Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkiNaMejDrodze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkiNaMejDrodze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, września 27, 2026

(6237+1). Suplement

Klik, klik, czy to prawda, bo przecież to powieść. Wystarczyły mi cztery słowa i… ruszył potok łez. Z żalu, że tylko grając, łapał kontakt z pięknem, mi­łością, choć z pasją i miłością obdarowywał cały świat pięknem granej przez siebie muzyki. Czy to z powodu po­ło­że­nia geograficznego szeroko pojęci Słowianie mają tak wy­pa­sio­nych, pa­to­lo­gicz­nie ogromnych krytyków wewnętrznych? Jak bardzo społeczeństwa i rodziny po­ma­gają w ich formacji, wzroście i utrzymaniu w najlepszym bycie? Nóż w kieszeni się otwierał.

Dokument Enigma udostępniono rok po śmierci Richtera. Film pozwolił milionom fanów poznać bliżej życie autentycznego maestra poza sceną.
     Zbudował swój własny świat, sekretny i olśniewający. Monsaingeon powiedział: „Grał bez zadęcia, ale z absolutną wolnością”.

•

Trzeba podjąć decyzję i zdecydować się na „nigdy nie znalazłem takiego, jakiego chciałem” lub na „nie wiem, jak wybrać fortepian, nigdy nie po­trafiłem”.
     Czyż wszyscy ludzie na świecie nie przypominają fortepianów różnych firm i odmiennych marek i tak jak one nie fascynują pięknem i od­mien­nością?
     Zatem jak myślisz — czy to Richter wybrał Ninę z morza ludzi, czy to raczej ona wybrała Richtera?

•

[…]  zrobiło mi się żal obu steinwayów.
     Stały tu praktycznie zapomniane, nikt się nimi nie zajmował. Nikt na nich nie grał, co już było dość smutne, ale co gorsza, służyły jako rekwizyty w fałszywej szczęśliwej scence dla pielgrzymujących turystów.
     Przynajmniej nie tkwiły tu samotnie, miały siebie do towarzystwa, a no­cą, gdy zamykano drzwi, mogły razem wspominać przeszłość. Praw­do­po­dob­nie jednak nigdy się nie dowiedziały, że grając na nich, maestro [Swia­to­sław Richter] marzył o pianissimo innego fortepianu.

•

     — […]  Przed śmiercią przygotowywał się do koncertu, ostatni utwór, który zagrał, to była sonata nr 3 Schuberta. Mówił, że jego ulubiona to nr 18 D.894…

•

Wpatrując się w stronice z nutami, zagrałem całą sonatę nr 18 D.894 Schu­berta, od początku do końca, i zajęło mi to dwie godziny. Przerwałem kilka razy i ołówkiem zapisałem nieliczne uwagi na kartkach, przygotowując się do zagrania jej ponownie, ale moje palce miały inne plany i popłynęła spod nich lekka piosenka.

•

Wiatr mijających lat zostawiał po sobie zmarszczki. Zamknąłem oczy, uspo­koi­łem oddech, moje ręce znalazły po ciemku miejsce na klawiaturze i za­gra­ły pierwszą nutę sonaty.

Chiang-Sheng Kuo, Stroiciel fortepianów,
przeł. Katarzyna Sarek, ArtRage, Warszawa 2024.

Franz Schubert, Sonata fortepianowa nr 18 G-dur,
Alfred Brendel (fortepian).

❦

Richter. The Enigma, reż. Bruno Monsaingeon, 1998.

6237. Z oazy (CDLXXVI)

Dzień Ojca, pisałam, jest dla nas — Białego Kruka i mnie — świętem ruchomym. W zeszłym tygodniu okazało się, że wciąż jest, tylko przekształcił się i po raz pierw­szy obchodzony jest jako… A doszło do tego tak.

Zatrzymała mnie okładka. Arcyoszczędna graficznie zachwyciła mnie, a gen po dziad­ku drukarzu uczepił się kroju pisma, którym złożono metadane. Klik, klik i po raz pierwszy Dzień ku pamięci Ojca ruszył z przytupem, zachowując naturę Dni Ojca obchodzonych z Białym Krukiem.

Pełna niuansów, niedopowiedzeń, niepewności w relacjach, nieśpiesznie tocząca się historia wśród białych i czarnych klawiszy. A w tle muzyka i muzycy. I jeszcze więcej muzyki.

Na początku wszyscy byliśmy jedynie bezcielesnymi duszami. Kiedy Bóg zapragnął nadać im fizyczny kształt, odmówiły, nie chciały zespolić się z ma­terią, która podlega chorobom, śmierci i nie może swobodnie podró­żo­wać w czasie i przestrzeni. Wtedy Bóg użył podstępu – na jego rozkaz anio­ło­wie zagrali cudowną melodię.
     I stało się: muzyka urzekła dusze, które zapragnęły usłyszeć ją naj­wy­raź­niej, jak to możliwe. Istniał wyłącznie jeden sposób – za pośrednictwem ludz­kiego ucha. Boski fortel się powiódł i dusze oblekły się w ciała.

🖇

Wiele lat temu przyzwyczaiłem się do bycia samotnym czarnym klawiszem, podczas gdy białe klawisze zdawały się istnieć poza zasięgiem moich palców.
     […]
     Myślałem, że mogę robić wyłącznie to. Biec bez końca. Biec, dopóki nie będę miał pojęcia, gdzie jestem. Aż do chwili, kiedy Lin Sang pozwolił mi znów usiąść przy steinwayu i usłyszeć bicie własnego serca.

🖇

Wraz z końcem Arabeski nr 1 Debussy’ego pianista przez trzy sekundy trzy­mał ręce zawieszone w powietrzu, jak para łabędzi płynących leniwie po je­ziorze, zanim dotrą do brzegu.
     Ćwierć wieku później pewien nastolatek zdołał znów usiąść przed stein­wayem i usłyszeć szepczące pod jego koniuszkami palców klawisze. Ten chło­pak sprzed dwudziestu pięciu lat mignął, pojawił się na chwilę w odbi­ciu na lakierowanym mahoniu i rozpłynął się w powietrzu wraz z ostatnią nutą.


Claude Debussy, Arabeska nr 1,
Maria João Pires (fortepian).

🖇

W czasach, kiedy cyfrowe rejestrowanie nagrań było nadal science fiction, na dwóch końcach skali znajdowali się Richter, który uznawał tylko kon­cer­ty na żywo i zaciekle odrzucał pracę w studiu, i, na przeciwnym, Gould, dla którego najważniejsza była sama muzyka i któremu nie przeszkadzało na­gry­wanie w kilku podejściach.

🖇

Kto uwolnił ducha zamkniętego w tym fortepianie, aby mógł przemierzyć świat i mnie odnaleźć?

🖇

Prawdziwe marzenie to siła, która
ciągnie cię, kiedy jesteś
najbardziej bezsilny i zagubiony.

🖇

Kluczowa jest barwa. […]  Najbardziej poruszająca barwa nie brzmi wyjątkowo mocno, ale ma w sobie tę najcichszą, najsłabszą nutę…

🖇

[…]  każdy fortepian istniejący na świecie ma swoje odrębne brzmienie. Większość ludzi nie ma o tym pojęcia, trwają w przekonaniu, że każdy dźwięk, który słyszą, jest identyczny i perfekcyjny. Taka jest moc cywilizacji.
     Mówiąc wprost, istota ludzka to jedynie kolejne niedoskonałe z natury stworzenie. Czyż nie opakowujemy tego w abstrakcyjne słowa… takie jak dusza, świętość, miłość czy piękno?

🖇

Muzycy nie zawsze rozumieją swoje fortepiany […]
     Podobny błąd popełniają zwykli ludzie, nie dostrzegając, jak złożone i nieprzewidywalne jest ludzkie serce. Wydaje im się, że istnieją partytury, z których można się nauczyć zasad postępowania z drugim człowiekiem.

🖇

[…]  marzeń nie należy ścigać, nie można ich również posiadać ani zdo­by­wać. Powinny być jak sumienie, jak najszczersza melodia w sercu, a nie coś ulokowanego poza nami.

🖇

Czy jeśli w rezonansie sześćdziesięciolatka wyczuwasz samotność i rozpacz, to przyczyną może być brak strojenia? Który z powtarzających się inter­wa­łów jest najbliższy pitagorejskiej zasadzie harmonii?

🖇

Jako profesjonalista mogę powiedzieć, że każdy fortepian, nowy czy stary, ma duszę. Dopiero strojenie łamie zaklęcie i ją uwalnia, w innym przy­pad­ku pozostałaby uwięziona na wieki.

🖇

Dla niego każda sytuacja oznaczała nową szansę, a jeśli popełnił błąd, za­czy­nał od nowa, nigdy nie myślał nad ceną i ryzykiem, z jakimi dla in­nych wiąże się każdy ich krok.

🖇

Rzeczywiście chcesz wejść w ten biznes? Czy…
     Czy co? Prawie to powiedziałem, ale zabrakło mi odwagi, bałem się jego słów, że sami się oszukujemy naszym początkowym zdecydowaniem.
     Jeśli obedrzesz z płci, pożądania i smrodu pieniądza słowo „partner”, to jaki rodzaj relacji pozostanie między nami?
     Dlaczego ja? Jak w ogóle mógłbym to być ja? Czy nie oczekiwał, że jego partner będzie bardziej reprezentacyjny, bardziej otrzaskany w świecie?

🖇

Zawsze cichaczem [przeznaczenie] zmienia swe ścieżki,
a ty nie masz o tym pojęcia.

🖇

Subtelny klon, elegancki heban, krzepki mahoń, odporna brzoza, wszystkie ustawione w jednej linii, przywoływały na myśl powiązane losem kostki do­mina oczekujące na wywracający je wszystkie cios.
     […]
     Najłagodniejszym tonem […]  modliłem się za pokaleczone fortepiany wo­kół mnie.
     Spędziłyście życie, służąc ludzkiej próżności i wulgarności, wiem, jakie to trudne…
     Przez wieki jedynie garstka z was miała szczęście spotkać geniuszy mu­zy­ki, zdecydowana większość zmarnowała swój czas…

🖇

     — Nie wiem, jak… Nie mogę… Pomóż mi… Przepraszam, ja naprawdę nie mogę, naprawdę…
     Lin Sang chwilę milczał i nagle wykrzyknął na cały głos moje imię:
     — Hu! Yi! Lu!
     Potem objął mnie, podczas gdy ja nie mogłem powstrzymać hi­ste­rycz­ne­go dygotu.

🖇

[…]  nagle mnie zapytał: „Jak myślisz, gdzie jest twój dom?”.

🖇

Gdy docierasz do kresu, nie ma już znaczenia, czy zostałeś pianistą kon­cer­to­wym, ważne jest jedynie to, czy w chwili odejścia masz to coś, co przy­nie­sie ci spokój i uwolni od żalu.

Chiang-Sheng Kuo, Stroiciel fortepianów,
przeł. Katarzyna Sarek,
Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2024.

Być może los sprawia, że ludzie mogą się spotkać wy­łącz­nie w określonym momencie.

🖇

[…]  muzyka to nasze wspólne źródło i przeznaczenie.

🖇

[…]  każdy człowiek rodzi się z własnym ro­dza­jem drga­nia — niektórzy szukają go w instrumentach, inni w śpie­wie, a inni, ci szczęśliwsi, słyszą go w olbrzy­mim świecie. Tam odnajdują tę wibrację, która współ­brzmi z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

(tamże)

6235. Z oazy (CDLXXV)

W środku zeszłego tygodnia spotkało mnie przemiłe zaskoczenie, że jeszcze jeden barnes, że bez zbędnej zwłoki przełożony na język polski.

Mówią powieść, a ja natychmiast gubię znaną mi definicję tego gatunku literackiego i jestem cała głupia. Dla mnie to patchwork wrażeń, reakcji i przemyśleń Autora, na to, co go w czasopismach, w relacjach i w życiu spotkało.

Pomimo prawie osiemdziesiątki na karku, gdy zbierał i układał te literki, w jednym miejscu naprawdę bredzi, ale jest usprawiedliwiony, po prostu nie musiał nigdy scho­dzić wystarczająco głęboko — tylko zgrzytnęłam zębami, przymknęłam oko — nie do­ce­nia siły roślin i powtarza nieprawdziwe, wyjątkowo krzywdzące, komunały o oso­bach całkowicie zależnych.

Tych kilka nitek, które pozwalają nazwać tę książkę powieścią, których splotów i su­płów unikałam podczas wybierania wyimków, by nie spojlerować, zasługuje na za­chwyt. I z tym zachwytem zostałam po przeczytaniu tej książki, a potem w „gratisie” pławiłam się dodatkowo w radości, patrząc, jak na moich oczach wyimki organizują się w zgrab­ną całość. Po drodze wymusiły na mnie, by za­zna­czyć szwy między ele­men­ta­mi o różnych wzorach tkanin, z których ten literacki patchwork stworzono.

Wydaje ci się, że zapa­mię­ta­łeś coś „dokład­nie”, a im wię­cej razy przy­wo­łu­jesz to wspo­mnie­nie i je opo­wia­dasz, tym moc­niej utwier­dzasz się w prze­ko­na­niu o jego praw­dzi­wo­ści. Ale co by było, gdyby upo­mniał cię i popra­wił… wła­sny mózg? Co, gdyby mógł ci przed­sta­wić wszyst­kie twoje wer­sje wyda­rzeń i poka­zać, jak stop­niowo acz sys­te­ma­tycz­nie odda­la­łeś się od pier­wot­nej rela­cji? Czy to nie byłoby dziwne i dez­orien­tu­jące? Ale też pomocne: trud­no byłoby odrzu­cić wnio­ski wła­snego wzgó­rza, prawda?

🖇

[…]  to, co zwy­cza­jowo uwa­żamy za wspo­mnie­nie, jest przy­wo­ły­wane, czę­sto lub nieczę­sto, na prze­strzeni naszego życia, i za każ­dym razem prze­obraża się tro­chę, aż wresz­cie zastyga w for­mie, którą – za wła­sną namową — uzna­jemy za prawdę.

🖇

Trudno myśleć o mózgu, bo wiąże się to z uży­ciem jego samego: skom­pli­ko­wane, a może też osta­tecz­nie daremne przed­się­wzię­cie. A mimo to więk­szość z nas czuje, że w jakiś spo­sób dowo­dzimy swo­imi mózgami, tak jak — choć to może nie­wła­ściwa meta­fora — kapi­tan łodzi pod­wod­nej dowo­dzi swoim okrę­tem.
     Pery­skop w górę! Lustro­wać hory­zont! Intruzi! I tak dalej. Wyobra­żamy sobie, że mówimy naszym mózgom, w którą stronę mają wyce­lo­wać tor­pedy i kiedy je odpa­lić. Jed­nak takie poczu­cie ładu i kon­troli nie wytrzy­muje głęb­szej ana­lizy. Nasze mózgi mają nad nami znaczną prze­wagę: wie­dzą wszystko to, co my, pod­czas gdy my wiemy tylko o nie­któ­rych ich dzia­ła­niach.
     Mówi się, że prze­ciętny mózg codzien­nie prze­twa­rza sie­dem­dzie­siąt cztery giga­bajty infor­ma­cji. Innymi słowy — sie­dem­dzie­siąt tysięcy myśli. Pra­cuje dzień i noc. My śpimy, a mózg nie.

🖇

Przy pew­nych odpo­wied­nich nastro­jach wspo­mnie­nia — to, co się za­po­mniało – wycho­dzą na wierzch. […]  czy to nie­moż­liwe — czę­sto się za­sta­na­wiam — że to, co prze­ży­wa­li­śmy z wielką inten­syw­no­ścią, ist­nieje nie­za­leż­nie od naszych myśli, ist­nieje w grun­cie rze­czy na­dal?
   — Vir­gi­nia Woolf

🖇

Nie­ważne, jak wyra­zi­sta jest dana myśl w środku nocy, nie można ocze­ki­wać, że mózg będzie ją pamię­tać – i przy­po­mni o niej — kilka godzin póź­niej. Nie pełni prze­cież funk­cji two­jego fak­to­tum.

🖇

[…]  naj­lep­sza część naszej pamięci jest poza nami, w dżdży­stym podmu­chu wia­tru, w zadu­chu pokoju lub w zapa­chu pierw­szego ognia na kominku […].
   — Marcel Proust

🖇

[…]  być może mam — albo mia­łem — w sobie coś, co zachęca innych do zwie­rzeń. Cza­sem na wstę­pie mówią, ner­wowo: „Nie wyko­rzy­stasz tego, prawda?” lub — rza­dziej, z więk­szą pew­no­ścią sie­bie — „Mam dla cie­bie hi­sto­rię”. A ja za każ­dym razem odpo­wia­dam: „To tak nie działa”. Co jest prawdą. Piszę głów­nie fik­cję, co wymaga powol­nego kom­po­sto­wa­nia życia, zanim sta­nie się ono uży­tecz­nym mate­ria­łem, i w danej chwili nie mam po­ję­cia, co może nabrać fik­cyj­nego poten­cjału, a co nie.

🖇

[…]   stu­dio­wa­łem na Oks­for­dzie mię­dzy 1964 a 1968 rokiem […]. Byłem w Mag­da­len, jed­nym ze star­szych i bar­dziej oka­za­łych kole­giów, a wów­czas też wyłącz­nie męskim. […]  Było pły­wa­nie pun­tami i dal­szo­pla­nowa, lecz wy­raź­na świa­do­mość, że podą­żamy śla­dami uprzy­wi­le­jo­wa­nych. […]  Pew­nego popo­łu­dnia pan Bre­ar­ley powie­dział nam: „I za­wsze pamię­taj­cie, że lata spę­dzone tam będą naj­lep­szym okre­sem wa­sze­go ży­cia”. Kiedy byłem na stu­diach, ta prze­po­wied­nia cza­sami bar­dzo mi cią­żyła. „Czy naprawdę lepiej już nie będzie?” — zasta­na­wia­łem się i popa­da­łem w przy­gnę­bie­nie.

🖇

[…]  jesz­cze jedno. Nar­ko­tyki. Lata sześć­dzie­siąte — jak wszy­scy wie­dzą — były dekadą pod zna­kiem seksu i nar­ko­ty­ków. Ale to pierw­sze było znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane logi­stycz­nie i psy­cho­lo­gicz­nie niż dzi­siaj; nato­miast to dru­gie było — dla mnie — nie­wi­dzialne. […]  mię­dzy rokiem 1964 a 1968, ni­gdy nie zapro­po­no­wano mi choćby skręta. Typo­wymi używ­kami były alko­hol i papie­rosy. Ja nie pali­łem i nie­spe­cjal­nie lubi­łem pić. Piwo sma­ko­wało paskud­nie, a wino kupo­wa­łem rzadko.

🖇

Ste­phen był — jest — był — wysoki i paty­ko­waty. […]  kiedy wyma­chi­wał rękami, miało się wra­że­nie, że wyru­sza jed­no­cze­śnie w róż­nych kie­run­kach. […]  Jego wnę­trze nie współ­grało z zewnę­trzem. Mówił cicho, był ostrożny, ni­gdy nie sza­stał argu­men­tami, tak jak sza­stał koń­czy­nami, i był bar­dzo uważny.

🖇

Jean […]. Bły­sko­tliwa, ener­giczna, impul­sywna? Zadziorna? Te okre­śle­nia są nieco bliż­sze, ale wciąż tylko przy­bli­żone. Doga­dy­wa­li­śmy się dobrze, czę­ściowo dla­tego, że ponie­kąd zda­wa­łem sobie sprawę, iż nie mam u niej szans. Pod­cho­dziła wprost do rze­czy i idei, i osób; to ona brała się za nie, a nie one za nią — czy to ma sens? I chciała zoba­czyć świat.

🖇

W tam­tych cza­sach, my — mam tu na myśli mło­dych męż­czyzn, któ­rzy, jak Ste­phen i ja, zostali wycho­wani w sys­te­mie jed­no­pł­cio­wym – mie­li­śmy wie­le pry­mi­tyw­nych i czy­sto teo­re­tycz­nych wyobra­żeń o kobie­tach. […]  A po­nie­waż bra­ko­wało nam pew­no­ści sie­bie, ocie­ka­li­śmy żalem nad samymi sobą i spo­dzie­wa­li­śmy się odrzu­ce­nia, w ogóle nie bio­rąc pod uwagę, że dziew­częta mogą doświad­czać cze­goś podob­nego. Nie­dawno prze­czy­ta­łem, że u chłop­ców mózgi roz­wi­jają się znacz­nie wol­niej niż u dziew­cząt. Kobiecy móż­dżek osiąga doce­lowy roz­miar w wieku lat jede­na­stu, nato­miast jego męski odpo­wied­nik dopiero w dum­nym wieku lat pięt­na­stu. To chyba wyja­śnia pewne kwe­stie zwią­zane z zacho­wa­niem chłop­ców, prawda? A skoro „dziecko jest ojcem czło­wieka”, rów­nież pewne kwe­stie zwią­zane z zacho­wa­niem męż­czyzn?
     Były też inne demo­ty­wu­jące czyn­niki. Nie­które dziew­częta inte­re­so­wały się bar­dziej książ­kami niż chło­pa­kami. Inne poznały już chło­pa­ków, któ­rzy byli starsi i bar­dziej cza­ru­jący niż my. Jesz­cze inne (czy pod wpły­wem intu­icji, czy uwa­run­ko­wań spo­łecz­nych) wie­działy, czego chcą, a także — od ra­zu — że my tym nie jeste­śmy.

🖇

[…]  skoń­czy­li­śmy już egza­miny […]  i z lękiem wyobra­ża­li­śmy so­bie przy­szłość tam, w tym dur­nym doro­słym świe­cie kom­pro­mi­sów i kłamstw opo­wia­da­nych samemu sobie.

🖇

Jako pogodny pesy­mi­sta zwy­kle szu­kam
dobrych stron każ­dej sytu­acji
[…].

🖇

     — Przy­pusz­czam, że nie da się tego wyle­czyć?
     — Nie — odpo­wie­działa wprost. — Nie da się tego wyle­czyć, ale da się to kon­tro­lo­wać.
     […]
     — Aż mój stan się unor­muje? — spy­ta­łem.
     — Nie, do końca pań­skiego życia. Na tym polega „kon­tro­lo­wa­nie”. Cho­roba będzie panu towa­rzy­szyć aż do śmierci. Zapewne pana nie zabije, chy­ba że doj­dzie do kolej­nych mu­ta­cji. Ale w innym wypadku umrze pan razem z tą cho­robą, a nie na nią.

🖇

Druga notatka brzmi: „Nocą mózg gna” […].

🖇

Na oddziale ratun­ko­wym […]  napi­sa­łem w notat­niku: „Ojej — to może być koniec tej histo­rii — liczy­łem na coś, co będzie warte opi­sa­nia, a przy tym nie okaże się śmier­telne”. Co brzmi jak poważne kusze­nie bogów.

🖇

To począ­tek kresu. […]  Żyję w teraź­niej­szo­ści, ale w przy­szło­ści będę ist­nieć jedy­nie w prze­szło­ści.

🖇

Pisa­nie tego — wtedy, kiedy to robię — uspo­kaja mnie. Sku­piam się na sło­wach, na tym, by zawrzeć w nich tyle prawdy, ile tylko potra­fię.

🖇

[…]  ani szczę­ścia, ani smutku nie da się kon­tro­lo­wać. Radość, przy­jem­ność, fascy­na­cja – tak jak ich foto­gra­ficzne nega­tywy: smu­tek, ból i znu­dze­nie – ogar­niają nas falami.

🖇

[…]  zna­la­złem się w medycz­nym poło­że­niu, któ­rego nie prze­wi­dzia­łem. Zazwy­czaj cho­ruje się, idzie do leka­rza i/lub szpi­tala, i zostaje się wyle­czo­nym albo nie, lub też wyle­czo­nym na jakiś czas, po któ­rym cho­roba po­wra­ca i znów zostaje wyle­czona lub nie. Tym­cza­sem moje scho­rze­nie jest nie­ule­czalne […]. […]
     Nie­ule­czalne, ale pró­bu­jemy to kon­tro­lo­wać – to brzmi jak… życie, nie­praw­daż?

🖇

     — Ste­phen, myślę, że to naprawdę zły pomysł.
     — Czemu?
     — Nie wraca się do tego, co minęło. Nie roz­dra­puje się sta­rych ran, i tak dalej.
     — Nie sądzi­łem, że uciek­niesz się do tru­izmów.
     — Cza­sem tru­izmy to po pro­stu nagro­ma­dzona mądrość.
     Pokrę­cił głową.
     — Kolejny tru­izm.
     […] 
     — A ty ni­gdy tego nie zro­bi­łeś? — zapy­tał.
     — Czego?
     — Nie wró­ci­łeś?

🖇

Pro­ust mówi gdzieś, że „Wspo­mnie­nia, jakie żywimy jedni o dru­gich, nawet w kwe­stiach miło­ści, nie są iden­tyczne”. Ja zamie­nił­bym to „nawet” na „zwłasz­cza”.
     Zdaję sobie sprawę, że w tej książce jest sporo Pro­usta. A ja nawet nie je­stem jego wyznawcą. Ale może to widać, bo — tak jak powy­żej — cytuję go głów­nie po to, by się z nim nie zgo­dzić.

🖇

Leża­łem bez­sen­nie, myśląc o tym, że nie­które złe rze­czy mogą być dobre. Lub na odwrót. I ni­gdy wię­cej o tym nie roz­ma­wia­li­śmy. Nie było to tabu, po pro­stu coś, o czym nie wspo­mi­na­li­śmy.

🖇

Ni­gdy nie wie­rzy­łem w pogodę ducha star­szych ludzi — to zawsze brzmiało jak bajka, która ma ich uczy­nić bar­dziej god­nymi podziwu, a nas bar­dziej zado­wo­lo­nymi z sie­bie.

🖇

[…]  nagle zda­łem sobie sprawę, że wszy­scy na mnie patrzą, więc wyko­na­łem jakiś gest – wzru­szy­łem ramio­nami, uśmiech­ną­łem się, roz­ło­ży­łem ręce – który miał wyra­żać, że oczy­wi­ście jestem wnie­bo­wzięty, ale nie chcę brać żad­nej odpo­wie­dzial­no­ści za swoje czyny, że teraz wszystko zależy od nich i że jeśli to schrza­nią, to nie będzie by­naj­mniej moja wina. Tak, wiem, że nie ma gestów, które wyra­zi­łyby to pre­cy­zyj­nie, ale zro­bi­łem, co w mojej mocy.

🖇

     — Jest róż­nica mię­dzy oka­zy­wa­niem uczuć a ich wyra­ża­niem.
To zabrzmiało, jakby stro­fo­wała mnie za coś, co powie­dzia­łem wcze­śniej, ale nie pamię­ta­łem, czy istot­nie tak było. Odpar­łem więc po pro­stu:
     — Tak?
     — Tak, roz­pra­cuj to sobie, powie­ścio­pi­sa­rzu.
     — Na przy­kład?
     — Na przy­kład nie­któ­rzy są lepsi w jed­nym niż w dru­gim. Sta­rają się oka­zy­wać uczu­cia swoim zacho­wa­niem, a nie wyra­żać je sło­wami.

🖇

„Cóż, zawsze łatwiej się zako­chać niż kochać dłu­go­ter­mi­nowo”. Lub: „To, że się zako­cha­łeś, nie ozna­cza, iż masz prze­stać pra­co­wać nad róż­nymi spra­wami”. Przy­znaję, że takie wyświech­tane fra­zesy cisnęły mi się na ję­zyk, wobec czego wybra­łem mil­cze­nie.

🖇

     – Wygląda na to, że jestem odpo­wie­dzią na pyta­nie, któ­rego ni­gdy mi nie zadano i któ­rego nie zada­łam sama sobie.

🖇

Powta­rza­łem sobie: „Prze­cież powin­ni­śmy wszy­scy być doro­śli”. A po­tem w mojej gło­wie roz­brzmie­wały słowa Jean: „Wszy­scy jeste­śmy dziećmi w do­ro­słej skó­rze”. Ale ja nie chcę w to wie­rzyć, to była tylko kolejna z wielu wymó­wek […].

🖇

[…]  w dzi­siej­szym świe­cie prze­sy­co­nym mediami i mediami spo­łecz­no­ścio­wymi nie ma wiel­kich szans, żeby ktoś ni­gdy o miło­ści nie sły­szał. A w re­zul­ta­cie każdy uważa, że ona mu się należy.

🖇

Ale z pew­no­ścią prze­żyw­szy na tej pla­ne­cie tyle tysiąc­leci, zdą­ży­li­śmy już zauwa­żyć, że życie nie jest słuszne ani spra­wie­dliwe, i że dobrych ludzi czę­sto spo­ty­kają złe rze­czy, a złych cza­sem spo­ty­kają dobre, i że pod każdą spo­kojną powierzch­nią nie­ustan­nie czai się gwał­towny chaos.

🖇

O ile w ogóle mogła mnie uspo­koić jaka­kol­wiek zwy­kła fraza, była to ta, któ­ra wtedy nagle wró­ciła do mnie i którą posłu­guję się do dziś: „To tylko wszech­świat robi swoje”.

🖇

T.S. Eliot napi­sał, że wszystko, co wiemy o innych ludziach, to wspo­mnie­nia chwil, w któ­rych z nimi jeste­śmy; i że gdy z nimi nie jeste­śmy, oni – ci ludzie – zmie­niają się. Zawsze uwa­ża­łem, że trąci to tro­chę bez­na­dzieją. Ale jest też prawdą, że nawet nasi naj­bliżsi przy­ja­ciele i kochan­ko­wie skry­wają wspo­mnie­nia, emo­cje i cechy, z któ­rych nie zda­jemy sobie sprawy – i z któ­rych oni też mogą jej sobie nie zda­wać. […]  ci inni ludzie, o któ­rych mówi Eliot, nie tylko zmie­niają się, kiedy na nich nie patrzymy, lecz także zmie­niają się w naszej wyobraźni, gdy nie jeste­śmy z nimi.

🖇

Głowa i serce wciąż dzia­łają, pod­czas gdy ciało pod­upada.
Ale lepiej tak niż na odwrót.

🖇

Albo wysa­dzimy pla­netę, a wraz z nią całą sztukę, albo prze­trwamy, ale ewo­lu­ujemy w coś, czego nie potra­fimy sobie nawet wyobra­zić – nie będzie to jed­nak nic podob­nego temu, czym jeste­śmy teraz, z naszymi pro­stymi pra­gnie­niami boga i miło­ści, i szczę­ścia, i sztuki.

🖇

W końcu my, żywi, jeste­śmy w skraj­nej mniej­szo­ści w porów­na­niu z tymi, któ­rzy umarli, oraz tymi, któ­rzy się jesz­cze nie uro­dzili. Co spra­wia, że życie wydaje się kru­chą chwilą, czym istot­nie jest.

🖇

[…]  spadł z tych samych scho­dów. […]  otrze­py­wał się, jakby przed chwilą zła­pał go deszcz; następ­nie odda­lił się nie­spiesz­nym kro­kiem do miski, żeby spraw­dzić, czy nie ma w niej jedze­nia. Wów­czas wyda­wało się, że pod­szedł do tego upadku jak epi­zo­dy­sta – cóż, stało się, idziemy dalej. Jed­nak osta­tecz­nie do głosu doszedł nar­ra­ty­wizm – czy też pamięć – i teraz patrzy na schody z podejrz­li­wo­ścią. Cza­sem przy­czaja się na górze, zer­ka­jąc w dół wzro­kiem krót­ko­wi­dza, i nie chce się ruszyć, po czym zaczyna z nie­po­ko­jem scho­dzić i przy­staje na każ­dym stop­niu, zanim zde­cy­duje się zmie­rzyć z ko­lej­nym; czę­ściej jed­nak strach go para­li­żuje i czeka, aż zosta­nie pod­nie­siony i prze­trans­por­to­wany ręcz­nie.
     Nic w tym dziw­nego: Jimmy ma szes­na­ście lat, co — jak mi powie­dziano — odpo­wiada 112 latom ludz­kim […].

🖇

Nie­któ­rzy kochają, a potem pogrą­żają się w żalu za tym, co mieli i stra­cili. Inni pró­bują kochać i pogrą­żają się w żalu za czymś, czego nie mieli – a ści­ślej mówiąc, pogrą­żają się w żalu, bo nie udało im się zbu­do­wać życia, które w przy­szło­ści mogłoby im przy­nieść abso­lutną, roz­pacz­liwą żałobę. Czy to ma sens?

🖇

Moż­liwe, że każde z nas ma na myśli co innego, kiedy mówimy o miło­ści i szczę­ściu, w związku, jak i w spo­łe­czeń­stwie. Zwłasz­cza teraz.

Julian Barnes, Odejście/a,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

     — Mam nadzieję, że nie przyj­dzie ci ni­gdy do głowy, żeby napi­sać o mnie i Jean.
     A ja odpar­łem:
     — Oczy­wi­ście, że nie — zresztą to tak nie działa.
     A on odparł:
     — To dobrze.
     I tak to zosta­wi­li­śmy. Nie zawra­ca­łem mu głowy teo­rią pisar­stwa jako kom­po­sto­wa­nia życia.

🖇

[…]  obie­ca­łem Ste­phe­nowi i Jean, iż o nich nie napi­szę. W rze­czy­wi­sto­ści było jesz­cze gorzej: zło­ży­łem przy­sięgę, że tego nie zro­bię. Przy­sią­głem na Biblię. Może­cie w to uwie­rzyć, w XXI wieku? Jak jakaś przy­sięga pre­zy­dencka. Pamię­ta­cie pierw­sze zaprzy­się­że­nie Donalda Trumpa? Powie­dziano mu, że użyta zosta­nie Biblia, na którą nie­zli­czeni pre­zy­denci przed nim przy­sięgali, że będą prze­strze­gać kon­sty­tu­cji. On – Bun­tow­nik! – odpo­wie­dział, że woli użyć swo­jej Biblii. (Może to był zabyt­kowy egzem­plarz Biblii grzesz­ni­ków, prze­druku Biblii króla Jakuba z 1631 roku, w któ­rym błąd zecera zamie­nił siódme przy­ka­za­nie w „Będziesz cudzo­ło­żyć”. To byłoby sto­sowne). Tak czy ina­czej, doszło do impasu, a w końcu usta­lono, że przy­się­gnie na obie Biblie, że będzie prze­strze­gać kon­sty­tu­cji i tak dalej. No, a potem wszy­scy wi­dzie­li­śmy, jak ta podwójna przy­sięga prze­ło­żyła się na dwa razy wię­cej pra­wo­ści w spra­wo­wa­niu urzędu.

(tamże)

Ukoń­cze­nie ostat­niej książki w swoim tem­pie i póź­niej­sze zamilk­nię­cie ma przy­naj­mniej nastę­pu­jący poży­teczny sku­tek: ozna­cza, że nie będziesz zmu­szony prze­rwać […]. W ten spo­sób odbie­rasz śmierci spraw­czość. Choć – trze­ba przy­znać – w bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu.

🖇

Choć na­dal codzien­nie myślę o śmierci, to tak wyra­zi­ste jej uobec­nie­nia są teraz w remi­sji. „A więc, panie Bar­nes, czy bun­tuje się pan, gdy świa­tło się mro­czy?”. Nie, nie­spe­cjal­nie. Czuję, że tro­chę się z tym pogo­dzi­łem, i patrzę na to nieco bar­dziej filo­zo­ficz­nie.

🖇

Będę za „wami, tobą” „tęsk­nił” — cokol­wiek to zna­czy. Śmierć osła­bia i pod­waża każde z tych słów: „będę” zo­sta­je — lub zosta­nie – pozba­wione zna­cze­nia. A teraz, koniec koń­ców, nie mam do zaofe­ro­wa­nia żad­nych słyn­nych ostat­nich słów. […]  położę na chwilę dłoń na two­im przed­ra­mie­niu – nie, nie prze­sta­waj patrzeć – po czym wymknę się. Nie, nie prze­sta­waj patrzeć.

Julian Bar­nes, Lon­dyn, 2022–25

niedziela, września 20, 2026

6227. Z oazy (CDLXXIV)

Pierwszy tomik tam. Wybierając z drugiego to, co chcę zachować tu dla siebie, po­myślałam o potencjalnym niefantomowym bólu poety, gdyby widział, co ja z jego wierszami zro­bi­łam po tym, gdy je po swojemu przeczytałam i przeżyłam. Per­spek­ty­wa innego ży­cio­we­go doświadczenia, drugiej płci, innych sposobów myślenia i za­chwy­cania się światem niczego nie usprawiedliwiają — poeta zgrzytałby zębami jak nic. A ja w tym czasie przycięłam, wycięłam, wydłubałam i mam tu pod ręką.

Przecinki. Pozostanie dla mnie tajemnicą, czy ich brak to aby na pewno maniera lub styl pisania. Powiedziałabym styl, gdyby nie było ich wcale. Czyżby — myślę sobie po cichutku — te, które są, zdradzały poetę?

Po wszystkim zadumałam się i doszłam do następującego wniosku. Nie sądzę, bym przeczytała oba tomiki tak, jak je poeta napisał. Może właśnie z tego powodu kanon lektur tworzą zwykle nieżyjący pisarze i pisarki, martwi poeci i poetki. Żadna z tych, za życia bardzo twórczych, osób nie wścieknie się już z powodu swojego stanu nie­ży­cia, że odebraliśmy ich literki zupełnie na opak, że za to faux pas nie mamy nawet zamiaru przepraszać.

A ten poeta? Niech długo żyje, dużo przeżyje, nim zaświta mu w głowie myśl am­bit­na, ale i śmier­cio­nośna (patrz akapit wyżej), by do kanonu lektur wkręcić się lub wbić. A ja? Czekam na kolejny tomik.

co uchodzi za dom, to zawsze dzieło twoich rąk.
             Ile więcej trzeba, żeby nie wyparować z samego siebie,
             nie sturlać się w słowa, żeby zostało coś z tych mąk
             dla mnie, dla ciebie?

🖇

Od dzisiaj będziemy mówili już tylko, jak jest;
jak było, wie każdy, jak będzie — też,
pozostaje tylko zaprzeczyć, jakoby to miało
cokolwiek wspólnego z tobą, ze mną
nie będzie łatwo, a tym bardziej trudno, bo wiesz,
lepiej walić prosto z mostu,
na główkę, bez bajeru, tak po prostu.

🖇

„Czy naprawdę dzisiaj, tutaj, na takim, a nie innym krańcu świata, ze łzą jak oceany wyschłe
chcesz się sprzeczać? I to o czas? Lepiej przypomnij mi świat sprzed oranży i purpur”.
To chodź, dziś opowiem ci o czasach, gdy tęcza była drogą między słońcem a zielenią.

🖇

Co przemienia wściekłość w żal
buszującą w zbożu

🖇

Kto by na to wpadł, że wiersz można zaciukać
i choć nie mieści się to w żadnym paragrafie,
winnego wskazać nie sztuka —

🖇

Każdy gest na tyle wykwintny,
żeby go akurat pomylić z obelgą —
nigdy bowiem nie mówimy tak tylko;

🖇

Po co ograniczać się horyzontem: co ma się zdarzyć, to nie utonie,
[…] 
Masz tu, wklej nazwisko i zdefiniuj płeć;
imię możesz sobie wpisać, jeśli tylko chcesz.

🖇

i co też komu zrobiłem złego,
żeby kończyć jako przystawka na obiedzie
pełnym byle czego?

🖇

Chançon i basta
   Szanuj kundla swojego
   jak i on ci odpuszcza
   żywota twego zgliszcza.

🖇

i w żadną spójną całość los mi się nie składa —
             a jak już tak wyszło, to nie pożałowałem.

🖇

Czy to tak wolno, czy to wypada, to, dalibóg, jest grzechem
wyrywać kochankę z korzeniami od roku kwi-kwi-kwi-
tnącą na poletku innego. Że niby to takie qui pro quo, pourquoi pas, aserejé.

🖇

333 słów,
z nich uklepiesz świat,
z którym ci na trochę będzie za pan brat.

Wit Pietrzak, Wyimki/przeływ,
Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2022.

Każdy egzemplarz książki powinien posiadać erratę,

(tamże)

6226. Z oazy (CDLXXIII)

Nie widziałam Go prawie dwadzieścia lat. Po pogrzebie spojrzeliśmy sobie w oczy; obiecaliśmy wzajemnie, że nie przepadniemy w naszych osobistych życiach cał­ko­wi­cie, nie dając znaku życia przez kolejne dziesiątki lat, że spotkamy się, nim kolejny pogrzeb nie będzie dyskutował z naszymi na sztorc zabitymi obowiązkami ka­len­da­rzami.

Tomik żyjącego łódzkiego poety obiecał na poczcie nadać zaraz w poniedziałek. W czwartek przesyłka le­ża­ła na moim łóżku. Gdy wróciłam na poziom umieralni po wszystkich prze­wi­dzia­nych na ten dzień pro­ce­du­rach medycznych, rozdarłam ko­per­tę i okazało się, że w środku tomiki były dwa.

Złapałam oddech, porzuciłam ośrodek, pognałam do baru na kawę i… pasłam duszę. Postanowiłam czytać chronologicznie, więc na pierwszy ogień poszła twórczość po­ety-mło­dzień­ca ciut podstarzałego, czyli chwilę po trzydziestce.

Kilka zabaw słowem podchwyciłam, zachwyciłam się i świetnie się bawiłam. Zgor­szył mnie wers śmierdzący oblizującym się obleśnie facetem w niemocy po pięć­dzie­siąt­ce, fuj! Zniesmaczył wiersz podyktowany przez bezczelnie nieświadomego swo­ich przywilejów białego heteroseksualnego mężczyznę. Nie będzie więc tu ani tego wersu, ani wspomnianego wiersza. Jest tu piękno, ktore chcę mieć w razie czego pod ręką, bo dobre słowo nie zaszkodzi.

🖇

Nie do końca wiedząc, co jest poezja, przeliczał
trafne wersy na kilokalorie, a wcale nie było to takie proste.
Ile, na ten przykład, ma wiersz powyżej? No
i jaką przybrać skalę? Od tic taca do cielaka
powiedzmy? Czyta więc, co popadnie
by potem skrupulatnie ułożyć menu
uzupełniając je o niezbędne
dla zdrowego rozwoju suplementy.
Język, niezwykle prężny mięsień, zazwyczaj
obojętny na indeksy glikemiczne, tuczy
podlewając oliwą jak świnię na rożnie
po to żeby — gdy dojdzie — zaserwować go
efektownie, nieodzownie
z jabłkiem zatkniętym w pysku.

🖇

Do kogo mówisz, kiedy słuchasz głosów?

🖇

Podobnie jak poliester, lycrę, anilanę
pozyskuję języki w drodze syntezy
wyrazów, które postawione pod ścianę
odmieniają się przez najprostsze przypadki.
Trochę odkształca je wysokie ciśnienie
skrajnych okoliczności, dając
nieprzewidziane wyniki, głównie jednak —
znawcy tematu wyrażą zaskoczenie —
             okazują się mało podatne na mechacenie
             elektryzację, no i nigdy nie przylegają
             do ciała ani żadnej rzeczy, która
             z niego jest
. Bez wątpienia
             mięcie to największa ich słabość
             bo raz je wystarczy przepracować
             by rozlazła się wszelka gładkość
             która z pozoru mogłaby być modelowa.
Wysnuwam te poliestrowe słowa
z przepoconego gardła, żeby
samego siebie odkryć od nowa
i, choć zapewne zbyt mało stanowczo
jakże wiarygodnie. Trzeba tylko pamiętać
żeby nie przepierać ich za często
każdy bowiem wie, że łatwo tracą kolor.

🖇

Domy dzieci
   Podwórko ciężko zasypiało latem. Dudniło
   stękało: „Faul — jaki faul!”. […] 
                […]  Pod wieczór rozpaczliwie
                nas ubywało, kolejni, wleczeni przez starych — znikali.
                Mnie na ogół zabierali na końcu. Tylko we wtorki, tak
   mi się zdaje, Łuki wpadał po południu. „A to farciarz”
   — myślałem i w duchu mu zazdrościłem, że nigdy
   nie widzieliśmy, żeby ktoś przyszedł po niego.
   Po kolacji słyszałem czasem, jak ćwiczył
   rzuty osobiste, często zwane też wolnymi.

🖇

Jak to się stało, że nie poznaję
w nich ludzi, a pamiętam
że kiedyś tłumaczyła mi
wzory Viete’a, aż nie chciało się wierzyć.
Siedzę przy stole i czuję, jak mi lata
minęły między obiadem a herbatą.

🖇

Kwestia języków też się jakoś rozwiązała.
Niektórzy wprawdzie mieli kłopot z wysłowieniem się jak należy
więc wyjęzyczali się jak mogli. […]

🖇

ale nie wiedziałem, że dom ów domem już nie jest
toteż schowałem klucz, narzuciłem na głowę kaptur i poszedłem dalej
ulicą która ulicą jest już tylko z nazwy.

🖇

Małe ojczyzny tanio sprzedam
   […]
   brnął na swoje miejsce, „Excuse me, excuse me”
   — fałszował pod nosem, a mijając mnie
   ni stąd ni zowąd: „Posuń się, kurwa”. Krew mnie
   znienacka w pysk się cała zbiegła, Mruknałem tylko;
   „I’m sorry”, i nachylilem się, by szepnąć słówko
   Hughowi (pojęcia nie mam, jak to wymówić).

🖇

Cztery kier
   Wykładam się niespodziewanie słowo po słowie
   może mnie zrozumiesz akurat na właściwy opak
   […]
   Wszystko po to, „nie powiem — mówię na próbę —
                   dopóki nie skończysz”, żeby nie dało się o tym
                   napisać, a jeśli już, to tylko we wspólnym języku.

🖇

Rozpływa się, jak topniejący o poranku sopel lodu, niechęć
do czarno-białych, kategorycznych sądów, co upadlają żywych i umarłych
[…]
Kropla do kropli wzbieram zrozumieniem, które w czystych
już łzach wyleję
, nim zastygną w mający o poranku stopnieć
sopel lodu, o ile łatwiejszy do pochwycenia.

🖇

W chwilę po zapadnięciu, decyzja każe
myśleć: jakoś to będzie
[…]
bo życie sprowadza się do chwil, jak ta utrwalonych w sennej marze
intymnie i kapitalnie drążących myśli, dopóki ich znamię
nie utrwali się na dobre i złe, czekam, aż na nowo poustawia wszystko we mnie.

Wit Pietrzak, Stabilne,
Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2016.
(wyróżnienie własne)

Rozklekotał mi się język zdecydowanie
zbyt nieortodoksyjnie, żeby mogła z tego być poezja
więc chodu w prozę za życia […] 

🖇

Uwielbiam twoje dyftongi, Kochanie. […]

(tamże)

6225. Z oazy (CDLXXII)

Tamta książka jest i raczej pozostanie najmocniejszą książką, jaką prze­czytałam i przeczytam w tym roku. Z pewnością jest najmocniejszą wśród tych, które prze­czyta­łam w ciągu ostatnich pięciu lat, wy­prze­dza­jąc wspaniałą powieść Apeirogon (zrodzoną z dwóch nieszczęść, mających to samo źródło). Obie, ta tu razem z tam­tą, autorstwa Francesci Albanese, stanowią dla mnie książkowy dyptyk must read.

W XXI wieku by nie być posądzonym o rasizm, tylko osoba czarnoskóra może użyć w swej wypowiedzi murzyna. Podobnie, by nie być posądzonym o dyskryminację, tylko oso­ba z nie­peł­no­spraw­no­ścią może wobec siebie użyć słowa kulawy. Przez ana­lo­gię bez posądzenia o an­ty­semityzm, tylko Izraelczyk może nazwać po imieniu to, co dzieje się w Izraelu i na Okupo­wa­nych Terytoriach Palestyńskich. Nazwał.

Markowi Edelmanowi
•
Uważam, że w kategorii cierpienia najbardziej skraj­ne sytuacje, w jakich może się znaleźć czło­wiek, nie dotyczą już Żydów.
   — Romain Gary, 1970.

🖇🖇

W kwietniu 1944 r. Julian Tuwim wypowiedział swoją skargę My, Żydzi polscy…, która zaczynała się tak: „Gdyby jednak przyszło do uza­sad­nia­nia swej narodowości, a raczej narodowego poczucia, to jestem Po­la­kiem dla najprostszych, niemal prymitywnych powodów, przeważnie ra­cjo­nal­nych, częściowo irracjonalnych, ale bez «mistycznej» przyprawy. Być Polakiem — to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. […]  Polak – bo się w Polsce uro­dzi­łem, wzrosłem, wychowałem, uczyłem; bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy; bo z wygnania chcę koniecznie powrócić do Polski […]”.

🖇

Państwo Izrael zdefiniowało mnie jako Żyda nie dlatego, że wypowiadam się w języku żydowskim, podśpiewuję ży­dow­skie piosenki, konsumuję ży­dow­skie potrawy, piszę żydowskie książki czy wykonuję jakieś inne ży­dow­skie czynności. Nie, zostałem spisany jako Żyd, ponieważ to państwo, grze­biąc w moich dokumentach, skonstatowało, że moja matka była Żydówką. Owszem, była Żydówką, ponieważ moja babka też była Żydówką, a to dzię­ki temu że moja prababka… i tak dalej, i dalej przez pokolenia aż do zarania dziejów.
     Gdyby jednak się zdarzyło, że tylko mój ojciec zostałby uznany za Żyda, a moja matka, w świetle prawa izraelskiego byłaby określona jako nie-Ży­dów­ka, byłbym zarejestrowany jako osobnik narodowości austriackiej.

🖇

Uparcie chciałem być Żydem wraz z Leonem Blumem, Julianem Tuwimem i tyloma innymi, którzy zaakceptowali tę tożsamość ze względu na prze­śla­do­wa­nia, oprawców, zbrodnie i pomordowanych.
     Ponieważ źle znoszę fakt, że prawo izraelskie narzuca mi przynależność do jakiejś fikcyjnej wspólnoty etnicznej, a jeszcze gorzej konieczność pre­zen­to­wa­nia się reszcie świata jako członek klubu wybranych, przeto oświad­czam, że chcę podać się do dymisji i przestać uważać siebie za Żyda.
     […]  W obliczu tragicznych wydarzeń XX w. jestem zdecydowany trzy­mać się z daleka od tego hermetycznego i prestiżowego klubu, do którego inni ludzie nie mają ani możliwości, ani powołania, żeby tam wstąpić.
     Moja odmowa bycia Żydem czyni ze mnie przedstawiciela gi­ną­ce­go ga­tun­ku. Podkreślając, że jedynie moja przeszłość była żydowska, że moja te­raźniejsza codzienność jest, na dobre i na złe, izraelska i że w końcu moją przyszłość i przyszłość moich dzieci – jakiej bym sobie życzył – wyznaczają zasady uniwersalne, otwarte i szlachetne, zdaję sobie sprawę, że sprze­ci­wiam się dominującej tendencji nakierowanej na etnocentryzm.
     Jako historyk czasów najnowszych pozwolę sobie wyrazić przy­pusz­cze­nie, że dystans kulturowy między moim prawnukiem a mną będzie nie mniej­szy od tego, jaki dzielił mnie od mojego pradziadka. Tym lepiej! Zauwa­żam jednak z przykrością, że wielu ludzi wierzy, iż ich potomkowie będą do nich podobni w każdym calu, ponieważ w ich przekonaniu narody są wieczne, no a już szczególnie naród-rasa, taki jak ich żydowski naród.

🖇

Odnoszę coraz większe wrażenie, że pod kilkoma względami Hitler wyszedł zwycięsko z II wojny światowej. Rzecz oczywista, został po­ko­na­ny mi­li­tar­nie i politycznie, ale po upływie kilku lat jego zdeprawowana ideologia prze­sączała się, przesączała… aż wypłynęła na nowo na po­wierzch­nię, obja­wiając się obecnie w postaci napięć, silnych i groźnych.

🖇

Jestem świadomy tego, że żyję w najbardziej rasistowskim społeczeństwie w świecie zachodnim. Oczywiście, rasizm jest wszechobecny, ale w Izraelu jest on obecny w duchu prawa, naucza się go w szkołach, rozpowszechnia w mediach. I co najgorsze, rasiści nie zdają sobie sprawy z tego, że są ra­si­sta­mi i nie poczuwają się do winy. W efekcie Izrael stał się szczególnie ce­nio­nym punktem odniesienia dla większości nurtów skrajnie prawicowych na świecie, którym wcześniej bliski był antysemityzm…

🖇

Poprzez moje życie codzienne, moją podstawową kulturę — jestem Izrael­czy­kiem. Nie odczuwam z tego powodu dumy, podobnie jak nie odczuwam dumy z faktu, że jestem mężczyzną o ciemnych oczach, średniego wzrostu. Odczuwam natomiast wstyd za Izrael, szczególnie wtedy, kiedy wi­dzę okrut­ną kolonizację dokonywaną przez siły wojskowe, ko­lo­ni­za­cję, której ofiarami są słabi, bezbronni, ci, co nie należą do „na­ro­du wybranego”.

🖇

Kontakty z innym człowiekiem, obywatelem drugiej kategorii w Izraelu, to niezmienny kontakt z tym, który żyje w ciągłym poczuciu krzywdy, na sa­mym dole syjonistycznego łańcucha aktów łaski. Co gorsza, ta uciskana społeczność, żyjąca od ponad pięćdziesięciu lat pod okupacją, po­zba­wiona praw politycznych i obywatelskich na terytorium, które „pań­stwo żydowskie” uznało za swoje, została opuszczona przez mię­dzy­na­ro­do­wą politykę.

🖇

Wydaje się i to w coraz większym stopniu, że jest już za późno; każda po­waż­na możliwość politycznego rozwiązania konfliktu jest z miejsca utrą­ca­na. Izrael przyzwyczaił się do tej sytuacji i nie jest zdolny do od­stą­pie­nia od swojej dominacji kolonialnej wobec drugiego na­ro­du. A świat zewnętrzny, niestety, nie robi tego co powinien: wy­rzu­ty su­mie­nia i niewłaściwe rozpoznanie sytuacji przeszkodziły politykom w prze­ko­na­niu Izraela do wycofania się na granice uzyskane w 1948 roku. Izrael nie jest również gotów do oficjalnego przyłączenia podbitych terytoriów, po­nie­waż w takim przypadku powinien zapewnić okupowanej społeczności równe prawa obywatelskie i tym samym przekształcić się w państwo dwu­na­ro­do­we. Niestety, mitologiczny wąż, który połknął ofiarę, woli się nią udła­wić niż z niej zrezygnować…

🖇

Kiedy państwo, którego jestem obywatelem, dokonuje spisu swoich miesz­kań­ców, moją narodowość definiuje słowem „Żyd” i tym samym ustanawia siebie jako państwo „narodu żydowskiego”. Innymi słowy, jego założyciele i ustawodawcy uznali, że to państwo jest zbiorową własnością „Żydów z ca­łego świata” — bez względu na to, czy są oni wierzącymi czy też nie są — a nie uzewnętrznieniem konstytucyjnej i demokratycznej suwerenności ogó­łu obywateli, którzy to państwo zamieszkują.

🖇

Historia najnowsza obfituje w dziwactwa i śmiesznostki. Nacjo­na­lizm et­no­re­ligijny, jaki pojawił się na początku XIX w. narzucił Heinrichowi Hein­emu konieczność przejścia na wiarę chrześcijańską, żeby można go by­ło uznać za Niemca, z kolei polski nacjonalizm lat 30. XX w. odmówiłby uzna­nia mego ojca za pełnoprawnego Polaka, o ile ten nie zostałby ka­to­li­kiem. W podobny sposób syjoniści z początku XXI w., zarówno w Izraelu, jak i poza jego granicami, odrzucali całkowicie zasadę narodowości izra­el­skiej, uznając jedynie narodowość żydowską. […]
     W państwie Izrael każda forma definicji żydowskości jest głę­bo­ko zwodnicza, przesycona złą wolą i arogancją. […]  termin „Żyd” w przeciwieństwie do terminu „Izraelczyk” wyklucza wyraźnie nie-Żydów ze społeczeństwa, w interesie którego to państwo zostało powołane.

🖇

W jednej ze szkół na przedmieściach Paryża mały Mohammed uchodzi za niezrównanego geniusza. Znakomity w arytmetyce, niedościgniony we fran­cus­kim. Pewnego dnia nauczycielka pyta go wprost: Czy chciałbyś, żebym nazywała ciebie Piotrem? Twarz chłopca rozpromienia się i z ra­do­ścią przystaje na tę propozycję. Tego samego dnia, kiedy Mohammed/Piotr wraca do domu, mama zwraca się doń: Mohammed, idź do sklepu i kup dwa kartony mleka. Chłopiec odpowiada, że teraz ma na imię Piotr i od­ma­wia wykonania polecenia. Wieczorem po pracy wraca ojciec, zasiada w fo­te­lu i prosi syna, żeby przyniósł mu butelkę wody z lodówki. Chłopiec od­ma­wia i ponownie wyjaśnia, że teraz nazywa się Piotr. Zdenerwowany ojciec podrywa się z fotela i wymierza chłopcu policzek; sygnet, który ojciec miał na palcu, zadrasnął skórę dziecka. Następnego dnia w szkole nauczycielka patrząc na chłopca pyta: Piotruś, co się stało, skąd ta szrama na policzku? Chłopak z zawstydzoną miną odpowiada: To Arabowie mnie pobili…
     Rzecz jasna, tę anegdotkę opowiadają sobie Francuzi, a nie Arabowie. Niezależnie od tego, co ona ujawnia, dobrego i złego, na temat „otwartości” narodowej Francuzów, ta historyjka nie mogłaby być po­wta­rza­na w Izra­elu, z uwagi na dyskryminacyjny charakter polityki izraelskiej. Ale zachęca do refleksji nad pojęciem tożsamości, wizerunkiem siebie samego, ryzykiem związanym z zerwaniem ze swoją tożsamością, a także nad możliwością zmiany tożsamości, nad jej widoczną zależnością od innych.
     […]  Tożsamość jest odpowiedzią na potrzeby psychologiczne, stałe i ahi­sto­ryczne, wspólne wszystkim ludziom, natomiast jej formy i odmiany za­le­żą z jednej strony od danych naturalnych (płeć, kolor skóry, wzrost itp.), z drugiej zaś od warunków zewnętrznych, inaczej mówiąc, spo­łecz­nych. Człowiek określa swoją tożsamość przez codzienne do­świad­cze­nia i relacje z innymi. Nosi ją niejako i nie może bez niej żyć. Tożsamość jest warunkiem wejścia w komunikację z drugim człowiekiem.

🖇

[…]  na początku lat 80. XX w. nie znałem jeszcze tego bezkompromisowego domagania się żydowskiej wyłączności w kwestii zbrodni nazistowskich. […]  Ile osób zamordowali naziści w obozach koncentracyjnych, w obozach zagłady, dokonując innych niekonwencjonalnych zbrodni?
     I zawsze padała ta sama odpowiedź: 6 milionów. Kiedy wyjaśniałem, że moje pytanie dotyczy liczby wszystkich pomordowanych, a nie tylko liczby Żydów, moi rozmówcy wyrażali zdziwienie i rzadko który znał wła­ści­wą odpowiedź.

🖇

Nigdy nie miałem upodobania do przywoływania cierpień przeszłości i nie myślałem o rekompensacie za doznane krzywdy. Należę do tych, którzy usiłują raczej wyartykułować i zahamować, a przynajmniej zredukować nadmiar niesprawiedliwości czasów obecnych. Myślę też, że prześladowani i ofiary z przeszłości powinny ustąpić pierwszeństwa prześladowanym dnia dzisiejszego i prześladowanym jutra. Wiem dobrze, że historia staje się często areną, na której dochodzi do zamiany ról między my­śli­wym a zwierzyną, mocnym a słabym.

🖇

Utworzenie państwa Izrael, jego sukcesy wojskowe i ekspansja terytorialna pociągnęły za sobą większość obozu religijnego, który uległ przyspieszonej i radykalnej nacjonalizacji. […]  Kiedy tradycja etyczna wewnątrz­wspól­no­to­wa łączy się z władzą religijną, narodową lub partyjną, nieodmiennie ro­dzi to głęboką niesprawiedliwość wobec tych, którzy nie wchodzą w skład tej wspólnoty.

🖇

W naszych czasach nie odnajdujemy prawie wcale protestów ze stro­ny instytucji żydowskich skierowanych przeciwko aktom nie­spra­wie­dli­wo­ści popełnianych codzienne pod okupacją izraelską.

🖇

Dosyć znana anegdotka w stylu jidysz, pełna autoironii, piętnuje we­wnątrz­wspól­no­to­wy charakter żydowskiej moralności. Matka Żydówka towarzyszy swojemu synowi zwerbowanemu do armii carskiej podczas woj­ny krym­skiej. W chwili rozstania szepcze synowi do ucha: Zabij Turka, a potem usiądź spokojnie i coś zjedz. Dobrze, mamo – odpowiada syn. I nie zapominaj – dodaje matka – żebyś zawsze odpoczywał po każdym ataku, jak już zabijesz tych Turków! Tak mamo – odpowiada rekrut i po chwili wa­ha­nia pyta: A jeżeli to Turek mnie zabije? Matka otwiera szeroko oczy ze zdu­mie­nia: A dlaczego on miałby ciebie zabić? Przecież nic mu nie zrobiłeś!

🖇

Zgodnie z duchem swoich praw państwo Izrael należy w większym stopniu do znakomitych osobistości niebędących Izraelczykami niż do ogółu oby­wa­te­li, którzy to państwo zamieszkują. […]  Jerozolima jest ich własnością. Nie muszą więc poznawać jej historii, geografii, ani uczyć się jej języków (he­braj­skie­go lub arabskiego), pracować tam, płacić podatków, czy broń Boże, zaciągnąć się do armii izraelskiej! Nie, wystarczy tylko, że przyjadą z krót­ką wizytą do Izraela, żeby uzyskać dowód osobisty, nabyć jakąś niewielką nieruchomość, zanim powrócą do swojej narodowej kultury i do swojego języka ojczystego, pozostając na wieczność właścicielami państwa ży­dow­skie­go. Co za szczęście urodzić się z matki Żydówki!

🖇

Być Żydem w Izraelu oznacza być obywatelem uprzywilejowanym, cie­szą­cym się korzyściami odmawianymi tym, którzy nie są Żydami, zwłaszcza Arabom. Tylko Żyd może utożsamiać się z państwem, które nazywa siebie odbiciem żydowskiej tożsamości. Tylko Żyd może kupować ziemię, podczas gdy obywatel nieżydowski nie ma prawa jej nabyć. Tylko Żyd, nawet jeżeli przebywa w Izraelu tymczasowo i kiepsko posługuje się hebrajskim, może zostać zarządzającym Banku Izraelskiego, centralnego banku tego pań­stwa, który nie zatrudnia żadnego obywatela izraelskiego o pochodzeniu arabskim. Tylko Żyd może zostać ministrem spraw zagranicznych i re­zy­do­wać na stałe w osiedlu usytuowanym poza prawnymi granicami Izraela, obok sąsiadów Palestyńczyków pozbawionych praw cywilnych, tudzież suwerenności. Tylko Żyd może założyć osady na terytoriach, które do nas nie należą, może również poruszać się na terenie Judei i Samarii po dro­gach gra­nicz­nych, gdzie miejscowi mieszkańcy – wewnątrz swojej ojczyzny – nie mogą przemieszczać się swobodnie. Tylko Żyd nie zo­sta­nie za­trzy­ma­ny przy szlabanie drogowym, nie będzie torturowany, nikt nie będzie prze­szu­ki­wać nocą jego domu, nie stanie się przez pomyłkę celem strzału, nie ujrzy ruin swego domostwa, zburzonego przez pomyłkę… Wszystkie te dzia­ła­nia, narastające od prawie pięćdziesięciu lat, są po­dej­mo­wa­ne wy­łącz­nie wobec Arabów.

🖇

Czuję zmęczenie, czuję jak ostatnie liście rozumu opadają z drzewa naszych działań politycznych, pozostawiając nas bez osłony wobec ka­pry­sów zahip­no­ty­zo­wa­nych szarlatanów. Jednocześnie nie jestem fi­lo­zo­fem meta­fi­zy­kiem, lecz historykiem, który podejmuje próby porównań, toteż nie mogę so­bie pozwolić na taki zupełny fatalizm. Wierzę, że skoro ludzkość wy­szła z XX w. bez wojny atomowej, wszystko jest możliwe, nawet na Bli­skim Wscho­dzie. Warto przypomnieć słowa Theodora Herzla, tego hi­sto­rycz­ne­go marzyciela odpowiedzialnego za moją izraelską naro­do­wość: „Jeżeli tyl­ko czegoś naprawdę chcesz, to nie będzie to legendą”.

Shlomo Sand, Dlaczego przestałem być Żydem.
Spojrzenie Izraelczyka
, przeł. Iwona Badowska,
Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

piątek, września 04, 2026

6205. Z oazy (CDLXXI)

Zajęła mi dwie kawy. Wycisnęła gros łez. Fusy wrażeń opadały kilka dni. Ta dro­bin­ka książkowa to duży kaliber. Każde zdanie waży. Każdy ukłon jest znaczący.

Niestety, bezduszność, niezrozumienie, bezmyślność i strach przebrane za głupotę prezentowane z całą swoją mocą bez ograniczeń wobec terminalnie chorych czy lu­dzi w żałobie jest dokładnie taka sama tam, na Dalekim Wschodzie, jak tu, w środku Europy. Przekształcenie tej głupoty na akapity — bez zbędnych słów, trafiając pre­cy­zyj­nie w punkt — da się zamknąć w dwóch słowach: chapeau bas!

A reszta? Reszta jest miłością. Miłością, która… trwa.

Sięgam po powieści, będąc tego w pełni świadoma. Wybieram nie te banalne, oparte na powszechnym wyobrażeniu o świecie, lecz takie, które z uważnością opowiadają o niepowtarzalnych losach jednostki.

•

Dobra powieść nie składa się wyłącznie z tego, co napisano wprost. Jej prawdziwa siła tkwi również w tym, co zostało przemilczane.

•

Relacja między ludźmi nie kończy się wraz ze śmiercią jednej z osób. Trwa dalej i nieustannie się zmienia. To właśnie ta piękna rozłąka nas łączy. To ciągle zmieniająca się relacja jest prawdziwą miłością.

Yumi Toyozaki

•
Za cel [Nao-Cola Yamazaki] stawia sobie „pisanie o rzeczach, o których nikt inny nie napisze, słowami, które zrozumie każdy czytelnik”.

🖇🖇

Ruch jest fascynujący. Kiedy skupiam się na ruchu, znika gdzieś wrażenie istnienia rzeczy. […]  Czterdziestokilkuletni mężczyzna zeskakujący ze stop­ni musi wyglądać dziwnie. Być może to za sprawą ciepłej, kwietniowej po­gody, aż rwę się do ruchu. Ostatnio przestało mnie obchodzić zdanie in­nych. Co złego w tym, że dorosły facet sobie podskakuje?

🖇

Nie twierdzę, że wybraliśmy najlepszą z możliwych dróg. Gdyby ktoś za­py­tał mnie, czy żałuję, odpowiedziałbym: tak, noszę w sercu żal. Ale w tej sa­mej chwili miałbym ochotę sam sobie zaprzeczyć. Bo nawet jeśli nie była to najlepsza z dróg, to czy ktoś naprawdę wie, jaka byłaby ta najlepsza? Czy w ogóle istniała? A jeśli istniała, to czy to coś złego, że wybraliśmy własną, inną niż droga większości?

🖇

Żona nie wybrała dla siebie złego losu na loterii. To nie była kwestia jej decyzji. Musiała przejść drogę, która została jej wyznaczona. I nie miała możliwości, by ją zmienić.

🖇

W małżeństwie nie chodzi o wyłączność na drugą osobę,
ale o zaufanie do jej otoczenia.

🖇

Nawet jeśli robimy coś, co następne pokolenia uznają za zbędne, i zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy przez to trochę staroświeccy, nie czujemy się przez to ubożsi. Po prostu żyjemy swoim życiem, na swoich zasadach.

🖇

Postawienie diagnozy nie sprawiło, że żona przestała być sobą. Nie za­czą­łem patrzeć na nią wyłącznie przez pryzmat jej choroby ani traktować jak jedną z wielu osób skazanych na ten sam los. Może to dlatego, że lekarz nie używał wyliczeń procentowych. Wielu ludzi […]  szybko przechodzi do sta­ty­styk. „X procent chorych dożywa Y lat”. Świat jest pełen takich liczb. Dla lekarzy czy naukowców tego typu wyliczenia mają niewątpliwie zna­cze­nie. Ale co z pacjentami, którzy żyją swoim jedynym, niepowtarzalnym życiem? Zgadywanie, jak na loterii, ile czasu im zostało, jest absurdalne.

🖇

     — O, widzę, że się myjecie. Super! — rzuca z szerokim uśmiechem, zu­peł­nie jakby rozmawiała z pięciolatką.
     Czy żonie nie przeszkadza, że ktoś dwadzieścia lat młodszy traktuje ją jak dziecko? Do tego nie jest prawdą, że „się myjemy”. Myje się sama, ja tylko asystuję.
     […] 
     Czy, chorując, oddalamy się od naszego rzeczywistego wieku? Pacjentów traktuje się jak dzieci, chociaż wyglądem zaczynają przypominać sta­rusz­ków. Ale może jeszcze większym absurdem jest przywiązywanie wagi do daty urodzenia i dziwienie się, „jak rzadko zdarza się zachorowanie na tę chorobę już po czterdziestce”? Powracające pytania w rodzaju „Dlaczego tak młodo?” albo „Nie palił, więc czemu?” próbują nadać chorobom sens i wpasować je w narrację o przyczynie i stosownej konsekwencji. Według samego chorego i jego rodziny tego typu rozważania nie prowadzą do ni­cze­go, co dawałoby nadzieję.
     Trzeba odnaleźć swoją własną, nową historię.
     Zapomnieć o wieku. O przyczynach i konsekwencjach również.

🖇

     — Przy stacji zakwitły też wiśnie. Cała aleja wzdłuż głównej ulicy jest w kwiatach. W przyszłym roku pójdziemy pooglądać je razem.
     — Mhm.
     Na jej twarzy błąka się niepewny uśmiech.
     […]  Do tej pory mój sposób na zachowanie pogody ducha stanowiło pa­trzenie z nadzieją w przyszłość. Nie wiem jeszcze, jak w obecnej sytuacji pielęgnować w sobie tę pogodę ducha, skoro nie mogę już mówić o tym, co przed nami.

🖇

Ludzie są ciekawi śmierci. Chcą wiedzieć, kiedy przyjdzie. Czują pewną przy­jemność, współczując tym, którzy już stoją u jej progu.

🖇

Wierzą [większość współczesnych Japończyków], że każdy powinien przeżyć co najmniej tyle, ile wynosi obecna średnia długość życia. W końcu tak jest sprawiedliwie. Tymczasem przecież niektórzy tracą to prawo — dla nich od­li­czanie zaczyna się wcześniej. Wtedy szuka się przyczyn, dlaczego akurat ta osoba zaczęła umierać szybciej. Bo grzeszyła? Nie chodziła na badania? Źle się odżywiała? Paliła papierosy? Słowa „rokowanie” używa się wy­łącz­nie wobec tych, u których odliczanie już się rozpoczęło. Jakby ludzie chcieli w ten sposób postawić jakąś niewidzialną granicę. Jakby tylko ci, którym lekarz przedstawił rokowania, mierzyli się ze śmiercią. A cała reszta wciąż miała przed sobą życie.

🖇

„Zachorowała na raka — to pewnie kara za coś” albo przeciwnie: „Nie zro­biła nic złego, a mimo to spotkało ją nieszczęście”.

🖇

Na początku wierzyłem, że opowieści o budzącej się do życia przyrodzie spra­wią jej odrobinę radości. Teraz boję się, że mogą brzmieć jak prze­chwał­ki — jakbym chciał powiedzieć, że ja wciąż mogę to wszystko prze­ży­wać, a ona już nie. Nie chcę, by poczuła, że życie toczy się dalej nawet bez niej, dlatego trzymam język za zębami.

🖇

     — […]  Nie oczekuję od nikogo zrozumienia ani niczego takiego. Po prostu chcę się spotkać. Czy naprawdę osoba chora powinna zamykać się w czte­rech ścianach? Przecież to absurd… Nawet jeśli nie jestem w pełni sił, to wciąż chcę być częścią społeczeństwa. Chorzy to też ludzie.
     Mówi powoli, cicho, z przerwami, ale w jej głosie wybrzmiewa sta­now­czość.
     — Rozumiem.

🖇

     — A czy coś cię boli?
     Tym razem to ja zapytałem.
     — Nie mogę powiedzieć, że nie boli. Ale ból nie oznacza wcale, że jestem nieszczęśliwa. […]
     Odpowiada powoli, ważąc każde słowo.
     — Rozumiem.
     Rozwiązuję krawat i chowam go do teczki.
     — Wiesz… życie to droga. Staram się nie porównywać jej ani z cudzymi ścieżkami, ani nawet z tą, którą sama kiedyś szłam. Nie wybiegam myślami w przyszłość, lecz skupiam się na tym, co mam tu i teraz przed sobą. Dzięki temu łatwiej mi przyjąć, że ból jest częścią mojego świata. I nawet mimo bólu są chwile, gdy czuję się szczęśliwa.

🖇

     — Przepraszam za kłopot.
     — Ależ robię to z własnej woli.

🖇

Nie zgadzam się z traktowaniem śmierci jako punktu kulminacyjnego. To nie ona jest najważniejsza. Nie przychodzę do szpitala, by czekać na jej na­dej­ście, lecz po to, aby być z żoną tu i teraz, razem. Chciałbym móc to wy­krzy­czeć zarówno lekarzowi, jak i każdemu z osobna.
     Moment przekroczenia mety w maratonie może być wyjątkowy, ale to nie znaczy, że dla zawodnika liczą się tylko osoby stojące na finiszu. Równie ważni są ci, którzy towarzyszyli mu podczas treningów, wspierali na star­cie i kibicowali w trakcie biegu. Każda chwila ma swoją wartość. Życie ludz­kie zmierza ku nieuchronnej mecie, nie oznacza to jednak, że tylko ona się liczy.

🖇

Dlaczego tak bardzo zależy jej na przekazaniu tego słowa – „dziękuję”? Czy rzeczywiście czuje głęboką wdzięczność? A może po prostu chce pozostać so­bą — kimś, kto potrafi podziękować, kimś, kto do samego końca za­cho­wu­je człowieczeństwo?

🖇

Czytałem kiedyś, że nawet jeśli pacjent przestaje oddychać, to do samego końca wszystko słyszy.
     — Kocham cię — szepczę.

🖇

Odchodzi — przechodzi mi przez myśl. Staje się kimś innym. Oddala się.

🖇

„Nie robiła badań kontrolnych, więc to musiało się tak skończyć”. Albo: „Robiła badania, a i tak zachorowała”.
     Byle tylko znaleźć jakąś zależność. A kiedy wreszcie uda się połączyć kropki, na twarzach rozmówców pojawia się satysfakcja.

🖇

[…]  kiedy ktoś zaczyna traktować naszą historię jak przestrogę i sugeruje, że wystarczyłoby się zbadać, aby zapobiec tragedii — mam ochotę sta­now­czo zaprotestować.
     — Czy nie dało się tego wykryć wcześniej?
     — Nie można było operować?
     — Lekarze mówili, ile jej zostało?
     Gdy słyszę takie pytania, odbieram je jako próbę narzucenia mi swojej wersji wydarzeń.
     Tylko że historia żony była inna. A mimo to teraz, po jej śmierci, oto­cze­nie zaczyna postrzegać jej odejście przez pryzmat jakichś ste­reo­ty­po­wych ogólników. Te obce narracje przeciekają mi przez palce niczym lepka, gęsta maź.
     […]
     Nie chcę ani mówić, ani słuchać takich rzeczy.

🖇

Określenie godziny zgonu to medyczna formalność — coś, co należy do świa­ta lekarzy. Dla reszty z nas nie musi mieć aż takiego znaczenia.

🖇

[…]  robienie wszystkiego, co w naszej mocy, by żyć jak najdłużej, to słuszna postawa. Ale niezależnie od tego, co robimy, śmierć jest nieunikniona. Każ­dy kiedyś umrze. […]  Chciałbym wierzyć, że nawet po jej [śmierci] na­dej­ściu czeka coś więcej.

🖇

Uświadomiłem sobie, że nie ma znaczenia, co pomyślą inni. Nie musimy być typowym małżeństwem […].

🖇

Dobrze rozumiem, że przyzwyczajenia potrafią być silniejsze niż logika. Rytu­ały, które zakorzeniają się w codzienności, mogą towarzyszyć nam aż do końca życia. Pozwalają myśleć: „Tak, dzisiaj znów jestem sobą. Żyję po swojemu”.

🖇

     — Wiecie… chyba coś do mnie dotarło. Nawet jeśli nie ma nic waż­niej­sze­go niż rodzina, to może nie chodzi o to, by spędzać z nią każdą chwilę? Przez całe życie wspiera nas tyle osób, a przecież nie ze wszystkimi łączą nas bliskie relacje…

Nao-cola Yamazaki, Piękna rozłąka,
przeł. Marta Klimiuk-Nikkarinen,
Wydawnictwo Tajfuny, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Każda relacja — głęboka czy przelotna, z bliska czy z daleka, ma swoją wartość. Liczy się to, że istnieje.
     Odchodząc, zostawia za sobą jasny ślad.

🖇

     — Dziękuję — wyduszam z siebie najbezpieczniejsze słowo, na jakie mnie stać.

🖇

Każdy rozumie słowo „rodzina” trochę inaczej.

🖇

Wierzę, że możemy żyć szczęśliwie i nie wybiegać my­śla­mi w przyszłość. Może jeszcze nie wiemy jak, ale je­stem przekonany, że znajdziemy sposób.

(tamże)

czwartek, września 03, 2026

6204. Z oazy (CDLXX)

Książki o niewybranym osobiście podróżowaniu po jednokierunkowych życiowych drogach dobrze jest, nim dotrze się do ich ostatnich stron, odkładać na chwilę, chwil­kę czy chwilunię. Dobrze jest zrobić przerwę, by poćwiczyć, pogapić się w nie­bo lub wsiąknąć w wersy.

Dawno mnie tak nie dotknęła poezja. Czytałam kolejne wiersze powolutku. Czułam, jak coś w środku mnie drży podczas tego czytania. Była to mi nieznana do tej pory reakcja na litery układane w strofy.

Jeśli istnienie jest ranliwe, jeśli – jak pisał Kafka – rana jest naszym wyposażeniem na życie (a wyraźne ślady tego przekonania znaj­du­je­my w wierszach Jaglarza), pozostaje mieć staranie o wszystko-co-jest, cierpliwie i bez dzielenia na mniej i bardziej ważne istoty, trzeba nam praktykować doglądanie.

•

[…]  znaki i symbole nie są ograniczone gramatyką.

•

Gromadzenie rozproszonego, bliźnienie ran, sprawowanie pieczy po­ma­ga­ją scalić świat. W tym sensie doglądanie jako praktykowanie troski jest aktem poetyckim: ratuje świat przed ranami pogromów i narastającą nienawiścią.

Tadeusz Sławek

•
Książka ta nie powstałaby, gdyby nie […]. Kolejność jest przy­pad­ko­wa. Ale Wasza pomoc przypadkowa nie była i uratowała moje życie, mój język, moją poezję.
     Dziękuję.

🖇🖇

o zmierzchu syty przyjmij mnie
tylko rozbiorę się a ubrania cicho osuną się na stopy

🖇

takim jak ja przyszło urodzić się dwukrotnie ale raz umrzemy
jedna miłość jedno serce w nas ustanie do którego rośliśmy
          […] 
gdyby nie to wygnanie poza litery własnego imienia
w końcu poza ciało nie umiałbym nazwać rzeczy tego świata
kiedy nadałem sobie imię jak zrozpaczony adam
odkryłem korelacje słów i zdolność liter do łączenia się w koralowce
          […]
          zjednoczony jestem z uchodźcami ludźmi w drodze
          żyję w przestrzeni zakazu grzechu aberracji mniejszości wyjątku
          mój dowód nie przedstawia mnie samego
          nie dowodzi mojej tożsamości jest listem z poprzedniego życia
          telegramem który zdradza moją porzuconą płeć

🖇

jak nazwać tą męskość która nie odziera ze skóry
nie zabija nie jest przodkiem adama
widzi rzeczy i istoty odmienne od niej samej
widzi je więc dozwala im się zbliżyć
a potem jest jak ślepy pies daje się dotknąć
wyswobadza się ze skafandra boga

🖇

[…]  odchodzę i nie odwracam się
[…] 
będę pokorny i pracowity schylę się nisko jak trzeba
żeby ugasić we mnie te dymy gryzące

🖇

noli me tangere
/łac. nie zatrzymuj mnie/

🖇

nie sprostałem twojej mądrości nie zjednałem tajemnic
i choćbym chciał mieć spocone taneczne ciało koni które karmię
stoję nieruchomo i patrzę na samego siebie i chciałbym zobaczyć
to co widzą gzy zawisające nade mną czujnie tak blisko

🖇

zrastam się teraz […]  okrywam nowym futrem skórą
spiętą szwami drenami w ranach obniżającym się głosem imieniem
którym mnie już wołają którego ich nauczyłem tak mnie wzywajcie
nie wyrosłem z was jestem z innej gromady niebiosa trzaskające

🖇

oddałem przeszłe słowa trzeba mi znaleźć inne źródła
wody inne w których wychowam się na powrót
[…] 
już tylko ślady rozmakające w ścieżkę w drodze
do coraz mniej gramatycznego słowa tam tam dalej chodźmy

🖇

sprowadź tylko tego jednego który pragnie mnie odkryć i nazwać

🖇

schodzimy się w tym samym punkcie doliny w ciszę która znaczy przygodę
albo miłość albo inne jeszcze słowa niezapisane przez ludzki język

🖇

teraz świat jak oko zaćmy nie zajrzysz głębiej niż sięgają płomienie

🖇

zacznę od liścia […]  zacznę od boga bo skłócił się
ze sobą zacznę od hioba zacznę od psa bo mam jego miłość
tak jestem posiadaczem ziemskich rynsztunków jestem
zbieraczem poławiaczem zdarzeń zacznę od ciała
bo spoglądam tylko do wewnątrz
          zacznę od zwierząt by na nich skończyć bo jestem ich opowieścią
          tyle słów ułożonych w sekrecie tyle tajemnic odłożonych w czasie

🖇

nie kładź się wstań i idź odegnaj otrzymane słowo
[…] 
przemilczysz własną skończoność odrywającą się
od drzewa jak dojrzałe jabłko
na razie idź i bądź wdzięczny bądź ucieczką lisa
gonitwą psa jego snem na deskach

🖇

[…]  jest we mnie strach tańczących
płomieni jeszcze zazdroszczę ciała prometeuszowi spętanego
grawitacją wiem i o tobie ale jak zaufać kiedy rozumiem
do czego sam zdolny jestem

🖇

[…]  jest w tobie tyle cierpliwości
chociaż widziałem z ukrycia jak siadasz ze zwieszoną głową
a psy próbują polizać cię po twarzy […]

🖇

ogołocony z przyczyn poddaję się transfuzji myśli
które jednoczą we mnie to narodzone bycie
wypełniam je słowem które jest odpowiedzią
na mroki przyszłych czasów transkrypcją która otwiera płeć
i tożsamość na bycie narzędziem pojednania

🖇

Wszystko, czego usilnie staramy się nie dopuścić do siebie,
znajduje się już w środku.

   — Báyò Akómoláfé

Stanisław Kalina Jaglarz, Trzody,
Wydawnictwo Znak, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

nie szukam pocieszenia nie tobie dane jest zjednać mnie
przyjacielu z tą pustką którą tak gniewnie głaszczę

🖇

może słyszałem to co miałem usłyszeć popołudniowe
           pogawędki wyznania miłości
dudnienie własnego serca

🖇

jak daleko od siebie już jestem w tym gąszczu
popiołów rwących jak rzeka […] 

🖇

bo jesteśmy tak jak każdy z nas
           uniesieni tym samym wdechem

🖇

wychylony poza granice pojmowania siebie
jako to co z głębi ludzkie chciałbym zjednoczyć w sobie
to co odmienne inne żywe

🖇

odprowadzam cię łasko do twoich kryjówek

(tamże)