wtorek, listopada 30, 2010

139. Zima w środkach publicznego transportu

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj wracałam do domu dwie i pół godziny, dzisiaj jechałam do pracy półtorej zamiast standardowych 35 minut. Nie są to wcale rekordy, raczej średnia miejska śnieżna. Plusem jest to, że jak już wsiądę i ulegnę metamorfozie z sardynki w pasażera, mogę wyjąć książkę i bez poczucia grzechu, --- że powinnam robić co innego --- mogę spokojnie oddać się lekturze.

Nie wiem, co się stało, żadna to rocznica urodzin, śmierci, ale… wróciła Elisabeth Kübler-Ross z impetem dwóch pozycji książkowych (o jednej już wspominałam). Nie chodzi o skąpe wydanie książki z 1969 roku, ale o wydanie jednej z jej ostatnich książek… wspomnień. Znów nie mogę się oderwać. Sama historia --- jak to się stało, że owa pani stała się taką a nie inną osobą --- jest nie tylko fascynująca, ale i uniemożliwia wierzenie w przypadek. :)

Znów muszę, bo inaczej się uduszę:

(…) Byłam znów zdana tylko na siebie i na tym polegał kłopot. Niczego jednak nie żałowałam. Przypomniałam sobie wiersz, jaki moja babka wyhaftowała na makatce wiszącej nad łóżkiem w pokoju gościnnym, w którym wiele razy spałam jako dziecko. W tłumaczeniu brzmiał on mniej więcej tak:

Zawsze, gdy myślisz
że już nie dajesz rady
i nic ci się nie udaje
pojawia się światełko.

To światełko
odnawia twoje siły
i dodaje ci energii,
byś zrobił jeszcze jeden krok
.

Elisabeth Kübler-Ross, Koło życia,
Laurum, Warszawa 2010.


Tylko za jedną rzecz utłukłabym tłumacza. Jak można tytuł “THE WHEEL OF LIFE, A Memoir of Living and Dying” przetłumaczyć na: „Koło życia, Rozważania o życiu i umieraniu”.

Na szczęście w tej książce, jak i w pozostałych tej autorki, światełek jest multum i nie jest w stanie tego zepsuć nawet bezmyślny odrobinkę tłumacz.

Nie pozostaje nic innego jak wciąż nucić stadną mantrę: więcej śniegu, więcej! Będzie się wówczas więcej czytało.

138. Śnieg, śnieg, śnieg

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wciąż pada. Drugi dzień mam problem z dotarciem do pracy i powrotem do domu. Ominęła mnie wczoraj piękna zabawa pod górką, bo byłam „utknięta” w środkach komunikacji miejskiej. Gdyby nie Kudłata, pomstowałabym na czym świat stoi a tak… pomimo, że byłam już nieźle zmarznięta, sama myśl o uśmiechniętym pysiu Heńki, która używa życia w zaspach, powodowała, że moja uwaga skupiała się na pozytywach. O dwudziestej w centrum Wawy były korki, jakich to miasto nigdy nie widziało o tej porze. Ot, zwykła powtórka z wczesnopopołudniowych ścisków miejskich. W pewnym sensie, śnieżny powiew zimy, przeniósł ludzi w atmosferę Sylwestra w Brazylii… tłum ludzi na ulicach… jedna wielka śnieżna fiesta. Tylko zachwyt dużo, dużo mniejszy.

Gdy już w końcu udało mi się dotrzeć na wymarzony przystanek autobusowy, niedaleko stali i czekali na mnie Sadownik z Heńką. Kudłata odcinała się od śniegu w przepiękny sposób, prezentując bez dodatkowych damskich krygacji, swoją wyraźną, zdecydowaną, szeroką linię. W bieli jest jej wyjątkowo do twarzy. Patrząc na wyjątkowy zachwyt światem, który mienił się w jej oczach, doszłam do wniosku, że chyba tylko psy są w 300% zachwycone tym, co zrobiła z naszym życiem aura w ciągu ostatnich 30 godzin.

Dziś rano ta wspaniała para odprowadzała mnie na przystanek, z którego oczywiście nie odjechał żaden tramwaj. Miałam jednak okazję zobaczyć jak, z uwielbieniem, Heńka daje nura w warstwy śniegu półmetrowej wysokości. Nie byłam bardzo zachwycona (tylko troszeczkę) tym, że znów jechałam do pracy na tyle długo, że studenci poszli w długą. Jestem jednak ogromnie zachwycona, że zima w końcu ma dla mnie sens, a nie jest porą roku, którą należy przespać, przeleżeć, przewegetować, przesmucić w oczekiwaniu na życiodajną wiosnę. Zima służy mi teraz bardzo dobrze do życia pełnią stadnego życia. Życzę sobie... więcej śniegu!

poniedziałek, listopada 29, 2010

137. Magiczny weekend

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Dwa ostatnie dni były naprawdę magiczne. Po pierwsze był drugi warsztat z Polityki relacji. Długo by pisać, a i tak niczego by to nie wyjaśniło. Dzisiaj chodzę i cieplutko myślę o Dziewczynach, z którymi robiłam ćwiczenia --- jedne z najpiękniejszych ćwiczeń, jakie kiedykolwiek robiłam i, jakby tego było mało, z Cudownymi Kobietami.

W sobotę późnym popołudniem (prawie wieczorem) poszliśmy z Sadownikiem na kawę z naszymi, długo niewidzianymi, znajomymi. Im bardziej z naszych filiżanek znikała kawa, tym bardziej bielało na dworze. Gdy wracaliśmy do domu rosła w nas już tylko ciekawość: jak Kudłata zareaguje na pierwszy, większy śnieg? Ubaw był ogromny. Heńka postanowiła go… zjeść. Najpiękniejsze było jej zdziwienie, że nie da się zjeść całego śniegu, bo tyle go jest! To chyba pierwsza „substancja”, która ilościowo pokonała naszego Sierściucha.

Niedzielny wieczorny spacer, który ze spacerem nie ma nic wspólnego, bo jest zwykłym staniem pod górką i patrzeniem jak psy szaleją, był również giełdą wymiany informacji na temat, jak zareagowały nasze psy na śnieg. Tak się składa, że dla wszystkich psów, które bywają pod górką wieczorem, był to pierwszy śnieg w ich życiu. Śnieg pełni również rolę praktyczną, w końcu wszystkie psy dobrze widać --- większość jest czarna lub prawie czarna.

Dziś śnieżyca zachwyciła Kudłatą swoją siłą. Fajnie jest, gdy świat jest cały biały i tylko Heńka w parku czarnusieńka… prawie, bo przysypana śniegiem, wytarzana. Kudłata ma nową zabawę, ryje w śniegu tak długo, aż zniknie jej pod śniegiem cała głowa. Potem wynurza się na świat i uśmiecha szelmowsko jakby wróciła z dalekiej podróży.

Nigdy nie lubiłam zimy. Owszem, miałam epizody, gdy lubiłam śnieg. Działo się tak podczas wyjazdów narciarskich. Dziś dotarło do mnie, że uwielbiam śnieżną aurę, nawet wtedy, gdy jak dziś, jechałam do pracy dwie godziny. Pierwszy raz w życiu cieszę się na śnieżny grudzień i mam nadzieję, że nadchodzące Święta będą białe. To będą pierwsze, szczególne Święta. Pierwszy raz od długiego czasu czekam na nie. Będzie bosko i tak bardzo chciałabym, aby było… śnieżnie!

piątek, listopada 26, 2010

136. Z różnych perspektyw

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Pisałam już o odkryciu, że pies pełni rolę katalizatora kontaktów międzyludzkich. W szczególności, nie da się tego nie zauważyć w środkach transportu publicznego. Do wczoraj myślałam, że taką rolę mogą pełnić jeszcze tylko dzieci i to małe --- utożsamiane z delikatnością, niewinnością, słodkością młodego życia. No to mnie życie wyprostowało. Wczoraj, w tramwaju, byłam świadkiem sceny, w której tę szczególną rolę pełnił... habit. Młody Franciszkanin, obleczony w charakterystyczny „mundur” swego zgromadzenia był, bez najmniejszego wahania, obdarowywany pięknymi, młodymi uśmiechami starszych ludzi. Nie robili tego grupowo, każdy z „cywili” chciał mieć uwagę zakonnika, choć przez chwilę, na wyłączność. Miło było patrzeć, jak obcy sobie ludzie wchodzą w ciepły, pełen zrozumienia kontakt. Ziemi, co nas nosi musiało być bardzo miło. Czyż nie jest zadziwiające, że najłatwiej obdarować ciepłą uwagą właśnie obcego człowieka? Zadziwia mnie to, ale i zachwyca faktem, że tak jest. Incydent ten ma dla mnie, osobiście, dwa dodatkowe dna.

Pierwsze, wspaniałe dno --- ten Franciszkanin stał się dla mnie symbolem Odwagi przez wielkie „O”. Ów habit --- swoisty manifest przyjętych i wyznawanych wartości, odważne stwierdzenie: „robię coś niepopularnego, ale jest to dla mnie najważniejsza rzecz w życiu”. Franciszkanin --- ucieleśnienie siły stania za sobą. Zauroczona byłam patrzeniem na tego człowieka. Manifestować siebie, być zawsze sobą, czynić swoje życie wartościowym --- wielkie! Chapeau bas!

Drugie, poznawcze dno --- odkryłam swoje przekonanie, ciekawe bardzo. Zakonnik dla mnie to misja, ksiądz to zawód. Jest to z pewnością krzywdzące dla wielu księży, ale na dziś dla mnie właśnie tak jest.

wtorek, listopada 23, 2010

135. Niespodzianka

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Życie pogalopowało... W niedzielę, zanim popędziłam do pracy, poszliśmy pierwszy raz całym Stadem na forty Bema. Po drodze spotkaliśmy wieczorną koleżankę Kudłatej Perkę z jej Państwem. Okazało się, że Pan Perki robił zdjęcia i na wieczorną gonitwę pod górką Pani Grażynka przyniosła kostkę pamięci ze zdjęciami. W wilgotny wieczór wypełniony deszczem mieliśmy ogromną frajdę oglądając zdjęcia z poranka, gdy jeszcze pogoda była wymarzoną na spacery z psem.


Perka i Kudłata, Kudłata i Perka w całej, sierściuchowej okazałości:


Kiedyś hierarchia ważności Heńki była następująca: dzieci, psy, kółka, mężczyzni, kobiety. Teraz, po doświadczeniach Kudłatej z dziećmi jest: deski-gałęzie-im-większe-tym-lepsze, psy, kółka, dzieci i ludzie. A gdy targa badyla to w oczach ma kurwiki...

134. Prezenty

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Życie pogalopowało... W sobotę kupowałam prezent dla dzieci koleżanki, do której sześcioosobową ferajną jechaliśmy wieczorem. Uwielbiam kupować prezenty, bo moment decydowania się, choć trudny, jest chwilą, gdy wszystko potencjalnie jest możliwe. Zwykle jest tak, że kupno jakiegokolwiek prezentu oznacza również bardzo miłe zaskoczenie mnie samej przez okoliczności. W związku z tym, wcale nie zdziwiłam się, gdy tylko przechodząc obok półek z psychologicznymi książkami odkryłam, że… wydano kolejną książkę Elisabeth Kübler-Ross („Pytania i odpowiedzi na temat śmierci i umierania”). Uwielbiam wrażliwość tej kobiety, uwielbiam czytać o jej pracy i doświadczeniu. Oczywiście, że kupiłam nie patrząc na nic!

Czytam od niedzieli… powolutku… tylko w środkach transportu, ale dzięki tej lekturze poruszam się tramwajem jak statkiem kosmicznym. Wsiadam, tramwaj rusza, otwieram książkę i… już za moment jestem zdziwiona, że czas wysiadać. Nie odnotowuję żadnego z klikunastu zatrzymań pojazdu na przystankach pośrednich.

Jest wiele fragmentów w tej książce, które dotykają do żywego. Wiele z nich zatrzymuje, zmienia bezpowrotnie perspektywę. Jednak dwa chciałabym mieć w pamięci podręcznej --- pierwszy, który dla mnie zawiera esencję niewiarygodnie wielkiej wiary w człowieka; drugi, który jest dla mnie mocą (nie tylko krótkiego zdania), jest również najszybszą i najpiękniejszą odpowiedzią na pytanie: dlaczego hospicjum i ja?

Każdy człowiek ma coś do zaoferowania, jeśli tylko mu na to pozwolimy.”
Kiedy mierzysz się ze swoją skończonością, żyjesz inną jakością życia.”

E. Kübler-Ross, Pytania i odpowiedzi na temat śmierci i umierania,
Laurum, Warszawa 2010.

poniedziałek, listopada 22, 2010

133. Męski feminizm

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

(Późny wieczór, Stado kładzie się spać.)

Sadownik:
(do Kudłatej)
Na miejsce!

(Kudłata bez protestów i udawania, że jest głucha,
idzie do swojej nory
)

Sadownik:
(w kierunku Kudłatej, z nieukrywaną satysfakcją)
Mądry pies.

(Mija dobra chwila)

Sadownik:
(dotknięty autorefleksją)
Miał być komplement a wyszła obelga.

Jabłoń:
(łapie o co chodzi i zaczyna się śmiać)

piątek, listopada 19, 2010

132. Kto kogo kocha i jak bardzo

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

(Jak zwykle Jabłoń nie słyszała telefonu.
Po godzinie od sadowniczego dzwonienia, oddzwania)

Jabłoń:
No, co się stało?

Sadownik:
Daj słuchawkę suce, bo chciałbym porozmawiać
z kimś, kto mnie kocha.

Jabłoń:
(zatkało z wrażenia)
...

Sadownik:
(jak zwykle głośno się śmieje i wie,
że Jabłoń go kocha za ten śmiech ogromnie
)

Sama nie wiem, gotować Padalcowi obiad, czy nie? Kudłata jakoś nie pcha się do garów --- no, chyba, że są pełne.

131. Duża psia umiejętność

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nie mając jeszcze psa, wyczytałam w mądrych książkach, że pies niesamowicie szybko wie, że jego właściciel jest wkurzony, zdenerwowany lub doprowadzony do szewskiej pasji. Pies to wie, bo podobno my ludzie złoszcząc się zaczynamy inaczej pachnieć. Od jakiegoś czasu dochodzę do wniosku, że musimy również inaczej pachnieć, gdy śpimy i inaczej, gdy się przebudzimy. Dlaczego?

Od jakiegoś czasu obserwuję, że jak tylko przebudzę się, Kudłata przybiega, wita i informuje całym swoim ciałem o czymś, o czym na pewno nie mam zielonego pojęcia a Ona musi mi to powiedzieć... że to jest właśnie najlepsza pora na spacer, nawet jeśli jest środek nocy, na przykład, 2.15.

Chcąc przechytrzyć kundla i uniknąć ludzko-psich dyskusji dotyczących kwestii, czy to naprawdę dobra pora na spacer, budzę się, ale nie ruszam się wcale, nie podnoszę nawet powiek, by mnie czujna Psia Dusza nie dorwała. I co? I... nadal przychodzi, i wita, i przekonuje o zbawczym wpływie spaceru na życie człowieka... Wniosek tylko jeden: śniąc muszę inaczej pachnieć. Budzę się i zapach snu załamuje się, umyka... i Ona to wie... i przychodzi, i nagabuje...

czwartek, listopada 18, 2010

130. Pogaduchy z Kudłatą

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 


Czym jest TAK? Czym jest NIE?

Ile razy powiedziałeś TAK, gdy myślałeś NIE? Zgodziłeś się, choć nie chciałeś. Poszedłeś, mimo że miałeś inne plany. Zrobiłeś, bo wypadało. Robisz, bo nie wolno odmówić. Zrobisz, bo tak należy. TAK może dłużyć się przez całe życie. A gdyby tak zmienić perspektywę?

NIE to karnawałowo przebrana postać. NIE to TAK powiedziane sobie. NIE to zgoda na prawdziwsze własne życie. NIE to, z szacunkiem, podarowana sobie i innym przestrzeń, w której może zdarzyć się coś więcej — coś, co przekroczy nasze najśmielsze oczekiwania.

TAK, nie krępuj się, powiedz czasem NIE. Dlaczego nie? (18.01.2009)


NIE, nie będę bawić się z Tobą twoimi zabawkami, które od dziś nauczyłaś się przynosić nam do łóżka z samego rana.
NIE, nie będę szła z dużym psem co szarpie smycz.
NIE, nie polubię, gdy na mnie skaczesz, choćby nie wiem o jaką radość chodziło.
NIE, NIE, NIE!
Kudłata patrzyła na mnie wzrokiem psa, który nigdy nie nabierze ochoty, by zrozumieć pewne słowa.

TAK, poszłam dziś z Tobą po raz pierwszy na forty Bema, na dłuuuugi spacer, który należał się duuuuużemu już psu. Tylko powiedz, skąd dowiedziałaś się, że w czwartki mam wolne? Kudłata nie ma w zwyczaju tracić czasu na odpowiadanie na pytania. Na wszystko i zawsze gotową ma odpowiedź, lekarstwo, antidotum:
TAK, chodźmy już na spacer!

wtorek, listopada 16, 2010

(127+2). Magia, bo innego słowa nie znajduję

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Promienie słońca z sesji terapeutycznej u „intuicyjnej POP-owskiej” kudłatej terapeutki pozostały gdzieś w środku mnie i ku memu całkowitemu zaskoczeniu wciąż są, choć jest już wtorek a pogoda za oknem znów późnojesienna. To doświadczenie raczej z kategorii odczuć niż logicznego stwierdzenia faktu o trzech uncjach światła w okolicach załamka otrzewnej. Owe promienie dziś wprawiają mnie w fantastyczny odmienny stan świadomości. Jak nigdy czuję się „tu i teraz”.

Przeszłość była, nie da się jej zmienić, zresztą po co, nie byłabym kim jestem, gdyby nawet owa zmiana była możliwa. Nie chce mi się jej analizować, rozumieć, roztrząsać, przeglądać, wymazywać, poprawiać. To bardzo do mnie niepodobne, ale za to jakie uwalniające! Mogę po prostu być. To naprawdę cudowne.

Nie ma też przyszłości. Nie chce mi się myśleć o tym, co mogłabym zrobić w kwestiach rodzinnych za miesiąc, dwa czy pół roku. Pozostawiam to jak pustą kartkę, niech życie po prostu się żyje. Wierzę, że okoliczności, w których się znajdę, przy odrobinie mojej uważności, staną się najlepszymi drogowskazami.

Póki co, posiedzę sobie tutaj, na kamieniu teraźniejszości, bo to dobre miejsce dla mnie. Błogostan mnie trzyma w troskliwym uścisku i uśmiech nie schodzi z mych ust. Ten spokój w środku, ta cisza, ta wolność, ta zgoda na to co jest. Niech to trwa!

poniedziałek, listopada 15, 2010

128. Hokus-pokus… miłość

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wróciliśmy. Wybiegaliśmy Kudłatą. Podczas spaceru po raz pierwszy spotkaliśmy Lenę, śliczną, ponad dwuletnią labradorkę, można by rzec.. przeraźliwie chudą jak na tę rasę. Dziewczyny bawiły się tak cudnie, że aż żal było pędzić Sierściucha do domu, tyle ze stolik w knajpie już na nas zaczynał czekać. Heńka ze smakołykami do psiej nory a my dyla na przystanek autobusowy, by udać się w krainę tureckich smaków. Knajpkę odkryły przede mną przeszło miesiąc temu dziewczyny z POP-owej grupy. Sadownik od dłuższego czasu chciał zanurzyć swoje kły w baraninie, więc miejsce wydawało się do tego idealne. Tak też się stało. Piękny dzień zamienił się w cieplutki wieczór. Nie chciało nam się wracać do domu metrem. Przeszliśmy jedną stację, kupując po drodze domowe lody. Nie do uwierzenia! 14 listopada jedliśmy lody na wolnym powietrzu, szliśmy oboje z rozpiętymi kurtkami, trzymaliśmy się mocno za ręce, jakby ten cudny sen mógł w każdej chwili chcieć się skończyć. Z niewinnego wyjścia na obiad zrobiło się Tour de Nasze Miasto. Po drodze kupiliśmy 25 sztuk pięknych tulipanów w pęku. Sprawdziliśmy kebabowe miejsce polecane przez kolegę Sadownika i jeszcze starczyło czasu i w brzuszkach przestrzeni, by pobiec na kawę do miejsca, w którym już zawisły świąteczne ozdoby... oniemiałam na ich widok. Znów zrobiło się magicznie, miłośnie i dobrze. Wróciliśmy z podróży międzyplanetarnej… do siebie.

127. Moja kochana terapeutka

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wracaliśmy wczoraj. Zaraz po kawie podanej po śniadaniu. Trzy dni zabawy w grę seniorów „to o czym nie mówisz, nie istnieje” umęczyły nas potwornie. Potrzebowaliśmy złapać oddech, znaleźć siebie, sens i własną drogę. Im bardziej wracaliśmy, tym piękniejsza robiła się pogoda. Po drodze Heńka zaczynała się kręcić, że siusiu i siusiu, a może nawet siuuusiu. Zatrzymaliśmy się pod lasem i pewnie byłby to naprawdę zwykły postój na siusiu, gdyby nie moja cudowna kudłata terapeutka.

Nagle poczułam, że chce mi się biec a ona to podjęła zachęcając: „biegnijmy!” Biegłam, a terapeutka towarzyszyła mi w tym szaleństwie kilkanaście kroków, po czym, wciąż biegnąc, „stawała” mi niejako na drodze. Zatrzymywałam się. Ona też i jakby mówiła: „zobacz, czego doświadczasz, gdy tak biegniesz”. I znów biegłyśmy, i znów się zatrzymywałyśmy, aż do łez radości, że życie może po prostu toczyć się w promieniach słońca, że nic nie jest w tej jednej chwili tak ważne jak przyśpieszony oddech. Biegłyśmy tak długo, aż odnalazłam sens biegnięcia. Odnalazłam w sobie delikatność, o której wciąż zapominam, a o którą należy zadbać.

Przypomniało mi się, gdy wracałyśmy do Sadownika, że kiedyś tam, powiedział: jesteś jak żółw, twarda na zewnątrz, ale w środku mięciutka, bardzo mięciutka. Przytulanie do tego cudownego Gościa nigdy nie było tak cudowne.

(125+1). Definicja rodziny, wersja 0.1

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Zaczęłam od dialogu filmowego, ale z jakiego filmu... nie mam pojęcia:

Lekarz: Czy ma pani rodzinę?
Pacjentka: Tak. Męża.

Od czegoś trzeba było zacząć. Zrobić pierwszy krok. To miejsce wydawało się bezpieczne.

sobota, listopada 13, 2010

125. Redefinicja w toku

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W czwartek rano, gdy szykowaliśmy się do wyjazdu na długi weekend, w rękach pękł mi szklany dzbanek. Poraniona dłoń zwolniła mnie w trybie natychmiastowym z pewnych aktywności. W czwartek wieczorem, pękła we mnie definicja słowa „rodzina”. Teraz jest to dla mnie słowo w nieznanym mi obcym języku, nieprzetłumaczalne i nie do ogarnięcia. Przecież to nie może być maszynka do ranienia?

Dziś sobota. Dłoń opatrzona. Plaster naklejony. Połamana definicja słowa „rodzina”, skrępowana wstążkami opatrzonymi słowami seniorów: „nie przesadzaj”, „skończyłem rozmawiać na ten temat”, nie jedzie jutro ze Stadem do stolicy. Zwolniłam siebie z pewnych aktywności, dopóki nie znajdzie się nowa, sensowna definicja słowa „rodzina”, która uwzględni i uszanuje potrzeby wszystkich zainteresowanych.

czwartek, listopada 11, 2010

124. Święto Niepodległości Wewnętrznej

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Ty i Oni. Są ludzie, którym ufasz bezgranicznie; na których uwagę chcesz zasługiwać; dla których chcesz być; którym zdarza się cię ranić, ale szybko im wybaczasz i nawet po myśli „nienawidzę Cię, gdy to robisz, gdy mnie zostawiasz, gdy mnie nie słyszysz” szybko uświadamiasz sobie jak bardzo ich kochasz. Ty-Dziecko i Oni-Rodzice.

Ty i Oni. Przychodzi dzień, gdy wielokrotnie w ciągu dnia łapiesz się na wdzięczności, że podarowali Ci życie, które cudne, barwne, pomimo chwil pełnych łez czy trudności wciąż zaskakująco fantastyczne --- aż chce się je żyć! Ty-Dorosły i Oni-DorośliRodzice.

Ty i Oni. Oby nie przyszedł dzień, gdy zawiodą po raz kolejny. Starasz się zrozumieć, dlaczego to zrobili? Może się bali? Może zostało im zabronione? Może nie umieli inaczej? Może to było jedyne rozwiązanie, które znaleźli? Może. Jakie to jednak ma znaczenie, gdy drugą stroną monety ich przemilczenia jest „ciebie pomijamy”. Zastanawiasz się, po co wam strzępki rozmów telefonicznych typu:

Ty-Dorosły:
Co u Was?

On-DorosłyRodzic:
NIC.

Ja i Oni. Przyszedł w moim życiu właśnie taki dzień. Ja-Dorosły pytam tylko w myślach Ich-DorosłychRodziców: czy obejrzeliście dokładnie monetę przemilczenia, zanim daliście mi ją do ręki?

Oni-DorośliRodzice pomogli mi dziś ustanowić moje prywatne Święto Niepodległości Wewnętrznej. Jestem wolna w reakcjach na zdarzenia, które mi fundują, nie we wszystkich będę chciała brać udział. Dziś już nie dam sobie wmówić, że jestem trędowata. Nie jestem. Szkoda tylko, że banknot ufania w słowa, które wypowiadamy do siebie, został rozmieniony na drobne --- to smutne. Wierzę jednak, że każdy smutek to ziarno, z którego wyrasta „stawanie się”, mądre człowieczeństwo. Chcę iść dalej, bo ich NIC dało mi COŚ, co tylko z wierzchu wygląda jak NIC :).

środa, listopada 10, 2010

123. Punkt do rozwodu

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kończę właśnie książkę „59 sekund” Richarda Wisemana. Z właściwym sobie wdziękiem autor opisuje masę prostych eksperymentów psychologicznych, które często prowadzą naukowców do wniosków, które nijak mają się do obiegowych poglądów na to jak człowiek działa. Ha! Burze mózgów, chwalenie dzieci (specyficzne), grafologia, wyższość pracy grupowej nad pracą indywidualną to wszystko jedna wielka ściema. Kto by pomyślał. Jeszcze niedawno na szkoleniu w mojej pracy zachwalano niektóre z wymienionych drobiazgów.

Najzabawniej było wczoraj, gdy czytałam o badaniach, które sami z Sadownikiem sobie nieświadomie zafundowaliśmy, czyli współdzielenia życia z psem lub jego wyprowadzania na spacer.

Nie zdziwiło mnie potwierdzenie, że pies jest „katalizatorem kontaktów międzyludzkich”, przy czym osiągi labradorów (naprawdę był eksperyment z psami właśnie tej rasy) są dużo lepsze od rezultatów osiąganych przez rottweilery.

Najbardziej jednak rozśmieszył mnie poniższy fragment, a w zasadzie humorystyczna puenta:

(...) właściciele psów lepiej radzą sobie z codziennymi stresami, podchodzą do życia bardziej na luzie, mają wyższą samoocenę i rzadziej zapadają na depresję.
Trudno przecenić wszystkie te dobrodziejstwa. W jednym z badań zmierzono ciśnienie krwi i tętno posiadaczy psów, gdy wykonywali on dwa stresujące zadania (liczenie wspak od czterocyfrowej liczby z odejmowaniem po trzy i trzymanie ręki w wiadrze z lodowatą wodą) przy których towarzyszył im albo pies, albo współmałżonek. Okazało się, że w obecności psa uczestnicy eksperymentu mieli niższe tętno i ciśnienie krwi oraz robili znacznie mniej błędów podczas liczenia niż w obecności męża lub żony. Oto naukowy dowód (o ile był w ogóle komuś potrzebny) na to, że posiadanie psa jest zdrowsze niż posiadanie współmałżonka.

R. Wiseman, 59 sekund, Pomyśl chwilę, zmień wiele,
WAB, Warszawa 2010.

Wygląda na to, że z Sadownikiem możemy do listy rozwodowej --- gdyby kiedyś była nam potrzebna --- dopisać obok niezgodności temperaturowej (on przy minus nastu stopniach w końcu zapina kurtkę, ja przy plus dziesięciu szukam grubych skarpet lub rajstop) jeszcze jeden ważny punkt: jesteśmy dla siebie nawzajem szkodliwym elementem środowiska --- naprawdę nie miałam o tym zielonego pojęcia, przecież jest nam razem jak w niebie, poza tymi malutkimi chwilami, gdy wysyłamy się nawzajem do diabła :). Póki co, w ramach ostrożności, zrezygnujemy z liczenia wspak i kąpieli w wiadrze...

wtorek, listopada 09, 2010

122. Znaczący prezent od Zkemi

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata u Cioci Zkemi nie omieszkała zrobić remanentu powierzchni płaskich. Szybko przywlokła misia, który spał gdzieś na podłodze. Zabraliśmy. Przyniosła pojedyncze klocki. Zabraliśmy. Przyniosła koraliki. Wyrwałam ze strachem, że małpa je połknie. Przyniosła i piłeczkę, której już jej nie odebraliśmy i którą Kudłata od Cioci Zkemi wyżebrała --- tak źle ją wychowaliśmy! Piłeczka jest po prostu boska, bo gdy Heńka ją gryzie, ta, podobnie jak żaba udająca zdechłą, pozoruje, że jest przebita, ot, zwykły flak, powietrze z niej schodzi z pięknym świergotem. Gdy jednak Kudłata wypuszcza piłkę z pyska, ta na jej oczach wraca do życia, co za każdym razem Kudłatą wprawia w stan zdumienia.

Wczoraj i Dwunożne Stada miały możliwość pobawienia się piłeczką, oczywiście, z Heńką w roli głównej. Jak wiadomo, „kiedy pada, dzieci się nudzą…” więc i Kudłata, w majestacie prawa, nudzi się okrutnie. Wieczorem odkryliśmy zabawę edukacyjną, w którą można „tracić” czas całym Stadem --- co robimy z nieukrywaną radością, nie przejmując się, że za oknami leje. Siadamy z Sadownikiem na podłodze w saloonie, dość daleko od siebie i… turlamy lub rzucamy do siebie wspomnianą, boską piłeczkę. Najwięcej frajdy sprawia nam, gdy Kudłatej nie uda się złapać piłeczki, która przemknęła jej między łapami. Gdy nas przechytrzy, lub gdy damy jej chwilowo „wygrać” wydajemy komendę aport a potem daj. Heńka uwielbia uczyć się w ten sposób, a my mamy frajdę, że tak szybko łapie. Należy dodać, że zabawa wymaga nie tylko całego Stada i piłeczki, ale również garści psich chrupasków, gdy Sierściuch wykona bezbłędnie polecenia.

Nie straszna nam już jesienna szaruga, gdy w arsenale zabaw przyjemnych pojawiła się domowa zabawa z piłeczką. Nie byłoby jednak z tego żadnej frajdy, Kudłata ma przecież kilka piłek, gdyby nie wspaniałe własności owej piłeczki, ale to już zawdzięczamy Cioci ZKemi. Dziękujemy całym Stadem, dziękujemy ogromnie!

poniedziałek, listopada 08, 2010

121. Spełnienie marzenia

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W zeszły czwartek Kudłata skończyła pół roku. Dokładnie tego dnia udało się w końcu Sadownikowi upolować miskę dla dorosłego psa, więc w pewnym sensie miała prezent. W sobotę, przy okazji, przyszedł czas na spełnienie największego marzenia Kudłatej, by mogła z bliska poznać jakieś małe dziecko.

Całym Stadem rano ruszyliśmy do Zkemi, mojej najcudowniejszej przyjaciółki, wspaniałej i najlepszej Mamy dwojga brzdąców. Starsza, prawie pięcioletnia dziewczynka była już niestety po pierwszych w tym życiu nieprzyjemnych przejściach z psem i w związku z tym próbowaliśmy odkryć przed nią pojęcie psa na nowo. W pewnym sensie nam się to udało, Mała pod koniec naszej wizyty mówiła do Heńki słodkim głosikiem i nawet parę razy ją pogłaskała, ale tylko w sprzyjających okolicznościach, czyli gdy Henia nie próbowała patrzeć jej w oczy.

Mały, niespełna dwuletni chłopiec, swoim zachwytem do psów wprawił nas wszystkich w osłupienie. Nigdy w życiu nie widziałam cieszącego się w ten sposób dziecka, które próbuje nawiązać kontakt ze zwierzęciem. Przez pierwsze dwie godziny kontrolowaliśmy, by przypadkiem Kudłata nie zrobiła krzywdy Małemu, ponieważ 28 kg psiej czułości i niespotykanej potrzeby kontaktu fizycznego, może małemu dziecku sprawić fizyczny uraz. Małemu jednak udawało się wywijać z opresji w pięknym, pełnym wdzięku stylu. Kudłata była w siódmym niebie. Miała dziecko na odległość zaledwie kilku centymetrów, mogła za nim chodzić do woli, i nieraz udało jej się skraść całuska od Małego rezolutnego człowieka, którego twarz co jakiś czas była dokładnie wylizana. Po kilku godzinach nie musieliśmy się już martwić o dzieci, a zaczynaliśmy myśleć o Heńce. Z przyjemnością odnotowaliśmy fakt, że są ludzie, i to całkiem malutcy jeszcze, którzy Kudłatą potrafią zmęczyć, co nam dorosłym jeszcze się nie udało. Zabrakło nam chwilami empatii, ponieważ chwile, w których Henia próbowała ukryć się przed dziećmi, były dla nas wyjątkowo zabawne --- po raz pierwszy widzieliśmy jak Kudłata stara się uniknąć spotkania z człowiekiem, niespotykane, wręcz księżycowe.

Zanim wróciliśmy do domu, nie ruszając się z mieszkania Zkemi, Kudłata udała się w smakową podróż na inną, nieznaną dotąd planetę, ponieważ… pierwszy raz w życiu jadła upuszczony przez dziecko (specjalnie dla niej) makaron, paluszki upuszczone przez Małą wcale nie przez przypadek, kawałki drożdżowych bułeczek… ze smakiem oblizała również paluszki Małego, „wykremowane” serkiem waniliowym.

Kudłata wróciła do domu wykończona. Złapała lekki oddech i na widok psów na wieczornym spacerze sprawiała wrażenie, że jest wyjątkowo szczęśliwa, że to czworonogi a nie ludzkie dzieci.

W niedzielę śmialiśmy się, pytając niby Kudłatą: to co, zostajesz sama w domu czy do dzieci? Chętnie odpoczęła od gatunku ludzkiego, gdy my poszliśmy na kawę.

czwartek, listopada 04, 2010

120. Psia lingwistyka stosowana

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Idiomy w każdym języku zadziwiają obcokrajowców. Idiomy w każdym języku kłamią, gdy nie daj Boże, potraktujemy je dosłownie. Sprawdziłyśmy z Kudłatą w praniu dwa psie: „psia pogoda” i „całuj psa w nos”.

Psia pogoda” jest podobno dzisiaj. Pada, leje, mży, jest ciemno. Heńka protestuje przeciwko stwierdzeniu, że to niby jej pogoda. Przez pierwsze sekundy spacerów w ciągu dnia wyglądała na niemile zaskoczoną, podnosiła wysoko łapki. Przytulisko też nie wygląda na zachwycone mocno jesienną aurą, bo do domu pcha się całkiem sporo błota, zwłaszcza, gdy Heńka spotka kolegę lub koleżankę do tarzania się. Dzisiaj miała szczęście w postaci Harry'ego, cztery tygodnie od niej młodszego, biszkoptowego labradora. Zachwyceni sobą wetowali sobie straty związane z beznadziejną, niepsią pogodą.

Całuj psa w nos” oznacza odczep się, ale... nie w Przytulisku. Heńka jest pierwszym psem w moim życiu, którego całuję. Głupia sprawa, ale najzabawniej jest pocałować Sierściucha w sam nos. Za każdym razem, gdy popełniam ten okropny-cudny czyn, myślę o polskim idiomie, jakie ma korzenie i dlaczego ja już zupełnie go nie chwytam, bo przecież dla mnie oznacza wyrażenie mojego prywatnego podziwu dla każdej z osobowości Kudłatej. Teraz kolej pocałować Sadownika pomimo tej niepsiej pogody...

środa, listopada 03, 2010

119. Koniec anonimowości

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Prawie pięć lat mieszkamy w Przytulisku. Dopóki nie zamieszkała w nim Kudłata, znaliśmy raptem kilku sąsiadów --- przemykaliśmy alejkami i pies z kulawą nogą nas nie rozpoznawał. Skończyło się. Wracając dziś z zajęć uświadomiłam sobie, że od tramwaju do domu kilkanaście razy powiedziałam dzień dobry. Spotkałam właścicieli psów, dwóch gospodarzy domu, którzy Heniutę uwielbiają, kilka dzieciaków, które mnie pytały, czy wyjdę z Sierściuchem zaraz na dwór. Cóż, stałam się dodatkiem. Na szczęście, dodatkiem do cudnego Psa.

Świąteczny wyjazd Sadownika na plener fotograficzny uchylił rąbka tajemnicy jeszcze jednego przedsięwzięcia budującego więzi wewnątrz osiedlowej społeczności. Od piątku wiem, że o 21.00 pod górką jest spotkanie zaprzyjaźnionych psów. O tej porze ludzie bez psów szybkim krokiem wracają do domu. Ludzie z psami podążają w odwrotnym kierunku, w miejsca, gdzie kundle mogą się wybiegać. Kudłata ma zegarek w swojej duszy, i choć przesunięcie czasu wprowadziło pewien zamęt, dokładnie o 20.50 Młoda zaczyna się ożywiać, kręcić i meldować, że czas na spotkanie z psimi przyjaciółmi, póki co, Perką i Korą. Przez mgłę, przypominam sobie, że Sadownik mi mówił, że takie psie imprezki towarzyskie mają miejsce wieczorem każdego dnia, ale zrozumiałam o co chodzi, dopiero wtedy, gdy kilka wieczorów z rzędu Kudłata z radością ciągnęła mnie (w zastępstwie Sadownika) w umówione miejsce. Rozczulało mnie, gdy pani Perki pytała: widzimy się jutro? Tak. Widzimy się dziś, jutro, pojutrze... :) Psy nie są dla ludzi nie lubiących spotykać innych ludzi. Takim pozostają tylko rybki i... żółwie. Pies jest personą publiczną --- przynajmniej Heńka tak ma.

wtorek, listopada 02, 2010

118. Nie jestem już nastolatką

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wszyscy albo właśnie przechodzimy kryzys, albo dopiero co z niego wyszliśmy, albo też nieuchronnie do niego zmierzamy. (...) Chciałbym również zaznaczyć, że nigdy nie jest tak źle, jak nam się zdaje.

Andy Andrews, Mistrz, Najlepsze dopiero przed Tobą,
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010

Jeśli chodzi o mój kręgosłup powinnam sobie strzelić tatuaż wytłuszczoną czcionką w dobrze widocznym miejscu: „ale nie jest tak dobrze jak myślisz!”. Zachwycona tym, co robi ze mną praca domowa zadana przez Nią-Anioła podniosłam się w sobotę rano z łóżka jak nietknięta chorobami nastolatka i... cierpiałam do wczoraj. Za mną pierwsza, przespana w jednym kawałku noc i niesamowity apetyt na kolejny egzemplarz. Niech się stanie! Wyszłam z kryzysu kręgosłupowego i nie mam ochoty podążać ku następnemu, postoję i pozachwycam się życiem!