Pan Piór:
Co tak smutno?
Jabłoń:
A jak Pan myśli?
*

Byliśmy na ostatnim obiedzie w romesco. Byliśmy podziękować i pożegnać się. Mukaliśmy bardzo przy przepysznym.

Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
Pan Piór:
Co tak smutno?
Jabłoń:
A jak Pan myśli?
*

Byliśmy na ostatnim obiedzie w romesco. Byliśmy podziękować i pożegnać się. Mukaliśmy bardzo przy przepysznym.

1305 wpisów temu byliśmy w romesco po raz pierwszy. Już wiem, że nie zdążę zjeść całej karty. Dziś zjedliśmy ostatni romescowy lanczyk — mukanie było (jak zwykle niezmienne).
Gdy pierwszy raz rozmawialiśmy z Panem Piórem, był w paskowanym fartuchu, który zachwycił mnie wtedy, zachwycił mnie i dziś.

Od poniedziałku po ulicach nadal będą łazić dumne z siebie łyse faszyzujące pały, co nic dobrego dla innych nie zrobiły, bo boją się własnego cienia; nieetyczna, umoralniająca tych, co sobie tego nie życzą, czarna zaraza będzie trzymać się wypaśnie; politycy będą łgać-w-statusie-head, a kolejne kochające się pary pomyślą o emigracji, bo ani się tu żyć nie da, ani mieć dzieci. Być może przyjdzie dzień, że ze strachu zdejmę z nadgarstka tęczowy zegarek.
Od poniedziałku nie będzie już romesco — o powodach aż się gadać nie chce. Pozostanie znacznik hiszpański kęs i wspaniałe wspomnienia.

Jabłoń:
(w trudnym dla niej rozkroku między tu i tam)
Sadownik:
Kocham Cię…
(westchnął)
…bo nie powiem, że lubię.
Jabłoń:
(ryknęła śmiechem)
*
Łomolę drugi dzień. I gapię się, studiując to, co pomiędzy, czyli relacje. To coś, co między ludźmi pojawia się lub jest. Niewidzialne, ale odczuwalne. Niematerialne, ale upragnione. Jest czasem na chwilę, czasem na całe życie.
Wszystko to w tym obrazku jest.
Zaz, Qué vendrá.
qué vendrá, qué vendrá
yo escribo mi camino
sin pensar, sin pensar
dónde acabará
qué vendrá, qué vendrá
yo escribo mi camino
si me pierdo es que ya me he encontrado
y sé que debo continuar
po trzech dniach galopu,
wolno toczące się dobre życie
w cieniu świątecznego dnia.

po siłce pyszne jedzenie. dawno nas tam nie było. Pan Piór we własnej osobie napasł nas okrutnie… jak zwykle… pięknie i szczęśliwie.
wpis przeniesiony 8.04.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Dwa tygodnie temu o tej książce nie miałam pojęcia. Prawie dwa tygodnie temu Bliźniacza Liczba i Zalo zamontowali nową półkę na książki, likwidując w ten sposób stosik książek w papierzu. Powieść, która na Bliźniaczej Liczbie wrażenie zrobiła, odnalazła się w dwóch egzemplarzach — oba po hiszpańsku, dla mnie: niestety. Klik, klik, Bliźniacza Liczba wyklikała i podarowała mi tę książkę w ibuku, w języku polskim.
Bliźniaczo, co wcale mnie nie zdziwiło, jestem książką zachwycona. Pod jej koniec przyszło mi do głowy: jakie przekonanie, idea zmarnowały nam kawałek życia? Przekonania, idee, które mamiły upragnioną normalnością lub przynależnością do grupy, społeczności? W czasach mojej młodości były to wkrętki dotyczące kobiecości, męskości — ha, ha, hi, hi! Dzisiejsza młodzież ma jeszcze do dyspozycji patriotyzm, wyklęty.
Jeśli chodzi o tłumaczenie, nie bardzo rozumiem, nawet teraz po książce, czym jest i jaką pełni rolę zabieg polegający na tym, że bohaterzy nie chodzą po ulicach Lasarte, López Allué czy Añorga, tylko po calles.
Ostrzec należy, że słowniczek słów baskijskich na końcu do szału doprowadza, gdy czyta się ibuka, polskiej furii można dostać, gdy słowa tam nie ma, choć w książce pojawia się ono kilkanaście razy, mecagüendiós. No i… tytuł!
Tytuł. Najpierw myślałam, że to imię; do końca czekałam na postać. Potem pomyślałam, że może to baskijskie słowo — nie ma go w słowniczku. Na końcu w desperacji zapytałam Bliźniaczą Liczbę — na to, że to hiszpańskie słowo nie wpadłam; nie pomyślałam, że maniera nietłumaczenia tytułów dotknęła również hiszpańskojęzycznych autorów, kura przez wu!
Ale te wszystkie trudności są nieważne, bo książka i pomysł na nią doskonałe — bohaterzy, relacje między nimi, niełatwa przeszłość i czas… wciągają od pierwszej zdania w rozdziale pierwszym: Idzie, biedaczka, zrujnować sobie z nim życie.
W czasach ich młodości władzę mieli Franco, księża i strach przed tym, co powiedzą ludzie.
*
Ogródek działkowy stał się moją religią — stwierdził pewnego dnia w Pagoecie w odpowiedzi na kpiny przyjaciół. Kiedy umrze, niech Bóg nie wyjeżdża mu z żadnym rajem ani innymi bzdurami, wystarczy, że da mu ogródek taki jak ten, który uprawia teraz.
*
— To nie jest odpowiedź.
— Nie nadaję się do małżeństwa, mamo. To wszystko. Nie mógłbym też być rzeźbiarzem ani rugbistą, a mimo to nie pytasz mnie, co sądzę o tych dziedzinach.
*
Cisza. Agresywna? Wroga? Nie, raczej przeładowana znakami zapytania, zdumieniem. Czy na pewno?
*
Na biurku stał kalendarz z kartkami do wyrywania. Wyrwał tę z poprzedniego dnia i przeczytał, co było napisane na jej odwrocie. Potem zanotował, ile dni wytrzymał bez palenia papierosów: sto czternaście. Dumnie przekładał swoją wytrwałość na liczby […].
*
— […] Co o tym myślisz?
— To samo. Ale wściekałaś się, gdy o tym mówiłem.
— Co ty możesz wiedzieć o uczuciach matki?
— A co z tym, co czuje ojciec?
*
— Nikogo nie obchodzi twoje zdanie.
— Mnie obchodzi. Wiem, co mówię.
— Co ty tam wiesz!
*
— Nie palisz, prawda?
— On tylko czyta książki – odpowiedział za brata Joxe Mari.
*
— Nie wychowałem mojego syna na mordercę.
— Wychowałeś? Kogo ty wychowywałeś? Nigdy nie widziałam, żebyś zajmował się dziećmi. Pół życia spędziłeś w barze, a drugie pół na rowerze.
— I codziennie, kurwa mać, chodziłem na wakacje do odlewni!
Spojrzeli na siebie z pogardą, dystansem? W każdym razie bez serdeczności.
*
Terroryści byliby zachwyceni, gdybyśmy dali się sprowokować. Mieliby wtedy dowody na istnienie wojny, która rozgrywa się tylko w ich umysłach.
*
W tym kraju zbyt wiele rzeczy próbuje się naprawiać przemocą.
*
Nagle niespodziewanie zaczął padać silny deszcz. Gdzie? We wspomnieniach.
*
Nie ma znaczenia, czy powiem to głośno, czy cicho, bo cały czas myślę to samo.
*
Błąd natury — możemy zamknąć oczy, kiedy nie chcemy czegoś widzieć, ale powinniśmy też mieć zastawki w kanałach usznych, żeby po ich zasunięciu nie słuchać tego, czego nie chcemy.
*
[…] życie trzeba wypełniać sensem, porządkiem i nadać mu kierunek, każdego ranka znajdować naprawdę stymulujący powód, żeby wstać z łóżka, i jeśli nawet bez entuzjazmu, to przynajmniej z energią. I nie pozwolić, żeby ze zwykłej bezczynności człowiekowi skostniały nawet myśli.
*
Tkwił w milczeniu — onieśmielony, zamyślony. Zbierał ciszę w swoim wnętrzu, z przeszłości w teraźniejszość, w przeciwieństwie do Bittori, która uporczywie gadała, psując wszelką intymność miejsca i chwili.
*
Sprawiał wrażenie spokojnego, ale to był spokój przewróconego drzewa. Stał się samotnikiem, z wyboru.
*
Uważa, że powodów było wiele. I powodów tych powodów, które prowadziły do kolejnych powodów i obecnej sytuacji, kiedy siedzi zamknięty w czterech ścianach celi, przytłoczony ciężarem tego, co zrobił w imię zasad wymyślonych przez innych i za co posłusznie i naiwnie wziął na siebie odpowiedzialność.
*
Pomyślał: prośba o wybaczenie wymaga dużo więcej odwagi niż strzelanie z broni czy podkładanie bomb. To każdy potrafi — wystarczy być młodym, łatwowiernym i krewkim. Nie wystarczy być chojrakiem, żeby szczerze przeprosić, chociaż tylko słowami, za popełnione okrucieństwa.
*
Podwiózł matkę najbliżej jak się dało bramy wejściowej. […] WKRÓTCE POWIEDZĄ O WAS TO, CO TERAZ ZAZWYCZAJ MÓWIĄ O NAS: UMARLI! Makabryczne, a zarazem takie banalne. Ludzie tak bardzo opierają się przed oddaniem światu pożyczonych atomów. W rzeczywistości to życie jest rzadkim i wyjątkowym stanem!
*
Trudny język [o języku niemieckim]. Nie mieściło się jej w głowie, że we współczesnych czasach ludzie spotykający się w piekarni, szpitalu czy rozmawiający ze sobą przez okno używali deklinacji niczym starożytni Rzymianie.
Fernando Aramburu, Patria, przeł. Karolina Jaszecka,
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2018.
(wyróżnienie własne)


*
un paso, dos pasos, tres pasos, cuatro pasos, los pasos…
¡tengo buena suerte! ¿cuándo volverás? ¡nunca jamás!
Soha, Mil Pasos.
wpis przeniesiony 4.04.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Gdzie zacząć, jak ma się nieustające wrażenie, że ostatnie siedemdziesiąt dwie godziny to był tydzień wrażeń. Od końca zacząć.
Tak. Byliśmy w pretekście wczoraj. Bliźniacza Liczba, Gepardzica, Smoku, Sadownik i ja. Trzy różne pizze, ale wszystkie, jak powiedział Smoku, relacyjne.
*
Green Valley, La vida va.
wpis przeniesiony 2.04.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Prozaicznym byłoby powiedzieć, że to dobra książka lub dobry reportaż. To refleksy światła, znaczące drobinki z życia i historii ludzi znanych i mniej znanych. To literki, które we wstrząsający sposób uświadamiają, że nie tylko w Polsce „duży” może prawie wszystko kosztem człowieka, że nie tylko nam popieprzyło się, co jest ważne w życiu społecznym — na dwóch końcach Europy bardzo podobny cyrk, choć średnie temperatury roczne znacząco różne. Ta książka budzi również nadzieję, że może i my zaczniemy rozumieć, że dobro drugiego człowieka jest naszym dobrem.
Możliwe, że podchodzę do tej książki zbyt osobiście. W końcu moje, takie najbardziej moje, życie odważyło się wypuścić pierwszy pęd w tym kraju i nikt go wtedy nie zadeptał. Z tego powodu z przykrością czytałam, że mojej Barcelony już nie ma. Połknęłam tę książkę i aż trudno mi uwierzyć, że mogłam ją przegapić — dowiedziałam się o niej z audycji radiowej.
Marina Garcés nazywa to prosto: „Istnieć to zależeć od innych”.
„We współczesnych zachodnich społeczeństwach słowo »my« nie nazywa pewnej rzeczywistości, ale problem” — pisze w swojej książce Un Mundo común (Wspólny świat)
„(…) Nie tylko »ja«, ale też »my« zostało sprywatyzowane, zamknięte w logice rynku, rywalizacji, tożsamości”
A przecież „wszyscy urodziliśmy się z ciała innych i zostaliśmy wychowani rękami, słowami i spojrzeniami innych. Żyjemy w ciągłości. Jesteśmy radykalnie od siebie zależni, ale nowoczesne społeczeństwo stworzyło złudzenie, że możemy być samowystarczalni. Bardzo się pomyliliśmy, biorąc samowystarczalność za wolność”.
*
Ainhoa, niska kobieta w okularach, po paru latach negocjacji podpisała porozumienie z bankiem.
— Jestem im wdzięczna. Wiecie dlaczego? Bo potraktowali mnie jak takiego śmiecia, że nie zostawili mi wyboru. Musiałam być silna.
*
Zrzeszajcie się i będziecie silni,
kształcie się i będziecie wolni,
kochajcie się i będziecie szczęśliwi.
Josep Anselm Clavé i Camps
(1824–1874)
*
[…] filozof César Rendueles notuje w swoim eseju […]: „Może jesteśmy sami. Ale kiedy nie ma bogów, rodziców ani nauczycieli, którzy by się nami opiekowali, możemy przynajmniej spróbować zaopiekować się sobą nawzajem”.
*
„Kto to jest człowiek zbuntowany? Jest to człowiek, który mówi: nie. Lecz odmawiając zgody, bynajmniej się nie wyrzeka: to również człowiek, który od pierwszej chwili mówi: tak” — szeptał Camus.
*
Mówi się, że po śmierci bliskiej osoby uczysz się bez niej żyć. Nieprawda. Uczysz się żyć, jakby wciąż była obok, nie myśleć o tym, że jej nie ma.
*
— Udzielam ślubów, wszystkim.
Tego dnia zmieniło się wszystko.
[…]
Kiedy Campillo stało się sławne, burmistrz miał z proboszczem nieformalny zakład o to, kto udzieli więcej ślubów.
— Wygrywam — mówił burmistrz, kiedy mijali się na ulicy.
— Ale to był młody ksiądz, sympatyczny — powiedział mi Paco. — Teraz przysłali tu takiego prawdziwego.
*
[…] nigdy się nie nudzić, ponieważ nuda — jak powiedział Gonzalo Suárez — jest najgorszą chorobą, jedyną, która pozwala ci żyć, gdy już dawno jesteś martwy.
*
Do baru nie chodzi się, by stracić głowę, ale żeby ją ocalić.
[…]
[…] do barów chodzi regularnie, to jest co najmniej kilka razy w tygodniu, 36% Hiszpanów. Na niedzielnej mszy — zauważa w jednym ze swoich felietonów miłośniczka barów, pisarka Rosa Montero — bywa tylko co dziesiąty.
Aleksandra Lipczak, Ludzie z Placu Słońca,
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)

*
Jest tu wielki czerwony krzyż ułożony z czerwonych butów: trampek, szpilek, czółenek, klapków. Każda para to jedna kobieta, która w tym roku zginęła z rąk męża, chłopaka, narzeczonego, byłego.
Przystaję, by je policzyć. Jest koniec października, par butów jest siedemdziesiąt jeden2.
____________________
2 Zgodnie z tym, co mówią statystyki, taki krzyż w Polsce musiałby być dwa razy większy.
(tamże)

fot. Kike Rincón.


7 230 m
*
W drodze na wycieczkę, dzięki znalezisku Bliźniczej Liczby, wyliśmy… wersję, którą pokochałam…
Sesame Street, El patito.
wpis przeniesiony 2.04.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Bo. Profesor Snyder tak pięknie mówi po polsku.
Bo. Jedna Wiedźma może być Nauczycielką.
Bo. Druga Wiedźma jeszcze nie wie, że lubi poezję po angielsku.
Bo. Trzecia Wiedźma chce, by Vía, gdy znów się spotkamy, nie dostał jako uczennicy takiej, co nic w ojczystym języku powiedzieć nie umie.
Właśnie z tych powodów postanowiłam „przełożyć” tę książkę — starsze wydanie pod innym tytułem towarzyszyło mi od lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Postanowiłam zrobić to pod czujnym okiem Pierwszej Wiedźmy, która wystąpi w roli Profesory.
1. Ingenua
Yo soy ingenua.
Muy ingenua.
Probablemente
demasiado ingenua.
Tú eres
diferente.
Eres
muy diferente.
przeł. Jabłoń, red. meryt. Bliźniacza Liczba, 2017.
1. Naïve
I am naïve.
Very naïve.
Too naïve
probably.
You are
different.
You’re
very different.
Leon Leszek Szkutnik, Myślenie po angielsku,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2003.

postanowiliśmy
nie czekać do jutra.
między deszczami. mukaliśmy. bardzo.
jalapeño! uwielbiam to słowo, ale
z charakterkiem jalapeño mierzył się Sadownik.

wpis przeniesiony 2.04.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Wczoraj. Przeczytałam piękną recenzję — możesz kliknąć w logo pretekstu poniżej, jeśli chcesz mieć ją u siebie. W tej recenzji pojawiają się czerwone stoliczki. ● Dzisiaj. Skradziony kalendarzowi dzień. Ja i Heniutka same w domu miałyśmy dziś wyłącznie dla siebie i przyjemności istnienia. Skorzystałam z okazji. Czerwone pyszności przy czerwonym stoliczku jadłam.

*
Alba Marbà, Sueño que sueño.
…los momentos pequeños…
wpis przeniesiony 2.04.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Tam. My. Jeszcze wtedy osobni. Twoja. Moja. Nasze ręce. Pełen symboli gest, mit założycielski naszej relacji? Czy podając mi swoją dłoń, zaprosiłeś mnie do swojego życia? Czy podając Ci moją dłoń, oddałam siebie Tobie wraz z mym losem? Z pewnością tak wtedy na to nie patrzyliśmy, ale coś głęboko w nas nie żartowało wcale, znało odpowiedź na każde z tych pytań — przyszło do mnie wczoraj — dziewiętnaście lat i trzy miesiące bez dziesięciu dni później.

(fot. źródło, fragment)
*
Sadownik:
(wrócony do ula, zaprasza, podając rękę)
Jabłoń:
(gotowa do wyjścia)
Będzie ktoś do Ciebie dzwonił?
Sadownik:
(wygina brwi w znaki zapytania)
Jabłoń:
Bo jak tak, to wezmę sobie książkę.
Sadownik:
To, że zapraszam Cię znów do mojego życia,
nie znaczy, że nie możesz czytać.
(za jakiś czas)
Sadownik & Jabłoń:
(mukali, opowiadając sobie ten szczególny weekend)

Odkryłam dziś pretekstową regułę. Zamów coś, co jadłeś tam kiedyś. Nie będzie tego w karcie lub będzie inne, niż pamiętasz. Ale potraktuj chwilę jako pretekst, szczelinę w teraźniejszości, i zapytaj Pana Preteksta: „co dziś?”. Wybierz i ląduj w niebie smaku. Mukałam przy sałatach z buraczkami z kozim serem. Mukałam bardzo.



*
uroczystości rocznicowe, rozpoczęte oficjalnie w środę w pretekście, zamknęliśmy dziś wielkim mukaniem w romesco. po raz piętnasty powiedzieliśmy sobie „tak”. podobno bez przymusu.
Vía skończył kolejny sezon biblioteczny. Magnesik na lodówkę z tej okazji na pamiątkę cała Rodzina ma. Cioci dostały się zdjątko, warte dla niej tyle co magnesik, i zgoda, że zrobi z nim, co chce. Robi!
*
soy un lujo!
eres un lujo!
usted es un lujo!

somos un lujo!
sois un lujo!
ustedes son un lujo!
W Innym Świecie na mostku cztery lata z hakiem temu świętowaliśmy Nas. Co każde z nas pomyślało w tamtej chwili? O czym marzyło? Wróciło do mnie wspomnienie wykonanego wtedy zdjęcia, gdy robiłam wczoraj poniższe symboliczne i arcyświąteczne, zachowując kolejność. Wielką chwilę świętowaliśmy w pretekście — nowiusieńką psychoterapeutkę — Bliźniacza Liczba zdała ostatnie egzaminy. Chapeau bas!


*
Zalo zapisał się do Klubu Mężów Psychoterapeutek. Jabłoń wyciągnęła z telefonu, przysłaną jakiś czas temu przez Bliźniaczą Liczbę, grafikę. Sadownik, jako Członek Klubu Mężów Psychoterapeutek, obrócił obrazek i życzył wiecznego kontaktu z wewnętrznym dzieckiem. Idzie nowe! Idziemy My!

Autor(ka) nieznan(y/a).
*
Bliźniacza Liczba:
(już za tym znakiem)

(wczoraj wczesnym wieczorkiem w)
Pan Mariusz:
(pierożkiem skradł kulinarne serce Bliźniaczej Liczby)
Pizze:
(nie pozostały w tyle i zrobiły to samo)
Bliźniacza Liczba:
Myślałam, że przesadzasz
z tym pretekstem, ale nie!
Jabłoń:
(odetchnęła z ulgą)
Sadownik:
(wyjechany nie wie jeszcze, że wypasiona knajpa
[planowana od miesięcy], w której dziś wieczorem
mieliśmy być, przegrała z pretekstem!)

Sadownik:
(w wersji spostrzegawczej
wypatrzył na tablicy dań)

Jabłoń:
Może to danie dla wojujących feministek?
Karmią tu kanibalki?
Sadownik:
(dociekał)
Ale szyneczka czy polędwica?
(powtórzył pytanie po chwili Panu, który przyjmował
wcześniej nasze lanczykowe zamówienie)
Pan z Pretekstu:
Wolę nie wiedzieć.
*
(był, co bardzo lubimy)
Pan Piór:
(zaskoczył nas, kombinacją smaków również)

krem z kalafiorów z… pesto!
Sadownik & Jabłoń:
(gdyby nie muzyka, cała Chomiczówka
słyszałaby ich mukanie)
*
Mascarpone z truskawkami:
(przyłożyło się do tego, że ledwo się wytoczyliśmy)
Bliźniacza Liczba:
(przyleci jutro)
Jabłoń:
(nie może się doczekać)

*
Fito & Fitipaldis, Me Acordé De Ti.
Oboje kochamy te miejsca i ideę, która jest ich kamieniem węgielnym. Ludzi, którzy je tworzą uwielbiamy. Niedzielne pytanie: „co na obiad?” przeszło dziś płynnie do puli pytań retorycznych.
Jabłoń:
Panie Darku, na co my mamy mieć dzisiaj ochotę?
Pan Piór:
(wymienił kilka dań)
Sadownik & Jabłoń:
Mukali przy pizzy z kozim serem i ruskich pierogach.
(nie wiadomo kto głośniej)
Stoliczki i krzesełka na zewnątrz Pretekstu:
(Jabłoni niezmiennie przywołują wspomnienia Sevilli
z Bliźniaczą Liczbą, Zalo i Vía przy tapaskach)
Sadownik:
(doniósł Bliźniaczej Liczbie, że ma metę
na hiszpańskie piwo, które mu smakuje)

Bliźniacza Liczba:
(przyleci za trzy dni)
Jabłoń:
(nie może się doczekać)

wpis przeniesiony 31.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Wczoraj na przystanku, czekając na Arsa, nagle zobaczyłam świat, w którym, hipotetyczny ty, wszystkim wytłumaczyłeś, że masz rację. Przekonałeś wszystkich do swoich pomysłów, idei. Wyobraź sobie, że tak jest — nie ma nieprzekonanych, ani jednego — wszyscy podzielają twój punkt widzenia.
Wejdź w taki świat. Masz to? Mam. Gdy już tam jesteś — wyrocznią, prorokiem toczenia się światów wielu — mam tylko jedno pytanie: naprawdę nie chciałbyś spróbować czegoś nowego, innego; czegoś, co zrodziło się w innej, niż twoja, głowie lub w innym, niż twoje, sercu?
To, co wiem, już wiem. Fajnie być ciekawym tego, jak inni widzą świat, pomyślałam, wracając na ławeczkę, z której przecież nie ruszyłam się na krok, czekając. Chwilę później pojawił się Ars.
***
Jabłoń:
(w słońcu, ze szparagami w obu daniach)
Ars:
(w cieniu, z mięchem i pełnym uroku wewnętrznym hedonistą)
Nieznany obojgu Pan, co o fajkę prosił:
(po tym, gdy dowiedział się, że ani Ars, ani Jabłoń nie palą,
życzył albo dobrego jedzenia, albo dobrego dnia)
Jabłoń:
(podziękowała)
Nieznany Pan:
To nie ja życzę.
(wyciągnął palec wskazujący w górę)
Tylko Jezus!

***
Jabłoń:
(przekazała pozdrowienia od Arsa)
Sadownik:
(na północnym zachodzie)
Zazdraszczam Wam!