Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl/seria: tu/teraz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl/seria: tu/teraz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, listopada 16, 2025

5946. Łódeczka dla Białego Kruka


Autor(ka) nie do ustalenia.

Nie chcę zapomnieć. Wskrzeszam swoich umar­łych w za­pa­mię­ta­nych obrazach, słowach, gestach. Żywi w mojej pa­mię­ci, pełnej luk i niedopowiedzeń. […]
     Może dlatego nie potrafię pojąć śmierci, bo przechodzi naj­śmielsze wyobrażenia? Świat trwa, mimo że nas już w nim nie ma. Właśnie ktoś z niego odszedł, ktoś niepowtarzalny, a świat nie czuje się przez to bardziej ubogi. Jak to możliwe, że dalej się kręci, jakby nigdy nic? W pewnym sensie nie lu­dzie umierają, tylko świat.

Ja po prostu jestem zupełnie inaczej.

[…]  umarli wcale nie umierają, tylko żyją w innej czaso­prze­strze­ni. Dalecy i bliscy jednocześnie. Wystarczy szczelina pa­mię­ci i wypływają z niej tacy, jacy byli za życia.

Wydaje mi się, że cię znałam. Ale
znałam tylko mały fragment ciebie.

Pomiędzy narodzinami i śmiercią wąski skrawek nazwany życiem. Tylko to jest nam dane. Tylko to możemy wypełnić treścią. I tylko o tym decydować. Cała reszta to ciąg mil­cze­nia, niebytu, o którym czasem sobie przypominamy, za­sy­pia­jąc. W tej ciszy ty. W tę ciszę zmierzam ja. I każdy z nas.

Jak dalej żyć, gdy wszystkie drogi rozchodzące się od tego je­dne­go punktu, donikąd nie prowadzą? Czy śmierć uczy po­ko­ry wo­bec życia? Zgody na nie? Mnie nauczyła. Bunt wo­bec życia ucichł, bunt wo­bec twojej śmierci wciąż jest żywy.

I tylko śmierć nadaje sens życiu, porządkuje jego chaos, ukła­da niepasujące do siebie fragmenty. Wtedy już wiemy, że było potrzebne coś, by mogło się zdarzyć coś innego.

Słowa, słowa, słowa… Niezdolne oddać mojej miłości do ciebie i twojej do mnie. Czy zdolne unieśmiertelnić przy­naj­mniej pamięć o niej?

Joanna Mizielińska, Księga umarłych,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

*

Fryderyk Chopin, Walc h-moll nr 2, op. 69,
Richard Galliano (akordeon).

sobota, października 25, 2025

5921. 298/365

wra­całam*. wróciłam podwójnie, słuchając dziś piosenki, któ­rej każda fraza przed oczami przesuwa mi pradawne śnieżne szczę­śli­we wspólne chwile. w biał­ce tatrzańskiej sadownik uczył się jeź­dzić na nar­tach, a ja wtedy nawet nie prze­czu­wa­łam, że po­ja­wi się w mo­im życiu kudłata, otworzy mi oczy i po­ko­cham śnieg w mie­ście, że już zawsze bę­dzie on dla mnie tyl­ko pa­mię­cią o Jej za­chwy­cie na widok bia­łe­go puchu.

298/365

__________
   *  „do siebie” trzy–dwa razy dłużej, niż zakładałam, ale wró­ci­łam. pognałam w czwartek do mojej kawiarni, gdzie wraz z baristą ucieszyliśmy się bardzo, widząc siebie na­wza­jem. piłam, prawie jak dawniej, kawę, czytałam i… za­brzmiała dawno nie­sły­szana piosenka**.
  **  i wróciły wspomnienia z czasów, gdy słuchałam — do upa­dłe­go, upar­cie, bez wytchnienia — zapętlonego albu­mu, z którego pochodziła.

Sting, Desert Rose.

Czasem muzyka potrafi oddać to, co niewypowiedziane.

Joanna Mizielińska, Księga umarłych,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

piątek, października 24, 2025

5920. 297/365

pół roku — dziś to nie jest miara czasu lecz tęsknoty. to zdjęcie zo­baczyłam po raz pierwszy w zeszłym miesiącu, choć zostało zrobione w styczniu 2021 roku.

już nie mogę się doczekać, by przyszła do mnie śniegiem.

297/365


fot. Maggie, fragment.

Od tamtej pory w domu jest dziwnie. Nie ma jej i nie ma czę­ści nas. […] 
     Co zostało? […]  Odruch patrzenia w miejsca, w których zwykle leżała. […] 
     Nie ma jej i życie toczy się dalej. […]  Czasem wydaje mi się, że wystarczy mnie dotknąć, a rozpadnę się na kawałki. I wciąż oddałabym wiele, by móc ją głaskać […].

Gdybym mogła jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham, a ona by mogła zrozumieć, jaką jest niezwykłą […]  istotą.

Nie można się wstydzić wielkich słów, trzeba po nie sięgać, by wyrazić wdzięczność, póki jest okazja.

Joanna Mizielińska, Księga umarłych,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

5918. Z oazy (CCCLXXXVI)

Wyczekana. Piąta w ramach serii wydawniczej. Czekająca kilka dni, by opadły fusy wrażeń, by odcedziły się fragmenty, które muszę mieć już zawsze pod ręką. Kil­ka­na­ście z nich rozlało się przepięknie tu po kilku wpisach z lat 2021–2025 (kolejno po­łą­czo­ne linki: żółty, żół­ty, żółty… pierwszy żółty). To nie tylko pierwsza, ale jedyna (póki co) w moim ży­ciu tak rozbiegana książka.

Najpiękniejsze w tej lekturze jest to, że obok ludzkich historii są również losy pięk­nych nieczłowieczych Osób, po których śmierci też się płacze i bardzo długo tęskni. I dobrze, że tak jest, bo czyni nas to doświadczenie bardziej ludzkimi istotami.

Pisanie brakiem, zapełnianie tego braku potokiem słów. Chciałabym wie­rzyć, że niepozbawionych sensu. Wodosłowie, wodolejstwo. W chwili pi­sa­nia jeszcze te słowa coś znaczą, nasycone emocjami. Potem?
     […]  dotknąć słowami żywej tkanki, przy­wró­cić życie tym, którzy odeszli bądź odchodzą. […]  Uczucia. Każde słowo jak łza, gdy piszemy o bólu, każ­da litera jak uśmiech, gdy piszemy o szczę­ściu. Jak oddać w krótkim frag­men­cie coś uniwersalnego? Czy nie tego szu­kamy w książkach? Odbicia siebie?

🖇

Śmierć przychodzi w najmniej spodziewanym momencie, nigdy wte­dy, gdy jesteśmy przygotowani na najgorsze, ale właśnie wtedy, gdy wydaje nam się, że najgorsze minęło.

🖇

Według jakich standardów oceniłam jego życie? Swoich własnych? Przecież moje życie tak bardzo odbiega od normy, że właściwie to samo ktoś inny mógłby o nim powiedzieć po mojej śmierci. Bezdzietna niezamężna kobieta. Czyli nieszczęśliwa. A przecież to nieprawda. Przy tej ocenie tak wiele szcze­gó­łów umknęłoby tym, którzy wydaliby ten wyrok nad zimnym cia­łem. Cia­łem, któ­re kochało namiętnie, ciałem, które pragnęło. […]  Zimno w mro­źny poranek, promienie słońca na twarzy, zapach kwia­tów na wio­snę, dotyk drugiego człowieka, niezależnie od płci, wieku, stopnia pokrewieństwa. On to czuł. Ja też. I to nas łączy.

🖇

Wtedy jeszcze wszystko było możliwe, za moment już nic nie będzie.

🖇

Te voy echar de menos” – powiedziała. „Yo tambien” – odpowiedział i ją uściskał. Zawsze dziwiło ją, że trzeba użyć tylu słów, by po hiszpańsku po­wie­dzieć komuś, że się będzie tęsknić.

🖇

W przypadku, gdy umierają inni, mam pewność braku, bo sama staję się wybrakowana. Mój brak jest dowodem na ich istnienie. Żyją w mojej pa­mię­ci, a moja codzienność nigdy nie będzie już taka sama. Jestem oka­le­czo­na i ku­la­wa. Ale jednak żywa. Pracuję, jem śniadanie, idę na spacer. Wciąż mnie to zdumiewa, że świadomość śmierci (innych) nie zmienia życia bar­dziej radykalnie.

🖇

Czemu tak mam? Co mogę z tym zrobić? Co próbuję tym załatwić? Może jest tak, że gdybym ciągle myślała o śmierci tych, których mogę stracić, nie mogłabym unieść rozpaczy. Nie mogłabym postawić kroku ze strachu. Nie mogłabym wstać z łóżka, by zacząć kolejny dzień. Myślenie o własnej śmier­ci pomaga mi więc żyć. Może to dlatego.

🖇

To brzmi banalnie, wiem. Ale właśnie w tym banalnym niepogo­dze­niu się i niezrozumieniu – jak to się mogło stać, że był człowiek i już go nie ma – tkwi cała tajemnica, której nie poznamy nigdy. A nawet jeśli­byś­my ją po­zna­li, to czy rzeczywiście potrafilibyśmy się z nią pogodzić?

🖇

Chwytam ten dzień i osobę, którą kocham. Chwytam, póki to, co nas łączy, trwa. Chwytam rozpaczliwie, ze świadomością bliskiej utraty. Chwy­tam śle­po, na bok odkładam obowiązki wobec innych. Myślę, że będą i jesz­cze zdążę okazać im zainteresowanie i troskę. A jeśli się mylę? Jeśli stracę ich, zanim zdążę im okazać miłość? Wydaje się nam, że to, co jest, będzie na zawsze, że zdążymy się tym nacieszyć i się z tym pożegnać. I na­gle, znie­na­cka, okazuje się, że to ma swój kres i że przegapiliśmy dany nam czas. Przepuściliśmy go przez palce. Nie pożegnaliśmy się z należytą uwagą.

🖇

Pamięć o tobie, o twoim umiłowaniu życia, sprawia, że mam siłę iść dalej, że wiem, iż cokolwiek mnie spotka, przetrwam. Jestem sama mi­mo ota­cza­ją­cych mnie ludzi. Jestem sama, mimo że jestem z kimś i mimo że kocham. Jestem sama, bo wiem, że to, co jest w tej chwili, za chwilę utra­cę. I po­zo­stanę sama. Na jakieś swoje zawsze.

🖇

Je­stem jej córką i nic o niej nie wiem. A czy wiem cokolwiek o tobie? Czy to, co wiem, nie jest jedynie opowiadaniem o sobie samej, o frag­men­cie mojego życia z tobą, o tym fragmencie, który dzieliłyśmy, o tym niespotykanym szczę­ściu, którego sens zrozumiałam dopiero w momencie straty?

🖇

Gdy wracaliśmy z cmentarza, moja starsza córka poprosiła, bym im nigdy tego nie robił, nie odchodził bez pożegnania.
     Wolałbym umrzeć szybko, nie cierpieć, nie chorować. Nagła śmierć jest dobra dla umierającego, ale rozumiem teraz, że dla żyjących może być nie do zniesienia. Jest szokiem dla wszystkich. Nie można w nią uwierzyć. Nie można się pogodzić, po kolei odtwarza się alternatywne scenariusze zda­rzeń. Tak jak ja teraz. Może mogłem coś zrobić? Jakoś go zatrzymać?

🖇

Przecież wiem, że twoje życie było twoje i jako takie dla mnie jest nie­do­stęp­ne. Twoja historia opowiedziana przez ciebie wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie ma dwóch takich samych opowieści, nawet jeśli dotyczą tych samych wydarzeń. […]
     Czym jest tak naprawdę śmierć ukochanej osoby? Czym jest przeżycie jej śmierci?

🖇

A może nie tracić nadziei wbrew wszystkiemu?

🖇

[…]  wybory matek są zawsze zapośredniczone przez środowisko społeczne, stanowią wypadkową (braku) możliwości, zdolności, umiejętności. Jej mat­ka była tylko śrubką w ogromnie złożonym mechanizmie. Były rzeczy, które zrobiła źle, ale były też rzeczy, które robiła dobrze, bo nikt nie jest jed­no­wy­miarowy.

🖇

Podcieranie tyłka ma jednak głębszy sens, gdy ten tyłek należy do osoby, którą się głęboko kocha.

🖇

Uczyłaś mnie przykładać wagę do takich szczegółów, którymi nawet nie chciałam zawracać sobie głowy. Dziś myślę, że z tych szczegółów składało się twoje życie. Z jakich składa się moje?

🖇

Nigdy nie myślałam, że jestem szczęśliwa. Twoja śmierć uzmysłowiła, że byłam.

🖇

W gruncie rzeczy byłaś czarodziejką prostoty. Mistrzynią cierpliwości. Nie oczekiwałaś od życia zbyt wiele i może dlatego potrafiłaś je cenić w jego naj­bardziej zwyczajnych formach.

🖇

Miarą poziomu cywilizacji danego kraju jest sposób, w jaki traktuje się w nim zwierzęta. „Pod tym względem jesteśmy barbarzyńcami” – pomyślała z goryczą.

🖇

Po smutku przychodzi ukojenie, po burzy spokój. Najpierw bunt na za­pew­nie­nia innych, że życie musi się toczyć dalej. Potem stopniowe poddawanie się jego rytmowi, wsiąkanie w życie na powrót. I pewnego dnia uświa­do­mie­nie sobie, że wciąż potrafimy się cieszyć z tego, że trwa.

🖇

To, co nie miało być ostatnie, stało się ostatnie, może dlatego słowa „nie spiesz się” wciąż tkwią zapisane w mojej głowie. Są jak twoja rada, tak, jak ją rozumiem: „Nie spiesz się, zwolnij, poczuj strumień życia przepływający przez ciebie, stań się jego elementem, w tym bezruchu odczuj każdą se­kun­dę”. […]  To, co miało być stale, skończyło się; to, co miało trwać chwilę, wciąż trwało.

Joanna Mizielińska, Księga umarłych,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

[…]  proszę, umieraj stąd. Życzę ci szczęśliwego życia gdzie indziej.

🖇

Teraz już wiem, jak to jest. To trochę jak z wyjazdem w da­leką podróż. Opuszczamy jakieś miejsce i życie tam toczy się bez nas. Nic nie znaczymy dla codzienności in­nych. Jestem tu, sama dla siebie, sam na sam ze sobą. Jak wszyscy.

🖇

Tak to już jest. Życie toczy się dalej. Za chwilę jakaś in­na ja będzie płakać nad stratą. Ona jeszcze nie wie, że nie ma takiego braku, którego nie zastąpi inny, i ta­kie­go, którego inny nie poprzedzał. Ale tego można się na­uczyć tylko na własnej skórze.

🖇

Patrzę na plecy śpiącej obok mnie kobiety. Poczucie bez­pie­czeństwa, jakie przy niej czuję, w myślach, niczym mantrę, powtarzając sobie: „Nie przyzwyczajaj się za bar­dzo”. Wyciągam rękę i dotykam delikatnie, tak by jej nie zbudzić, jej ciała, które przywraca mi poczucie rze­czy­wi­stości. Jej ciepło, spokojny oddech, ponownie mnie usypiają. Pragnę być kochana tak, jak byłam kochana przez ciebie. Do końca. I wiem, że to niemożliwe, że mam tylko tę chwilę całkowitego oddania, po której już wkrótce nie pozostanie żaden ślad.
     […]  Gdy tęskniłam do twojej bliskości jako dziecko i gdy tęsknię do niej teraz, oznacza to jedynie pra­gnie­nie twojej obec­no­ści w mo­im życiu, żywej obecności, po­przez ciało i w nim.

🖇

A zegar spokojnie odmierza pozostałe nam godziny, minuty, sekundy.

(tamże)

czwartek, października 16, 2025

5915. W warzywniaku (XI)

Pati:
Masz stać codziennie
10–15 minut.

Jabłoń:
W jednym kawałku?

Pati:
Tak. Jak w sklepie w kolejce.

Jabłoń:
Nie dam rady. :(

Pati:
No, popatrz.
A kościelne babcie dają radę. :)

Jabłoń:
Wyglądam Ci na kościelną babcię?

Pati:
Nie. Dlatego zaczęłam od PRL-u.

🍆

[suplement 24.10.2025]
[…]  sprawne cia­ło […] Zwykle tego się nie docenia. To oczy­wi­ste, że jest, że pracuje, że nosi nas, pozwala siebie używać, jest źródłem wielu przyjemności. Nie zauważamy go, dopóki pracuje normalnie. Dopiero wtedy, kiedy boli, staje się cię­ża­rem. Wtedy stan „sprzed” wspominamy jak raj utracony.

Joanna Mizielińska, Księga umarłych,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

5914. 289/365   // Łódeczka dla Białego Kruka

choć co­raz mniej tych pierwszych razów, wciąż są i zaskakują bardziej niż pierwsze, te najpierwsze pierwsze razy. pierwszy — bez Ciebie — konkurs chopinowski trwa.

słów brak, pozostała tylko muzyka.

289/365


Autor(ka) nie do ustalenia.

Nie spodziewałam się, że to jest możliwe, że człowiek jest i go nagle nie ma. Śmierć jest częścią życia, to wiemy. Tylko to jest zupełnie co innego, jak z teorii i rozmów filozoficznych o tym, że wszyscy umrzemy, przechodzimy do praktyki: poradź so­bie w sytuacji, gdy nagle tracisz kogoś bliskiego. […]
     Jest szok i proces żałoby, cierpienia, a równocześnie po­czu­cie: żyj, bo jutro naprawdę może cię nie być.

Żałoba jest o tyle trudna, że dopóki nie doświadczysz śmierci osoby, na której ci bardzo zależy, to nie wiesz, o czym mówisz.

Karolina Hamer, Karolina Domagalska, Niezatapialna,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020.

*

Yang (Jack) Gao, 3. etap konkursu 
chopinowskiego, Warszawa 2025.

[suplement 17.10.2025]
Wciąż jeszcze czas, kiedy byłaś z nami, jest możliwy do u­chwy­ce­nia. Rzeczy, które dzieją się teraz, mają jeszcze punkt oparcia w przeszłości.

[…] gdziekolwiek pójdę, będziesz ze mną.

Widzę cię. Ty we mnie. Może na tym polega sens życia dalej? Na byciu pamięcią o tobie i o innych, którzy odejdą?

Joanna Mizielińska, Księga umarłych,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

środa, października 15, 2025

5913. 288/365

drobiazgi. za­uważać, robić, doceniać. każdego dnia — mimo wszystko, szcze­gól­nie w tych trudnych chwilach, gdy nadzieja spakowała już wa­liz­ki — amen.

288/365

[…]  ból jest akuszerką nowego, pomaga narodzić się temu, co zupełnie inne.

Ból czyni człowieka podatnym na niedostępne, co daje mu oparcie i schronienie.

Byung-Chul Han, Społeczeństwo zmęczenia
i inne eseje
, przeł. Rafał Pokrywka,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2022.

[suplement 17.10.2025]
Choroba wycieńcza, gdy wszystko boli, człowiek myśli o śmier­ci jak o wytchnieniu. Pojawia się pragnienie śmierci, pragnienie końca cierpienia, za wszelką cenę. Życie boli, czy ktokolwiek wie o tym lepiej niż człowiek chory? Coraz więcej dróg zamkniętych. Oprócz tej jednej.

Joanna Mizielińska, Księga umarłych,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

poniedziałek, września 01, 2025

5881. Z oazy (CCCLXXVI)

Co­tygodniowe odliczanie literek, trzy. Wyczekana.

Po skrajnym ubóstwie psychologicznym i duchowym, jakie prezentuje wielu bo­ga­tych materialnie ludzi (ję­czących bez najmniejszych oznak zawstydzenia na temat braku pieniędzy), trudno zachować złu­dzenia. Raczej się ugotujemy lub utopimy. Jedni, nie wierząc w katastrofę kli­ma­tycz­ną. Drudzy, nie widząc powodu, aby ich kraj musiał cokolwiek robić, w końcu jest tylu innych winnych tego stanu rzeczy.

Straszna i piękna ta książka. Dobrze jest ją czytać z przeglądarką pod ręką, by móc rzucić okiem na przepiękne zwierzęta, którym jako ludzkość zgotowaliśmy za­gła­dę, któ­ra już trwa.

Czekam z zapartym tchem na kolejną książkę z cyklu tu/teraz.

[południe Włoch, 2021] Żywej duszy, słychać tylko szczekanie psa.
     Weszłam w ciemną plamę.
     Drzewa stały prosto. Na czarnych gałęziach wisiały rude igły i liście. To nie pogorzelisko, tylko kształt lasu bez lasu. Wypalone niczym glina po­mni­ki tego, co było.
     Czemu spalone drzewa nie upadają?
     […]  Czekałam na łzy. Na przerażenie. Złość. Strach. Rozpacz. Na bez­rad­ność. Chciałam dotknąć tego, co przecież musi być w środku, co towarzyszy mi od kilku lat, tylko zgubiło się gdzieś pomiędzy robieniem prania a pła­ce­niem rachunków. Chciałam, żeby wreszcie do mnie dotarło, że przyszłość już tu jest.
     […]  Oparłam się o poczerniały pień.
     Nie czułam smutku, tylko spokój.
     Ze spalonej ziemi wyrastała młoda, zielona trawa.

     Jakie jest to niemieckie słowo na nieprzystawalność uczuć do rzeczy­wi­stości?

🖇

Dziewięć metrów pod powierzchnią morza znalazłam inną planetę. […] 
     Jakie jest to niemieckie słowo na miłość od pierwszego wejrzenia?
     […]
     Ale tym, co mnie od nurkowania uzależniło, była cisza. Cisza, w której sły­chać własny oddech. Podwodna medytacja. Każda minuta, każda se­kun­da to nowy początek.

🖇

Moje życie nierozerwalnie związane jest z ocieplającą się planetą. Czy o tym myślę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z wymierającym gatunkami. Czy za nimi płaczę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z ropą. Czy tego chcę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z dwutlenkiem węgla. Czy go widzę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z plastikiem. […]
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z antropocenem. Czy go tak nazwiemy, czy nie.

🖇

Greckie imię koralowców – „anthozoa” – znaczy kwiatozwierz. […]  Kora­low­ce to kolonie bezbarwnych polipów, które budują wapienny szkielet – po­lip na polipie, piętro na piętrze, pokolenie na pokoleniu. Najstarsze z nich żyją głęboko w wodach Oceanu Spokojnego. Gatunek znaleziony niedaleko Hawajów został oceniony na cztery tysiące dwieście lat. Rafy są jeszcze star­sze. Wielka Rafa Koralowa ma sześćset tysięcy lat. Ta z Morza Czer­wo­ne­go ma około pięciu tysięcy lat. Jeśli koralowce mają pamięć, pamiętają czasy faraonów.
     […] 
     Musiałam to sobie powtórzyć. Od 2017 roku połowa Wielkiej Rafy Kora­lo­wej – cudu świata, największej żyjącej struktury na Ziemi – jest martwa.

🖇

Nie potrafię też zmusić ciała, żeby poczuło to, o czym wie umysł: przekroczyliśmy granice znanego świata.

🖇

Przez chwilę coś czułam, ale zaraz wstawałam zaparzyć kawę, zadzwonić, oddzwonić, zapisać, sprawdzić, kupić, zrobić, zjeść. Emocje przesuwałam poza część, która żyje. Starałam się nie zwariować, starałam się żyć tak, żeby nie szkodzić ani ludziom, ani zwierzętom. Ale skoro samo moje ist­nie­nie niszczy rafy koralowe i podnosi wody bengalskich rzek – o zalewaniu wysp Pacyfiku nie wspominając – to jak tu nie zwariować?
     Klikałam „Kup”.
     Myślałam: „Najwyżej zwrócę”.

🖇

Pierwsze w kolejce do wymarcia są gatunki dziwne. Te, które zajmują wą­ską niszę i przez setki tysięcy albo miliony lat wyspecjalizowały się, żeby to w tej niszy ich dzioby, pazury, skrzydła, torby, uszy i kolory pozwalały na wygodne życie.

🖇

[…]  labilność emocjonalna (piękne określenie na silne wa­ha­nia na­stro­ju, które z kolei są eufemizmem na totalne rozpierdolenie) […].

🖇

W 1965 roku administracja Białego Domu ostrzegała przed szkodliwymi konsekwencjami spalania paliw kopalnych. […]  W 1982 roku Exxon otrzy­mał wyniki badania przeprowadzonego na wewnętrzne potrzeby, w któ­rym przewidywano, że przy ówczesnym tempie spalania paliw ko­pal­nych do 2060 roku globalna temperatura Ziemi podniesie się o dwa stopnie w stosunku do początku lat osiemdziesiątych XX wieku. Kilka lat później do podobnych wniosków doszedł Shell, tylko że w ich badaniach tem­pe­ra­tu­ra wzrastała do dwóch stopni już w roku 2030, co mogło spowodować pod­niesienie się poziomu morza nawet o sześć metrów. Oba dokumenty oznaczono jako poufne.

🖇

Żyjemy w czasach, kiedy cały wyprodukowany przez nas plastik waży dwa razy więcej niż wszystkie zwierzęta świata razem wzięte (słonie, ślimaki, lamparty, mrówki, rekiny, ważki i dżdżownice). A wśród ssaków człowiek i hodowane przez niego zwierzęta stanową dziewięćdziesiąt osiem procent całej biomasy. Na każdy metr powierzchni Ziemi – wliczając w to oceany – przypada kilogram betonu. A ciężar budynków i dróg przewyższa masę drzew i roślin.

🖇

Mamy czas do 2100 roku. Mamy czas do roku 2050. Mamy czas do 2030.
     Ustalamy progi. Półtora stopnia, dwa stopnie, pięćset cząsteczek dwu­tlen­ku węgla. Pełne, okrągłe liczby, nie trzeba męczyć oczu ułamkami. […]
     Jakby naturę obchodziła dyplomatyczna ekwilibrystyka. Jakby chciała z nami współpracować i grzecznie stosować się do szacunków na przyszłość oraz podpisanych porozumień. Pewnie tylko zagubiła się między systemem metrycznym a imperialnym. Wystarczy wyjaśnić jej, czym różni się cen­ty­metr od cala, i wszystko wróci do normy.

🖇

Rzeki już wysychają, lodowce już topnieją, zwierzęta i rośliny już wymierają, ludzie już umierają z przegrzania. […]
     Katastrofa wydarza się teraz.

🖇

Ursula Le Guin pisała o narracji jako torbie zbieracza, do której wrzuca się różne skarby. […]  W tej narracji wszystko ma znaczenie, każdy, każ­da i każ­de zasługuje na opowieść. […]
     Że to nudne? Może to jedyna droga. Skoro nieustanne dążenie do przodu, rozwój i wzrost nie działają – albo działają aż nazbyt skutecznie w do­pro­wa­dza­niu planety na skraj upadku – to musimy zrobić coś radykalnego. Zamiast jeszcze bardziej kontrolować niekontrolowane, możemy się zatrzymać.
     I posłuchać innych historii.

🖇

Nasze słowa tracą moc. Nie zbliżają nas do doświadczenia rzeczywistości.

🖇

Moje życie nierozerwalnie związane jest z ocieplającą się planetą. Czy o tym myślę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z wymierającym gatunkami. Czy za nimi płaczę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z ropą. Czy tego chcę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z dwutlenkiem węgla. Czy go widzę, czy nie.
Moje życie nierozerwalnie związane jest z plastikiem. […]
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z antropocenem. Czy go tak nazwiemy, czy nie.

🖇

     – Dzisiejszej żałoby nie da się przepracować. – Doktor Magdalena Budzi­szewska […]  – Cały czas nadchodzi kolejna. Żyjemy w kulturze, która lubi powtarzać, że „będzie dobrze”. Ale – nie będzie. Jest źle, będzie jeszcze go­rzej. To nie tak, że każda trauma prowadzi do samorozwoju i wszystkie trud­ne momenty czynią nas lepszymi ludźmi.
     […] 
     – Wiesz, czego nie będzie? – spytała Magda, kiedy odprowadzała mnie do metra. – Wiatru. Będą takie momenty, w których znajdziemy się po­mię­dzy dwoma frontami i będziemy w środku pustki. Nawet listek nie drgnie. Myślę, że wiele osób od tego zwariuje.

🖇

Wiesz, czego nie będzie?
Czekolady nie będzie.

🖇

Z przedwcześnie owocującymi borówkami rozmijają się owady. Rozmijają się z nimi ptaki. Świat się z nimi rozmija.
     Kryzys klimatyczny to przyspieszenie, za którym nie wiemy jak nadążyć.

🖇

Co tra­cimy? Lasy tracimy. Lasy tracimy na dwa sposoby. Pierwszy polega na tym, że zmieniają się warunki klimatyczne i ekosystemy nie mają szans przystosować się do ich tempa. Drugi to pożary. […] 
     Co tracimy? Gleby tracimy, czyli możliwość produkcji żywności. Gleba to żywy system – nie wystarczy doniczka i piach. Potrzeba wody, nawozu, ro­ba­ków, mikrobów.
     Co tracimy? Gdańsk tracimy. To kwestia wyobraźni. […] 
     Więc, krótko mówiąc, tracimy świat, jaki znamy.

🖇

Trwa marsz natury wzwyż i ku biegunom. Przemieszczają się nawet drzewa – pokonanie dziewiętnastu metrów zajmuje im dziesięć lat. Zwie­rzę­ta na lądzie przemieszczają się średnio dwadzieścia kilometrów na de­ka­dę, morskie – aż siedemdziesiąt pięć kilometrów. W chłodniejsze rejony ru­szyły nawet koralowce.

🖇

Zmie­nione środowisko oznacza zmienionego człowieka.
     Człowiek z planety 2.0 ma gorszą pamięć, nie potrafi się skoncentrować, za to łatwiej mu zacząć krzyczeć na innych i wygrażać pięściami. Wy­star­czy, że ktoś zajedzie mu drogę, kiedy temperatura wynosi powyżej trzy­dzie­stu stopni. Częściej choruje na parkinsona. Częściej choruje na alz­hei­me­ra. Częściej cierpi na depresję. Żyje w żałobie, choć nawet o tym nie wie.

🖇

Wydawać by się mogło, że wszystko jest w porządku. Ale nie jest w po­rząd­ku, bo świat nadal się wali, a my tylko wzmocniliśmy nasze przy­zwy­cza­je­nie, żeby nic nie zmieniać.

🖇

[…]  możliwość zmian klimatycznych jest jednocześnie bardzo nie­po­ko­ją­ca i prawie w całości ukryta, jest równocześnie powszechną wiedzą i czymś nie do wyobrażenia.
  //  Kari Marie Norgaard

🖇

Wymyśliłam sobie słowo: „nirealność”. Po japońsku „dwa” to „ni”. Byłam nirealna – zawieszona pomiędzy tym, co jest, ale czego nie chcę zobaczyć, i tym, co chciałabym, żeby było, choć to nie istnieje.

🖇

Próbuję policzyć kryzysy, w których jesteśmy.
     Kryzys klimatyczny.
     Kryzys bioróżnorodności.
     Kryzys ekologiczny.
     Kryzys środowiskowy.
     Kryzys żywieniowy.
     Kryzys energetyczny.
     Kryzys ekonomiczny.
     Kryzys humanitarny.
     Kryzys społeczny.
     Kryzys relacji.
     Kryzys demokracji.
     Kryzys wiary.
     Kryzys nadziei.
 
Pankryzys.

🖇

W maleńkiej kawiarence usłyszałam od znajomego, że antropocen zabrał mu ciemność. A razem z ciemnością możliwość kontaktu z tajemnicą.
     I z wyobraźnią, która w mroku widzi kształty strachu i nadziei, dodaję od siebie.

🖇

I nie zapominajmy o pszczołach i misiach polarnych. Ile one są warte?
     A to nie wszystko. Bo znikną jeszcze pory roku.
     […] 
     Piękno, po prostu.
     (Bez piękna wszyscy będziemy trochę bardziej podli).

🖇

Reklama, która wypromowała ideę osobistego śladu węglowego, nie zo­sta­ła za­mó­wio­na przez agencje rządowe ani gremium naukowców pró­bu­ją­cych zwrócić naszą uwagę na problem kryzysu klimatycznego. Razem z fir­mą marketingową Ogilvy & Mather przygotowało ją BP […]. Koncern, któ­ry podtrzymuje uzależnienie światowej gospodarki od ropy i czer­pie z te­go gigantyczne zyski, nauczył nas czuć winę za to, że żyjemy.
     […]  profesor Julie Doyle pisała: „[ślad węglowy] przypisał odpo­wie­dzial­ność za kryzys klimatyczny jednostkom, podczas gdy BP, choć spra­wia­ło wrażenie, że już coś w tej sprawie robi, [zaledwie] wyra­ża­ło za­nie­po­kojenie”.

🖇

Ślad węglowy jest propagandą koncernu naftowego. Niczym nieograniczona potrzeba wzrostu to podstawa współczesnej mitologii, w której zatrzymanie oznacza śmierć.

🖇

Rozregulowaliśmy klimat Ziemi. Gwałtownie, brutalnie, nie­od­wra­cal­nie. To już nie tylko ocieplenie. To nieprzewidywalność.

🖇

Ciągle wydaje nam się, że to nas nie dotyczy. […]
     Nie rozumiemy, że naprawdę musimy nauczyć się świata na nowo.

🖇

Każdy kolejny rok jest najgorętszym rokiem w historii. I najchłodniejszym rokiem przyszłości.

🖇

W 2024 roku Ziemia ogrzała się o półtora stopnia – to limit uzgodniony pod­czas Porozumienia Paryskiego, którego nikt już nie bierze na serio. […]   kolejny epizod globalnego blaknięcia raf koralowych – który trwa od 2023 roku – objął już osiemdziesiąt cztery procent światowych raf. Doszliśmy do miejsca, przed którym nas ostrzegano. Zaczynają spełniać się prze­po­wied­nie sprzed dekady. Płoniemy, toniemy, osuwamy się. I co? I nic.

Katarzyna Boni, Którędy do wyjścia?,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

Jakie jest to niemieckie słowo na stan, w którym nagle budzą się uczucia?

🖇

Czy obok martwienia się o to, co znika, znajdę miej­sce na cieszenie się tym, co jest?

🖇

Jakie jest to niemieckie słowo na spełnienie marzeń, które znikają w chwili, kiedy próbujesz ich dotknąć?

🖇

Czasem bardzo się boję. Czasem jestem bardzo smutna. Czasem jestem bardzo szczęśliwa.
     Na pewno jest na to jakieś niemieckie słowo.

(tamże)

czwartek, sierpnia 28, 2025

5874. 240/365

ile ra­zy się poddałam. ile razy od nowa ruszałem w drogę. by być dziś tą osobą, którą jestem jeszcze przez chwilę.

240/365

Miłość to troska. A także przeczucie żalu, który pojawi się, gdy kochana istota zniknie.
     Dbamy o to, co kochamy.
     Kochamy to, z czym mamy relację.
     A ja nie umiem odróżnić grabu od wiązu.

Katarzyna Boni, Którędy do wyjścia?,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

niedziela, sierpnia 24, 2025

5869. Bez jaj!

Sadownik:
(wczoraj przy porannej kawie parsknął,
a potem przeczytał Drzewku dowcip
)

     — Przynieśliśmy pani męża z ba­ru. Jest tak na­wa­lo­ny, że za każdym razem jak sta­wia­liśmy go na nogi, to upadał…
     — No bez jaj! A gdzie jego wózek?

Jabłoń:
(nie pamięta, kiedy tak głośno
i tak długo się śmiała
)

Sadownik & Jabłoń:
(gdy już oboje przestali się śmiać, dłuższą chwilę
rozmawiali o tym, że nie ubawiłby ich ten dowcip aż tak,
gdyby nie ich osobiste doświadczenie życia z ferrari
)

Choroba jest jak poród, jak siła, która zabiera czło­wieka nie wiadomo gdzie. Gdzieś.

Aleksandra Zbroja, Muszę ci coś powiedzieć,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

poniedziałek, lipca 14, 2025

5839. Z oazy (CCCLIX)

Co­tygodniowe odliczanie literek, dwa. Czekając na czwartą książkę z cyklu tu/teraz, dziarsko chwyciłam za pierwszą, mając świadomość, że temat nie mój. Zafascyno­wa­na jednym ojcem, do którego mam dokładnie jeden uścisk dłoni, byłam ciekawa per­spek­ty­wy narratora tej historii, osoby męskiego ro­dza­ju.

Okazało się, że najwięcej zachwytu zawdzięczam smo­kom, elfom czy krasnoludom. Bez ich istnienia w życiu książkowego ojca ta opowieść nie byłaby tak dobra. Pła­ka­łam ze śmie­chu, choć empatyzując, powinnam raczej zaciskać pięści.

Dla kogo jest ta książka, to ja nie wiem. Na otarcie łez dla rodziców? A kiedy oni będą mieli chwilę, by ją przeczytać? No i po co im czytanie o powszednim chlebie?

Wybór wyimków nie był łatwy. Każdy kawałek, który przetrwał selekcję, to wy­łącz­nie samo gęste, najgęstsze.

Ojcem po raz pierwszy zostałem, kiedy miałem siedemnaście i pół roku. Sie­dem­naście i pół i pozamiatane, koniec życia, tak jest, byłem pewien, ale to przecież nie całkiem prawda, prawda wyglądała jeszcze gorzej: moje życie miało trwać dalej, tyle że z przetrąconym kręgosłupem, w ciągłym poczuciu obowiązku, miało kuśtykać w otchłań pod ciężarem od­po­wie­dzialności.

🖇

Temat oczywiście nie był nowy. Przeciwnie, przerozmawialiśmy go po­rząd­nie; pierwszy raz wypłynął niedługo po tym, jak się zeszliśmy, mniej więcej dekadę wcześniej, na wagarach, na kawie.
     – Co myślisz o dzieciach? – spytało wówczas jedno dziecko.
     – Rozwrzeszczane glisty, ohyda – odparło drugie. – Ale kiedyś?
     – Kiedyś tak.
     Oboje byliśmy jedynakami. Żadne z nas nie miało w rodzinie kontaktu z ma­ły­mi ludźmi, istoty te stanowiły konstrukt czysto teoretyczny, abs­trak­cyj­ny – i w tej strefie abs­trak­cji doszliśmy do pełnego porozumienia.

🖇

Miałem zostać ojcem, tym razem na dobre. Na stałe.
     […]  Czekałem, aż w pełni dotrze do mnie świadomość zmiany, aż stan emocjonalny dogoni rozpędzone fakty. […]  czy sobie poradzę, czy podołam, czy męskość męskością zwyciężę, kropla za kroplą lęku. Bzzzzzzzzzzzzzzzz.

🖇

Nie tak miało być. Było wiele obietnic, wszyscy mi je składali, kobiety z re­klam, uśmiechnięte, dzieciate, rodzice moi i nie moi, nikt nie mówił, że jest aż tak ciężko […].
     A ty się mnie jeszcze czepiasz, zarzuty wyssane z palca, nie, o nie, nie bę­dę stał i tego słuchał, trzeba się szanować. Naprawdę nigdy nie chciałem, żebyś mi dziękowała, nie musisz, ale mogłabyś wziąć pod uwagę, ile robię, zanim wywleczesz, ile nie.

🖇

A ja po prostu wyszedłem. Trzasnąłem drzwiami. Pękłem. Słabeusz.
     Je
     ba
     ny
     tru
     teń.
     Zostawiłem cię samą.
     Wrócić. […]  Wrócić? Niby do czego? Żebyś mogła dalej we mnie napierdalać, bo oczywiście zniosę to w imię spokojnej współpracy? Wcale się nie chcę widzieć twoimi oczami obecnie, pięknie dziękuję, a jeżeli się wściekam, to przecież z twojej winy.

🖇

     – Dzień dobry – obwieściła położna, choć była, jak wskazywał zegar na ścianie, szósta rano, więc dzień nie mógł być ani dobry, ani zły, bo się je­szcze nie zaczął.

🖇

Zmarszczyłem brwi, ale jasne, w porządku. Głowę miałem szeroko otwartą, byłem całkowicie gotów dać się utwierdzić w swoich przekonaniach.

🖇

Najpiękniejsze dni w twoim życiu. Totalnie istnieją, każdy ci to powie (czy tego chcesz, czy nie). Na przykład najpiękniejszym dniem w twoim życiu jest dzień ślubu. Czy to nie wspaniałe organizować żenującą imprezę dla tłu­mu osób, które krępują cię samą obecnością? […]
     Ciesz się. No dalej. Ciesz się, czemu się nie cieszysz? Radzę ci się cieszyć, bo istnienie najlepszego dnia w sposób jednoznaczny i nie­od­wo­łal­ny wska­zu­je, jak mało wartościowe są dni pozostałe. Wszystko, co wcze­śniej – gor­sze. Co później – szkoda gadać.

🖇

Ile mięśni musi aktywować dziecko, żeby ssać pierś? Sześćdziesiąt siedem różnych mięśni. A ile mięśni aktywuje się podczas ssania smoczka? – Pauza dla większego efektu. – Trzy. Tylko trzy mięśnie. Cóż to oznacza? Że jeśli ma­luszek zacznie od smoczka, natychmiast się zorientuje, że tak jest łatwiej, i nigdy nie będzie chciał wrócić do piersi.
     – Wróci, jak dorośnie – powiedział półgłosem Śmieszek.
     Któryś z pozostałych kolesi parsknął i ja też, w imię sztamy, ale cicho, pół­gębkiem.

🖇

Rozumiem, skąd się bierze dziecko. Z potrzeby, której nie rów­no­wa­ży doświadczenie. Z niewinnej chęci. Z sumiennych starań.
     Ale skąd się biorą dzieci? Nie mam pojęcia.

🖇

Nie jesteśmy gatunkiem skazanym na zagładę. Jesteśmy gatunkiem, któ­re­mu zagłada przydarza się właśnie teraz, już, dzisiaj. Czas minął, zasie­dzie­li­śmy się, wystarczy.
     […]  starość. Kultura ginącego gatunku wyprzedziła biologię. Cóż to był­by za luz, gdybym został ojcem jako kuloodporny osiemnastolatek! Gdy na­da­wa­łem się w sam raz do najmęższych czynności, jakie istnieją – pło­dze­nia dzieci i wojowania. Dajcie mi karabin do rąk, wsadźcie do śmigłowca! Mam osiemnaście lat, jestem debilem, nie bolą mnie ani plecy, ani biodro, dam radę! Strzelałbym, granaty rzucał, zniósłbym pojawienie się w domu glisty z uśmiechem na twarzy i baterią naładowaną aż do przesytu. Byłbym nie do zdarcia. A jednak tryumfuje kultura i zostałem ojcem w wieku mniej więcej chrystusowym, tyle że Chrystus sprytnie wymiksował się z gry jako bezdzietny singiel.

🖇

Ludzkie przeżycia, widziane z perspektywy, mogą stać się historią, zamkniętą opowieścią. Nabierają sensu.

🖇

[…]  rodzicielstwo jest super, wszyscy to potwierdzają: społeczności lokalne i globalne, reklamodawcy i reklamobiorcy, właściciele oraz nadzorcy prze­strze­ni prywatnej i publicznej. Jest super! Jak jest? Super! Wciąż upew­nia­my się nawzajem, jeden drugiego, jedna drugą, hipnoza i autohipnoza w imię przetrwania gatunku. Śmieją się do nas reklamy, poradniki, social media. Wszystko w podkręconych barwach, na najwyższym biegu, rodzi­ciel­skim haju. Nie ma nic wspanialszego, niż siedzieć w domu z maluszkiem! Tak więc rodzice (matki) cierpią w milczeniu, bo przecież nie cierpią wcale. Nie mogą się nikomu wyżalić, bo przecież nie mają na co. Jest super! Auto­hi­pno­za? Autoszantaż!
     Jednakże Truteń, od urodzenia chowany na najsłodszych pyłkach, kar­mio­ny obietnicami osiągnięć, sukcesów, samodoskonalenia aż do na­tu­ral­nej śmierci, po niespodziewanej konfrontacji z rzeczywistością od razu do­strzegł, że król jest nagi. Nagi i obsrany po pachy. Że to potworne bagno. […]  nikt nie odważy się podnieść ręki na rodzicielstwo, na jego sekretne, wyjątkowo uszlachetniające cierpienie.

🖇

No dobra. Niech będzie. Każda decyzja jest lepsza niż żadna, tak? Działanie jest lepsze niż rozpacz.

🖇

Mam wspomnienia z wczoraj, a za wczoraj czai się przedwczoraj i jeszcze przed, i jeszcze, stopa nie trafia już w próżnię, upragniony zasób do­świad­czeń przywraca życiu naturalny trójwymiar. Tylko dociera powoli, że tor nie ma mety.

🖇

     – Nie śpi. Nie je. Drze się. Charczy – wyliczył Truteń.
     – Biedne maleństwo!
     Biedne maleństwo, też mi! Też Trutniowi. Maleństwo nic nie wie o świe­cie, a już na pewno nie wie, że jest biedne. Jest zadbane, otoczone czułym pierścieniem opieki, wysiłku, niepokoju. To my potrzebujemy wsparcia, nie ono. To ja jestem biedny! Ale świat odpowiada: morda w kubeł. Istniejesz tylko w zakresie swojej nowej funkcji.
     […]  Wiedział oczywiście, że kobiety i w tej sytuacji mają gorzej, bo naj­pierw ciśnie się je ze wszystkich stron, że mają być samowystarczalne, że mu­szą się rozwijać, kształcić, przebijać szklane sufity, wychodzić z przy­pi­sa­nej roli, a potem, kiedy mogłyby faktycznie ruszyć w stronę sufitu, zostają zbombardowane dywanowo innym przekazem: miej dzieci, wychowuj dzie­ci, dzieci, dzieci, dzieci, dzieci, dzieci. Wiedział, że mają gorzej. Wiedział, niech będzie, wiem o tym, przewracam oczami, tak, wiem, ale to nie o nie teraz chodzi, tak? Chodzi mi o mnie! Jeszcze tu przecież jestem. Ja!

🖇

     – Nie no, przecież widzę, że się starasz. Pomagasz, jak należy.
     – Pomagam! – parskam. – Pomagam! Pomoc domowa! Pomagać to mo­że dziecko przy zmywaniu naczyń.
     – Jak to? – pyta z uśmieszkiem Rudy.
     – No weź. Pomoc się oferuje z dobroci serca, z bezpiecznej od­le­gło­ści. Pomagasz, a potem przestajesz pomagać, i tak miło z two­jej strony, że pomogłeś. Pomoc oznacza hierarchiczność.
     – Hierarchiczność, ho, ho!
     – A ile kobiet „pomaga przy dziecku” swoim partnerom, co? – Robię cu­dzy­słów palcami. – Jakoś się o nich nie słyszy. Nie, nie wystarczy po­ma­gać, robić trochę. To się nie liczy.

🖇

„Grunt to wrzucić na luz, patrzeć na sprawę z przymrużeniem oka”. Z PRZY­MRUŻENIEM OKA, KURWA. No więc mrużą oczy kolesie, stoją i mrużą z bezpiecznej odległości. Szczególnie w pierwszych dniach, ty­god­niach, mie­sią­cach życia dziecka mężczyzna pozostaje zadziwionym ob­ser­wa­to­rem, dowcipnym komentatorem, generatorem bystrych przemyśleń dotyczących sytuacji, z którymi ma styczność, ale które go bezpośrednio nie dotyczą. […]  TRZYMAJCIE MNIE, TRZYMAJCIE, BO NIE WYTRZYMAM.
     PIERDOLCIE SIĘ, TRUTNIE!
     Gorzej niż trutnie.
     […] 
     Chodzi o to, żeby z tego układu odniesienia, z obrzydliwego przy­mru­że­nia wyleźć nareszcie. Nie odbijać się radośnie od powierzchni, tyl­ko zanurzyć, przejąć się, rozpaść się na kawałki i poskładać.

