niedziela, lutego 28, 2021

(4151+3). Ad rem (IV)

Kategoria: muszę mieć pod ręką, bo o książkach, poczuciu humoru, poruszeniach serca, bo obrazy umieszczone w tej książce snują opowieść dla oczu i czucia.

Ile trzeba czasu, aby coś zobaczyć, aby kogoś poznać? Po la­tach zdajemy sobie sprawę, jak niewiele pojmowaliśmy na początku, choć wydawało nam się, że wszystko już wiemy.

*

Ale zdjęcia, eseje, powieści i cała reszta są niebezpieczne, bo mo­gą odmienić nasze życie. Sztuka kształtuje świat. Znam wiele osób, któ­rym jakaś książka uratowała życie lub określiła, co będą w życiu robić; jeśli nie wymieniam żadnej książki, której sama coś zawdzięczam, to jedynie dla­te­go, że były ich setki, a nawet tysiące. Są i inne, mniej doraźne i bar­dziej złożone powody, by czytać książki, na przykład dlatego, że dają nam przy­je­mność, albowiem przyjemność ma znaczenie.

Widząc ślady kopyt, myślimy o koniu, ale zdarza się, że chodzi o zebrę.

[…] sens czytania polega na szansie eksploracji, wyjścia poza granice wła­snej płci (i rasy, i klasy, i orientacji seksualnej, i narodowości, i chwili dzie­jo­wej, i wieku, i zdolności), aby na moment stać się kimś innym.


Paz de la Calzada
fot. [dostęp: 27.02.2021], źródło.

Prace: Paz de la Calzada. […] misterne labirynty i ścieżki, które prowadzą od sfery publicznej do królestwa kon­tem­pla­cji, w ten sposób łącząc dwa bardzo różne światy.

*

[…] poczucie humoru, ów talent do dostrzegania luki między tym, co jest, a tym, co być powinno, patrzenia poza granice własnego stanowiska.

Ignorowanie kategorii stanowi również pewną formę wglądu. Wciąż wra­cam do poznanej we wczesnej młodości historii o mistrzu tao. Książę Mu wy­sy­ła mędrca na poszukiwanie doskonałego konia, po czym mędrzec wra­ca i mówi, że znalazł kobyłę kasztanowatą. Jednak okazuje się że ta kobyła to czarny ogier, zgodnie z obietnicą, doskonały. Przyjaciel ko­men­tu­je: „On widzi tylko duchowe wartości. Żeby skupić uwagę na istocie rzeczy, za­po­mi­na o błahych pozorach, szukając wewnętrznych zalet, nie dostrzega cech zewnętrznych. Patrzy na to, na co patrzeć powinien, a zaniedbuje to, czemu nie warto się przyglądać”.

What would happen if one woman told the truth about her life? The world would split open.
// Muriel Rukeyser

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

*   *   *

Face to Face, Episode 4.

(4151+2). Ad rem (III)

Uwielbiam termin kryzys męskości. Dla mnie oznacza on przede wszystkim rozwój człowieczeństwa wśród mężczyzn i nie mam nic przeciwko. Jestem dość radykalna w swoich poglądach — uważam, że mężczyzna to też człowiek.

W prywatnej skrzynce narzędziowej mam dzyndzel, którego używam, gdy ktoś w stosunku do mnie ma zbyt (według mnie) emocjonalną, nieadekwatną reakcję, której nie rozumiem. Zamiast mówić stary, uspokój się, robię wewnętrznie krok w tył i sprawdzam, czy przypadkiem nie walę człowiekowi lematem wynikającym z jakiegoś przywileju, który mam — w 90% sytuacji dokładnie tak jest i trzeźwieję natychmiast.

Do skrzyneczki dorzuciłam piórko dla tych, co patriarchatu nigdzie nie widzą, a fe­mi­nizm traktują jako niepotrzebne nadymanie się: weź konkretną sytuację spo­łecz­ną, która cię wzburzyła i zastanów się, czy wywołałaby takie samo wzbu­rze­nie, gdy­by zamiast geja, lesbijki, kobiety, zrobił to biały, heteroseksualny katolik? Jest róż­ni­ca? Dużo pracy przed nami.

W patriarchacie milczenie obecne jest wszędzie, chociaż od męż­czyzn wymaga się innych rodzajów milczenia niż od kobiet. […] męskie milczenie to kompromis na rzecz władzy i przynależności.

Pierwszy akt przemocy, jakiego patriarchat wymaga od mężczyzn, nie jest skierowany przeciwko kobietom. Najpierw patriarchat nakazuje męż­czy­znom, by popełnili akt samookaleczenia, by uśmiercili emocjonalną część własnego ja. Osobnik, który nie zdoła się emocjonalnie okaleczyć, zawsze może liczyć na patriarchalnych mężczyzn, którzy odprawią nad nim rytuał władzy i brutalnie podważą jego poczucie własnej wartości.

[…] mężczyźni — mieszkańcy sfer zmaskulinizowanych, takich jak sport, wojsko, policja, męskie załogi budowlane lub wydobywcze — muszą, w imię przynależności, ponosić jeszcze większe wyrzeczenia. Kobietom przyznaje się prawo do szerszej gamy emocjonalnej, chociaż i one bywają zniechęcane lub stygmatyzowane, gdy wyrażają rzekomo zbyt gwałtowne i niestosowne uczucia, gdy są mało układne lub przejawiają inne niepożądane cechy — ambicję, krytyczną inteligencję, niezależność sądów, niezgodę, gniew. Inny­mi słowy, milczenie jest siłą wszechobecną, która różnie rozkłada się mię­dzy różne kategorie ludzi. Stanowi podwalinę status quo bazującego na homeostazie milczeń.

Status quo definiuje się przez to, kto jest, a kto nie jest słyszany. Ci, którzy je uosabiają – często kosztem niesłychanego wewnętrznego milczenia – prze­su­wa­ją się do centrum; ci, którzy uosabiają to, czego nie słychać, którzy mo­gą zakłócić spokój ludzi karmiących się milczeniem, są wyrzucani poza nawias.

Pejzaż milczenia można więc podzielić na trzy obszary: milczenie na skutek nakazu wewnętrznego, milczenie panujące na zewnątrz oraz milczenie, któ­re otacza rzeczy nienazwane, nieuznane, nieopisane i nieuświadomione. Nie są to obszary odrębne, lecz zasilają się nawzajem; niewypowiadalne za­mie­nia się w niepoznawalne i na odwrót – aż wreszcie coś pęka.

[…] zmiana tonu rozmowy prowadzi do zmiany reguł […].

Od czasu do czasu dostrzegam, że tak naprawdę nie da się niczego po­wie­dzieć. Ogólne kategorie, jakimi są słowa, pozwalają nam wrzucić do jed­ne­go worka rzeczy, które zasadniczo się od siebie różnią: „niebieski” składa się z tysiąca kolorów, „koń” to może być arab, kuc albo zabawka, „miłość” ozna­cza wszystko i nic; język zatem to ciąg uogólnień, który odmalowuje niekompletny obraz nawet wtedy, gdy coś przekazuje. Uży­wa­jąc języka, wkraczamy na teren kategorii – pojęć tyleż niezbędnych, co i nie­bez­piecz­nych.
     Kategorie bywają nieszczelne.

Bywa, że kategorie traktujemy jak system przegródek, do których można rutynowo i bezceremonialnie wrzucać wszystko, co wiadomo o ludziach. Wszyscy Żydzi popierają Izrael. Wszyscy muzułmanie to dżihadyści. Wszy­stkie lesbijki nienawidzą mężczyzn. Pakujesz świat do schludnego pudełka i koniec z myśleniem.

[Louis C.K. powiedział] „jak to się dzieje, że kobiety wciąż chodzą na randki, skoro, gdyby się zastanowić, najbardziej niebezpieczni są dla nich męż­czyź­ni? Jesteśmy dla kobiet zagrożeniem numer jeden! Z globalnej i historycznej perspektywy jesteśmy przyczyną numer jeden kalectwa i obrażeń kobiet”.

Słowo „dyskryminacja” ma dwa wzajemnie sprzeczne znaczenia. W sensie poznawczym dyskryminować oznacza jasno różnicować, dostrzegać szcze­gó­ły; natomiast w sensie socjopolitycznym dyskryminować to nie do­pusz­czać rozróżnień, być ślepym na indywidualne odmienności w obrębie danej kategorii.

Do najzacieklejszych debat w naszej epoce dochodzi wówczas, gdy każda ze stron upiera się, że wszystkie elementy jakiejś kategorii potwierdzają wy­łącz­nie jej własną wersję danego zjawiska.

Otóż nie jest prawdą powszechnie znaną, że człowiek, który uważa własne opinie za fakty, może również uważać się za Pana Boga. Jednak tak bywa, jeżeli ów człowiek niedostatecznie przyswoił sobie fakt, że istnieją inni lu­dzie, którzy mają inne doświadczenia, którzy także zostali stworzeni rów­nymi i mają pewne niezbywalne prawa, a w ich głowach również zachodzi ów niepokojący i ciekawy proces zwany świadomością. Ta dolegliwość wciąż trapi wielu mężczyzn, zwłaszcza gdy są biali i heteroseksualni […].

