Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
— nie ciagnij, puść tę klamkę! wyjmij palce spomiędzy drzwi, bo one się zatrzaskują.
a gdy to się stanie, dopełni, gdy nastanie trudna do zniesienia cisza,
odwróć się plecami do tych drzwi i oddychając, pozwól sobie rozejrzeć się po gruzach — często tak właśnie wygląda nowy początek.
203/365
[…]
mózg jest szczególnym organem, podążającym swoimi ścieżkami. — August Strindberg (1849–1912)
[w:] Mona Chollet, Nie dać się poczuciu winy. O tym, co nam przeszkadza w życiu,
przeł. Magdalena Kowalska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2026.
odważyłam się, przewróciłam zaśniedziały klocek wewnętrznego domino i obdarowano mnie dziś uwagą, uśmiechem, wzruszeniem. puściło mi coś w środku. istnieję bardziej i mocniej niż zwykle.
19/365
Nie wołam imienia Twojego
Szukam prawdziwego istnienia swego Sylvia ❧
po wszystkim
wykrztusiłam* z siebie brak szacunku, organiczną niechęć i wszystkie usprawiedliwienia, jakimi karmiono mnie przez dziesięciolecia, wyplułam zatykające zrozum i co ty tam wiesz.
od wczoraj biorę głęboki oddech, bo już mogę, i, nim ruszę z odsieczą, zadaję sobie podstawowe
pytanie diagnostyczne: czy to na pewno moja sprawa? bo jeśli nie, czyli nie moja wokanda, nie moje demony, nie mój cyrk, nie moje zawracanie rzeki kijem, państwo wybaczą, nie mam na to czasu.
8/365
__________
* co to było? psychologiczne aspekty krztuśca czy co? bo, że fizycznie mnie sponiewierał, to fakt.
od wczoraj nie biorę jeńców, czyli. koniec z czasem dla spraw beznadziejnych; wystarczy mi podgrzewania, gdy nie trzeba, starych historii; walka z wiatrakami, pamiętaj, to nie sport.
nie znam nikogo, kto nie został zdradzony, porzucony, niezrozumiany, nieprzyjęty lub niewysłuchany, ale to nie jest powód, by dać się tym historiom wodzić za nos latami.
zbrzydło mi życie w oku cyklonu. nie chce mi się już szukać dobrych stron ciszy przed burzą. niech się dzieje*!
338/366
________
* a ja? będę już tylko skupiać się na liczeniu błogosławieństw, które każdego dnia mnie spotykają mimo wszystko, ponieważ i dlatego właśnie.
Nauki buka brzmiały: Stać. Zrzucić liście. Wytrzymać. Pracować nad nowymi liśćmi. Wypuścić pąki. Zmienić się.
*
Być może pisanie jest poszukiwaniem obcego języka w słowach, które człowiek ma do dyspozycji. Próbą znalezienia językowego schronienia w tym, co istnieje, uderzenia w to, co odziedziczone na tyle mocno, by człowiek w nim zamknięty mógł zatańczyć.
Kim de l’Horizon, Drzewo krwi, przeł. Elżbieta Kalinowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024.
jest we mnie ktoś, kto nie ogarnia słowa „ostateczne”.
do dziś myślałam, że potrzebuje czasu, jeszcze więcej czasu, by zrozumieć, pojąć, zinternalizować.
dziś do mnie dotarło, że ten ktoś po prostu wie, że jest przestrzeń, w której słowo „ostateczne” nie ma desygnatów.
każda strata unicestwia jakiś świat*. rozszarpuje inne**.
trzeba nie lada wiary, by zaufać, że właśnie teraz rodzi się szansa na inny, nowy, dobry świat, jeszcze ten jeden raz dla nas i z nami, bo przecież mamy skarb, wciąż oddychamy.
236/365
_________
* świat konkretnego człowieka lub konkretnej relacji.
** światy marzeń i planów człowieka lub relacji.
Chodzę z tym odkryciem ponad tydzień. Upchnąć w trzech zdaniach próbowałam nieraz, nie dało się. Poddałam się. Odkrycie, subiektywnie arcyważne, z zadartym nochalem niecierpliwe spacerki z podskokami urządzało mi po potylicy, by — a może jednak? no, coś ty? nie dasz rady? — odnotować odkrycie kolejnej wyspy wewnętrznego archipelagu.
I przyszły literki Marcina Wichy, który precyzyjnie opisał skamieliny dawno temu wydobytej na jaw wewnętrznej wyspy. Z taką merytoryczną podpórką mogę przynajmniej spróbować odnieść się do wewnętrznej geografii. Nawet jeśli się nie uda, to pozostaną tu chociaż dwa mądre fragmenty docenionej przez wielu książki.
Nie upchnę w trzech zdaniach, ale na trzech wyspach wszystko już mi się zmieści, pomyślałam.
*
Wyspa 1.: Racja! Odkrywamy ją w okolicach drugiego roku życia, odpowiadając z pasją na każde pytanie: nie! Uwielbiam patrzeć na dziecięcą radość, wynikającą ze zdobycia pierwszego przylądka pozornej kontroli nad życiem. Nie! I jest moc! Nie wiedzieć czemu (?), rodzice latorośli, najszybciej tracą i zachwyt zjawiskiem, i cierpliwość.
Z przykrością należy odnotować, że niestety niektórzy postanawiają urządzić się na tej wyspie i do śmierci się z niej nie ruszają, wyskakując tylko na chwilkę do roboty: do sejmu, urzędu, ministerstwa, kuratorium czy na konferencję episkopatu. Co zrobisz? Taki mamy klimat!
Racja szybko wchodzi w krew. Nawet niewielka dawka sprawia, że człowiek wpada w stan przyjemnego oszołomienia.
[…]
Organizm łaknie takich momentów. Pragnie, żeby przychodziły coraz częściej i trwały jak najdłużej. To uzależnienie.
🦩
Racja nie chce, żebyśmy się zajmowali czymkolwiek innym niż dawaniem świadectwa. Odciąga nas od zainteresowań i lektur. Niszczy relacje, dewastuje życie towarzyskie.
Marcin Wicha,
Nic drobniej nie będzie,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)
Wyspa 2.: Chcesz mieć rację czy chcesz być szczęśliwy_a? W zasadzie, jak się odkrywa tę wyspę po raz pierwszy, nie wiem, nie pamiętam. Z pewnością lądują na niej wszyscy, których porwał huragan niekoniecznie pierwszych miłości, chwilę po tym, gdy skończy się miodowy czas oczadzenia największym szczęściem, jakie tych wszystkich w życiu spotkało. Na tym skromnym płachetku ziemi wielkimi literami wypisano robocze pytanie: chcesz mieć rację czy relację? Jeśli chcesz przetrwać w związku czy rodzinie, to pytanie
tylko pozornie daje ci wybór. Pamiętaj, zabieranie swojej kołderki i spanie w gościnnym jest wyłącznie chwilowym urlopem na żądanie spędzonym na wyspie 1. Jeśli ci zależy, to… już sam_a wiesz co!
Wyspa 3.: Bezgraniczne poczucie, że dasz radę.
Jesteś już życiowym mądralą. Masz motorówkę, helikopter lub inne ustrojstwo, które umożliwia ci sprawne przemieszczanie się między wyspami (pierwszą i drugą) i nagle los podsuwa ci pod nos „okazję”! Trafia się sytuacja, okoliczność, niefart mało wybredny — żadne kompetencje, rozwinięte na obu wyspach, nie dadzą rady, bo przecież wiesz, że racją nic nie zwojujesz, a o miłości w tej sytuacji mowy nie ma. I dajesz radę — może nawet koncertowo! I gdy już opadną kurz i fusy, dociera do ciebie, że nie opuszcza cię poczucie, doświadczane po raz pierwszy w życiu tak mocno: dasz radę! Bez względu na scenerię i rekwizyty po prostu zawsze — lepiej lub gorzej, to bez znaczenia — dasz sobie radę z każdą sytuacją! Już to wiesz. W tym stanie spokojnie przeżyjesz nawet własną śmierć. Już to wiesz.
Rodzina to twór rządzący się swoją dynamiką, której reguły są oczywiste dopiero wtedy, gdy je odkryjesz, ale najpierw nic nie rozumiesz, potem po omacku macasz i dopiero gdy się poddasz, gdy upłynie sporo wody w rzekach, zmienią się rządy nieraz, świat zejdzie znów trochę na psy, tu i tam wybuchnie wojna, wydarza się nagle coś, co otwiera ci oczy i nie możesz odzobaczyć tego, co stanęło ci przed oczami. Nie, już nigdy nie odzobaczysz prostoty mechanizmu, który z pewnością kosztował wielu (wszystkich?) członków rodziny wiele łez przez dziesiątki lat, przez całe pokolenia, bo to nie trwało od wczoraj.
Zaczęło się zwyczajnie — dziewięć dni temu dorosła osoba zadała prozaiczne pytanie drugiej dorosłej osobie. Rozwinęło się w zaskakujący sposób — emocjonalna odpowiedź zawierała groźbę. Ten, kto odpowiedział, pomimo „dorosłego” peselu, brzmiał w swej wypowiedzi jak dziecko.
Nad ranem kolejnego dnia olśniło mi. Zrozumiałam, o czym jest moja rodzina pochodzenia wraz ze swoimi korzonkami. Gdybym miała określić ich jednym słowem, powiedziałabym: niewidziani. Gdybym miała określić dynamikę tego tworu jedną frazą, powiedziałabym: niewidziane dzieci, które stają się niewidzianymi i niewidzącymi dorosłymi, a reszta jest już samospełniającą się przepowiednią, zacnym psychologicznym perpetuum mobile. Byłam nareszcie w domu! Nareszcie wszystko stało się krystalicznie jasne. Znalazłam klucz.
Wiedziałam, co mam robić w czwartek, który, gdybym tylko mogła, ominęłabym. Miałam pewność, że jeśli tylko dam radę zobaczyć i usłyszeć poranione dziecko w tym wrzeszczącym, obrażającym mnie dorosłym człowieku, dam radę.
Dałam radę! Dawno się tyle przy okazji nieuniknionego nie nauczyłam.
ten dzień*, gdy postanawiasz spojrzeć na życie i to, co ono przynosi, w nowy, nieznany do tej pory sposób. właśnie ten dzień jest początkiem nowego. tego nowego, o którym do tej pory tylko marzyłam.
skończyła mi się talia kart — opcyków, rutyn, zrobię‑to‑lepiej, przyłożę‑się‑bardziej, szybkich recept, taktyk, strategii używanych przez dziesięciolecia, sposobów na radzenie sobie z rzeczywistością i życiem.
życie nie jest do radzenia sobie z życiem. ♠ ♥ ♦ ♣ życie jest do życia.
talia kart bez mocy. dla mnie ma już tylko wartość sentymentalną.
Że układanka, zobaczyłam, gdy wszystkie elementy trafiły na swoje miejsce, czyli wczoraj późnym wieczorem — prawie przed snem.
Archeo. #1 za ciuch, szmatę nigdy duszy bym nie oddała już od dziecka. #2 pełna ignorancja ubraniowych stylów i kodów w całym zawodowym życiu. #3 jak pokocham, musi się rozejść, bym uznała, że nie nadaje się do noszenia.
Przeszłość niedaleka. #4 dwa lata temu na Fotofestiwalu nie mogę odejść od apaszki, myślę, że z powodu zwierzęcia totemicznego. #5 Sadownik mi ją kupuje, a ja myślę, że ona mnie zachwyca, bo ze szlachetnego materiału wykonana; że czuję się w niej jakoś zupełnie inaczej. #6 gdzieś po drodze zaskakuję, że ludzie ludziom uruchamiają sny.
Wczoraj. #7 na przystanku stałam, gdy po drugiej stronie szła dziewczyna z torbą, na której piękną czcionką napisane było lubię ludzi — zamyśliłam się z uśmiechem na twarzy, bo ja też, nie tylko ja też, Georginii Bóg też. #8 i przychodzi do mnie myśl (całkiem oczywista): rzeczy uruchamiają ludziom sny. #9 wiem, czuję i uśmiecham się od ucha do ucha. #10 i już wiem, że ani chwili dłużej nie jest mi wszystko jedno…
Dziś. Nadal kocham te portki, ale zmianie kibicuję. Jest coś, co wymyka się logice i słowom — jest ze mną od wczoraj — ma moc.
wpis przeniesiony 3.04.2019. (oryginał z zawieszkami)
Przygoda zaczęła się jak zwykle, nim dostrzegłam pierwsze subtelne sygnały zmiany. Wielki sygnał, który w końcu dostrzegłam, potraktowałam ze zdziwieniem i pewną nieufnością: chora ja czy co? A było tak.
Facet i jego ratlerek. Rzadko, ale jednak, na porannym spacerze nieprzyjemność miałam od lat. Facet, biorąc pieska na ręce (na widok Heniutki pięćdziesiąt metrów dalej), budził we mnie figurę oenerowca-homofoba, bo jak facet może mieć takiego psa! Mordercze instynkta miałam wszystkie całkiem na wierzchu. I tak przez lata. Nie docierało do mojej łepetyny coś, co w przypadku jorków dotarło, że może człowiek bierze na rękę swojego niewychowanego psa, bo nie chce, by bez sensu rzucił się na Heniutkę. Nie docierał głos krytyka wewnętrznego: zazdrościsz skurwysynowi, że może psa na rękę wziąć, hahaha! Taki był kontekst, nim zdarzyło się to, co niepojęte. A było tak.
Dwa, trzy tygodnie temu, o poranku z Heniutką poszłyśmy na spacer. Mężczyzna, ratlerek (kura przez wu — jak ciężko mi wymówić to słowo!), kontekst — zupełnie bez zmian. Tylko ja jakaś dziwna. Nie trafia mnie szlag, gdy piesek ląduje na ludzkich rękach. Dziesięć metrów od człowieka, z uśmiechem i szczerze mówię mu dzień dobry. Nie odpowiada — nie słyszy, ignoruje, nie wie, co z tym zrobić; nie wiem co. A ja nie obrażam się; uśmiecham się od ucha do ucha do jego oddalających się pleców i mam się świetnie. I dociera do mnie, że to, co zrobił; to, co mógł zrobić; to, czego nie zrobił — to wszystko nie ma żadnego znaczenia! Intencja, z jaką powiedziałam dzień dobry, była dla mnie najważniejsza.
Byłam zadziwiona sobą, nieufna wobec siebie, chora ja czy co? Ale udawać, że scena nie miała miejsce, nie dało się. Tak zaczęło się coś dziwnego, podejrzanego chwilami, ale jak pięknego! Bo intencja jest ważna — czasem najważniejsza!
wpis przeniesiony 3.04.2019. (oryginał z zawieszkami)
Ostatni akapit napisany przez Dicka zaczyna się tak:
Bo ja, wiecie, jestem zwyczajnym facetem. Koszę trawę przed domem, odśnieżam podjazd i zmieniam olej w naszych samochodach. Robię zakupy i gotuję większość kolacji w naszym domu. Jestem taki sam jak każdy inny facet w Ameryce.
Ze słów Ricka z listu do Ojca umieszczonego na końcu książki:
Nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę.
„Wyjęłam” Ricka i Dicka z książki Jorneta. Kliknęłam tu i tam. Ibuka nie było. Klik, klik, portal aukcyjny, klik, klik i szła do mnie ich historia. Dziś rano kończyłam na akord, bo wiedziałam, w czyje ręce musi trafić już dziś! Ta książka jest jedną z najważniejszych książek mojego roku 2017.
Ale najpierw było tak: szła książka kilka dni, troszkę odbierała się z poczty, potem ratowała mnie przy czytaniu betrojerinek — ibuk w komunikacji miejskiej, papierz w hamaku. W sumie, zamyśliłam się teraz, dwa tygodnie minęły… Studentkom i studentom zaordynowałam semestralny eksperyment na ludziach, optymistycznie nazywając go zaproszeniem do przygody… od środy zauważam, że zmieniło się we mnie coś zasadniczego… ja sama ruszyłam w podróż, przygodę…
*
Mój najstarszy syn, Rick, był przykuty do wózka inwalidzkiego od ponad dziesięciu lat, kiedy po raz pierwszy poprosił mnie, żebym założył buty do biegania i popchał go w biegu. To był rok 1977. Miałem wtedy trzydzieści siedem lat i od szkoły średniej niczego na poważnie nie trenowałem.
*
Nie miewam złych dni, ponieważ zawsze pamiętam, że życie toczy się dalej, a my musimy jedynie wyciągnąć wszystko, co najlepsze, z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.
*
Dasz radę!
*
[…] jeden z magistrantów zadał pytanie, które — to było widać — chcieli zadać oni wszyscy: „Skąd wiecie, że wasz syn jest inteligentny?”. Judy, która rozpaczliwie pragnęła, aby tym razem nie odesłano nas z kwitkiem, powiedziała: „Opowiedz mu jakiś dowcip”.
*
[…] Rick ciągle marudził, że chciałby spróbować. Naprawdę nakręcił się na ten wyścig. Poza nieuniknionym wyzwaniem, jakim było znalezienie sposobu, aby posadzić Ricka na rowerze czy wodzie, ja sam nie siedziałem na rowerze od szóstego roku życia i nie umiałem pływać. To [triatlon] byłoby największe przedsięwzięcie, jakiego kiedykolwiek się podjąłem, ale Rick nie dawał za wygraną.
*
[…] wszystko jest możliwe, jeśli tylko włożysz w to swoje serce.
*
To naprawdę niezwykłe, że kiedy się z kimś dzieli podobne troski i przeżycia, od razu tworzy się szczególny rodzaj więzi.
*
Znaczymy więcej niż nasze kalectwo. Kiedy będziemy w stanie w pełni je zrozumieć i zmotywować innych, aby je zrozumieli, to znajdziemy w życiu cel inny niż ciągłe rozpatrywanie własnych słabości i niedoskonałości. [z listu Karen White]
Dick Hoyt, Don Yaeger, Oddany. Opowieść o miłości ojca do syna, przeł. Edyta Stępkowska, Wydawnictwo św. Stanisława BM, Kraków 2011. (wyróżnienie własne)
*
Team Hoyt, I Can Only Imagine.
*
Nie udało mi się ustalić Autorki/Autora zdjęcia, ale powód, by wrócić do Bostonu jest.