niedziela, października 25, 2026

6264. Z oazy (CDLXXXIII)

Gdy tylko doszła do mnie informacja, że nie jedna, ale dwie książkowe świeżynki te­go Autora już są, rzu­ci­łam wszystkie rozgrzebane książki. Chwilę wahałam się, od któ­rej zacząć, ale pod koniec tej lektury okazało się, że ktoś we mnie miał nosa i zdecydował, by przeczytać tę, która, choć prace nad jej napisaniem rozpoczęły się w drugiej kolejności, jako pierw­sza została ukończona.

Poruszająca. Trafiająca celnie w wiele punktów społecznych oczywistości, które nie­uprzywilejowanym ludziom dorzucają dodatkowe kłody pod nogi. Może właśnie po to istnieją mniejszości? Bycie przedstawicielem mniejszości otwiera oczy na to, cze­go uprzywilejowani ludzie po prostu nie widzą. Może trzeba być mężczyzną na­le­żą­cym do mniejszości, by dostrzegać wszystkie te sytuacje, w których kobieta ma mniej stopni swobody wyboru kolejnego kroku niż mężczyzna znajdujący się w tej samej sytuacji? Może.

Podeszła, wzięła książkę z półki i się jej przyjrzała.
     — Odkąd napisałeś tę książkę, znów się bardzo zmieniłam. Będziesz mu­siał to kiedyś opisać. Jeszcze bardziej się przeobraziłam.
     Przyznałem jej rację.
     — To prawda. To prawda. Zrobię to.
     […] 
     Nauczyłem się zachwytu, jakiego dostarcza zniknięcie, wymazanie, fakt sta­nia się jedynie spojrzeniem w historii losu innego niż mój.
     Książka, którą czytacie, powstała w pewnym sensie na zamówienie mojej matki.
     Nie ja o niej zadecydowałem, nie ja ją zaprogramowałem.
     Nie ja pierwszy wpadłem na ten pomysł.
     Nic dotąd w literaturze nie sprawiło mi takiej radości.

🖇

🖇

Pomyślałem: I oto jesteśmy tutaj.
     […] 
     Jeśli wolność nie jest rewanżem, to nie jest wolnością, oto w co wierzę.

🖇🖇 🖇

Co działo się w pierwszych latach mojego życia, a czego nie potrafiłem zoba­czyć? Ile trzeba lat, by zacząć dostrzegać rzeczywistość swojego dzieciństwa?

🖇

[…]  gdybym zjadł te resztki żywności, nie zostałoby już nic więcej na ko­la­cję lub na następny dzień, w tym sensie, że nic a nic, totalne zero, to nic, cze­go w klasach uprzywilejowanych się nie rozumie, ponieważ kiedy oni mó­wią, że nic im już nie zostało, coś im zawsze zostaje,
     zostają im dyplomy,
     zostaje im obycie,
     zostaje im parę groszy,
     zostają im znajomi, do których można się zwrócić o pomoc,
     zostaje im pewność siebie związana z przywilejami,
     widziałem burżujów mówiących w restauracji: „Nie mam już pieniędzy”, a kilka minut później płacących rachunek, ci nie znają znaczenia słów: NIC, NIE, ZERO, gdy tymczasem moja matka wiedziała, że gdybym po powrocie ze szkoły porządnie się najadł, nie mogłaby nakarmić reszty rodziny, ale ja nie potrafiłem tego dostrzec lub pojąć, potrzebowałem z górą dwudziestu lat, żeby to zrozumieć, i jest mi teraz przykro, jest mi przykro.

🖇

Mógłbym powiedzieć, że cierpienie i wolność są dwoma stadiami tego sa­me­go procesu, stanowią dwa różne tempa tej samej partytury.

🖇

[…]  historia, którą opowiadam, nie jest pochwałą ucieczki. Już widzę, do czego zmierzacie: „Jakże piękna jest ucieczka! Co za odważna kobieta!”.
     Mylicie się jednak.
     Gdyż to nie wystarczy.
     Czytając tę historię, musicie sobie także mówić:
     Dlaczego jedni uciekają, a inni nie muszą?
     Dlaczego niektórzy muszą zawsze o wszystko zabiegać, a inni mogą spo­koj­nie spać?
     Dlaczego niektórzy muszą zawsze walczyć, a inni mogą korzystać?
     Musicie sobie też uzmysłowić:
     Ile rozczarowań przypada na każdą ucieczkę?
     Ile poświęconych istnień przypada na każde ocalone życie?
     Gdyż ucieczka to brzemię
     Gdyż ucieczka to brzemię
     I dopiero znacznie później
     być może
     rodzi ona Piękno
.

🖇

     — […]  Ucieczka i wyzwolenie się wymagają ogromnej energii, dlatego nie­raz w trakcie tego procesu człowiek czasem rezygnuje i zawraca w po­ło­wie drogi.
     Didier miał rację, często woli się wrócić do znanego już cierpienia niż od­na­leźć się w nowej sytuacji.

🖇

Kwestie, które powstawały teraz, były praktyczne i trywialne – […]  oma­wia­nie tych drobnych detali mnie poruszało, ponieważ były najbardziej konkretnym przejawem jej odzyskanej wolności, ponieważ wolność to również kwestia detali.

🖇

[…]  moja rana i jej rana są z sobą związane, są bliźniacze, nie­roz­dziel­ne, ni­cze­go nie żałuję, ponieważ zraniło ją to, że ujawniłem własną ra­nę, nie mo­gę tego żałować, ponieważ bez tej wspólnej Rany, tej Rany, która nie jest raną ani jej, ani moją, ale jest bez reszty raną naszą, nic z te­go, co działo się na odległość między Paryżem a Atenami, za po­śred­nic­twem telefonu i ekra­nu, nie byłoby możliwe.

🖇

Mówi, jak zrozumiałem w dniu przeprowadzki, że przemoc nigdy nie jest spowodowana przez osobę, lecz przez sytuację […].
     — Nie warto mieć ludziom za złe, to strata czasu — mawia moja matka.

🖇

I kiedy go zobaczyłem, stało się coś dziwnego, coś, czego nie mógłbym prze­wi­dzieć: kiedy spoczął na nim mój wzrok, nie poczułem gniewu ani nie­na­wi­ści, jak się spodziewałem, nie poczułem wściekłości, nic ta­kie­go nie po­czu­łem, jedynie wielkie zaskoczenie, które z kolei zrodziło pytanie: jak ta mała, nędzna i nijaka istota o mikrej posturze i szczurzej twarzy, jak istota tak po­zba­wiona żywotności i znaczenia mogła być źródłem takiej przemocy?
     Nie mogłem oderwać od niego wzroku.
     […]  Wyglądał tylko na osobnika, który przedłuża i odtwarza otaczający go świat, a nie na jednostkę, która cokolwiek tworzy lub generuje. […]
     Co ten człowiek mówił mi o kondycji ludzkiej? Patrząc na niego, my­śla­łem, że znalazłszy się sam, nie mógłby już być brutalny.
     Widziałem w nim nieszczęśnika.
     Widziałem w nim biednego faceta.

🖇

Pokój, przestrzeń, ściany, klucz, pieniądze: sto lat później potrzebowała te­go również moja matka – nie po to, by zostać pisarką, ale żeby stać się ko­bie­tą wolną i trochę bardziej szczęśliwą.
     Sto lat wcześniej Woolf rozumiała, że wolność nie jest kwestią estetyczną i symboliczną, lecz kwestią materialną i praktyczną.
     Że wolność ma swoją cenę.

🖇

     — Nie, nigdy.
     Słuchając jej, rozmyślałem: Wykluczenie, które ukształtowało jej życie, przejawiało się w tak drobnych, maleńkich detalach. W wieku ponad pięć­dzie­sięciu lat nigdy jeszcze nie wypróbowała egzotycznych aromatów, ni­gdy nie doświadczyła pewnych doznań smakowych, co uznałem za formę kulinarnego i zmysłowego wywłaszczenia. Kiedy myśli się o wy­własz­cze­niu, o ubóstwie, ma się na myśli trudność kupienia sobie ubrania czy opła­ce­nia rachunków, ale nie myśli się o rzeczach takich, jak smaki, za­pachy, nieznane doznania.

🖇

     Zawahała się.
     — Jesteś pewny? Nie musisz tego robić…
     — Jestem pewny. Chcę, żebyś była wreszcie szczęśliwa — po­wtó­rzyłem.

🖇

Miała pięćdziesiąt pięć lat, po raz pierwszy w życiu mieszkała sama, bez dzie­ci, bez mężczyzny, bez innych osób na jej utrzymaniu lub na co dzień jej towarzyszących, to również chcę podkreślić: Matka miała pięćdziesiąt pięć lat, po raz pierwszy w życiu mieszkała sama, bez dzieci, bez mężczyzny, bez innych osób na swoim utrzymaniu lub na co dzień jej towarzyszących.
     […]
  Jej ucieczka nas do siebie zbliżyła.
     — Jestem taka szczęśliwa! — mówiła mi. — Budzę się, o której chcę, robię to, co chcę, nikt mi nie dyktuje, co mam robić!
     Odpowiadałem, że uważam za bardzo niesprawiedliwe, że trze­ba by­ło tyle czasu czekać, by mogła tego doświadczyć, ale od razu wcho­dzi­ła mi w słowo:
     — No właśnie dlatego, że tyle wycierpiałam, jestem teraz jeszcze szczę­śliw­sza! Mam gdzieś przeszłość! Nie znoszę ludzi, którzy użalają się wiecz­nie nad sobą!
     I mówiłem:
     — Masz rację, masz rację.
     I myślałem: Jest silniejsza ode mnie.

🖇

[…]  po raz pierwszy doświadczałem wagi tego określenia, gdzieś żyć — nie tylko mieszkać, ale znaleźć miejsce, w którym da się żyć, a nie jedynie zdo­być dach nad głową czy schronienie.

🖇

Tu dygresja. Moja matka nigdy nie nauczyła się obsługi komputera, tak samo jak nigdy nie zrobiła prawa jazdy i nigdy nie zdobyła wykształcenia zawodowego.
     Wszystkie te braki w jej życiu były częścią tego samego systemu.
     Kie­dy miała siedemnaście lat i po raz pierwszy zaszła w ciążę, przerwała naukę w szkole gastronomicznej, żeby wychowywać mojego brata. Jej pierw­szy mąż nie rzucił swojej zawodówki.

🖇

Czekam […]. Mój pośpiech spowalnia czas. Kiedy chciałbym, żeby mijał, zatrzymuje się, kiedy chcę, żeby się zatrzymał, pędzi.

🖇

Ja także robię wszystko, żeby być kimś innym niż synem, być kimś wię­cej, kimś lepszym.

🖇

[…]  Przestań się zastanawiać!
     Najpierw trzeba działać, później się zastanawiać.
     Bez tego nigdy nie byłoby ucieczki.
     Nigdzie.

🖇

Słuchając Didiera, zadawałem sobie pytania:
     Czy jego matka odeszłaby […]?
     Gdyby nie była biedna?
     Czy przymus ekonomiczny wystarczy, by wyjaśnić, w przypadku jej czy innych osób, niemożność ucieczki, zmiany swojego losu?
     […] 
     Istnieją oczywiście inne czynniki, które sprawiłyby, że ucieczka stałaby się niemożliwa lub niewyobrażalna: przyzwyczajenie, obawa przed gwał­to­wno­ścią reakcji rodziny, ale czy pieniądze rzeczywiście wystarczyłyby, by dodać jej wystarczającej pewności siebie i umożliwić przezwyciężenie tych czynników, bezwładu i rezygnacji?
     Czy byłoby możliwe ustalenie czegoś w rodzaju ceny wolności, ceny wy­mier­nej rozumowo, matematycznie?
     Czy — gdyby już ta cena została ustalona i dostępna większości — po­ja­wi­łyby się nowe formy ucieczki, mnożyłyby się w nieskończoność?
     Mówiąc to brutalnie i szczerze: ile osób, ile kobiet zmieniłoby swoje życie, gdyby otrzymały czek?

* * *

I myślałem: Nie byłoby takich pytań, gdyby nie pieniądze, gdyby nie ist­niały nierówności społeczne.

🖇

[…]  emancypacja wyraża się nie tylko przez działanie, ale także, w nie­któ­rych okolicznościach, przez prawo do zaniechania, do przekazania uprawnień, do pozwolenia innym, by się tobą zaopiekowali.

Édouard Louis, Monique ucieka, przeł. Joanna Polachowska,
Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Zasiedliśmy w obitych purpurowym welurem fotelach, pod olbrzymich rozmiarów żyrandolem, otoczeni zło­ce­nia­mi i szeptami widzów – szeptami szczególnymi, roz­brzmie­wa­jącymi przywilejem tych, do których sztuka jest kierowana, przyciszonymi, spokojnymi. Nawet w szepcie istnieje różnica klasowa.

🖇

Kiedy to powiedział, otworzyła szeroko oczy i z wyrazem głębokiego zaskoczenia zapytała:
     — Naprawdę? Jestem ważna?
     Nie mogła powstrzymać się przed tym zdaniem, wy­rzu­ci­ła je z siebie: czyste, prawdziwe, absolutne.

(tamże)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz