niedziela, września 20, 2026

6226. Z oazy (CDLXXIII)

Nie widziałam Go prawie dwadzieścia lat. Po pogrzebie spojrzeliśmy sobie w oczy; obiecaliśmy wzajemnie, że nie przepadniemy w naszych osobistych życiach cał­ko­wi­cie, nie dając znaku życia przez kolejne dziesiątki lat, że spotkamy się, nim kolejny pogrzeb nie będzie dyskutował z naszymi na sztorc zabitymi obowiązkami ka­len­da­rzami.

Tomik żyjącego łódzkiego poety obiecał na poczcie nadać zaraz w poniedziałek. W czwartek przesyłka le­ża­ła na moim łóżku. Gdy wróciłam na poziom umieralni po wszystkich prze­wi­dzia­nych na ten dzień pro­ce­du­rach medycznych, rozdarłam ko­per­tę i okazało się, że w środku tomiki były dwa.

Złapałam oddech, porzuciłam ośrodek, pognałam do baru na kawę i… pasłam duszę. Postanowiłam czytać chronologicznie, więc na pierwszy ogień poszła twórczość po­ety-mło­dzień­ca ciut podstarzałego, czyli chwilę po trzydziestce.

Kilka zabaw słowem podchwyciłam, zachwyciłam się i świetnie się bawiłam. Zgor­szył mnie wers śmierdzący oblizującym się obleśnie facetem w niemocy po pięć­dzie­siąt­ce, fuj! Zniesmaczył wiersz podyktowany przez bezczelnie nieświadomego swo­ich przywilejów białego heteroseksualnego mężczyznę. Nie będzie więc tu ani tego wersu, ani wspomnianego wiersza. Jest tu piękno, ktore chcę mieć w razie czego pod ręką, bo dobre słowo nie zaszkodzi.

🖇

Nie do końca wiedząc, co jest poezja, przeliczał
trafne wersy na kilokalorie, a wcale nie było to takie proste.
Ile, na ten przykład, ma wiersz powyżej? No
i jaką przybrać skalę? Od tic taca do cielaka
powiedzmy? Czyta więc, co popadnie
by potem skrupulatnie ułożyć menu
uzupełniając je o niezbędne
dla zdrowego rozwoju suplementy.
Język, niezwykle prężny mięsień, zazwyczaj
obojętny na indeksy glikemiczne, tuczy
podlewając oliwą jak świnię na rożnie
po to żeby — gdy dojdzie — zaserwować go
efektownie, nieodzownie
z jabłkiem zatkniętym w pysku.

🖇

Do kogo mówisz, kiedy słuchasz głosów?

🖇

Podobnie jak poliester, lycrę, anilanę
pozyskuję języki w drodze syntezy
wyrazów, które postawione pod ścianę
odmieniają się przez najprostsze przypadki.
Trochę odkształca je wysokie ciśnienie
skrajnych okoliczności, dając
nieprzewidziane wyniki, głównie jednak —
znawcy tematu wyrażą zaskoczenie —
             okazują się mało podatne na mechacenie
             elektryzację, no i nigdy nie przylegają
             do ciała ani żadnej rzeczy, która
             z niego jest
. Bez wątpienia
             mięcie to największa ich słabość
             bo raz je wystarczy przepracować
             by rozlazła się wszelka gładkość
             która z pozoru mogłaby być modelowa.
Wysnuwam te poliestrowe słowa
z przepoconego gardła, żeby
samego siebie odkryć od nowa
i, choć zapewne zbyt mało stanowczo
jakże wiarygodnie. Trzeba tylko pamiętać
żeby nie przepierać ich za często
każdy bowiem wie, że łatwo tracą kolor.

🖇

Domy dzieci
   Podwórko ciężko zasypiało latem. Dudniło
   stękało: „Faul — jaki faul!”. […] 
                […]  Pod wieczór rozpaczliwie
                nas ubywało, kolejni, wleczeni przez starych — znikali.
                Mnie na ogół zabierali na końcu. Tylko we wtorki, tak
   mi się zdaje, Łuki wpadał po południu. „A to farciarz”
   — myślałem i w duchu mu zazdrościłem, że nigdy
   nie widzieliśmy, żeby ktoś przyszedł po niego.
   Po kolacji słyszałem czasem, jak ćwiczył
   rzuty osobiste, często zwane też wolnymi.

🖇

Jak to się stało, że nie poznaję
w nich ludzi, a pamiętam
że kiedyś tłumaczyła mi
wzory Viete’a, aż nie chciało się wierzyć.
Siedzę przy stole i czuję, jak mi lata
minęły między obiadem a herbatą.

🖇

Kwestia języków też się jakoś rozwiązała.
Niektórzy wprawdzie mieli kłopot z wysłowieniem się jak należy
więc wyjęzyczali się jak mogli. […]

🖇

ale nie wiedziałem, że dom ów domem już nie jest
toteż schowałem klucz, narzuciłem na głowę kaptur i poszedłem dalej
ulicą która ulicą jest już tylko z nazwy.

🖇

Małe ojczyzny tanio sprzedam
   […]
   brnął na swoje miejsce, „Excuse me, excuse me”
   — fałszował pod nosem, a mijając mnie
   ni stąd ni zowąd: „Posuń się, kurwa”. Krew mnie
   znienacka w pysk się cała zbiegła, Mruknałem tylko;
   „I’m sorry”, i nachylilem się, by szepnąć słówko
   Hughowi (pojęcia nie mam, jak to wymówić).

🖇

Cztery kier
   Wykładam się niespodziewanie słowo po słowie
   może mnie zrozumiesz akurat na właściwy opak
   […]
   Wszystko po to, „nie powiem — mówię na próbę —
                   dopóki nie skończysz”, żeby nie dało się o tym
                   napisać, a jeśli już, to tylko we wspólnym języku.

🖇

Rozpływa się, jak topniejący o poranku sopel lodu, niechęć
do czarno-białych, kategorycznych sądów, co upadlają żywych i umarłych
[…]
Kropla do kropli wzbieram zrozumieniem, które w czystych
już łzach wyleję
, nim zastygną w mający o poranku stopnieć
sopel lodu, o ile łatwiejszy do pochwycenia.

🖇

W chwilę po zapadnięciu, decyzja każe
myśleć: jakoś to będzie
[…]
bo życie sprowadza się do chwil, jak ta utrwalonych w sennej marze
intymnie i kapitalnie drążących myśli, dopóki ich znamię
nie utrwali się na dobre i złe, czekam, aż na nowo poustawia wszystko we mnie.

Wit Pietrzak, Stabilne,
Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2016.
(wyróżnienie własne)

Rozklekotał mi się język zdecydowanie
zbyt nieortodoksyjnie, żeby mogła z tego być poezja
więc chodu w prozę za życia […] 

🖇

Uwielbiam twoje dyftongi, Kochanie. […]

(tamże)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz