Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
pstryk, magiczna sztuczka. dopuścić do siebie świadomość niepewności tego, co przyniesie jutro i abra-ka-da-bra!
znikają pretensje, żądania, życzenia, frustracje — pozostaje tylko wdzięczność za dziś.
126/365
Gdy kochamy, zawsze jesteśmy narażeni na utratę — krytykę, odrzucenie, separację czy wreszcie śmierć — niezależnie od tego, jak bardzo się staramy przed nią bronić. Wprowadzenie w związek niepewności często polega po prostu na pozbyciu się złudzenia o pewności.
Esther Perel, Inteligencja erotyczna. Jak utrzymać bliskość w relacji,
przeł. Magdalena Zielińska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
Wymiękłam. Za dużo. Potrzebuję siebie i tylko siebie — introwertyczny slow life, sztuk: raz — muszę, żądam, poproszę. Nie, nie zmieniasz planów. Pakujesz sukę i wio! Kocham Cię! Bardzo! Do zobaczenia! Zadbam o siebie. Telefon będę miała przy sobie w miarę możliwości. Tak, jakby co, oczywiście, pamiętam. Pa!
Wypchnęłam ⅔ Stada wczoraj rano za drzwi. Urlop wytchnieniowy należy się również nieuleczalnie chorym. Kocham! Bardzo! Ale potrzebuję siebie dla siebie — wyłącznie, jak na lekarstwo, natychmiast!
Cztery godziny później, gdy z Dżo rehabilitowałyśmy me ciało, przypomniało mi się
o kotach i psach,
o śniegu i deszczu. Wspomniałam o tym, że choć wiem, że Heniutki nie ma w domu, to i tak co chwilę łapię się na zaskoczeniu, że mój ruch nie powoduje kudłatego ruchu lub przynajmniej kontroli psich oczu spod nieśpiesznie podniesionych kudłatych powiek, nie mówiąc o tym, że wciąż słyszę Jej pazury na parkiecie. Dżo ma tak samo ze swoją kocicą, gdy ona wyjeżdża. Obie nie mamy tak z naszymi Małżami, Dżo dodatkowo (o zgrozo!) nie ma tak ze swoimi dziećmi.
wpis przeniesiony 16.03.2019. (oryginał z zawieszkami)
Dawno temu Onemu zapomniał i zostawił w ciasance swoje płyty U2. Chwilę po tym, gdy Sadownik o tym się dowiedział, postanowiliśmy skorzystać z okazji i podelektować się Bono. Ku naszemu zdziwieniu znajdujący się w sidiku krążek miał z U2 tyle wspólnego, co nasze wakacje z Afryką. Było tam kilka folderów, w każdym z nich po kilkanaście piosenek z naszej młodości. Straszny kicz, coś z gatunku muzyki zwanej pościelówą, nic wymagającego, ale prawda jest taka, że z każdą piosenką słodycz lała się przez głośniki wprost do naszych uszu — uruchamiały się niewinne części nas, budziły się wspomnienia. Późniejsze śledztwo wykazało, że krążek skompilował Bajkowy Basista i też zapomniał zabrać, ale finalnie w dobroci swego serca pozostawił go na wyposażeniu stałym ciasanki.
Wszystko to byłoby kompletnie bez znaczenia, bo co komu po tym, że kilka piosenek jest od czasu do czasu przeze mnie zarzynanych, m. in. piosenka stanowiąca oprawę delfina Umuma, którego nigdy w przedszkolu nie mogłam obejrzeć do końca, bo leciał wtedy, gdy ja szłam do domu, ale, ale… jest to historia o tym, jak przypadek zamienił się w działanie z premedytacją.
Na tym sidiku jest również piosenka, której wykonawcy nie znałam, ale której klimat — aż wstyd — porywa mnie do dziś… W niedzielę o 7.00 byliśmy w samochodzie w drodze do Wrocławia. Zaczynaliśmy jeden jedyny, ostatni dzień wolnego, zanim ruszymy w akademickość i studenckość. Pierwsze słowa piosenki świetnie oddawały intensywność przeżytych przez nas dni:
…now the party is over, I’m so tired, then I see you coming out of nowhere…
Zanim oddaliśmy się randkowaniu na całego, po tekście znalazłam wykonawcę i utwór na sieci. Hmmm, pomyślałam… Avalon… i przeczytałam… mityczny celtycki raj, kraina zmarłych lub Ziemia Kobiet, ale też Wyspa Jabłek lub Wyspa Jabłoni. Zdziwiona? — zapytałam samą siebie w duchu.
Wciąż piłuję tę piosenkę. Postanowiłam ją tu upuścić, będzie mi albo łatwiej do niej dotrzeć, gdy mknę ulicach stolicy, albo się od niej odczepię. Póki co, przy kolejnych taktach rzeźbię raport roczny mojego studiowania.