Dlaczego ma być łatwo? Łatwo nie będzie, bo nie może.

Bywa, że mężczyźni nalegają, by „dla uczciwości” przyznać, iż mężczyźni cierpią przez kobiety tak samo jak kobiety przez mężczyzn, a czasem nawet bardziej. Równie dobrze można by twierdzić, że rasizm przysparza białym tyle samo cierpień co czarnym i że nie istnieje na świecie hie­rar­chia przy­wi­le­jów i gradacja ucisku. I są tacy, którzy tak twierdzą.

[…] „Jest mi przykro z powodu tego, co się stało”. Zupełnie jakby proste wnio­sko­wa­nie: osoba plus działanie równa się skutek, było dla nich za trud­ne i nie potrafili stawić czoła następstwu zdarzeń. Drogą ucieczki staje się wówczas język, luźna i mętna mowa. Rzeczy po prostu się dzieją.

To, co da się rozpoznać, można naprawić lub temu przeciwdziałać.

Każdy ma swój udział. Można powiedzieć, że kobiety są zależne, ale tylko wtedy, kiedy to samo powiemy o mężczyznach. Zależność to niezbyt pomocna miara; być może lepszym probierzem byłaby współzależność. Kobiety w większości nigdy nie były zależne i bezużyteczne; teraz na ogół również takie nie są.

Feminizm potrzebuje mężczyzn. Choćby dlatego, że mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet lub nimi gardzą, mogą się zmienić jedynie – jeśli w ogóle – gdy zmieni się kultura; gdy krzywdzenie kobiet w straszny sposób oraz mówienie o nich strasznych rzeczy przestanie podnosić pozycję mężczyzny w oczach innych mężczyzn.

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

Miłość to ciągłe negocjacje, ciągłe rozmowy; kochać kogoś to otworzyć się na odepchnięcie i porzucenie; miłość jest czymś, na co można zasłużyć, ale czego nie da się wymusić. To teren, gdzie traci się kontrolę, gdyż druga osoba także dysponuje prawem i wyborem; to wspólny proces, a więc uprawianie miłości, w najlepszym wydaniu, to proces, który zamienia negocjacje w radość i zabawę. […]
     Jeśli nie nauczono nas współpracy, negocjacji, szacunku i uwagi, jeśli ukochana osoba nie jest dla nas kimś równym i obdarzonym nie­zby­wal­nymi prawami, to nie jesteśmy zbyt dobrze wyekwipowani do podjęcia dzieła miłości.

Zawsze zostaje coś, co należy jeszcze powiedzieć, zawsze ktoś wciąż walczy o słowa i możność opowiedzenia swojej historii. Co dzień każda z nas na nowo wymyśla świat i swoje ja, wychodzi temu światu na spotkanie, otwiera lub zamyka w nim przestrzeń dla innych.

(tamże)

(4151+1). Ad rem (II)

Kategoria: Strajk Kobiet. Nie mam nic mądrego do dodania.

Jest prawdą powszechnie znaną, że kobiecie mającej własny pogląd brak do szczęścia tylko cudzych pouczeń.

W obecnej skrajnie antyaborcyjnej atmosferze […] kobieta w po­rów­na­niu z płodem w jej macicy nie ma żadnej wartości, chociaż z prze­szło połowy tych płodów kiedyś wyrosną kobiety, które także kiedyś ktoś uzna za bezwartościowe w porównaniu z kolejnym pokoleniem po­ten­cjal­nych płodów.

Niekończąca się wojna z prawami reprodukcyjnymi — nie tylko z prawem do aborcji, lecz również do antykoncepcji, planowania rodziny i edukacji seksualnej — jest próbą wywarcia instytucjonalnego przymusu. Przemoc odgrywa w niej istotną rolę, niemniej przymus ma także wiele innych wcie­leń, jak na przykład represyjne prawo karne. Nietrudno dostrzec, że usta­wo­daw­stwo, które rzekomo broni praw istot nie­na­ro­dzo­nych kosztem praw kobiet noszących owe istoty w brzuchu, w gruncie rzeczy skupia się na prawie mężczyzn i państwa do władzy nad kobiecym ciałem; nietrudno dostrzec, że odmowa dostępu do anty­kon­cep­cji i aborcji to atak na auto­nomię i sprawczość kobiet. Nieustająco atakowane jest prawo kobiet do decydowania o tym, czym jest dla nich seks, prawo do kontroli nad własnym ciałem, prawo do dążenia do rozkoszy i zawierania związków bez ulegania ogromnym wyzwaniom macierzyństwa lub do wybrania tegoż macierzyństwa na własnych warunkach.

Słowa nas łączą, milczenie rozdziela: pozbawia nas pomocy, solidarności lub choćby poczucia wspólnoty, które można wy­wo­łać lub wyprosić, posługując się mową.

Czeka nas wiele zadań: trzeba nazywać rzeczy po imieniu, mówić prawdę najlepiej, jak umiemy, rozumieć, skąd się wzięłyśmy, słuchać tych, których uciszano w przeszłości, dostrzegać, jak schodzą się i rozchodzą miriady naszych historii, korzystać z posiadanych przywilejów do li­kwi­da­cji uprzywilejowania lub jego poszerzenia. Takie są nasze zadania. Tak tworzy się świat.

Polityczki są krytykowane za wygląd, za głos, za posiadanie ambicji, za to, że nie poświęcają czasu rodzinie (lub że jej nie mają). Określenia typu „krzy­kli­wa” i „apodyktyczna” są zarezerwowane dla kobiet, podobnie jak sfor­mu­ło­wa­nie „mądrzyć się” dla Afroamerykanów. Kobiety w polityce nie mogą być zbyt kobiece, bo kobiecość nie kojarzy się z przywództwem; ale nie mogą też być zbyt męskie, bo męskość im nie przysługuje — podwójne związanie spychające je do miejsca, które nie istnieje, nakazując im bycie czymś niemożliwym, żeby nie uchodzić za coś złego. Bo, o ile zdołałam ustalić, być kobietą oznacza wiecznie coś robić źle. A przy­naj­mniej tak jest w patriarchacie.

Bez znaczenia jest, jakie masz zdanie jako kobieta: jeśli zapuścisz się na zwyczajowo męskie terytorium, zawsze spotkasz się z agresją. Wywołuje ją nie to, co mówisz, ale sam fakt, że się wypowiadasz.

[…] trzeba zdać sobie sprawę, że milczenie stanowi powszechny stan ucisku i że milczenie i uciszanie mają sporo odmian.
     Kategoria „kobiety” to długi bulwar, który krzyżuje się z mnóstwem mniej­szych ulic, takich jak klasa, rasa, bogactwo i bieda. Wędrówka tym bulwarem prowadzi zatem przez wiele skrzyżowań i w żadnym razie nie oznacza, że w mieście milczenia liczy się tylko jedna ulica i jedna trasa.

Przemoc wobec kobiet to często przemoc wobec naszych historii i głosów. To zanegowanie naszych głosów i wszystkiego, co oznaczają — prawa do sa­mo­okre­śle­nia, do przynależności, do zgody lub niezgody, do życia i uczestnictwa, do interpretacji i narracji.

To poniekąd zagadka, dlaczego jakieś konkretne zdarzenie jest kroplą, która przepełnia czarę goryczy.

Każda kobieta w każdym momencie może zostać uznana za chodzące referendum na temat kobiet — naprawdę wszystkie jesteśmy emocjonalne, skłonne do intryg i nie znosimy matmy? — lecz kiedy mowa o mężczyznach, takie miary nie są stosowane.

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

4151. Czytana tam, skończona tu (II)  // Ad rem (I)

Od pierwszego eseju rozsiadła się w dziale moja książka roku 2021. Dwa dni po jej skończeniu wciąż głowię się nad wyborem cy­ta­tów, ba, nad wyborem kwestii, któ­rych wybór cytatów ma dotyczyć. Nie jest to naj­ła­twiej­sza łamigłówka, ale też wiem, że potrzebuję znaleźć chwilowe choć roz­wią­za­nie, by pójść dalej.

O, rany! Gdyby ta książka powstała kilkanaście lat temu, gdybym ją wtedy prze­czy­ta­ła… nie byłoby tego bloga! Bo powstał z niemocy utrzymania w sobie słów, z po­trze­by prze­ga­da­nia (choćby tylko ze sobą) istotnych kwestii, o których się nie mówi, z zachwytu bycia obdarowaną przez Życie. Gdyby tak było, nie pojawiłoby się w moim ży­ciu wielu Ludzi, bez których sobie swego życia nie wyobrażam.

Wygląda na to, że w życiu można mieć wszystko. Ja mam blog, „mam” swoich Lu­dzi, Oni mają mnie i, (jakby było mało) jest ta książka.

Zacznijmy więc od oczywistości, że tylko dzieci uszczęśliwią i nadadzą sens życiu kobiety — koń by się uśmiał na śmierć. A Misia Furtak, czekająca w blokach star­to­wych od dwóch lat, krzyczy: ej, to mój wpis!

Niekiedy już sam fakt, że możemy mówić, że ktoś nas słyszy, że ktoś nam wierzy, decyduje o naszej przynależności do rodziny, wspólnoty i spo­łe­czeń­stwa. Czasem nasz głos powoduje, że te struktury pękają; bo czasem te stru­ktu­ry są więzieniem. A kiedy słowa przełamują to, co niewymawialne, rze­czy dotąd tolerowane społecznie stają się nie do zniesienia.

Cisza spokoju, wyciszenie umysłu, wytchnienie od słów i zgiełku są z aku­sty­czne­go punktu słyszenia takie same jak milczenie na skutek ucisku i za­stra­sza­nia, jednak psychicznie i politycznie brzmią całkiem inaczej. Są rze­czy, których nie mówimy, bo dążymy do introspekcji i spokoju, oraz te inne, o których milczymy, bo zagrożenia są zbyt poważne lub przeszkody zbyt duże — lecz pierwsze różnią się od drugich tak, jak pływanie różni się od zatonięcia.

[…] różne epoki i kultury często zadawały sobie całkiem inne pytania niż obecna. Jaki jest twój wkład w dobro świata lub twojej społeczności? Czy żyjesz zgodnie ze swymi zasadami? Co zostawisz po sobie? Jaki sens ma twoje życie? Być może nasza obsesja na punkcie szczęścia to sposób, by nie zadawać sobie tych pytań, by nie myśleć o tym, jak pojemne potrafi być nasze życie, jak skuteczna może być nasza praca i jak dalekosiężna — nasza miłość.

Jednym z powodów kurczowego przywiązania do idei macierzyństwa jako kluczowej dla kobiecej tożsamości jest przekonanie, że dzieci zaspokajają naszą potrzebę miłości. Ale tak wiele rzeczy oprócz potomstwa zasługuje na miłość, tak wiele rzeczy miłości potrzebuje — miłość w naszym świecie ma tak wiele do zrobienia. I mimo że tyle osób kwestionuje pobudki ludzi bez­dziet­nych, uważając ich za jednostki egoistyczne, które nie chcą ponosić ofiar związanych z rodzicielstwem, to jakoś umyka ich uwadze, że ludzie mocno kochający swoje dzieci mogą mieć mniej miłości do zaoferowania reszcie świata.

[…] społeczne recepty na spełnienie bywają źródłem nieszczęść zarówno w przypadku osób piętnowanych za to, że nie umieją lub nie chcą się do nich zastosować, jak i ludzi posłusznych, którym jednak szczęścia nie dają.

Są ludzie, dla których istotą dobrego życia są rzeczy inne niż szczęście — dawanie i branie miłości, zadowolenie, honor, sens, głębia, zaangażowanie, nadzieja.

Pytania o szczęśliwość zazwyczaj są zadawane przy założeniu, że wiadomo, jak wygląda szczęśliwe życie. Często pisze się, że wystarczy w tym celu zdo­być stosowne rekwizyty — współmałżonka, potomstwo, majątek, prze­ży­cia ero­ty­czne — chociaż nawet milisekunda zastanowienia pozwala sobie przy­po­mnieć niezliczone osoby, które mają to wszystko, a przecież są nie­szczę­śli­we.

Zbyt duża część naszego społeczeństwa wciąż tkwi w okopach żarliwej wiary, że rodzinę, w której dziećmi zajmuje się dwoje heteroseksualnych rodziców, spowija zgoła nadprzyrodzona magia. W rezultacie pod­trzy­mu­je­my nieudane związki, niosąc destrukcję całemu otoczeniu. Ludzie bez końca tkwią w strasznych małżeństwach, nie mogąc ich zakończyć, bo uparcie wierzą starej recepcie, według której sytuacja nieznośna dla jed­ne­go lub obojga rodziców okaże się jakoś korzystna dla dzieci.

Być może problem częściowo polega na tym, że nauczono nas zadawać niewłaściwe pytania samym sobie.

Życiowym celem stała się dla mnie postawa prawdziwie rabiniczna, umie­jęt­ność odpowiadania pytaniem otwartym na pytanie zamknięte, osią­gnię­cie wewnętrznej mocy, która skutecznie ostrzeże mnie przed intru­zem, a przy­naj­mniej przypomni, że powinnam go zapytać: „Dlaczego o to py­tasz?”. Odkryłam, że to na ogół najlepsza reakcja na nieprzyjazne py­ta­nie, a pytania zamknięte zazwyczaj są nieprzyjazne.

W życiu warto zadawać sobie wiele pytań, więc być może kiedyś staniemy się mądrzejsze i zrozumiemy, że nie na wszystkie trzeba odpowiadać.

Pytanie zadane mi we wspomnianym wywiadzie było niemądre, bo za­kła­da­ło, że wszystkie kobiety powinny mieć dzieci, a także niestosowne, bo roz­mów­ca uznał za rzecz naturalną, że kobiece czynności reprodukcyjne są spra­wą publiczną. Co gorsza, kryło się w nim bardziej fundamentalne założenie, że nie istnieje dla kobiet inny sposób życia.

Niektóre osoby pragną mieć dzieci, ale ich nie mają z roz­ma­itych powodów: osobistych, medycznych, emocjonalnych, zawodowych; inne tego nie chcą, i to też nie powinno nikogo obchodzić.

Mężczyzny nigdy by o to nie zapytał!” — plunęła wściekle. Miała rację. (Jej wykrzyknienie, zadane w formie pytania: „Zapytałbyś o coś takiego męż­czy­znę?”, to świetny sposób, aby usadzić niektórych interlokutorów). U źró­deł tego typu natręctw prawdopodobnie tkwi przekonanie, że nie ma czegoś takiego jak Kobiety, stanowiące pięćdziesiąt jeden procent ludzkości, któ­rych potrzeby są równie różnorodne, pragnienia zaś równie zagadkowe jak potrzeby i pragnienia pozostałych czterdziestu dziewięciu procent; że ist­nie­je wyłącznie Kobieta w liczbie pojedynczej, która musi wyjść za mąż i rodzić dzieci i której zadaniem jest wpuszczać w siebie mężczyzn i wy­pusz­czać z sie­bie potomstwo, jakby była czymś w rodzaju windy dla gatunku.

Nie istnieje dobra odpowiedź na pytanie, jak być kobietą; być może cała sztuka polega więc na tym, jak tej odpowiedzi odmawiać.

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

*   *   *

Misia Furtak, Nie zaczynaj.

sobota, lutego 27, 2021

4150. Czekariat (VII)

Osiem dni temu wszystko było białe. Mnie projekt biel zaczepił, a Ją do ćwi­czeń zaprosił temat: Biel za oknem. Taka mała jungowska synchroniczność.


Kaan.

(4148+1). Pogaduchy o książce…

Sadownik:
(ma przeczytane wszystko to,
co Drzewko przeczytać ma w planie,
ale nie książki Wójtowicz
)

Jabłoń:
(zachęca do lektury, puszczając pierwszy utwór)
Sabina słucha tego, jeżdżąc beemką.

Sadownik:
A jakim modelem?

Jabłoń:
Nie wiem. Nie wiem nawet,
jakiego koloru jest ta beemka.

Jabłoń:
(po chwili, z nie mniejszym entuzjazmem,
puszcza drugi utwór
)
A tego słucha Piotruś.

Sadownik:
A on czym jeździ?

Jabłoń:
(polała z kretesem test na znajomość lektury)

piątek, lutego 26, 2021

4148. Czytane tam, skończone tu (I)

Każda potwora znajdzie swojego amatora. Już wiem, że ta ludowa mądrość do­ty­czy również literatury. Moja trudna relacja z beletrystyką (w ogóle) zmieniła cha­rak­ter na wy­jąt­ko­wo mi­ło­sny.

Nie wiem, czy ten gatunek ma konkretną, wąską nazwę. Wiem, że kryminalne hi­sto­rie z nienormatywnymi w wielu rolach to zdecydowanie moja czytelnicza bajka. Pła­ka­łam ze śmiechu. Od początku do końca. Dobrze, że jest drugi tom. Szkoda, że jest jeszcze tylko drugi tom.

Zawsze-Wolna-od-Nudy miała nosa, polecając mi tę książkę.

[…] wrzaśnięcie na Rybalczewskiego: „Współpracuj kretynie, bo żona cię wyegzorcyzmuje!”, absolutnie nie wchodziło w grę. Piotr wziął głęboki oddech i wyobraził sobie, jak złość i irytacja uchodzą z niego basowym chrząknięciem, niczym muzyka z gardła mongolskiego śpiewaka.
     — Ja cię nie potrzebuję. Ja potrzebuję, żeby się mnie wszyscy do cholery zaczęli słuchać – oznajmił urażony Rybalczewski, pocierając nerwowo wąsa.
     — Czy dobrze rozumiem, że chciałby pan być dla innych autorytetem?
     — Tak! A oni wszyscy w ogóle nie chcą mnie słuchać!
     […]
     — Kiedy mówi pan wszyscy, kogo ma pan na myśli?
     — No wszystkich! – warknął wyraźnie sfrustrowany Rybalczewski.

Był poniedziałek, poniedziałczunio, poniedziałuś… no, poniedziałek, po prostu. Ósma rano. Początek tygodnia pracy. Serio, wszystkie aury, sraury i ponadnormatywność mogły iść sobie w cholerę i wrócić po trzech kawach.

*

     — Aleś sobie aurę uświnił — przywitała go życzliwie Sabina. — A rano była taka czyściutka! Ty się, chłopie, lecz, spirala autodestrukcji cię po­chło­nie. Piotruś cię na sesję weźmie!

*

Każdy nienormatywny wiedział, że obietnica to nie taka prosta sprawa.

Większość coachów czy terapeutów raczej nie miałaby pojęcia, co zrobić z klientem zaczynającym od „No więc moja dziewczyna jest demonem losu…”. Poza tym to było takie krzepiące, że ludzie pracowali nad ko­mu­ni­ka­cją i chcieli ze sobą rozmawiać, tak szczerze i na serio.

*

[…] patrzyła na niego tak, jakby nie mogła się zdecydować, czy go przy­tulić, czy dać mu w łeb. W końcu wzięła głęboki oddech.

*

Jak dobrze, że jesteś, czym jesteś — wyrwało mu się z głębi serca — bobym chyba z miejsca osiwiał.

Tylko jakiś osobnik o pudzianowskiej posturze, prowadzący na smyczy pieska typu wkład do damskiej torebki obrzucił ich nieprzychylnym spoj­rze­niem.

*

     — Nie wiem, o czym, kurka, myślisz, ale natychmiast przestań! — za­żą­dał desperacko.
     — Słucham? — zdziwiła się.
     — Ludzkie uczucia wpływają na zapachy. Inaczej pachnie strach, inaczej gniew, a cokolwiek teraz czujesz, winduje twój zapach na naprawdę okropne poziomy.

No proszę was — prychnęła, widząc ich miny. — To jest logiczne.
     — Chyba w twoim świecie — mruknęła ze zgrozą Agnieszka.

*

      — Do dupy. — Agnieszka wykazała się empatią i bogatym słownictwem.

*

     — Piotrek mówi, że pytań ze słowem „dlaczego” lepiej unikać. Jak pytasz kogoś, dlaczego coś robi, to automatycznie budzisz w nim chęć do tłu­ma­cze­nia się i wywołujesz poczucie winy.

     — Co w tym było dla ciebie nieprzyjemne?
     —  Nie coachuj mnie tu, tylko mi powiedz tak na bezczela, co ja czuję — zażądała Sabina, opierając głowę na jego ramieniu.
     — Jesteś zazdrosna. […]
     — No widzisz — westchnęła Piechota. — I co ja z tym zrobię?
     — Uświadomisz sobie, że […] . Każda relacja jest unikalna, tak jak uni­kal­ne są dwie osoby, które się w nią angażują, i jak unikalne jest to, co razem budują.

*

[…] doszedł do wniosku, że jeśli nie wprowadzi w życie stwierdzenia: „Coachu, coachuj się sam”, to będzie nieprofesjonalnym hipokrytą. Nie był na to gotowy, zdecydowanie, ale jeśli miał być sam ze sobą szczery, to na tę gotowość nie miał co liczyć. Wyparcie było zdecydowanie wygodniejsze. No ale kiedy, jeśli nie teraz, i kto, jak nie on?
     […]
     — Dokonałeś coming outu na parkingu przed szpitalem. Jak to nie jest wyjście poza strefę komfortu, to ja sama nie wiem, co jest. Jestem z ciebie bardzo, bardzo dumna.

*

Z całego serca popieram dbałość o jakość usług i kreatywność w rozwiązywaniu problemów.

Milena Wójtowicz, Post Scriptum,
Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018.

     — Co ty jesz? — zapytał nieufnie.
     — Śledzia w sosie musztardowym — odparła z wyraźną niechęcią w głosie Sabina. — To całe czyszczenie aury rozwala mi równowagę cukrów w organizmie.

*

     — Jestem profesjonalistką — wyrecytowała grzecznie i wręcz lekko pro­wo­ka­cyj­nie. — Nie działam pochopnie. Wiem, jaki jest mój cel. Wiem, co mi pomaga. Wiem, co mi przeszkadza. Panuję nad drogą do celu. I po­trze­bu­ję cukru jak cholera. Te śledzie mi się czkawką osobowościową odbijają!

*

[…] odczuwała niedosyt. Taki przykry, emocjonalny, rzucający się na jej samopoczucie psychiczne i fizyczne, którego nie zaspokoił nawet kilogram pierniczków.

*

Ulga była fajnym uczuciem, zwłaszcza kiedy zagryzało się ją delicją jagodową.

(tamże)

*   *   *

Hanggai, The Rising Sun.

*

Yiruma, Kiss the Rain.

4147. Perliło się mi (XIII)

potrzebujesz tego,
czego nie chcesz
.

JiM

czwartek, lutego 25, 2021

środa, lutego 24, 2021

4145. 55/365

     — na końcu najstraszniejszych łez jest…
     — koniec?
     — początek.

55/365

*

Przychodzi moment, kiedy skumulowane napięcie wybucha, cierpliwość się wyczerpuje, do głosu dochodzą wściekłość na to, co było, oraz nadzieja, że może — musi — nastąpić coś in­nego.

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.

[suplement pikselowy: 8.07.2021]

wtorek, lutego 23, 2021

4144. Czytane tam (II)

Apetyt na Carrolla przed szpitalem potężnie mi wzrósł. Zawsze-Wolna-od-Nudy poleciła mi ten zbiór opowiadań. Nie było go legalnie w ibuku, ale był Sadownik, całkiem legalnie za ścianą w gabinecie. Kliknął tu i tam i… znalazł. Nie pytałam, jak to robi, ale skorzystałam, skoro możliwy był tylko papier.

Rewelacyjna, mała książeczka na jedną szpitalną wieczoro-noc. Trudno było jedynie wybrać cytaty, by nie spojlerować. Ale dało się!

     — Nie uważasz jednak, że to dosyć upiorne? Że kiedy jest sam, staje się znowu Marsjaninem albo kimś takim?

     — Znasz to powiedzonko: w żadnym razie nie zakochuj się w psychiatrze, bo każdy z nich to skończony wariat?

Czy to w ogóle możliwe? Czy można rozkazać naszym furiom, kiedy stoją u granic, żeby wzięły parę głębokich oddechów i wycofały się o kilka kroków?

Ale to tylko metafora. Nie stoi za nią żadna realność.
     Mills przestał się uśmiechać.
     — Alchemia jest realna. Daję słowo, widziałem efekty jej działań niejeden raz.

     — Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy — przerwał jej rozważania adwokat — że istnieją różne alchemie, mniej albo bardziej tajemne. Za­mia­na ołowiu w złotu, o której wspomniałaś, to powszechnie znana wersja klasyczna. Jest jednak i inna, bardziej interesująca, zwana alchemią we­wnętrz­ną albo introwertyczną, która traktuje o mistyczno-kon­tem­pla­cyj­nych aspektach nauki. Jej istotą jest TRANSFORMACJA.

Prosty i szczodry gest. Chodź, pokażę ci coś niezwykłego.

Wszyscy mieli własne wyobrażenie na temat tego, dlaczego tu są i na czym polega sens ich wysiłków. W jednej sprawie panowała jednomyślność: tra­fi­li tu dzięki niebywałemu szczęściu.

Jest u siebie w mokry zimowy wieczór, w centrum największej tajemnicy życia, której nie musiał rozwiązywać, ona bowiem uniosła go i zadbała o niego, czyniąc jego życie znacznie lepszym, niż było przedtem.

[…] niemal zawsze pojawia się chwila, w której wszystko staje się ab­so­lut­nie oczywiste: widzi się ludzi, rzeczy i sytuacje tak jasno i wyraźnie, że praw­da nie nastręcza najmniejszych wątpliwości. Choć tego rodzaju epi­fa­nia jest ważna, jeszcze istotniejsze jest to, jak z niej skorzystamy. Lo­gi­ka dy­ktu­je zgodę, lecz zaprzeczenie jest dużo łatwiejsze i wygodniejsze.

Skinął głową ze zrozumieniem i powiedział: „Małysznie”. […] wyjaśnił, że wymyślił to słowo, by opisać małe cuda, które przytrafiają się nam niekiedy […] . „To zbitka dwóch różnych słów: «mały» i «pyszny», których sens spo­ty­ka się gdzieś pośrodku”.

     — Poświęcamy zbyt mało uwagi światu. Wiemy o tym, a jednak nie chce nam się. Dopiero jak coś się skończy albo ktoś umrze, jak coś zgubimy albo jest już za późno — uświadamiamy sobie nagle, że prześlizgnęliśmy się przez życie i ludzi, tracąc z pola widzenia szczegóły… […] Wszystko, co w ży­ciu najlepsze, Bill, to dzieło ludzkich rąk: ostrza scyzoryków, chleb, ubra­nia, kochanie się…

Jonathan Carroll, Kobieta, która wyszła za chmurę,
przeł. Jacek Wietecki, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2012.
(wyróżnienie własne)

Podając jej naczynie, spostrzegł, że woda się trzęsie, i powiedział pół­żar­tem:
     — Nerwowa woda.
     — Woda nie może być nerwowa — odparła. — To drży twoje SERCE

(tamże)

4143. Czytane tam (I)

Plan na szpitalne czytanie — wyłącznie fikcja (!) — był, ale była też historia.

Dawno, dawno temu, gdy covid nie śnił się niezwiązanym z medycyną ludziom, na sali rehabilitacyjnej poznałam Finkę. Obdarzałam Ją wzrokowo kudłatą miłością, bo lab, bo dziewczynka, bo mądry pies.

Na drugim końcu smyczy obleczona w kobiece ciało niebywała Pogoda Ducha. Re­ha­bi­li­ta­cja we wspólnej przestrzeni raz w tygodniu była dla mnie dodatkową formą świętowania dobrego życia. Wszystko, co dobre, czasem się koń­czy — roz­je­cha­ły się nasze grafiki rehabilitacyjne, a potem przyszedł covid. Na szczęście są media spo­łecz­no­ścio­we — ktoś udostępnił, ja zobaczyłam i już nie puściłam.

Pełnoprawna nauczyła mnie terminu audiodeskrypcja, podsunęła mi doskonałą książkę. Gdy w zeszłym tygodniu odnalazł mnie fejsbukowy post, oczywistym było, że się zachwycę i pomysłem, i rozmową, i dbaniem o komunikację z osobami z nie­peł­no­spraw­no­ścia­mi (rozmowa na samym dole wpisu).

W ten oto sposób wrócił do mnie Autor. Podczytnik zaciekawił, ale dopiero pierwszy akapit nie pozostawił mi żadnego wyboru — musiałam to mieć i przeczytać:

Zapisałem się na kurs, który ma potrwać całe moje życie. A ponieważ nie przykładam się do nauki, może to się jeszcze przeciągnąć.

Nikt, tak jak Autor, nie potrafi trzech największych religii XXI wieku w dwa krótkie zdania włożyć — chapeau bas, panie Juliuszu:

To są rzeczy proste jak chuj. Ile można chodzić do terapeuty, Jezu.

Trudno tak non stop nie oceniać świata, ale miewa się momenty. O taką pustkę piękną cztery dni się szarpałem. Tylko że jutro już nie będzie po niej śladu.

     — A może raz spróbować nie uciec? Może świat się nie zawali?

Przebić się przez język zen jest dość ciężko. Trudno nim mówić, trudno pi­sać. Inaczej układa te same wyrazy, korzysta z jeszcze innych, nałożonych na siebie języków i z pojęć, których definicje są tylko w języku intuicji, więc czasem można przez niego dostać kurwicy. Robię to od lat, ale nie umiem.

     — Przecież codziennie zajmujesz się przeszłością?
     — No tak, ale się nią nie zaciągam.

     — Alkoholicy są bardzo wytrwałymi praktykami zen, Julku. Na po­cząt­ku, bo po roku uznają, że są uzdrowieni.
     — Ja tak nie myślę.
     — Nie wiem, co ty myślisz, ale nie ma na co czekać. Jest tylko trochę czasu.

[…] najbardziej interesuje mnie ten człowiek w drodze. Gdzie on się gubił, skręcał, zawracał i odnajdował. Jeśli się od­naj­do­wał.

     — Kto idzie przez park?
     — Nie wiem.
     — Kto?
     — Nie wiem!
     — Doskonale. To jedyna szczera odpowiedź, jakiej możemy udzielić. Uśmiech mój. Uśmiech jego.

Co to więc jest, to, co jednak skłania do działania, wyboru, do pójścia za tym, a nie innym pragnieniem. Nie wiem.

     — A po co zmywasz naczynia?
     — Zależy od szkoły, wiadomo. Żeby były czyste albo żeby zmywać, ale to suchar, sensei, jest.

Kasia pyta, jak było, a ja, że nie było. Jak nie było? Nie było, no. A potem dodaję, że wymyśliłem nową terapię: NIEUWAŻNOŚĆ. Nie zauważasz ni­cze­go, wszystko przegapiasz w sposób nieoceniający, a jak już oceniasz, to i tak tego nie zauważasz.

Przemijanie to naprawdę porządna rzecz. Jedna z so­lid­niej­szych spraw w życiu.

     — Czyli ta choroba urojona jest podwójnie urojona?
     — No wie pan, ból jest realny, choć to jest jedna z tych chorób, w które za bardzo nie wierzę.
     — A w jakie pan wierzy?
     — W niedobór neuroprzekaźnika
. Po co mnożyć pojęcia. Brak se­ro­to­ni­ny daje różne objawy i teraz, jak każdemu objawowi przydzielimy cho­ro­bę, to nigdy się z tego nie wygrzebiemy.

Im więcej z wiekiem mam przypadłości, tym mniej mnie obchodzi, co o mnie myśli świat, który o mnie przecież nie myśli.

Uspokaja mnie mała myśl, że większość ludzi już albo jeszcze nie żyje. No bo jestem w grupie marginalnej, która po prostu teraz ma głos. Żywi tak wrzesz­czą i się obnoszą ze swoim życiem, parady robią, a są ledwie garst­ką. Przecież nie żyje przynajmniej ze sto miliardów, może to i tak nie­do­sza­co­wa­ne. […] Za ulgą przychodzi może nie radość, ale zadowolenie.

Nic nie planuję. Na nic nie czekam. Nic sobie nie wy­obra­żam. Na nic się nie przygotowuję. Niczemu się nie opieram.

Juliusz Strachota, Krótka wycieczka na tamten świat,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020.
(wyróżnienie własne)

     — A pytałeś go?
     — O Jezu, my od lat się nie pytamy o takie rzeczy.
     — Jakie?
     — Żadne. Wysyłamy sobie czasem esemesy o tym, co jemy na obiad.
     — Zaskocz go śniadaniem.

Łapię za telefon i już prawie dzwonię. Dwadzieścia lat z ojcem gram w grę, kto pierwszy odezwie się po nieodzywaniu się, które nastąpiło po czymś, cze­go nie da się nazwać. Kilka rzeczy ma swoje nazwy i one, niestety, cza­sem pa­da­ją. Wtedy są bardziej gwałtowne ewakuacje. Pewnie większą sztu­ką jest omijanie słów, a nie ludzi, ale ciągnie do swoich wyrazów.

     — To wy z ojcem, Julek, nie bardzo?
     — To się nie da powiedzieć. Ja nie wiem, nie umiem i on pewnie też nie wie, choć ja nie wiem w sumie. Przebić się przez siebie samego najtrudniej i nie wykoleić na pierwszym zakręcie.

     — A ty boisz się śmierci?
     — Jaaa? — Mama często przeciąga ja, żeby dać sobie czas na odpowiedź. — Ja się nie boję.
     — Naprawdę?
     — Naprawdę, naprawdę.
     — No bo ja mam podejrzenie, że przemijanie w życiu jest naj­pięk­niej­sze.

(tamże)

* * *

Juliusz Strachota w rozmowie z Markiem
Sekielskim, Co ćp** po odwyku?

poniedziałek, lutego 22, 2021

4142. 49–53/365

     — pogoda ducha? a skąd?
     — zwyczajnie, gdy dociera do ciebie, że nie masz nic do stracenia.

49–53/365

[suplement pikselowy: 17.06.2021]

4141. Tam (XVIII)

Ograniczenia:
      ☞ covid — w pikselu już tu był, oddział
      ☞ znam jak własną kieszeń i jakby było mało:
      ☞ nie chodzę po korytarzu,
      ☞ jestem sama na sali.

A szpitalny projekt fotograficzny to jednak zobowiązanie — przede wszystkim wobec samej siebie. I co z tym fantem zrobić?

Pomysł sam do mnie przyszedł w środku pierwszej szpitalnej nocy. Wciąż było tak pięknie bielusieńko na świecie, więc biel!

Łóżko — przestrzeń mocno ograniczona, ale również czasem cały świat. Co dba o Twój dobrostan? Byłam zadbana.





*

Poszłam do szpitala śnieżną zimą, wyszłam w ciepły, słoneczny, wiosenny dzień — Biały Kruk napisał dziś, że żurawie wróciły do Małej Danii.

środa, lutego 17, 2021

4140. 48/365

nie zabezpieczam tyłów. nie mogę
niczego, co ważne, zachować na zapas.

boję się, ale ufam i idę naprzód.

48/365


Kaan.

4139. Skończona jeszcze tu

Czytałam Carrolla na pierwszych studiach, a potem zapomniałam o nim. Pozwo­li­łam moim egzemplarzom jego książek pójść do ludzi i nigdy nie wrócić. O Autorze przypomniała mi Zawsze-Wolna-od-Nudy — jest Jej ulubionym pisarzem.

Mając w perspektywie tam, postanowiłam rzucić się w tę fikcję jeszcze tu. To była doskonała decyzja. Nie miałam pojęcia, że tęskniłam do carrollowej magii. Wielo­wy­mia­rowy, odkrywany z każdym rozdziałem na nowo, tytuł powieści — to mój oso­bi­sty zestaw achów i ochów! Ta książ­ka jest po prostu favolosa*! Życzę nam wszyst­kim… czego?… byśmy stali się Ła­za­rzo­wymi Szkiełkami. Niech!

___________
  * (tamże)
       — Incantevole! — zawołał. — Favoloso!
       Zaskoczona spytała, co to znaczy. „Czarujący” i „bajeczny” – po włosku.

*

— Wiesz co, Grahamie? Do diabła ze strachem. Zamiast lękać się tajemnic życia, powinniśmy się na nie otwierać. To my dokonujemy wyboru. Niechętnie to przyznajemy, bo gdy sprawy idą źle, wymigujemy się od odpowiedzialności. Decyzja należy wyłącznie do ciebie, Grahamie. Moim zdaniem powinieneś wybrać życie, które w tej chwili najbardziej cię fascynuje.

*

Przerwała na moment. — Najlepsze, co może nas w życiu spotkać, na co można liczyć, to poranne przebudzenie się z poczuciem satysfakcji z tego, gdzie jesteśmy, co robimy i, jeśli szczęście nam sprzyja, z kim układamy wspólne życie. Tylko zachłanny głupiec będzie żądał albo oczekiwał czegoś ponadto.

*

Pomysły napływają zewsząd i z codzienności. Ważniejsze jest, co się z nimi robi, kiedy już się pojawią.

*

[…] nawet kiedy życie się popsuje albo i rozsypie w puch, można w nim znaleźć coś, co nas uratuje, jeśli tylko otworzymy się na taką możliwość: może to będzie drugi człowiek, szalona nadzieja, a może waza zupy pomidorowej.

*

     — Ludzie chcą, aby życie było ich przyjacielem. Niektórym wydaje się, albo nawet są przekonani, że im się to należy. Ale ja myślę o życiu jako o towarzyszu podróży, w dodatku takim, który nie jest zbyt przewidywalny. Gdyby życie było moim przyjacielem, ciągle bym się czuła zawiedziona albo zraniona. Ale ponieważ jest zwykłym towarzyszem podróży, to prostu przemierzamy razem tę samą drogę. Cieszę się, kiedy ma dobry humor albo okazuje mi szczodrość, ale niczego od niego nie oczekuję. Zadowolenie, a przynajmniej wygoda zależą zwykle od nas samych. Nie powinniśmy się spodziewać, że dostaniemy je z zewnątrz albo że inni ułatwią nam zadanie. — Uśmiechnęła się i potarła dłonie. — Co sfotografujesz?

*

[…]   jeśli macie jaja z prawdziwego zdarzenia, możecie po prostu zapytać partnerkę, co jej sprawia przyjemność. Ale jak usprawnić poczucie hu­mo­ru? Jak nauczyć kogoś, co jest, a co nie jest śmieszne?

*

Podniosłam głowę i zobaczyłam, że facet przytyka coś do nosa i uśmiecha się błogo. To była gałązka bzu. Cudowny widok, Samar. Wszyscy dookoła pienią się i wściekają z powodu korka, a kierowca autobusu, jak buddyjski mnich, napawa się zapachem bzu w tym całym zamieszaniu.

*

     — Słuchaj, jak się kobieta na coś zaweźmie, to jej nie przekonasz. Prędzej zawiążesz wodę w supeł.

Jonathan Carroll, Mr. Breakfast, przeł. Jacek Wietecki,
Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2019.

Oczywiście, kluczowe jest słowo „spróbować”. Człowiek wybiera sobie życie, które uważa za najodpowiedniejsze dla niego. Następnie stara się je dobrze przeżyć. Niewykluczone, że w ten sposób powstaje we wszechświecie pozytywna fala, która ogarnia życie innych ludzi i zmienia ich na lepsze.

*

Powiedziałabym, że nie tylko przeżyłeś własną katastrofę, ale całkiem nieźle sobie poradziłeś, biorąc pod uwagę, że nie jesteś kotem.
     — Co koty mają tu do rzeczy?
     — Mają dziewięć żyć. Ty masz tylko trzy, ale to i tak dwa więcej niż większość śmiertelników.

*

     — Jeśli tego chcesz – odezwała się głośniej – to do dzieła. Życie jest krótkie i nieładnie się kończy. Im mniej będziesz żałował na mecie, że czegoś w nim zaniechałeś, tym lepiej dla ciebie.

(tamże)

wtorek, lutego 16, 2021

4138. Incantevole!

Sadownik:
(opowiada, że na lekcji…)

Maestra-Di-Italiano:
W niedzielę odwiedziły nas
przyjaciółki Drzewka.

Pan Ciasteczko:
(nie kłamie na lektoracie)
W niedzielę… nikogo nie było.

Maestra-Di-Italiano:
To tylko ćwiczenie,
przetłumacz.

Jabłoń:
(ryknęła śmiechem)

4137. W rozkroku, jeszcze tu

pierwszy raz w życiu ula z przybraniem. dwa dni pasłam nimi oczy. trawki — jedna po drugiej — niezmiennie mnie hip­no­ty­zu­ją. od dziś jeszcze dwa dni popasę wzrok i węch, nim na­sta­nie tam-czas.

niedziela, lutego 14, 2021

4136. A jeśli…

Trzy tygodnie przed publikacją zaczęłam czekać na tę książkę. W dniu, w którym się ukazała, miałam ją na czytniku. Powoli czytana, odkładana, „myślana”. Są w tej książce miejsca, które świadczą o tym, że doświadczanie choroby nowo­two­ro­wej i choroby neuro­de­ge­ne­ra­cyj­nej ma podobny społecznie odcień.

Jest w tej książce myśl, która sprawiła, że oniemiałam i coś mi w środku prze­sko­czy­ło na miejsce mocy. To, że człowiek nieuleczalnie lub śmiertelnie chory dowie się wcześniej lub później, że jego choroba to lekcja, karma, próg, efekt nie­roz­wią­za­ne­go konfliktu wewnętrznego lub nieradzenia sobie z emocjami, to oczywista oczy­wi­stość. Wiele chorych osób daje się w to wkręcić, jakby sama choroba to był ciężar zbyt lekki na jeden ludzki los.

To, co jest ciekawe, na co zwróciła moją uwagę Autorka, to fakt, że społeczeństwo nie samobiczuje się, że może chorzy nieuleczalnie lub śmiertelnie są chorzy, bo kapitalizm, neoliberalizm, dyskryminacja i państwo z kartonu. Jeśli więc wpadniesz na pomysł, by komuś mądrość o lekcji/karmie/itp. sprzedać, bo wierzysz, że po­czu­cie winy świetnie leczy z wszelkich chorób, to pomyśl: może ten człowiek jest chory przez ciebie jako przedstawiciela chorego porządku społecznego. Nie wierzę, że z tą myślą będzie ci łatwiej wspierać chorą osobę, ale kto wie, może przemawia do ciebie tak skonstruowana lekcja, bo przecież nie masz wewnętrznych konfliktów* i nie tłu­misz** swoich emocji, prawda?

____________
  * pisząc te słowa, udaję, że w to wierzę.
  ** to jest możliwe, tylko czy przypadkiem nikt się nie pochorował od twoich nie­skrę­po­wa­nych wybuchów złości?

Do uróżowanego krajobrazu tak zwanej świadomości regularnie dopuszcza się tylko jedną grupę chorych: te, które raka piersi przeżyły. Narracje zmie­rza­ją ku zwyciężczyniom. Jeśli chce się opowiedzieć o własnej chorobie, powinna to być historia o „ocaleniu” dzięki neoliberalnemu zarządzaniu samą sobą — schemat przewiduje jednostkę, która postępowała właściwie, badała się w domu i robiła mammografię, stosownie wyleczony nowotwór, pięciokilometrowe przebieżki, zielone organiczne smoothie i pozytywne myślenie.

*

Powszechne obecnie formy literackie dotyczące raka piersi pomijają przemysłową etiologię tej choroby, mizoginiczną i rasistowską przeszłość oraz praktykę medycyny, straszliwą kapitalistyczną machinę zysku oraz nierówną dystrybucję klasową cierpienia i śmierci. Pisanie wyłącznie o sobie może być pisaniem o śmierci, ale pisanie o śmierci jest pisaniem o wszystkich.

*

Jeśli objawy pozostają w obiegu wystarczająco długo, mogą dostąpić łaski imienia: choroba, zespół, nadwrażliwość, hasło z wyszukiwarki. Czasem jest to wystarczające lekarstwo — jakby „nazwać” znaczyło „rozwiązać problem”. Czasem podarowanie człowiekowi nazwy dla jego cierpienia jest jedyną dostępną terapią.
     […] Dolegliwość bez nazwy to dolegliwość trzymana w zawieszeniu, wspólna wszystkim albo spychana w pobliże psychiatrii.

*

[…] wszyscy cierpiący, zarówno ci naznaczeni leczeniem, jak i ci naznaczeni wyczerpującą opieką nad chorymi, są także naznaczeni okolicznościami historycznymi, tworzącymi splot rozmaitych relacji społecznych i eko­no­micz­nych.
     Historia chorób nie jest historią medycyny — jest hi­sto­rią świa­ta — a historia posiadania ciała równie dobrze mogłaby być historią tego, co nielicznym robi się w interesie wielu.

*

Współczesna medycyna reaguje na chorobę nieposłusznego ciała, nadgorliwie przetwarzając ją w dane.

*

Praca troski i praca danych współistnieją w paradoksalnej sy­mul­ta­ni­czno­ści: łączy je to, że tak często wykonują je kobiety i że jak wszystko, co tra­dy­cyj­nie uważa się za kobiece zadanie, zwykle pozostają niezauważone.

*

Lekarze, którzy czasem są kobietami, a czasem mężczyznami, spotykają się ze mną w punkcie, w którym moje ciało jest najbardziej policzalne. Logują się do systemu, ale piszą mniej albo nie piszą wcale. […]
     Kobiety przemieniają ciało w dane, a lekarze te dane interpretują. Pra­co­wni­ce szpitala zebrały informacje i opatrzyły mnie etykietkami, zin­fo­rma­ty­zo­wa­ły moje doznania. Ale to lekarze mnie czytają — czy raczej czytają to, czym stało się moje ciało: złożoną z informacji pacjentkę stworzoną przez pracę kobiet.

*

Choroba nigdy nie jest neutralna. Leczenie nigdy nie jest wolne od ideologii. Śmiertelność — od polityki.

*

Pacjenci onkologiczni mogą wierzyć, iż odmowa podporządkowania się terapii to bunt przeciwko uprzedmiotawianiu ich przez system medycyny, ale prawdopodobnie się mylą. Niepodporządkowanie się nie stanowi dla systemu dowodu na to, że dana osoba jest autonomiczna, myśląca i zdolna do świadomej niezgody, lecz jest postrzegane jako zakłócenie pochodzące z innych, niosących ze sobą skażenie systemów takich jak „dezinformacja” albo „przesąd”.
     System medycyny stanowi dla chorych widzialną scenę wydarzeń, ale ponad nim, za nim i pod nim znajdują się inne, rodzina rasa praca kultura płeć pieniądze edukacja, a ponad nimi znajduje się system, który zdaje się zawierać w sobie je wszystkie, tak totalny i wszechogarniający, że często mylnie bierzemy go za świat.

*

Od kobiet chorych na raka piersi oczekuje się, że będą sobą, że będą takie jak wcześniej, lecz zarazem lepsze i silniejsze […]. Oczekuje się, że smutek zachowamy dla siebie, ale odwa­gą podzielimy się ze wszystkimi.

*

Raka zwykle ma czyjaś matka, przynajmniej w książkach, albo siostra, kochanka lub żona. W literaturze nowotwór jednej osoby zdaje się istnieć jako narzędzie objawień drugiej, a choroba manifestuje się poprzez wygląd dotkniętych nią ludzi. […] Żaden z tych tekstów nie jest literacko zły, ale wszystkie są niewybaczalne.

*

Podstawowymi stronami świata nie są tu wiedza i niewiedza, lecz pieniądze i mistyfikacja.

*

Rak zabija ludzi, tak samo jak zabija ich leczenie i brak leczenia — to, w co wierzymy i co czujemy, nie ma tu nic do rzeczy. […]
     Śmierć na raka piersi nie jest przejawem słabości czy moralnej porażki zmarłej. Jest porażką nie tych, co umierają, tylko świata, który sprowadza na nich chorobę i każe im się rujnować dla leczenia, także sprowadzającego chorobę, a potem, gdy to leczenie zawiedzie, obwinia ich o ich własną śmierć.

*

Wiem, że celem testu pomyślanego tak, by każdy go oblał, jest to, żeby nikt go nie zdał. Dlatego wszystkie czujemy się, jakbyśmy poniosły porażkę, ale każda myśli, że tylko ona zawaliła.

*

Prawda / Fałsz:
     1, Skoro ból okalecza człowieka, okalecza także słownik.
     2. Ból to paskudne nagromadzenie przymiotników.
     3, Każde słowo określające ból należy do języka, którego jeszcze nie potrafimy zrozumieć.
     Powszechne wyobrażenie na temat bólu jest chyba takie, że „niszczy język”. Ale ból nie niszczy języka — on go zmienia. To, co trudne, nie jest niemożliwe.

Anne Boyer, Obumarła. Ból, słabość, śmiertelność, medycyna,
sztuka, czas, sny, dane, wyczerpanie, rak i opieka
,
przeł. Karolina Iwaszkiewicz, Czarne, Wołowiec 2021.
(wyróżnienie własne)

Ktoś kiedyś powiedział, że zdecydować się na chemioterapię to jak skoczyć z dachu, gdy przystawiają ci pistolet do głowy. Skaczesz ze strachu przed śmiercią lub przynajmniej ze strachu przed bolesną i okropną śmiercią, jaką jest śmierć na raka, albo dlatego, że pragniesz żyć, nawet jeśli to życie już do końca będzie bolesne.
     Wybór istnieje, oczywiście, i wybierasz, ale nie czujesz się, jakby to rzeczywiście była twoja decyzja. Podporządkowujesz się z obawy przed rozczarowaniem innych, z obawy przed byciem postrzeganą jako ktoś, kto zasłużył na swoje cierpienie, w nadziei, że znów poczujesz się zdrowa, z obawy, że zostaniesz obwiniona o własną śmierć, w nadziei, że będziesz mogła zostawić to wszystko za sobą, z obawy, że zostaniesz uznana za osobę, która nie potrafi radośnie poddać się każdemu rodzajowi pod­trzy­mu­ją­ce­go przy życiu samozniszczenia przewidzianego w popularnych instrukcjach. […] Podporządkowujesz się w nadziei, że posłuszeństwo teraz da ci później lata, w których nie będziesz musiała być posłuszna. […]
     Musisz pragnąć życia, ale musisz też wierzyć, że jesteś warta utrzymania przy życiu.

*

Mówi się nam, że rak to intruz, z którym trzeba walczyć, zbłąkany aspekt nas samych, rodzaj nadambitnych komórek, obraz kapitalizmu, naturalne zjawisko, z którym można żyć, zwiastun pewnej śmierci. Mówi się nam, że to przez nasze DNA, mówi się, że to przez świat bądź przez zagmatwaną wypadkową wpływu genów i środowiska, której nikt nie potrafi lub nie chce określić. Dostajemy tę głośną połowę prawdopodobieństwa, tę, że przyczyna znajduje się w nas, ale nigdy nie daje się nam tej cichej — że przyczyna przenika nasz wspólny świat. Bada się nasze geny — ale nie wodę, którą pijemy. Skanuje się nasze ciała, ale nie powietrze.

(tamże)

4135. Wodorościki (XXIII)

Wczoraj dogoniła mnie myśl rodem z pod­ręcz­ni­ka do statystyki: za chwilę będzie ten moment, gdzie ponad połowa blogowego czasu ma w tle niemoc, co z niemocy chwilowej przeszła płynnie w nie­ule­czal­ną.

Siekła mnie ta myśl i długo nie trzeba było czekać na efekty. A po­tem przyszła inna: no i co z tego? Sadownik i tak tu nie zagląda. I przy­le­ciały motyle, i… przecież mogło być nic, a jest wszystko!


fot. Zawsze-Wolna-od-Nudy.

* * *

[…] choroba dostarcza prostej instrukcji istnienia, przynosi ze sobą wyostrzoną optykę braku przyszłości i jasność podwójnego widzenia właściwą każdemu życiu na krawędzi.

*

Czasem słyszę też: „Wolałabym umrzeć niż…” — w miejsce wielokropka wstawić to, co ja muszę robić, żeby żyć.

*

[…] istnienie w cieniu bezradności jest tak samo pełne jak istnienie po tej słonecznej stronie, gdzie możemy robić, co chcemy.

*

Nie trzeba być świadkiem cierpienia, by go doświadczać, a w przypadku choroby najważniejszym źródłem wiedzy pozostaje strata.

*

Żadna droga do przetrwania nie jest jasno wytyczoną ścieżką.

Anne Boyer, Obumarła. Ból, słabość, śmiertelność, medycyna,
sztuka, czas, sny, dane, wyczerpanie, rak i opieka
,
przeł. Karolina Iwaszkiewicz, Czarne, Wołowiec 2021.

* * *

Kwiat Jabłoni, Mogło być nic.

i to zapiera dech
że jest coś, a nie nic
gdy budzisz się, to nadal jesteś Ty
i to zapiera dech
że obok Ciebie jest ktoś
i że mogło być nic…

a jest wszystko…
a jest wszystko…
jest wszystko.

* * *

10. It’s great to have dreams, but don’t forget to cultivate your garden. That is, find pleasure in the simple stuff.
Paris Lees, A Manifesto, [dostęp: 14.02.21], źródło.


fot. Zawsze-Wolna-od-Nudy, fragment,
[dostęp: 14.02.21], źródło.

sobota, lutego 13, 2021

4134. 44/365

przecież nie mówił, że nie czyta mojego bloga. on tylko omija wpisy o książkach. zostają mu wtedy zdjęcia do obejrzenia, a potem to już prawie nic nie ma — podsumował.

44/365

piątek, lutego 12, 2021

4133. 43/365

modlitwa: niech zdarzy się to, co jest dla mnie najlepsze.

postawa: teraz dzieje się to, co jest dla mnie najlepsze*. to dopiero wymaga nie lada wiary i ćwiczeń.

43/365

___________
  * nie dotyczy przemocy fizycznej, psychicznej, ekonomicznej.

[suplement pikselowy: 15.07.2021]

4132. Staroć, ale jaka jara

Zastanawiałam się: sześć czy osiem lat temu? Siedem — w książce znalazłam pa­ra­gon. Siedem lat temu z Tollinim o tej książce rozmawialiśmy. Kupiłam, może stronę czy rozdział prze­czy­ta­łam, zachwyciłam się, że napisał ją lekarz i odłożyłam. Na pra­wie siedem lat.

W zeszłym tygodniu przypomniałam sobie o jej istnieniu. Odkopałam i oniemiałam nie tylko dlatego, że napisał ją praktykujący medycynę zachodnią lekarz. To książka, która mogłaby mieć taki podtytuł:
     — wszystko, czego cię nauczono o modlitwie, to bzdura,
     — modlisz się częściej, niż myślisz,
     — jesteś modlitwą lub
     — wszystko, co chciałbyś wiedzieć o modlitwie, ale wstydziłeś się zapytać.
Każdy z zaproponowanych przeze mnie podtytułów jest prawdziwy, ale w żaden z nich nie uwierzysz i ja to zro­zu­miem. Naprawdę.

Z tej książki wyjęłam najpiękniejszą modlitwę świata dla mnie, dla Ciebie, dla Świata: niech zdarzy się to, co jest dla mnie [dla Ciebie, dla Świata] najlepsze.

Mistrz Eckart zapewne wiedział, że słowo „modlitwa” (ang. prayer) ma związek z […] precari — „[…] szczerze prosić”.

*

Może […] Emerson miał rację mówiąc, iż modlitwa jest właściwie ćwi­cze­niem w podłości, zachłanności i złodziejstwie. Niektórzy dostrzegają w mo­dli­twie arogancję: kimże jestem, żebym mógł mówić wszechświatowi, jak się ma zachować? Wiele naszych niezdefiniowanych i nieokreślonych po­staw wobec modlitwy ma źródło w doświadczeniach z dzieciństwa. Uczo­no nas, że modlitwa polega na głośnym lub cichym wymawianiu słów, za­zwy­czaj dosyć długo, w kierunku określonego Boga rodzaju męskiego, który nadstawia ucha, żeby sprawdzić, czy się nie pomyliliśmy i czy mo­dli­my się w wyznaczonym do tego czasie.

*

Wiele osób, uważa, że nauka kłoci się z wiarą i że modlitwa nie powinna być przedmiotem badań. Jednak wiara jest naukowcom potrzebna. Często przychodziło mi do głowy, że wielu z nich ma znacznie więcej wiary niż zwykły religijny człowiek. Uczeni wierzą na przykład w regularność bu­do­wy wszechświata; wierzą, że poznanie jest możliwe […]. Bez wiary nauka nie mogłaby istnieć. Wiara jest fundamentem nauki, podobnie jak jest fun­da­men­tem modlitwy.

*

Modlitwa jest zagadnieniem medycznym i naukowym.

*

Pomimo powszechnego poczucia, że upływ czasu jest zjawiskiem nie­od­wra­cal­nym, historia nauki nie zna ani jednego eksperymentu, który by udo­wod­nił, że czas rzeczywiście płynie.

*

[…] nasze tu i teraz. W cudach pławimy się na co dzień; nie ma żadnych bogatszych chwil, na które powinniśmy czekać.

*

Moja religia jest bardzo prosta. Moją religią jest życzliwość.
// Dalajlama

*

Już czas zacząć mniej wymagać od własnego ciała. Nasze ciała pewnie będą nam za to wdzięczne. Nikt nie chce wciąż słuchać, że musi być doskonały.

*

Modlitwa może się ziścić w każdym momencie życia, nie jest fanaberią, o której można swobodnie zapomnieć.

*

Bóg daje człowiekowi orzechy, ale nie rozbija za niego skorup.

*

Z niektórymi sprawami już tak jest: najlepiej zejść z drogi, żeby działały skutecznie.

*

Należy przejść przez strach, który czujemy […], a nie próbować go ominąć. Jeżeli przejdziemy przez strach, minie on i stanie się naszym sojusznikiem, a nawet doda nam sił.

*

W modlitwie najbardziej liczą się nie rekomendacje, lecz miłość, współ­czu­cie i troska.

*

To sami ludzie ze swoją nieuzasadnioną podejrzliwością wbijają klin mię­dzy odległe z pozoru praktyki religijne, takie jak modlitwa i medytacja. Na­sze ciała nie są opanowane przez dogmat i okazują się mądrzejsze od nas.

*

Słowa prawie nigdy nie mają znaczenia. Osoba chora potrzebuje miłości, a nie pogawędki.

*

Właśnie. Dlaczego przypuszczamy, że modlitwa musi dokądś iść? Czy modlitwa jest rzeczą? Czy musi odbyć podróż?

*

W swojej najprostszej formie modlitwa jest stanem duchowym i stanem serca; jest to raczej forma bycia, a nie czynności.

*

Esencją modlitwy jest to, co wychodzi gdzieś poza mnie i poza Ciebie.

Larry Dossey, Modlitwa to dobre lekarstwo,
przeł. Krzysztof Mazurek, Santorski & Co, Warszawa 2001.
(wyróżnienie własne)

O tkwiących w nas pokładach mądrości pięknie mówi historia opo­wie­dzia­na przez filozofa i pisarza Jamesa W. Jonesa, zaczerpnięta z za­so­bów sta­ro­żyt­nej literatury indyjskiej. W legendzie tej bogowie spierali się, gdzie ukryć sekret życia, aby nikt z ludzi nie mógł go znaleźć. „Zakopmy go pod górą — powiada jeden z bogów. — Nigdy go tam nie znajdą”. „Nie! — nie zgadzają się inni. — Pewnego dnia nauczą się rozkopywać góry i znajdą sekret ży­cia”. „Złóżmy go na dnie najgłębszych oceanów — proponuje inny z bogów. — Będzie tam bezpieczny”. „Nie! — mówią inni. — Kiedyś ludzkość znajdzie sposób na podróże w głębiony mórz i oceanów i tam go znajdzie”. „Złóżcie ten sekret wewnątrz nich samych — powiada jeszcze inny z bogów. — Ni­gdy nie wpadną na to, żeby ram go szukać”. Wszyscy bogowie zgodzili się z tym pomysłem i właśnie tak się stało — ukryli sekret życia w nas samych.

*

Uświęcone tajemnice pozostaną tajemnicami.

(tamże)

wtorek, lutego 09, 2021

4131. 40/365

mężczyzna, lekarz, troglodyta psychologiczny. i weź tu, rozmawiaj z trzema zerami.

zapamiętaj: jeśli potrafisz się wkurwić, to masz różne rzeczy, ale na pewno nie głęboką depresję.

40/365

niedziela, lutego 07, 2021

4130. 38/365

wejść. w ciemność, w bezruch, w niemoc, w milczenie. mam dość odwagi, by wejść w to, co jest, i wrócić ze skarbem.

38/365

Danit, Rey&Kjavik, Cuatro Vientos.

[suplement pikselowy: 2.09.2021]

4129. Ekumenizm gatunkowy

Ałperka w czwartek po skończonym u nas dyżurze przysłała sms, by Heniutkę za uszkiem podrapać, bo w piątek pierwsza rocznica ich wspólnego spacerowania w te dni, gdy Sadownik vel Pan Ciasteczko wyfruwa z ula w świat. Coś mi w środku pękło — już rok? Tak, już od roku Heniutka ma spacerową ciocię.

Dlaczego obiecałam Jej kiedyś tylko to, że Ją przeżyję? Dlaczego nie obiecałam więcej? W skutek choroby nie pełnię już funkcji, umożliwiających zaspokajanie psich potrzeb. Heniutka, ze swoim nieskończonym optymizmem, swoją obecnością — zawsze blisko mnie — mówi z uporem maniaka: nie o to chodzi, mama, nie o to chodzi!

Porusza mnie, gdy mając do wyboru swoje miejsce na kanapie, woli położyć się na podłodze pod moimi nogami. Bawi mnie, gdy w środku nocy postanowię trochę po­ćwiczyć, a ona, uświadomiwszy sobie, że nie ma mnie w sypialni, rusza ciemnym przedpokojem na drugi koniec ula, by upewnić się, że u mnie wszystko w porządku. Zaspana patrzy z miną: ty żartujesz z tymi ćwiczeniami, wracaj do łóżka! — i de­mon­stru­je, jak to się robi, żebym wiedziała, jak wrócić. Kochana suka!

I czytam, i wiem, że muszę tu te słowa mieć, a kiedy indziej napiszę, jak ta książka znalazła się w ulu i jak długo na mnie czekała. Bo dziś najważniejsze jest, że psy nie tylko idą do nieba:

psy są modlitwą!

* * *

[…] zwierzęta dają zarówno mężczyznom, jak i kobietom społecznie ak­cep­to­wal­ny pretekst do dotykania — głaskania, drapania, poklepywania lub innych form dotyku […].

*

Czy zwierzęta potrafią się modlić? Z uwagi na to, że modlitwa niesie uczu­cia miłości, więzi i bliskości, prawdopodobna odpowiedź brzmi „tak”.

*

Modlitwa to nie jest coś, co robimy, lecz coś, czym jesteśmy.
     Czy potrafimy otworzyć oczy na ten skarb?

Larry Dossey, Modlitwa to dobre lekarstwo,
przeł. Krzysztof Mazurek, Santorski & Co, Warszawa 2001.