niedziela, września 27, 2026

6235. Z oazy (CDLXXV)

W środku zeszłego tygodnia spotkało mnie przemiłe zaskoczenie, że jeszcze jeden barnes, że bez zbędnej zwłoki przełożony na język polski.

Mówią powieść, a ja natychmiast gubię znaną mi definicję tego gatunku literackiego i jestem cała głupia. Dla mnie to patchwork wrażeń, reakcji i przemyśleń Autora, na to, co go w czasopismach, w relacjach i w życiu spotkało.

Pomimo prawie osiemdziesiątki na karku, gdy zbierał i układał te literki, w jednym miejscu naprawdę bredzi, ale jest usprawiedliwiony, po prostu nie musiał nigdy scho­dzić wystarczająco głęboko — tylko zgrzytnęłam zębami, przymknęłam oko — nie do­ce­nia siły roślin i powtarza nieprawdziwe, wyjątkowo krzywdzące, komunały o oso­bach całkowicie zależnych.

Tych kilka nitek, które pozwalają nazwać tę książkę powieścią, których splotów i su­płów unikałam podczas wybierania wyimków, by nie spojlerować, zasługuje na za­chwyt. I z tym zachwytem zostałam po przeczytaniu tej książki, a potem w „gratisie” pławiłam się dodatkowo w radości, patrząc, jak na moich oczach wyimki organizują się w zgrab­ną całość. Po drodze wymusiły na mnie, by za­zna­czyć szwy między ele­men­ta­mi o różnych wzorach tkanin, z których ten literacki patchwork stworzono.

Wydaje ci się, że zapa­mię­ta­łeś coś „dokład­nie”, a im wię­cej razy przy­wo­łu­jesz to wspo­mnie­nie i je opo­wia­dasz, tym moc­niej utwier­dzasz się w prze­ko­na­niu o jego praw­dzi­wo­ści. Ale co by było, gdyby upo­mniał cię i popra­wił… wła­sny mózg? Co, gdyby mógł ci przed­sta­wić wszyst­kie twoje wer­sje wyda­rzeń i poka­zać, jak stop­niowo acz sys­te­ma­tycz­nie odda­la­łeś się od pier­wot­nej rela­cji? Czy to nie byłoby dziwne i dez­orien­tu­jące? Ale też pomocne: trud­no byłoby odrzu­cić wnio­ski wła­snego wzgó­rza, prawda?

🖇

[…]  to, co zwy­cza­jowo uwa­żamy za wspo­mnie­nie, jest przy­wo­ły­wane, czę­sto lub nieczę­sto, na prze­strzeni naszego życia, i za każ­dym razem prze­obraża się tro­chę, aż wresz­cie zastyga w for­mie, którą – za wła­sną namową — uzna­jemy za prawdę.

🖇

Trudno myśleć o mózgu, bo wiąże się to z uży­ciem jego samego: skom­pli­ko­wane, a może też osta­tecz­nie daremne przed­się­wzię­cie. A mimo to więk­szość z nas czuje, że w jakiś spo­sób dowo­dzimy swo­imi mózgami, tak jak — choć to może nie­wła­ściwa meta­fora — kapi­tan łodzi pod­wod­nej dowo­dzi swoim okrę­tem.
     Pery­skop w górę! Lustro­wać hory­zont! Intruzi! I tak dalej. Wyobra­żamy sobie, że mówimy naszym mózgom, w którą stronę mają wyce­lo­wać tor­pedy i kiedy je odpa­lić. Jed­nak takie poczu­cie ładu i kon­troli nie wytrzy­muje głęb­szej ana­lizy. Nasze mózgi mają nad nami znaczną prze­wagę: wie­dzą wszystko to, co my, pod­czas gdy my wiemy tylko o nie­któ­rych ich dzia­ła­niach.
     Mówi się, że prze­ciętny mózg codzien­nie prze­twa­rza sie­dem­dzie­siąt cztery giga­bajty infor­ma­cji. Innymi słowy — sie­dem­dzie­siąt tysięcy myśli. Pra­cuje dzień i noc. My śpimy, a mózg nie.