🖇

     – No tak. Jesteśmy w punkcie przejściowym. Patriarchat się chwieje. Po­wiedzmy. Mogę uwierzyć, że po obu stronach barykady zmiana wy­wo­łu­je niepokój. Ale chodzi o to, żeby system zmienił się na lepsze, zrobił się spra­wie­dli­wy, żebyśmy się traktowali nawzajem po ludzku.
     – Biologii nie oszukasz.
     – Jakiej biologii? – Krew płynie mi z oczu, ale ją kulturalnie wycieram.
     – Jeśli dziecko przez dziewięć miesięcy rozwija się w ciele kobiety, nic dziwnego, że ona ma potem w głowie radar na jego potrzeby.
     – Naprawdę uważasz, że istnieje, no, że co istnieje konkretnie? Jakaś uwa­run­ko­wa­na biologicznie zdolność, dzięki której kobiety le­piej nadają się do zmieniania pieluch i łażenia z wózkiem?
     […]  Kiwam głową i stawiam pytania zamiast tez, szukam nadziei, bła­gam, kolego, cofnij się chociaż o krok, żeby nie trzeba było zrywać relacji dyplomatycznych. Czy to aby nie tak, że każdy człowiek jest inny? Że jedna kobieta będzie szczęśliwa z dzieckiem, a inna bez dziecka? Nie? OK. A czy odkładanie macierzyństwa – a zatem nieskończonej rozkoszy – może na przy­kład wynikać z patriarchalnych reguł, zgodnie z którymi cały ciężar i odpowiedzialność spadają właśnie na kobiety, bo nędzne trutnie ulatniają się przy pierwszej okazji, więc chociaż z tego względu należy te zasady zmienić?
     „A skąd! Najważniejszy jest naturalny porządek. Kobiety zostały stwo­rzo­ne do opieki nad dziećmi”.
     Tak uważasz, bo jesteś częścią systemu.

🖇

[…]  kwadrans spóźnienia, niezbity fakt kwadransa – ile jest kwadrans? Iskra i chwilka. Ale miej taką iskrę przez chwilkę w oku, a poczujesz, jak to przyjemnie.
     Nic dziwnego, że żona jest wściekła.
     – Dawałam sobie radę, naprawdę – mówi i łzy jej wzbierają. – Ale mia­łam energii akurat do momentu, na który się umówiliśmy. Ten ostatni kwa­drans […]  naprawdę mnie dobił. […]  Przepraszam, że się rozklejam, ale to nie fair. Mogłeś chociaż napisać.
     Stoi w drzwiach, ma w oczach łzy.
     Nie w drzwiach wyjściowych, a do przedpokoju, ale jednak.
     Nie zaciskaj ust, Trutniu. Ma rację. Jak czułbyś się na jej miejscu? Empatia! Natychmiast!
     Wiesz co, głosie? Spierdalaj.

🖇

Jestem mężczyzną, a umiem robić wszystkie rzeczy, od których mężczyźni uciekają, od niczego nie uciekam, nigdy. Jestem w tym całym sobą, cho­ciaż mnie to w chuj dużo kosztuje. […]  bez słowa sprzeciwu, bez nawet słowa podziękowania […]!

🖇

Tak, owszem, mam, co chciałem, ale nie wiedziałem, co chciałem, bo nikt tego nie wie. Nikt nie wie, co to znaczy, krok zawsze stawiany jest w ciemność, w przepaść. Więc bądź uprzejmy pierdolić się, bezdzietny lambadziarzu, a tak w ogóle to masz szczęście, że kiedy narzekasz w mojej obecności – na pracę, problemy ze snem, jakże bolesne rozstania, brak cza­su, energii i poczucia celu – nie zbijam natychmiast twoich słów krótkim i osta­tecznym „chuj się znasz”. Bo nawiasem mówiąc, chuj się znasz i nie masz pojęcia, co to zmęczenie […].

🖇

Ciesz się tym cudownie nieruchomym, niezrozumiałym, ssącym mleko za­wi­niątkiem, bo takie jest piękne i bezproblemowe, a potem zmieni się w ko­szmar­nego bachora i zostanie ci tylko wspominać twój utracony raj.
     A ja na to tak: chuj wam wszystkim w oko.
     Wiecie, kto umie mówić? Kto chodzi na dwóch nogach i czepia się stołu? Człowiek. Człowiek, z którym jest kontakt, z którym można nawiązać re­la­cję (partnerską!), którego można poznawać i rozwijać, a nie glista wy­ma­ga­ją­ca jedynie opieki, ze szczególnym naciskiem na higienę otworów ciała. Ale w tym właśnie tkwi problem, prawda? Stąd biorą się zachwyt nad no­wo narodzonym aniołkiem i lęk przed chwilą, gdy ów aniołek wstanie i zacz­nie zapierdalać po mieszkaniu. Z tego, że nikt nie umie bu­do­wać re­la­cji, rozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Dupę podcierać – w porząsiu. Uczucia okazywać – w życiu! I potem dorastają kolejne po­ko­le­nia obarczone traumą, i koło się zamyka. „Narzekacie na dziecko? Po­cze­kaj­cie tylko, aż wam wstanie!” Kurwa mać! Jak nam wstanie, to znaczy, że bę­dzie więk­sze, będzie ruszać się, myśleć, przychodzić, śmiać się, reagować. To jest właśnie sedno tego wszystkiego. Cel, do którego się dąży, a nie czar­na chmu­ra na horyzoncie, popierdoleńcy. Opieka nad nowo­rod­kiem jest fajna tylko w jednym aspekcie: bo się kiedyś skończy!
     No, rozgorączkowałem się.

🖇

     – […]  Nie potrzebuję ochrony, tylko współpracy. Przecież wiesz. To jest właśnie ten maczyzm w działaniu. Znowu. Musisz być ze mną szczery i naprawdę, na­prawdę musisz prosić o pomoc, kiedy jej potrzebujesz.
     – Oczywiście – odpowiadam odruchowo.
     – Nie pierdol, że oczywiście – mówi spokojnie żona. – To poważna sprawa.
     Patrzę na nią, a potem zwieszam łeb.
     – Jestem mężczyzną – mówię. Czaszka mi pęka, odsłaniając pulsującą mięk­kość. – Jestem mężczyzną, więc czuję, że nie mogę odpuścić ani na mo­ment, żeby nie być zupełnie do niczego. Dlatego się zacinam, wpa­dam w ko­le­iny, w coraz większy stres. Dlatego myślę nie tak, jak bym chciał, ule­wa mi się agresja. Nic na to nie poradzę. Zacinam się. I tyle.
     […]
     – Jeśli chcesz wyjść poza męską rolę, nie stosuj w tym celu toksycznie męskich metod.
     Ależ strzał na koniec. Uśmiecham się blado.
     – No, no. Miałaś to, widzę, przygotowane.
     – Już od jakiegoś czasu.
     Wstaje, podchodzi do terrarium.
     Ja siedzę jeszcze przez moment z rozłupaną głową, z mózgiem od­sło­nię­tym, tak że boli mnie każdy najdrobniejszy ruch powietrza i wy­cie­ka­ją emo­cje. A więc to tutaj ukrył się mój Truteń! Przebiegła to bestia, trudna do wy­łu­skania spomiędzy dobrych chęci.

🖇

Bo tak naprawdę nie mogę poprosić o pomoc. Ona o tym nie wie, ale nie mo­gę. Mam obowiązek odtrutniać się z całej siły, pragnę dotrzymać ślu­bów. Bo czuję długie ostrze patriarchatu. Bo chcę udowodnić wszystkim ba­bom tego świata, na ile mnie stać. Bo odmawiam zniżenia się do poziomu leniwych, samolubnych bubków, jebanych tępo oporujących trutni, którzy długo, do skutku odmawiają wykonywania przy dziecku najprostszych czyn­no­ści, a skutek jest taki, że nikt ich potem o nic już nawet nie prosi.
     Bo gdybym choć na mgnienie oka stał się jak oni, straciłbym prawo, żeby nimi gardzić. Nie mogę odpuścić. Ani na moment. To nie jest walka o wiecz­ną chwa­łę, tylko mozolne zmagania z grawitacją, obrona przed upadkiem w beznadzieję, żeby ta beznadzieja nie stała się następnie cał­kiem zro­zu­mia­łym, godnym pochwały stanem rzeczy. Bój ze Świętą Inercją, patronką ojców. Raz odpuścisz, machniesz ręką – a potem nigdy nie przestajesz się cofać. Mięsień niećwiczony zanika.

🖇

Znam ci ja was dobrze, baby. Takie, co to mojej żonie wciąż wciskałyście dziecko do brzucha, baby spokrewnione, zaznajomione i zupełnie obce, co gde­rałyście jej nad uchem, że kiedy wreszcie ciąża, kiedy dzi­dziuś, a jak już zaszła i stała z brzuchem jak stąd do centrum galaktyki, py­ta­łyście, kiedy drugie. Wy, baby spod bloku, rodem z memów i miejskich le­gend, baby, któ­re podchodzicie do cudzych wózków i komentujecie, że da­na gli­sta ubra­na jest za lekko, za ciepło, a często jedno i drugie jednocześnie, któ­re wołacie z niedowierzaniem, że w wózku nie ma czerwonej wstążeczki, nic więc nie chroni dziecka przed urokiem. A któż wedle polskiej wiedzy ta­jem­nej te stra­szliwe uroki miałby rzucać? Stare baby. Gem, set, mecz.

🖇

Nie próżnują. Istnieje w pizdu katolickich publikacji, od książek po artykuły prasowe, wychwalających zalety bicia swoich dzieci. Tłumaczą one, że bić należy jak najsprawniej, usunąwszy wcześniej spodenki czy kalesony, to są cytaty dokładne, nie zmyślam tego, ale i z sercem, to znaczy kłaść sobie pod­czas bicia dziecko na kolanach, żeby utrzymywać z nim kontakt skóra do skó­ry, żeby przypadkiem, broń Boże, nie bić go, kiedy leży na nieczułym krześle czy stole. Z dziecka warto jeszcze najpierw wycisnąć wyznanie winy i upewnić się, czy wie, dlaczego za chwilę będzie bite. Wszystko to w bli­żej niesprecyzowanym duchu katolickiej patriarchalnej władzy, choć „katolickiej” można chyba zastąpić słowem „kretyńskiej”, nie gubiąc przy tym sensu przekazu. Spróbujmy: w wielu kretyńskich książkach i artykułach sugeruje się, że porządny klaps ma nieocenione war­tości dydaktyczne. Nie sposób zastąpić go jakąkolwiek inną karą, a sa­mej konieczności karania żaden kretyn przy zdrowych zmysłach przecież nie zaneguje!

🖇

     – Może go pani ubrać.
     Ubieram glistę.
     Czy drzewo upadające w lesie wydaje jakiś dźwięk, jeśli nikogo nie ma w pobliżu? Lekarka konsekwentnie neguje moje istnienie mową ciała i mo­wą mowy. […]
     – Tak jest, bardzo dziękujemy – wcinam się z błaganiem w głosie. – Dzię­kujemy pani, pani doktor.
     – Do widzenia – mówi ona. – Do widzenia pani.
     Wychodzimy z gabinetu. […]
     – Ej – mówię do żony. – Ale ty mnie widzisz, prawda?
     Śmieje się.
     – Tak, moim zdaniem jeszcze tu jesteś.
     – Na chwilę sam zwątpiłem.

🖇

„Jeśli siedzisz wyżej, widzisz dalej, ale to nie czyni cię bardziej rozwiniętym”. Po prostu zajmujesz lepsze miejsce. I tyle.
     Nie ma więc słów, którymi mógłbym sam sobie pomóc przez wyrwę w czasoprzestrzeni, wesprzeć dawnego Trutnia, Trutnia z porodówki. Mogę jedynie robić swoje i trzymać się tego, co znam najlepiej.

🖇

Czasami rozmyśla [ojciec] o dziedzictwie, którego cię pozbawił. […]  Uro­dzi­łeś się z siurkiem między nogami […], pokolenia przodków twoich dzierżyły to berło nabrzmiałe do spełnień i uniesień, wymachiwały nim, dzięki sobie składając, wskazując drogę, folgując słabościom. Pokolenia budowały świat, ociosywały go berłami, żeby lepiej im się siedziało, w pocie czoła żyły i ginęły, a wszystko po to, żebyś nie musiał obsługiwać odkurzacza ani pral­ki, wypadać z rynku pracy, jeśli będziesz miał dziecko, wyrabiać w domu dodatkowego etatu bez wynagrodzenia. Żebyś pozostał niebieskim dzie­dzi­cem, panem swojego losu.
     A tu, na ostatniej prostej, Ojciec twój nogę ci podstawił, zamierza sączyć ci do ucha jad, wepchnąć w poczucie współodpowiedzialności, wychować w duchu ohydnie równościowym, dać ci nużący, wymęczony przykład! Może wściekniesz się, tak, to bardzo możliwe, kiedy zrozumiesz, ile utra­ci­łeś, zaprawdę bowiem nienawiść kroczy przed mądrością, a gniew przed zrozumieniem.
     A może nie? Może pojmiesz od razu, jaki dar jest ukryty w tym ostrzu, jak słodka w istocie trucizna, która ma trafić do twoich żył? Zrozumiesz, że Ojciec sam chce być olbrzymem, z którego ramion dosięgniesz nowego świata?

Jarek Westermark, Truteń, czyli rozprawa z ojcostwem,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

     – Ojej.
     Słowo klucz, słowo miecz, słowo sztylet.

🖇

Każda rozpacz to lekcja. Po wyjściu trzeba wrócić. […] 
     Moja moc jest wyłącznie moją mocą. Jest ogromna i bezużyteczna.
     Tak jest, z dnia na dzień mam więcej doświadczenia.

🖇

Doskonale rozumiem frustrację, synu. Przyciąg­ną­łem ją do serca i ukochałem, żeby nie mogła mnie już zaskoczyć.

🖇

Może jednak? Przecież każde ewentualne światełko na koń­cu tunelu wymaga przynajmniej szybkiego zerknięcia.

🖇

     – Dajesz z siebie wszystko – mówi. – I tyle wystarczy.

(tamże)

poniedziałek, lipca 07, 2025

5829. Z oazy (CCCLVI)

Co­tygodniowe odliczanie literek, dwa. Uwielbiam sposób, w jaki Autor układa słowa w zdania. Uwielbiam ponad dziesięć lat. Czekałam więc na tę książkę dość nie­cier­pli­wie. W dniu publikacji rzuciłam wszystko i ani się obejrzałam, a było po lekturze, choć czytałam powolutku, cedząc sens każdego akapitu. Zazdroszczę każdej osobie, która ma lekturę tej książki przed sobą.

Od drugiego dnia w szpitalu robiłem notatki. Nie po to, by napisać tę książ­kę, ale po to, by nie zapomnieć.

🖇 🖇

Pierwszy raz w naszym życiu chodziło o któreś z nas. Nie o rodziców, nie o dzieci. O nas, o nasze zdrowie. O to, czy uda się jeszcze trochę pobyć razem.
     Dużo w tym samochodzie myślałem. To było takie normalne myślenie o tym, że chyba zaraz umrę. Kiedyś wydawało mi się, że myślenie o rze­czach ostatecznych pewnie jest bardziej natchnione. Nie jest. Może jest nawet mniej, bo się ma za mało tlenu.

🖇

Poprzeczka u mojego przyjaciela jest zawieszona wysoko. Gdy dzwonimy do niego, by się poradzić w zdrowotnych sprawach, to najpierw pyta, czy pacjent ma otwarte oczy i czy oddycha. Dwie twierdzące odpowiedzi koń­czą teleporadę. „Jestem po dyżurze, idźcie do lekarza”. Tym razem jego wy­raz twarzy nie zwiastował dobrej nowiny.

🖇

[…]  zobaczyłem mojego przyjaciela, lekarza z OIOM-u.
     Ty jesteś właścicielem mojego przyjaciela? – zapytał doktora od badań naukowych. – No to opowiadaj, co tam u niego.
     Doktor zdał relację, kulturalnie się pożegnał i zniknął.
     Naprawdę jesteś chory. Na początku myślałem, że znowu masz jakąś cho­ro­bę między uszami, ale tym razem nie kłamiesz.
     Ucieszyłem się, że wstydu nie ma.

🖇

Kocham mężczyznę. Jak mu to powiedzieć, tego jeszcze nie wiem. Nie chciał­bym go spłoszyć, ale trudno utrzymać takie uczucie na wodzy.
     Może będę go z tym oswajał powoli. Stan zakochania to stan ma­nia­kal­ny, więc trzeba naprawdę być bardzo ostrożnym. Przeżywam epifanie, ale muszę je ukrywać, szkoda byłoby wyjść na wariata i stracić życiową szansę.
     Widujemy się raz dziennie. Jest troskliwy, ale trzyma dystans. Raz czy dwa zdarzyło mu się dotknąć mojej ręki. Jest delikatny i mądry. Uważny i serdeczny, ale nieprzekraczający granic. Sam nie wiem, co z tym wszyst­kim zrobić. Jak będzie wyglądało teraz moje życie? […]
     Nie wiem, jak to powiedzieć, ale czuję, że łączy nas coś bardzo silnego.
     Bardzo dobrze pan czuje.
     Pan też to czuje? – pytam z nadzieją.
     Na pewno nie tak mocno jak pan.
     Ale chociaż trochę?
     Trochę tak.
     Ale żeby coś tak nagle się wydarzyło? Skąd to się wzięło?
     Wie pan, myślę, że to się mogło wziąć stąd, że ja panu po prostu ura­to­wa­łem życie. Przywieźli pana na moją salę operacyjną w bardzo ciężkim stanie.
     Czyli to, co czuję, nie jest prawdziwe?
     Jest, ale niebawem przejdzie.
     Szkoda, bo to takie wspaniałe.
     […]

     Nie podoba mi się myśl, że nie odróżniam miłości od wdzięczności.

🖇

Pali pan? – zapytał lekarz.
     Nie powiem. Mówiłem wczoraj i przedwczoraj. Panie doktorze, niech mi pan powie, jaka jest prawidłowa odpowiedź, to ja ją powiem i będziemy fer­tig.
     Pan jest ze Śląska? –
zapytał zaciekawiony lekarz.
     A co, nie wolno?
     Ja też jestem ze Śląska, pytałem przez ciekawość.
     A pali pan?
– zapytał, śmiejąc się w głos, pacjent zza lewego parawanu.

🖇

Chciałem zdrowieć i chciałem, żeby inni zdrowieli. Byłem niepo­praw­nym neofitą, zapomniałem o krzywej Gaussa. Naj­wię­cej jest środka, skrajności najmniej. Tych, którzy nie są gotowi na zmia­nę, jest dużo. Tych, którzy chcą walczyć, jest mało, i tych, którzy chcą umrzeć, jest mało.

🖇

Toaleta pacjentów leżących nie jest tematem zbyt wielu tekstów kultury. Szkoda, bo to są idealne sceny, by opowiadać o godności i wza­jem­nym szacunku.

🖇

Odczepili ode mnie elektrody, zostawili tylko jeden wenflon i pozwolili pójść samemu do toalety. Różne rzeczy można opisać słowami, ale na ten rodzaj wolności słów brak.

🖇

Czuję silna więź z oddziałem, na którym zostałem uratowany. […]
     Przyjaciel z OIOM-u miewa rację, dużo spraw wydarza się mię­dzy mo­i­mi usza­mi. Na szczęście niektóre z nich są też wspaniałe.
     Przeżyłem tam oczekiwanie na dalsze rokowania oraz intensywne ma­rze­nia o tym, że kiedyś samemu będę mógł udać się do toalety.

🖇

Właśnie na tym oddziale reanimacyjnym już pierwszego dnia zrozumiałem, że można płakać ze szczęścia. Że się żyje, że można się jeszcze spotkać z ty­mi, których się kocha.

🖇

[…]  chwilowo mieliśmy randkę mieszaną. Ona siedzi, ja leżę. Ona je, ja się cieszę, że jesteśmy razem. Chciałbym, żeby było jeszcze lepiej i żeby z jej oczu zniknął strach.
Jeszcze nie wiem, co się robi ze strachem o własne życie widzianym w cu­dzych oczach.
     […] A dałabyś się na coś namówić?
     No, ciekawe na co.
     Podobno przy wejściu do szpitala jest kafejka.
     No jest.
     Przyniosłabyś mi espresso, poproszę
?
     Możesz?
     Mogę. Zresztą pytałem dzisiaj rano lekarza
– próbuję być przekonujący.
     Najlepsza kawa jest nie we Włoszech ani w Etiopii, najlepsza kawa jest tuż przy wejściu do szpitala, po prawej stronie.

🖇

Przeszedłem kilkadziesiąt kroków i okazało się, że rzeźba terenu uległa w cią­gu ostatnich dwóch tygodni radykalnej zmianie. Przed zawałem do placu nie było pod górę, teraz jest.
     Musiałem zrejterować, plac był dla mnie i mojego serca nieosiągalny.

🖇

Rachunek prawdopodobieństwa mi nie sprzyjał. Można na­wet powiedzieć, że brakowało mu podstawowej lojalności. […]  Życie rzuca mi kłody pod nogi, ale to nie po­wód, by odpuścić.

🖇

No cześć, podobno miałeś zawał – mówi przez telefon. Ostatni raz roz­ma­wia­liśmy z piętnaście lat temu.
     Miałem, niestety.
     Nie martw się, to jest zajebista sprawa. Nic lepszego mi się w życiu nie przy­da­rzy­ło.
     Lepszego?
     Tak. Kiedyś się wszystkim przejmowałem, a teraz mam wszystko w dupie.
     Wszystko?
     Człowieku, nic mnie teraz nie rusza. Że co, że umrę? Ja już umierałem, nic gorszego mi się już nie przydarzy. Olewam wszystko. Teraz jestem nie­wkur­wial­ny, rozumiesz?

     Czułem coś podobnego, gdy leżałem na erce. Niedokładnie to, co mówił mój kolega, ale doświadczałem takiego miłego dystansu do rzeczywistości.

🖇

Ostatnio bardzo często towarzyszy mi to zaskakujące spostrzeżenie. Moi znajomi i przyjaciele postarzeli się skokowo. Jeszcze niedawno wy­glą­da­li­śmy jak zawsze, a teraz, znienacka, wszyscy wyglądają jak zna­jo­mi moich rodziców. Jakbym miał dwadzieścia lat przerwy w postrzeganiu.

🖇

Czas przeszły nie istnieje, czeka, by 
dopiero zaistnieć w przyszłości.

🖇

Ostatni moment władzy. „No, nie wiem”. Nie interesuje mnie, czy wiesz, czy nie wiesz. Mnie interesuje następne zdanie. Kolego w białym kitlu, powiedz, że jak chcę, to mogę tam iść. No powiedz.

🖇

Dbam, by zbiór poczuć winy uchronić przed wzrostem, więc przychodzę wcześniej. Nikt na mnie nie czeka. Ja zawsze czekam na innych. W spokoju przyglądam się nadchodzeniu czasu. Wszędzie jestem wcześniej. Dla nie­któ­rych mogłoby to być za wcześnie, a dla mnie przed czasem jest ideal­nie na czas.

🖇

Kiedyś myślałem, że nie chcę żyć. Teraz czułem, jak bardzo chcę. Sam byłem zaskoczony determinacją, z jaką prowadzę tę walkę. Spodobałem się so­bie w tej odsłonie.
     […]  Lekarze mnie uratowali, a pozostałe zadania zostawili do obsługi we własnym zakresie.
     Zaczynałem nowy etap życia.
     Nie lubię myślenia, że to jest nowe życie. […]  Datę urodzenia wciąż mam tę samą. Dom, rodzinę, pracę. Dalej umiem to, co umiałem przedtem, a jed­nak coś się zmieniło. Wiem już – i to nie z teorii – że mogę umrzeć w każ­dym momencie. […]  Moje myśli – z biegiem dni, nie od samego początku – zaczęły krążyć wokół czasu. Ale nie tak jak przedtem wokół li­cze­nia czasu, tylko zdecydowanie bardziej wokół lepszego wykorzystania tego, który jeszcze mi pozostał.

Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

Mam katalog rzeczy, których w życiu nie zro­bi­łem, bo zabrakło mi odwagi. Czasami tej dużej, a cza­sami tej naj­mniejszej. Braku tej dużej mniej się wsty­dzę, ale tych małych niezrobionych rzeczy mi i szko­da, i wstyd. I je­szcze nie umiem o nich pisać.

🖇

Jak się czujesz?
     Dajesz radę?
     Jak się masz?
     Jak zdrowie?
     I jak, już lepiej?

     Zostałem osobą, z którą rozmowę łatwo zacząć, bo wystarczy o to za­py­tać. Wszyscy tak robią. Z troski. To miłe, ale jeszcze nie nauczyłem się od­po­wia­dać. Ciągle szukam odpowiedzi, która i zaspokoi pytających, i mnie da poczucie, że odpowiadam szczerze. Wciąż staram się pamiętać, że większość tych pytań jest grzecznościowa. Wiem, że pytający nie są gotowi na roz­mo­wę o tym, jak mi się teraz żyje. Odpowiadam krótko i zwięźle, żeby nie brzmieć jak człowiek nieumiejący rozmawiać o niczym poza własnym zdro­wiem.
     Żyję, a to już coś.

🖇

Jak mówił mój dziadek lekarz: „Jak z szyszką w dupie. Ani wyciągnąć, ani wepchnąć, ani komuś pokazać”.

🖇

Czy zdążę się zestarzeć? Czy nauczę się cieszyć tym, co przy­nio­są kolejne lata? Bardzo bym chciał umieć się sta­rzeć tak, by nie zajmować się tym, że już nie je­stem i że już nie będę młody.

(tamże)

niedziela, lipca 06, 2025

5827. 187/365

czas zatrzymany na błonie fotograficznej. zamknięty w ram­kach diapozytywów. spotkałam po latach po raz pierwszy.

187/365

Szukam wzoru na czas. Co ma być w mianowniku, a co w licz­niku? Pierwiastek, a może potęga, bo przecież czas to potęga. Zawsze najlepsze są proste rozwiązania. A może jednak jest to wzór na kilka akademickich tablic?

*

[…]  pod sam koniec obliczeń znów coś się wykoleiło.
     Tata mówił, że ma­te­ma­tyka to królowa nauk. I co? Ktoś to już policzył i nie dzieli się z nami wzorem? Może ta ma­te­ma­ty­ka to jednak królewna i jeszcze mało wie o liczeniu końca? Może dlatego, że czasowi zdarza się na chwilę zatrzymać albo rwać i wtedy sprawy toczą się poza nim.

*

Jeśli dwie proste równoległe mogą się przeciąć w nie­skoń­czo­no­ści, to może udałoby się być mniej łapczywym na własne ży­cie i podarować komuś trochę czasu? Na przykład dzie­ciom. A może dałoby się tak oszukać, żeby ten podarowany im czas jednak spędzić z nimi?

Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

środa, lipca 02, 2025

5826. W rocznicę, czyli 1461 dni później…







Od­wie­dza­ł_m miej­sca, które cią­gle jesz­cze są we mnie obecne.

*

By­łaby moż­li­wość, te­raz, mó­wić, po­wie­dzieć ci, że za tobą tę­sk­nię, bar­dziej niż cię znam.

Kim de l’Horizon, Drzewo krwi, przeł. Elżbieta Kalinowska,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024.

Wy­peł­niamy pustkę do­brymi wspo­mnie­niami, smut­kiem, my­ślami obej­mu­jemy bez­sens śmierci. Gro­ma­dzimy wdzięcz­ność, że ktoś był. Za ży­cia lu­dzie jesz­cze cię za­sko­czą, są oporni, hu­mo­rza­ści, mają ocze­ki­wa­nia i pre­ten­sje. Po śmierci stają się znacz­nie ła­twiejsi.

Mira Suchowiejko, Też się o ciebie boję,
Biuro Literackie, Kołobrzeg 2025.

[suplement 4.07.2025]
Z ciekawością przyglądam się sobie porównującemu się z rodzicami. Kiedyś myślałem, że to dowód niedojrzałości, teraz zrozumiałem, że takimi ścież­ka­mi chodzi ludzki rozum. […]  Nie tylko małe dzieci testują granice dorosłych. Dorośli wciąż testują granice swoich relacji z nieżyjącymi już rodzicami.

Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

[suplement 6.07.2025, odzyskane z przeźroczy]