Gdy tylko doszła do mnie informacja, że nie jedna, ale dwie książkowe świeżynki tego Autora już są, rzuciłam wszystkie rozgrzebane książki. Chwilę wahałam się, od której zacząć, ale pod koniec tej lektury okazało się, że ktoś we mnie miał nosa i zdecydował, by przeczytać tę, która, choć prace nad jej napisaniem rozpoczęły się w drugiej kolejności, jako pierwsza została ukończona.
Poruszająca. Trafiająca celnie w wiele punktów społecznych oczywistości, które nieuprzywilejowanym ludziom dorzucają dodatkowe kłody pod nogi. Może właśnie po to istnieją mniejszości? Bycie przedstawicielem mniejszości otwiera oczy na to, czego uprzywilejowani ludzie po prostu nie widzą. Może trzeba być mężczyzną należącym do mniejszości, by dostrzegać wszystkie te sytuacje, w których kobieta ma mniej stopni swobody wyboru kolejnego kroku niż mężczyzna znajdujący się w tej samej sytuacji? Może.
Podeszła, wzięła książkę z półki i się jej przyjrzała.
— Odkąd napisałeś tę książkę, znów się bardzo zmieniłam. Będziesz musiał to kiedyś opisać. Jeszcze bardziej się przeobraziłam.
Przyznałem jej rację.
— To prawda. To prawda. Zrobię to.
[…]
Nauczyłem się zachwytu, jakiego dostarcza zniknięcie, wymazanie, fakt stania się jedynie spojrzeniem w historii losu innego niż mój.
Książka, którą czytacie, powstała w pewnym sensie na zamówienie mojej matki.
Nie ja o niej zadecydowałem, nie ja ją zaprogramowałem.
Nie ja pierwszy wpadłem na ten pomysł.
Nic dotąd w literaturze nie sprawiło mi takiej radości.
🖇

🖇
Pomyślałem: I oto jesteśmy tutaj.
[…]
Jeśli wolność nie jest rewanżem, to nie jest wolnością, oto w co wierzę.
🖇🖇 🖇
Co działo się w pierwszych latach mojego życia, a czego nie potrafiłem zobaczyć? Ile trzeba lat, by zacząć dostrzegać rzeczywistość swojego dzieciństwa?
🖇
[…] gdybym zjadł te resztki żywności, nie zostałoby już nic więcej na kolację lub na następny dzień, w tym sensie, że nic a nic, totalne zero, to nic, czego w klasach uprzywilejowanych się nie rozumie, ponieważ kiedy oni mówią, że nic im już nie zostało, coś im zawsze zostaje,
zostają im dyplomy,
zostaje im obycie,
zostaje im parę groszy,
zostają im znajomi, do których można się zwrócić o pomoc,
zostaje im pewność siebie związana z przywilejami,
widziałem burżujów mówiących w restauracji: „Nie mam już pieniędzy”, a kilka minut później płacących rachunek, ci nie znają znaczenia słów: NIC, NIE, ZERO, gdy tymczasem moja matka wiedziała, że gdybym po powrocie ze szkoły porządnie się najadł, nie mogłaby nakarmić reszty rodziny, ale ja nie potrafiłem tego dostrzec lub pojąć, potrzebowałem z górą dwudziestu lat, żeby to zrozumieć, i jest mi teraz przykro, jest mi przykro.
🖇
Mógłbym powiedzieć, że cierpienie i wolność są dwoma stadiami tego samego procesu, stanowią dwa różne tempa tej samej partytury.
🖇
[…] historia, którą opowiadam, nie jest pochwałą ucieczki. Już widzę, do czego zmierzacie: „Jakże piękna jest ucieczka! Co za odważna kobieta!”.
Mylicie się jednak.
Gdyż to nie wystarczy.
Czytając tę historię, musicie sobie także mówić:
Dlaczego jedni uciekają, a inni nie muszą?
Dlaczego niektórzy muszą zawsze o wszystko zabiegać, a inni mogą spokojnie spać?
Dlaczego niektórzy muszą zawsze walczyć, a inni mogą korzystać?
Musicie sobie też uzmysłowić:
Ile rozczarowań przypada na każdą ucieczkę?
Ile poświęconych istnień przypada na każde ocalone życie?
Gdyż ucieczka to brzemię
Gdyż ucieczka to brzemię
I dopiero znacznie później
być może
rodzi ona Piękno.
🖇
— […] Ucieczka i wyzwolenie się wymagają ogromnej energii, dlatego nieraz w trakcie tego procesu człowiek czasem rezygnuje i zawraca w połowie drogi.
Didier miał rację, często woli się wrócić do znanego już cierpienia niż odnaleźć się w nowej sytuacji.
🖇
Kwestie, które powstawały teraz, były praktyczne i trywialne – […] omawianie tych drobnych detali mnie poruszało, ponieważ były najbardziej konkretnym przejawem jej odzyskanej wolności, ponieważ wolność to również kwestia detali.
🖇
[…] moja rana i jej rana są z sobą związane, są bliźniacze, nierozdzielne, niczego nie żałuję, ponieważ zraniło ją to, że ujawniłem własną ranę, nie mogę tego żałować, ponieważ bez tej wspólnej Rany, tej Rany, która nie jest raną ani jej, ani moją, ale jest bez reszty raną naszą, nic z tego, co działo się na odległość między Paryżem a Atenami, za pośrednictwem telefonu i ekranu, nie byłoby możliwe.
🖇
Mówi, jak zrozumiałem w dniu przeprowadzki, że przemoc nigdy nie jest spowodowana przez osobę, lecz przez sytuację
[…].
— Nie warto mieć ludziom za złe, to strata czasu — mawia moja matka.
🖇
I kiedy go zobaczyłem, stało się coś dziwnego, coś, czego nie mógłbym przewidzieć: kiedy spoczął na nim mój wzrok, nie poczułem gniewu ani nienawiści, jak się spodziewałem, nie poczułem wściekłości, nic takiego nie poczułem, jedynie wielkie zaskoczenie, które z kolei zrodziło pytanie: jak ta mała, nędzna i nijaka istota o mikrej posturze i szczurzej twarzy, jak istota tak pozbawiona żywotności i znaczenia mogła być źródłem takiej przemocy?
Nie mogłem oderwać od niego wzroku.
[…] Wyglądał tylko na osobnika, który przedłuża i odtwarza otaczający go świat, a nie na jednostkę, która cokolwiek tworzy lub generuje. […]
Co ten człowiek mówił mi o kondycji ludzkiej? Patrząc na niego, myślałem, że znalazłszy się sam, nie mógłby już być brutalny.
Widziałem w nim nieszczęśnika.
Widziałem w nim biednego faceta.
🖇
Pokój, przestrzeń, ściany, klucz, pieniądze: sto lat później potrzebowała tego również moja matka – nie po to, by zostać pisarką, ale żeby stać się kobietą wolną i trochę bardziej szczęśliwą.
Sto lat wcześniej Woolf rozumiała, że wolność nie jest kwestią estetyczną i symboliczną, lecz kwestią materialną i praktyczną.
Że wolność ma swoją cenę.
🖇
— Nie, nigdy.
Słuchając jej, rozmyślałem: Wykluczenie, które ukształtowało jej życie, przejawiało się w tak drobnych, maleńkich detalach. W wieku ponad pięćdziesięciu lat nigdy jeszcze nie wypróbowała egzotycznych aromatów, nigdy nie doświadczyła pewnych doznań smakowych, co uznałem za formę kulinarnego i zmysłowego wywłaszczenia. Kiedy myśli się o wywłaszczeniu, o ubóstwie, ma się na myśli trudność kupienia sobie ubrania czy opłacenia rachunków, ale nie myśli się o rzeczach takich, jak smaki, zapachy, nieznane doznania.
🖇
Zawahała się.
— Jesteś pewny? Nie musisz tego robić…
— Jestem pewny. Chcę, żebyś była wreszcie szczęśliwa — powtórzyłem.
🖇
Miała pięćdziesiąt pięć lat, po raz pierwszy w życiu mieszkała sama, bez dzieci, bez mężczyzny, bez innych osób na jej utrzymaniu lub na co dzień jej towarzyszących, to również chcę podkreślić: Matka miała pięćdziesiąt pięć lat, po raz pierwszy w życiu mieszkała sama, bez dzieci, bez mężczyzny, bez innych osób na swoim utrzymaniu lub na co dzień jej towarzyszących.
[…] Jej ucieczka nas do siebie zbliżyła.
— Jestem taka szczęśliwa! — mówiła mi. — Budzę się, o której chcę, robię to, co chcę, nikt mi nie dyktuje, co mam robić!
Odpowiadałem, że uważam za bardzo niesprawiedliwe, że trzeba było tyle czasu czekać, by mogła tego doświadczyć, ale od razu wchodziła mi w słowo:
— No właśnie dlatego, że tyle wycierpiałam, jestem teraz jeszcze szczęśliwsza! Mam gdzieś przeszłość! Nie znoszę ludzi, którzy użalają się wiecznie nad sobą!
I mówiłem:
— Masz rację, masz rację.
I myślałem: Jest silniejsza ode mnie.
🖇
[…] po raz pierwszy doświadczałem wagi tego określenia, gdzieś żyć — nie tylko mieszkać, ale znaleźć miejsce, w którym da się żyć, a nie jedynie zdobyć dach nad głową czy schronienie.
🖇
Tu dygresja. Moja matka nigdy nie nauczyła się obsługi komputera, tak samo jak nigdy nie zrobiła prawa jazdy i nigdy nie zdobyła wykształcenia zawodowego.
Wszystkie te braki w jej życiu były częścią tego samego systemu.
Kiedy miała siedemnaście lat i po raz pierwszy zaszła w ciążę, przerwała naukę w szkole gastronomicznej, żeby wychowywać mojego brata. Jej pierwszy mąż nie rzucił swojej zawodówki.
🖇
Czekam […]. Mój pośpiech spowalnia czas. Kiedy chciałbym, żeby mijał, zatrzymuje się, kiedy chcę, żeby się zatrzymał, pędzi.
🖇
Ja także robię wszystko, żeby być kimś innym niż synem, być kimś więcej, kimś lepszym.
🖇
[…] Przestań się zastanawiać!
Najpierw trzeba działać, później się zastanawiać.
Bez tego nigdy nie byłoby ucieczki.
Nigdzie.
🖇
Słuchając Didiera, zadawałem sobie pytania:
Czy jego matka odeszłaby […]?
Gdyby nie była biedna?
Czy przymus ekonomiczny wystarczy, by wyjaśnić, w przypadku jej czy innych osób, niemożność ucieczki, zmiany swojego losu?
[…]
Istnieją oczywiście inne czynniki, które sprawiłyby, że ucieczka stałaby się niemożliwa lub niewyobrażalna: przyzwyczajenie, obawa przed gwałtownością reakcji rodziny, ale czy pieniądze rzeczywiście wystarczyłyby, by dodać jej wystarczającej pewności siebie i umożliwić przezwyciężenie tych czynników, bezwładu i rezygnacji?
Czy byłoby możliwe ustalenie czegoś w rodzaju ceny wolności, ceny wymiernej rozumowo, matematycznie?
Czy — gdyby już ta cena została ustalona i dostępna większości — pojawiłyby się nowe formy ucieczki, mnożyłyby się w nieskończoność?
Mówiąc to brutalnie i szczerze: ile osób, ile kobiet zmieniłoby swoje życie, gdyby otrzymały czek?
* * *
I myślałem: Nie byłoby takich pytań, gdyby nie pieniądze, gdyby nie istniały nierówności społeczne.
🖇
[…] emancypacja wyraża się nie tylko przez działanie, ale także, w niektórych okolicznościach, przez prawo do zaniechania, do przekazania uprawnień, do pozwolenia innym, by się tobą zaopiekowali.
Édouard Louis, Monique ucieka,
przeł. Joanna Polachowska,
Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Zasiedliśmy w obitych purpurowym welurem fotelach, pod olbrzymich rozmiarów żyrandolem, otoczeni złoceniami i szeptami widzów – szeptami szczególnymi, rozbrzmiewającymi przywilejem tych, do których sztuka jest kierowana, przyciszonymi, spokojnymi. Nawet w szepcie istnieje różnica klasowa.
🖇
Kiedy to powiedział, otworzyła szeroko oczy i z wyrazem głębokiego zaskoczenia zapytała:
— Naprawdę? Jestem ważna?
Nie mogła powstrzymać się przed tym zdaniem, wyrzuciła je z siebie: czyste, prawdziwe, absolutne.
(tamże)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz