czwartek, września 30, 2010

(5!-7*5). Ja kot

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Też we wrześniu, ale trzy lata temu Braciak wywlókł mnie do niepozornej, sieciowej kafejki. Pierwsza wizyta w tym miejscu nie zapowiadała uzależnienia --- miejsce jak miejsce, kawa jak kawa, tylko nasza rozmowa była warta zachodu.

Kiedy? Nie pamiętam. Skusiłam się na Moccę w największym, półlitrowym kubku i... wpadłam jak śliwka w kompot. Jedyna kawa, której nie słodzę, jedyna kawa w taaakiiiim kubku. Jedyne w swoim rodzaju kanapy --- dobrze służące ludziom z chorym kręgosłupem, okna od samej ziemi do samego sufitu --- padało, wiało a ja siedząc w ciepełku mogłam przyglądać się pędzącym przechodniom. Raj!

Moim doświadczeniem w Polsce jest niestety to, że dobre rzeczy i miejsca mają kłopoty z trwaniem. Zwykle jak znajdę coś cudnego, przyzwyczaję się to... owo coś znika z rynku. Po dwóch latach, gdy w zasadzie robiłam już za element wystroju wnętrza, opisana kafejka została zlikwidowana. :( Zostałam z nieszczęściem porzuconego kota w sercu, który był przyzwyczajony do miejsca, do kanapy, do kubka, do okien. W przeciągu roku obeszłam pozostałe znajdujące się kafejki Wayne’sa i nic... w jednej brak okien, w drugiej brak kanap. Czułam się jak sierściuch ze schroniska bez szans na adopcję. Do dziś!

Dziś znów padało. Trzeci dzień Kudłata uczy się zostawać sama w domu na ciut więcej niż dwie godziny. Popędziłam na masaż z myślą, że zaraz po nim przetestuję ostatniego znanego mi Wayne’sa w Wawince i... BINGO!

Była kawa w moim kubku, była kanapa i było okno! Poczułam się jak kot, który wrócił z dalekiej podróży do domu. Tylko Braciaka brakowało, ale ten w pracy.

Jako kot i niekot mogę już spokojnie zamknąć wrzesień...

środa, września 29, 2010

84. Mżawka, deszcz i co jeszcze?

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Mżawka --- zawsze odbierałam ją jako nostalgiczny nastrój w aerozolu. Gdy mży wolniej chodzę, wolniej myślę, przed oczami pojawiają się obrazy osób, których jakoś mi brakuje, rozmawiamy w mojej głowie.

Deszcz --- płacz Nieba czy kąpiel Ziemi? Tak czy inaczej można go uznać za nieodłączny rekwizyt w dłoniach Pani Jesieni.

Wczoraj cały dzień mżyło, dzisiaj cały dzień pada a ja dzięki temu w końcu wiem, kto zamawia wspomniane zjawiska atmosferyczne. Całodzienna mżawka lub deszcz to tylko zmaterializowana psia zaborczość.

Psy nie marzą o nowych samochodach, młodych kobietach czy mężczyznach, lepszej pracy, możliwościach wielkich portfeli. Jednak czasem psy dopada tęsknota za spełnieniem jednego marzenia, by mieć parki tylko dla siebie. Gdy to marzenie dostatecznie napęcznieje i dojrzeje wówczas zaczyna uporczywie siąpić lub lać przez kilka dni.

Empirycznie sprawdzamy prawdziwość tej teorii z Panną Kudłatą. Od dwóch dni w parkach, w których bywamy, nie ma żywej duszy, nie licząc psów i ich właścicieli, którzy dzierżą w dłoni znak rozpoznawczy --- smycz. Nie ma żadnego człowieka, który krzyczy, że psy luzem biegają. Sierściuchy mają raj na Ziemi a my, opiekunowie, ciut przemoczone buty...

83. Dary tu i teraz

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata ma dar, którym pewnie dysponuje większość psów, ale nie zmienia to faktu, że ów dar w jej łapach jest wyjątkowo uroczy. Zapomniałam już jak się jeździ komunikacją miejską z książką w dłoni. Od czasu, gdy Henia zaczęła wyruszać w świat tramwajami i autobusami, przypadła mi głównie niewdzięczna rola strażnika --- siad, zostań, waruj, idziemy. Wczoraj wieczorem dotarło do mnie, że jeżdżenie na masaże zmieniło charakter z „ćwiczenia poruszania się środkami komunikacji miejskiej” na „towarzyskie, nieplanowane spotkania”.

Wczoraj jadąc spotkałyśmy pana, około pięćdziesiątki, z którym prawie natychmiast wywiązała się rozmowa, oczywiście na temat psów. Była tak interesująca, że podróż minęła nam raz, dwa, trzy... że miał sznaucera, że musiał go rok temu uśpić, że jego córka męczy go o kolejnego psa, a on jeśli już, to zgodzi się tylko i wyłącznie na sznaucera. Rozmawialiśmy o smutku, że za każdą cudną chwilę z psem prawie zawsze przyjdzie właścicielowi zapłacić trudnymi chwilami, gdy pies odchodzi. Mimo ciężaru rozmowy, coś w środku mnie uśmiechało się od ucha do ucha, bo z każdą minutą, gdy mówił o sznaucerach, owemu panu zaczynały mocniej i mocniej, wyjątkowo pięknie, błyszczeć oczy. Ciekawe, ile jeszcze czasu zajmie mu przyniesienie do domu nowego psiego członka rodziny? Deklarował jedno, ale jego ciało i tembr głosu miały na ten temat zupełnie inne zdanie.

Wracając, spotkałyśmy młodą kobietę na wózku elektrycznym z daleko posuniętym niedowładem. Skąd moja sunia wiedziała, że nie można się na ową dziewczynę rzucić ze spontanicznie okazywaną radością, nie wiem. Pierwszy raz widziałam jak Kudłata podchodzi do człowieka jak do kruchej rośliny, patrzy, a gdy widzi aprobatę, delikatnie, bez gryzienia, bez skakania, wylizuje drobną, stęsknioną psiego dotyku, dłoń. Uśmiechu tej młodziutkiej kobiety długo nie zapomnę --- fantastyczne, że na życie mogą się składać tak piękne chwile, gdy ludzie po prostu są. Psy, chyba z natury, umieją czynić cuda w relacjach ludzko-psich. Może jeszcze kiedyś spotkamy ową uśmiechniętą i bardzo życzliwą młodą kobietę...

Może i jestem dobra w przynoszeniu kasztanów do domu, ale jeśli chodzi o wyłapywanie nastrojów, o rozbrajanie ludzkich serc Kudłata ma Mistrzostwo Świata i NieŚwiata. Jestem urzeczona jej stylem nawiązywania kontaktów.

Nie mam szans dorosnąć Kudłatej do pięt, ale już teraz cieszę się na samą myśl o Polityce Relacji, na którą ruszam pod koniec października... podciągnę się odrobinkę. :) Mam dziwną pewność, że za rok będę kimś innym. Kudłata ma dar, moim jest niewątpliwie nieustająca ciekawość... Jaki jest Twój największy dar?

wtorek, września 28, 2010

82. Kasztanowe zwierzę

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Choroba, prawie dziedziczna, bo i mój Tata nosi w kieszeniach czasem kasztany. Uwielbiam je zbierać, bawić się nimi trzymając rękę w kieszeni, rozkładać na stole, mieć przy sobie zimą. Przede wszystkim, uwielbiam je dotykać. Do tej pory, zwykle musiałam poczekać aż dzieciom zbrzydnie zbierania owych, ewidentnych dowodów jesieni. Wczoraj okazało się, że pojawiła się dodatkowa konkurencja.

Przed masażem ćwiczymy z Kudłatą jeżdżenie autobusem. Wszystko według tego samego schematu: wsiadanie, jechanie, wysiadanie, wychodzimy na tyle wcześnie z domu, aby w nagrodę po drodze zrobić przerwę na mały spacer po ogrodzie Krasińskich i znów wsiadanie, jechanie i wysiadanie, masaż, powrót do domu na obiad.

Wczoraj upłakałam się do łez. Kudłata zamienia się w Ogrodzie Krasińskich w inne zwierzę. Goni i turla kasztany z wdziękiem małego kotka. Cudnie jest patrzeć na jej dziewczęce dylematy, gdy jeden kasztan już w pysku jest a drugi zachłanna bestia chciałaby też zabrać ze sobą. Musiałam się wczoraj uwijać by napełnić kasztanami kieszenie, bo gdy zbyt wolno się schylałam, to psi pętak podbiegał i zabierał każdego kasztanka, którego sobie upatrzyłam. Jesienne spacery nabrały nowego smaku... rywalizujemy, która z nas dotknie większej liczby kasztanów. Choć nie jestem tak zwinna jak Heńka, to wciąż wygrywam w kategorii: kto przyniesie więcej kasztanów do domu...

poniedziałek, września 27, 2010

(114-33). Zmiana tożsamości

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

114-stka wyciągnął ze słownika definicję dziecka i umieścił ją w komentarzach do wpisu 75. Według tej definicji jestem więc Mamą wielokrotną. Mamą Kudłatej jestem jeszcze tylko przez parę chwil: fizycznie przez kilka miesięcy; psychicznie, łaskawa natura labradorów, dała mi jakieś dwa i pół roku.

Przemyślałam komentarz 114-ki i wyszło, że powinnam zweryfikować opis mojego bloga. Nie jestem jabłonią, która nie daje owoców. Jestem Jabłonią rodzącą owoce kiwi, gruszki i śliwki. Mój Tata mówi o mnie: „wybryk natury”. Tak, jestem zadowolonym z własnego życia wybrykiem natury!

Czas, aby wszystko to uwzględnić, gdy tylko zachce mi się definiować siebie od nowa...

80. Wynurzając się z zaległości

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Primo: fakty. Mam zaległości blogowe z powodu wyjazdu w inny świat, gdzie w piątek Kudłata z nieskrywaną spontanicznością skoczyła sobie z pomostu do wody, bo... była ciekawa. W sobotę zgubiła kieł stając się doroślejszą panienką. W niedzielę wieczorem, już w domu, przyniosła ciumkając własny ząb trzonowy --- jedyny, który wypadł i przeszedł przez nasze ręce. W tym innym świecie było naprawdę inaczej. Miałam jak w banku, że rano między 6.30 a 7.00 Kudłata wyprowadzi mnie do lasu na spacer. Robiła to zawsze z właściwym sobie zachwytem chwilą --- chciałabym się tego od niej nauczyć. Jest na to cień nadziei. Dziś, gdy szłyśmy przez park zastanawiałam się jak to jest możliwe, że mogłam żyć bez spacerów?

Secundo: przemyślenia. Minęło kilka dni od momentu, gdy czytałam ostatni wpis Manufaktury Radości w jej blogu, który notabene bardzo lubię. Zdziwiłam się więc, że jedno zdanie z uporem maniaka zajmowało moje szare komórki, bo... coś mi nie pasowało w zestawie słów: „Zwiększyła się, szczególnie w dużych miastach tolerancja dla bezdzietnych.”. Jedno zdanie --- niby gładkie, niby takie pozytywne, ale niosące sporo sprzecznych informacji. Żułam i żułam to zdanie filozoficznie przewracając je z lewej na prawą i z powrotem, aż odkryłam, że każdy konstrukt myślowy dotyczący tolerancji niesie w sobie informację o istniejącej w świecie nietolerancji. Dlaczego? Łatwo to pokazać na zdaniu dotyczącym jedzenia marchewki. Brzmiałoby to tak: „Zwiększyła się tolerancja dla ludzi nie jedzących marchewki.” Bez sensu, prawda? Nie ma przecież żadnych dyskusji i napięć społecznych dotyczących przykładowych pytań: „czy dobrze a może niedobrze jeść marchewkę?”, „czy jest się egoistą i wygodnickim, gdy je się marchewkę nieoskrobaną?”. Nie ma tego problemu, bo można jeść i można nie spożywać marchewki --- nie ma mądrości społecznej co człowiek powinien robić z tym warzywem, aby być „właściwym” członkiem społeczeństwa. Mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy kwestia mieć czy nie mieć dzieci będzie pozostawiona tylko i wyłącznie samym zainteresowanym, tak jak jedzenie marchewki. Jeśli bowiem mamy tylko jedno życie, to dobrze byłoby przeżyć je tak jak chcemy.

czwartek, września 23, 2010

79. Gdybym mogła zmienić coś...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

... nawet hipotetyczne myślenie o tym powoduje dziwną jonizację powietrza. Ów eksperyment myślowy powoduje poruszenie w środku, jakbym szykowała się w podróż.

Gdyby wróżka przyszła do mnie, gdy miałam sześć lat i zapytała, co chciałabym zmienić, powiedziałabym bez mrugnięcia okiem: chcę być tego samego wzrostu co inne dzieci. Na szczęście nie przyszła.

Gdyby wróżka przyszła dziś, chętnie wypiłabym z nią herbatę. Założę się, że byłaby ode mnie wyższa, w końcu wzrost to przywilej. Pośmiałybyśmy się z tego, że w wielu ubraniach obie mamy za krótkie rękawy.

Gdybym mogłam zmienić coś... nie byłabym tu gdzie jestem, z marzeniami na nadchodzący akademicki rok, z obawami, ze strachem, ale i z ciekawością, z osobami, które sprawiają, że mam ochotę żyć i rozwijać się. Mowy nie ma, nie zmieniłabym nic!

A jednak... gdybym mogła zmienić coś... zrobiłabym trzy rzeczy: (1) dużo wcześniej wyszłabym za Sadownika, (2) dużo wcześniej ucieszyłabym się z tego kim jestem, kim się staję i...(3) miałabym wcześniej Kudłatą.

Dużo wcześniej --- nigdy nikt nie podejrzewał mnie o naturę żółwia...

środa, września 22, 2010

78. Nowy, Niezbędny Składnik przepisu na mądrego psa

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy pierwotnie myślałam o kategorii miejscaPrzyjaznePsom myślałam raczej o miejscach, gdzie człowiek z przyjemnością oddaje się we władanie smaków najróżniejszych. Dziś okazało się, że kategoria ta mieści również inne miejsca mocy. W gabinecie Pana Andrzeja pracują osoby nie tylko kompetentne, ale również o kochających psy duszach i jeśli tylko pies jest ułożony to może ze swoją Panią lub Panem przyjść.

Procedura „sprawdzam” wymuszona była okolicznościami. Kudłata nie umie jeszcze zostać w domu sama na trzy godziny, Sadownik w delegacji a mój kręgosłup umówiony na regenerację. Do plecaka spakowałam suszone świńskie ucho i poszłam z dużą nadzieją, że się uda, że Heniuta uśmiechem zaczaruje i jakoś obie przeżyjemy czas masażu.

Kombinowałam tak. Pan Andrzej jako osoba niewidząca w niebywały sposób zachwyca się światem. Jest człowiekiem o ogromnej wrażliwości, nie jest więc możliwe, aby nie lubił psów. Logika mnie nie zawiodła. Gdy tylko weszłyśmy do gabinetu, Pani Małgosia w recepcji uśmiechnęła się do nas pierwsza, nawet urok kudłatego uśmiechu nie był potrzebny. Henia, grzeczniutka, zajęta świńskim uchem, spędziła cały niezbędny czas pod stołem do masażu. Pan Artur na koniec roześmiał się swoim donośnym, fajnym śmiechem i było wiadomo, że gabinet należy zaliczyć do przyjaznych miejsc na Świecie.

Wychodząc upewniłam się, że obecność Kudłatej nie będzie stwarzać nikomu kłopotu, jeśli do końca serii będę z nią przychodzić.

Wracałam do domu i pomyślałam o tym, jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim ludziom, którzy w miejscach publicznych pozwalają Kudłatej być. Dzięki temu ma Ona okazję do nauki bycia mądrym, orientującym się w zawiłościach miejskiego życia, psem. Nie udałoby się tego zrobić bez obecności dobrych, otwartych i mądrych ludzi, których spotykamy na swej drodze. W tym całym nieszczęściu mamy jednak dużo szczęścia... :)

77. Chroniczna głupota

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Chroniczne chorowanie jest trudne, ponieważ aby tylko „mieć chorobę” a nie być w stanie, w którym to „choroba ma mnie” muszę omijać zachowania ryzykowne. Lista zakazów jest bardzo klarowna, wiadomo co i jak, wiadomo dlaczego nie. Rozum nawet to ogarnia i zgadza się z każdym punktem listy wyznaczającej nowe, zdrowsze, bezpieczne życie. Nie ma więc mowy o tym, abym dźwigała coś, co jest cięższe niż 10 kg, a to co noszę powinno być rozłożone symetrycznie po obu częściach ciała. Żadnego idiotycznego podnoszenia rzeczy z ziemi na prostych nogach. Rozsądne, ale trudne, z Zosi-samosi stałam się księżniczką od „nienoszenia”, dla której ciężkie torby to tylko wspomnienie mocy, która już nigdy nie wróci. Przez dziesięć lat mogłam się już chyba do tego przyzwyczaić...

Chroniczne chorowanie jest trudne podwójnie, ponieważ gdy tylko to ja „mam chorobę”, czuję się świetnie, wszystko mogę i... zapominam --- myślę, że mam swoją starą moc. Dźwignęłam. Następnie, wręcz książkowo, zaliczyłam pierwszy punkt psychologii chorowania: zaprzeczanie. Grany był do obrzydzenia, prawie sama byłam gotowa uwierzyć, że drętwieje mi noga, bo dużo siedzę, jak tylko skończy się teoria będę czuć się lepiej, że jak poćwiczę samo rozejdzie się po kościach. Tyle, że nie przeszło...

Wczorajszy dzień był najczarniejszym z czarnych dni. Po trzech nieprzespanych nocach puściło mi wszystko w środku, czarna dziura rozpaczy rozlana, że znów to samo, że być może tym razem nie uda mi się uciec przed skalpelem, bo noga zdrętwiała do kolana dwadzieścia cztery na dobę, że nie mogę o niczym myśleć, że dostaję szewskiej pasji, że skupić się nie mogę, że jestem zmęczona zanim otworzę rano oczy i najgorsze, że... Sadownika będzie trzeba w tą tragedię wtajemniczyć, będzie się martwił i będzie beznadziejnie...

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego muszę dojść do ściany by zacząć myśleć racjonalnie. Wczoraj, gdy już żyć się nie dało, wykręciłam właściwy numer telefonu, umówiłam się, zostawiłam Kudłatą z Sadownikiem w jego pracy i poleciałam na masaż. To wszystko jednak wymagało przyznania się: jest źle. Trzeba było to powiedzieć na głos. Na szczęście było jak w szkoleniu psów: właściwe zachowanie --- smakołyk. Dziś przespałam pierwszą noc w jednym, cudnym kawałku... Rarytas!

Dziś, po kolejnym masażu, doszłam do smutnego wniosku, że chory kręgosłup to nie jedyna moja chroniczna choroba. Drugą jest głupota milczenia, choć z doświadczenia niby powinnam już dawno wiedzieć, że rozmowa zmienić może wszystko... Skąd nadzieja, że może z tej głupoty można się wyleczyć? Zaprzeczanie?

poniedziałek, września 20, 2010

76. Cuda niecodzienne

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj wieczorem zauważyłam, że Kudłatej rusza się dolny, prawy kieł. Po wieczornym spacerze, gdy miała okazję wyszaleć się z dużym, wilczuropodobnym psem o imieniu Mat stwierdziliśmy, że po kle została tylko krwawa dziura. Czekamy więc na kolejny stały ząb...

Przez przypadek po wczorajszych, ostatnich już zajęciach teoretycznych trafiłam na Nowy Świat, który w czasie weekendu niedostępny jest autobusom i samochodom z powodu różnego rodzaju kiermaszy. Był kiermasz win. Ani się na tym znam, ani nie przepadam. Gdy jednak skręciłam w Chmielną okazało się, że choć wciąż kiermasz to sceneria odmieniona i temat zupełnie inny: rękodzieło. Lubię klimat jaki wytwarzają ludzie zajmujący się tym typem działalności, jakby czas w ich obecności płynął wolniej. Uwielbiam nastrój jaki robią wytwarzane przez nich przedmioty, które bezwzględnie duszę posiadają i trochę wyglądają na utworzone z nadziei na piękno. Koło różnych stoisk przeszłam albo niewzruszona, albo zauroczona pięknem, ale obok jednego przejść już spokojnie nie mogłam i... kupiłam Sadownikowi piękny kubek:

Wzięłam wizytówkę, gdyby okazało się, że egzemplarz zdał egzamin bojowy i chcielibyśmy mieć jeszcze jeden, albo dwa takie kubki, może w innym kształcie albo kolorze. Umieszczam link tutaj z dwóch powodów: (1) aby nie zgubić --- małe karteczki nie chcą się mnie trzymać, (2) może zdarzyć się tak, że ktoś jeszcze zachwyci się ceramiką Rodziny Konopczyńskich.

Praktyczny komentarz. Ową ceramikę można kupić na allegro, ale ceny są tam potworne. Jakbym czuła pismo nosem. Zapytałam Pana, czy realizują zamówienia pocztowe i okazało się, że na małe rzeczy tak. Na szczęście też bywają w różnych terminach w różnych miastach.

Bilans dnia wczorajszego wyszedł na zero: nie ma zęba, jest kubek... mylę się, bilans był na wielki plus, bo Sadownik z Kudłatą szczęśliwie już w domu.

sobota, września 18, 2010

75. Krzywa tęsknoty

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Zapytałam wczoraj na seminarium kolegę, czy tęskni za swoim synem gdy ów wyjeżdża. Kolega udzielił mi bardzo ciekawej, wcale nieprostej czy banalnej odpowiedzi. Otóż, tęskni, potem nie tęskni, aby na ostatniej prostej tęsknić bardzo.

Gdybym nie miała Kudłatej byłabym ciężko urażona jakąkolwiek próbą traktowania podobnie zagadnień „dzieciowych” i zagadnień „psiowych”. Jednakże, praktyka obcowania z Heniutą prostowała moje tory myślenia nie raz, na przykład, gdy właścicielki dużych psów, mówiły do swoich pupili (gdy te próbowały zaznajomić się z Kudłatą po swojemu): „uważaj, bo to jeszcze małe dziecko”. W związku z tym, zapytanie kolegi jak to jest, wydawało mi się całkiem na miejscu --- przynajmniej w kategoriach poznawczych. Empirycznie sprawy miały się, mają tak.

Wczoraj za Sierściuszką tęskniłam.

Dziś rano odkryłam, że jej brak w domu ma pewne zalety. Nikomu nie przeszkadzają wiodące swój żywot na podłodze kubki, książki, gazeta, klucze. Nikt nie próbuje zaprzyjaźnić się z tymi przedmiotami. Nikt nie próbuje zgłębić fizycznie istoty tych rzeczy. Leżą dokładnie tam, gdzie je położyłam. Pomyślałam z lekkim wyrzutem sumienia, że nie tęsknię, bo mam dla siebie ranek, bo nie muszę wyrywać z psiego pyska własnych skarpetek, które jeszcze sekundę temu miały w planie wylądować na moich stopach, bo nie muszę w sprinterskim tempie zakładać spodni, bo mogę rzucić na ziemię szlafrok i poczeka on na mnie do wieczora w przyjętej pozie porzuconego. Innymi słowy, ranek był nietęskniącym za sierścią rajem.

Teraz jest już jednak wieczór i tęsknię coraz bardziej. Za Sadownikiem, za Kudłatą i jeszcze raz za Sadownikiem, Kudłatą i... Sadownikiem... abyśmy mogli wypić razem herbatę z miodem i cytryną... już za 25 godzin... ale najpierw, przed herbatką, spacer CAŁYM Stadem!

piątek, września 17, 2010

74. Nieinformatyczny zachwyt

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy nie ma Sadownika dom milknie. Nie toczą się w nim żadne filozoficzne rozmowy o wyborach do dokonania, o dylematach wielu, ważnych i czysto hipotetycznych. Mam więcej czasu na słowo pisane czy śpiewane przez innych. Wpadła mi dziś w ręce ciut zakurzona płyta.

Znów, zadziwiło mnie to, że określeni wykonawcy i ich utwory wracają do mnie cyklicznie, na przykład, w zależności od pory roku. W przypadku Rynkowskiego kluczem nie jest jednak jesień czy wiosna, lecz nadciągająca zmiana. Choć troszkę boję się zmian, to niezmiennie je uwielbiam. Zmiany zapowiadane piosenkami Rynkosia są zwykle spore (eufemizm?). Przykład: gdy pierwszy raz słuchałam Rynkowskiego byłam w przededniu poznania Sadownika.

Wiem, że nadciągający rok akademicki będzie inny niż wszystkie dotychczasowe, (1) bo plany niecodzienne, (2) bo jest Kudłata. Studenci często nie mają głowy do nazwisk. Założę się, że przestanę być wysoką panią z długimi włosami (jak to jeden student tłumaczył drugiemu), będę babeczką z czarnym psem. Z sunią niezwykłą, która całym swoim istnieniem wykrzykuje słowa piosenki Zachwyt:

Kiedy, no kiedy,
No, kiedy to miałeś?
Było, minęło,
na śmierć zapomniałeś.

Zachwyt, co ma chwyt
Tak mocny jak miłość.
Nie mów: — To było.
Powiedz: — To jest.

Może swoim pogodnym istnieniem Fidelina spowoduje, że będzie im się chciało jeszcze bardziej niż zwykle... Jednego jestem pewna — będzie w nich wierzyć jak nikt inny.

Ryszard Rynkowski, Zachwyt.

73. Jak w zegarku

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Był taki plan. Jak już Sadownik z Kudłatą pojadą to ja, do niedzieli włącznie,będę wieść rankami życie śpiącej królewny. Będę wysypiać się w jednym kawałku do całej ósmej. Brzmiało to trochę jak abstrakcja i pozostało abstrakcją. Klops! Mój organizm nie ogląda wiadomości lokalnych z życia przytuliska. Nie zanotował, że Kudłatej nie ma w domu i nie istnieje realna potrzeba, by budzić mnie o 5.15.

Zajęcia miałam dopiero na dziesiątą. Agencje informacyjne nie doniosły, że Braciak ma dzisiaj urodziny. Gdyby nie psycholodzy egzystencjalni mogłabym powiedzieć, że człowiek o tej ksywce jest w pełni odpowiedzialny za rozwinięcie we mnie nałogu picia jednej kawy tygodniowo w miejscu publicznym w zamyśle do tego przeznaczonym. Gdybym potrzebowała usprawiedliwienia dla tego co zrobiłam z rana, mogłabym powiedzieć, że poszłam świętować okrągłą (jakoś) rocznicę urodzin Braciaka. Wybieram jednak udawanie osoby odpowiedzialnej, która bierze swój los we własne ręce. Poszłam, bo chciałam.

Chciałam i sprawiłam sobie dzisiaj kawałek nieba. Pojechałam wcześniej w okolice placu Trzech Krzyży i wpadłam do Wayne’sa na kawę w moim ulubionym, jeśli chodzi o format kubku --- największym. Niestety, jeśli chodzi o lokalizację i kanapy, mojego ukochanego Wayne’sa zamknęli rok temu, czego odżałować do dziś nie mogę. Siedziałam, czytałam, myślałam i... złapałam się kilka razy na tym, że staram się nie ruszać, by nie obudzić Heni...

Może dzisiejszy dzień w pełni byłby rajski, gdyby nie to, że tęsknię za Sadownikiem, za Kudłatą. Rozmowy z Sadownikiem przez telefon to marny substytut, nie można poczuć ciepła jego ciała, nie można powąchać jego męskiej duszy, nie można szturchnąć w bok i zabawowo strzelić głupiej miny... tylko słowa ciekną przez słuchawkę --- to za mało, ckni mi się do Niego. Dodatkowo, choć mam pewność, że w środę może trafić się moment, że będę miała Heni dość, to i tak tęsknię za jej energią, uśmiechem i wiecznie pozytywnym nastawieniem do świata. Do niedzieli wieczór już tylko 51 godzin... a wtedy wspólny, wieczorny spacer całego Stada.

czwartek, września 16, 2010

0x48. Informatyczny zachwyt

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

300% humanistów przepraszam za ten wpis, ale zachwyciło mnie to informatyczne tłumaczenie jednego z najsłynniejszych cytatów. Nie mogłam się powstrzymać, by go sobie na blogu nie zachować:

2B OR NOT 2B == FF
question = 0xFF; // Hamlet zoptymalizowany

Aż mnie korci, by zapytać moich studentów, czy FF to jedyne słuszne tłumaczenie Hamletowskiego dylematu: 2B OR NOT 2B w znanych im językach programowania i dlaczego tak lub nie?

71. Słomiana wdówka i mama

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Sadownik z Kudłatą pojechali na czterodniowe grzybobranie. Trochę z powodu tego, że grzyby obrodziły w okolicach rodzinnych Sadownika. Trochę z powodu mojego seminarium teoretycznego.

Strach matki polki uważam za dotknięty i lekko przećwiczony, bo mnie dopadł. Czy Sadownik będzie pamiętał ile czego, że kropelki, że witamina C, że mięsko, że twaróg, że środek na stawy? Czy nie będzie tresował zbyt mocno z zacięciem wymagającego, lekko okrutnego ojca? Wszystko to przebiegło przez moją głowę z szybkością huraganu.

Na szczęście, pomyślałam również, cholera, to tylko pies. Jak to „tylko” --- odezwał się w głowie drugi, zniesmaczony tym stwierdzeniem, głos. Pierwszy, ten bardziej rozsądny, podpowiedział kierując się logiką, że psy, jak dzieci, muszą mieć sprzętowo określony akceptowany margines tolerancji błędów i rodzicielskich pomyłek. Przecież inaczej oba gatunki by wyginęły. Uspokoiło mnie to niczym spisana w punktach instrukcja obsługi słomianej wdowy z „wyjechanym” dzieckiem. Mogłam zacząć się cieszyć odzyskaną chwilowo wolnością.

Gdy jechałam na zajęcia odkurzyłam zapomniany już prawie NieŚwiat. Dziwne, że można jechać tramwajem, mieć obie ręce wolne, zająć jedną z nich książką i podróżować po królewsku. Bajka(!), ale gdy wracałam to wiedziałam już, że chętnie wrócę do Świata. Tak jak dawniej uśmiechałam się do każdego napotkanego sierściucha. No i jak zwykle spotkałam panią, która mnie pytała o... Kudłatą. Nie wyjedzie panienka tak, aby nikt tego nie zauważył. :)

70. Blondynka to "dwa męźcizna"

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Był czas, że bawiły mnie takie algebraiczne zagadki socjologiczne:

###
Ilu programistów potrzeba, aby zmienić żarówkę?
Ani jednego, to wina hardware'u.
###
Ilu trzeba psychoterapeutów, aby zmienić żarówkę?
Wystarczy jeden.... pod warunkiem że żarówka chce się zmienić...
###

Przyszedł jednak czas na empirię. Na dzisiejszych zajęciach kończyliśmy egzystencjalizmem. Ciężar gatunkowy zjonizowanego tą wiedzą powietrza niech odda pytanie: jaki sens ma życie, skoro i tak umrzemy? Nie wytrzymał tego pytania mój telefon. Leżał sobie na oparciu, nieproszony zrobił zdjęcie sufitu, wyświetlił je na zewnętrznym wyświetlaczu i łaskaw był umrzeć przez powieszenie się. Wszelkie próby resetowania go przy pomocy przycisków nie przyniosły żadnego skutku. Wpadłam więc na pomysł, że trzeba iść po pomoc. Wracając do domu, zaszłam do salonu Minus GSM, aby któryś ze starających się wyglądać schludnie, może nawet elegancko, panów pracujących nauczył moją blondynkowatą część osobowości jak otworzyć mój model telefonu, bo ostatecznie hardwarem nigdy nie lubiłam się zajmować. I co? I mogę napisać jak było.

###

Ilu trzeba panów w salonie telefonii komórkowej by otworzyć telefon? Trzech. Pierwszy mówi, że to stary model (telefon ma raptem 14 miesięcy). Wyśmiałabym sukinkota, ale wtedy nic bym nie załatwiła. Drugi, że ma za krótkie paznokcie i proponuje go zostawić w serwisie skoro na gwarancji. Wyśmiałabym sukinkota, przecież może być jak z Windowsami, wyłączyć z prądu, włączyć i zadziała, po co od razu serwis. Trzeci, niczym brakujący element męskiej trójcy świętej świata cyfrowego konsumpcjonizmu stanął na wysokości zadania, dał radę i otworzył. Nawet był łaskaw pokazać mi jak to zrobił, co spowodowało, że mój blondynkowaty stan umysłu w tej kwestii stał się mądrą brunetką. Tych dwóch pierwszych pozostało blondynkami...

środa, września 15, 2010

69. Moje spotkania z Freudowską myślą

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj byłam w ferworze przygotowań na rozpoczynające się dzisiaj Seminarium teoretyczne, w którym biorę udział. Lista w głowie sporządzona: miska, zabawki, ręcznik, podkłady, jedzenie. Poszłam również do sklepu zoologicznego by zaopatrzyć się w gryzaki, które zajmą Kudłatą w chwilach, gdy jej Pan Sen opuści ją by samotnie zwiedzać miasto. Kto by pomyślał, że wybór zakupionego produktu zrozumiem dopiero dziś.

W zoologicznym:

Jabłoń:
(zwraca się do pana Zoologicznika)
Proszę pana, coś niedużego, czego gryzienie zajmie psu dużo czasu.

Zoologicznik:
(z błyskiem w oku)
Mam! Wie pani, najlepszy będzie wołowy penis.
(uśmiecha się jakby z podtekstem)

Jabłoń:
Kupuję!
(nie wiedzieć czemu też uśmiecha się dwuznacznie
na samą myśl o zakupie
)

Wieczorkiem w domu Jabłoń zdaje relację Sadownikowi o poczynionych zakupach:

Jabłoń:
(pokazuje Sadownikowi wołowego ususzonego penisa)
Popatrz jaki on chudy. Teraz rozumiem, dlaczego krowy tak muczą.

Sadownik:
...

Wszystko to było tylko zapowiedzią przyszłości, bo dzisiaj na tapecie był... Freud. Co by powiedział ów zacny pan, gdybym w ramach sesyjki psychoanalizy opowiedziała mu o wczorajszych dialogach i wołowym suszonym penisie w detalach?

68. Moja pamiętliwa niepamięć do twarzy

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj okazało się po raz kolejny, że Kudłata ma na osiedlu wielu wielbicieli. Pewna pani wprawiła mnie w niemałe osłupienie. Elegancko ubrana, wracała z pracy. Nie miałam wrażenie, że znam ją choćby z widzenia a usłyszałam jak woła do Heniuty: „Wróciłaś już skarbie, chodź się przywitać!” i ta moja marna sunia leci do owej damy na złamanie karku. Upss, mam nadzieję, że następnym razem rozpoznam panią. Nie minęło kilka minut, gdy znany mi chłopiec z naszego bloku do innego (już mi nieznanego) chłopca mówi: „chodź, zobacz, to jest piękny piesek” a ów drugi odpowiada: „wiem, ona ma na imię Henia”. Popatrzyłam na Heniutę podejrzliwie: Sunieczko, kiedy to nawiązałaś te znajomości? Zapadła psia cisza. Pewnie Kudłata uważa, że się czepiam. Cóż, może taka dola rodzica...

wtorek, września 14, 2010

67. Rytm Świata

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Promienie słońca zachwycały mnie nieustannie przez cały urlop. Jeszcze bardziej zajmowała mnie zmiana własnego stanowiska w tej kwestii --- jeszcze dwa miesiące temu uciekałam przed słońcem jak najdalej klnąc, że jeszcze jeden taki dzień i nie ruszę ani ręką ani nogą, a tu, proszę, każdego mojego nadmorskiego ranka skrupulatnie poprawiałam sobie położenie leżaka, by poranne przyjemności na tarasie były słońcem skąpane. Ach, a potem, to wygrzewanie kosteczek na plaży, na kocyku za parawanem --- chwile, gdy bezgranicznie rozumiałam wszystkie koty świata. Ba, byłam jednym z nich!

Przyglądanie się magii tej zmiany przyciągało mnie każdego ranka jak magnes. Pory roku, niezmiennie przychodzące po sobie. Żadne drzewo nie protestuje, że po wiośnie i lecie przychodzi czas na jesień i zimę. Gdzie się nie obejrzałam myślami, wszędzie widziałam koło, bo po niedzieli zawsze jest poniedziałek, po grudniu styczeń, a po wschodzie słońca, słonecznym marszu po sklepieniu niebieskim, zachód stanie się faktem. Nawet historia kanciastym kołem stara się toczyć, nie wspominając o fortunach.

Z tego całego szukania podobieństw przyszło mi do głowy pytanie: jak to jest z relacjami, tymi ludzko-ludzkimi? Czy też wielokrotnie przechodzimy przez pory roku? Od wiosny, która szaleństwem zachwytu wzrasta, że właśnie na mojej drodze pojawił się ów człowiek; przez lato, które jakoś dziwnie szybko mija; aż po zimę, gdy w grubych kurteczkach szytych z pretensji, owinięci szalikiem żalu, w czapce z niespełnionych oczekiwań siedzimy jeszcze obok siebie, ale tak jakby jednego z nas już tam nie było?

Nie, pory roku nie sprawdzają się w przypadku relacji, chyba że każdą z nich potraktować jak terofit --- roślinę jednoroczną --- niektóre pory roku a każda z nich tylko raz.

Sadownik i ja --- relacja bez dwóch zdań. Pory roku? Może, ale lekko naciągane, chyba żeby przyjąć globalne ocieplenie za pewnik. Ale jaką porę roku wówczas mamy aktualnie na tapecie? Czy zacząć się już bać, że owa pora niechybnie przejdzie w kolejną i na horyzoncie zamajaczy zima? Nie. Bliżej naszej relacji do pływów morskich. Przypływ, odpływ, przypływ, odpływ... rytm naszego małego, wspólnego Świata.

Wyjść z przytuliska, by do niego wrócić. Wyjechać w pojedynkę by wrócić do Stada. Zamknąć czasem drzwi i pobyć tylko ze sobą, by je otworzyć i dołączyć do drugiej pary stóp i dłoni, psich łap, które zawsze niosą uśmiech. Rytm życia... magia, która wciąż mnie zachwyca.

poniedziałek, września 13, 2010

66. Wieczna, cudna zmiana

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata działa jak katalizator. Nasionka ochoty na sierściucha znajduje w ludziach tak perfekcyjnie jak szkolona świnia trufle. Ciocia Atena kocurkę ma (wpis 62.) i można było to traktować jako przypadek. Historia jednak lubi się powtarzać. Ledwo co się Kudłata pojawi w niecodziennym dla niej miejscu i ciach, zmiana. Zaszamani tym swoim ogonem, dwa razy oczami przewróci i gotowe. Czasem jednak Sadownik robi za pomocnika. Było to tak...

W sobotę, historycznie czwartego września, prawie ledwo co jak Stado u Rodziców Jabłoni zagościło na jeden dnio-noc, zachciało się Sadownikowi potraktować Kudłatą jak królika doświadczalnego. Gdyby zapytać Rodziców Jabłoni to mieli owego dnia na stanie trzy psy, z czego dwa wilki na podwórku. Wilczyca nie sprawiała wrażenia przyjaznej obcym psom a i historię osobistą ma lekko krwią na własnych zębach zbroczoną.

Sadownik-twardziel, Kudłata jako królik na smyczy, Jabłoń i reszta domowników jako posiadacze niezbyt mocnych nerwów obsadzeni w roli widzów bez tabliczki z napisem „aplauz”. Wszyscy Dwunożni boją się jak diabli, ale żaden nie ma zamiaru swego strachu ujawniać i opisywać. Sadownik zadecydował. Wpuszczamy na taras Wilczycę. Wpuścili, dusze na ramionach powiewały nerwowo, ale nikt nie protestował, suki się węchem dogadały, ustaliły hierarchię kilkoma ruchami ciał, warknięciem i zaczęły się bawić. Gdy to wszystko stawało się faktem Sadownik-sekundant poluzowywał smycz Heniuty, aż w końcu stała się zbędna. Na tyle nerwów wszystkim starczyło. Można było się lekko policytować kto ile strachu w dłoniach ściskał.

Eksperyment uważano za zamknięty. Tyle, że Mamę Jabłoni korciło. Przynajmniej wiadomo po kim Jabłoń tę okropną przypadłość posiada. Mama zapytała Jabłoń, gdy już nikogo poza nimi dwoma i psicami na tarasie nie było: „a może wypuścimy je do sadu?” Jabłoni nie trzeba było trzy razy powtarzać. Nagroda była ogromna: koła zataczane przez goniące się psy, zabawa jakiej ów sad dawno już nie widział. W końcu Dwunożne Stada mogły zacząć na wsi wypoczywać, bo nie trzeba było już ani wiązać Wilków, ani pilnować Kudłatej, by w przypływie otwartości nie poszła odwiedzić uwiązanych psów. Mogłoby się wydawać, że to już był koniec przygody a to tylko pierwsze zakończenie.

Finał bowiem królikowania Kudłatej był taki, że w niedzielę rano, po śniadaniu, Rodzice Jabłoni mieli znów, tak jak dawniej, cztery psy. Dwa na podwórzu, dwa w domu. Pojawiła się śliczna, malutka, drobniutka psiczka, która na swoje imię musiała troszkę poczekać. To był dzień, w którym okazało się po raz pierwszy, że Henia już nie jest mała, jest duża, masywna i ma wielkie łapy.

Dziś, po raz drugi przekonałyśmy się, że coś się dzieje dziwnego z rozmiarami na tym świecie. Właśnie wróciłyśmy ze spaceru. Spotkałyśmy Rino ze swoją panią. Jedenastoletni, czarny labrador, wydawał się ogromny, gdy go pierwszy raz spotkałyśmy z Kudłatą. To bardzo dziwne, ale dziś Rino wcale nie był już taki wielki. Byłyśmy z Kudłatą w parku, którego nie widziała od prawie dziesięciu dni. Henia morzem, przestrzenią zepsuta wyglądała na zdziwioną jakby chciała powiedzieć: „przed wyjazdem ten park był dużo większy”.

65. Więcej kiczu

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wrzesień — jak dla mnie jeden z najpiękniejszych miesięcy nad polskim Bałtykiem. Wejściówki do nadmorskich miejscowości rozdane według klucza, który widać gołym okiem: emeryci, pary z malutkimi dziećmi, pary z i bez psów obejmujące się podczas spacerowania brzegiem morza. Uderzyła mnie w tych wybrańcach umiejętność nieśpiesznego cieszenia się chwilą, kształtem fali, kamykiem, wzorem w jaki wiatr układa piasek.

Każdego ranka na tarasie piłam inkę i podziwiałam to, na co zwykle nie zwracam uwagi: chmury. Całkiem od niechcenia pociągnięte delikatnie akwarelą na wysokim niebie, nieruchome, jakby tam u góry w ogóle nie wiało. Dla kontrastu, nisko, olejem rozpaciane twory, przypominające fakturą watę cukrową, gnały z powagą sterowców. I do tego jak wisienka na torcie promienie słońca. Tak inne od tych nachalnych z lipca i sierpnia. Oczekiwane, witane z radością, absorbowane ciałem, duszą, sercem.

Nic, tylko piękno zaklęte w czasoprzestrzeń. I ta myśl, że jestem farciarą, bo cisza, spokój, kawusia, poranna lektura, niebo i para szczęściarzy na tarasie z psem zajętym swoimi sprawami w trawie. Ciekawe, dlaczego takie cuda, gdy tylko opisywane, opowiadane a nie przeżyte to tylko okropnie kiczowaty obrazek, beznadziejnie niemedialna nuda?

Dziś to już tylko wspomnienie. Gdy do niego wracam zapamiętanymi wrażeniami, zapachami, odczuciami, tym jak czuje się moje ciało, życzę nie tylko Stadu więcej takiego kiczu, we wszelkich niewyobrażalnych formach.

piątek, września 03, 2010

64. Zanim ruszymy pełną parą

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nasze mieszkanie ma nas dość i chce mieć wakacje, by troszkę od nas odpocząć. By pooddychać ciszą, usłyszeć własne myśli, zdążyć zatęsknić za nami prawdziwie i mocno. Ma w planie leżeć odłogiem tak długo, aż zacznie nocą jęczeć tęsknie za światłem małej lampki, dotykiem gołych stóp i psich łapek. Może nawet zacznie tak usychać z tęsknoty, że będzie marzyć, by Kudłata nasiusiała na parkiet.

Jutro jedziemy na urlop, trzeci prawdziwy urlop w życiu, bez brania roboty ze sobą. Tylko Stado, plaża, morze i... gofry z bitą śmietaną i borówkami. Do kompletu jedzie z nami ciekawość jak Heniuta zareaguje na bezmiar piasku, wody... i czy przy tym psie da się posiedzieć w leżaczku i poczytać...

Czytam właśnie Terzaniego, a w nim akapit, który przypomniał mi o czasach, gdy jako dziecko pozostawałam w niemym zadziwieniu, że chodząc do koleżanki zanieść jej lekcje poznałam dom, w którym cukierki czekoladowe są, stoją w miseczce na stoliku i nie znikają. To było dla mnie wtedy kompletnie niezrozumiałe, jakby grawitacja na moich oczach przestała działać.

Tiziano: (...) Ja dorastałem właśnie w takim małym światku. Florencja była dla mnie odległym miastem. Jak Ci opowiadałem, jeździliśmy tam raz na jakiś czas w niedziele z rodzicami.
     Folco: Na lody.
     Tiziano: Nie. Jeździłem oglądać bogaczy, którzy jedli lody. To za­pa­mię­ta­łem na całe życie.

Tiziano Terzani, Koniec jest moim początkiem,
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Czytam i na dłużej zostaje ze mną świadomość, że jesteśmy bogaczami. Spędzimy razem cały tydzień i będziemy chodzić na gofry… jeśli o mnie chodzi — codziennie!

czwartek, września 02, 2010

63. Prawie kulinarnie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Jabłoń:
Dzwonię dopiero teraz, bo nie słyszałam, że dzwonisz.
Zamknęłam telefon w lodówce.

Sadownik:
Gdzie???

Jabłoń:
Po spacerze wkładałam do lodówki saszetkę ze smakołykami
i zapomniałam wyjąć z saszetkowej kieszonki telefon.

Sadownik:
(śmiech nie do podrobienia, nie do opisania,
ale prawdziwie mocny jak mało co, w końcu pozwala mówić
)
Oddzwonię.

Sadownik:
(oddzwania)
Chciałem zapytać co u was, ale widzę ze mrozisz relacje.

62. Mieszkanie Cioci Ateny

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata ma jedną Ciocię. Taką Ciocię co zawsze pyta, pamięta i lubi Henię widzieć. Ciocia Atena --- delikatna, ciepła i zawsze widząca tylko dobrą stronę rzeczy, które dzieją się nie tak jak człowiek zaplanował.

Jakiś czas temu Ciocia Atena zaprosiła całe Stado do siebie. Może nie byłoby powodu wspominać o tej wizycie, ale jak okazało się przed tygodniem, dla Mieszkanka Cioci Ateny była to znamienna wizyta, bo mogło Ono własnymi ścianami zobaczyć i poczuć Sierściucha.

Ani Ciocia Atena, ani Sadownik, ani nawet Jabłoń nie domyślali się, że od tego dnia przytulne Mieszkanko Cioci Ateny miało już tylko jedno marzenie: żyć z własnym sierściuchem.

No i stało się, wczoraj byliśmy całym Stadem w szczęśliwym Mieszkanku, które od tygodnia dzieliło już swoje życie nie tylko z Ciocią Ateną, ale również z przepiękną, malutką, trzykolorową kociczką. Maleństwo nie waży nawet pół kilo i Kudłata przy niej wygląda jak wielki potwór, którego zaproszenie do zabawy przypomina Maleństwu raczej taniec śmierci.

Mieszkanko Cioci Ateny, teraz milion razy szczęśliwsze. To magiczne miejsce, gdzie zawsze łapie mnie sensu odrobinka: by nie śpieszyć się, by pożyć, by po prostu być i cieszyć się ludźmi, z którymi siadam do stołu...

środa, września 01, 2010

(57+4). Foto-suplement Ginesi

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Szczęśliwa zadziwieniem, bo tylu psów w jednym miejscu to nawet Jabłoń nie widziała:


Gonię, gonię do tamtego kolegi i koleżanki, i kolegi, i koleżanki!


Ach! Trudno uwierzyć, że Kudłata też będzie kiedyś duża i będzie miała taką dużą głowę:


Mała jestem, ale zęby do dwójek u góry już stałe i mogę być partnerem w zabawie (a lewej, górnej trójki wciąż brak):


Po szaleństwach na trawie, przed spacerem, Kudłata ma dość, ale niezmiennie uwielbia dzieci:


Kudłata po całej trasie spaceru przy wodopoju, już wie, że jest Ginesią:


*