🖇

Przy pew­nych odpo­wied­nich nastro­jach wspo­mnie­nia — to, co się za­po­mniało – wycho­dzą na wierzch. […]  czy to nie­moż­liwe — czę­sto się za­sta­na­wiam — że to, co prze­ży­wa­li­śmy z wielką inten­syw­no­ścią, ist­nieje nie­za­leż­nie od naszych myśli, ist­nieje w grun­cie rze­czy na­dal?
   — Vir­gi­nia Woolf

🖇

Nie­ważne, jak wyra­zi­sta jest dana myśl w środku nocy, nie można ocze­ki­wać, że mózg będzie ją pamię­tać – i przy­po­mni o niej — kilka godzin póź­niej. Nie pełni prze­cież funk­cji two­jego fak­to­tum.

🖇

[…]  naj­lep­sza część naszej pamięci jest poza nami, w dżdży­stym podmu­chu wia­tru, w zadu­chu pokoju lub w zapa­chu pierw­szego ognia na kominku […].
   — Marcel Proust

🖇

[…]  być może mam — albo mia­łem — w sobie coś, co zachęca innych do zwie­rzeń. Cza­sem na wstę­pie mówią, ner­wowo: „Nie wyko­rzy­stasz tego, prawda?” lub — rza­dziej, z więk­szą pew­no­ścią sie­bie — „Mam dla cie­bie hi­sto­rię”. A ja za każ­dym razem odpo­wia­dam: „To tak nie działa”. Co jest prawdą. Piszę głów­nie fik­cję, co wymaga powol­nego kom­po­sto­wa­nia życia, zanim sta­nie się ono uży­tecz­nym mate­ria­łem, i w danej chwili nie mam po­ję­cia, co może nabrać fik­cyj­nego poten­cjału, a co nie.

🖇

[…]   stu­dio­wa­łem na Oks­for­dzie mię­dzy 1964 a 1968 rokiem […]. Byłem w Mag­da­len, jed­nym ze star­szych i bar­dziej oka­za­łych kole­giów, a wów­czas też wyłącz­nie męskim. […]  Było pły­wa­nie pun­tami i dal­szo­pla­nowa, lecz wy­raź­na świa­do­mość, że podą­żamy śla­dami uprzy­wi­le­jo­wa­nych. […]  Pew­nego popo­łu­dnia pan Bre­ar­ley powie­dział nam: „I za­wsze pamię­taj­cie, że lata spę­dzone tam będą naj­lep­szym okre­sem wa­sze­go ży­cia”. Kiedy byłem na stu­diach, ta prze­po­wied­nia cza­sami bar­dzo mi cią­żyła. „Czy naprawdę lepiej już nie będzie?” — zasta­na­wia­łem się i popa­da­łem w przy­gnę­bie­nie.

🖇

[…]  jesz­cze jedno. Nar­ko­tyki. Lata sześć­dzie­siąte — jak wszy­scy wie­dzą — były dekadą pod zna­kiem seksu i nar­ko­ty­ków. Ale to pierw­sze było znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane logi­stycz­nie i psy­cho­lo­gicz­nie niż dzi­siaj; nato­miast to dru­gie było — dla mnie — nie­wi­dzialne. […]  mię­dzy rokiem 1964 a 1968, ni­gdy nie zapro­po­no­wano mi choćby skręta. Typo­wymi używ­kami były alko­hol i papie­rosy. Ja nie pali­łem i nie­spe­cjal­nie lubi­łem pić. Piwo sma­ko­wało paskud­nie, a wino kupo­wa­łem rzadko.

🖇

Ste­phen był — jest — był — wysoki i paty­ko­waty. […]  kiedy wyma­chi­wał rękami, miało się wra­że­nie, że wyru­sza jed­no­cze­śnie w róż­nych kie­run­kach. […]  Jego wnę­trze nie współ­grało z zewnę­trzem. Mówił cicho, był ostrożny, ni­gdy nie sza­stał argu­men­tami, tak jak sza­stał koń­czy­nami, i był bar­dzo uważny.

🖇

Jean […]. Bły­sko­tliwa, ener­giczna, impul­sywna? Zadziorna? Te okre­śle­nia są nieco bliż­sze, ale wciąż tylko przy­bli­żone. Doga­dy­wa­li­śmy się dobrze, czę­ściowo dla­tego, że ponie­kąd zda­wa­łem sobie sprawę, iż nie mam u niej szans. Pod­cho­dziła wprost do rze­czy i idei, i osób; to ona brała się za nie, a nie one za nią — czy to ma sens? I chciała zoba­czyć świat.

🖇

W tam­tych cza­sach, my — mam tu na myśli mło­dych męż­czyzn, któ­rzy, jak Ste­phen i ja, zostali wycho­wani w sys­te­mie jed­no­pł­cio­wym – mie­li­śmy wie­le pry­mi­tyw­nych i czy­sto teo­re­tycz­nych wyobra­żeń o kobie­tach. […]  A po­nie­waż bra­ko­wało nam pew­no­ści sie­bie, ocie­ka­li­śmy żalem nad samymi sobą i spo­dzie­wa­li­śmy się odrzu­ce­nia, w ogóle nie bio­rąc pod uwagę, że dziew­częta mogą doświad­czać cze­goś podob­nego. Nie­dawno prze­czy­ta­łem, że u chłop­ców mózgi roz­wi­jają się znacz­nie wol­niej niż u dziew­cząt. Kobiecy móż­dżek osiąga doce­lowy roz­miar w wieku lat jede­na­stu, nato­miast jego męski odpo­wied­nik dopiero w dum­nym wieku lat pięt­na­stu. To chyba wyja­śnia pewne kwe­stie zwią­zane z zacho­wa­niem chłop­ców, prawda? A skoro „dziecko jest ojcem czło­wieka”, rów­nież pewne kwe­stie zwią­zane z zacho­wa­niem męż­czyzn?
     Były też inne demo­ty­wu­jące czyn­niki. Nie­które dziew­częta inte­re­so­wały się bar­dziej książ­kami niż chło­pa­kami. Inne poznały już chło­pa­ków, któ­rzy byli starsi i bar­dziej cza­ru­jący niż my. Jesz­cze inne (czy pod wpły­wem intu­icji, czy uwa­run­ko­wań spo­łecz­nych) wie­działy, czego chcą, a także — od ra­zu — że my tym nie jeste­śmy.

🖇

[…]  skoń­czy­li­śmy już egza­miny […]  i z lękiem wyobra­ża­li­śmy so­bie przy­szłość tam, w tym dur­nym doro­słym świe­cie kom­pro­mi­sów i kłamstw opo­wia­da­nych samemu sobie.

🖇

Jako pogodny pesy­mi­sta zwy­kle szu­kam
dobrych stron każ­dej sytu­acji
[…].

🖇

     — Przy­pusz­czam, że nie da się tego wyle­czyć?
     — Nie — odpo­wie­działa wprost. — Nie da się tego wyle­czyć, ale da się to kon­tro­lo­wać.
     […]
     — Aż mój stan się unor­muje? — spy­ta­łem.
     — Nie, do końca pań­skiego życia. Na tym polega „kon­tro­lo­wa­nie”. Cho­roba będzie panu towa­rzy­szyć aż do śmierci. Zapewne pana nie zabije, chy­ba że doj­dzie do kolej­nych mu­ta­cji. Ale w innym wypadku umrze pan razem z tą cho­robą, a nie na nią.

🖇

Druga notatka brzmi: „Nocą mózg gna” […].

🖇

Na oddziale ratun­ko­wym […]  napi­sa­łem w notat­niku: „Ojej — to może być koniec tej histo­rii — liczy­łem na coś, co będzie warte opi­sa­nia, a przy tym nie okaże się śmier­telne”. Co brzmi jak poważne kusze­nie bogów.

🖇

To począ­tek kresu. […]  Żyję w teraź­niej­szo­ści, ale w przy­szło­ści będę ist­nieć jedy­nie w prze­szło­ści.

🖇

Pisa­nie tego — wtedy, kiedy to robię — uspo­kaja mnie. Sku­piam się na sło­wach, na tym, by zawrzeć w nich tyle prawdy, ile tylko potra­fię.

🖇

[…]  ani szczę­ścia, ani smutku nie da się kon­tro­lo­wać. Radość, przy­jem­ność, fascy­na­cja – tak jak ich foto­gra­ficzne nega­tywy: smu­tek, ból i znu­dze­nie – ogar­niają nas falami.

