Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okolice kryminału. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okolice kryminału. Pokaż wszystkie posty

czwartek, czerwca 12, 2025

5801. Z oazy (CCCXLI)  //  Mortkowanie (VII)

Od­liczanie literek, trzy, poślizgnięte okrutnie. Szósty tom, dwieście siedemdziesiąt sześć innych książek i jest: siódmy tom. Pierwszy, który przeczytamy bez Białego Kruka. Ile już za mną tych „pierwszych razów bez”. Wciąż pojawiają się nowe, biorą mnie z zaskoczenia, obezwładniają i dobrą chwilę zajmuje mi pozbieranie się.

A siódmy tom? Nie dosyć, że najlepszy z wszystkich części, to jest również obietnica, że to jeszcze nie koniec.

To musiał być Mortka. Od niego się zaczęło, a to już moja dwu­dzie­sta książka. […]  Przez ten czas ja zmieniłem się jako autor, zmienił się też Mortka. Mam nadzieję, że obaj dojrzeliśmy. I że widać to w tych książkach.

Wojciech Chmielarz

A komisarz Mortka… powróci!

🖇🖇

     – […]  Teraz ty wytłumaczysz mi, co cię tak bawi?
     Mortka dopiero teraz się zorientował, że na jego twarzy pojawił się sze­roki uśmiech.
     – Powiedziałaś „kurwa”. Po polsku.
     Justine wzruszyła ramionami, jakby nie rozumiała, o co chodzi.
     – Spodobało mi się to słowo. Ma w sobie tę moc i wibrację, którą po­win­no mieć każde porządne przekleństwo – stwierdziła i ode­tchnę­ła głę­bo­ko. – Czego ty się właściwie spodziewałeś, Kuba?

🖇

     – Aspirantka – powiedział Mortka.
     – Słucham? – zdziwiła się Maria Szulej.
     – Aspirantka – powtórzył. – To słowo ma żeńską formę.
     Kobieta wciąż na niego patrzyła, najwyraźniej nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi.
     – Zresztą nieważne – mruknął i machnął ręką. Potem zwrócił się do Zaj­dy: – Przepraszam za to pytanie, ale kim ona jest?
     Zajda wyszczerzył zęby.
     – Ona jest tobą, Kuba. Tylko w spódnicy.
     – W spodniach. Spódnice noszę pewnie rzadziej od niego – po­wie­dzia­ła Szulej, wskazując na Mortkę.
     – No to skoro już się znacie, zapraszam do siebie. Przygotuję nam coś do picia i porozmawiamy.
     […]
     Zajda zostawił ich samych. Stali naprzeciwko siebie, a Mortka zdał sobie sprawę, że oboje robią teraz to samo – zastanawiają się, kim jest, do diabła, ta druga osoba.

🖇

     – Wiesz, ile zaryzykuję, jeśli się zgodzę?
     – Wiem. Ale też wiem, że nic cię to nie obchodzi. Bo jesteś taka jak on. […]  Nie liczy się to, co wypada, tylko to, co jest słuszne.

🖇

     – To w jakim był wieku? Wiemy, że młody, ale osiemnaście? Dwa­dzie­ścia?
     – Myślę, że miał koło trzydziestki – zaryzykował odpowiedź.
     – Trzydzieści to dla ciebie ktoś młody? – mruknęła. – Ja mam niewiele więcej.
     – A ja ponad czterdziestkę i tak, jesteście jeszcze młodzi. I ten trupek, i ty.
     – Świata nie widzieliśmy i nic nie wiemy o życiu.
     – Dokładnie.
     Uśmiechnęli się do siebie i Mortka po raz pierwszy poczuł, że zawiązuje się pomiędzy nimi coś na kształt sympatii.

🖇

Nie zachowuj się tak, jakbyś wszystko wiedziała! Bo gówno wiesz! Szcze­gól­nie o mnie! […]  To miejsce było przepełnione wspomnieniami, duchami z prze­szłości, które czekały na okazję, żeby się na niego rzucić i go roz­szar­pać. Nie dostrzegał ich, bo skrywały się w cieniu, a teraz, kiedy zwietrzyły swoją szansę, nie zamierzały jej zmarnować.

🖇

Zawsze to było dla niego najważniejsze – robienie tego, co trzeba, nie­za­leżnie od wszystkiego. Tylko dokąd to go zaprowadziło? […]
     W którym momencie to się zaczęło? Kiedy zaczął tracić kontrolę nad własnym życiem?

🖇

[…]  zagryzał wargi, jakby miętolił słowa w ustach, nie po­tra­fiąc się zde­cy­do­wać, które z nich uwolnić.

🖇

[…]  dotarł do rozwidlenia dróg. Zatrzymał się. Popatrzył w lewo i w pra­wo, szukając czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc podjąć decyzję, w którą stronę jechać.

🖇

     – Przepraszam cię za wczoraj – odezwał się, kiedy jechali już prostą dro­gą w stronę Rozdroża Izerskiego. – Nie wiem, co mnie ugryzło.
     – Myślę, że wiesz – odpowiedziała. – Podważyłam sposób, w jaki pa­trzysz na samego siebie, fundament twojej samooceny, a to zawsze jest bo­le­sne. Żeby nie musieć skonfrontować się z tym bólem, wybrałeś wy­par­cie. To też bardzo naturalna reakcja. Powinnam się jej spodziewać.
     Policjant otworzył usta, a potem zamknął je bardzo powoli. Po­czer­wie­niał, zmarszczył brwi, jakby zaraz miał wybuchnąć, ale zamiast tego po prostu prychnął rozbawiony.
     – Kurwa – rzucił. – Ja chciałem cię tylko przeprosić, a nie za­czy­nać kolejną awanturę!
     Tym razem to ona wydawała się zakłopotana.
     – Tak – żachnęła się. – Teraz to ja… Sorry.
     – Ale miałaś dużo racji w tym, co mówiłaś. I w tym, co o mnie myślisz.
     – A skąd wiesz, co o tobie myślę?

🖇

Z perspektywy czasu zastanawiał się, czy nie otarł się wtedy o depresję. Szczególnie że właściwie cały czas chodził zagniewany. Może stąd brała się ta jego obsesja postępowania słusznie, nieumiejętność odpuszczenia, którą potem na różne sposoby sobie racjonalizował.

🖇

     – […]  A może…
     – Może co?
     – Może tak właśnie trzeba. Wierzyć albo wmawiać sobie takie opty­mi­stycz­ne scenariusze.
     – Raczej naiwne.
     – Jak zwał, tak zwał. Chodzi mi o to, że jeśli zawsze będziesz zakładała naj­gorsze rozwiązanie, to…
     – Nigdy się nie rozczaruję.
     Roześmiał się. Szczerze.

🖇

     – Jest pani gotowa?
     Nie była. Chciała stąd odejść. Chciała krzyczeć.
     – Tak – powiedziała.

🖇

     – Twoje roślinki cieszą się na twój widok?
     – Będziesz się śmiał, ale tak. Podlewam je tak rzadko, że kiedy mnie wi­dzą z butelką, to, przysięgam, merdają listkami.
     – Mają z tobą ciężko.
     – No… Mam z tego powodu wyrzuty sumienia.

🖇

[…]  zachichotał. Gardłowo, chropowato, jakby w środku po­ru­sza­ły się zardzewiałe zębatki dawno zepsutego mechanizmu.

🖇

Jeszcze brakowało mu kilku elementów, żeby zrozumieć, co działo się w tej małej sudeckiej wsi przez ostatnie kilkadziesiąt lat, ale w końcu dostrzegał wzorzec. I ona też go widziała.

🖇

Żadnej odpowiedzi.
     Z doświadczenia wiedziała już, że w takiej sytuacji najważniejsze są cierpliwość i spokój.

Wojciech Chmielarz, Rytuał,
Marginesy, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

     – Kuba…
     – Pożegnanie jest wtedy, kiedy obie strony wiedzą, że się żegnają. A nie wtedy, kiedy jedna coś sobie wymyśla i nic nie mówi drugiej!

🖇

     – Przeceniasz moje możliwości […].
     – Ona jest taka jak ty, Sucha.
     – Co masz na myśli?
     – Zależy jej. Jeśli mnie chcesz, to znajdź sposób.

(tamże)

niedziela, sierpnia 18, 2024

5561. Z oazy (CCLXXII)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. W zeszłym roku starczyło mi energii na to, by po zachwyceniu się tytułem, być święcie przekonaną, że jak tylko będę tę książkę miała na czytniku, natychmiast rzucę wszystko inne, co czytałam, by móc wsiąknąć w tę historię.

Ugrzęzła w kolejce setek tych książek, które mam w planie przeczytać i tkwiłaby tam jeszcze długo, gdyby nie wakacyjny plan czytania z półek oddalonych znacząco od tych, na których zwykle przesiaduję.

Na szczęście dopiero na koniec, czytając podziękowania — czy to nie jest przy­pad­kiem przestroga na przyszłość, by je zwyczajowo omijać? — dowiedziałam się, skąd wziął się pomysł na strukturę tej fantastycznej opowieści. Autorka przytoczyła że­laz­ny dowód w postaci popełnionego przez siebie esemesa: Chcę napisać taką książkę jak Russian Doll, tylko z pchnięciem nożem. Byłam zaskoczona. Umówmy się, ta książka jest według mnie niewyobrażalnie lepsza od Russian Doll. Znam takich, co byliby mniej radykalni i powiedzieliby, że jest po prostu ciut inna. Ja jednak po­zo­sta­nę przy swoim zdaniu: jeśli ktoś miałby w planie przeczytać w tym roku tylko je­den kryminał — bo to chyba jest kryminał — to koniecznie niech będzie to właśnie ta historia.

Im bardziej jestem po trzydziestce, tym mocniej zdaję so­bie spra­wę z tego, że niczego bym nie osiągnęła bez moich przyjaciół.

Gillian McAllister

🖇🖇

Przez całe swoje życie zawodowe zawsze szukała zarówno braku, jak i obec­no­ści różnych rzeczy. Dowodami często jest to, czego ludzie nie mówią. Co pomijają.

🖇

Przez całe życie była tak bardzo skupiona na tym, jakie wszystko się wydaje. […]  Po co to wszystko było?
     […]  A więc to jest ta chwila, chwila, w której Jen zdaje sobie sprawę, że to nie w tym rzecz.

🖇

Jakie to złowieszcze, przeżywać swoje życie wstecz. Dostrzegać rzeczy, któ­re wcześniej się przegapiło. Zdać sobie sprawę z przerażająco istotnych wy­da­rzeń, o których nie miało się pojęcia, że dzieją się wokół ciebie.

🖇

     – Nie wchodź mi pod nogi – odzywa się Kelly. Zwraca się do ich kota, Henryka VIII, który dostał takie imię, bo jest otyły od dnia, w którym go uratowali.
     […]  Potem się poddał, nakarmił Henryka i dodał: „Dobra, ale wiedz, że ja cię oceniam”.

🖇

     – Jaką chorobę może mieć osoba, która wpadła w pętlę czasu? […] 
     – Powiedziałbym, że to… stres – odpowiada w końcu, ostrożnie składając dłonie w piramidę. – Albo guz mózgu. Yyyy… padaczka skroniowa. Am­ne­zja wsteczna, poważne obrażenia głowy…
     – Nic dobrego.
     Rakesh […]  nie odpowiada, tylko robi wyczekującą, lekarską pauzę […].
     Jen się waha. Jeżeli jutro będzie wczoraj, to czy cokolwiek w ogóle ma znaczenie?
     […]
     – Myślisz, że oszalałam?
     – Nie – odpowiada spokojnie Rakesh. – Nie zapytałabyś o to, gdyby tak się stało.
     […]
     – Słuchaj. To pewnie stres – odpowiada szybko Rakesh. – Jesteś ko­mu­ni­ka­tyw­na. I znasz właściwą datę. Powiedziałbym, że to coś… sam nie wiem. Niepokój. Jesteś na to trochę podatna, nie? Albo depresja, może sprawić, że dni wydają się takie same, jakbyś do niczego nie zmierzała… To nie jest psychoza.
     – Dzięki. Mam nadzieję, że nie.
     – To znaczy… muszę przyznać – dodaje Rakesh, a jego ton staje się żar­to­bli­wy – że nie mam, kurwa, zielonego pojęcia.
     […]
     – Może po prostu się zagubiłaś – mówi on. – Mnie się to ciągle zdarza na różne drobne sposoby. Ostatnio nie mogłem sobie przypomnieć, jak tu je­cha­łem. Za nic nie potrafiłbym ci powiedzieć, którą drogą. Przecież to nie jest dysocjacja. To życie. Śpij więcej. Jedz trochę warzyw.

🖇

Więc jak to się stało? Jak ona to zrobiła? […]
     I co musi zrobić, żeby się z tego wydostać?
     […]  Musi chodzić o to, że powinna coś zmienić: zmienić coś, żeby to powstrzymać.

🖇

     – Co byś zrobił, gdybyś utknął w takiej pętli? – pyta go.
     – Och, to prawie zawsze chodzi o jakiś mały szczegół – odpowiada lekko Todd.
     – Co masz na myśli?
     – No wiesz, efekt motyla. Jedna drobna rzecz, która zmienia przy­szłość. […] 
     […]  Jeżeli to się rzeczywiście, naprawdę dzieje, to jej zadaniem jest powstrzy­mać morderstwo. Zrozumieć prowadzące do niego wydarzenia i prze­szko­dzić im. A potem, pewnego dnia, kiedy jej się to uda, obudzi się i to nie będzie znowu wczoraj.

🖇

     – A… załóżmy tylko, że tego nie rozwiążę.
     – Myślę, że to się wyjaśni. Nie trać wiary, Jen. Istnieje porządek rzeczy, o którym my czasami nie mamy nawet pojęcia.

🖇

Jen przychodzi coś do głowy. Potrzebuje wyłącznie zmiany. Musi zdmuch­nąć jedną zapałkę w całym długim rzędzie. Utrzymać domino, które w in­nym wypadku się przewróci. A potem może się zbudzi i będzie jutro.

🖇

     – Rozumiemy, że, no wiesz… […] 
     – Naprawdę? Rozumiemy to? – pyta Jen. Patrzy na niego zaskoczona.

🖇

     – Nowy zajmuje się herbatą. – Wskazuje na salę odpraw. – Dowiedz się, co kto chce. – Poklepuje go po ramieniu i wychodzi.
     – W porządku.
     Dam radę, mówi sobie Ryan. Potrafi parzyć herbatę.
     Ale jak się okazuje, herbata jest skomplikowana. Piętnaście kubków. Róż­ne mo­ce, róż­ne słodzidła. Kurwa, nawet różne mleka. Słodzik, zwykły cukier – to nie jest proste.

🖇

     – A ty, jak myślisz, dlaczego ci się to przytrafia?
     […] 
     Myśli o pętlach czasu, o efekcie motyla, o zmianie jednej, drobnej rzeczy.

🖇

     – Nie muszę pytać o to, czy wierzysz, że mówisz mi prawdę – stwierdza Andy po chwili namysłu.
     To w pewnym stopniu pasywno-agresywne „czy wierzysz” porusza Jen. To język lekarzy, przeciwników w rozprawach, pasywno-agresywnych krew­nych, coachów dietetycznych…
     – Tak – odpowiada. – O ile to ma jakieś znaczenie.
     Jen przez chwilę pociera oczy, próbując myśleć. No, dalej – mówi sobie. Jesteś mądrą kobietą. To nie jest takie trudne. To taki sam czas, jaki znasz, tylko wstecz.

🖇

[…]  znajomość przyszłości jest gorsza od niewiedzy.

🖇

     – Czy dni, w których lądujesz, mają ze sobą coś wspólnego?
     – Czasami… Zawsze się czegoś dowiaduję. Ale… […]  Tyle rzeczy, które powinny zadziałać, żeby to powstrzymać, nie sprawdziło się.
     – Może tu nie chodzi o powstrzymanie.
     […] 
     – Może nie chodzi o to, żeby to powstrzymać, tylko zrozumieć.

🖇

     – Czasami – mówi łagodnie, kiedy ona kończy – emocje przeżywania cze­goś po raz pierwszy nie pozwalają nam zobaczyć prawdziwego obrazu, prawda? – Pociera sobie brodę. – Gdybym mógł się cofnąć… do rzeczy, przy których mógłbym po prostu stanąć i prawdziwie, w pełni ich do­świad­czyć, kiedy już wiem, jak się skończą…
     Jen patrzy na Andy’ego, na tę jego młodszą, mniej znużoną, bardziej sen­ty­mentalną wersję.
     – Może o to chodzi – odpowiada mu. Uważność. Doświadczanie życia w najdrobniejszych szczegółach, tak jakby z pewnego oddalenia.
     I może tylko tyle musi wiedzieć.

🖇

To dlaczego jest brakującym elementem układanki.

🖇

Myślimy tylko o złych rzeczach, które nas spotykają, a nie o tych, których dzięki szczęśliwemu losowi unikamy.
     […]  nigdy nie widzimy tych wypadków, które nas omijają o włos, tych strzał, które ledwie mus­kają naszą skórę.

🖇

[…]  myśli o dzisiejszym dniu. W końcu to wszystko, co ma.

Gillian McAllister, Nie to miejsce, nie ten czas,
przeł. Anna Tomczyk, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Musi być jakiś sposób, żeby Kelly jej uwierzył: jej naj­więk­szy sprzymierzeniec, kochanek, przyjaciel, męż­czy­zna, z którym jest najgłupszą i najprawdziwszą wersją siebie.

🖇

Musi się stąd wydostać. Ale skąd? Z wczoraj?

🖇

     – Och – mówi do nikogo, taki maleńki ka­wa­łek słowa, ogromna sylaba zrozumienia.

🖇

Rozgląda się, szukając dowodów. Nie wie, czego szuka; prawdopodobnie nie będzie wiedziała, dopóki tego nie znajdzie.

🖇

Cokolwiek teraz czuje, nie zdoła to jej powstrzymać.

🖇

Będzie się po prostu cieszyła resztą dnia. Może jeśli przestanie próbować, coś z niego wyciągnie, coś się wydarzy.

(tamże)

niedziela, sierpnia 11, 2024

5549. Z oazy (CCLXX)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Bele-trele-wakacje, czyli ciąg dalszy czytania z nie­moich półek. Postanowiłam pozostać na płyciźnie, żadnych skoków na głęboką wodę, więc co druga czytana książka należy do tych rzadko przeze mnie uczę­szcza­nych rejonów literatury.

Pomysł na konstrukcję tej opowieści mnie zachwycił. Mówienie do mnie per czy­tel­ni­ku nie podobało mi się wcale, można było tłumacząc troszkę ruszyć głową. Spi­ral­ny ruch narracji, dorzucane kolejne fakty, myśli i pomysły czynią tę historię na tyle interesującą, by, pozostając na miejscu siedzącego daleko obserwatora, stać się oso­bą zaangażowaną. Ale to tyl­ko wrażenia, bo co ja tam wiem o thrillerach.

A ten wiatr był niczym gniew Boga. Pojawił się znikąd – niczym błyskawica przecinająca niebo. Bez ostrzeżenia. Furia – tak nazywała go babka. I mia­ła rację.
     […]  W dzieciństwie Agathi wierzyła, że babka ponosiła odpo­wie­dzial­ność za te gwałtowne porywy wiatru; że sprowadzała je którymś ze swoich zaklęć lub magiczną miksturą bulgoczącą na kuchni.

🖇

[…]  lubimy, by kwestie moralne były proste, czyż nie? Dobry/zły, nie­win­ny/win­ny. Sprawdza się to w fikcji; w realnym życiu podziały nie są tak wyraźne. Ludzie to skomplikowane stworzenia, a światło i cień są obecne w każdym z nas.
     […] 
     To, czego szukam – nie, czego żądam – to twoje zrozumienie. W prze­ciw­nym razie moja opowieść nie poruszy twojego serca.

🖇

     – Wcale się nie oszukuję. […]
     – Jestem innego zdania.
     – Gówno o tym wiesz.

🖇

Znam konwencję tego gatunku. Wiem, co powinno się wydarzyć. Wiem, cze­go się spodziewasz. Dochodzenia, rozwiązania zagadki, zwrotu akcji.
     Bo tak to się powinno potoczyć. Ale, jak ostrzegałem na początku, nie tak to będzie wyglądało.

🖇

Każdy morderca jest zapewne czyimś starym przyjacielem.
– Agatha Christie

🖇

Tutaj, w wyobrażonym sobie przeze mnie barze, w którym z tobą roz­ma­wiam, zamówię dla ciebie kolejny drink – i każę ci się przygotować. Dla sie­bie też coś wezmę – nie idealne martini jak w dawnych czasach, tylko zwy­kły kieliszek wódki, takiej taniej, co pali w przełyku. Potrzebuję jej, żeby uspo­ko­ić nerwy.
     Dlaczego się denerwuję? To brzmi niedorzecznie, wiem – no ale opo­wie­dzia­wszy ci swoją historię i spędziwszy z tobą tyle czasu, przy­wią­za­łem się do ciebie. Nie chcę tracić ani ciebie, ani twojego dobrego zdania o mnie.

🖇

Prawda, jak to się powiada, bywa
często dziwniejsza od fikcji.

🖇

To zabawne, że kiedy powieściopisarz Christopher Isherwood pisał o sobie w czasach młodości, zawsze czynił to w trzeciej osobie.
     Pisał o „nim” – dzieciaku imieniem Christopher.
     Dlaczego? Myślę, że dzięki temu mógł ze sobą empatyzować. O wiele ła­twiej jest być empatycznym dla innych, prawda? Gdy widzisz na ulicy prze­stra­szonego chłopca, zastraszanego, zawstydzanego, nieszanowanego przez przemocowego rodzica, natychmiast mu współczujesz.
      […]  Czasami potrzebna jest bezstronna osoba z zewnątrz, na przykład zdolny psychoterapeuta, który pomoże nam dostrzec prawdę – że jako dzie­ci byliśmy sami i przestraszeni w przerażającym miejscu, i że nikt nie za­u­wa­żał naszego bólu.

🖇

[…]  danej osobie lub obiektowi nadajesz wartość poprzez uwzględnienie go w wyborze składającym się z dwóch alternatyw. To, z czego jesteś gotów zre­zygnować dla czegoś, mówi nam wszystko o tym, jak bardzo to cenisz.
     Jason stał w obliczu jasno określonego wyboru […].
     – Co jest, kurwa? – warknął. – Ciebie to bawi, ty podły fiucie?
     – Mnie? – Zaśmiałem się. – Ja jestem chyba twoim najmniejszym pro­ble­mem, stary.

🖇

Co by było, gdybym na sekundę odłożył emocjonalny bagaż obsesyjnego skupiania się na sobie, który upierałem się dźwigać?
     Co by było, gdybym usłyszał, co Lana do mnie mówi? Cóż… Mógłbym wtedy odkryć, że jej słowa nie miały nic wspólnego ze mną, ale z nią.
     […] 
     Gdybym zdawał sobie z tego sprawę wtedy – gdybym nie był tak ślepy, przestraszony i gdybym miał w sobie więcej odwagi – mógłbym postąpić zupełnie inaczej.

🖇

Nauczyłem się na własnej skórze, że z narcyzem nie wygra się żadnej sprzeczki. To tak nie działa. Zwycięstwo można odnieść, tylko wychodząc.

🖇

Obawiałem się, że mogę powiedzieć coś niewybaczalnego, coś, czym prze­kro­czę granicę, której przekraczać nie należy.
     Dlatego się nie odezwałem. Odwróciłem się i wyszedłem.

🖇

Zrobił krok w jej stronę i wyciągnął rękę. A Kate cofnęła się mały krok – bezwiednie, ale to otworzyło przepaść między nimi.

🖇

Często słyszałem, jak pisarze mówią, że ich bohaterowie „im uciekli”, zaczęli się zachowywać niezależnie i „mieć własne życie”. Pogardzałem tą ideą, kwi­to­wa­łem jej pretensjonalność przewracaniem oczami. Ale teraz, ku wła­sne­mu zdumieniu, doświadczałem właśnie czegoś takiego. Miałem ochotę im przeszkodzić – powiedzieć: „Nie, nie, nie to mieliście mówić” oraz: „To nie powinno się dziać”… Tyle że się działo.

🖇

Prawda je wyzwoliła – a przynajmniej lekko uchyliła drzwi. Wreszcie mogły otwarcie porozmawiać.

🖇

Zarówno w teatrze, jak i w życiu myśl pana Levy’ego można sprowadzić do trzech słów: motywacja, intencja oraz cel.
     Każdy bohater ma cel – chce być bogaty, na przykład. Osiąga go w dro­dze sformułowania intencji – na przykład ciężkiej pracy, poślubienia córki szefa albo obrabowania banku. Na razie wydaje się to proste. Ostatni skład­nik jest najważniejszy i bez niego bohaterowie pozostają dwu­wy­mia­rowi.
     Musimy zapytać o to, dlaczego.
     Nie stawiamy tego pytania zbyt często. Niełatwo „na nie odpowiedzieć – wymaga to samoświadomości i szczerości.

🖇

„Oto, czym jest zadowolenie” – pomyślała.
„Wszystko jest doskonałe takie, jakie jest”.

🖇

     – […] – Uśmiechnęła się, gdy coś jej przyszło do głowy. – To mi przy­po­mnia­ło coś, co powiedział niegdyś Winnicott. O „prawdziwym ja”. Po­wie­dział mianowicie, że dostęp do niego umożliwia nam gra.
     Błędnie zrozumiałem, co Mariana miała na myśli, i nadstawiłem uszu.
     –  Gra? Naprawdę?
     – Nie aktorska. – Mariana pokręciła głową. – Gra w znaczeniu zabawy.
     – Och, rozumiem. – Straciłem zainteresowanie.
     – Chodziło mu o to, że nasze prawdziwe ja pojawia się dopiero wtedy, gdy nie mamy przed kim występować, nie ma publiczności, aplauzu. Nie trzeba spełniać żadnych oczekiwań. Zabawa nie służy żadnemu kon­kret­ne­mu celowi i nie wymaga nagród. Jest nagrodą sama w sobie.

🖇

Sprawy zaszły dalej, niż którekolwiek z nas mogłoby sobie wyobrazić.

Alex Michaelides, Furia, przeł. Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

[…]  urok nie utrzymuje się wiecznie. Pewnego dnia pry­ska i oczarowanie znika; iluzja się kończy.
     I zostaje wyłącznie powietrze.

🖇

Moja wszechwiedza ma charakter wyłącznie retrospektywny.

🖇

Już nie czuła się zagubiona. Mgła się podniosła, widziała drogę. […]  Przez te wszystkie lata uciekała – przed tym, kim jest, przed jedyną rzeczą, która nadawała jej zna­cze­nie. […]  czuła się mocna niczym Feniks wstający z po­piołów. Silna i nieustraszona. Sama, ale bez lęku. Nie było się czego bać. Czuła… co takiego? Co takiego czuła? Radość? Tak. Radość.

🖇

     – Nie pisz swojej historii dla żadnego odbiorcy, Elliocie. Pisz ją dla siebie.

(tamże)

wtorek, września 26, 2023

5207. Z oazy (CLXXXIX)

Dwunie­dzielne odliczanie literek, pięć. Poślizgnięte na niedzielnym wahaniu i upior­nym bólu, który skasował poniedziałek.

Ile czasu zajmuje mi przeczytanie książki? Są takie, których po wzięciu do rąk, nie puszczam, dopóki nie skończę. Są takie, które połykam. Są takie, których kolejne roz­działy podlegają ścisłej reglamentacji, by starczyło mi na dłużej. Są takie, które trudno mi polubić, męczę się ciut lub je porzucam. W tym zamieszaniu jest i kultura włoska, która próbuje mnie uwieść nie tylko sztuką kulinarną czy bogactwem ge­stów. Tę książ­kę czytałam bardzo metodycznie, dokładnie 30 dni. Dziś skończyłam.

Komisarza Montalbano poznałam kilka lat temu, próbując oglądać ekranizację kry­minałów z nim w roli głównej. Wielu czytających cykl z komisarzem okrutnie na­rze­ka na fizjonomię, grającego go aktora. Nie czytałam, nie narzekam, mi pasuje bar­dzo ten swoisty przystojniak. Jednak żadnego filmu nie dałam rady obejrzeć, pod­sypiając, gdy mówiony język włoski nie wystarczał, by utrzymać otwarte oczy.

Przeleżała ta książka na stosiku czytelniczym lata, bo z gatunkiem, który re­pre­zen­tu­je, mam nierokującą najlepiej relację. Ale włoski Autor! Ale Biały Kruk lubił dobre kry­mi­na­ły! Z tym argumentami nie dyskutowałam. Zaczęłam od posłowia. Podję­łam ręka­wi­cę: 30 dni z Camilleri’m. Ubawiłam się tymi opowiadaniami, czasem nawet nietknię­ty­mi farbką kryminalnego koloru. W końcu zaskoczyłam i zasmakowałam w atmosferze pracy komisarza, fantastycznie oddanej w ekranizacjach powieści, których jest boha­te­rem. Powiedzieć bardzo włoska, to nic nie powiedzieć. Więc milczę i czytam dalej. I wra­cam do oglądania.

Zmieściło się w tym zbiorze trzydzieści opowiadań. Trzeba miesiąca, żeby codziennie przeczytać jedno: tak należy ro­zu­mieć tytuł.
     Wszystkie powstały w okresie od początku grudnia 1996 do końca stycznia 1998 roku.
  // w posłowiu od Autora

dzień 30.:
Obosieczna poszlaka (Movente a doppio taglio)

Jednak teraz, gdy leżał na posadzce w kuchni, zamordowany trzydziestoma ciosami noża w twarz, pierś, brzuch i pachwinę […].
     – No to co? – spytał Montalbano lekarza sądowego, doktora Pasquano.
     – Jakie znowu „co”? – obruszył się Pasquano. – Chce pan wiedzieć, dla­cze­go nie żyje? Niestrawność. Przejadł się figami.

*

     – Czuje się pani na siłach udzielić paru wyjaśnień? – zaczął komisarz.
     – Jeśli Bóg dopomoże, a Matka Boża będzie mi towarzyszyć…
     Komisarz miał szczerą nadzieję, że Bóg i Matka Boska w takich oko­licz­no­ściach znajdą trochę czasu, by pomóc wdowie. Nie chciał prze­by­wać w tym po­miesz­cze­niu ani minuty dłużej, niż to będzie konieczne.
     […]
     – Od czego mam zacząć?
     – Od czego pani sobie życzy.
     – Więc dwadzieścia lat temu, kiedy już mieszkałam w tym domu z moim biednym mężem Raffaele…
     Komisarz nie mógł odżałować, że tak lekkomyślnie pozostawił swobodę historycznej i chronologicznej inwencji wdowy. Ale nie mógł tego odwołać. Trzeba było wcześniej pójść po rozum do głowy.

dzień 29.:
Napastnik (Lo scippatore)

„Chuj wie, co robić?” – pomyślał Montalbano, poprawiając na sobie kurtkę. […]  Można było tylko iść dalej.

*

     – Był szybszy?
     – Nie, komisarzu, sprawniejszy.

dzień 28.:
Powitanie Nowego Roku (Capodanno)

Noc syl­westrowa w hotelowym salonie, w tłumie nieznajomych, z uda­wa­niem we­so­łe­go nastroju podczas kolacji i balu, na pewno wpędziłaby go w chorobę.

*

Znasz się na kobietach, Mimì. Powiedz mi coś o pani Rosinie. Co to za typ?
     – Na chodzie – odpowiedział Mimì Augello. – Mimo żałoby odsłania dekolt, o który warto walczyć pierś w pierś.

dzień 27.:
Rajski zakątek (Un angolo di paradiso)

Na skale znalazł małą półkę, na której mógł się położyć. Jakiś czas leżał, wygrzewając się jak jaszczurka, a szum pulsującego w dole morza odpędzał przykre myśli, które czasem się pojawiały.

dzień 26.:
Zabita mysz (Il topo assassinato)

Instynkt urodzonego policjanta sprawiał, że wyławiał po omacku, znikąd, na wyczucie, różne anomalie i drobne, niepasujące do siebie szczegóły, do­strze­gał najmniejsze zakłócenia zwykłego, spodziewanego porządku. Zrobił kilka kroków do skałki na końcu mola i usiadł. Otworzył torebkę z orzeszka­mi i pestkami, ale ręka utknęła mu w środku. Nie mógł udawać, że nic się nie stało. W zasięgu jego wzroku coś zakłócało ład, wyłamywało się z nor­my. „Trudno – wymamrotał do siebie. – Trzeba się rozejrzeć”.

*

     – Czego pan ode mnie chce? Nie mam żadnego pańskiego trupa już od dwóch tygodni, o co panu chodzi? – dopytywał się doktor Pasquano, lekarz sądowy, wprowadzając komisarza do swego gabinetu. Jeśli umiało się go po­dejść, Pasquano stawał się człowiekiem dobrym, miłym, ale charakter miał nieznośny.

dzień 25.:
Pięćdziesiąt par podkutych butów
(Cinquanta paia di scarpe chiodate)

     – […]  Dałbyś szklankę wody?
     – Wody? W wodzie ludzie się topią! Siadajcie, przyniosę wina, na zmęczenie lepsze wino – powiedział Peppi, wchodząc do domu.

dzień 24.:
Dwóch filozofów i pojęcie czasu
(I due filosofie il tempo)

Szósty kupił chyba setkę kart telefonicznych, wszedł do kabiny, wkładał je po kolei do aparatu i czuł się jak u siebie w domu.

*

Swoim brakiem wątpliwości – swoim wahaniem o amplitudzie minuty, nie więcej, nie mniej – profesor Guglielmo La Rosa skomplikował mu do­cho­dze­nie, które wydawało się nadzwyczaj proste.

dzień 23.:
Jak” (Lo Yack)

W 1968 roku przyszły komisarz miał osiemnaście lat. Z zapałem oddawał się temu wszystkiemu, czym w tamtym roku zajmowali się młodzieńcy w je­go wieku: manifestował, okupował, proklamował, nie przepuszczał dziew­czy­nom, palił marihuanę i bił się z przeciwnikami. To znaczy z policją.

*

Komisarz przytomnie przyjął postawę obronną, zaczął się wykręcać, twier­dząc, że nie jest pewien, czy znajdzie wolny dzień. A to dlatego, że w do­mu Valentego źle się jadało. To, co wyrabiała jego żona, karmiąc gości, nie­wie­le się różniło od zabójstwa z premedytacją.
     – Jestem sam – dodał Valente. – Żona pojechała na parę dni do ro­dzi­ców. Wybierzemy się na obiad do jakiejś gospody w okolicy, na pewno znasz tu niejedną…
     – Jutro z rana, a najdalej w południe, jestem u ciebie – zakończył roz­mo­wę ucieszony komisarz.

dzień 22.:
Delikatna sprawa (Una faccenda delicata)

     – A co to było?
     – Pomagał mi włożyć płaszczyk, a ja go kopnęłam w nogę.
     – Jeśli tak było, jak mówisz, to ty jesteś niedobra, a nie on.
     – Nie. On.

dzień 21.:
Człowiek, który chodził na pogrzeby
(L’uomo che andava appresso ai funerali)

Kiedy Montalbano chciał się skupić nad jakąś sprawą albo po prostu za­czer­pnąć świeżego powietrza, kupował sobie torebkę prażonych orzeszków i pestek dyni i szedł na długi spacer aż do latarni morskiej, na wschodnie mo­lo. Usta i mózg całą drogę miały co robić.

dzień 20.:
Ręka artysty (Tocco d’artista)

Kiedy już mi trudno usiedzieć w domu, to która by była godzina w nocy, od­wią­zu­ję psa i idę się przejść. Wtedy, proszę pana, mój pies, który nazywa się Pirì, rusza z domu naburmuszony.
     – I co robi? – spytał, wciąż zza kadru, Nicolò.
     – Chciałbym zobaczyć pana, panie dziennikarzu, gdyby ktoś zerwał pana w nocy i dalejże, przechadzaj się pan dwie godziny! Nie byłby pan wściekły? Pies też jest wściekły.

*

     – Wyśmieje cię, bo mamy tylko gładkie słowa, zamki na lodzie, puste gadanie. Kto nie sieje, nie zbierze. Tu są potrzebne dowody, które można przed­sta­wić w sądzie, a my takich skarbów nie mamy. Nie zaprzeczysz.
     – Więc co robimy?
     – Będę myślał. Mam na to całą noc.

*

     – Salvo, co wymyśliłeś? Co robimy?
     – Posłuchaj, Nicolò, nie mamy wyjścia, możemy iść tylko w jednym kierunku, choć to jak spacer po linie.
     – Albo jak grzęzawisko. Wpakowaliśmy się.
     – To prawda, ugrzęźliśmy. Ale bagno sięga nam na razie do piersi. Zanim się całkiem pogrążymy, mamy przynajmniej jeszcze jeden ruch. Jeden jedyny.

dzień 19.:
Policjanci i złodzieje (Guardie e ladri)

     – Bawimy się w policjantów i złodziei?
     Pytanie wyrwało mu się znowu, było w nim, nie umiał się go wyrzec. I tak dobrze, że pozwolił dorosłym dopić kawę.

dzień 18.:
Jasnowidząca (La veggente)

Hyaena ridens – nazywał go Montalbano, bo aptekarz przypominał mu sta­ry kawał o dwóch przyjaciołach, którzy wybrali się do ogrodu zoo­lo­gicz­ne­go. Jeden czyta tabliczkę na klatce z hieną: „Hyaena ridens, czyli «śmiejąca się». Żyje na pustyni, wychodzi na łowy wyłącznie w nocy, żywi się padliną, rozmnaża raz do roku”. Zdumiony pyta drugiego: „To co ją tak śmieszy?”

*

Przypływ melancholii, smętna fala, wysoka jak na Pacyfiku, dopadła tego wieczoru wicekomisarza.

dzień 17.:
Stary złodziej (Il vecchio ladro)

     – Podrzucić cię do Vigaty? – spytał Montalbano.
     – Jeśli pan tak dobry – odpowiedział Orazio Genco, opierając się wygodnie. Był w zgodzie ze sobą i z całym światem.

dzień 16.:
Opowiedział o tym Aulus Gellius
(Quello che contò Aulo Gellio)

Ogrzewanie w samochodzie komisarza Montalbano zastrajkowało bez ostrzeżenia, podstępnie wykorzystując fakt, że właśnie wiała tramontana, ciągnąca pewnie aż od Skandynawii.

dzień 15.:
Pakt (Il patto)

     – Sprawca – nie przerywał potoku słów Mimì Augello – chciał sady­stycz­nie przerazić profesora, zanim go zabił. Przyjrzyj się: strzelał do lampy, do biblioteki, do tego obrazu… to chyba reprodukcja Pocałunku Velazqueza…
     – Hayeza – poprawił go pedantycznie Montalbano.


Francesco Hayez (1791–1882), Pocałunek.

dzień 14.:
Being here… (Being here...)

Mówił po włosku językiem książkowym, nieskażonym żadnym dialektem. Miał tylko szczególny, wyraźnie wyczuwalny akcent.

dzień 13.:
Ostrzeżenie (L’avvertimento)

     – Mimì, wiesz coś więcej o spalonym samochodzie?
     – O którym samochodzie?
     – O tym, co sam chodzi, jak wlejesz do niego benzyny.
     – Chwileczkę, Salvo, nie wściekaj się. O czyim samochodzie mówisz?
     Montalbano się zreflektował.
     – Wybacz, Mimì… Ile samochodów spalono u nas w ciągu ostatnich dwóch tygodni?
     – Siedem.
     – Rozumiem. Pytałem o toyotę Carla Memmiego.

dzień 12.:
Ikar (Icaro)

     – Pański syn jest pełnoletni.
     – Co to ma do rzeczy?
     – Coś ma, bo nie możemy go szukać, jakby był wyrostkiem, który uciekł z domu i nie wraca.

*

Zbliżył się Hugo, który także usłyszał pytanie komisarza.
     – Italiano skochany? Nikomu go dziś nie widział.

dzień 11.:
Cuda w Trieście (Miracoli di Trieste)

Był wczesny ranek, przejrzysty i jasny, i komisarz, który w ciągu jednego dnia podlegał irytującym zmianom nastroju, miał nadzieję, że uda mu się zachować do wieczora ten stan ducha, który czynił go wyrozumiałym wo­bec wszelkich zbiegów okoliczności i nieprzewidzianych zdarzeń.

dzień 10.:
Pułapka na koty (Trappola per gatti)

Kiedyś córeczka mojej znajomej, dziewczynka może czteroletnia, na­ry­so­wa­ła na kartce wydartej z zeszytu ptaka. Przynajmniej ona była pewna, że to ptak, chociaż nie można by dać za to głowy. W każdym razie poprosiła mat­kę, żeby podpisała rysunek: „To jest ptak”. Potem wzięła kartkę i usta­wi­ła ją na trawie w ich ogrodzie. „Po coś to zrobiła?”, spytała z ciekawością mat­ka. „To pułapka na koty”, odpowiedziała mała.

dzień 9.:
Towarzysz podróży (Il compagno di viaggio)

Wszedł do przedziału. Nie było tam jeszcze drugiego pasażera ani jego ba­ga­żu. Zdążył się rozlokować i zaczął czytać kryminał, który wziął ze sobą. W wyborze książki kierował się jej objętością, gdyż miała mu starczyć na całą podróż. Po chwili pociąg ruszył.

dzień 8.:
Diabelski fetor (L’ odore del diavolo)

     – Pani Clementino, a pani wierzy w diabła?
     – Ja? Gdzież tam! Gdybym wierzyła, po co opowiadałabym panu tę hi­storię? Gdybym wierzyła, wolałabym raczej opowiedzieć ją biskupowi. Nie sądzi pan?

dzień 7.:
Dzienniczek z 1943 roku (Un diario del ’43)

Ciepły wiatr z Libii [libeccio]  wiał tak mocno, że morze zalało plażę i po­de­szło pod samą werandę domu ko­mi­sarza Montalbano. Dlatego nastrój komisarza, który tylko wtedy nie miał pretensji do siebie i całego bożego świata, kiedy mógł się wygrzewać na słońcu, był czarny jak noc. Fazio znał swego szefa na wylot, toteż ledwie go zobaczył wchodzącego do ko­mi­sa­ria­tu, na­tych­miast zniknął mu z oczu. A Catarella, chociaż był tu już ponad rok, za­po­mniał, na jakie ryzyko się naraża, i nieopatrznie wpakował się do gabinetu.

dzień 6.:
Olbrzymka zawsze uprzejmie uśmiechnięta
(Una gigantessa dal sorriso gentile)

     – I spodziewa się pan, że mogę w czymś pomóc?
     – Oczywiście. Ale wcześniej zadam ojcu jedno pytanie: czy ksiądz, kiedy kłamie, popełnia grzech?
     – Jeśli kłamstwo służy dobru, to nie sądzę.

dzień 5.:
Miłość (Amore)

     – Ona nigdy nie była zazdrosna. On może tak, ale na swój sposób.
     – Co pan ma na myśli?
     – To, że nie był zazdrosny o nic aktualnego, tylko o przeszłość Micheli.
     – Paskudna sprawa.
     – Oj, tak! Najgorszy rodzaj zazdrości, na taką nie ma lekarstwa!

dzień 4.:
Łeb w łeb (Par condicio)

Ale ich synowie już powoli tracą cierpliwość: sześćdziesięcioletni don Lillino Cuffaro, syn don Sisina, i pięćdziesięcioletni don Masino Sinagra, syn don Balduccia, chcieliby wreszcie stanąć na czele rodzin i trochę się uno­wo­cze­śnić, ale jeszcze się trzęsą przed ojcami.

*

     – Wie pan, że trzech należy do tej samej rodziny, a tylko jeden do przeciwnej?
     – Nie, nie wiem. I mogę pana zapewnić, że mam to absolutnie i głęboko gdzieś. Poglądy polityczne, wierzenia religijne, przynależność do sto­wa­rzy­szeń nie są jeszcze, niestety, obiektem badań podczas sekcji zwłok.
     – Dlaczego mówi pan: nie są jeszcze?
     – Dlatego, że w moim przekonaniu już za parę lat wynajdzie się sto­so­wne aparaty, które na podstawie dobrze przeprowadzonej autopsji po­zwo­lą ustalić, co denat myślał o polityce. Ale może przejdziemy do rzeczy: o co panu chodzi?

dzień 3.:
Skrót (La sigla)

Gdzieś o drugiej w nocy, kiedy już spał na dobre, coś go zbudziło, coś, co na­gle pojawiło się w jego głowie. Już kiedyś mu się zdarzyło, że zbudził się w ta­ki sam sposób, i od tamtego czasu nabrał pewności, że kiedy śpi, jakaś cząstka jego mózgu czuwa i próbuje zmagać się z nierozwiązanym pro­ble­mem. A potem bez wahania przywołuje go do rzeczywistości.

dzień 2.:
Sztuka wróżenia (L’arte della divinazione)

     – Opowiedział pan o tym żonie? – spytał komisarz, który kiedy chciał, umiał być naprawdę skończonym bydlakiem.

*

     – Wie pan, do czego on jest zdolny? – ciągnął dyrektor. – Widziałem na własne oczy, jak nakłaniał uczennicę do palenia.
     – Trawki?
     Gaspare Tamburello zdziwił się, a nawet obruszył.
     – Jakiej tam trawki! Dlaczego mieliby palić trawę?! Podsunął jej praw­dzi­we­go papierosa.

*

Montalbano zaczął żałować, że człowiek, który strzelał – jeśli ktoś taki rze­czy­wiście chodzi po ziemi – nie miał większej wprawy.

*

     – […]  zaczął się we mnie wpatrywać i wpatrywać, aż zrobiło się cicho jak w grobie. Tak, tak, panie komisarzu, wytworzył się tak napięty nastrój, że, szczerze mówiąc…
     – Niech pan, na Boga, pieprzy nastrój!

dzień 1.:
List anonimowy (La lettera anonima)

Gruba książka telefoniczna Palermo i prowincji, przypadkiem leżąca na biurku komisarza, zerwała się do lotu, przefrunęła przez cały pokój i trafiła w przeciwległą ścianę, zrzucając ozdobny kalendarz, którym uprzej­mie obdarowała komisariat cukiernia „Pantano & Torregrossa”.

*

     – Gdzieś ty zdobył tyle plotek?
     – U fryzjera – odpowiedział inspektor, przeciągając dłonią po świeżo ostrzyżonym karku.

*

Wezwał Fazia.
     – Posłuchaj, Fazio. Idę na obiad. Do komisariatu wrócę koło czwartej. Masz mi do tego czasu dowiedzieć się wszystkiego o rodzinie Verruso. Od pradziadka poczynając aż po siódme przyszłe pokolenie.
     – Gdzież ja się tego dowiem?
     – U drugiego fryzjera.

Andrea Camilleri, Miesiąc z komisarzem Mntalbano,
przeł. Stanisław Kasprzysiak,
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2016.

niedziela, września 25, 2022

4766. Z oazy (LXIV)  //  Mortkowanie (VI)

Niedzielne odliczanie literek, pięć. Miesiąc przed publikacją już czekałam. W dniu publikacji miałam dla moich chłopaków audiobuka, a dla siebie ibuka, do którego nie zajrzałam. Od połowy czerwca razem z Sadownikiem degustowaliśmy kawałek po kawałku w lekarskich comiesięcznych podróżach samochodowych.

Szkoda, że cały tom w jedną noc się rozgrywa. Szkoda, że nie ma Kochana. Ciekawe, czy będzie jeszcze kolejna część, gdy i Mortka, i Autor posuną się w latach. Chcia­ła­bym znów spotkać Kochana.

W momencie, kiedy pisałem Podpalacza, Mortka miał trzydzieści cztery lata, ja dwadzieścia sześć. Był ode mnie prawie osiem lat starszy. Teraz mam trzydzieści osiem, a Mortka w ogóle się nie starzał. Trochę mi było z tym ciężko. Wiedziałem, że Dawid Wolski jest ode mnie młodszy, zawsze był, ale Mortka? Ten dojrzały, przeczołgany przez życie warszawski glina? Nie mieściło mi się to w głowie. I chyba to jest najważniejszy powód, dla którego pchnąłem akcję do przodu. Teraz on jest po czterdziestce, ja się do niej zbliżam, ale ciągle jestem młodszy. I niech tak zostanie. Powrót po latach do tej serii był ciekawym doświadczeniem, jednak nie ukrywam, że miałem ogromną tremę. Nie wiedziałem, jak zareaguję na tych bohaterów ani jak oni zareagują na mnie.

*

     – Myślisz o tym, jak spieprzyłeś?
     – Słucham?
     Ojciec wyciągnął rękę z piwem i palcem wskazał najpierw na Andrzeja, a potem Michała.
     – To. Jak to spieprzyłeś. Ojcostwo.
     – Nie – odpowiedział Mortka.
     […]
     – Kłamiesz – powiedział. – Ale nie przejmuj się. Każdy to spierdolił, mniej lub bardziej. To jeden z uroków ojcostwa, nie? Nikt cię tego nigdy nie uczył, nie wiesz, co masz zrobić, starasz się być trochę lepszy od swojego ojca, ale nikt ci nie mówi, czy to dobra droga, czy zła. Najgorsze jest to, że tych wszystkich błędów, które popełniłeś, nie da się naprawić. Zostają na zawsze. […]  Spierdoliłeś, to spierdoliłeś. Nieustannie widzisz konsekwencje swoich błędów, ale wiesz, co jest naprawdę piękne?
     – Co?
     – Koniec końców okazuje się, że nie spierdoliłeś aż tak bardzo. A te błędy, które popełniłeś… albo wydawało ci się, że popełniłeś… no, w każdym razie wyszły wszystkim na dobre.

*

     – A pali pan?
     – Nie.
     – Tak w ogóle czy teraz?
     – Tak w ogóle. A teraz to bym zapalił.

Wojciech Chmielarz, Długa noc,
Marginesy, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

niedziela, listopada 28, 2021

4455. Czytane na gigancie (III)

Supełkami połączone sznureczki słów ponad dwa lata temu doprowadziły mnie do Autora. Ponieważ gatunek ten w moim świecie nie ma szczególnych przywilejów, wiadomość o publikacji tej książce przyjęłam do wiadomości bez gorączkowania się. Zaznaczyłam do upolowania, biernie oczekując na dzień, w którym ibukosknera zo­sta­nie po­in­for­mo­wany, że za naście złotych może wejść w posiadanie tej — w więk­szo­ści na­pisanej w pan­de­micz­nym czasie (są jakieś plusy covida!) — książki.

Tydzień przed gigantem miałam ją na czytniku i dorzuciłam do turnusowych pla­nów czytelniczych, a gdy przyszła jej kolej, nie mogłam się od niej oderwać. Wybór cytatów, jak zwykle przy tym gatunku literatury, był wyzwaniem, ale dałam radę. I co? I nic, czekam na kolejną książkę Autora. Na koniec pandemii też czekam.

     – Myślisz, że go znała?
     Skinął głową.
     – To dość prawdopodobne. Zwykle rezerwujemy taki poziom gniewu dla naszych najbliższych, nie sądzisz?

*

[…] zdołała, krok po kroku, pokonać zakręt smutku […].

*

Gdy zdarzało się jej poczuć, że ktoś pali fajkę, natychmiast czuła się podniesiona na duchu, bo kojarzyła wonne ciemne kłęby dymu z wiedzą i nauką, a także z życzliwością.

*

     – […]  Niewyrobiona, samotna… Zgadza się?
     – Mówi pan o mnie czy o sobie?

*

     – Nie poszło ci najlepiej.
     – Nie. – Mariana pokręciła głową. – Nie poszło.
     – Co teraz?
     – Nie wiem.

*

     – Intryguje mnie pani – oznajmił. – Zastanawiam się, co pani myśli.
     – Nie myślę… Słucham.

*

     – Nie wiem, jak się z tym czuję.
     – Na pewno dziwnie.
     Mariana pokiwała głową.
     – To dobre słowo.
     […]
     – Zrobi się łatwiej – zapewniła ją Clarissa.
     – Tak?
     – Ważne jest, by patrzeć do przodu. Nie wolno ci się oglądać za siebie.

*

Mariana się uśmiechnęła. A potem udawanie, że nie dzieje się nic złego, przestało działać.

*

Psychopatia lub sadyzm nigdy nie biorą się z niczego. Nie są roznoszone przez atakującego znienacka wirusa. Mają długą historię, która zaczyna się w dzieciństwie.
     […]
     Lecz przecież mnóstwo dzieci dorasta w potwornie brutalnym śro­do­wi­sku, a jednak nie zostaje mordercami. Dlaczego? Cóż, jak mawiała dawna superwizorka Mariany: „Nie trzeba wiele, by ocalić dzieciń­stwo”. Wy­star­czy odrobina życzliwości, zro­zu­mie­nia lub uznania; jeżeli ktoś zro­zu­mie i uzna rzeczywistość dziecka, uratuje jego zdrowie psychiczne.

*

Zabawne, jakie rzeczy się zapamiętuje.

*

     – Płaczesz, ponieważ czujesz się bezradna.
     – Zgadza się.
     – Tyle że to nieprawda. Przecież to wiesz. Mam rację? – Ruth zachę­ca­ją­co kiwnęła głową. – Możesz znacznie więcej, niż przypuszczasz.

*

Chcesz mojej rady? Zapomnij o tym „kto”. Zacznij od „dlaczego”.

*

     – Widzisz – odezwał się, dolewając też wina sobie. – Śmierć matki nakierowała mnie na matematykę teoretyczną i światy równoległe. Właśnie tego dotyczy moja praca.
     – Chyba nie rozumiem.
     – Nie mam pewności, czy sam rozumiem. Jeśli jednak istnieją inne światy, identyczne z naszymi, to znaczy, że gdzieś tam istnieje taki, w którym moja matka nie umarła. – Wzruszył ramionami. – No więc… wybrałem się na poszukiwanie jej. […]
     – Znalazłeś ją? – spytała.
     Wzruszył ramionami.
     – W pewnym sensie… Odkryłem, że czas nie istnieje tak naprawdę, więc ona nigdzie nie odeszła. Jest tutaj.

Alex Michaelides, Boginie,
przeł. Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

     – Masz na myśli szyszkę? […]
     – Nie chodzi o szyszkę sosnową jako taką, ale o to, co symbolizuje.
     – Czyli?
     Uśmiechnął się i znowu przyglądał się jej przez moment.
     – Chodzi o nasiona znajdujące się w środku. I na­sio­no w nas, ducha w ciele. O otwarcie umy­słu. Sku­pio­ne wejrzenie w głąb i znalezienie własnej duszy.

*

[…]  chwile skrajnej jasności w pewnym sensie przypominają upojenie.

(tamże)

czwartek, września 30, 2021

(3265+6+1118). Bo… (III)

Bo Stehlíka okolice, bo kryminał — trzeci raz z grubsza w ten sposób zaczyna się wpis — ale przede wszystkim dlatego, że to trzecia część cyklu, która nawet w ory­gi­na­le bardzo długo (ponad cztery lata) kazała na siebie czekać.

Przywiązuję się do bohaterów, więc cierpliwie, choć biernie (mam zaznaczoną Autorkę jako lubianą) czekałam. Ibukosknera musiał zacisnąć oczy, gdy chwilę po ukazaniu się tej części, bez mgrugnięcia okiem miałam książkę na czytniku.

Językowo wciąż fascynuje mnie konstrukcja pierwszego rozdziału, w którym dzięki urokom czasu teraźniejszego w języku polskim, nie wiadomo, jakiej płci jest wy­po­wia­da­ją­ca kolejne kwestie osoba. A potem jest trochę pięknych instrumentów, do­brej muzyki i marzeń, no i trup (nie jeden), bo to w końcu kryminał.

Sprawa się potknęła i zboczyła z wytyczonej trasy, ale galopowała dalej, wciąż napędzana przez energię, której źródło jeszcze się nie wyczerpało. Holina wciąż nie wiedział jednak, kto biegnie i do jakiej mety.

*

Z tyłu auta Erik zauważył wózek inwalidzki i natychmiast obleciały go ner­wy. Nie potrafił rozmawiać szczerze z osobami niepełnosprawnymi, budziły w nim dziwne poczucie winy, które skutkowało przesadną życz­li­wo­ścią i nad­gor­li­wo­ścią.

*

Starożytny system godzin planetarnych zakłada, że każdej godzinie dnia przewodniczy inna planeta, która ma od­mien­ny potencjał. To, co mogło wydarzyć się o piątej, ra­czej nie wydarzy się o siódmej.

*

     – Czyli miał niepohamowaną skłonność do mijania się z prawdą. Takie zachowanie może wynikać na przykład z nieumiejętności pogodzenia się ze stratą. Lub z tego, że ktoś ma kłopot z przyjęciem zastanych faktów, ak­cep­ta­cją rzeczywistości. Na to wskazuje z kolei kwinkunks do Saturna w re­tro­gra­da­cji…
     – Byłbyś łaskaw zejść z nieba na ziemię, przestać bredzić o świn­skunk­sach i wyjaśnić mi to po ludzku? – nie wytrzymał Diviš.

*

     – Czy ja mówiłam, że sobie pójdę?
     – Nie mówiłaś, że sobie nie pójdziesz – odparł i aż go roz­sadzało, żeby wrzasnąć: Zostań ze mną, do jasnej cholery!

*

     – Pewnie by coś słodkiego zjadł po obiadku? – Postawiła na ladzie talerz puszystych pączków z dżemem i bitą śmietaną na wierzchu. – Ra­bar­ba­ro­we – dodała tonem, który magicznym sposobem zmieniał bombę ka­lo­rycz­ną czeskiego cukiernictwa w produkt z półki „zdrowa żywność”. – Skusi się?

*

Jeszcze chwilę temu był przekonany, że w jej mózgu zwy­czaj­nie brakuje jakiejś synapsy, umiała być jedynie obiek­tyw­na. Mylił się.

*

Sensem życia jest miłość. Jeśli będziesz miał szczęście, możesz nią kogoś obdarzyć, ale nie możesz jej nikomu odbierać”, wyjaśniła mu kiedyś ciotka Jozefína, a że nigdy już nie trafił na zwięźlejsze objaśnienie świata, do dziś wierzył w to, które otrzymał od cioci.

*

     – Czy komuś pan wadzi?
     Dragoun natychmiast przytaknął.
     – Komu?
     – Samemu sobie.

*

[…] stwierdziła nagle, że jest już dorosła i nikt nie będzie jej mówił, co ma robić. Zerwała więzy, wyrwała drzwiczki, rozwinęła skrzydła i wyleciała z klatki.

*

[…] właśnie tu, na skromnych dziesięciu metrach kwadratowych, najczęściej odwiedzała go intuicja.

*

Zazwyczaj czekając na kogoś, porządkował myśli lub przeglądał notatki. Teraz splótł ręce na piersi i zapatrzył się na gołębie.

*

     — […] pamiętam za to bardzo dokładnie, kiedy tak po­wie­dzia­łeś.
     – Ja też pamiętam: nigdy.
     – A jednak.

*

     – Nie zniosę tego – łkała.
     – Tak ci się tylko wydaje – pocieszał ją. – Człowiek to wy­jąt­ko­wo silna bestia.

*

[…] każdego nowego dnia rodziły się dziesiątki ofert zmiany. Wystarczyło podjąć wyzwanie, ruszyć z miejsca.
     […] Zawsze jest kilka opcji. […] wystarczy jedna decyzja i kilka zgrab­nych słów, by zupełnie zmienić rzeczywistość.

*

Los czasami zapędza nas w trudne sytuacje, które wydają się bez wyjścia i z których bardzo trudno wydostać się o wła­snych siłach.

Iva Procházková, Zagraj mi na drogę, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021.

wtorek, września 28, 2021

4388. Polub lub

Znienacka poszerzył mu się horyzont, jakby ktoś wyburzył budynek przy­sła­nia­ją­cy widok na coś istotnego.

Iva Procházková, Zagraj mi na drogę, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021.

Oślo uparta bywam. Eufemizm? Ci, co mnie znają, powiedzieliby, że oślo uparta to ja nie by­wam, ja taka jestem! Ja mam powód do potencjalnej dumy, oni do wkurwu, a praw­da jest taka, że po prostu uwielbiam rozumieć. Nie da­wa­ło mi spokoju lub. Odło­żo­ne ad acta pytanie — dla­cze­go w języku po­tocz­nym lub z auto­ma­tu trak­to­wa­ne jest jako albo? — samo znalazło na siebie odpowiedź. Obudziłam sie rano i wie­dzia­łam, a gdy uża­li­łam się rehabilitacyjnie Pati, miałam jasność!

Alternatywa (lub) redukuje się do alternatywy wykluczającej (albo), gdy jej skład­ni­ki dotyczą tej samej kategorii, np. biała lub czarna koszula (kolor) – jeśli koszula nie ma wzorków można mieć bez filozofowania wyłącznie białą albo czarną; audi lub bmw (mar­ka samochodu); Hiszpania lub Włochy (kraj).

Gdy więc mknął po hiszpańskich lub włoskich ulicach w swoim audi, lam­bor­ghi­ni lub bmw z rozpiętym kołnierzykiem w białej lub czarnej koszuli w naj­mod­niej­szym w tym sezonie kroju, mogło zda­rzyć się tylko jedno i ona o tym wiedziała, a może tylko przeczuwała.

Właśnie wtedy wszystko było jasne: koszula była albo biała albo czarna (bez wzor­ków!), samochód był marki albo audi, albo lam­bor­ghi­ni, albo bmw, a wszystko to działo się albo w Hiszpanii, albo we Włoszech. Nie mogło być inaczej.

Jeśli więc pieniądze i kobiety należałyby do tej samej kategorii, to moi kochani panowie mieli rację, a Autor był optymistą, że istnieją tylko trzy powody po­peł­nia­nia prze­stępstw: albo pieniądze, albo kobiety, albo kobiety i pieniądze, a przecież jest wiele innych powodów, które nie dotyczą stanu posiadania. Kłopot jest taki, że jeśli ko­bie­ty i pieniądze potraktować jako elementy należące do tej samej kategorii, to fe­mi­nistka we mnie protestuje przeciwko przed­mio­to­we­mu traktowaniu kobiet, a dym nie dotyczy już tylko logiki, ale gienderu, feminium i — tfu, tfu, tfu! — ma­ją­ce­go kiepską prasę światopoglądu zwanego popularnie ideologią. Nie jest mi wszyst­ko jed­no, z kim jadam posiłki!

Nie, nie, nie! Kobiety i pieniądze to nie są dwa wzajemnie wykluczające się zjawiska należące do tej samej kategorii — jak zielony i czerwony w ramach jednej kategorii, jakim jest kolor. Panowie i Autor nie mają racji, pierwsi czy­ta­jąc i twierdząc, że wszyst­ko jest OK, trzeci pisząc bzdury, nie mówiąc o redaktorze, który opuścił za­ję­cia z lo­gi­ki (są na wszystkich humanistycznych studiach).

Bo gdy więc mknął w swoim aucie z rozpiętym kołnierzykiem, zadzwonił jego przyjaciel i potwierdził zrealizowanie wysyłki czegoś czerwonego lub damskiej torebki pod wskazany adres, a ona o tym wiedziała i już czekała.

Przesyłkę mogło stanowić czerwone ferrari albo fioletowa torebka ze skaju, za­ku­pio­na na podmiejskim targowisku, ale, ale! To mogła być marna czerwona torebunia Louis Vuitton, ale również czerwone ferrari razem z to­reb­ką Birkin od Hermèsa, nie tylko dlatego, że kto bogatemu zabroni? Dzieje się tak dlatego, że kolor i rodzaj przedmiotu to dwie różne kategorie, współ­ist­nie­ją, a nie wykluczają się wzajemnie.

Ponieważ alternatywa jest prawdziwa, gdy przynajmniej jeden jej składnik jest prawdziwy – przynajmniej jeden może oznaczać… na przykład, wszystkie! Po co się ograniczać?

Szczęśliwe chwile lub dobry sen lub pyszna kawa w fantastycznym towarzystwie — wybieraj!

Wybieraj? Po co? Biorę szczęśliwe chwile, dobry sen i pyszną kawę w Twoim to­wa­rzy­stwie. Biorę co dnia!

Zamówił damską torebkę lub coś, co było czerwone, niebieskie lub zie­lo­ne. Wszystko, co mógł dostać, można było zaznaczyć punkcikiem na tym diagramie:

*

A te książeczki? Boskie! Bo ja czasem widzę, że słyszysz, co czuję.


Ja i psychologia, [dostęp: 28.09.2021], źrodło.

poniedziałek, września 27, 2021

4387. Moi kochani… humanistami!

Jabłoń:
(na głos przeczytała Sadownikowi,
a Białemu Krukowi wysłała,
pytając o treść poniższego cytatu
)
Na czym polega błąd logiczny?

     – Dziewięćdziesiąt procent przestępstw popełnia się dla pieniędzy lub z po­wo­du kobiet.
     – Wyświechtany frazes – odparła Urszula. Użyła polskiego słowa, ale Holina ją zrozumiał.
     – Strasznie wyszwiechtany – przyznał. – Ale prawda.
     – Co z pozostałymi dziesięcioma procentami?
     – To te, które popełniono dla pieniędzy i kobiet jednocześnie.

Iva Procházková, Zagraj mi na drogę, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021.

Jabłoń:
(załamała ręce, bo chłopaki, choć z technicznym wykształceniem
„oba one”, okrutnie upierali się, że wszystko jest OK
)
Ale z Was tłuki,
nic nie wiadomo o dziesięciu procentach!

(lub — to nie jest operator alternatywy wykluczającej)

Podpowiedź:

Mama Malinki:
(w chuj fantastyczna polonistka,
gdy Jej się Jabłoń użaliła, odpisała
)
Wytłumaczenie może być tylko jedno:
obaj w głębi serca są humanistami.

Jabłoń:
(głowę popiołem posypała, ponieważ lub to
w j. polskim również synonim
albo*;
palcem pokazał to Drzewku Sadownik)

_________
  * albo — operator alternatywy wykluczającej.

*


Logika, [dostęp: 27.09.2021], źrodło.

niedziela, września 26, 2021

4386. Wracając do siebie…

Jabłoń:
(gdy po trzydniowej procedurze prozdrowotnej
zaczęła wracać do siebie i odzyskiwać wigor,
czyta na głos poniższe czarne literki
)

[…] myśli wirowały w nim prawdopodobnie jak cyklon gnany mroźnym hu­ra­ga­nem. Holina był ciekaw, co z tego wyniknie. Kiedy sonda kos­mi­czna Voyager 2 zbliżyła się do Neptuna, zarejestrowała na nim wiatr wiejący z prędkością około dwóch tysięcy czterystu kilometrów na go­dzi­nę, tem­pe­ra­tu­rę minus dwieście osiemnaście stopni Celsjusza i wysłała na Ziemię masę fantastycznych danych i zdjęć, które utwier­dzi­ły Ma­riá­na w prze­ko­na­niu, że znak Ryb, którym patronuje Neptun, jest pe­łen skrajności i kieruje się zasadami, których inne znaki zo­dia­ku nigdy nie mogą do końca pojąć.

Iva Procházková, Zagraj mi na drogę, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021.

Sadownik:
To o mnie!

Jabłoń:
(cieszy się, że nie tylko ona tak myśli)
No, raczej!

Świeżutka Kocia Mama:
(w tym samym czasie ze swoją Rybą,
całym Stadem jadą do swojego ula
)

Dziewczynki Kociej Mamy:
(ufocone przez Kocią Mamę w drodze do domu)

poniedziałek, listopada 02, 2020

4009. Po kryminalnej przygodzie (III)

Miesiąc temu sprawdzałam, czy wyszła, i trochę straciłam nadzieję. W dniu pre­mie­ry miałam na kundlu, ale kończyłam tę, która mnie przewróciła. Trzeba było się ra­to­wać (raz, dwa, trzy), ale podczas ratunku zagladałam do rozdziału albo dwóch tej książki. Potem przyszła strajkowa środa, więc odłożyłam. W czwartek wróciłam i już nie puściłam. Tylko zająknąć się na jej temat nie miałam kiedy, dopiero dziś.

Trzecia część trylogii, a w niej ciut mniejsze korki na ulicach, ale wciąż dużo po­dró­żo­wa­nia po miejskich ulicach. Zbyt szybko się skończyła. I najważniejsze, nie zga­dłam do końca, kto zabijał.

     — Co to za ludzie? Chuligani? — pytam.
     — Chuligani nam się skończyli — odpowiada mi Esperoglu. — To są zorganizowane bojówki
.

     — Tak samo było w Niemczech. Najpierw prześladowano Żydów, potem zajęli się dysydentami, czyli po prostu tymi, którzy nie trzymali z nimi, a potem wraz z Hitlerem przejęli władzę. To samo dzieje się i tutaj. Przy czym połowa im przyklaskiwała, a druga połowa mówiła: „No, dajcie spokój, to jakieś niegroźne łobuziaki”.

     — I?
     — Nie mogę do końca wykluczyć skrajnych prawicowców, ale to mało prawdopodobne, panie inspektorze.
     — Dlaczego tak mówisz?
     — Bo prawicowcy biją, niszczą, psują, ale nie myślą, panie inspektorze. A za tymi wszystkimi morderstwami jest plan
.

[…] skrajnym prawicowcom tak samo łatwo jest psuć i niszczyć, jak nam zwalać wszystko, co nam nie pasuje, na skrajną prawicę. My jesteśmy dla nich zdrajcami, a oni dla nas wy­go­dnym roz­wią­za­niem. To się zwykle sprawdza, chociaż nie zawsze.

     — Wszystko kończy jako szmata, panie inspektorze — filozofuje Papadakis. — Prześcieradła, kołdry, koce, ludzie, pokolenia… Wszystko… Marność nad marnościami i wszystko marność.
     Muszę go wysłać do Adriani na podyplomówkę z powiedzonek, myślę sobie. Chłopak ma przyszłość
.

     — Congratulations – zwracam się do niego.
     — Thanks, but it still needs work – odpowiada. Jeszcze trzeba włożyć w to trochę pracy.
     — Uli, gdybyś był Grekiem, powiedziałbym ci „nie dłub, bo wszystko popsujesz”. Ale jesteś Niemcem, więc nic nie powiem
.

     — […] nie chcę, by po drodze całkowicie mi się zhellenizował.
     — Czy to przytyk do mnie? — pyta zadziornie Fanis.
     — A dlaczego nie do pana Charitosa?
     — Pan inspektor się nie liczy, jest z innego pokolenia.
     — I niezdolny do tego typu prac — uzupełnia Adriani. — Wytłukłby mi połowę zastawy
.

Petros Markaris, Chleba, edukacji, wolności, przeł. Przemysław Kordos,
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc, Warszawa 2020.
(wyróżnienie własne)

Nie da się walczyć z biedą, jeśli jej nie zaakceptujesz, Katerino – odpowiada Zisis. – Najpierw ją przyjmujesz, a potem próbujesz ją pokonać. Te dzieciaki ją zaakceptowały, dlatego z nią walczą. […] Większość Greków wciąż opłakuje swoje utracone bogactwo, którego nigdy nie było. Dopóki tak robią, dopóty nie znajdą sposobu na walkę z własną biedą.

Znowu się śmieje i jakoś poprawia mi mój parszywy nastrój. Złe chwile w życiu są jak mgła. Potrzebny jest powiew wia­tru, by ją rozwiać.

     — Dlaczego bierze mnie pan ze sobą, panie Charitos? — pyta Kula, kiedy wychodzimy ze schroniska. — Lepiej mi idzie przed ekranem komputera.
     — Ty uczysz mnie komputerów, a ja ciebie innych rzeczy — odpowiadam
.

(tamże)

sobota, lutego 08, 2020

3698. Książka z psim kłaczkiem

Grudniowe szaleństwo przedświątecznych obniżek cen ibuków — książek, na które długo polowałam — objęła również tę powieść.

Nie moja bajka gatunkowa i nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie kudłaty wątek. Dwa dni temu Sadownik zapytał mnie późnym wieczorem, dlaczego jeszcze nie idę spać. Byłam w połowie tej opowieści, sierści ani widu, ani słychu, a okładka obiecywała dużego psa! Uparłam się uporem godnym trzylatka, że nie pójdę spać, dopóki się nie pojawi. Pojawiła się suka, mogłam pójść do łóżka.

Psy mają moc! W rozwoju duchowym wyprzedzają ludzi o setki lat świetlnych. Jestem tego pewna.

Jest w książce jedna kudłata nieprawda: psy ziewają, gdy są zaniepokojone (zdenerwowane), a nie, gdy czują się bezpiecznie — ad acta.

Cała jej siła gdzieś zniknęła. Wciąż ponosiła kolejne straty. A przecież nie mogła przegrupować szeregów, dopóki nie powstrzyma dalszych strat.

*

Dla postronnego obserwatora męstwo, którego tyle razy była świadkiem, mogło wydawać się czymś niezwykłym. Jednak z punktu widzenia kogoś, kto decydował się na akt odwagi, chodziło tylko o podjęcie decyzji i jej realizację pomimo przeciwności. A potem o niewracanie do tego już nigdy więcej.

*

[…] wałęsał się jakiś pies. Duży, czarny, z ogromnym kwadratowym łbem i malutkimi uszami; kroczył dumnie niczym lew.

*

     — Najżałośniejsza rzecz, jaką można zrobić, to powiedzieć: och, wystarczyło postąpić tak czy inaczej, a wszystko byłoby z nią w porządku. Obwiniać się, a jednocześnie podchodzić do całej sprawy tak, jakby wszystko kręciło się wokół ciebie.

*

     — Musisz być silna.
     — Jak mam to zrobić?
     — Dobre pytanie — powiedziała LeAnne
.

*

     — Kurwa mać.
     — Uważaj na słownictwo, młoda damo – upomniała ją kobieta, przyglądając się uważnie prawej stronie jej twarzy.
     — A pani to niby kto? Królowa tego zadupia
?

*

Na łóżku obok niej leżał pies. Czarne jak węgiel oczy były otwarte i uważnie ją obserwowały. LeAnne uspokoiła się trochę i po prostu leżała. A pies leżał obok niej.

*

Wszystko wskoczyło na swoje miejsce, zyskało sens. LeAnne zrozumiała, że nie ma czegoś takiego jak przypadek; że życie rządzi się swoimi własnymi magicznymi regułami.

*

Pozazdrościła jej [suce Goody] tej umiejętności odnajdywania szczęścia w najprostszych rzeczach.

*

Goody wyskoczyła jak z procy, wielkimi susami popędziła w kierunku LeAnne, stanęła na tylnych łapach, przednie kładąc na ramionach LeAnne, i zaczęła gorączkowo lizać ją po twarzy.
     — Cześć, maleńka. Spokojnie — powiedziała LeAnne. — No, już chyba wystarczy — dodała po chwili, ale reakcja psa ją rozczuliła.
     Goody w końcu oderwała się od niej, przebiegła wzdłuż cały parking, pędem wróciła do LeAnne i znowu zaczęła się z nią witać
.

*

Pies przez chwilę stał nieruchomo, a potem złapał zębami za leżącą na ziemi, przyczepioną do jego obroży smycz i podszedł do LeAnne. Wymachiwał smyczą, kołysząc głową do przodu i do tyłu. […]
     — Miałam kiedyś instruktora musztry bardzo podobnego do ciebie — powiedziała LeAnne. Chwyciła smycz i ruszyły naprzód, mając przed oczami długi, prosty odcinek drogi. — Ale nie był nawet w połowie tak ładny jak ty
.

*

     — Ale… — wykrztusiła LeAnne, na powrót czując się jak uszkodzona wersja samej siebie. Miała kilka takich „ale” i próbowała jakoś uporządkować swoje wątpliwości.

*

Czego chciała? Wyłącznie rzeczy, które nie mogły się ziścić, wyłącznie cudów.

*

     — Dlaczego to zrobiłeś?
     — Bo słowa brzmiałyby jak tanie pocieszenie.
     — Wszystkie te gówniane rady w rodzaju „zostaw to za sobą” i „rusz do przodu ze swoim życiem
”?

*

LeAnne zadała sobie pytanie, czy wszystkich miłośników psów cechuje pewien rodzaj szaleństwa.

Spencer Quinn, Po dobrej stronie, przeł. Katarzyna Dudzik,
Wydawnictwo Insignis, Kraków 2019.