Pokazywanie postów oznaczonych etykietą start. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą start. Pokaż wszystkie posty

wtorek, grudnia 11, 2012

(621+1). Pies, nie UFO

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Odmarzamy wspominając. Miniony czwartek. Pierwszy nasz trening na hali. Latającego, bajkowego prosiaczka uchwycił Sadowniczy obiektyw:

Kto to słyszał, by w Mikołajki było –10° C!

*

Wspominamy odmarzając. Sobotni wieczorny trening z Falowcami. Niedzielne zawody treningowe zorganizowane przez Altówki. Heniutka mnie zadziwiła. Wyzerowała pewniaki. Zdobyła maksa w ćwiczeniu, którego się najbardziej bałam. Dziwnie dziwne... Poniżej najdłuższa minuta niedzieli, podczas której miałam czas pomyśleć: czyż nie jest pięknym, że mogę przejść samodzielnie dwadzieścia metrów? że mogę stać i liczyć oddechy? że mogę cieszyć się dniem, chwilą, bezruchem?

Do stycznia mamy sporo pracy, ale na cześć Falowców i Altówek, używając ich barw flagowych, mogę śmiało powiedzieć, że odeszły pierwsze „wody płodowe” drużyny Hexes (tłum. Wiedźmy Dwie):

środa, grudnia 21, 2011

396. Siedemdziesiąt dwa tysiące sekund

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Do rozpoczęcia dziesięciodniowego świętowania zostało nam 20 godzin. Jak zwykle jestem pełna nadziei... wybieram książki, planuję, wszystko przede mną --- literki, spacerki i ludzie.... ludzie, spacerki, literki.

Wyjęłam i tą, która specjalnie na świąteczny czas czekała. Pijąc dzisiaj kawę, smakowałam perspektywę nadchodzących dni, nadchodzącego roku. Wróciłam do przeczytanego tekstu teraz i poruszona słowami:

Every blade of grass has its Angel that bends over it and whispers, “Grow, grow”. (The Talmud)

J. Cameron, The Artist’s Way,
Pan Books 1998.

...nie śpieszę się. Chłonę każdą z minut, które składają się na wspomniane 20 godzin. Poza Wigilią, to dla mnie najpiękniejszy czas rokrocznie w grudniu. Coś we mnie już świętuje i szepcze: źdźbłem... bądź... koniecznie...

_______________________
Każde źdźbło trawy ma swojego Anioła, który pochyla się nad nim i szepcze „Rośnij, rośnij”. (Talmud)

środa, lipca 27, 2011

304. Psia renegatka

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Lało. Zaczęło nad ranem i lało bez przerwy. Heńka po raz pierwszy nie obudziła mnie rano. O ósmej to ja otworzyłam oko i zarządziłam szybkie wyjście na załatwianie potrzeb fizjologicznych. Stanął Sierściuch zaskoczony pod daszkiem przed klatką. Stanął jak wryty, jakby nie mógł sobie przypomnieć jakiej jest rasy. Wieczna radość ze wszystkiego ustąpiła zdumieniu, że może tak lać. No, Heniu, biegusiem! Stałam i patrzyłam na odmienionego psa. Dwa metry bez entuzjazmu zrobiła, potem ciut szybszym, nerwowym krokiem poszukała miejsca, dość dobrego na stałe produkty psiej przemiany materii. Już. Produkt posprzątany do kosza niosłam, gdy zobaczyłam widok całkowicie mi do tej pory nieznany. Henia zdegustowana pod drzwiami do klatki stała. Nie było siły, która by ją na spacer wyciągnęła. Kto by pomyślał, że jeśli chodzi o deszcz, to i Heni cierpliwość ma swoje granice. Czy Pani Pogoda mogłaby to uwzględnić? A może Henia mentalnie się postarzała podczas Sadowniczej nieobecności?

środa, grudnia 22, 2010

153. Przesilenie początkiem?

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Najkrótszy dzień w roku był dziś. W Polsce jest to dzień, który rozpoczyna astronomiczną zimę. Oznacza to, że mróz i śnieżyce ostatnich trzech tygodni to był tylko kaprys Pani Jesieni.

Najkrótszy dzień w roku jest dla mnie swoistym wehikułem czasu i przestrzeni --- stąd, w tej chwili... do Chin i chińskiego kalendarza, w którym, tak jak i dla mnie --- dzisiejszy dzień nie jest początkiem Zimy, ale jej Środkiem --- wisienką na lodowym torcie, pępkiem Pani Lodu. Zespolona w jedno z myślą, że oto ja, taka całkiem maleńka w samym pępku Zimy trwam, widzę już... Panią Wiosnę, której w głowie pojawiła się makabryczna myśl, że już niedługo będzie musiała zająć się trudem pakowania... manatków, pędzli, farb, zapachów... w walizy, kufry, worki, siateczki i torebki... by przyjechać i osiąść... na jakiś czas... w Polsce.

Tak, właśnie tak. Polski początek zimy jest nie tylko Środkiem mojej Zimy, ale też zapowiedzią Wiosny. Teraz już żaden mróz, śnieżyca, oblodzone chodniki, zaspy czy kulejąca z zimna komunikacja miejska nie są straszne. Po cichutku, jak mantrę, powtarzam: Wiosno, Pani Wiosno, zostawiłaś tu swoje krosno, kapelusze, może nawet duszę... nie mów mi, że nie tęsknisz?

Kudłata nie tęskni, bo wiosny na podwórku jeszcze nie przeżyła. Póki co, zachwyca się wielkimi zaspami, uwielbia w nich zapadać się lub ryć bez pamięci... Białych Świąt, po raz pierwszy pragnę białych Świąt!

środa, grudnia 08, 2010

145. Nowe słowo, nowe doświadczenie, nowe życie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj, pierwszy raz od trzech dni wyszłam z domu. Załadowana w samochód byłam wieziona ku „nowemu”. Patrzyłam na miasto, moje ukochane miasto. Zachwycały mnie ulice, po których tak dawno nie chodziłam. Jak dobrze było móc na nie chociaż popatrzeć. Samochody, całe sznury, w lekkim korku też mnie zachwycały swoim motoryzacyjnym, wolnym tańcem w wielu rzędach.

No... i za mną. Słowo „osteopata” poznane i dotknięte po raz pierwszy. Ona-Anioł, czuwająca nade mną, by wszystko szło w dobrym kierunku. Błogosławię Ją-Anioła. Teraz również błogosławię Kudłatą za to, że podjęła się zadania zburzenia mojego dotychczasowego życia.

Wracaliśmy wczoraj do domu i...

Jabłoń:
Życie jest jednak niesamowite.

Sadownik:
Nie. Ludzie są niesamowici. Życie jest fajne.

Nie było wyjścia, pojechaliśmy świętować początek mojego nowego Życia. Do piątku pozostaję na podtrzymujących mnie ćwiczeniach i leżeniu z nogami na krześle, książkami na brzuchu. W piątek z Nią-Aniołem ruszamy na podbój drogi ku pływaniu, skakaniu, bieganiu... ku Życiu, które wciąż odkładałam na potem.

Mój Boże, cudowni ludzie są wokół mnie! Światełko w tunelu zaczęło lśnić...

czwartek, listopada 18, 2010

130. Pogaduchy z Kudłatą

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 


Czym jest TAK? Czym jest NIE?

Ile razy powiedziałeś TAK, gdy myślałeś NIE? Zgodziłeś się, choć nie chciałeś. Poszedłeś, mimo że miałeś inne plany. Zrobiłeś, bo wypadało. Robisz, bo nie wolno odmówić. Zrobisz, bo tak należy. TAK może dłużyć się przez całe życie. A gdyby tak zmienić perspektywę?

NIE to karnawałowo przebrana postać. NIE to TAK powiedziane sobie. NIE to zgoda na prawdziwsze własne życie. NIE to, z szacunkiem, podarowana sobie i innym przestrzeń, w której może zdarzyć się coś więcej — coś, co przekroczy nasze najśmielsze oczekiwania.

TAK, nie krępuj się, powiedz czasem NIE. Dlaczego nie? (18.01.2009)


NIE, nie będę bawić się z Tobą twoimi zabawkami, które od dziś nauczyłaś się przynosić nam do łóżka z samego rana.
NIE, nie będę szła z dużym psem co szarpie smycz.
NIE, nie polubię, gdy na mnie skaczesz, choćby nie wiem o jaką radość chodziło.
NIE, NIE, NIE!
Kudłata patrzyła na mnie wzrokiem psa, który nigdy nie nabierze ochoty, by zrozumieć pewne słowa.

TAK, poszłam dziś z Tobą po raz pierwszy na forty Bema, na dłuuuugi spacer, który należał się duuuuużemu już psu. Tylko powiedz, skąd dowiedziałaś się, że w czwartki mam wolne? Kudłata nie ma w zwyczaju tracić czasu na odpowiadanie na pytania. Na wszystko i zawsze gotową ma odpowiedź, lekarstwo, antidotum:
TAK, chodźmy już na spacer!

wtorek, listopada 16, 2010

(127+2). Magia, bo innego słowa nie znajduję

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Promienie słońca z sesji terapeutycznej u „intuicyjnej POP-owskiej” kudłatej terapeutki pozostały gdzieś w środku mnie i ku memu całkowitemu zaskoczeniu wciąż są, choć jest już wtorek a pogoda za oknem znów późnojesienna. To doświadczenie raczej z kategorii odczuć niż logicznego stwierdzenia faktu o trzech uncjach światła w okolicach załamka otrzewnej. Owe promienie dziś wprawiają mnie w fantastyczny odmienny stan świadomości. Jak nigdy czuję się „tu i teraz”.

Przeszłość była, nie da się jej zmienić, zresztą po co, nie byłabym kim jestem, gdyby nawet owa zmiana była możliwa. Nie chce mi się jej analizować, rozumieć, roztrząsać, przeglądać, wymazywać, poprawiać. To bardzo do mnie niepodobne, ale za to jakie uwalniające! Mogę po prostu być. To naprawdę cudowne.

Nie ma też przyszłości. Nie chce mi się myśleć o tym, co mogłabym zrobić w kwestiach rodzinnych za miesiąc, dwa czy pół roku. Pozostawiam to jak pustą kartkę, niech życie po prostu się żyje. Wierzę, że okoliczności, w których się znajdę, przy odrobinie mojej uważności, staną się najlepszymi drogowskazami.

Póki co, posiedzę sobie tutaj, na kamieniu teraźniejszości, bo to dobre miejsce dla mnie. Błogostan mnie trzyma w troskliwym uścisku i uśmiech nie schodzi z mych ust. Ten spokój w środku, ta cisza, ta wolność, ta zgoda na to co jest. Niech to trwa!

poniedziałek, listopada 15, 2010

(125+1). Definicja rodziny, wersja 0.1

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Zaczęłam od dialogu filmowego, ale z jakiego filmu... nie mam pojęcia:

Lekarz: Czy ma pani rodzinę?
Pacjentka: Tak. Męża.

Od czegoś trzeba było zacząć. Zrobić pierwszy krok. To miejsce wydawało się bezpieczne.

sobota, listopada 13, 2010

125. Redefinicja w toku

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W czwartek rano, gdy szykowaliśmy się do wyjazdu na długi weekend, w rękach pękł mi szklany dzbanek. Poraniona dłoń zwolniła mnie w trybie natychmiastowym z pewnych aktywności. W czwartek wieczorem, pękła we mnie definicja słowa „rodzina”. Teraz jest to dla mnie słowo w nieznanym mi obcym języku, nieprzetłumaczalne i nie do ogarnięcia. Przecież to nie może być maszynka do ranienia?

Dziś sobota. Dłoń opatrzona. Plaster naklejony. Połamana definicja słowa „rodzina”, skrępowana wstążkami opatrzonymi słowami seniorów: „nie przesadzaj”, „skończyłem rozmawiać na ten temat”, nie jedzie jutro ze Stadem do stolicy. Zwolniłam siebie z pewnych aktywności, dopóki nie znajdzie się nowa, sensowna definicja słowa „rodzina”, która uwzględni i uszanuje potrzeby wszystkich zainteresowanych.

czwartek, listopada 11, 2010

124. Święto Niepodległości Wewnętrznej

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Ty i Oni. Są ludzie, którym ufasz bezgranicznie; na których uwagę chcesz zasługiwać; dla których chcesz być; którym zdarza się cię ranić, ale szybko im wybaczasz i nawet po myśli „nienawidzę Cię, gdy to robisz, gdy mnie zostawiasz, gdy mnie nie słyszysz” szybko uświadamiasz sobie jak bardzo ich kochasz. Ty-Dziecko i Oni-Rodzice.

Ty i Oni. Przychodzi dzień, gdy wielokrotnie w ciągu dnia łapiesz się na wdzięczności, że podarowali Ci życie, które cudne, barwne, pomimo chwil pełnych łez czy trudności wciąż zaskakująco fantastyczne --- aż chce się je żyć! Ty-Dorosły i Oni-DorośliRodzice.

Ty i Oni. Oby nie przyszedł dzień, gdy zawiodą po raz kolejny. Starasz się zrozumieć, dlaczego to zrobili? Może się bali? Może zostało im zabronione? Może nie umieli inaczej? Może to było jedyne rozwiązanie, które znaleźli? Może. Jakie to jednak ma znaczenie, gdy drugą stroną monety ich przemilczenia jest „ciebie pomijamy”. Zastanawiasz się, po co wam strzępki rozmów telefonicznych typu:

Ty-Dorosły:
Co u Was?

On-DorosłyRodzic:
NIC.

Ja i Oni. Przyszedł w moim życiu właśnie taki dzień. Ja-Dorosły pytam tylko w myślach Ich-DorosłychRodziców: czy obejrzeliście dokładnie monetę przemilczenia, zanim daliście mi ją do ręki?

Oni-DorośliRodzice pomogli mi dziś ustanowić moje prywatne Święto Niepodległości Wewnętrznej. Jestem wolna w reakcjach na zdarzenia, które mi fundują, nie we wszystkich będę chciała brać udział. Dziś już nie dam sobie wmówić, że jestem trędowata. Nie jestem. Szkoda tylko, że banknot ufania w słowa, które wypowiadamy do siebie, został rozmieniony na drobne --- to smutne. Wierzę jednak, że każdy smutek to ziarno, z którego wyrasta „stawanie się”, mądre człowieczeństwo. Chcę iść dalej, bo ich NIC dało mi COŚ, co tylko z wierzchu wygląda jak NIC :).

poniedziałek, listopada 08, 2010

121. Spełnienie marzenia

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W zeszły czwartek Kudłata skończyła pół roku. Dokładnie tego dnia udało się w końcu Sadownikowi upolować miskę dla dorosłego psa, więc w pewnym sensie miała prezent. W sobotę, przy okazji, przyszedł czas na spełnienie największego marzenia Kudłatej, by mogła z bliska poznać jakieś małe dziecko.

Całym Stadem rano ruszyliśmy do Zkemi, mojej najcudowniejszej przyjaciółki, wspaniałej i najlepszej Mamy dwojga brzdąców. Starsza, prawie pięcioletnia dziewczynka była już niestety po pierwszych w tym życiu nieprzyjemnych przejściach z psem i w związku z tym próbowaliśmy odkryć przed nią pojęcie psa na nowo. W pewnym sensie nam się to udało, Mała pod koniec naszej wizyty mówiła do Heńki słodkim głosikiem i nawet parę razy ją pogłaskała, ale tylko w sprzyjających okolicznościach, czyli gdy Henia nie próbowała patrzeć jej w oczy.

Mały, niespełna dwuletni chłopiec, swoim zachwytem do psów wprawił nas wszystkich w osłupienie. Nigdy w życiu nie widziałam cieszącego się w ten sposób dziecka, które próbuje nawiązać kontakt ze zwierzęciem. Przez pierwsze dwie godziny kontrolowaliśmy, by przypadkiem Kudłata nie zrobiła krzywdy Małemu, ponieważ 28 kg psiej czułości i niespotykanej potrzeby kontaktu fizycznego, może małemu dziecku sprawić fizyczny uraz. Małemu jednak udawało się wywijać z opresji w pięknym, pełnym wdzięku stylu. Kudłata była w siódmym niebie. Miała dziecko na odległość zaledwie kilku centymetrów, mogła za nim chodzić do woli, i nieraz udało jej się skraść całuska od Małego rezolutnego człowieka, którego twarz co jakiś czas była dokładnie wylizana. Po kilku godzinach nie musieliśmy się już martwić o dzieci, a zaczynaliśmy myśleć o Heńce. Z przyjemnością odnotowaliśmy fakt, że są ludzie, i to całkiem malutcy jeszcze, którzy Kudłatą potrafią zmęczyć, co nam dorosłym jeszcze się nie udało. Zabrakło nam chwilami empatii, ponieważ chwile, w których Henia próbowała ukryć się przed dziećmi, były dla nas wyjątkowo zabawne --- po raz pierwszy widzieliśmy jak Kudłata stara się uniknąć spotkania z człowiekiem, niespotykane, wręcz księżycowe.

Zanim wróciliśmy do domu, nie ruszając się z mieszkania Zkemi, Kudłata udała się w smakową podróż na inną, nieznaną dotąd planetę, ponieważ… pierwszy raz w życiu jadła upuszczony przez dziecko (specjalnie dla niej) makaron, paluszki upuszczone przez Małą wcale nie przez przypadek, kawałki drożdżowych bułeczek… ze smakiem oblizała również paluszki Małego, „wykremowane” serkiem waniliowym.

Kudłata wróciła do domu wykończona. Złapała lekki oddech i na widok psów na wieczornym spacerze sprawiała wrażenie, że jest wyjątkowo szczęśliwa, że to czworonogi a nie ludzkie dzieci.

W niedzielę śmialiśmy się, pytając niby Kudłatą: to co, zostajesz sama w domu czy do dzieci? Chętnie odpoczęła od gatunku ludzkiego, gdy my poszliśmy na kawę.

czwartek, października 28, 2010

113. Bonusy z blogowania :)

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Ktoś zapytał mnie: po co ci ten blog, po co odsłaniać siebie? Minęło już dostatecznie dużo czasu bym mogła określić wstępny kształt odpowiedzi. Blog pozwala mi napisać to, czego czasem nie mam odwagi powiedzieć oraz to, czego powiedzieć nie chcę, bo okoliczności i czas wydają się niewłaściwe. Dotarłam do przekonania, że nie jestem jedyną osobą na tym świecie, której przytrafiają się takie a nie inne myśli czy zdarzenia. Jedyne co zrobiłam, to „uwolniłam” je, puszczając je w świat. Zapiski blogowe mają również aspekt bardzo praktyczny --- blog to jedyna znana mi „moja szuflada”, w której porządek (chronologiczny) jest perfekcyjny. Czeluście tej szuflady pozwalają mi zachować od zapomnienia chwile, myśli, uczucia, zachwyty i smutki. Blog daje mi możliwość eksperymentowania z opisem zjawisk z moich, absurdalnych punktów widzenia. „Absurdalnych” to ulubione słowo mojego krytyka wewnętrznego, który uznał blog za pomyłkę mego życia i ulatnia się, gdy tylko zaczynam myśleć o nowym wpisie. Dzięki mu za to.

Znów, powyższy akapit pozostałby w głowie jako tymczasowy zestaw myśli, które przemykają mi przez głowę od tygodnia, gdyby nie dwa fakty [drugi — blog znajomego małżeństwa — 28.02.2019 już nie istnieje] --- prawdziwe bonusy mojego blogowania --- dzieje się wokół mnie!

Sadownik przestał myśleć, marzyć, gadać i założył galerię swoich zdjęć. Na razie zabronił zdradzania adresu, bo choć to ja w Stadzie jestem znana z obrzydliwego perfekcjonizmu, to właśnie On twierdzi, że pozwoli poinformować, ale dopiero jak wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, czyli za jakieś dwa tygodnie. Czy ktoś mówił, że małżonkowie z długim stażem upodabniają się do siebie? Kto twierdzi, że mamy długi staż?

Przyszedł więc czas, aby wyrazić szacunek, jakim darzę ludzi wokół mnie, którzy mają odwagę wyrażać siebie. Z myślą o nich, utworzyłam dział „Od-do, czyli jeden uścisk dłoni”. Jak wiadomo, od każdego człowieka do każdego innego jest podobno maksymalnie sześć uścisków. Z przyjemnością, w dziale B, będę umieszczać linki do twórczej działalności moich przyjaciół, nawet jeśli jeden z nich został dawno temu moim Mężem. Ruszajcie!

środa, października 27, 2010

111. Nowe życie mojego kręgosłupa

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Spotkałam Ją prawie półtora roku temu. Zwróciła moją uwagę sposobem w jaki poruszała się oraz uśmiechem, którego prawdziwość uwiodła mnie natychmiast. Byłyśmy na tym samym warsztacie i przez pięć dni od czasu do czasu zerkałam na Nią by nacieszyć własne oczy --- by upewnić się, że tak cudowne kobiety stąpają po ziemi. BYŁA WCIĄŻ. Bił od niej blask, rodzaj wewnętrznej mocy. Uwielbiam spotykać takie kobiety. Ich istnienie jest dowodem na to, że można pięknie dojrzewać, zmieniać się i być szczęśliwą zamiast starzeć się zaraz po trzydziestce w majestacie społecznego prawa mając wieczne wytłumaczenie, że „w moim wieku, to już nie warto”, „za późno”, „kiedyś tak, ale dziś już nie”. Gdy żegnałyśmy się, wydawało się, że żegnamy się na wieczność, albo co najmniej do następnego dużego POP-owskiego warsztatu, który nie wiadomo kiedy. Od słowa do słowa, okazało się, że nie tylko mieszkamy w tym samym mieście, w tej samej dzielnicy, ale na tej samej ulicy... prawie blok w blok --- świat jest malutki nawet jak mieszka się w ogromnym mieście --- jesteśmy sąsiadkami. Ścieżki naszych dni krzyżują się sporadycznie, ale zawsze w naszych spotkaniach jest serdeczność z innej, cudownej planety. Uwielbiam tę kobietę od zawsze!

Niedawno, nie bez pomocy słownej mądrych osób, dotarło nareszcie do mojej łepetyny, że obok mnie mieszka nie tylko Ona-WspaniałaKobieta, ale że również mieszka Ona-Anioł, czyli mądra doświadczeniem nauczycielka Jogi, która może pomóc mi wrócić do fizycznej sprawności. Oczywiście, pod latarnią jest zawsze najciemniej i oświeciło mnie późno, ale nie za późno :).

Kiedyś chodziłam na jogę, ale przestałam, gdy okazało się, że nauczyciele denerwują się, że czegoś nie mogę zrobić. Większość z nich nigdy nawet nie stała obok cienia świadomości, że można, całkiem z natury, nie móc schylić się do ziemi na prostych nogach, by położyć całe dłonie na podłożu. Przy takich nauczycielskich ograniczeniach joga może stać się formą sportu ekstremalnego --- nie miałam na to ochoty.

Wczoraj, zaraz po zajęciach, po nakarmieniu Kudłatej i wyprowadzeniu jej na spacer, udałam się do Niej-Anioła. Długo by pisać i nic by to nie dało, były to najpiękniejsze dwie godziny, od czasu, gdy mój kręgosłup krzyczy wrzaskiem niezauważanego. No i stało się...

Przypomniało mi się, że joga potrafi być cudem, że można w swoim ciele czuć się tak, jakby właśnie dopiero co wróciło się do siebie. Po raz pierwszy doświadczyłam tego, że podczas wykonywania pozycji (w wersji leczniczej) wylewają się z człowieka emocje, których nie było się świadomym. Po raz pierwszy cieszyłam się swoim ciałem zamiast je musztrować. Mój kręgosłup został wysłany na orbitę szczęścia bezwględnego.

Ona-Anioł stwierdziła, że moje problemy z kręgosłupem biorą się z tego, że podświadomie staram się skulić, ukryć swoje centymetry. Zaskoczyło mnie to, ale też poczułam dziwną ulgę, gdy powiedziała: a Ty masz być wielka! Zrobiła to w sposób, którego nie zapomnę do końca życia --- delikatność utarta na puch razem z pewnością i zachwytem, jakby WIELKOŚĆ w moim życiu stanowiła DUŻY klucz do zrozumienia.

Wracałam do domu na skrzydłach z nowym życiem pod pachą i z zaleceniem położenia się od razu do łóżka, co z przyjemnością zrobiłam. W tym boskim stanie nie było możliwości by zebrać słowa w sensowny ciąg wyrazów stanowiących wpis na blogu.

Dziś, wobec słów, które wypowiedziała Ona-Anioł, przypomniał mi się dzień, gdy byłam już gotowa na prawdę o sobie, wiele lat temu. Pojechałam do pracy do Konstancina, poprosiłam panie pigułki, by mnie dokładnie zmierzyły. Ponieważ byłam wewnętrznie przygotowana na dużo centymetrów, prostowałam się do granic możliwości, jakbym była najmniejszą dziewczynką w grupie przedszkolaków i... o, zgrozo, udało mi się wyciągnąć TYLKO 187,5 cm. Byłam rozżalona, bo przygotowałam się psychicznie na 192 cm --- w końcu większość facetów twierdzi, że ma 185 cm a i tak zawsze są o pół głowy ode mnie niżsi, więc przesłanki do 192 cm istniały. Dziś oni nadal twierdzą, że mają 185 cm. Ja wiem swoje, ale nie odbieram im przyjemności posiadania takiego wzrostu, bo to naprawdę jest przyjemne.

Mam być wielka --- kołacze mi się wciąż po głowie. W sumie, dlaczego nie? Wyciągnąć się jeszcze odrobinkę...

poniedziałek, października 25, 2010

(83+27). Serial i światy równoległe

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Stado nie ma telewizora, ale od czasu do czasu uzależnia się od seriali, które nie są przez nas oglądane po jednym odcinku na tydzień, tylko po kilka odcinków na dzień. W Fali zbrodni fascynują mnie dwie rzeczy (1) dialogi i (2) cudownie beznadziejny PR jaki jest robiony samochodom BMW. Jeżdżą nimi tylko źli ludzie i zawsze pojazdy te są w ciemnych kolorach. :)

Żyję w dwóch światach i jakiekolwiek przerysowania dotyczące opisów tych światów bawią mnie niezmiernie. Kończy się to zwykle śmiechem, ale czasem również wymianą zdań, choćby z przymrużeniem oka. Wczoraj:

Fala zbrodni, odcinek 97, 15:10 [min:sek]:
Renata: Czy każdy informatyk ma coś z psychola?
Mila (informatyk): Nie. Tylko jakieś 95 procent.

Jabłoń:
Czy ja jestem psycholem?

Sadownik:
A nie jesteś?

Fala zbrodni, odcinek 20, 20:05 [min:sek]:
Alex (psycholog): To jest bez sensu, Igor. Nasza relacja jest bez sensu.
Szajba: Relacja? Co to za głupie słowo.

No tak. W świecie mało psychologizującym to słowo nie występuje w pierwszej setce używanych słów. Dla matematyków i informatyków jest słowem znaczącym, choć nigdy nie dotyczy ludzi. Tymczasem, w weekend, który minął relacja była dla mnie nie tylko słowem-wytrychem, ale stała się ciałem i duszą, czymś, co prawie może być dotknięte, a z pewnością poruszone. Pierwszy warsztat z cyklu Polityka Relacji za mną, było fascynująco… za miesiąc ciąg dalszy i już nie mogę się doczekać --- znalazłam się w fantastycznej grupie ludzi. Jak dobrze, że istnieją głupie słowa, różne światy i odrobina szczęścia...

niedziela, października 24, 2010

109. Forma męskiego szowinizmu prezentem dla kobiety

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W czwartek wieczorem, gdy wracałam do domu, zmarzłam tak potwornie, że zamarzło mi wszystko w środku. Marzyło mi się tylko jedno, odtajać --- rozmrozić serduszko, duszę i umysł a nie, utknąć i nie wiedzieć co dalej. W piątek, gdy tylko nadarzyła się okazja, zakopywałam się głęboko pod kocem marząc o tym, by chociaż we śnie zrobiło mi się ciut cieplej.

W wieczorne, piątkowe popołudnie zawitała do nas koleżanka Jabłoni z czasów liceum. Kudłata była w siódmym niebie, z powodu jeszcze jednej pary rąk do głaskania. Jak zwykle, nie byłoby powodu, aby o tym wszystkim wspominać, gdyby nie „pierwszy raz” Jabłoni i cudowny monolog, który pełen psiego zrozumienia zamienił się w niemy dialog.

(Sobota, 7.30. Sadownik ma już na koncie pierwszy spacer o 5.15
a Kudłata próbuje namówić go na następny obchód pobliskiego parku.
)

Sadownik:
(zwraca się do Kudłatej)
Widzisz, Mama ma cię w nosie, Ciocia ma cię w nosie...
(znacząca przerwa)

Sadownik:
(wciąż do Kudłatej)
...pamiętaj, że tak naprawdę możesz liczyć tylko na mężczyznę w tym domu.

(Kudłata gotowa zgodzić się na każdą teorię, byle tylko już iść na dwór.
Jabłoń udaje, że nie słyszy, bo wciąż zmarznięta.)

Sobota była pierwszym dniem, od czasu, gdy Kudłata wyprowadza Stado na podwórko, gdy Jabłoń nie była na żadnym spacerze. Święty, oj święty, ten Sadownik...

piątek, października 08, 2010

93. Gdy kota nie ma w domu...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

...myszy harcują.

Jabłoń z Ciocią Kudłatej miały w planie iść na pływalnię, godzina była ustalona, lecz Atena poddała w wątpliwość tezę, że muszą tam iść właśnie dziś.

Wylądowały całkiem niedaleko. Pływalnia magicznie przemieniła się w kawę podawaną do stolika. Jednak zanim to nastąpiło Jabłoń kupiła rękawiczki swojego życia, choć to Atena miała kupić czapkę. Długo by opowiadać jakie kolorowe, jakie wzorzyste, jakie fikuśne (z uciętymi palcami, ale z nakładką, gdyby miało być naprawdę zimno).

Siedziały więc myszki dwie na kawie i zachodziły w głowę, czemu to wcześniej się nie wydarzyło --- znają się przecież tyle lat. Klamka zapadła, pływalnia pływalnią, a kawa i babskie pogaduszki należą się czasem myszkom jak psu micha.

Najukochańszy Kot-Sadownik z każdą minutą bliżej domu a Jabłoń pozostaje w niemym zadziwieniu, że życie może mieć również taki --- pozbawiony mężczyzn --- smak...

wtorek, października 05, 2010

XYZ. Licznik

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdybym straciła rachubę czasu jak długo Kudłata zmienia nas, to zawsze będę mogła tu zajrzeć:


(kliknij w powyższy rysunek)

(5*18). Magiczne PIĘĆ

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj Kudłata skończyła dokładnie pięć miesięcy.

Wczoraj pierwszy raz została sama w domu na ciut więcej niż pięć godzin i… dała radę.

Ja miałam w przerwach między zajęciami syndrom matki, która oddała dziecko do żłobka. Niby wiedziałam, że Heńka nic nie zmaluje, że jest bezpieczna w swojej norze, że ją doskonale zna i nie będzie się bała, że ma smakołyki do namiętnego gryzienia i… na logikę było OK, ale w środku coś mi dygotało. Przy zdrowych zmysłach trzymało mnie tylko to, że miliony psów zostaje każdego dnia w domu, gdy ich właściciele idą zarabiać na karmę i smakołyki…

poniedziałek, października 04, 2010

88. Szatańska tożsamość: KASK <=> RURA

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W sobotę z przymusu
K
ręgosłupa, w asyście
+
Ateny i
+
Sadownika, zaopatrzona w odwagę
+
Kudłatej
<=> poszłam na basen i zamiast wyginać intelekt próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie jak to jest, doświadczyłam. Zjechałam.
RURA okazała się fantastyczną zabawą. Saneczkarstwo przestało być dla mnie dyscypliną samobójców. W połowie tej obłędnej zabawy Sadownik podpuścił mnie, aby wygiąć ciało tak, by jechać na łopatkach... Och, jedzie się wtedy dużo, dużo szybciej! Już nie mogę doczekać się następnej soboty...