Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konsumpcjonizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konsumpcjonizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, sierpnia 30, 2018

2995. Jedenaste: nie faszyzuj

 wpis przeniesiony 10.04.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Część swego wychowania odebrałam na wodzie — mijające się domy pod żaglami oznaczały pozdrawiających się ludzi. Ale to było dawno. Prawie dwadzieścia lat temu, pierwszy raz w życiu będąc w polskich Tatrach (z Sadownikiem), było podobnie jak na wodzie — na szlakach ludzie uśmiechali się do siebie, pozdrawiali się, czasem zamienili kilka zdań więcej. Ale to też było dawno temu.

Być może z powodu powyższych doświadczeń, tym większe wrażenie wiele razy robiło na mnie patrzenie, jak w wielkopowierzchniowych sklepach ludzie się nie widzą — nie, nie myślę o pozdrawianiu każdego mijanego konsumenta; myślę o zwykłym przepraszam, proszę i dziękuję, na przykład o widzeniu w kasjerkach i ochroniarzach… ludzi, o widzeniu innych nieszczęśników z koszykami.

Wróciło do mnie to zadziwienie, gdy zobaczyłam pełnoformatowe zdziwienie na twarzy pani, która dba o czystość na siłowni, zaraz po tym, gdy powiedziałam Jej „dzień dobry”, a potem dodałam „dziękuję za pani pracę”. Prawie każdy człowiek, który choć raz doprowadził powierzchnie płaskie w swoim domu do czystości, wie, że ma ogromne szczęście, jeśli może zarabiać na życie inaczej.

Przypomniała mi się duża dyskusja z Sadownikiem o ulotkach rozdawanych na ulicach: brać czy nie brać? Wiele lat temu uważałam, że jeśli nie będziemy ich brać (wszyscy), to w końcu ktoś zrozumie, że ta forma reklamy jest bez sensu nie tylko dlatego, że niszczy lasy… Sadownik od zawsze brał, bo po drugiej stronie widział człowieka. Dziś mi wstyd za mój ośli, „zasadowy” upór — oczywiście, że biorę.

I tak sobie myślę, że szczególnie w dzisiejszych trudnych czasach ważne jest byśmy siebie widzieli. Jeśli nie widzimy, znajdując dobry powód: bo „to jego praca”, bo „przecież to obcy człowiek”, bo „mi się należy”, bo „ważna jest zasada”, uprzedmiotawiamy i stajemy się… pełnowymiarowymi faszystami (i co z tego, że tylko na chwilę).

Potrzebujemy widzieć innych.
Potrzebujemy być widziani.

Nie da się tego kupić, ale można mieć za darmo.

[suplement pikselowy: 11.02.2021]

sobota, kwietnia 15, 2017

2319. Automatyczna kurwa bankowa esemesa słała

 wpis przeniesiony 29.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Równie kiepskie, jak o politykach i hierarchach kościoła katolickiego, zdanie o bankach mam. Rozumiem, że sprzedawać można wszystko. Rozumiem, że interpunkcja, ortografia i przyzwoitość to słowa zbyt archaiczne i kompletnie niezrozumiałe dla arcyważnych decydentów bankowych. Rozumiem żerowanie na ludzkich pragnieniach, ale nie na lękach, kura przez wu!

Przyjmuję do wiadomości nawet złożoność świata. Jednak gdy przeczytałam tego esemesa trzy dni temu, oniemiałam z wrażenia. Oniemiałam z wielu powodów — żaden nie spodobałby się pomysłodawcom.

Tak jak dbasz o zdrowie zadbaj tez o bezpieczenstwo finansowe na wypadek nowotworu. Kliknij i zobacz jak mozemy Ci pomoc […].

(pisownia oryginalna, czyli brak znaków diakrytycznych i przecinków)

Na stacji benzynowej możesz kupić alkohol, w sklepie spożywczym tabletki, na poczcie skarpety, a w banku ukoisz swoje egzystencjalne lęki. Wszystko w promocyjnej cenie — na bank! Tylko pogratulować! Potrzebujesz czegoś jeszcze?

sobota, czerwca 28, 2014

1077. Raport Krowy: wszystko przez Sukę

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Do wczoraj dość dzielnie broniłam się przed natrętnym marketingiem telefonii niestacjonarnej. Latami o możliwości wymiany telefonu informował mnie Sadownik, bo ja nie miałam pojęcia, że warto mieć nowszą wersję ulubionego telefonu. Latami wybierał mi model spełniający moje najśmielsze życzenia: zwykły telefon bez wodotrysków, bez zamrażacza połączeń i uczuć, bez modułu „daj się zaskoczyć” nowym technologiom — zwykły telefon do dzwonienia i esemesowania. Przy ostatniej wymianie Małżonek-Przyjaciel-Współspacz poinformował mnie, że mam bardzo wygórowane wymagania i że właśnie stoję przed historyczną chwilą, kupuję ostatni telefon, który spełnia moje życzenia i w razie czego — w przeciwieństwie do smartfonów — da również radę przeżyć kąpiel w świeżo zaparzonej herbacie (naprawdę dał radę, ale o tym przekonałam się kilka miesięcy po jego zakupie). No cóż, pomyślałam wtedy, kupuję telefon, o który będę musiała bardzo, bardzo dbać, by starczył na bardzo, bardzo długo.

Wczoraj udało mi się swoim telefonicznym gruchotem uchwycić psią stopę, a gdy zobaczyłam jakość foci, przypomniało mi się, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Wczoraj skończyła się era przedpotopowych telefonów! Tak, chcę nowy śliczny model do dzwonienia, esemesowania i... robienia nagłych, o dużo lepszej jakości foci. Po raz kolejny wszystko przez Heniutkę.

Do listy rzeczy ważnych, potrzebnych, ale nienagłych dopisałam telefon, zaraz po kasku, który na liście zajmuje pierwsze miejsce od piętnastu miesięcy.

sobota, czerwca 21, 2014

1072. Wymuszenie po katolicku

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Co działo się, gdy mnie nie było? Podczytywałam z rana. Odwołali spektakl, na który żałowałam, że nie pójdę.

Jabłoń:
(czyta Sadownikowi fragmenty artykułów, cytuje jeden z ich tytułów)
Wiesz, dobry tytuł: Polska Iranem Europy...

Sadownik:
Nie, nie! Iran Polską świata islamu.

*

Rodrigo Garcia

*

[Roman Pawłowski]: Jaki był proces pracy nad tym spektaklem?

[Rodrigo García]: Zaczęło się od mojej fascynacji malarstwem renesansowym. Przez ostatnie dziesięć lat zobaczyłem w Europie wszystko, co powstało w tamtej epoce. Renesansowa ikonografia jest ważną częścią „Golgota Picnic”. Drugim impulsem była muzyka Haydna. „Siedem ostatnich słów Zbawiciela na krzyżu” [...]. (źródło)

*

To radykalny, nieprzyjemny spektakl o zachodnim społeczeństwie pogrążonym w konsumpcji i pozbawionym kontaktu z wartościami. Opowiada o sztuce, która wyczerpała swoją metafizyczną moc, i o Bogu, który staje bezradny wobec zła uczynionego ludzkimi rękami.

„Rozmieszczać broni na ziemi nie mogę: już wy to uczyniliście. Nauczyć was ruchać dzieci nie mogę: już wy to uczyniliście. Nauczyć was zabijać z głodu nie mogę: już wy to uczyniliście. Nie mogę nauczać was ścierać z powierzchni ziemi całe miasta i wioski ani technik dokonywania Holocaustu: już wy to uczyniliście” - tak brzmi otwierający spektakl nowy dekalog współczesnego świata. (źródło)

*

[...] obawiam się, że nie jesteśmy w stanie stworzyć alternatywnego, lepszego systemu. To nie tylko problem ekonomii. Społeczeństwa, które znam: hiszpańskie i włoskie, są za bardzo skupione na sobie. Nikogo już nie obchodzi, co dzieje się gdzie indziej, o ile ma się zapewnioną pensję, dom i samochód. Nie ma myślenia wspólnotowego. A rządy wykorzystują to, oferując ludziom szczęście na poziomie indywidualnym. (źródło)

sobota, stycznia 25, 2014

946. Opróżniam filiżankę życia

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zachłanność. Osiągnąć najpierw. Myśleć, że da się zachować bez zmian wszystko co dobre z przeszłości. A potem życzyć sobie więcej i więcej, czegoś innego, nowego, mając z tyłu głowy, że trzeba bezwzględnie utrzymać to dobre, co już się zdobyło. Czyż to nie mentalne kajdany gwarantujące pozorne bezpieczeństwo i władzę nad życiem?

Antyzachłanność. A przecież nie jest możliwe, by napić się białej herbaty z naczynia wypełnionego po brzegi kawą latte bez uprzedniego pozbycia się z niego kawy. Przynajmniej przez ułamek sekundy filiżanka będzie pusta. Strata znanego. Strach. Może dlatego zmiana jest, no cóż, tylko dla odważnych?

Puścić świat, który stworzyło się wczoraj.
Rozejrzeć się w dzisiaj.
Nie odkładać na jutro.
Pomyślało się.

sobota, stycznia 04, 2014

930. Moc z niemocy narodzona

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Leży mi ta książka na wątrobie już prawie miesiąc. Najpierw ją przegapiłam i nie mam pojęcia, jak to się mogło stać. Moje ulubione wydawnictwo. Moja ulubiona seria wydawnicza. A jednak przeoczyłam. Nadrobiłam zaległości, gdy wypatrzyłam ją na bazarku świątecznym na początku grudnia. Wtedy miała rok. Połknęłam ją w kilka dni, próbując nie śpieszyć się wcale, dbając o to, by nie zrzygać się światu prosto w twarz. Dziś, gdy ostatecznie postanowiłam pozostawić ją tutaj, ma już formalnie dwa lata.

Leżała mi na wątrobie do dziś, wywołując fale różnych objawów. Najpierw mnie rozłożyła na łopatki świadomością, że w najbardziej maniakalnie akuratnym kraju taaakie rzeczy mają miejsce. Gadżety i nastrój wynikający z możliwości dwudziestego pierwszego wieku maskują fakt, że większość pracujących ludzi funkcjonuje w sposób przypominający czas wczesnej rewolucji przemysłowej. Rozejrzałam się po znajomych i uznałam, że w pewnym sensie dotyczy to wszystkich nas.

Idealistka we mnie pochorowała się na świat i życie. Ktoś we mnie odwrócił się od tak nędznej perspektywy czasu, który przede mną. W poniedziałek padłam. Hannah stwierdziła, że będę żyć, ale muszę, muszę, muszę (!) mieć trzy dni urlopu, nic-nierobienia siedemdziesiąt dwie godziny, bo jak nie, to będzie bardzo, bardzo, bardzo źle. Z pewnymi przerwami poddałam się zaleceniu. Dziś koło południa ewidentnie zakończył się ten czas.

Idealistka we mnie podniosła głowa. To dobrze, że wie już, jak jest. Nie przejdzie progu kawiarni o zielonym logo. Przyjęła do wiadomości, że jest, jak jest. Skoro rzecz miała miejsce w Niemczech, aż strach myśleć, jak jest w Polsce. Nie mam złudzeń, na pewno nie jest lepiej. Gdy Idealistka podniosła głowę, dotarło do mnie, że choć nie mam na to wszystko wpływu, mam wpływ na swój mały mikroświat. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej poczułam wagę samodyscypliny, prawdy, świadomości i uważności w relacji ze sobą, w relacjach z innymi ludźmi oraz miłości, która wskazuje kierunek mego życia, działań i podejmowanych kolejnych kroków. Cywilizacja, w której przyszło mi żyć wciąż, w pewnym aspekcie, wydaje mi się upadającym Rzymem, ale ja już nie jestem jego ofiarą. Wróciłam do siebie. Nie ustaję!

[...]  jako somalijski emigrant ani nie mam pracy (jak większość uciekinierów objętych w Niemczech zakazem zatrudniania), ani nie mogę się pochwalić specjalnymi umiejętnościami czy doświadczeniami. Nie jestem kolegą wśród kolegów, jak wtedy gdy udawałem Turka, prostego robotnika, lub gdy udawałem redaktora „Bild” czy piekarza albo agenta firmy telemarketingowej. Nawet jako bezdomny byłem równy wśród równych — lecz jako czarny między białymi?
      Jestem po prostu czarny i obcy, co w społeczeństwie nastawionym na sukces znaczy: bezbronny, bez wartości. Ci, których spotykam na swojej drodze, mogą wyżywać się na mnie, folgując swoim rasistowskim odruchom, albo inaczej — nieobarczeni szacunkiem dla prestiżowego zawodu ani imponujących dochodów, mogą bezczelnie wtykać nos w moje sprawy i demonstrować silne bicepsy.

Z reportażu „Czarne na białym”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Dzielni i przystosowani członkowie społeczeństwa zawsze znajdowali sposób, by oszczędzić sobie widoku „szumowin uchylających się od pracy” — usuwali z pola widzenia bezdomnych, chorych psychicznie, alkoholików i inne osoby, które już na pierwszy rzut oka odbiegały od normy.

*

      — Ulica zmienia ludzi, czasem na korzyść, czasem na niekorzyść, to zależy. Znam osoby, które były profesorami, lekarzami, a dziś są na ulicy. Wypadły po prostu z systemu i trudno im było wrócić. Do tego doszła może jedna czy druga nieszczęśliwa okoliczność życiowa i to zmieniło koleje ich życia. Nie mówię, że zeszły na złą drogę, tak nie mogę powiedzieć. Ale wkroczyły w inne życie.

Z reportażu „Mniej niż zero”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

[...] nie ma takiej nieprawdy, takiej presji, takiego publicznego ośmieszenia, takich kosztów, przed którymi zawahałaby się dyrekcja koncernu, jeśli to wesprze kurs jej polityki.

Z reportażu „Wykolejona kolej”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

niedziela, października 06, 2013

863. Absurdzik

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Proszę pana, chciałabym kupić klatkę dla słonia.
     — Proszę bardzo. Mamy taką, śmaką i owaką. Którą sobie pani życzy?
     Wybieram, przebieram. Wymiary, ceny porównuję.
     — Zdecydowałam się. Poproszę tę klatkę dla słonia.
     — Drukuję więc umowę.
     Wydrukował. Czytam.
     — Proszę pana, ale ja chcę kupić tylko klatkę dla słonia.
     — Rozumiem. W promocji do klatki dla słonia otrzymuje pani również klatkę dla krokodyla i klatkę dla hipopotama.
     — Potrzebuję tylko klatki dla słonia. Nie mam ani krokodyla, ani hipopotama.
     — Rozumiem, ale nie ma możliwości nabycia klatki dla słonia bez kupienia klatki dla krokodyla i klatki dla hipopotama.
     — Nie potrzebuję klatek dla krokodyla i hipopotama. Potrzebuję klatki dla słonia.
     — Rozumiem. Podpisując tę umowę otrzyma pani trzy klatki. Z klatki dla krokodyla może pani zrezygnować wysyłając esemesa o treści DEAKT KLK na numer 2901. Z klatki dla hipopotama rezygnuje pani wysyłając esemesa o treści DEAKT KLH na numer 2901.

W ten sposób stałam się chwilową posiadaczką trzech klatek, choć potrzebuję tylko jednej. Muszę pamiętać, by wysłać odpowiednie esemesy na odpowiedni numer. Albo jestem zbyt staroświecka dla nowoczesnych form handlu, albo Minus GSM liczy na to, że zapomnę deaktywować niepotrzebne mi do niczego usługi. Tak czy inaczej niesmak pozostał.

wtorek, maja 14, 2013

743. Ech, Życie!

 wpis przeniesiony 6.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dawno, dawno temu, wymyśliłam grę Taśmociąg. Idąc w niedzielę na superwizję zobaczyłam inną jej wersję:

Praca. Mieć. By. Nieruchomość. Nabyć. Przetargi. Wygrywać. Zamówienia publiczne. Realizować. Kryzys wieku średniego. Zwalczać. Setki koni mechanicznych. Ujeżdżać. Nie martw się, klepsydrę zamówi za ciebie już ktoś inny…

Pan lub Pani od reklamy głowę na karku mieli, by ludzkie życie tak sprawnie zamknąć w pięciu słowach. Następujących po sobie. Nie w przypadkowej kolejności. Może nawet zaryzykować można tezę o zgrabnie uchwyconym statystycznym sensie życia Polaka...

niedziela, stycznia 01, 2012

(399+2). O nierówności płci... subiektywnie, po męsku, zbyt...

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(skończył robić herbatę
i z dumą poinformował o tym fakcie
)
Prącie!

Jabłoń:
(szczęśliwa, że sypia już we własnej sypialni
symuluje przygłuchą, ale niepozbawioną temperamentu
)
Prącie?

Sadownik:
(udaje oburzonego)
Bo dla Ciebie to ja jestem tylko 3×P.

Jabłoń:
Protokół PPP?

Sadownik:
PPP, czyli Prącie, Portfel, Pomóż!

Jabłoń:
To ja już nie chcę, byś pomógł mi otworzyć ten słoik.
(nie było bigosu, co ze świąt od Mamusi przywieziony, była jajecznica)

_________________
Proszę == Prosię == Prącie; fonetyczna zabawa Dwunożnych.

niedziela, listopada 06, 2011

359. Słodka alternatywa dla konsumpcjonizmu

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwunożne w kinie (Służące). Brak telewizora w domu powoduje, że Jabłoń zachwycają reklamy --- kierunkiem, w którym się rozwijają, poziomem manipulacji, światem niedopowiedzeń, kolorów, szybkiego ruchu i bezkresnego pożądania, które wymaga natychmiastowego spełnienia.

Blok reklamowy trwa i trwa, by przy końcu prawie ostatniej reklamy użyć argumentu, który rozbawia do łez: Play Station w nowej, niższej cenie.

Sadownik:
Kupisz mi?

Jabłoń:
(całuje Sadownika czule)
Raz…

(całuje równie czule)
Dwa…

(całuje z niesłabnącą uważnością)
Trzy…
Kupiłam!

Sadownik:
?

Jabłoń:
(jako uosobienie skromności)
Dałam Ci tyle samo przyjemności,
ile dałoby Ci Play Station w nowej, niższej cenie.

wtorek, sierpnia 30, 2011

330. Bezdzietna pokochała sklep dla dzieci

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Co Bezdzietna robi w sklepie z ubrankami dla dzieci, jeśli nie „obkupuje” cudzych dzieci? Powiedziałabym, że jest pijana i zaraz ją wyprosi obsługa sklepu. To teoria. Praktyka, jak zwykle, troszkę się z nią mija.

Bezdzietna w sklepie z ubrankami dla dzieci kupuje... ubranka dla Dwunożnych. Uwiedziona opowieścią Frendki o gatunku bawełny, z jakiej w tym sklepie zrobione są produkty, wpadła jak śliwka w kompot. Frendkę wyściskała za pokazanie ziemi nieznanej. Przy kasie złożyła reklamację, że dział dla Dużych jest zdecydowanie za mały.

Bezdzietna w sklepie z ubrankami dla dzieci poprawia... PR członków Stada, co sierści nie mają, bo Stado od dziś to będą czasem dwa Anioły plus czarna Dorzyca.

(zdjęcie koszulki wzięte z działu dla Dużych witryny endo)

sobota, sierpnia 27, 2011

(325+1). Konsekwencje moich Miłości

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(obwieściła już, że na planowany we wrześniu urlop
ma w planie kupić Heni tunel do wspólnych zabaw i jedną łamigłówkę
)

Sadownik:
To jak Henia dostanie... i tunel, i łamigłówkę, to ja chcę... obiektyw!

Jabłoń:
(przytkana z wrażenia
reprezentuje ideał milczącej żony
)

Sadownik:
(po chwili uzasadnia)
Pies jest ważny, ale ja jestem ważniejszy,
to i chciejstwa mogę mieć większe.

Jabłoń:
(pod wrażeniem logiczności Sadowniczego wywodu
wciąż milczy)

Sadownik:
Ciesz się, bo mogłem chcieć mac-a.

Jabłoń:
Cieszę się, cieszę! :)

środa, lipca 20, 2011

299. Mit i konsumpcjonizm

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bogowie, chyba o fakturę, urządzają sobie awanturę.
Bo w głowie się nie mieści, że jest jakiś „Ludź”, co zamówił tyle burz na cito, czyli już.

***

Piętro niżej, z kubkiem herbaty z ziarnkami kardamonu, z ciepłą Heńką na stopach, obserwuję przez okno krokodyle łzy Bogini, deszczem zwane. Ciekawe, za co Bóg nie chciał zapłacić? Skąd ta wiara, że Sadownik na pewno by zapłacił...

niedziela, czerwca 19, 2011

278. Dziecioodporni w Smyku

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przemysł dziecięcy przypomina mi sklep firmowy korporacji. Pierwszy raz z ochotą, bezmyślnie, całkiem bezrefleksyjnie płynęłam z prądem konwenansów. O rany, jakie to było przyjemne! Mój gust nie miał nic do rzeczy. To nie ja miałam wybrać kolor. Wybrał go dawno temu Bóg. Mając niewiele do powiedzenia, pozostałam zainteresowana wyłącznie praktyczną stroną przedsięwzięcia.

Weszliśmy wczoraj do przybytku handlowego zaspokajającego potrzeby najmniejszych. Fachowo rozejrzałam się po wnętrzu sklepu w poszukiwaniu błękitnej zawartości regałów. Profesjonalizm w oczach, jakbym bywała w takich miejscach od zawsze, zmylił nawet Sadownika. Uratowała nas znajomość dziecięcego dress kodu. Różowe, „dziewczyńskie” na prawo. Błękitne „chłopięce” na lewo. Rodzice, ciocie, wujkowie, dziadkowie i babcie z portfelami i portmonetkami, prosimy, na wprost do kasy. Szło nam naprawdę bardzo dobrze. Wydało się, że jesteśmy bezdzietni, bezradni, całkiem nieczuli i niezainteresowani dopiero, gdy zawiesiliśmy się na... centymetrach. 68 cm? 74 cm? Ile ma trzymiesięczne dziecko? Na wszelki wypadek wzięliśmy i to na 68, i to na 74. Zwyciężył pragmatyzm, kawy nam się już chciało. Nie obyło się bez głośnych, niezależnie wygłoszonych komentarzy:

Sadownik:
(z wyrzutem)
To ja własnemu psu na zimę futerka nie kupiłem
a mam teraz takie rzeczy kupować!?!

Jabłoń:
Jak będzie za małe to trudno,
będą musieli zrobić sobie nowe dziecko.

czwartek, września 16, 2010

70. Blondynka to "dwa męźcizna"

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Był czas, że bawiły mnie takie algebraiczne zagadki socjologiczne:

###
Ilu programistów potrzeba, aby zmienić żarówkę?
Ani jednego, to wina hardware'u.
###
Ilu trzeba psychoterapeutów, aby zmienić żarówkę?
Wystarczy jeden.... pod warunkiem że żarówka chce się zmienić...
###

Przyszedł jednak czas na empirię. Na dzisiejszych zajęciach kończyliśmy egzystencjalizmem. Ciężar gatunkowy zjonizowanego tą wiedzą powietrza niech odda pytanie: jaki sens ma życie, skoro i tak umrzemy? Nie wytrzymał tego pytania mój telefon. Leżał sobie na oparciu, nieproszony zrobił zdjęcie sufitu, wyświetlił je na zewnętrznym wyświetlaczu i łaskaw był umrzeć przez powieszenie się. Wszelkie próby resetowania go przy pomocy przycisków nie przyniosły żadnego skutku. Wpadłam więc na pomysł, że trzeba iść po pomoc. Wracając do domu, zaszłam do salonu Minus GSM, aby któryś ze starających się wyglądać schludnie, może nawet elegancko, panów pracujących nauczył moją blondynkowatą część osobowości jak otworzyć mój model telefonu, bo ostatecznie hardwarem nigdy nie lubiłam się zajmować. I co? I mogę napisać jak było.

###

Ilu trzeba panów w salonie telefonii komórkowej by otworzyć telefon? Trzech. Pierwszy mówi, że to stary model (telefon ma raptem 14 miesięcy). Wyśmiałabym sukinkota, ale wtedy nic bym nie załatwiła. Drugi, że ma za krótkie paznokcie i proponuje go zostawić w serwisie skoro na gwarancji. Wyśmiałabym sukinkota, przecież może być jak z Windowsami, wyłączyć z prądu, włączyć i zadziała, po co od razu serwis. Trzeci, niczym brakujący element męskiej trójcy świętej świata cyfrowego konsumpcjonizmu stanął na wysokości zadania, dał radę i otworzył. Nawet był łaskaw pokazać mi jak to zrobił, co spowodowało, że mój blondynkowaty stan umysłu w tej kwestii stał się mądrą brunetką. Tych dwóch pierwszych pozostało blondynkami...