wtorek, października 27, 2026

6265. Z oazy (CDLXXXIV)

Druga z wydawniczym „świeżynek” – przeczytana na tym samym tchu co pierwsza. Fusy wrażeń opadały długo. Biegiem, czyli tak szybko, jak się da, chcę upuścić tu wy­imki, bo od kilku dni mam pewność, że dopóki tego nie zrobię, pozostanie mi tyl­ko cieszenie się codzienną rutyną – filiżanka wrażeń wypełniona po brzegi. Żadne zaskoczenie, żaden za­chwyt nie da rady dopchać się do mnie, gdy jestem w stanie poruszenia tą lekturą.

Upuszczam najgęstsze z gęstego. Wiele zdań w tej książce dotyka rodzinnych tabu. Wiele dotyczy daremnych starań, by być w rodzinnym systemie uznanym za istotny element układanki. Śmierć potrząsa tymi, którzy zostają, wyostrza rysy zdarzeń, a ży­cie dostatecznie długo pozwala wiele z krzywd zrozumieć. Zrozumieć, nie uspra­wie­dli­wić. Zrozumieć, nie zapomnieć. Zrozumieć, by móc puścić i pójść dalej.

W miasteczku, w którym dorastaliśmy z bratem, był przystanek auto­bu­so­wy, na którym chłopcy z pokolenia na pokolenie spędzali wieczory. Nie cze­kali tam na nikogo. Nic nie robili. Pili alkohol i rozmawiali, żeby zabić czas. Było to coś w rodzaju niepisanej tradycji, kultury przekazywanej z po­ko­le­nia na pokolenie: na tym przystanku mój ojciec spędził większość swoich nastoletnich lat, potem mój brat, a do czternastego roku życia także ja.

🖇

Jak wszyscy chłopcy z naszego środowiska uważał, że szkoła go nie inte­re­su­je, i nawet nie zdawał sobie sprawy, że wszyscy chłopcy wokół nas my­śle­li tak samo, a więc ulegali przeznaczeniu swojej klasy społecznej, że to nie oni odrzucali szkołę, lecz szkoła odrzucała ich, przekształcając wykluczenie społeczne w iluzję wyboru.

🖇

Poznawać mojego brata znaczyło uczyć się go nienawidzić.

🖇

     – Naprawdę masz w dupie mnie i moje życie? Masz w dupie, że wszystko partaczysz, idioto? Nienawidzę cię, ty pojebie!
     A on, kiedy tak krzyczałem, patrzył na mnie jak na ciąg symboli, których nijak nie mógł rozszyfrować, jak zamurowany, człowiek-ściana, którym się stał pod wpływem alkoholu.

🖇

Pierwsze myśli, jakie się we mnie pojawiły, były proste: Już nigdy go nie zobaczę, już nigdy go nie usłyszę. Śmierć jest czymś zwyczajnym. Każdy wie, że pomyśli wtedy takie właśnie zdania, a jednak za każdym razem po­ja­wiają się one tak, jakby były nowe, jakby przeżywało się je po raz pierw­szy.
     Tak jakby z każdą śmiercią na nowo zaczynał się świat.
     […] 
     A potem napłynęły obrazy […].
     Wiedziałem, że trzeba będzie kiedyś zebrać te wspomnienia i coś z nimi zrobić.

🖇

Czy piszę w nadziei, że wyzwolę ból? Czy piszę dlatego, że ten ból po­zwo­lił­by mi poczuć się normalnie, poczuć się bratem, jak wszyscy inni bracia opła­kujący śmierć drugiego?

🖇

Śmierć wymaga szybkiego uczenia się.

🖇

Ważyłem ciężar słów – to powiedzenie nigdy jeszcze 
nie było tak prawdziwe.

🖇

W którym momencie przypadkowe czyny stają się czyimś przeznaczeniem? Do jakiego momentu ktoś, na przykład moi rodzice, mógł odmienić kie­ru­nek, w jakim zmierzało jego życie? Od kiedy jest na to za późno?

🖇

Szedłem obok matki. Z jej twarzy próbowałem odgadnąć, co czuje. Siostra otworzyła drzwi, a kiedy znaleźliśmy się w środku, poprosiła dwójkę swo­ich dzieci, żeby na czas „rozmowy dorosłych” poszły się bawić do swojego po­ko­ju: patrzyłem, gdy odchodziły, przypominając sobie, jak bardzo, będąc w ich wieku, nienawidziłem tego braku przejrzystości między światami dzie­ci i rodziców. Tamtego dnia najchętniej poszedłbym z nimi do ich po­ko­ju, byle uniknąć ciężaru rozmowy, mieć ten przywilej dzieciństwa, to znaczy przywilej beztroski i usankcjonowanego zniknięcia. Do wnętrza domu pró­bo­wa­ły przeniknąć mrok nocy i chłód, spowalniały czas. […]
     Usiedliśmy i siostra westchnęła. Powiedziała, że po­win­ni­śmy po­ro­zma­wiać o organizacji pogrzebu. Mówiła jak osoba, która próbuje z powrotem posklejać rozbieżne elementy tej samej historii.

🖇

Często nienawidziłem brata, ale chcę zrozumieć.

🖇

Ten dystans między nami nic nie mówi.
     Ten dystans między nami nie może nic powiedzieć, ale ten dystans mówi wszystko. Dystans jest pamięcią.

🖇

Starała się mu pomóc, ale to było jak 
próba utrzymania w palcach wody.

🖇

Rozsypał się na drobne kawałki. Kiedy zostawałam z nim sama, pró­bo­wa­łam go wesprzeć, poskładać te kawałki w całość, ale kiedy wazon pęka wie­le razy – wiesz o tym? – dochodzi się do punktu, w którym nie da się go już posklejać, choćby nie wiem co.
     Nic już nie trzyma się razem.
     Pewnego dnia jest już za późno.

🖇

Być może pewne fikcje, nieustannie powtarzane w określonych oko­licznościach, w końcu zapisują się w człowieku i słowo staje się ciałem.

🖇

Jeśli chodzi o marzenia mojego brata, zanim z nich zrezygnował, pozostaje pytanie o porządek chronologiczny: czy cierpiał dlatego, że jego marzenia były zbyt wielkie i rozbijały się o ograniczenia, które wyznaczały jego życie, czy też marzył dlatego, że był nieszczęśliwy, że był nieszczęśliwy jeszcze przed pojawieniem się tych marzeń, a one stanowiły wzloty, formy re­kom­pen­sa­ty, które dawał sobie, by choć na chwilę uciec od swojego nie­szczę­ścia?
     Czy jego marzenia były przyczyną czy konsekwencją jego Losu??

🖇

Joan Didion ostrzega nas, że nie należy ufać naszej skłonności, która każe wierzyć, że ktoś czuje się dobrze tylko dlatego, że nie przejawia oznak nieszczęścia.

🖇

Był w żałobie. Mój brat nosił żałobę po życiu, jakie – był o tym przekonany – powinien był prowadzić, lecz coś, sam nie wiedział co: świat, rze­czy­wi­stość, klątwa, odebrało mu je.

🖇

„Lubowanie się w smutku tworzy spójność jaźni, jedność, rację bytu prze­ciw rozczłonkowaniu” – pisze Julia Kristeva. Czytając ją, pomyślałem, że to zdanie mogłoby podsumować to, co się w nim działo: życie brata było roz­bi­te przez okoliczności i jego smutek stwarzał mu złudzenie ciągłości, tak jak­by wszystko było doskonale logiczne, zaplanowane, spójne. Smutek z po­wrotem sklejał te kawałki i stwarzał mu możliwość opowieści.

🖇

Rozpamiętywał przeszłość, a ja nie mogłam już nic dla niego zrobić. Bo co mogłabym zrobić?
     Wpadł w błędne koło: mówił, że wszyscy uważają go za przegrywa, no to pił, a ponieważ pił, nic mu się nie udawało, i przyznawał rację tym, którzy uważali go za przegrywa, więc jeszcze więcej pił.
 
Jak zapomnieć, kiedy nie mamy już niczego przed sobą?
     Kiedy nie mamy już niczego przed sobą, chronimy się w przeszłości.
     Chronimy się w przeszłości, która nas rani.
     To było jak kolejne koło.
     Twój brat ugrzązł w kołach.
     Kiedyś się o to wszystko pokłóciliśmy i wtedy zrozumiałam, że to koniec.
     Zrozumiałam, że dla niego nic już nie mogłabym zrobić, więc od­pu­ści­łam.

🖇

Homofobia czy rasizm w naszym otoczeniu najczęściej nie miały charakteru ideologicznego, lecz socjologiczny: były sposobem bycia, językiem, którego uczyło się od dzieciństwa, choć niekoniecznie się z nim zgadzano – czymś, co odtwarzało się bez udziału woli, a nawet świadomości. Na przykład mój ojciec nauczył się słowa „pedał” na tej samej zasadzie, na jakiej nauczył się mówić „dzień dobry” czy „dziękuję”. Nigdy nie znał innych słów na na­zy­wa­nie tego, co uosabiałem ja czy co uosabiali ludzie tacy jak ja. Wygłaszał przed telewizorem homofobiczne komentarze, śmiał się z „ciot”, tak jak przed nim robili to jego ojciec i dziadek, tak jakby praktykowanie poczucia humoru i praktykowanie homofobii były w ich życiu jednym i tym samym. A jednak kiedy zrozumiał moją homoseksualność, nie zareagował gwał­tow­nie. Nie wpadł w szał. Powiedział, że akceptuje mnie takim, jaki jestem, i na­wet jeśli to sformułowanie niezręczne, nie mogę zaprzeczyć, że jego za­cho­wa­nie mnie zaskoczyło, ponieważ przeczyło wszystkim jego do­tych­cza­so­wym wypowiedziom.
     Mój brat był inny. Nienawiść do homoseksualizmu była zakorzeniona w jego umyśle, była nie tylko machinalnie powtarzanym gadaniem, ale, jak sądzę, ukonstytuowaną ideologią.
     Dlaczego?
     Był tak wyzuty ze wszystkiego — z pieniędzy, z marzeń, ze szczęścia — że ta mowa nienawiści była w pewien sposób wszystkim, co mu pozostało. Myślę, że to dlatego tak się jej trzymał. Ta mowa nienawiści dawała mu stabilizację, pozycję w świecie. Bez niej nie miał już nic, był nikim. […]  jego homofobia była jedynie żałosnym sposobem przekonywania sa­me­go siebie, że coś posiada — w tym wypadku ideologię, prawość, moralną wyższość.

🖇

[Ludwig Binswanger] stawia zaskakującą tezę: twierdzi, że to miłość — i tyl­ko miłość — sprawia, że czas może płynąć. Binswanger formułuje na­stę­pu­ją­cą teorię: to miłość daje trwałość i poczucie bezpieczeństwa wy­star­cza­ją­ce, by człowiek mógł iść naprzód, odróżniać przeszłość od te­raź­niej­szo­ści i przyszłości.
     Bez miłości czas nie istnieje.

🖇

[…]  wszystko w tej historii jest skomplikowane, wszy­scy mają rację i wszy­scy się mylą.
     To, co widzę — i uważam za ważne dla zrozumienia mojego brata — spro­wadza się do tego, że w na­szym świecie nie można było pozwolić sobie na próby, gdy tymczasem w innych światach błędy są dopuszczalne […]  w na­szym świecie próbowanie jest rzeczą niemożliwą, zobaczyłem to póź­niej w świecie tych, którzy żyją w komforcie i dostatku, a przynajmniej więk­szym dostatku i większym komforcie […]  w niektóre dni wydaje mi się, że Niesprawiedliwość to nic innego jak różnica w podejściu do błędu, wy­da­je mi się, że Niesprawiedliwość to nic innego jak różnica w po­dej­ściu do prób, nieważne, chybionych czy udanych, i jest mi smutno, jest mi bardzo smutno.

🖇

Uśmiechał się tak zawsze, gdy byłem obok. Dziś wyciągam z tego wniosek, że bez wątpienia mnie kochał albo przynajmniej był do mnie przywiązany. […]  ta oznaka przywiązania stawia mnie wobec pewnego rodzaju odpo­wie­dzial­no­ści lub przynajmniej przed pytaniami: Co mogłem dla niego zrobić, a czego nie zrobiłem? Jeśli mnie kochał lub był do mnie w pewien sposób przywiązany, czy mogłem mu pomóc? Czy, tak jak rodzice, zdy­stan­so­wa­łem się wobec niego w chwili, gdy najbardziej potrzebował wsparcia? Wiem jednak, że byłem tylko nastolatkiem i nie miałem ochoty pomagać komuś, kto przysporzył mi cierpień, ale nie mogę nie zadać sobie pytania: Czego nie zrobiłem? Co mogłem zrobić?
     I ten uśmiech mojego brata rzuca mi w twarz to pytanie, i nie wiem, nie wiem, co z tym począć.

🖇

Oto czym jest rodzina: najpierw cię odpycha, a później ma pretensję, że od niej uciekłeś.

🖇

     — Ale przyjedziesz na pogrzeb brata?
     Westchnąłem.
     — Wiesz, że nie lubię tego typu ceremonii…
     Po raz kolejny nie mogłem powiedzieć jej prawdy: nie chcę przyjechać na pogrzeb brata, bo go nie lubiłem.

🖇

[…]  może wyobraźnia oddala mnie od rzeczywistości w tym samym stopniu, co mnie do niej zbliża […].

🖇

     — Twój brat, poza swoimi kryzysami i wybuchami, dla innych był miły, ponieważ chciał być kochany — skomentował mój przyjaciel. — Pił i robił się agresywny, ponieważ uważał, że powinno się go kochać bardziej, niż go kochano. Jego miłe obejście, jego przemoc, wszystko tłumaczy ten cho­ro­bli­wy stosunek do miłości.
     Twój brat był przede wszystkim ofiarą nałogu. Alkohol, zdrapki, kobiety, a nawet w pewien sposób jego lamenty. To wszystko było sprawą nałogu.
     […]  Nie wdawaj się w psychologizowanie. To, o czym opowiadasz, to przede wszystkim los klasy ludowej.
 
Moi przyjaciele jasno to widzą, a ja nie wiem, nie wiem.

Édouard Louis, Krach, przeł. Joanna Polachowska,
Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

     — Ostatnie razy odczuwa się jako ostatnie dopiero wtedy, kiedy jest już za późno — powiedział mi kilka ty­godni temu przyjaciel. — Spędzamy z ludźmi czas, pro­wa­dzimy swoje życie, swoją codzienność, i pewnego dnia widzimy jedną z tych osób, nie wiedząc, że po raz ostatni. Dopiero po miesiącach, po dziesięcioleciach, długo później to sobie uświadamiamy.

🖇

Być może naprawdę i szczerze można żałować czegoś tylko raz, kiedy jest już za późno, nie wiem.

🖇

Nawet najgorsi rodzice bywają dobrymi dziadkami: brak władzy nad wnukami czyni ich lepszymi.

(tamże)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz