­go stop­nia. Do­mi­sia jest w przed­szko­lu i wie, jak się to ro­bi. Wie, o co cho­dzi”.
     Ow­szem, wie.
     – Psze­pa­ni, ja bę­dę mia­ła w pod­sta­wów­ce chłop­ca, a po szko­le mę­ża. Mo­że być ten sam fa­cet, je­śli bę­dzie faj­ny. Roz­ka­żę i zo­sta­nie mę­żem. Po­tem bę­dę mia­ła dzie­ci, przy­naj­mniej jed­ną có­recz­kę, że­bym ją mo­gła ubie­rać.
     – No, pro­szę.
     – Za­wód też już mam, bę­dę fry­zjer­ką. Ma­ma mó­wi, że ko­bie­ta mu­si się sza­no­wać.
     Nie prze­nik­nę­łam związ­ku mię­dzy jed­nym a dru­gim. Po Do­mi­ni­ce wcho­dzi­ła Na­tal­ka:
     – A pa­ni za Ku­bę pod­nio­sła pa­tyk, jak mu spadł. A trze­ba się by­ło z nie­go śmiać, chło­pa­ki te­go po­trze­bu­ją.
     Ich oczy re­cen­zo­wa­ły każ­de mo­je po­tknię­cie.

🖇

Ba­łam się zo­ba­czyć tyl­ko na­szą dwój­kę bez tej trze­ciej – bez na­dziei.

🖇

Agen­cja ochro­niar­ska „Mat­ka”, osła­nia­ją­ca spo­tka­nia dziec­ka ze świa­tem. Nie rzu­ca się w oczy, nie ro­bi so­bie prze­rwy. Że­by jesz­cze cho­dzi­ło o to, by nie stłu­kło ko­la­na, nie zgu­bi­ło ło­pat­ki, nie ja­dło pod­nie­sio­ne­go z zie­mi li­za­ka. Też ab­sor­bu­ją­ca fu­cha, nie prze­czę, ale pra­co­wa­łam i pra­cu­ję na­dal w in­nym pio­nie. Mój fach wy­ma­ga od­wrot­ne­go usta­wie­nia pa­ra­so­la, od­mien­nej czuj­no­ści. Spraw­dzam, czy świat nie pod­cho­dzi za bli­sko, czy kru­cha rów­no­wa­ga nie zo­sta­je za­bu­rzo­na. […]  Nie scho­dzę z bież­ni, choć­bym ma­cha­ła no­gą na ław­ce. Mój luz jest po­zor­ny.

🖇

Ru­da, od­kąd opa­no­wa­ła ob­cy ję­zyk pol­ski, nie mia­ła pro­ble­mu z upo­mi­na­niem się o uwa­gę osób, któ­re uzna­ła za ko­le­gów. Nie­wza­jem­ność bo­la­ła, ale na­ka­zy­wa­ła wy­ma­gać od lu­dzi. Nie fik­so­wa­ła się na od­rzu­ce­niu. Mia­ła swo­je kry­te­ria i god­ność.

🖇

     – Po­wiedz: Je­steś do­brym czło­wie­kiem.
     – Je­steś do­brym dziec­kiem, Ko­cha­na.
     – Nie mów: dziec­kiem. Mów: czło­wie­kiem.
     – Ja­sne. Je­steś do­brym czło­wie­kiem.
     Z in­ter­punk­cją ni­g­dy nie mia­ła pro­ble­mów.
     Mar­twię się jej de­spe­ra­cją i cie­szę się nią jed­no­cze­śnie.

🖇

Z ję­zy­ków ob­cych, ich gra­ma­tyk i struk­tur zbu­do­wa­ła so­bie schron.

🖇

     – Wszyst­ko się zga­dza?
     – Tak mi się zda­je.
     – Jak to? Mu­sisz mieć pew­ność.
     – Słu­chaj, Rud­ku, nie ter­ro­ry­zuj mnie.
     – Od­po­wia­daj za sło­wo.
     – Od­po­wia­dam. Po­zwól mi spraw­dzić raz jesz­cze.
     Każ­da opie­ra się ple­ca­mi o swo­ją ścia­nę. Każ­da ga­si w so­bie in­ny ro­dzaj nie­po­ko­ju. Ona ucie­ka przed nie­pew­no­ścią i bra­kiem gwa­ran­cji. Nie zno­si, gdy się wa­ham. Ja lę­kam się pew­no­ści, a co do gwa­ran­cji za­kła­dam, że mo­gła­by zna­leźć so­bie in­ne­go ży­ran­ta. Po­cę się ze stre­su w uni­for­mie mat­ki, któ­ra się zna. Ide­al­nie się do­peł­nia­my, nie ma co.
     Był­by z te­go zwią­zek, gdy­by nie by­ło ro­dzi­ny.

🖇

     – Spraw­dzi­łaś już? – do­sta­ję po pię­ciu mi­nu­tach. – Pin­gwin, opo­wiedz się, ja cze­kam.
     – Nie wi­dzę żad­nych błę­dów.
     Ech, za­po­mnia­łam, że w słow­ni­ku Ru­dej nie ma słów tknię­tych ska­zą. Sło­wo „błąd” daw­no spa­dło z po­kła­du.
     – Na­pisz, że wszyst­ko jest do­brze, Pin­gwi­nie.
     – Tak, dziew­czy­no, wszyst­ko jest do­brze.

🖇

     – Wi­dzisz, nie jest źle.
     – Po­wiedz, że jest do­brze.
     Znów ten sam błąd. Ni­g­dy się nie od­uczę uży­wa­nia słów, któ­re nie da­ją opar­cia. Tra­fi­ła jej się mat­ka pod­ci­na­ją­ca so­bie no­gi z przy­zwy­cza­je­nia.
     – Jest do­brze.
     Uśmie­cha się. Wie­rzy sło­wom. […]  mój do słów sto­su­nek jest wię­cej niż am­bi­wa­lent­ny. Mu­szę iro­ni­zo­wać, by prze­żyć. Za du­żo mia­łam z ni­mi do czy­nie­nia.
     Ona zaś bie­rze je se­rio. Jej moc pły­nie z in­ne­go źró­dła. Po­le­ga na nie­licz­nych sło­wach do­brej wo­li jak na stra­ży przy­bocz­nej. Nie trze­ba znać ich wie­le. „Do­brze”, „praw­da”, „ra­dzisz so­bie”. Rzad­ko ich uży­wa­łam. A dla niej każ­de z nich usta­na­wia świa­ty, w któ­rych mó­wi­my praw­dę, je­ste­śmy dla sie­bie do­brzy, ra­dzi­my so­bie.

🖇

     – Życz mi do­bre­go dnia – mó­wi­ła przed wyj­ściem z do­mu.
     – Ja­sne, ży­czę.
     – Po­wiedz: do­bre­go dnia.
     – Do­bre­go dnia, cór­ko.
     Do­pie­ro po ja­kimś cza­sie zro­zu­mia­łam, że cho­dzi o to, by wier­nie po­wtó­rzyć for­mu­łę. I że po­wta­rza­nie nie jest nie­waż­kim ob­rząd­kiem.
     Ży­cząc jej do­bre­go dnia, spro­wa­dza­łam do­bry dzień. Przy­jąw­szy to do wia­do­mo­ści, od­kry­łam ska­lę od­po­wie­dzial­no­ści za sło­wo. Okru­cień­stwem by­ło­by od­mó­wić te­go po­że­gna­nia.
     – Miej do­bry dzień, cór­ko.
     Wkła­da­łam w to po­zdro­wie­nie wszyst­kie cho­wa­ne w re­zer­wie do­bre emo­cje. Nie mia­łam jed­nak złu­dzeń – ża­den ser­decz­ny uścisk nie mógł­by za­stą­pić tej re­cy­ta­cji, tej for­mu­ły, te­go za­klę­cia. Nie o uczu­cia bo­wiem szło, ale o spraw­czość słów.
     Nie­mal wszyst­kie za­klę­cia z na­sze­go re­per­tu­aru by­ły pro­ste. Nikt by się nie do­my­ślił ich mo­cy.

🖇

     – Dla­cze­go po­wie­dzia­łaś, że do­brze mu ży­czysz, ale…?
     – Ech, Rud­ku, bo mnie wku­rzył.
     – Mu­sisz ży­czyć do­brze.
     – Ży­czy­łam, ale…
     Zmro­zi­ła mnie wzro­kiem.
     – To nic nie mów.
     Szłam za nią do do­mu pod cięż­kim po­dej­rze­niem, że znisz­czy­łam czło­wie­ka. I pod lżej­szym, że za du­żo ga­dam.
     By­ło­by to za­baw­ne, gdy­by nie to, że na­praw­dę wie­rzy­ła, iż mo­gę być opraw­cą pa­na Mar­ka.

A mo­że to ona ma ra­cję? Mo­że świat bez ra­zów słow­nych był­by świa­tem lep­sze­go ga­tun­ku? Nie mu­siał­by być mil­szy. Nie wy­da­je mi się, by ocze­ki­wa­ła, że bę­dzie. Ale w moc sło­wa wie­rzy jak sta­rzy po­eci. Nikt jej te­go nie uczył. I nikt nie od­uczy.

🖇

Gdy po­ło­ży­ła się spać, upro­wa­dzi­łam no­tes i obej­rza­łam go w kuch­ni pod lam­pą. Na tek­tur­ce pod obie­ma okład­ka­mi zna­la­złam sta­da ptasz­ków. Ptasz­ków-zna­ków, ja­kie sta­wia­my, by od­ha­czyć coś, od­faj­ko­wać, za­ak­cep­to­wać.
     Już od daw­na wi­dy­wa­łam je w róż­nych miej­scach w roz­pro­sze­niu. Tu i ów­dzie po­ja­wia­ły się jak na­gro­dy wrę­cza­ne so­bie po kry­jo­mu. „Da­łaś ra­dę”. Ptasz­ki-gła­ski, ptasz­ki-po­twier­dze­nia.

🖇

Jest ta­ki dziw­ny ro­dzaj in­tym­no­ści, któ­ry do­pusz­cza wszyst­kich – po­za naj­bliż­szy­mi. Tych nie chce zmar­twić, ale też nie po­trze­bu­je się przed ni­mi opo­wia­dać.

🖇

Znów pi­sze, w jesz­cze więk­szym na­pię­ciu. Słów­ka, słów­ka, ko­lej­ny szturm na wy­so­ką, nie­do­stęp­ną twier­dzę ję­zy­ka. Zbie­ra je, do­pi­su­je, po­wta­rza, prze­pi­su­je, pod­kre­śla. Kart­ka za kart­ką. Ry­zy słó­wek, któ­re skła­da pod mu­rem twier­dzy, co nie chce jej wpu­ścić. Sto­sy sta­rań, ster­ty wy­sił­ku. Pod­sa­dzę ją, za­wsze ją pod­sa­dzam. Ostrzę ko­lej­ny dłu­go­pis i nie spusz­czam wzro­ku z pół­ki ugi­na­ją­cej się pod cię­ża­rem re­pe­ty­to­riów i słow­ni­ków. To nasz ar­se­nał, na­sze za­ple­cze. W każ­dej chwi­li mo­że za­wo­łać: „Da­waj żół­tą!”, a ja już bę­dę wie­dzieć, któ­ra to, i szyb­ko wrzu­cę na biur­ko, by wy­gra­ła ze smo­kiem.

🖇

     – Za­pisz, że je­stem cie­ka­wo­ścią.
     – Mam to za­pi­sać?
     – Tak. 
     Przy­glą­da się.
     – Ale wiel­ką li­te­rą!
     – To pseu­do­nim?
     – Nie. To imię.

🖇

Wy­cią­gam spod ka­lo­ry­fe­rów kart­kę: tę­dy bie­gła Ru­da ze sło­wem „fa­ith”. W środ­ku stro­ny wiel­kie jak ba­ner „Be­lief wi­tho­ut pro­of”, ca­łe na ró­żo­wo. Jak neon. Nie za­py­tam, dla­cze­go to wy­róż­ni­ła, cho­ciaż kor­ci. Krad­nę tę stro­nę na sa­mot­ne go­dzi­ny, bo nie mam pod rę­ką lep­sze­go ma­ni­fe­stu na­szej sy­tu­acji. Tym­cza­sem ona zmie­rza do ce­lu. Dziś by­ło in­ten­syw­nie, trzy go­dzi­ny transu, dwie bu­tel­ki wo­dy, dwa we­zwa­nia. Wal­czy­ła dziel­nie o ję­zyk, mo­że od­po­cząć. Kła­dzie się do mnie ple­ca­mi, cięż­ko od­dy­cha. […]  Wczo­raj skoń­czy­ła osiem­na­ście lat.

🖇

Ży­cie by­ło dla mnie za­wsze lę­kiem. Ni­ko­mu te­go lę­ku nie ży­czy­łam, dla­te­go uzna­łam, że nie po­win­nam być mat­ką, bo kto wie, jak to się prze­no­si. Sko­ro już nią je­stem, za co Cię prze­pra­szam, chcę Ci po­wie­dzieć, że bę­dę z tym lę­kiem wal­czyć. Ale też chcę przy­znać, że wy­le­czy­łaś mnie z jed­ne­go: z przy­mu­su tłu­ma­cze­nia się wszyst­kim. Nie wiem, jak to się sta­ło, ale po­ję­łam wresz­cie, że nie wszy­scy mu­szą nas ro­zu­mieć. Nie wy­da­je mi się, by ta­ką me­ta­mor­fo­zę fun­do­wał hor­mon ma­cie­rzyń­stwa. Uwa­żam, że wy­zwo­li­łaś mnie Ty.

🖇

Pro­wi­zor­ka, oka­zu­je się, mo­że być peł­nią.

Eliza Kącka, Wczoraj byłaś zła na zielono,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024.
(wyróżnienie własne)

     – Je­dzie­my do przed­szko­la?
     – Tak.
     Po­wie­dzia­ła „tak”, a mo­gła po­wie­dzieć „tram­waj”. Zwy­kle mó­wi­ła „tram­waj!”. […]  Pod­mian­ka sło­wa jest tu […]  pod­mian­ką stop­nia za­nu­rze­nia w re­la­cji. „Tak” nie po­trze­bu­je ob­wod­ni­cy sen­su, tra­fia bez­po­śred­nio. „Tak” zdo­by­wa się na od­wa­gę nie­za­ma­sko­wa­nia, ce­lo­wa­nia w sed­no. Zga­dza się ca­łym so­bą. Jest to strzał naj­prost­szy i tak po­wsze­dni, że igno­ro­wa­ny – po­za rzad­ki­mi chwi­la­mi, gdy „tak” wa­ży wie­le, de­cy­du­je o ży­ciu, jest nie­pew­ne. Wów­czas czu­je­my je­go moc.
     Sy­tu­acja z „tak” zmie­nia się dia­me­tral­nie, gdy ma­my do czy­nie­nia z kimś, dla ko­go „tak” zda­je się zbyt moc­ne. […] 
     A ona po­wie­dzia­ła „tak”, do­wo­dząc, że coś się zmie­ni­ło. Po­wie­dzia­ła i pod­sko­czy­ła, jak­by kop­nął ją prąd te­go im­pul­su, tej moż­no­ści. 
     […]  Dreszcz prze­szedł mnie na wy­lot.
     Ją chy­ba też
.

🖇

Ci­sza cie­szy, ale ka­że po­dej­rze­wać, że w ko­ko­nie do­ko­nu­je się me­ta­mor­fo­za.
     Czu­łam ją w ko­ściach.

(tamże)