🖇

[…]  zna­la­złem się w medycz­nym poło­że­niu, któ­rego nie prze­wi­dzia­łem. Zazwy­czaj cho­ruje się, idzie do leka­rza i/lub szpi­tala, i zostaje się wyle­czo­nym albo nie, lub też wyle­czo­nym na jakiś czas, po któ­rym cho­roba po­wra­ca i znów zostaje wyle­czona lub nie. Tym­cza­sem moje scho­rze­nie jest nie­ule­czalne […]. […]
     Nie­ule­czalne, ale pró­bu­jemy to kon­tro­lo­wać – to brzmi jak… życie, nie­praw­daż?

🖇

     — Ste­phen, myślę, że to naprawdę zły pomysł.
     — Czemu?
     — Nie wraca się do tego, co minęło. Nie roz­dra­puje się sta­rych ran, i tak dalej.
     — Nie sądzi­łem, że uciek­niesz się do tru­izmów.
     — Cza­sem tru­izmy to po pro­stu nagro­ma­dzona mądrość.
     Pokrę­cił głową.
     — Kolejny tru­izm.
     […] 
     — A ty ni­gdy tego nie zro­bi­łeś? — zapy­tał.
     — Czego?
     — Nie wró­ci­łeś?

🖇

Pro­ust mówi gdzieś, że „Wspo­mnie­nia, jakie żywimy jedni o dru­gich, nawet w kwe­stiach miło­ści, nie są iden­tyczne”. Ja zamie­nił­bym to „nawet” na „zwłasz­cza”.
     Zdaję sobie sprawę, że w tej książce jest sporo Pro­usta. A ja nawet nie je­stem jego wyznawcą. Ale może to widać, bo — tak jak powy­żej — cytuję go głów­nie po to, by się z nim nie zgo­dzić.

🖇

Leża­łem bez­sen­nie, myśląc o tym, że nie­które złe rze­czy mogą być dobre. Lub na odwrót. I ni­gdy wię­cej o tym nie roz­ma­wia­li­śmy. Nie było to tabu, po pro­stu coś, o czym nie wspo­mi­na­li­śmy.

🖇

Ni­gdy nie wie­rzy­łem w pogodę ducha star­szych ludzi — to zawsze brzmiało jak bajka, która ma ich uczy­nić bar­dziej god­nymi podziwu, a nas bar­dziej zado­wo­lo­nymi z sie­bie.

🖇

[…]  nagle zda­łem sobie sprawę, że wszy­scy na mnie patrzą, więc wyko­na­łem jakiś gest – wzru­szy­łem ramio­nami, uśmiech­ną­łem się, roz­ło­ży­łem ręce – który miał wyra­żać, że oczy­wi­ście jestem wnie­bo­wzięty, ale nie chcę brać żad­nej odpo­wie­dzial­no­ści za swoje czyny, że teraz wszystko zależy od nich i że jeśli to schrza­nią, to nie będzie by­naj­mniej moja wina. Tak, wiem, że nie ma gestów, które wyra­zi­łyby to pre­cy­zyj­nie, ale zro­bi­łem, co w mojej mocy.

🖇

     — Jest róż­nica mię­dzy oka­zy­wa­niem uczuć a ich wyra­ża­niem.
To zabrzmiało, jakby stro­fo­wała mnie za coś, co powie­dzia­łem wcze­śniej, ale nie pamię­ta­łem, czy istot­nie tak było. Odpar­łem więc po pro­stu:
     — Tak?
     — Tak, roz­pra­cuj to sobie, powie­ścio­pi­sa­rzu.
     — Na przy­kład?
     — Na przy­kład nie­któ­rzy są lepsi w jed­nym niż w dru­gim. Sta­rają się oka­zy­wać uczu­cia swoim zacho­wa­niem, a nie wyra­żać je sło­wami.

🖇

„Cóż, zawsze łatwiej się zako­chać niż kochać dłu­go­ter­mi­nowo”. Lub: „To, że się zako­cha­łeś, nie ozna­cza, iż masz prze­stać pra­co­wać nad róż­nymi spra­wami”. Przy­znaję, że takie wyświech­tane fra­zesy cisnęły mi się na ję­zyk, wobec czego wybra­łem mil­cze­nie.

🖇

     – Wygląda na to, że jestem odpo­wie­dzią na pyta­nie, któ­rego ni­gdy mi nie zadano i któ­rego nie zada­łam sama sobie.

🖇

Powta­rza­łem sobie: „Prze­cież powin­ni­śmy wszy­scy być doro­śli”. A po­tem w mojej gło­wie roz­brzmie­wały słowa Jean: „Wszy­scy jeste­śmy dziećmi w do­ro­słej skó­rze”. Ale ja nie chcę w to wie­rzyć, to była tylko kolejna z wielu wymó­wek […].

🖇

[…]  w dzi­siej­szym świe­cie prze­sy­co­nym mediami i mediami spo­łecz­no­ścio­wymi nie ma wiel­kich szans, żeby ktoś ni­gdy o miło­ści nie sły­szał. A w re­zul­ta­cie każdy uważa, że ona mu się należy.

🖇

Ale z pew­no­ścią prze­żyw­szy na tej pla­ne­cie tyle tysiąc­leci, zdą­ży­li­śmy już zauwa­żyć, że życie nie jest słuszne ani spra­wie­dliwe, i że dobrych ludzi czę­sto spo­ty­kają złe rze­czy, a złych cza­sem spo­ty­kają dobre, i że pod każdą spo­kojną powierzch­nią nie­ustan­nie czai się gwał­towny chaos.

🖇

O ile w ogóle mogła mnie uspo­koić jaka­kol­wiek zwy­kła fraza, była to ta, któ­ra wtedy nagle wró­ciła do mnie i którą posłu­guję się do dziś: „To tylko wszech­świat robi swoje”.

🖇

T.S. Eliot napi­sał, że wszystko, co wiemy o innych ludziach, to wspo­mnie­nia chwil, w któ­rych z nimi jeste­śmy; i że gdy z nimi nie jeste­śmy, oni – ci ludzie – zmie­niają się. Zawsze uwa­ża­łem, że trąci to tro­chę bez­na­dzieją. Ale jest też prawdą, że nawet nasi naj­bliżsi przy­ja­ciele i kochan­ko­wie skry­wają wspo­mnie­nia, emo­cje i cechy, z któ­rych nie zda­jemy sobie sprawy – i z któ­rych oni też mogą jej sobie nie zda­wać. […]  ci inni ludzie, o któ­rych mówi Eliot, nie tylko zmie­niają się, kiedy na nich nie patrzymy, lecz także zmie­niają się w naszej wyobraźni, gdy nie jeste­śmy z nimi.

🖇

Głowa i serce wciąż dzia­łają, pod­czas gdy ciało pod­upada.
Ale lepiej tak niż na odwrót.

🖇

Albo wysa­dzimy pla­netę, a wraz z nią całą sztukę, albo prze­trwamy, ale ewo­lu­ujemy w coś, czego nie potra­fimy sobie nawet wyobra­zić – nie będzie to jed­nak nic podob­nego temu, czym jeste­śmy teraz, z naszymi pro­stymi pra­gnie­niami boga i miło­ści, i szczę­ścia, i sztuki.

🖇

W końcu my, żywi, jeste­śmy w skraj­nej mniej­szo­ści w porów­na­niu z tymi, któ­rzy umarli, oraz tymi, któ­rzy się jesz­cze nie uro­dzili. Co spra­wia, że życie wydaje się kru­chą chwilą, czym istot­nie jest.

🖇

[…]  spadł z tych samych scho­dów. […]  otrze­py­wał się, jakby przed chwilą zła­pał go deszcz; następ­nie odda­lił się nie­spiesz­nym kro­kiem do miski, żeby spraw­dzić, czy nie ma w niej jedze­nia. Wów­czas wyda­wało się, że pod­szedł do tego upadku jak epi­zo­dy­sta – cóż, stało się, idziemy dalej. Jed­nak osta­tecz­nie do głosu doszedł nar­ra­ty­wizm – czy też pamięć – i teraz patrzy na schody z podejrz­li­wo­ścią. Cza­sem przy­czaja się na górze, zer­ka­jąc w dół wzro­kiem krót­ko­wi­dza, i nie chce się ruszyć, po czym zaczyna z nie­po­ko­jem scho­dzić i przy­staje na każ­dym stop­niu, zanim zde­cy­duje się zmie­rzyć z ko­lej­nym; czę­ściej jed­nak strach go para­li­żuje i czeka, aż zosta­nie pod­nie­siony i prze­trans­por­to­wany ręcz­nie.
     Nic w tym dziw­nego: Jimmy ma szes­na­ście lat, co — jak mi powie­dziano — odpo­wiada 112 latom ludz­kim […].

🖇

Nie­któ­rzy kochają, a potem pogrą­żają się w żalu za tym, co mieli i stra­cili. Inni pró­bują kochać i pogrą­żają się w żalu za czymś, czego nie mieli – a ści­ślej mówiąc, pogrą­żają się w żalu, bo nie udało im się zbu­do­wać życia, które w przy­szło­ści mogłoby im przy­nieść abso­lutną, roz­pacz­liwą żałobę. Czy to ma sens?

🖇

Moż­liwe, że każde z nas ma na myśli co innego, kiedy mówimy o miło­ści i szczę­ściu, w związku, jak i w spo­łe­czeń­stwie. Zwłasz­cza teraz.

Julian Barnes, Odejście/a,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

     — Mam nadzieję, że nie przyj­dzie ci ni­gdy do głowy, żeby napi­sać o mnie i Jean.
     A ja odpar­łem:
     — Oczy­wi­ście, że nie — zresztą to tak nie działa.
     A on odparł:
     — To dobrze.
     I tak to zosta­wi­li­śmy. Nie zawra­ca­łem mu głowy teo­rią pisar­stwa jako kom­po­sto­wa­nia życia.

🖇

[…]  obie­ca­łem Ste­phe­nowi i Jean, iż o nich nie napi­szę. W rze­czy­wi­sto­ści było jesz­cze gorzej: zło­ży­łem przy­sięgę, że tego nie zro­bię. Przy­sią­głem na Biblię. Może­cie w to uwie­rzyć, w XXI wieku? Jak jakaś przy­sięga pre­zy­dencka. Pamię­ta­cie pierw­sze zaprzy­się­że­nie Donalda Trumpa? Powie­dziano mu, że użyta zosta­nie Biblia, na którą nie­zli­czeni pre­zy­denci przed nim przy­sięgali, że będą prze­strze­gać kon­sty­tu­cji. On – Bun­tow­nik! – odpo­wie­dział, że woli użyć swo­jej Biblii. (Może to był zabyt­kowy egzem­plarz Biblii grzesz­ni­ków, prze­druku Biblii króla Jakuba z 1631 roku, w któ­rym błąd zecera zamie­nił siódme przy­ka­za­nie w „Będziesz cudzo­ło­żyć”. To byłoby sto­sowne). Tak czy ina­czej, doszło do impasu, a w końcu usta­lono, że przy­się­gnie na obie Biblie, że będzie prze­strze­gać kon­sty­tu­cji i tak dalej. No, a potem wszy­scy wi­dzie­li­śmy, jak ta podwójna przy­sięga prze­ło­żyła się na dwa razy wię­cej pra­wo­ści w spra­wo­wa­niu urzędu.

(tamże)

Ukoń­cze­nie ostat­niej książki w swoim tem­pie i póź­niej­sze zamilk­nię­cie ma przy­naj­mniej nastę­pu­jący poży­teczny sku­tek: ozna­cza, że nie będziesz zmu­szony prze­rwać […]. W ten spo­sób odbie­rasz śmierci spraw­czość. Choć – trze­ba przy­znać – w bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu.

🖇

Choć na­dal codzien­nie myślę o śmierci, to tak wyra­zi­ste jej uobec­nie­nia są teraz w remi­sji. „A więc, panie Bar­nes, czy bun­tuje się pan, gdy świa­tło się mro­czy?”. Nie, nie­spe­cjal­nie. Czuję, że tro­chę się z tym pogo­dzi­łem, i patrzę na to nieco bar­dziej filo­zo­ficz­nie.

🖇

Będę za „wami, tobą” „tęsk­nił” — cokol­wiek to zna­czy. Śmierć osła­bia i pod­waża każde z tych słów: „będę” zo­sta­je — lub zosta­nie – pozba­wione zna­cze­nia. A teraz, koniec koń­ców, nie mam do zaofe­ro­wa­nia żad­nych słyn­nych ostat­nich słów. […]  położę na chwilę dłoń na two­im przed­ra­mie­niu – nie, nie prze­sta­waj patrzeć – po czym wymknę się. Nie, nie prze­sta­waj patrzeć.

Julian Bar­nes, Lon­dyn, 2022–25

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz