Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tolerancja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tolerancja. Pokaż wszystkie posty

sobota, sierpnia 23, 2014

1106. Jak zostałam bogaczem, czyli psem ogrodnika

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie znoszę zamkniętych osiedli. Idealistka we mnie nie da się zamknąć w getcie na własne życzenie i za własne pieniądze. Płoty, które mówią wszystko o stosunku tych, co w środku, do tych, co na zewnątrz; o braku nadziei i złudzeń, o braku chęci, o niewyobrażalnym braku zaufania, o tępym, krótkowzrocznym wzroku, co widzi tylko własny nos i obrys budynku. No nie.

Co na ten styl życia powiedzieliby Walczący w Powstaniu Warszawskim? — pytam w myślach. No nie.

Przemawia przeze mnie szczera i luksusowa zazdrość i niemoc, że ja nie uczestniczę w śnie wymarzonych z prospektu najpiękniejszych, najinteligentniejszych, najlepiej położonych, jedynych takich i szczęśliwie zrealizowanych projektów mieszkaniowych, gdzie nawet jednopokojowe mieszkanie nie jest mieszkaniem lecz mini apartamentem lub studiem — powie wielu. No tak.

I paru moich Przyjaciół, co właśnie tak mieszka, czytając tę notkę ma prawo mieć delikatnie rzecz ujmując negatywną reakcję. Ja nie czepiam się Ich wyborów, a Oni nie czepiają się mojego podłego myślenia — przynajmniej taką mam nadzieję. Gorzej, u niektórych bywam, przymykając oko na płoty, w końcu nie moje. No tak.

No i proszę, stało się. Zostałam jeszcze jednym pieprzonym krezusem, a w zasadzie krezuską nie ruszając się z hamaka. Moje śmieci od dwóch dni są zamykane na klucz. Dla mnie bez wartości, dawniej przydawały się temu czy innemu człowiekowi. Teraz nic z tego. Nie spotkamy już z Henią pana Piotra. Nie porozmawiamy. Nie wymienimy uśmiechów. Już nigdy nie będziemy sobie życzyć spokojnej, bezpiecznej nocy. No tak.

Co na ten nowy kapitalistyczny porządek, który finalnie dopadł i mnie, powiedzieliby Walczący w Powstaniu Warszawskim? Nie chcę znać odpowiedzi. Proszę, nie umieszczajcie w komentarzach powodów, dla których te śmieci muszą być zamykane. Znam te powody. Znałam też z widzenia wszystkie Osoby, które regularnie przy osiedlowych śmietnikach się pojawiały. Mówiliśmy sobie dzień dobry i życzyliśmy dobrego dnia. A w środku wciąż mam tę samą odpowiedź: no nie.

wtorek, lipca 08, 2014

(1030+51). Proludzka książka (tom II)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Czy ty czytasz kilka książek naraz?
     — Rzadko. A czemu pytasz?
     — Bo dziś masz przy sobie inną książkę niż w czwartek.
     Nie zna mnie jeszcze — pomyślałam wczoraj, gdy przytrafiła mi się ta wymiana zdań.

*

W sobotę po egzaminach — w majestacie praw przysługujących coachowi realizującemu cele — odebrałam książkę, na którą bardzo czekałam, a która premierę ma jutro. Czytałam okropnie wolno, wiedząc, że na trzeci tom będę musiała poczekać parę miesięcy. Niestety, już skończyłam. Nie pozostało nic innego, jak czekać na ostatnią część.

I zatrzymałam się w zadumie się wieczorem. Dla kogo jest ta trzyczęściowa powieść o gejach w czasach początku AIDS? Zamarzyło mi się, by ze zrozumieniem przeczytał ją choć jeden heteroseksualny homofob. By zobaczył siebie, swoje lęki, swoje pragnienia, swoją niepewność na kartach tej książki. By zobaczył, że niczym się nie różni w swym pragnieniu życia, w którym jest i miłość, i szacunek, i zrozumienie. Ta powieść otwiera oczy na okrucieństwa, jakim oddają się większości wobec mniejszości w majestacie prawa — wtedy i dziś, wszędzie na świecie. Zmieniają się tylko okoliczności, kwestia i rekwizyty. Włączam radio i wiem, że mechanizm „wiedzenia najlepiej” i siłowej próby wdrażania go w życie wszystkich obywateli wciąż ma się dobrze — tu i teraz, wobec mnie, wobec ciebie. Pomóc może tylko świadomość i uważne opuszczanie wszelkich szaf.

Jak ma im pokazać, kim jest naprawdę, skoro oni nie chcą tego wiedzieć?

*

     To nie jest takie proste, ale Reine wcześnie odkrył, że jeśli się odpowiednio skoncentruje, może być niemal zupełnie niewidzialny, jakby go nie było.
     Człowiek staje się wtedy duchem, który może poruszać się w całym wszechświecie. Kiedy już staniesz się niesłyszalny i niewidzialny, robisz się też kompletnie wolny, a chłopiec, który stoi na szkolnym dziedzińcu, jest tylko skorupą, w której nie ma istoty ludzkiej. Mogą się wydzierać, ile wlezie, mogą sobie krzyczeć, jaki jest beznadziejny.

*

     [Reine] Umrze bez kogoś, kto by przy nim czuwał.
     Starannie dopilnował, żeby nikt z zewnątrz nie dowiedział się, gdzie jest.
     Ani rodzina, ani przyjaciele.
     Nikt nie wie.
     W ten sposób już nie żyje.
     Chodzi tylko o to, by wytrzymać końcówkę.
     Ból, którego nie da się wyrazić.
     Potem będzie już duchem podróżującym po wszechświecie.
     Duchem, który nie słyszy ani nie widzi i którego nie słychać i nie widać, może wtedy będzie nareszcie wolny.

*

     Tymczasem Gert jest inny.
     Zawsze było z nim inaczej.
     Wielką tajemnicą Gerta jest jego fascynacja słowami.
     W takiej rodzinie jak ich nie mówi się bez potrzeby. Nadmierna gadatliwość to wywyższanie się i zgrywanie ważniaka. Pewne rzeczy należy zmilczeć. To bardzo skuteczne.
     W północnym Bohuslän używa się tych wyrazów, które są potrzebne, nie mniej, nie więcej. Słów, które mieszczą się na małej wyspie, między pasmem gór a morzem, na płaskiej wstążce ziemi, która jest ich światem i gdzie pędzą swoje życie.
     Zbyt wiele niepasujących tam obcych słów mogłoby obudzić niedobre marzenia, które nie uderzą i nie rozbiją się o skały, ale wzlecą do góry jak balony, wyżej i wyżej, przeczuwając, że daleko za pasmem gór jest jakiś świat.

*

     Mowę Harvela Milka, opublikowano w szwedzkim tłumaczeniu w „Revolt”. Seppo czytał ją im na głos, cały się przy tym trząsł.
     „Nie wywalczymy sobie praw, jeśli będziemy nadal siedzieć cicho w szafie... Musimy się ujawnić, żeby walczyć z kłamstwami, mitami i przeinaczeniami. Ujawniam się, żeby mówić prawdę o gejach, bo jestem już zmęczony zmową milczenia i chcę zacząć mówić. I chcę, żebyście wy o tym mówili. Musicie się ujawnić. Ujawnić się przed rodzicami, przed krewnymi”.
     Musicie się ujawnić.
     Miał rację.
     Jeśli kiedykolwiek ma dojść do jakiejś zmiany, muszą pokazać, że są wszędzie. Że są synami, córkami, lekarzami, policjantami, kierowcami autobusów, śpiewakami operowymi, sąsiadami, babkami, przedszkolankami, że ćwiczą na siłowni, że można ich znaleźć w każdej rodzinie, w każdym klanie, w każdej warstwie społecznej i każdej najmniejszej dziurze, we wszelkich możliwych miejscach pracy.
     — Nie jesteśmy kosmitami! — stwierdził Seppo drżącym głosem.

Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. [Część] 2. Choroba,
przeł. Katarzyna Tubylewicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

wtorek, listopada 12, 2013

892. Tęcza XXI wieku

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik od kilku dni jest jeszcze bardziej sadowniczą wersją siebie, ponieważ zakupił sobie jabłuszko. Historia tego zakupu pozornie nie łączy się wcale z płonącą wczoraj tęczą.

*

Sadownik wypatrzył. Napisał do człowieka. Umówił się. Godzina oglądania jabłuszka podyktowana była potrzebą wyprowadzenia terytorialnego mocno psa. I choć Sadownik zapewniał, że on się psów nie boi, więcej, zapach suki na nogawkach nosi, człowiek przekonywał, że pies musi być na spacerze, gdy Sadownik przybędzie. Sadownikowi zrazu zdało się to dziwne ciut, ale nie nalegał — w końcu nie był zainteresowany psem, ale jabłuszkiem. Pojechał Motongiem. Był ciut przed czasem. Dryndnął do człowieka, że już jest. Za minutkę oczom swym nie wierzył. Z właściwej klatki wyszedł z psem... człowiek tej samej płci, co sprzedawca. I przykro się Sadownikowi zrobiło, że człowiek ukrywać się poza własnym domem musi, bo pewności żadnej para nie ma, czy nadciągający Sadownik PiSdkiem czy innym oszołomem o jedynej słusznej orientacji nie jest. I serce Jabłoni rosło, że Sadownik wrażliwość ma szczególną i tę niesprawiedliwość widzi, rozumie i czuje. I w głowie mu się nie mieści, że to XXI wiek.

*

Z własnego podwórka. Kilka bloków od nas. Dwoje ludzi, w podobnym wieku, podobnie ubranych. Serce me kroi się na pół, gdy widzę, jak bardzo pilnują, by idąc koło siebie nie zbliżyć się na mniej niż dwa bezpieczne metry. Nie znam ich, ale zawsze im mówię dzień dobry, co życzeniem moim jest, by któregoś dnia mogli, tak jak ja z Sadownikiem, za rękę po ulicach chodzić. Bo w głowie mi się nie mieści, że to XXI wiek.

*

Każda tego typu sytuacja powoduje, że tęcza wewnątrz mnie płonie od nowa. Wczoraj spłonęła ta wspólnotowa z placu Zbawiciela. Mam nadzieję, że nie doczekają zbawienia ci, co ją podpalili, że ich Bóg wypnie się na nich w całym swoim miłosierdziu. Bo nie godzi się tak postępować w XXI wieku.

*

I myli się Oseł Sejmu VII kadencji, co w wieku 36 lat wszystkie rozumy ma już dawno pożarłe, że to pedalska tęcza płonęła, ponieważ płonęła również Moja i Sadownika Tęcza. Choć XXI wiek.

(źródło fot.)

niedziela, czerwca 30, 2013

779. Upłakana niczym norka

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik:
(zawołał, by pokazać zdjątko)

Jabłoń:
(przyszła, obejrzała, przytaknęła i ryknęła śmiechem)

(źródło)

Sadownik:
Myślałaś o psach czytając zdanie na górze zdjęcia, prawda?

Jabłoń:
Oczywista!

*

Refleksje dnia dzisiejszego:
Niektórych dobrze wychowanych ludzi trochę się boję...
Dobrze wychowani ludzie czasem potrzebują pomocy, by móc żyć własne życie...

sobota, maja 18, 2013

746. O wartościach

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń zapytała Sadownika, jak to jest możliwe, że ta sama religia (katolicka) może jednych czynić ludźmi przez wielkie ‘L’, a innych niszczyć, np. Ksiądz Tischner i znajomy, rodzinny Katotalib.

Sadownik:
(próbuje znaleźć analogię, by w sprawny sposób
podać swoje wyjaśnienie,
a gdy ją już prawie ma mówi
)
Kiepski przykład, bo w poprzednich wyborach nie głosowałaś na PO.

Jabłoń:
No, nie głosowałam. Popełniać błędy — tak,
ale nigdy dwa razy te same.

(po chwili, gdy złapała się na tym,
że semi-mądrość życiową Sadownikowi wyłożyła
)
Jabłoń:
A teraz możesz mnie zapytać,
czy bym za Ciebie wyszła,
gdybyśmy cofnęli czas.

(oboje ryknęli śmiechem)

poniedziałek, maja 13, 2013

742. Lingwistyczna eugenika stosowana

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — Normalni ludzie robią tak… — rozpoczęła swą wypowiedź studentka siedząca jeden stolik obok mnie w Kafce.
     — Normalni, czyli jacy? — pomyślałam zaczepnie przy moim stoliku.
     — Dominujący! — przyszło mi do głowy…

…w obuwniczym damskie 38 i męskie 43
formułują statystycznie silne hipotezy na temat
kształtu i długości życia ludzkiego…

…sposób, w jaki dziewczyna wyartykułowała zgrabne, zupełnie normalne zdanie, sprawił, że dotarło do mnie zaskakujące:

Za każdym razem, gdy przyjdzie nam powiedzieć: „normalni ludzie to…”,
normalny człowiek to…” stosujemy… eugenikę…
wobec swoich uczuć, pragnień, wobec siebie.

piątek, kwietnia 12, 2013

(715+3). Klanowe spotkanie (III)

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W przedostatniej ławce siedziałam, nie chcąc przeszkadzać wiernym w uczestnictwie w nabożeństwie żałobnym. Koło mnie przemknęło wiele ciekawych fraz... orszak aniołów... ognie piekielne... służebnica pańska...

Boże, jesteś Miłością… czy właśnie z miłości pozwalasz im snuć tę baśń o dobrym Władcy? O dobrym Panu, który zwalnia z odpowiedzialności, bo zawsze można powiedzieć, że Bóg tak chciał? Jeśli na oba pytania masz twierdzącą odpowiedź, to jesteś Miłością… niepojętą i niepojmowalną. To chyba dobrze, prawda?

*

Gdy jako dziecko byłam przymuszana do kościelnych praktyk, zawsze mówiłam „nie jestem godzien” pod koniec mszy. Nie szło mnie tego oduczyć. Teraz już wiem dlaczego. Nie można nauczyć wiary w niegodność.

niedziela, marca 03, 2013

683. Dogonić Murzyna

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Błysło się w piątek polskiemu nobliście pokoju wydzielonego w przybudówce mentalnych ciasności. Między wierszami o tyranii większości się rozmarzył. Nie było nawet co komentować. Poziom pionu nie trzymał.

Nie byłoby tego wpisu, gdyby nie plan Studenta Ukochanego, że dziś po pracy kulturą idziemy się nafutrować. Przedtem jednak na kawkę skoczyliśmy troszkę poczytać. Sadownik zapomniał swojej książki, więc obczytywał kawiarniane tygodniki. Parsknął. Przeczytał na głos. Parsknęłam. Szybciutko zanotowałam, by nie zgubić:

(...) Mikrofon bierze John Godson, konserwatysta nawet jak na frakcję konserwatywną: — My konserwatyści, spotykamy się, bo czujemy się zagrożeni.
O głos prosi Killion Munyama, drugi czarnoskóry poseł Platformy. Okazuje się, że to liberał. Spogląda w kierunku Godsona: — John, w sprawie związków partnerskich, to my jesteśmy sto lat za Murzynami
.

Michał Krzymowski, Szczury w bagnie, Newsweek Polska, 9/2013
(wyróżnienie własne)

niedziela, lutego 03, 2013

(659+6). Członek na gwałt potrzebny!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zaatakowała mój estetyczny zmysł pod koniec grudnia. Zadziwiła. Uznałam, że to kolejne stadium starzenia się, skoro mnie nie zachwyca ta piosenka.

Zaglądam to tu, to tam. Deklaracje nielubienia czytam, że nie trafia w gusta wysubtelnione studiami podyplomowymi, że nigdy, przenigdy, kto to słyszał, ależ skąd! Ale kliknąć u tych piszących guziczek mogę i wysłuchać w wersjach kilku.

Czemu ta piosenka do mnie się dobija? Hmmmm. Zamyśliłam się.

*

POP-owskie ćwiczenie sobie machnęłam w krokach następujących:

  1. Obejrzyj. Zwróć uwagę na to, co cię wkurza, denerwuje, do szału lekkiego doprowadza, gusta twe rani.
  2. Opisz najdokładniej ów „znielubiony” szczególik.
  3. Stań się osobą, która ten szczegół ma i uwielbia go mieć. Przerysuj, sparodiuj. Zauważaj, kim się stajesz. Zaśpiewaj. Zatańcz. Pobaw się tą nową tożsamością.
  4. Odkryj, co jest w tym fajnego.

Weekend, Ona tańczy dla mnie.

*

Zrobiłam.
Ad 2. Sposób, w jaki usteczka składa, oczami przewraca.
Ad 3. Było super „otmurzdżyć” się na maksa.
Ad 4. Zachwytem w oczach polerowałam wszystko, co padło na moje siatkówki. W tym stanie pokochałabym panią Pawłowicz i każde nieokrzesane zdanie, które z jej ust wzięło początek.

Cieszy mnie nieustająca dyskusja, wymiana myśli, komentarzy po elitarnym występie Posłanki. Tak miło mi ze świadomością, że wokół wrażliwi, mądrzy ludzie.

Rozmarzyłam się...
Apeluję do Posłów, Członków Prawej Strony Idei Porządku Społecznego, by ujawnił się Ten, co Posłance tę piosenkę w miłosnym widzie zaśpiewa. W końcu Ona tam [w Sejmie] jest i dla Pana tańczy, panie Pośle, na tej mównicy. Po co my mamy to oglądać? Niech Pan Ją porwie i w sercu schowa na dnie. Niech Pan nie będzie nieczuły. Niech Pan się odważy! Niech Ona nie woła na puszczy. Będą Państwo najbardziej użyteczną Parą tej kadencji Sejmu. Jej ramiona ukojeniem dla Pana będą. Przy niej poczuje Pan, jak smakuje miłość. To pewne!

sobota, stycznia 26, 2013

(659+1). Prawo i Spełnienie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(słucha specjalistów sejmowych)

Poseł Górski upadł Jabłoń moralnie, a potem uświadomił, że „miłość małżeńska prowadzi do prokreacji, do urodzenia dzieci”.

Jabłoń:
Kochanie, Mądry Inaczej jest pewien,
że ja Cię wcale nie kocham.

Sadownik:
(Z przekąsem)
Noooo.

(mija chwila)

Sadownik:
(śmieje się być może na wspomnienie
wyjątkowo udanego seksu przedmałżeńskiego
)
Wróć! Wróć! Posłuchaj!

Jabłoń:
(słucha)

Poseł Męski Błysk Intelektu: „jedynie małżeństwo uzasadnia intymne współżycie”...

Jabłoń:
(zachichotała)
Nooo, to Jarek albo jest prawiczkiem, albo złamał prawo.

659. Oburzona na Pannę Błysk Pawłowicz

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Szanowna Pani,

Jestem osobą, z której, według Pani definicji,
społeczeństwo nie ma żadnego pożytku.
Społeczeństwo funduje mi moje słodkie życie.
Mam to szczęście tylko dlatego, że jestem osobą heteroseksualną.

*

Cisnąć kamieniem aż się chce. W ten niebywały wzór trwałego, niejałowego życia. W tę nieporuszoną pewność i oczywistość, które pozostają nieskalane refleksją nad sobą. Z pani to dopiero jest pożytek. Tak bardzo nie chcę Pani fundować słodkiego poselskiego życia... Kiedy ostatni raz kochała Pani człowieka? Kochała, nie poszła z nim do łóżka? Wstyd mi za panią. Wstyd tak bardzo, że muszę tu zostawić ślad oburzenia. Nie zgadzam się na ten poziom debaty społecznej. Ten poziom nie trzyma poziomu.

*

Jeśli tylko możesz, nie pozostaw tego wpisu bez komentarza, proszę. Każde wypowiedziane, mądre, pełne miłości słowo zmienia Świat, a Świat tej zmiany potrzebuje jak wody, powietrza, ognia i ziemi.


[Związki partnerskie - dzień w Sejmie (fot. Agencja Gazeta/sejm.gov.pl)]

piątek, listopada 16, 2012

(604=573+31). Nie-Brzask świadomości

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

To nie był brzask czy blady poranek w listopadowy dzień. To był pierwszy z trzech pełnych dni z Dawn Menken. Powiedziała dziś wiele rzeczy, za którymi, nic o tym nie wiedząc, tęskniłam przez całe swoje życie. Nazwała wiele rzeczy, które pragnęły w mym życiu postawić mocno stopy istnienia i dookreślenia. Moje uczucia wobec Świata przestały być dla mnie mrzonką, wymysłem mej wyobraźni, rojeniem i fikcją. Moje wewnętrzne dziecko znów zadaje mi ważne pytania: po co jestem na świecie? gdzie mieszkają moje pragnienia? jak wygląda spełnienie? jak pachnie miłość? co porusza moje serce?

*

Mając zgodę Dawn, postanowiłam zapamiętać na blogu, że mówiąc o sobie, wspomniała, że żyje w związku z kobietą i ma syna. Nie chodzi o fakt, ale o sposób w jaki to powiedziała. Tak mówi się o normalnych, oczywistych, akceptowanych społecznie rzeczach. Ożywiło się na krzesełku moje marzenie, bym dożyła takich czasów w Polsce, gdy sprawą polityczną nie będzie kształt, ale dobrostan rodzin.

*

Dawn. Dziś. Poprowadziła wspaniały warsztat dla rodziców. Zaszczytem było móc tam być.

Dziękuję, dziękuję, dziękuję Światu za przywilej, jakim jest uczestnictwo w całym tym warsztacie. Dziś „Dziękuję” w moim wewnętrznym dialekcie brzmi „Dawn”. Och! Tak, tak!
Dawn, Dawn, Dawn!

czwartek, listopada 08, 2012

597. Miniprasówka

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Urzekły mnie wczoraj słowa. Wypowiedziane. Przeczytane. Postanowiłam ich nie zgubić.

Cały dzień nucę...

Frank Sinatra, The Best Is Yet To Come.

sobota, lipca 28, 2012

518. Z punktu A do punktu B w bezruchu

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Punkt A: W jednym z hipermarketów akcja, rodem ze szkolnego radiowęzła, „więcej szacunku dla kobiet w ciąży”. I ta akcja mnie oburza. Prostacka. Ukierunkowana na produkt społecznopodobny nędzniejszy od najgorszej PRL-owskiej czekolady. Nie lubię robić niczego na pół gwizdka. Oburzam się na maksa, choć gdzieś z tyłu głowy kolebie się myśl, by to oburzenie Żonie Oburzonej zostawić.

Pytam, po co takie półśrodki?
Dlaczego nie promować więcej szacunku dla ludzi?
Odrobinę empatii dla tych co obok, bez względu na płeć i stan umysłu?

Bo jeśli trzeba być w ciąży, by szanowano człowieka, to ja bardzo dziękuję... przecież to tylko dziewięć miesięcy. Jak ma się czuć Obywatel Sadownik, co nawet tak krótkotrwałej szansy na szacunek nie posiada?

*

Punkt B: Może i moje oburzenie jest całkiem przesadzone i wynika wprost z mego patologicznego zaburzenia osobowości jako matki kudłatej. Ucieszyłam się niezmiernie, gdy dojrzałam, że jest ono wynikiem tylko marnej podróby myśli Człowieka, co sercem samym był. Na stacji Metro Świętokrzyska jeszcze można oglądać prace finałowe konkursu zainspirowanego Jego słowami: „nie ma dzieci, są ludzie”. Gdyby okazało się, że me oburzenie sens punktu A przesłoniło, to śpieszę z wyjaśnieniem. W punkcie A chodziło mi właśnie o to, o czym w punkcie B było.

***

Bonus: Gapiłam się i czułam jak za trzewia mnie łapią... w zamyślenie, tęsknotę i uśmiech wpędzają... przedstawione tam prace. Małą dziewczyneczkę we mnie zachwycił poniższy dyptyk autorstwa pani Marty Ignerskiej. Właśnie takiego, wielkiego mądrością, psa ona chce mieć! Nie, nie takiego — poprawia mnie — jej pies będzie na luźno zwisającej smyczy chodził.

poniedziałek, grudnia 12, 2011

388. I... kropka

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dać sobie prawo, by nie lubić kogoś z najbliższej rodziny?
Dać sobie prawo, by nie chcieć spędzać z nim Świąt?
Cichutko. Tylko sobie. Szeptem prawie niesłyszalnym prawo sobie dać.

W czasie świąt Bożego Narodzenia wielu ludzi zbliża się do siebie na niebezpiecznie bliską odległość --- powiedział dziś Akuszer.

Nie cichutko. Nie tylko sobie. Dać sobie prawo,
by nie lubić, by nie spędzać razem Świąt,
i... kropka.

wtorek, listopada 01, 2011

355. Rajd ku śmierci inaczej

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pierwszy listopada kojarzy mi się z Narodowym Świętem szybkiego umierania w samochodzie. W związku z tym, pomimo głębokiej tradycji, że lampki jest dobrze tego dnia zapalić, od wielu lat jestem ignorantką, co życie swe ceni bardziej niż ceremoniał wszelki. Co gorsza, głęboko wierzę, że moi Przodkowie dadzą sobie jeszcze świetnie radę beze mnie po drugiej stronie lustra. Pierwszy listopada to dziś. Nie ruszam się ze stolicy. Święto uznaję za zaliczone, gdy uda mi się upolować puszyste obwarzanki, co z roku na rok zaczyna być coraz trudniejsze.

Okazało się, że i stoliczne dla mnie święto ulega ewolucji. Jeszcze kilka lat temu pędziliśmy na cmentarz wojskowy światełko Tuwimowi i Broniewskiemu zapalić. Od trzech lat robimy to w dowolnym, ale innym terminie. Cmentarze w tym szczególnym dniu zamieniają się --- jakby żyjący pragnęli podarować nieżyjącym smak codzienności XXI wieku — w ogromne filie sklepów wielkopowierzchniowych. Nie ma mowy o usłyszeniu własnych myśli, gdy trzeba pilnować, by człowieka nie przewrócili Bracia i Siostry wiary słusznej. Odmawiam więc współpracy z takim świętowaniem.

***

Dziś, zdecydowaliśmy się na wizytę na cmentarzu Braci starszych w wierze. Wstrzeliliśmy się we właściwy czas, bo... pan Jan Jagielski oprowadzał po cmentarzu opowiadając przy tym bardzo ciekawie. Byłam pod wrażeniem pogody ducha tego, starszego już dzisiaj, Pana.

Napis... Literki... Pamięć wykuta w kamieniu... Czuła jestem na pismo. Na większości grobów coś, co można by skojarzyć z katolickim „Ś.P.”. Zapytałam pana Jana, czy mógłby mi ten napis przetłumaczyć. Mógł. Poniżej napisano: „tu spoczywa” (ładnie i bez nadęcia):

Nie znałam zwyczaju z kamykami, ale zachwycił mnie i mam zamiar go ekumenicznie stosować na własne potrzeby przy okazji wizyt na grobach Osób dla mnie ważnych.

Pan Jan, dziś, był czarującym człowiekiem:

***

I tylko jeden smuteczek i lekka złość mi towarzyszyła podczas owego zwiedzania. Tyle wrzasku o krzyż w Sejmie, że uszanować należy... Szkoda, że tak trudno było kilku męskim katolikom uszanować szczególne miejsce, jakim jest żydowski cmentarz i włożyć coś na głowę. Hitem był pewien krótki pan w prochowcu, który by lepiej widzieć w wypolerowanych kulturą butach... stanął sobie na nagrobku. Do teraz zachodzę w głowę, dlaczego nie podeszłam do palanta i go nie zrzuciłam...

wtorek, sierpnia 16, 2011

(319+1). Nierównouprawnienie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(pozbawiona rozsądku wraca z kuchni
z piątym kawałkiem cieplej drożdżówki
)
No, nie mogę się opanować.

Mama Sadownika:
No i dobrze.
Ja, jak mam chęć coś zjeść, to jem.

Tata Sadownika:
(z uśmieszkiem, że niby nie mówi o swojej Małżonce):
A ja, jak mam chęć, to Ona krzyczy.

319. Doszyta

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwa dni na Dzikim Zachodzie. Patriarchalizm. Seniorka rodu, której wszystko wolno. Niewidzialne sznurki połączeń między członkami Rodziny. Temu nie wolno pół kroku do przodu. Tamten nie może się obrócić. Wiadomo: „nie wypada”, albo „co ludzie powiedzą”. Sadownik od dzieciństwa doskonale porusza się w tych strukturach. Ja przez trzynaście lat, pomimo starań, uwagi i troski nie raz i nie drugi wyrżnęłam sięgając szczęką bruku. Czasem się nie starałam, czasem ów bruk mi tak dołożył, że protestowałam na wiele różnych sposobów. W końcu ja jestem do nich tylko przyszyta.

Aż przyszedł weekend, taki jak ten, co właśnie minął, gdy nagle wśród tych sznurków zależności wszelakich poruszam się bez skrępowania. Ten ma to. Tamten nie znosi, gdy mu tak lub inaczej. Proszę bardzo, już mi to wcale nie przeszkadza. Przesunę się, odsunę, zaniemówię, wyjdę, pójdę, nie pójdę, ale zawsze patrzę.

Gdy siedząc w spokoju obserwowałam tę maszynę genów, krwi i wzajemnych zależności, nagle zobaczyłam, że przypomina mi ona budowlę budowaną na raty. Najpierw pokoik z kuchnią. Potem długi korytarz wzdłuż którego po dziesiątkach lat dobudowano pomarańczarnię, stajnię i trzy sypialnie. Po następnych kilkudziesięciu latach jako kolejne piętra nie zważając specjalnie na trendy w budownictwie dostawiono kolejne pokoiki, służbówki, apartamenty, winiarnie, komórki, stryszki w podziemiu, świątynie. Wszystko to dziś stanowi architektoniczną wieżę Babel dla kogoś, kto jak ja doszyty został do Rodziny. W każdym pomieszczeniu inny władca, wystrój, ustrój, obowiązujące zasady i lista rzeczy, które zdarzyć się muszą lub w żadnym razie nie mogą. Nikt nie wie, ile jest komnat, salonów, kominków, metrów posadzki, ilu strażników w ochronie, smoków i sal, do których można tylko wejść, by nigdy nie móc się z nich wydostać. Nie ma żadnej ewidencji. Żadnych planów zagospodarowania przestrzennego. Tylko korytarze i sznurki made in Ariadna’s Country.

Obijałam się o niewidoczne ściany, sprzęty całymi latami, aż nagle w ten weekend zobaczyłam, że to wszystko jest najzwyczajniej w świecie zaczarowane. To, co widzisz na wierzchu, nie jest tym, czym się wydaje. Wiele sprzętów i sal pojawia się w magiczny sposób natychmiast, gdy w jednym miejscu spotykają się określone osoby. Coś, co normalnie pełni rolę balkonu, w ułamku sekundy zamieniło się na moich oczach w cichy pokój do rozmów ze ścianami pokrytymi kwiecistym atłasem, gdzie przy niewidocznym stoliczku kawowym Matka ze swoim dorosłym Synem rozmawiała zniżonym głosem. Wiedziałam, że jeśli wejdę tam, gdy tych dwoje tam jest, wszystko zniknie i znów będzie to tylko zwykły balkon, co w pamięci swej skrywa lata osiemdziesiąte. Nie wchodzę. Tylko patrzę.

W końcu widzę i cieszę się ogromnie, że nauczyłam się już w tym miejscu być. Nie wściekać się, że nie ogarniam architektury rodzinnej budowli rytuałów, przekonań, nakazów i zakazów. Nie potrzebuję niczego kompleksowo ogarniać. Gadam ze strażnikami komnat, sal i schowków jak nie wiem co zrobić. Najczęściej jednak po prostu jestem. To wystarcza. Jestem. Doszyta, ale szczęśliwa. W tajemnicy dokarmiam czasem rodzinnego Smoka, o którego istnieniu Rodzina woli milczeć.

piątek, sierpnia 12, 2011

318. W kostiumie wilka jest... do twarzy!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwie panie. Dwoje dzieci w porównywalnym wieku. Chłopiec i dziewczynka w twórczy sposób zajmują się sobą bawiąc się pobliskim śmietnikiem. Panie w tym czasie oddają się przyjemności picia kawy przy ogródkowym stoliku. Śmietnikowa zabawa produkuje fantastyczny, dziki okrzyk radości młodziutkich ciałek. Jedna z pań natychmiast poczuła się w obowiązku udzielić kulturowo-społecznej lekcji latoroślom:
     — Kochanie, dziewczynki się tak nie zachowują. Bądź grzeczna!
Chłopcu nie zwrócono uwagi.

***

Ciekawe, dlaczego na widok tej sceny coś się we mnie zagotowało? Musiało nieźle bulgotać, bo rzecz miała miejsce trzy, cztery lata na ulicy Długiej w Gdańsku w środku wakacji. Nagle, historia wróciła, wyciągnięta zręcznie z kieszonek niepamięci mózgowego magika.

Rośniemy, dojrzewamy a to jedno nie podlega transformacjom: bądź grzeczna, bo nie wypada, bo urazisz innych, bo trzeba dbać o rodzinę.

Kwestionuję od wczoraj tę nędzną, wiekową tradycję. A wypada zaprzeczyć sobie? A stanąć przeciwko sobie to jest ok? Dbać ślepo o tych, którzy nie widzą powodu, by dbać o ciebie?

Odkryłam przylądek niegrzeczności. Nie zatokę ugrzecznionej niegrzeczności: nie mogę, nie dam rady; zobaczę, co da się zrobić; zastanowię się; bardzo bym chciała, ale...

Wybrzeże prawdziwej niegrzeczności może wprawić w osłupienie swym bezkresem i bezpretensjonalną siłą wyrazu: nie, nie chcę.

Czy byłam grzeczna lub starałam się być grzeczna, bo wypada, należy, trzeba? W żadnym razie. Byłam grzeczna, bo bycie niegrzeczną było trudniejsze, wymagałoby wzięcia odpowiedzialności za wybór, którego się dokonało. Dotarło to do mnie, gdy uświadomiłam sobie, że nie zrobiłam czegoś, nie dlatego, by w pokręcony sposób zaprotestować; nie po to, by w środku sierpnia na złość nieżyjącym babciom odmrozić sobie uszy. Nie zrobiłam, bo... nie chciałam!

Podrabiany mundurek studentki Wyższej Szkoły Bycia Matką Teresą odwiesiłam na kołek. Już jest całkiem niepotrzebny. Nie, nie chcę. Nie, dziękuję. O dziwo, mając świadomość tego, że potencjalnie stracę kilkoro ludzi zyskałam... dużo czasu. Przyszedł czas na kostium wilka. Na widok tej szmatki Życie we mnie zabulgotało niekłamanym zachwytem i dziecięcą radością.