Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tochman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tochman. Pokaż wszystkie posty

piątek, maja 22, 2026

6122. Z oazy (CDLI)

Liczby. To czterysta pięćdziesiąta pierwsza książka przeczytana przeze mnie podczas tej wojny. Gdy przy każdej kolejnej zwiększam o jeden liczbę w tytule wpisu, nie­zmien­nie czuję się zakłopotana… Tam giną ludzie, zwierzęta, a ja mam przywilej czy­tania setek książek w ciszy i spokoju. Niby jak można było na to zasłużyć. Można było?

Policzyłam. To trzecia książka Autora, którą przeczytałam podczas tej wojny (tylko jedna z nich musiała czekać na lepszy czas). Czekałam na tę książkę od dwóch mie­się­cy z hakiem. Półtora tygodnia temu ją kupiłam i zaczęłam odliczać dni do dnia premiery. W tę środę rzuciłam wszystko, co czytałam, i już przed śnia­da­niem mia­łam ibuka na czyt­niku. W czwartek rano skończyłam ostatnie czterdzieści stron. Ta książka zde­cy­do­wa­nie należy do moich książek 2026 roku.

Tochman to nie tylko reporter i pisarz, Tochman to również gwarancja literackiej jakości.

Gdybyś miał_ przeczytać w tym roku tylko jedną książkę, niech to będzie ta. Niech Cię dotknie, poruszy, wstrząśnie, zmieni. Niech kłaczek, piórko lub choćby niejasne, ale znaczące wrażenie zalegną na dnie Twojego serca.

Każda osoba, każde zwierzę w tej książce robi wielką różnicę światu, choć świat nie­specjalnie jest tego świadom. Niech każda łza, która popłynie podczas czytania tej książki też zrobi różnicę, która pozwoli nam robić razem dobre rzeczy.

[…]  po raz pierwszy, mam poczucie, że książka, w której po­sta­wi­łem ostatnią kropkę, wcale się nie kończy. Wojna w Ukrainie trwa codziennie, więc i ta opowieść dalej codziennie się toczy.

Nie zamierzałem pisać książki o tej wojnie. Uważałem i nadal uwa­żam, że Ukraina ma znakomite pisarki i wspaniałych pisarzy.

Sądziłem więc, że moje pisanie, autora z zewnątrz, nie będzie po­trzeb­ne. A może wykręcałem się od tej pracy, bo nie chciałem już więcej opowiadać o zabijaniu?

I zastanawiałem się, czy jako reporter mam prawo, skoro ludzie powierzają mi swoje wojenne historie, zatrzymać je tylko dla sie­bie. Czy pisząc o dzisiejszym świecie, można nie pisać o za­bi­ja­niu, skoro ono wciąż się dzieje i dzieje? Czy mogę o zabijaniu milczeć?

Wydawnictwo Czowen publikuje tę książkę, oczywiście w prze­kła­dzie Andrija Bondara, równocześnie z wydaniem polskim.

Martwię się o wszystkich, o których tutaj opowiedziałem. Myślę o nich z wdzięcznością i podziwem. Codziennie, kiedy się budzę, sprawdzam, czy nic złego się u nich nie stało. Myślę o wszystkich, którzy są po tamtej stronie granicy. Kilkakrotnie w ciągu dnia sły­szę w telefonicznej aplikacji, gdzie w Ukrainie wyją sy­re­ny, i pa­trzę, co tym razem leci po niebie. Codziennie o dziewiątej rano aplikacja na chwi­lę mnie zatrzymuje, bym z całą Ukrainą pomyślał o zabitych. Ukrainkom i Ukraińcom życzę sprawie­dli­we­go pokoju. Także spokojnych snów bez trwogi o tych, których najbardziej kochacie. Życzę Wam sprawnych, rzetelnych try­bu­na­łów, które sprawiedliwie osądzą wszystkich winnych. Oby zwy­cię­stwo przyszło jak najszybciej.

Uznałem jednak, że potrzebuję tej książki teraz, by nadal, z pomocą wrażliwych i hojnych ludzi, wspierać ocalanie psich i kocich ofiar wojny. Niech ta opowieść będzie podziękowaniem dla wszystkich, którzy już do nas dołączyli. I niech będzie zachętą dla tych, którzy zrobią to w przyszłości. Każde wsparcie jest wielkie i dra­ma­tycz­nie potrzebne. Wszystkie aktualne szczegóły można znaleźć na moich socialach. Razem robimy piękne rzeczy. Zapraszam.

🖇 🖇

No jak! Nikt tu w wojnę nie wierzył.

🖇

Nie zrobiła [Ołeksandra Wiktoriwna Mezinowa] zapasów, no nie zrobiła, na myśl jej nie przyszło, że wojna wybuchnie. W telewizji ją zapowiadali, że za­raz, ale ludzie, przynajmniej w tej sprawie, telewizji nie wierzyli. Jechała na zakupy. Już do niej dotarło, że być może ostatnie w wolnej Ukrainie. Bo nad ranem, gdzieś od Czarnobyla, usłyszeli łomot artylerii. Jeszcze nie wie­dzie­li, że to artyleria, ale teraz już wiedzą. Potrafią rozróżniać, czym ruscy zabijają ludzi.

🖇

Kacapy, ruscy, moskale, orki, raszyści, wańki, waciaki, łapcie, bagna, świ­nio­psy, zombi, robaki, sepsa, ruśnia jebana – ten słownik wyrazów bli­sko­znacz­nych z każdym dniem wojny będzie coraz bogatszy.

🖇

Szedł [Andrij Zacharczenko] prosto do klatki Małysza. To wielki owczarek kaukaski po złych doświadczeniach z ludźmi. I po udarze, którego dostał w czasie zabiegu kastracji. Kiepsko z nim było, ale dzięki wysiłkom Andrija zaczął znowu chodzić. Po klatce, bo nikt go nie wyprowadzał na spacer. Poza Andrijem, który starał się tu wpadać tak często, jak mógł. […]  Psy są mądre, mówi, potrzebują rozmowy z człowiekiem. A nie odsiadki w po­je­dyn­czych celach. Schronisko to dla psa więzienie, przekleństwo. Małysz pierwszy w tym schronisku zginie, pomyślał, kiedy od kolegi dostał wia­do­mość o woj­nie. Wszedł do klatki, zapiął Małysza na smycz, za­pro­wa­dził do samochodu. Stary maleńki Daewoo Matiz pomieścił kaukaza. Ruszyli do domu.

🖇

Każde życie ma znaczenie.

🖇

Kacapy! Wiktoriwno! Kacapy są u nas!
     Kiedy obcy ludzie wchodzą do schroniska, psy podnoszą alarm od razu. Najpierw te, które mieszkają w klatkach, nazywanych tutaj wolierami, naj­bli­żej bramy. Po dziesięciu sekundach jazgoczą już wszystkie. […]  Żaden pies nie zaszczekał, kiedy ruscy podjechali z impetem.

🖇

[Ołeksandra Wiktoriwna Mezinowa] A godność i sumienie to nie są puste słowa. Mamy dwie ewentualności: albo nas zabiją, albo nas nie zabiją.
     Idziemy!

🖇

[Łarysa Mykołajiwna] Ci nasi Rosjanie tacy źli nie byli. Zdarzało się, że któ­ryś przyniósł kurę dla psów. Widać i wśród kacapów bywają ludzie, którzy kochają zwierzęta. Pies węch ma dobry, jedną kurę w kilkuset litrach rosołu poczuje. I ze smakiem doceni. I warzywa w zupie pływały, pszenica. Ale trze­ba to uczciwie powiedzieć – nasze zwierzęta wychudły. Co zjadły, to z nich zaraz wyszło. Oj, schudły biedactwa. A wracając do ruskich, no nie by­li źli, no tak, ustawili nas w szeregu, strzelali nam po butach, to znaczy po naszych telefonach, ale to nic. Tylko bliżej wieczora strach było iść przez blockpost, bo już narąbani ledwo stali, ale to nic. Nie zabijali, trzeba to do­ce­nić, nie gwałcili.

🖇

Obie [Łarysa i  Wiktoriwna] wstawały przed świtem. Zero wody, ogrze­wa­nia, prądu. Pierwsze spojrzenie nie na zegarek, ale na termometr. Bały się mrozu. Niedożywione psy mrozu nie przeżyją. One? Jadły cokolwiek. Po jabłku i kiedy słońce wstawało, ruszały w stronę schroniska. Piechotą, a jak? Każdą kroplę paliwa przeliczały na psie i kocie życie.

🖇

Na blockpostach nieopodal Syriusza Wiktoriwna głosiła wykłady. Tym ruskim, których już dobrze znała. Nazywała je wychowaniem politycznym: Krym nie jest i nie będzie rosyjski. Ani nasza Fedoriwka. Z czego przy­szli­ście nas wyzwolić? Jestem u siebie, a wy każecie mi codziennie po­ka­zy­wać kieszenie? Wmówili wam, że nasze dziewczyny będą was witać kwia­ta­mi? Że będą się wam rzucały na szyję? A za co one miałyby wam dziękować? Że ich łaskawie nie rozstrzelacie, jak będą posłuszne?
     Takie pytania zadaje się tylko prosto w oczy. Łarysa Mykołajiwna aż się łapała za głowę, kiedy po powrocie z polowania Wiktoriwna ze śmiechem opowiadała o swoich wykładach. Ty się śmiejesz? Ty się prosisz o śmierć! […]  Pytała jednego z drugim, jak mają na imię. Misza? Ładnie. A powiedz mi, Misza, czy ty masz jakieś zwierzątko? Pieska? A jak ma piesek na imię? A z kim go zostawiłeś? Z mamą? Tęsknisz, Misza, za mamą? Mama na pew­no się o ciebie martwi. Mama na pewno dobrze się opiekuje two­im pie­skiem. Misza, piesek na pewno ma co jeść i śpi na kanapie. A ja mam tu ponad trzy tysiące piesków, chorych, potrąconych przez wasze samochody, ogłuszonych przez wasze czołgi. Prawda, że biedactwa? A teraz przez to wszystko jeszcze są głodne, kura by się nam jakaś dla nich przydała.
     Tylko z wagnerowcami nie było żadnej rozmowy. I oni się tu kręcili. Bez emocji, na prochach, odcięci. Patrzyli przez człowieka na wskroś, jakby człowiek był z pleksi.

🖇

Nyctalus noctula — borowiec wielki.
     Pipistrellus kuhlii — karlik średni.
     Eptesicus serotinus — mroczek późny.
     Vespertilio murinus — mroczak posrebrzany.
     Te cztery mieszkają w mieście. Ale większość z dwudziestu ośmiu ga­tun­ków żyjących w Ukrainie unika miasta. Nasze domy to jaskinie. Także na­sze bloki. Uchylone okna to szczeliny w skale. Zapraszają do środka. Lu­dzie tak je zostawili, kiedy uciekali przed wojną. Myśleli: zaraz wrócimy, niech się wietrzy. Albo: niech zostaną otwarte, bo kiedy coś huknie niedaleko, po­dmuch nie wywali szyb. Inni na odwrót: wszystko szczelnie pozamykali. Potem coś niedaleko wybuchło i szyby wyleciały. Często niecałe. Powstały tysiące nowych szczelin. Nietoperz taką nieszczelność z łatwością namierza, wlatuje do mieszkania, by nigdy go nie opuścić. Bo z wewnątrz szczelina dla nietoperza nie jest już oczywista. Uwięziony nie potrafi wylecieć przez okno, by żyć dalej. Próbuje, łamie skrzydła. Próbuje się wdrapać po ramie okna, ale to gładki, śliski plastik. Zaczyna wołać. Nie ostrzega tym in­nych nie­to­pe­rzy. On chce pomocy. Solidarne, wrażliwe i empatyczne, za­miast uciekać, zlatują się do środka. Wpadają w pułapkę. Setki, tysiące nawet. […] 
     Choć nikt do nietoperzy nie strzela, są ofiarami wojny. A jeszcze trzeba dodać, że nie wiemy, przynajmniej na razie, jak na nietoperze wpływają metale ciężkie. Gleba jest skażona przez wojnę. Rośliny są pokarmem owa­dów. Owady piją skażoną wodę. Są pokarmem nie­to­pe­rzy. Na nietoperze polują sowy. I tak dalej.

🖇

I tam po latach rano zadzwonił telefon, przyjaciółka, uciekajcie, bo wojna. Jaka wojna? Przecież trzy dni temu piliśmy kawę i ustaliliśmy, że żadnej wojny nie będzie. Wyszłam przed drzwi, usłyszałam wybuchy.

🖇

[…]  bezdomne psy. Po ukraińsku: bezprzytulne.

🖇

Wojna? Nikt nie wierzył, że idzie. Ale każdy wiedział, że jeśli przyjdzie, to tędy. To droga z granicy na Kijów.

🖇

Z ludźmi niewiele chcę mieć dziś wspólnego, mówi dawna wolontariuszka Iryna Isajewa, ludzie nie są zwierząt warci. Dla zwierząt i ludzi powinny być osobne planety. […]  Ludzie myślą, że my jesteśmy wrażliwi, więc słabi. Nieprawda. Miłość do zwierząt daje nam siłę.

🖇

Od wielu lat mówiło się o wojnie. Nikt nie brał wojny na serio. Teraz już wiem, że powinnam była liczyć tylko na siebie.

🖇

Na pytanie, dlaczego z narażeniem życia ratują zwierzęta, Ihor odpowiada bez namysłu: bo rodzą się, by być przyjaciółmi człowieka. Z czło­wie­kiem tworzą więzi. Za człowiekiem tęsknią. Gdy są w potrzebie, człowiek musi im pomóc. Człowiek popełnia błąd, kiedy porzuca przyjaciela. Czło­wiek ma wyrzuty sumienia albo ich nie ma. Ratujemy ludzkie sumienia. Systemowo ratujemy człowieczeństwo.

🖇

[ARK, Animal Rescue Kharkiv]
     Bilans pierwszego roku wojny (2022): 6993 ocalone zwierzęta.
     Bilans drugiego roku wojny (2023): 6165.
     Bilans trzeciego roku wojny (2024): 8364.
     Bilans czwartego roku wojny (2025): 6279.

🖇

Pędzimy i rozmawiamy o dronach. Na początku dużej wojny służyły tylko do lotów zwiadowczych. Później podczepiano im małe ładunki wybuchowe. Małe, ale wystarczające, by uszkodzić dom, zniszczyć samochód i zabić lu­dzi. Kamikadze z krótkim zasięgiem: gdzieś, tuż za linią zero, siedzi ope­ra­tor. Wypatruje celu jak snajper. I uderza. Są też kamikadze z długim za­się­giem: ślepe ptaszysko zaprogramowane na cel. Takie potrafią uderzyć da­le­ko, w Kijów, w Odessę i Lwów. Do dronów kierowanych falą radiową do­łą­czy­ły potem drony na kabelku. Jak latawce. Drut cienki jak żyłka — świa­tło­wód — podczas lotu rozwija się ze szpulki. Najpierw miał dwa ki­lo­metry, teraz już kilkadziesiąt. I takim dronem kieruje operator. Dostrzega cel i za­bija.

🖇

Parkujemy zawsze pod drzewami, jeśli jakieś drzewa są. Samochód opu­szcza­my zawsze natychmiast. Następne psy, następne koty. Wszystkie dzi­siaj posłuszne, gotowe do drogi. Wszystkie chcą być ocalone. Każdy zostaje sfotografowany, opisany. Znowu dron albo z tych nerwów tylko nam się wydaje, że znowu coś bzyczy. Kucamy pod drzewem. Zabzyczał, odleciał.

🖇

Kurwa! Potrzebujemy chirurga, bo ten pies zaraz umrze! Lala [Tarapakina] przeklina. Lala wymaga. Lala krzyczy. Zadajemy Lali pytania, ale często nie możemy ich skończyć. Bo Lala z góry wie, czego chcemy się od niej do­wie­dzieć. Odpowiada na pytania, które wcale nie padły. Bywa tak na­krę­co­na, że czasem trudno się z nią porozumieć. Może to i dobrze. Mania, wobec wojennej depresji, wydaje się zbawieniem.
     Ewakuujemy!

🖇

Co z kotami? Zostawią. To nie jest rozwiązanie, tłumaczyliśmy, weźmiemy je do Charkowa. Chcecie się po nie zgłosić, kiedy dojedziecie na nowe miej­sce? Czy mamy dla nich poszukać innej rodziny? I po co płakać? Wszyst­ko będzie dobrze, tylko nie trzeba zwlekać z wyjazdem.

🖇

Psi jazgot, gdyby trwał chwilę dłużej, obudziłby niejednego trupa. I psiego, i ludzkiego. A podejrzewamy, że za niejednymi drzwiami wiecznie od­po­czy­wa­ją tu ludzie, pewnie ci najstarsi, owdowiali, bez rodzin. Albo z rodzinami, które o nich zapomniały. Sieroty w podeszłym wieku. Nie mia­ły gdzie je­chać albo jak jechać. Nikt na tych ludzi nigdzie nie czekał.

🖇

Kupiańsk dbał o niczyje psy. Nie było ich wiele. Program Wiktorii [Kru­czy­ny] działał. Niektóre nocowały w przedsionku supermarketu, inne miały ciepłe budy na bazarze, jeszcze innym pozwalano mieszkać na klatkach schodowych. Tam, gdzie nie było psów, były koty. Aż przyszedł luty 2022 roku. Okupacja. Ludzie uciekali z miasta, ich psy z kocyków, foteli i kanap trafiły na ulice. Jeśli miały szczęście, bo były i takie, które pozostały w zamk­nię­tych mieszkaniach. Marły z głodu. I ze strachu, bo za oknem dudniło jeszcze mocniej niż dzisiaj.
     Byli i tacy, którzy zabierali swoje zwierzęta w drogę. Byli, oczywiście.

🖇

Zdarzały się i koty. Rosyjscy żołnierze pomagali je łapać. Nie wszyscy byli źli. Bywali i tacy, którzy na blockpostach dokarmiali zwierzęta. Nasze psy chodziły za nimi, mówi Wiktoria, ruscy zawsze z automatami i z psami. Tak jak teraz nasi, zawsze z psami. Pies lgnie do człowieka, tak jak my lgniemy do Ukrainy.
     Nasi przegonili stąd ruskich we wrześniu.

🖇

Wojna — dla wielu psów ratunek z niewoli. Z przemocy. Z zaniedbania. Z choroby, której dzięki szczepieniom można by uniknąć. Blizny od od­łam­ków, mówią wojenni ratownicy zwierząt, nie zostawiają w psiej psy­chi­ce śladów tak wielkich jak bicie i głód na łańcuchu. Ale to zdrada zostawia najgłębszą ranę. Do końca. Opuszczasz psa na wojnie – każesz mu patrzeć śmierci w oczy. Pies jej spojrzenia nie zapomni.

🖇

W Poratunku wpadli na pomysł, by w podziemnej leczni­cy po­sta­wić drzew­ko życia, opowiada Rusłan Horbal, pierwszy ratownik ARK. Sztuczne drzewko, ale jakie żywe! Wieszają na nim wycinanki: jedno ura­to­wa­ne psie życie – jeden pies wycięty z papieru. Jedno kocie — jeden kształt kota. Są ptaki i jeże. Sto zwierząt, tysiąc, dwa tysiące, cztery i tak dalej. Drzewo przypomina, mówi Rusłan, jak wiele stworzeń udało się nam ocalić. Drzewo memento. Bo pokazuje i to, że nie możemy przestać tam jeździć. Do strefy śmierci.
     Każde życie jest ważne — to filozofia Poratunku. Psy i koty czują strach, ból, tęsknotę i zdradę. Ludzie wiedzą o nas, mówi Rusłan, oglądają w sieci nasze filmy. Rozumieją, że ratowanie zwierząt jest jak ra­to­wa­nie ludzi. Trzeba ratować.

🖇

Nie ma w nim nienawiści do nikogo. Człowiek porzucił psa, Rusłan psu po­mo­że. A człowiek niech sobie sam radzi z faktem, że porzucił psa. Rusłan ni­ko­go nie ocenia. Poza tymi, którzy tu przyszli, by zabijać. Jedyne wyjście to zabijać ich. Eliminować zło. […]  to ludzie, którzy nie rozumieją, czym jest dobro i czym jest zło. Niewolnicy swoich przekonań.

🖇

Skoro ratuję kogoś słabszego, Rusłan stwierdza z przekonaniem, to mnie w trakcie ewakuacji chroni ktoś mocniejszy. I na dowód swojej tezy przywołuje kilka sytuacji, z których nie było wyjścia: drony, rakiety, wszystko naraz, koniec życia murowany. A Rusłan ocalał. Rusłan zawsze wraca.

🖇

Myrosław [Łajuk] jeździ po wojennej Ukrainie i zapisuje stratę w chwili, kiedy strata się dzieje. Zamraża moment opuszczenia, rozstania, końca. Nie pyta o stratę po jakimś czasie. Uważa, że czas stratę filtruje, zmienia. […]  O tym, co się stało, ludzie z każdym dniem pamiętają inaczej. […]  jego interesuje, co dzieje się w ludzkich uczuciach teraz. Na przykład: jakiś czas temu zamroził dobry humor żołnierzy ze świeżymi kikutami. Chłopcy spod Awdijiwki na szpitalnych łóżkach mieli znakomite nastroje. Pytał ich, dla­cze­go. Bo nie jesteśmy tam, wyjaśniali, tylko tutaj. Ocalali. Pytał o stratę, a oni nie o amputowanych nogach mówili, nie o uciętych rękach, tylko o cza­sie. Stracili czas, który mogliby spędzić z rodziną. I stracili kolegę na froncie. Jaka będzie ich odpowiedź za pięć lat? Jak ich stratę przefiltruje czas? Wciąż będą mieli dobre humory? Kochające rodziny? Opiekę pań­stwa? Państwo będzie istniało?

🖇

Anna [Kurkurina] spokojnym głosem zwierza się przed kamerą: świa­do­mość, że nie jesteś taka jak wszyscy, przychodzi z czasem. Ludzie mówili mi, Ania, ty widzisz? Ty się w faceta zmieniasz. A ja taka się urodziłam. Jestem kobietą. Jestem lesbijką. Pojawiłam się na świecie w jakimś celu.
     W zatopionym Chersoniu ściągała z dachów psy. I koty — z wierz­choł­ków drzew, które sterczały tuż nad mętną taflą. Wspinała się, kaleczyła, przeskakiwała, mokła. Ruscy strzelali i do ratowników, i do ocaleńców. […] 
Ruscy wszystko zniszczą, Anna mówi po rosyjsku, inaczej nie potrafi. Jak można strzelać do zwierząt? Krowy też są nazistami? Świnie też chcą do NATO?

🖇

[Swieta Szamraj] Ania? Imponuje mi siłą. Pokazuje, jak przetrwać. Wbrew wszystkiemu. Powiedziała światu, żeby wypierdalał i że będzie żyć po swojemu. Jest trochę szalona. Jeździ pod kule. Dzwoni, że wiezie do mnie ranne zwierzę z frontu. Albo że wyszła w nocy wyrzucić śmieci i kocię na śmietniku znalazła. Bez Ani byśmy tu wszyscy pomarli.

🖇

[Swieta Szamraj] Dlaczego spędzasz życie w sierści? Dlaczego nie możesz w czystości? Bo wy tego nie robicie, tak mogłabym odpowiedzieć. Ale po co? I tak mnie nie zrozumieją. Nie mają pojęcia, jak pięknymi stwo­rze­nia­mi są psy. Koty również. Nie umiem tego powiedzieć słowami. I one nam nie mogą powiedzieć, że są aniołami. Tak blisko nas, że ich możemy dotykać. Oszalałam? A można na wojnę zareagować inaczej niż sza­leń­stwem? Ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że z moją głową wszystko jest w porządku. Nie potrafię uratować kraju ani ocalić ludzi, którzy tu giną. Tutaj, niedaleko. Nie umiem ratować dzieci rannych w zbombardowanym szpitalu. Niech je ratują ci, którzy potrafią. Ja wiem, jak wojennym psim znajdom czy kocim sierotom dać ocalenie, ukojenie i miłość. Im świat do­oko­ła straszniejszy, tym bardziej staram się go czynić piękniejszym.

🖇

Ludzie i zwierzęta tulą się do siebie. Nasłuchują dronów.

🖇

Jesteśmy, mówi Ołena [Woszun], ich zakładnikami. Kiedy będą musieli stąd wyjść, wysadzą reaktory. Zresztą podobno niczego nie muszą wysadzać. Wystarczy wyłączyć prąd, przestanie wtedy działać chłodzenie, reaktory eksplodują. Mamy ich tutaj sześć. Na razie orki tam siedzą. Trzymają w nie­wo­li specjalistów, naszych sąsiadów. Stamtąd do nas strzelają.

🖇

[Ołena Woszun] Często ludzie żyją tylko dla siebie. Zajmują się wyłącznie sobą. Są i tacy, którzy mają wszystko w nosie, nawet siebie. Czy to wy­cho­wa­nie? Może jednak geny. Ja sądzę, że empatia jest dziedziczna, choć cza­sem głę­bo­ko w człowieku schowana. Wojna empatię budzi. Tyle że obo­jęt­ność też jest genetyczna. Współczucia w obojętnym nie obudzisz. Obojętny nie zrozumie, że dla obcego człowieka można coś zrobić za darmo. Albo dla psa. Ale zgadza się z innymi obojętnymi, że to my jesteśmy dziwakami. Bo ratujemy życie. Naszą garstkę oceniam na dwadzieścia procent populacji. Na nas trzyma się świat.

🖇

Iwan [Rusew]? Choć ma siły i zdrowie, nigdzie nie poszedł. Bo jest po sześć­dzie­siątce, takich do armii nie biorą. Iwan służy ojczyźnie tutaj — nad brze­giem mo­rza. Obserwuje, notuje, fotografuje. Codziennie dokumentuje wo­jen­ną za­gła­dę nadmorskiej przyrody. Nazywa ją ekobójstwem. Doko­na­nym przez raszystów.

🖇

Milion ptaków przelatywało nad tutejszym stepem. Migrowały z Afryki i Azji. Jesienią wracały. Tutaj miały przystanek. Na przykład szablo­dzio­by. Były i prawie ich nie ma. Miejsca, gdzie zwykle odpoczywały i szuka­ły po­ży­wie­nia, zostały zbombardowane. Raszyści nienawidzą wszyst­kie­go, co nieraszystowskie. Wszystko musi zginąć, naj­wy­raź­niej również szablodzioby.

🖇

Wojna pochłonęła już co najmniej osiemdziesiąt pięć tysięcy delfinów. Jedną piątą populacji. Tak szacuje Iwan Rusew. Końca zabijania delfinów nie widzi.

🖇

[Żenia Matijko] o zabitych milczał, bo co miałby żonie napisać? Że wojna pokazuje, jak każde życie jest kruche? Że dziś jesteś, jutro cię nie ma? Że ta nowoczesna wojna wcale nowoczesna nie jest? Że okopy są tak samo pry­mi­tyw­ne jak na wielkiej wojnie ponad sto lat temu?

🖇

Zwierzęta są ciepłe i bliskie. Dają się przytulać, pozwalają o siebie zadbać i tak ratują żołnierskie głowy. Bo zaprzeczają śmierci. Moglibyśmy o tym z okularnikami w mundurach pogadać. O tym, jak w okolicznościach pola walki trudno zasnąć samemu. Z psem lepiej, z kotem. Zwierzęta są bez­bron­ne jak dzieci? Kiedy je ocalamy od wojennej śmierci, ocalamy też swoją ilu­zję, że ratunek jest możliwy? Okularnicy w mundurach wyglądają na ta­kich, z którymi można by o tym wszystkim pogadać. Powiedzieliby pew­nie, jak nam zazdroszczą, że już za moment z tej cholernej Meżowej wyjedziemy do lepszego świata. Że mamy taki przywilej. Że i oni pragną zostać ocaleni. Ale nie ma nikogo, kto ich ocali. Nie ma zachodniego świata, który jeszcze kilka lat temu był Bogiem.

🖇

[…]  przez wojnę tracimy dużo czasu. Tracimy życie.

Wojciech Tochman, Delfiny i Belzebub,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026.
(wyróżnienie własne)

niedziela, sierpnia 20, 2023

(5153+6). Z oazy (CLXXIV)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Po połknięciu najświeższej książki Autora, przy­po­mnia­ło mi się, że w zaległościach czytelniczych mam tę, którą teraz należy nazwać przedostatnią. Dostałam ją jako nowość od Bliźniaczej Liczby. Zajrzałam do środka i szybko (to pamiętam!) odłożyłam, choć nie pamiętam dlaczego. Może już wtedy wiedziałam, że trudno będzie treść tej książki unieść. Zagubiłam ją w cyfrowych schowkach i przegródkach, ale o tym dowiedziałam się, gdy postanowiłam do niej wrócić. Zrobiłam więc klik, klik i szybciutko wrzuciłam na wierzch czytelniczego stosika.

Dla każdego białego człowieka, dla każdej Europejki to książka o niewyobrażalnie niewyobrażalnym. Możemy o tym przeczytać z głębokim zrozumieniem, możemy poczuć złość, prze­ra­że­nie, smutek, zgorszenie, możemy się zadumać nad losem bohaterów. To wszystko będzie niczym wobec tego, przez co przeszli i przechodzą bohaterzy tej książki. A je­śli wciąż czepiamy się swojego życia, że nie takie jak być powinno, to po tej lekturze z pewnością usłyszymy jak pyta retorycznie: jakieś reklamacje?

Co o Pianiu kogutów… powiedziałaby Lidia Ostałowska? Jej śmierć, w stycz­niu 2018 roku, zastała mnie akurat nad rozdziałem o kobietach wy­rzu­co­nych z miasta. Lidka zawsze pisała o najsłabszych, więc wierzę, że i ta książka znalazłaby u niej uznanie. Ale czy każda fraza? Nie sądzę. Chociaż sprawę badałem na bieżąco. Kiedy czułem, że moje opisy robią się zbyt ba­ro­kowe, patrzyłem na zdjęcie Lidki i natychmiast czułem, co by na takie pisanie powiedziała. Dzięki jej spojrzeniu wiele słów z tej książki wyleciało z hukiem.

*

Ciemność jest naturalnym środowiskiem reportera. Świat jasno oświetlony nie jest dla reportera tematem.
     […]
     Wrócić tu? Napisać książkę? Wszystko w tym gwarnym, jasnym i nie­wy­so­kim wówczas mieście wydawało mi się dalekie, niedostępne, nie do po­ję­cia. Ludzie przede wszystkim. […]
     Pomyślałem z pokorą: to nie oni są zamknięci, to ja (jeszcze?) nie znaj­du­ję w sobie przestrzeni, by się zmierzyć z ich nie tak dawnym bólem. Lub z Azją. Odpuściłem? Zrezygnowałem? Na pewno miałem wątpliwości, czy zdołam tam poznać i zrozumieć interesujące mnie sprawy tak dobrze, by napisać książkę.

*

[…]  jak po masowym zabijaniu kaci i ocalali mogą żyć razem, blisko siebie? W jednym kraju, w jednym mieście, w jednej wsi, w firmie albo szkole. A czasem i w jednym ciele.

*  *  *

Zabrały duchy? Wszystko ma tutaj ducha,
las, strumień, urwisko.

*

[W Kambodży]  Co czwartemu człowiekowi grozi bieda, ale według świa­to­wych norm biedny nie jest.
     Biedny jest co siódmy: jego dzienny budżet to mniej niż dwa dolary.
     Blisko połowa biednych nie rejestruje narodzin dzieci.
     Bogaci to margines. Na wydanie dwudziestu pięciu dolarów każdego dnia pozwolić sobie może półtora procent populacji.

*

Bieda jest kotwicą, która biednym
nie pozwala oderwać się od dna.

*

Khmoach chhar – mówi młoda krawcowa.
     To znaczy: duch nieugotowany.
     Nieugotowany? Uncooked – mówi tłumacz. Surowy? Może raczej nie­pr­zy­go­to­wa­ny? Niegotowy do drogi. Zagubiony. Głodny. Poirytowany dłu­gim czekaniem. W całej Kambodży od duchów niegotowych do wędrów­ki aż się roi. Ludzie je widzą na skrzyżowaniach, na poboczach dróg, w miej­scach wy­pad­ków. I na polach śmierci z czasów Pol Pota. Pól śmierci tu pełno. Miesz­ka­ją na nich dusze, rzesze dusz, gromady, tłumy, których re­in­kar­na­cja nie może się dopełnić. Duchy przeszłości. Żywi nieustannie czują ich to­wa­rzystwo, żywi się ich boją.

*

Może duchy znalazły w nim sobie mieszkanie, widać dobrze im tam, wy­god­nie, bo nie wychodzą z niego ani na chwileczkę.

*

Pytania, które w czasie drogi chodzą nam po głowie: dlaczego chorzy mil­czą? Stracili głos? Język? To skutek choroby? Czy wieloletniej niewoli? Któ­re objawy wynikają z pierwszego, które z drugiego? Czy każdy chory bez kontaktu tak głęboko zatopił się w świecie swoich chorobowych doznań, czy to tylko jego sposób na przetrwanie? Czy wycofanie, totalne, absolutne, mo­że mieć źródło nie w chorobie, lecz w traumie uwięzienia? Czy kie­dy­kol­wiek było inaczej: ktoś został uwięziony z powodu złego charakteru lub agre­sji po alkoholu i dopiero po zamknięciu popadł w szaleństwo?

*

[…]  oczy spokojne, zapatrzone w coś,
czego ręce nie mogą dosięgnąć.

*

Świat choroby jest dla zdrowych zamknięty. Tutaj zamknięty cał­kiem do­słow­nie. Nawet dla tych, którzy z powodu swoich profesji starają się cho­ro­bę zrozumieć. Nic z tego. Nie ma wstępu. Nie ma z uwięzionym kontaktu.

*

Ona krzyczy i w dzień, i w nocy. Cały czas wymienia imiona.
     Czyje? Wszystkie, jakie zna. Woła żywych i umarłych, jakby chciała być w tłumie.

*

[…]  przywrócić chorego do życia w rodzinie. Powrót do domu leczy. […]  Kto był kim? Kto zadawał ból? Kto cierpiał? Czy uwolniony mąż do­sta­nie w życiu żony choć odrobinę przestrzeni? Czy ktokolwiek ma prawo tego od niej oczekiwać?

*

[…]  nie znajduje słów niezgody na to, co widzi.

*

Jego chorobę nazywamy schizofrenią. Mówi czasem do siebie? Czasem bez sensu? Kogoś koło siebie widzi? To żadne złe duchy przybłąkane z dżungli. Żadna klątwa ani czarna magia. To wytwór chorej głowy. Trze­ba pró­bo­wać ją leczyć. Mamy lekarstwa. Rean w chorobie był dla was nie­bez­piecz­ny, ale po tabletkach się zmieni. Widzicie, już z nim lepiej. Rozmawia, śmieje się. To nie człowiek jest groźny, tylko jego choroba. Zresztą rzadko, bo częściej ludzie ze schizofrenią nie zagrażają nikomu, nie trzeba się ich bać. Rean wraca do świata zdrowych. Mamy taką nadzieję. Choć pewności nigdy, bo każdy choruje i zdrowieje po swojemu. Będzie z nim dobrze. Tylko że oprócz naszych lekarstw przydałoby mu się trochę ludzkiego szacunku, trochę waszego towarzystwa. Wpadnijcie czasem do niego, żeby tam za do­mem nie spędzał życia samotnie. Nie drwijcie. Jesteście wspólnotą. I on do niej należy. Taki, jaki jest. A to miły chłopak, wiecie o tym lepiej ode mnie.

*

Smutna chodzi. Smutek nie jest dobry. Dajcie jej trochę ra­dości. Budujemy świątynie dla Buddy, ale nie pamiętamy, że według jego nauk i pomoc smutnemu jest ważna.

*

Dziecko, tak tu chyba wszyscy uważamy, które słyszy od matki lub ojca, że jest kochane, będzie rozpuszczone: mama mnie kocha, więc nie muszę nic robić. Jeśli w dzieciństwie nikt ci nie powiedział, że cię kocha, jak później masz o tym powiedzieć swojej żonie, mężowi, dzieciom?
     Przytulanie?
     U nas nie Zachód, u nas dotyku nie ma. Słuszna obserwacja. […]  Przy­tu­la­nie, jakikolwiek dotyk, który nie jest biciem, pogłaskanie, mu­śnię­cie, wzię­cie za rękę wygląda w Kambodży na gest seksualny. W każdym razie krę­pu­ją­cy, prywatny. Dlatego między małżonkami, kiedy na lotnisku w Phnom Penh witają się po długiej rozłące, dotyku nie ma wcale. Pocałunku, uścisku, czułości. Pocałunki na lotniskach zdarzają się w amerykańskich filmach. O tym, że przytulanie jest ważne, piszą pewnie europejskie magazyny. Nikt tu ich nie czyta.
     Czytanie?
     Czterdzieści lat temu za czytanie groziła śmierć. Po co czytasz? – krzywią się dzisiaj rodzice, którzy wtedy byli dziećmi.

*

Czule? Czasem mamy wrażenie, że takich pytań nikt tu nie rozumie, czułość to sprawa tutaj trudna.

*

Prosi, by czterech lat ludobójstwa (1975–1979) nie nazywać dyktaturą czy reżimem Czerwonych Khmerów. Wszyscy są tutaj Khmerami. Łatwo o nie­po­ro­zu­mie­nie. Mówmy o czasie Pol Pota.

*

Nikt o nic nie zapytał. Wszyscy – zasznurowane usta. Strach, który w czło­wie­ku miał już zostać do końca. Nawet jeśli ktoś ocalał, boi się nadal. Prze­ra­ża go każdy dzień. Każdy obcy. A często i swój. W strachu czekamy na ko­niec, jak tamtego dnia czekaliśmy tępo na jutro.

*

Ludobójstwo w Kambodży nie było ludobójstwem sąsiedzkim. Kaci nie przy­szli z domu obok, zza miedzy. Przyjechali z innej prowincji. Nieznajomi, obcy. Kiedy zabijanie się skończyło, wszyscy wrócili do siebie. Dzisiaj Khme­rzy nie wiedzą, kim był wtedy ich sąsiad, mordercą czy ofiarą. Co ro­bił w czasie Pol Pota? Mówi, jeśli w ogóle coś mówi, że cierpiał, głodował, umierał. Wszyscy tutaj umierali. Kto nas torturował? Kto życie odbierał? Nie wiadomo. A jeśli już coś wiadomo, coś wyjdzie na jaw, to zawsze jest ta sama gadka: ja tylko wykonywałem rozkazy, ja tylko zawiązywałem lu­dziom oczy, ja tylko ich fotografowałem na chwilę przed końcem. Ofiara! Katów w Kambodży nie ma, choć są wszędzie dookoła. Kaci żyją między ocalałymi. Albo w ocalałych. W jednym ciele i kat, i ofiara. Widują się co­dzien­nie. Na ulicy, na bazarze, w pracy, w lustrze.

*

Wykonaliśmy dobrą robotę, powiedziałam, przeżyliśmy. […]  Policzyłam ludzi, których znałam przed Pol Potem. Na każde dziesięcioro przeżyło dwo­je. […]  Wszystko się po Pol Pocie zmieniło. Zwłaszcza ludzie. Kiedyś sobie pomagali. Dziś, jak zobaczą złodzieja w ogrodzie sąsiadów, odwra­ca­ją oczy, bo to nie ich sprawa.

*

Kolejne pokolenia dziedziczą tamtą traumę. Kolejne doświadczają prze­mo­cy, braku czułości, bezpiecznego dotyku, zaufania. Jesteśmy spo­łe­czeń­stwem ludzi samotnych, porzuconych. Sami siebie porzuciliśmy. Nie tak dawno temu wszyscy brali udział w nie­wy­o­bra­żal­nej, nieodwracalnej prze­mo­cy. Była dozwolona, była OK. Nikt nikogo wtedy nie pytał: jak się masz, jak się czujesz? I nikt o swoich emocjach nikomu nie opowiadał. Bo każdy był wrogiem. A nie było tu nikogo z zagranicy. Khmerzy mordowali Khme­rów. Choć nie tylko Khme­rów, bo mamy tu mniejszości. I one cier­pia­ły. Do dzisiaj ludzie pytają: dlaczego? Jak to było możliwe? Brat na brata donosił, torturował, zabijał. Za tymi ważnymi pytaniami nie idzie żadna refleksja. Ci, którzy wtedy byli dziećmi, nadal żyją w prze­ko­na­niu, że spo­so­bem kontaktu z drugim człowiekiem jest agresja. Krzyk. Tamte dzieci nie otrzymały spokoju, który się dzieciom należy. Bezpieczeństwa. Ich potrzeby psychiczne i fizyczne nie zostały zaspokojone. Dzisiaj tamte dzieci są dorosłe. Są jak maszyny transmitujące przemoc.

*

Ludzie często i od razu sami tu wymierzają sprawiedliwość, bo nie wierzą policji, sądom. Porachunki, zemsta. Po Pol Pocie jesteśmy w tym dobrzy, choć ponad połowa z nas urodziła się już po nim.

*

Smutek nie jest bezpieczny. Smutek człowiekowi nie służy. Potrafi odebrać rozum, władzę w nogach, oddech. Smutek to umieranie.

*

Mówią, że Pol Pot zabił prawie milion, może dwa miliony. Czy w tej ra­chu­bie jest i mój kilkugodzinny syn? Tysiące kilkugodzinnych synów, córek kil­ku­mi­nutowych? Ktoś te dzieci policzył?

*

Czy już wiecie, jak sobie radzę z przeszłością? Jak człowiek po śmierci potrafi żyć i nie oszaleć?

*

Dzieci w Kambodży całe życie dźwigają dług wobec rodziców. Za otrzy­ma­ne życie. Powtarza im się to w kółko, żeby nie zapomniały: dzięki mnie ży­jesz, dzięki mnie jesteś na świecie. Spłacenie takiego długu jest nie­mo­żli­we, ale trzeba się starać.

*

I że ci, którzy przeżyli, mogą uważać się za szczęśliwców. Ale czy na pewno mogą? Wszyscy straciliśmy naszych ukochanych.

Wojciech Tochman, Pianie kogutów, płacz psów,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
(wyróżnienie własne)

A jej matka płacze, kiedy widzi, że z samochodu wysiada doktor Sody. Łzy w Kambodży? Już wiemy, rzadki to wi­dok. Bo to uczucia: jestem słaba, wystraszona, bez­bron­na. Po co ludziom takie rzeczy ogłaszać? Im mniej obcy wie, tym lepiej. Przed obcym emocje chowaj. Przed dok­tor Sody? Po co? Doktor Sody jest swoja, zawsze przy­wo­zi ulgę i bezpieczeństwo. To wzrusza matkę. Za zdro­wie córki matka jest lekarce wdzięczna. I ojciec też.

*

A niech sobie gadają – Chroep macha ręką, jakby od­ga­nia­ła muchę. – Rozumiem, że byłam wariatką, ale sta­ram się tak już o sobie nie myśleć. Ja sobie gra­tu­lu­ję, bo wróciłam z dalekiego świata. I państwu dziękuję.
     Dziś na tym podwórku łez się nikt nie wstydzi.
     Większej radości nigdy nie przeżyłam – mówi matka i szlocha. – Nie potrafię jej do niczego porównać. Ani wyrazić wdzięczności. Tyle lat nikt mnie nie wspierał, tyle lat byłam sama. Nie życzę nikomu takiego opuszczenia.
     Na pożegnanie doktor Sody napomina: leki trzeba brać regularnie. Inaczej choroba wróci.

*


Doktor Ang Sody,
fot. Michał Fiałkowski, fragment.

*

Wsuwa klapki. Uśmiecha się. I podaje nam rękę. Obcym. Przyjezdnym z daleka. Mocno ściska nasze dłonie. Jego inicjatywa, jego potrzeba. Pierwszy ludzki dotyk po pięt­na­stu latach? Bo babci i mamie dłoni nie podaje. Mama i babcia go nie dotykają, nie tulą. Tylko po chwili starsza pani pomaga wnukowi zdjąć koszulę, bierze ją do pra­nia. Ściąga mu jakiś paproch z policzka. Tyle czułości.
     Sokni jest wolny!

*

Okun  – powtarza. – Okun! Thank you!

(tamże)

czwartek, sierpnia 17, 2023

5153. Baksbatczycy i basta!

UWAGA!
wpis zawiera lokowanie reakcji
na jakość życia publicznego*
w kraju nad Wisłą.

__________
  *  kroniki PRL przy tym, co dzieje się teraz w prze­strzeni medialnej, to jed­nak — jak na mój gust — mały Miki w F-35.

Osaczony, walczący od wieków naród wstał z kolan. Defi­la­dy, pajace, marionetki, bru­natne sny o potędze, tęs­kno­ty samozwańczego wodza narodu i wszystkich jego pra­wych rączek, ra­cja stanu i prze­moc uczuć religijnych. Cham­stwo, głupota, uro­jo­na du­ma, zawłaszczona prawda i upa­sio­ne władzą uprze­dze­nia przebrane za chrze­ści­jań­stwo. Tak, to tu, w sercu Europy! Między Niemcami a wojną.

Lokalny produkt rzemieślniczy; przestarzała, dobrze trzy­ma­ją­ca się innowacja; naj­polski, przepolski, prze­pysz­ny; po­zba­wiony wątpliwości etycznych katolicyzm in­kru­sto­wa­ny hojnie pol­skością, czyli eksportowa wersja de luxe nienawiści. Proszę bardzo!

Polska to Izrael Europy. Mało? Mało! Bo Polska jest Chrystusem objawionym, co ma zamiar zbawić Europę Zachodnią, zmie­rzającą w zastraszającym tempie na ma­now­ce i dno moralne. Lepiej! Ale…

My po prostu jesteśmy Kambodżą Europy. Polacy? Nie, Baks­bat­czy­cy! Amen.

[…]  wystarczy na chwilę zatrzymać się w codzien­nym pędzie, przyjrzeć uważ­niej, by zobaczyć, że tam­to ciągle tu jest, nie odeszło. Dlatego wciąż tutaj cierpimy. Długo nie rozmawialiśmy między sobą o tamtym. Nikt nam nie powiedział, że trzeba. Bali­śmy się rozmawiać. I dzisiaj ludzie boją się ludzi, zawsze są czujni, napięci, obolali. Wszyscy są ofia­ra­mi. Albo katami. Nie wiadomo, kto jest kim. […]  Każdy, kto pamięta Czerwonych Khmerów, jest dziś bogatą biblioteką. Razem to tysiące bibliotek. I wszyst­kie za chwilę runą. Starsi odchodzą. Nie­za­pi­sa­ne historie zostaną stracone. Samych sie­bie tracimy. Młodzi myślą, że tamto ich nie dotyczy. Są w błę­dzie. Gubi nas wszystkich bierność, apatia, baksbat.
     Baksbat  – zespół złamanej odwagi.

*

  • To ból, którego się nie da uleczyć, więc jest przenoszony na kolejne pokolenia.

*

  • Baksbat  to strach, który nie odszedł po traumie.
  • […] 
  • Inne tłumaczenie baksbat: bojący się na wieki.
  • Albo: przetrącony kręgosłup.
  • Człowiek z baksbat  czuje, że nigdy nie odzyska dawnego spokoju.
  • Czuje, że nigdy już nie będzie się śmiał.
  • Nie ma inicjatywy. Nie podejmuje decyzji.
  • Łatwo się poddaje. Po pierwszej porażce nie podejmuje wyzwania ponownie.
  • Woli umrzeć, niż spróbować raz jeszcze.
  • […] 
  • Nie polega na sobie.
  • Nie mówi innym o swoich porażkach.
  • […]  Tamto nie chce odejść, jest i w snach, i na jawie. To nie wspo­mnie­nie, to czas teraźniejszy. Trauma trwa, ale chory nie chce o niej rozmawiać. Czuje się opuszczony, wycofuje się z kontaktów z ludź­mi, czarno widzi przyszłość, źle śpi, często wy­bu­cha gnie­wem, ma problemy z koncentracją, jest nadmiernie czujny. Jednak specjaliści dostrzegają różnice pomiędzy zachodnim zespołem stresu pourazowego a khmerskim zespołem złamanej odwagi. Objawy Bak­s­bat, których w PTSD nie ma lub nie są tak nasilone, to właśnie łatwość poddawania się. Także nieufność, posłuszeństwo, uległość.

*

  • Człowiek z baksbat  nie chce rzucać się w oczy.
  • Nie pomaga innym, bo się innych boi.

*

  • Człowiek z baksbat  daje się łatwo zdominować.
  • Straci życie, byle się nie postawić.
  • Według tradycyjnych uzdrowicieli baksbat  może oznaczać utratę duszy. Dusze wyskakują z ciała albo uciekają na końce włosów ro­sną­cych na ciele. Bo w Kambodży ludzie wierzą, że mamy dzie­więt­na­ście małych dusz i jedną duszę wielką. Kiedy małe dusze giną bez wieści, człowiek traci świadomość. Psychiatrzy mogliby jego stan po­równać do stanu dysocjacji, depersonalizacji, derealizacji. Ale we­dług uzdro­wi­cie­li jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy ginie dusza wielka. Wtedy człowiek szaleje. Latami umiera.

*

  • Jeśli latami ludzie nie mają odwagi poprzeć tego, co sprawiedliwe, i stanąć przeciwko temu, co niesprawiedliwe, rosną kolejne po­ko­le­nia ślepych na ludzką krzywdę, głuchych na cierpienie innych. Masy ludzi nieczułych.
  • Społeczeństwo, w którym poza rodziną nie ma więzi.
  • Społeczeństwo, ale nie wspólnota.
  • Baksbat  – zabójca każdej wspólnoty.

Wojciech Tochman, Pianie kogutów, płacz psów,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
(wyróżnienie własne)

Jak już się stanie coś złego, to jednak nie córka jest winna, nie syn. Tylko obcy. Każdy w Kambodży ma swojego obcego pod ręką. […]  Ludzie muszą mieć wroga. Bez wroga nie umiemy oddychać. Niczemu nie jesteśmy winni, za nic odpowiedzialni. Tylko ona, tylko on, wróg. Nie Khmerzy chcieli Khme­rów zabijać, do mordowania zmusili nas Chińczycy. Ameryka wcze­śniej nas bombardowała. Jeszcze wcześniej Francuzi ciemiężyli Khmerów przez dziesięciolecia. Nikt nam dobrze nie życzył. W końcu ocalili nas Wiet­nam­czy­cy, z Phnom Penh przegonili Pol Pota, ale przecież nie po to, by nam pomóc, tylko by nad Kambodżą przejąć kontrolę. By nad nami panować. Wła­dza chętnie nami steruje i dzisiaj. Kto jest odpowiedzialny za naszą bie­dę i za nasze choroby? Wietnamczycy! Wszyscy tu nienawidzimy Wietnamczyków. […] 
     Sztuka rozmowy?
     Każda rozmowa to napięcie. Ludzie nie słuchają ludzi. Nie słyszą, co się wokół nich dzieje. A używają słów ostrych jak noże.

*

My tu świetnie umiemy poniżać. Za to nie wiemy, jak się wzajemnie wspierać, kochać.

*

My, Khmerzy, uważamy się za buddystów, odprawia­my ry­tu­a­ły, ce­re­mo­nie. Ale nie rozumiemy ich sensu. Nauk Buddy nie znamy. Sły­sze­liś­my, owszem, że nie wolno zabijać, krzywdzić niczego, co żyje. Sły­sze­liś­my, że nie wolno kraść. Żyć w rozwiązłości. Kłamać. Używać środków, któ­re mą­cą umysł. Tak, ludzie wierzą, że jeśli komuś uczynisz coś dobrego, dobro do ciebie wróci, to się może nawet opłaci. A jak uczynisz drugiemu coś złego, opłaci się na pewno. Karmę ludzie mają tu w nosie. Nasz bud­dyzm to udawanie, folklor, plastik i dewocja. Buddyzm nas przed ni­czym nie ochronił. Skrzywdziliśmy siebie nawzajem, bo jesteśmy ludźmi.

*

Uczniowie [w 1969 roku]  musieli w domu pisać wypracowania, po­rów­ny­wać bohaterów lektur, mieć własne zdanie, refleksję. Teraz po­dob­no nie mu­szą. Teraz własne zdanie nie jest w cenie.

(tamże)

sobota, sierpnia 05, 2023

5135. Z oazy (CLXVIII)

Odliczanie literek, przeczytanych po powrocie do ula po operacji, raz. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu i re­habilitacyjnej potrzeby.

W audycji radiowej Autor powiedział:

Pozbawienie człowieka nadziei jest torturą.

I natychmiast Jego najnowsza książka, która trafiła na stosik czytelniczy w dniu swo­jej premiery, wbiegła na jego szczyt. Rzuciłam wszystko, co czytałam, by chwycić tę. To przede wszystkim hołd złożony Lidii Ostałowskiej, piękny, wart nie­śpiesz­ne­go czy­ta­nia, któ­ry jak każda książka Autora kończy się zbyt szybko, bez względu na to, jak wolno się czyta.

Zamyśliło mnie… Słowa Lidii Ostałowskiej z roku 2017 wciąż są boleśnie aktualne. Szkoda, że nie może już skomentować ostatnich twórczych działań policji, tak dziel­nie broniących kobiet przed nimi samymi.

Zamyśliło mnie… Jest taki jeden prominentny niedouk, populista karny, magister prawa, co skończył studia, zrobił aplikację prokuratorską, ale nie dostał etatu w pro­ku­ra­turze — czy zrozumiałby cokolwiek, z tego, o czym jest ta książka? Czy zacznie cokolwiek rozumieć dopiero wtedy, gdy trafi do więzienia?

Zamyśliło mnie… Jest w tej książce Maria Łopatkowa, której skurwysyństwo za­dzi­wiło mnie i przekreśliło wszystko to, co myślałam o niej, będąc młodą czy­tel­nicz­ką jej ksią­żek wieki temu.

W moim najgłębszym przekonaniu skazywanie młodocianych na dożywocie jest niemądre i niemoralne. Kara dożywotniego pozbawienia wolności, wy­mie­rza­na także osobom dojrzałym, w kształcie obowiązującym w Polsce jest torturą. Każda tortura jest łamaniem praw człowieka. […]  Dotychczas w tej sprawie często posługiwano się półprawdą, a tylko cała prawda może być początkiem uczciwej debaty. Wierzę, że moja książka otworzy publiczną dyskusję na temat dożywocia i doprowadzi do zmian w prawie.

*

Jej [Moniki Osińskiej]  historia nadaje się na opowieść o prawie i spra­wie­dli­wo­ści w polskiej wersji, o postkomunie, o odwecie, o po­pu­liz­mie, o zarządzaniu gniewem, o niedojrzałości naszej demokracji.

*

Kobieta zabija w kuchni swojego oprawcę – mówiła Lidia – takie zabójstwo mieści się w naszym kodzie kulturowym.
     To znaczy: mieści nam się w głowach. Kobiety, która się broni, nie ska­zu­ją na dożywocie. Mężczyzna zabija na tle rabunkowym, seksualnym i każ­dym innym: zawiedziona miłość, upokorzenie, porachunki, zemsta – takie historie znamy z książek i filmów. Monikę ludzie chcieliby widzieć w kuchni jako tę, która niebawem zostanie żoną, urodzi dzieci i będzie strzegła do­mo­we­go ogniska. Nie będzie! Bo wchodząc do mieszkania numer 32, wkro­czy­ła na terytorium zarezerwowane dla mężczyzn. […]  Gdyby Monika była chłopcem, mówiła Lidia, media by się nim nie za­in­te­re­so­wa­ły, przy­naj­mniej nie aż tak, nie wpadłyby w histerię, nie wywierałyby presji na sąd, gdyby na ławie oskarżonych nie siedziała dziewczyna, sąd pomieściłby tę zbrodnię w głowie, od tego jest sądem karnym, oceniłby sprawę trzeźwo i wydałby sprawiedliwy wyrok.

*

[…]  doświadczenia mogą być różne. Czasem sprzeczne, nawet w jednej opowieści, w jednej rodzinie.

*

Denerwowała się [Lidia Ostałowska]  – mówi Magdalena Kicińska – kiedy profesor Marcin Król użył w słynnym wywiadzie udzielonym „Gazecie” liczby mnogiej: „Byliśmy głupi”. Pytała: jacy my?
     […]  Dzisiaj autorytety mówią, że byliśmy głupi. Ja odpowiedziałam so­bie buńczucznie – nie byłam głupia. Nie zamknęłam oczu na roz­cza­ro­wa­nia, na degradację. Ton tych samokrytycznych wypowiedzi mnie irytuje, bo ich autorzy za chwilę znów czują się mądrzy, bo przecież zdali sobie sprawę, że byli głupi. Ale byli głupi i głupi pozostali. Głupota polegała na wierze, że pieniądze doprowadzą nas do szczęścia.

*

„Kobieta to dla rządzących tylko fantom, a nie świadoma jednostka. Cmok­nię­cie w rękę nie chroni nas przed skutkami bezdusznych ustaw i zakazów, a przepuszczanie w drzwiach nie zapewnia prawdziwej podmiotowości. Szansę na to daje jedynie demokratyczne państwo prawa. Oddalamy się od niego na razie. Ale kobiety coraz częściej pokazują, że nie chcą, by jedynie macierzyństwo dawało im poczucie wartości”.
     „Teraz fundamentaliści zbierają podpisy pod nowym projektem. Planują zakaz aborcji, gdy płód jest nieodwracalnie uszkodzony. Biskupi to po­pie­ra­ją, wielu polityków im ulega. Zasady religijne chcą jeszcze mocniej wpisać w prawo, choć konstytucja mówi o rozdziale Kościoła od państwa. Męż­czy­źni na stanowiskach tkwią głowami w XIX wieku. Snują fantazje o świecie, którym rządzą Bóg i patriarchat. W kobiecie widzą istotę prze­zna­czo­ną do rodzenia dzieci. Nadal nie rozumieją, że mamy sumienia. Że jesteśmy do­ro­słe. Że pracujemy na wzrost PKB. Że chcemy decydować o własnym zdro­wiu i życiu. Bo świat się zmienił, a demokracja jest i dla nas”.
Lidia Ostałowska, 2017.

*

Przemoc wobec mniejszości, opresja kobiet. Nie tylko religia za to zło od­po­wia­da, zdaniem Lidki, nie tylko biskupi utrudniają życie ko­bie­tom, poniżają je i dyskryminują. Ale też państwo, prawo, insty­tu­cje. To naturalne, że zwróciła uwagę na krzywdę kobiety nie­spra­wie­dli­wie ska­za­nej na zawsze. Wszyscy inni byli w tej sprawie ślepi, głusi, znie­czu­le­ni. Lidka patrzyła szeroko, widziała daleko, czuła głęboko. Wy­prze­dza­ła w tym swoją epokę.

*

W więzieniu najgorszy jest krzyk. Kojarzy mi się tylko ze złą wiadomością. Kiedy słyszę płacz i krzyk pod telefonem, przechodzi mnie zimny dreszcz.

*

Kara dożywotniego pozbawienia wolności, funkcjonująca w polskim po­rząd­ku prawnym, to wciąż eksperyment. Nie wiemy, co ta kara w istocie oznacza i ile w rzeczywistości trwa, nikt bowiem z blisko czte­ry­stu od­by­wa­ją­cych ją więźniów nie osiągnął progu, który umożliwia opu­szcze­nie za­kła­du karnego w ramach warunkowego przedterminowego zwolnienia. Sądy, skazując na tę karę, mimo że funkcjonuje ona w Polsce od blisko dwudziestu lat, nie wiedzą, jaką w istocie karę wymierzają. Czy jest to kara, której głów­nym celem jest izolacja i wyeliminowanie nie­po­praw­ne­go i nie­po­pra­wial­ne­go sprawcy na zawsze ze społeczeństwa, czy tylko jest nauczką – choć niezwykle dolegliwą, to jednak dającą nadzieję na zakończenie życia po drugiej stronie więziennego muru? Nadzieję na śmierć w innym miejscu niż więzienie, bo szans na ułożenie sobie życia dawać ona z pewnością nie może (Barbara Błońska, Maria Ejchart-Dubois).

*

Za spacerem z psem tęsknisz. Za chodzeniem po plaży gołymi stopami, za wiatrem, słońcem, gwiazdami. Za zjedzeniem czegoś, na co ma się ochotę. Choć nie za jedzeniem się tęskni, raczej za atmosferą przy stole. Za ciastem mamy. Za kąpielą w wannie, za siedzeniem w fotelu. Za kilkoma parami butów. Za mieszkaniem w pokoju, w którym nikt inny nie mieszka. Za zga­sze­niem światła o dowolnej porze. Za pracą. Za bieganiem.

*

Lidka nie usprawiedliwiała tego, co zrobiłam. Powtarzała: powinnaś siedzieć, ale już wystarczy. Stała po mojej stronie.

*

Maria Ejchart-Dubois, prawniczka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która naukowo przygląda się kobietom skazanym na dożywocie, w wię­zie­niu odwiedza także Monikę. To kara niesprawiedliwa – mówi – niemoralna i nieskuteczna. Nikt nie powinien być na nią skazywany. Kara dożywocia jest następczynią kary śmierci. Przejęła jej funkcję. Sądy wysyłają czło­wie­ka na całe życie za kraty, kiedy chcą go wyeliminować. To kara nieludzka i ostateczna. Wyrok śmierci wielu skazanym wydaje się bardziej humanitarny. […]  jeśli dożywocie mamy rozumieć dosłownie, to jak wo­bec tego pracować z więźniami dożywotnimi? Nie ma resocjalizacji, kie­dy nie ma celu. Nie ma perspektywy. Jak kara ma spełnić swoje zadanie, kiedy nie bardzo wiadomo, jakie ono jest?

*

[…]  zemsta niczemu nie służy,
za to świadczy o nas.

*

Wiele małżeństw, związków partnerskich rozpada się z braku pożycia. Ko­bie­ty, w przeciwieństwie do skazanych mężczyzn, rzadko otrzymują na­gro­dę w postaci widzenia w oddzielnym pomieszczeniu. Albo w danym za­kła­dzie jest to niepraktykowane, albo zachodzi obawa zajścia w ciążę. Męż­czy­zna w zakładzie karnym ma możliwość zaspokajania tego typu potrzeb, je­mu wolno spłodzić dziecko na tak zwanym intymnym i nikogo to już nie in­te­resuje, że jego partnerka z braku funduszy poda go o alimenty. Męż­czy­źni mają siłownię, więcej zajęć kulturalno-oświatowych, szkół, pracy wol­no­ścio­wej. I więcej osób na liście widzeń.

*

W tym wszystkim tylko łzy są prawdziwe. Kobiety statystycznie są częściej zostawiane, stają się samotne w walce o przetrwanie i o powrót do domu, którego mogą już nie mieć.

*

Monika do nieżyjącej Lidii [Ostałowskiej]: Ty wiesz, bo przegadałyśmy nie­raz ten temat, jak ogromne znaczenie ma dla mnie data końca kary. Wiesz, że większa część mojego życia to czekanie. Czekanie na wszystko. Na te­le­fon, na widzenie, na paczkę, zajęcia, spotkania, np. z Tobą, na otrzymanie P2, dotrwanie do pierwszej wokandy. Takie życie od–do. Dziś pier­wszy raz mogę powiedzieć, że odliczam dni.
     Jak mam Ci opisać to, że ponownie jestem pierwsza? Jak mam ubrać w sło­wa mój żal, że Ciebie nie będzie z nami? Jak mam ponownie przeprosić za to, że Cię rozczarowałam?
     Pokazałaś mi inną twarz dziennikarza. Człowieka dziennikarza. Nie przy­puszczałam, że tyle lat nasza rozmowa będzie trwała. Prze­cież ona nadal płynie. Nie zostawiłaś mnie pomimo wszystko, stawiasz na mojej drodze kolejnych ludzi i przypominasz o sobie. Chce Ci się tam palić? Często o Tobie myślę, kiedy podpalam papierosa. Tak, popalam. Uwierzysz, że parę razy Ci zazdrościłam, że tam jesteś? Tam jest spokój, którego potrzebowałam.
     […]
     Głowę mam pełną myśli, wiesz, bo nie wiadomo, co będzie, gdy prze­kro­czę bramę. Powracam i do tego, ile musiałam przejść, by dzisiaj tu być. Po­win­naś to ze mną przeżywać, przy papierosie pogadać, gdzie mo­gły­by­śmy pójść. Jak dziwnie się to pisze, że będę mogła gdzieś pójść. Bez wy­zna­czo­ne­go miejsca, bez ograniczonego metrażu, nawet bez celu. Poza gra­fi­kiem, bez regulaminu. Tak po prostu przed siebie. […]
     Dopinguj mnie, zrobię wiele, byś była ze mnie dumna, ob­ser­wuj ­i uśmiechaj się nad moją pierdołowatością, gdy przyjdzie mi uczyć się nowych rzeczy. Chroń mnie i do zobaczenia. Niedługo Cię odwiedzę.

*

Blizny mają dziwną moc przypominania nam, że przeszłość wydarzyła się naprawdę.

Wojciech Tochman, Historia na śmierć i życie,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Płacz kobiet mnie boli.
Lidia Ostałowska

*

Czy reporterowi łatwo być sobą?
     Wydobywa przecież z ludzi najgłębsze zwierzenia i lę­ki, by je przedstawić publicznie. Podlega terminom, kli­kal­ności i cenzurze, zewnętrznej lub wewnętrznej, bo pewne rodzaje cenzury trzymają się mocno nawet w wol­nym kraju.
     A jak obronić w sobie prawdziwka, gdy ograniczenia się zaciskają? Gdy ideologia i polityka zamykają część mediów przed niezależnymi reporterami i dzielą ludzi?
 // Małgorzata Szejnert

*

Mędrczyni. Chyba najbardziej z nas wiedziała, o czym piszemy, o czym jest reportaż, jaki jest głęboki sens opowieści.
 // Włodzimierz Nowak o Lidii Ostałowskiej

*

Miała klasę, cywilną odwagę. Była moim prywatnym dowodem na to, że szlachetność człowiek nosi w sobie, że dobroć, moralność i zwykła przyzwoitość może być w nim i bez religii, nie z powodu strachu przed ogniem piekielnym, ale z powodu wartości, które wyznaje. Nie znam wielu kobiet, z którymi można się było napić piwa, i to mi się bardzo w niej podobało. Wyłaziła ze wszystkich stereotypów.
 // Katarzyna Surmiak-Domańska o Lidii Ostałowskiej

*

Lidia nie wkładała ludzi do szuflad, sama nie lubiła być szufladkowana.

*

Nie ma jej od kilku dni, próbuję przypomnieć sobie jej charakterystyczny śmiech z chrypą, wisiory (ulubiony z bryłką węgla, od Ślązaków), korale. I kolczyki, duże, kolorowe. Letnie sukienki. Jeszcze espresso, mocna ka­wa. Ciastka z cukierni na Bielanach. Przygarniane psy i koty. Dzikie zwierzęta, które podchodziły pod płot jej ogrodu. Donosiła w SMS-ach: „No otóż ten dzik spod okna, co mówiłam, wielki strasznie, okazał się kobietą ciężarną! Gruba jak wół była. Wykopywała trawy z po­la­ny i zanosiła w jedno miejsce, najbardziej ukryte. W inter­ne­cie piszą, że to zaciszna ostoja. Nie widziałam jej do dziś. Wynurzyła się, nadal gruba, ale pod pachami jakby mniej, pojadła sobie i wróciła do gniazda. Czekam, aż wyprowadzi pasiastych. Ojej!”.
 // Magdalena Kicińska

*

Wiesz, różne są ścieżki dobroci.

(tamże)

wtorek, września 11, 2018

(543+2474). Nawiń se chuja na różaniec

 wpis przeniesiony 10.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wybrać cytaty z drugiej. Wybrać z trzeciej. Sprzyjające warunki: w końcu ciut chłodniej, wieje i popaduje. Druga, trzecia, bo… świeżutki Tochman już skończony i czeka na swoją kolej.

Świeżutki? Nie tak bardzo. Część reportaży wyjęta z Bóg zapłać (Czarne, 2010). Dokładnie nie sprawdzę, bo do ula setki kilometrów, a sama pamięć, gdzie książka w papierzu stoi nie pomaga zbyt mocno. To jeszcze jeden argument za ibukami.

Świeżutki? Nie bardzo. Lekki niesmak, że w podczytniku informacji na ten temat brak.

Świeżutkie za to obrzydzenie do polskiego katolicyzmu, którego wyznawcy sprawiają wrażenie jakby cierpieli na religijną wersję syndromu sztokholmskiego — ot taka nasza narodowa innowacja. Brzydzę się dziś katolikami, a szczególnie katoliczkami… Dlaczego? Bo kobiety mogą zmienić czarną mentalność, której wiara myli się z władzą… wystarczy, że wyjdą z kościołów — jest ich więcej niż piotrowiczów, biskupów zamiatających pod dywan i betonowo-marmurowych janów pawłów, pomników patrona polskich pedofili w koloradkach. Zbyt wielu ludziom wpojono, że ksiądz to synonim słowa książę.

Czy branie odpowiedzialności za osiemnastolatka oznacza podejmowanie za niego decyzji: nie idź! Czy można kogoś w takiej decyzji wyręczyć? Powiedzieć: stój, nie ratuj!
     […]
     Tamten ranek wraca nocami? Jeść trudno? Uczyć się? Modlić? Nie wolno o tym mówić? Czuć? Nazywać spraw po imieniu?
     Ani słowa. Cisza
.

*

Świat istnieje, co niektórych irytuje, budzi w nich złość.

*

Następni wychodzą? Ze strachu? Słowa nie zakażają. Nic wam nie grozi. Stójcie! Mam pytanie: czy każdy z waszych bliskich mógłby przyjść do was i powiedzieć o swojej największej tajemnicy?

*

Seks innych to przecież moja sprawa. Będę oceniał, sądził, brzydził się. Brzydzisz się, to dlaczego dupy innych tak cię obchodzą? Jakże skwapliwie ludzie badają cudze życie — pisze Święty Augustyn – a jak opieszale zabierają się do naprawiania swojego. Dlaczego ocenianie innych, sądzenie ich, tak ci jest, człowieku, potrzebne? Cóż warte byłoby twoje życie, gdybyś nie osądzał innych?
     Wy, dobrzy katolicy, patrząc na człowieka z piętnem, myślicie o sobie: jesteśmy od niego lepsi, poukładani, moralni, uczciwi, czyści. My, dobre żony, kochający mężowie, troskliwe matki, ojcowie — wszyscy gotowi jesteśmy na zbawienie. Panie Jezu, bierz nas prosto do nieba! Hurtem nas weź!

*

Pchają się wam do głów stereotypy, gotowe schematy, matryce, już zajmują ustalone z góry pozycje, już są gotowymi argumentami do oceny, sądu, skazania?

*

Chrystus dałby mu zapewne numer swojej komórki. Biskupia komórka jest tajna.

Wojciech Tochman, Wściekły pies,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)

*

Trzeba dbać o siebie, nawet gdy jest już z tobą całkiem źle. Im bardziej się zaniedbujesz, tym bliżej ci do śmierci.

(tamże)

wtorek, sierpnia 15, 2017

2501. Ta książka jest

 wpis przeniesiony 2.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jak się czyta reportaże po prawie dwudziestu latach od napisania? Zaskakująco? Nie do wiary, że żyliśmy w tym czasie i to się naprawdę wydarzyło? Te reportaże przede wszystkim dołują. Ale też po każdym z nich chciałoby się przeczytać, jak się mają ci ludzie dziś. Po tej książce wymagałam reanimacji. Bo.

Kraj-sutener, który z każdej zarobionej przez nas złotówki chce swojego procentu. Potem chce procentu z każdej wydanej, ale i posiadanej złotówki. Żyję tu, prawdopodobnie tak jak Ty. Ty i ja jednocześnie żyjemy w państwie, które, gdy dzieje się nam źle, mówi: to twoja prywatna sprawa, musisz sobie radzić — jesteś kowalem swojego losu. Jak to się stało, że my na to poszliśmy… jakbym nie wiedziała.

Przelało mi się. Reanimuję się przy Chyłce.

[Wanda Rutkiewicz] Była piękną kobietą, która pytała: — Czy ktoś raz na zawsze ustalił, że konsekwencja, zdecydowanie, precyzja i parę innych cech są przypisane wyłącznie mężczyznom?

*

     — Słuchaj — Muszka mu przerywa. — Dlaczego musimy tak żyć?
     — Bo nas zabrali — mówi Czarek.
     — A dlaczego nas zabrali?
     — Nie wiem. Spróbuję to zrozumieć, gdy będę dorosły
.

*

[…] załóżmy tam sklep z czarami i dobrymi rzeczami.

*

Między jednym uśmiechem a drugą wódką ustawiał rzeczywistość.

*

Znane jest powiedzenie Marka Aureliusza: Pamiętaj, człowieku, jak się budzisz dzisiaj rano, traktuj siebie, jakbyś umarł wczoraj, a dziś zmartwychwstałeś, i żyj tak, jak byś chciał.

*

     Piotr Skrzynecki: —Tak było.
     Jan Nowicki: — Wszystko było poniekąd i do pewnego stopnia
.
     […]
     Jan Nowicki: — Każdy fakt jest trudny do zdefiniowania.

*

     Dawid B.: — Chciał [Grzegorz Przemyk] domu z codziennym obiadem.
     Marta Kucharska: — Z ciszą.
     Witek S.: — Bez ludzkiej masy na co dzień. Wkurwiał się tym młynem. Wtedy siadał do pianina. Grał przez kwadrans, przechodziło mu. A mógł powiedzieć: wypierdalajcie
.

*

Tego, co się między ludźmi dzieje, nie da się do końca wytłumaczyć.

Wojciech Tochman, Schodów się nie pali,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

*

środa, października 07, 2015

(1458+33). W papierze (I)

 wpis przeniesiony 16.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jechałyśmy pendolino. Ja o tym, że jak książka nie wyszła w ibuku, to nie czytam. Ona, że tę książkę to jednak trzeba mieć w papierze. Nie czekałam. W wielu kwestiach mam do Niej zaufanie. Za dwa dni, licząc od pendolinowej rozmowy, pobiegłam do Wrzenia Świata.

Papieru nie czytam już w tramwajach czy autobusach, bo to niewygodne. Tej książki nie należy czytać w środkach komunikacji miejskiej, bo nie wypada. Miała Gepardzica świętą, świętuchną rację. Tę książkę trzeba mieć. Edytorsko cudowna. Majstersztyk z różową tasiemką. Papier. Czcionka. Światło. Zdjęcia. Cud, po prostu cud.

Czytałam z doskoku. Na hamaku. Często tylko oglądając, gładząc i wzdychając do zmaterializowanej dobrej sztuki wydawania książek. Trwało więc. Ale skończyłam. Zaraz potem pobiegłam do biura Pana Ciasteczko, by przeczytać Sadownikowi ten kawałek — uśmialiśmy się oboje, ciekawe dlaczego:

     Mariusz Szczygieł: Mówi się: dziewczyna poznała strasznego chłopaka. Ale chodziła z nim i przez rok tak go obgłaskała, że on robi wszystko, co ona chce… Tak się mówi, pani Haniu.
     Hanna Krall: Obgłaskała?
     Julianna Jonek: Nikt tak nie mówi!
     Student 10: Nikt tak nie mówi, ale tak się dzieje.

*

     — Kiedy skończy się remont? [Hanna Krall]
     — Nie wiem. Niezmiernie trudno jest powiedzieć, kiedy się skończy coś, co się jeszcze nie zaczęło. [Agnieszka Morawińska]

*

     …My widzimy tylko jeden świat.
     My widzimy świat ludzi, ale tu, obok nas, może być Bóg, mogą być duchy albo fragment piekła. Może w tej mikrofalowej kuchence cierpi jakiś duch?

     …Zwierzęta i duchy nie mają narodowości.

     …Czasami chcesz, by duch wszedł, czasami chcesz, by wyszedł. Jak mamy służyć Bogu? Ktoś spytał Konfucjusza. Odpowiedział: — Nie wiecie, jak służyć człowiekowi, a niepokoicie się o służbę Bogu? — Szanuj duchy, ale trzymaj je na dystans — powiedział kiedy indziej.

*

[Wojciech Tochman] Zygmunt?
[Hanna Krall] Postać ze Zdążyć — może pan przeczyta wreszcie tę książkę. Z kim ja tu siedzę!

*

Miałam dość prosty pomysł na pisanie: jedno miejsce, jedno życie jednego człowieka.

*

     [Wojciech Tochman] Tadeusz Różewicz pisał: „Oczy matki wszystko widzące patrzą na urodziny, patrzą przez całe życie i patrzą po śmierci z »tamtego świata«. Czuje pani obecność mamy?
     
[Hanna Krall] Kiedy się czegoś bałam i kiedy wszystko było nie tak i bez sensu, i mówiłam o tym mojej mamie, mama wygłaszała cztery słowa. Zwyczajne, prościutkie. Śmiesznie tutaj zabrzmią, ale je powtórzę. Mówiła: Haneczko, głowa do góry. Banał, zwyczajność. Ale sobie nadal powtarzam jej głosem, z tą jej sztuczną dzielnością na pokaz: Haneczko! Czy to jest obecność?

Wojciech Tochman, Mariusz Szczygieł, Krall,
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

poniedziałek, października 21, 2013

(873+1). Spotkanie naszych Światów

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Obrazek 1, 2 [...] Skończyłam książkę, która do soboty ze mną tramwajem jeździła.

*

Otworzyłam w niedzielę rano pięknie wydaną książkę. Reportaż i Fotografia. W jednej książce. Fotografia i Reportaż. Już nie mogę się doczekać, aż Sadownik wróci jutro i rzuci okiem. Jeśli tylko obejrzysz zdjęcia, stracisz zbyt dużo. Tylko przeczytać po prostu nie dasz rady.

Tochman. Jeśli to nazwisko nic Ci nie mówi — zazdroszczę. To znaczy, że cztery wyjątkowe książki są wciąż przed Tobą. Ta jest czwartą. Ze wspaniąłą klamrą, co za serce chwyta na długo.

Szukając w necie ulubionego zdjęcia z tej książki dowiedziałam się, że zdjęcia Grzegorza Wełnickiego można do niedzieli oglądać na wystawie. „Tą razą” to ja wyciągnę Sadownika na kulturę, a potem na żytnią bagietkę do Francuza. Najpiękniejszego, dla mnie, zdjęcia w sieci nie ma, jest w książce...

Podobno przed białą katolicką inwazją inne panowały tu obyczaje: kobiety były równe mężczyznom. Mówiły głośno, co myślą, brały udział w zarządzaniu lokalną wspólnotą i miały przywilej nadawania imion swoim dzieciom. Hiszpańscy mężczyźni, mocą rozmaitych aktów prawnych, kazali kobietom zostać w domach. No i klęczeć w kościołach. Tam przez stulecia misjonarze błogosławili ubogich w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławili także tych, którzy się smucili, albowiem oni będą pocieszeni. Musieli też błogosławić niewykształconych, aby usprawiedliwić brak dostępu do edukacji. Kształcili się Hiszpanie i lokalni kolaboranci, reszta im służyła. Ubóstwo pojmowano dosłownie: przez wieki ludzie wierzyli, że bogaty wyląduje w piekle. Skoro łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego, potępienia na sądzie ostatecznym boją się tu i dzisiaj. Nie chcą się bogacić. Bogactwo budzi strach. Bieda jest cnotą.

*

S’il vous plaît — nad jeszcze dychającym szkieletem nieokreślonej płci Francuz wciąż myśli, że cały świat jest frankofoński.
     ¡Tome! — nad długowłosym mężczyzną turystka z Madrytu wierzy, że ponad sto lat po odejściu Hiszpanów jej słowa są tu zrozumiałe.
     Bitte schőn! — Niemiec, ten to już przesadza.
     Here you are — Anglik ma komfort, bo nikt już się nie zastanawia, dlaczego jego językiem porozumiewa się świat.

*

[...] w wigilię święta umarłych na progach swoich domów ludzie w ciszy i skupieniu zapalają świeczki. Ostatniego październikowego wieczoru cały slums płonie: główna ulica i wąskie boczne labirynty. Jedna świeczka — jeden umarły. Tysiące umarłych, może dziesiątki tysięcy, o których wciąż ktoś tu pamięta, ktoś tęskni, ktoś pucuje ich groby na Cmentarzu Południowym.

*

Nasz zdrowy świat nie chce świata choroby, tak jak życie nie chce świata śmierci. Młodość nie widzi potrzeb starości, świat heteryków nie chce świata homo, świat pieniądza — świata biedy. Północ — Południa, Zachód — Wschodu, metropolie — swoich byłych kolonii, ludzie żyjący w pokoju — ofiar wojen, prześladowanych, uchodźców, Hutu — Tutsi, chrześcijanie (na przykład Serbowie) — muzułmanów (Albańczyków, Bośniaków), Turcy — Kurdów, Filipińczycy — Koreańczyków i Chińczyków, bo kto na świecie lubi Chińczyków, Flamandowie — Walonów, Holendrzy — Polaków, Polacy — Żydów, Żydzi — Arabów, Arabowie — Żydów i Amerykanów, Amerykanie — Meksykanów. Kogo nie znoszą Meksykanie? Samych siebie: biali — niebiałych. Może nie wszyscy, nie wszędzie, nie zawsze. Ale każdy. Każdy jest wśród niechcianych albo tych, którzy nie chcą.

Wojciech Tochman, fot. Grzegorz Wełnicki, Eli, Eli,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

piątek, października 12, 2012

(568+1). Wracając do równowagi

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czytałam ją na urlopie we wrześniu. Wstrząsająca. Ludzie dotknięci nieludzką, piszącą się za ich życia, historią narodów. Zastanawiałam się, skąd w człowieku ta niszczycielska moc? Na dnie serca złożyłam jeden, kudłaty fragment. Dziś zdjęłam tę książkę z półki i wróciłam na stronę założoną skrawkiem papieru, by dotknąć w sobie wiary w człowieka.

W kwietniu 1992 w Bośni zaczęła się wojna.
     Razem z Mubiną wyjechali rodzice i jej mali synowie: czteroletni i czteromiesięczny.
     — Jedź z nami — prosiła męża.
     — Kto będzie tu leczył zwierzęta, kiedy mnie zabraknie? — zapytał. — Zostanę, wszystkiego przypilnuję. Uspokoi się, to wrócicie.
     Akurat dzisiaj mija osiem lat od dnia, kiedy Hasan tak do niej mówił.

Wojciech Tochman, Jakbyś kamień jadła,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

piątek, sierpnia 31, 2012

543. Szczęka, ręce do samej ziemi... świętej, polskiej ziemi

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

A było tak... W niedzielę po seminarium postanowiłam, że muszę na skład literek w okładki pakowane. Okoliczności były sprzyjające, ponieważ w przyszłym tygodniu jedziemy na urlop, a Sadownik już zapowiedział: pamiętaj, żadnych zawodowych książek, trzeba się doposażyć na ten miły czas. Postanowiłam, że nabędę drogą kupna nieczytaną jeszcze książkę Jacka Hugo-Badera, którą odkładałam na potem, na czas, gdy nie będzie nic pilniejszego. Niczym zwierzę do żłobu, myk, myk i byłam pod regałem z reportażami. I co? I nie ma! A co jest? Jest książka, której czytać nie chciałam. „Polska religijność” nie jest tematem, który mnie interesuje — on mnie przytłacza, więc unikam. Ale Tochman... coś we mnie westchnęło... pamiętasz? Pamiętam Poetę Reportażu. Tylko dlatego, że Tochman… kupiłam. Noooo, warto! Niektóre porażające, niektóre niczym bezgłośny krzyk, a niektóre tak po prostu o miłości niedoskonałego człowieka do drugiego też niedoskonałego. Niezapomniane...

     — Ty, Rysiu, nie zostajesz sam. Masz bliźniaka. Brata masz.
     — Jednojajowego — stwierdził Ryszard W. z zupełnym spokojem. — Wracajmy do domu, nie masz już siły.
     Nie wiadomo, skąd Ryszard W. miał tę pewność. Nie wiadomo, dlaczego tajemnica matki wcale go nie zaskoczyła. Dlaczego nie usiadł, nie zapłakał, nie wykrzyczał ani słowa pretensji: jak mogli zdradzić mu tylko część prawdy.
     — Nie masz już siły — powiedział, dał matce tabletkę i ujął pod rękę.
     W samochodzie Aniela W. opowiedziała, że gdy przyszli z ojcem do domu dziecka — bliźniaka już nie było. Wzięli go jacyś mili ludzie dzień wcześniej. Podobno był mocniejszy, starszy o całą godzinę.
     — Wzięlibyśmy i Adasia, gdyby był.
     — Adasia?
     — Adam, miał na imię — powiedziała Aniela W. i zaczęła kaszleć.
     Kilka dni później Ryszard W. poprosił mnie telefonicznie o pomoc w odnalezieniu brata. Spytałem o daty i miejsca: urodzeni 30 marca 1964 roku w Otwocku pod Warszawą. Adoptowani w wieku prawie trzech lat.
     — Zbyt późno, by zmieniać dziecku imię — powiedziałem do Ryszarda W. — To dobrze. Szukamy Adama.

     (...)
     Podali sobie dłonie. Ryszard chciał coś powiedzieć, Adam zapłakał pierwszy, Ryszard pierwszy objął brata za szyję.
     W domu czekali rodzice. Przywitali Ryszarda W. z sympatią, ale i z dystansem. Matka podała herbatę i usiadła za stołem.
     — Spóźniliśmy się — spojrzała Ryszardowi prosto w oczy. — W domu dziecka był już tylko Adaś. Spał akurat w łóżeczku. Ciebie adoptowali wcześniej jacyś inni mili ludzie.
     — Moja mama miała na imię Aniela, ojciec Jerzy — powiedział Ryszard W.
     — Gdyby was było dwóch — wtrącił z uśmiechem ojciec Adama P. — dwóch byśmy wychowali.
[reportaż Nieobecność]

*

O kobiecie, która zeznaje przeciw księdzu, wolno powiedzieć wszystko. Bezkarnie, nikt jej nie obroni. W pekaesie powiedzieć można z uśmiechem: o! jedzie do lekarza, by ją wymolestował. Albo za jej dziećmi, kiedy wracają ze szkoły, można krzyczeć: idą molestowane! ta kurwa! — i tak można, tak jest w dobrym tonie. Samotną matkę, która oskarżyła księdza, można upokarzać na różne sposoby. Kiedy prosi, by jej drewna naciąć na zimę, to trzeba się chętnie zgodzić. Ale nie za pieniądze. Można jej powiedzieć w oczy: dupy dasz, to ci narżnę. Albo: ksiądz ci nie dogodził, to ja ci dogodzę!
     Kiedy samotna matka, która oskarżyła księdza, przestanie prosić o piłowanie drewna (taka jest dumna), można donieść do opieki społecznej, że ktoś dał jej robotę na trzy godziny i zarobiła na czarno piętnaście złotych. Odbiorą jej zasiłek na dzieci, niech pozna, co to zimno i głód. Można też je zabić kurczęta. Łażą pod szopą przed blokiem. Jeden kamień — jeden kurczak. Kamyczek wystarczy, bo czaszki kurczaczków są mięciutkie
[reportaż Atmosfera miłości]

*

Tyle. Wszystko, co tu powiedziałem, jest prawdą: mam trzydzieści trzy lata, mieszkam w Polsce, jestem księdzem, jestem homoseksualistą, jestem zakażony. Powinienem rzucić sutannę i odejść. Ale nigdy nie odejdę. I tej homilii nigdy nie wygłoszę, choć myślę o niej codziennie. Biegunka mija, moje komórki odpornościowe odbudowują się, wszystko jest w porządku.
     Niektórzy z was mnie znają.
     Jako otwartego, uśmiechniętego, nowoczesnego kapłana w czapce z daszkiem
     Bilet do Londynu kosztuje trzysta złotych. Do Berlina jeszcze mniej. W następnym kazaniu nawiążę — jak mnie uczono w seminarium — do czytanej chwilę wcześniej Ewangelii. I niech tak zostanie. Niech zostanie, jak chcecie.
[reportaż Wściekły pies]

Wojciech Tochman, Bóg zapłać,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

poniedziałek, lipca 23, 2012

(509+1). Nie zgubić odnalezionych słów (Achronos IV)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W piątek wepchnęła mi się do ręki. Wiedziałam, że istnieje. Nie chciałam jej czytać. Jednak w piątek rzuciła się znienacka z pomiędzy znanych tytułów. Chudziutka — może jednak dam radę przeczytać, przemyśleć, zrozumieć — prześlizgnęło się po korze mózgowej. Usiadłam w księgarni pod regałem z reportażami. Przerzuciłam kilka stron. Zmiękłam. Wzięłam ze sobą do domu. Przeczytałam. „Przemyśliwuję”. Nie jestem w stanie zrozumieć. Dziękuję Autorowi za pytania, na które nie udziela odpowiedzi. Tylko pytania pozwalają zachować człowieczeństwo.

(...) Notuję imiona dzieci, nazwiska i dodatkowe informacje umieszczone pod każdym zdjęciem. O Aurore, że była rozgadanym dzieckiem i że lubiła pić mleko. Zapisuję każde słowo, które ktoś tutaj przyniósł. Ktoś, kto przeżył i znał drobne codzienne szczegóły. Jestem mu wdzięczny, bo zrobił to także dla mnie. Bym się dowiedział i zrozumiał, że tego, co tutaj widzę, nie wolno mi zatrzymać dla siebie. Bym potem opowiadał i tego, co teraz notuję, nie poddawał żadnej cenzurze. Dlaczego chcę o tym opowiadać? Komu i po co? Tym, którzy powiedzą, że nie wiedzieli? Że nie znali prawdy? Ale gdzie jest granica między mówieniem prawdy a epatowaniem? Czy ten, który mi powie: epatujesz dziecięcym cierpieniem, będzie mówił o mnie? Czy raczej o sobie: tego, co opowiadasz, nie potrafię przyjąć, nie ma we mnie na to miejsca, brzuch mnie boli, podbrzusze.
     Ale czy to jest powód, bym zamilkł?

*

Ciałobójstwo. O tym nie wolno milczeć. Pisz, niech czytają, niech wiedzą. Tylko dlaczego już po kilku dniach rozmów, po kilku stronach przeczytanej książki, zaczynamy myśleć jak ludobójcy?
     Bo kogo widzisz, kiedy patrzysz na nią?
     Zgwałconą kobietę. Tę, która urodziła dziecko z gwałtu. Tę, która od gwałciciela dostała chorobę. A gdyby była profesorką uniwersytetu? Albo ministrem do spraw kobiet? Prezydentem kraju? Kogo wtedy w niej zobaczysz? Mądrą profesorkę? Sensowną panią polityk? Powiesz: ta zgwałcona Rwandyjka jest świetna. Nie dajesz jej szansy na bycie kimś innym. Kaci zatruli i twoje myśli: najpierw widzisz jej hańbę. Może myślisz o tym bez pogardy, nazywasz to krzywdą albo cierpieniem. Ale to jej cierpienie widzisz przede wszystkim. I zawsze tak będzie. Każda inna informacja — co robi, jak myśli, kim jest — będzie jedynie dodatkiem do jej zgwałconego ciała. Gdziekolwiek mieszkasz, i ty ją teraz zabijasz. Bronisz się? Zaprzeczasz? A jaka jest twoja pierwsza myśl o dziecku? Kim ono jest?
     Dlaczego nie mówię o nim: syn?
     Mówię: ten chłopak.
     Rzadziej: moje dziecko.
Syn? Mój syn?

Wojciech Tochman, Dzisiaj narysujemy śmierć,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.