W środku zeszłego tygodnia spotkało mnie przemiłe zaskoczenie, że jeszcze jeden barnes, że bez zbędnej zwłoki przełożony na język polski.
Mówią powieść, a ja natychmiast gubię znaną mi definicję tego gatunku literackiego i jestem cała głupia. Dla mnie to patchwork wrażeń, reakcji i przemyśleń Autora, na to, co go w czasopismach, w relacjach i w życiu spotkało.
Pomimo prawie osiemdziesiątki na karku, gdy zbierał i układał te literki, w jednym miejscu naprawdę bredzi, ale jest usprawiedliwiony, po prostu nie musiał nigdy schodzić wystarczająco głęboko — tylko zgrzytnęłam zębami, przymknęłam oko — nie docenia siły roślin i powtarza nieprawdziwe, wyjątkowo krzywdzące, komunały o osobach całkowicie zależnych.
Tych kilka nitek, które pozwalają nazwać tę książkę powieścią, których splotów i supłów unikałam podczas wybierania wyimków, by nie spojlerować, zasługuje na zachwyt. I z tym zachwytem zostałam po przeczytaniu tej książki, a potem w „gratisie” pławiłam się dodatkowo w radości, patrząc, jak na moich oczach wyimki organizują się w zgrabną całość. Po drodze wymusiły na mnie, by zaznaczyć szwy między elementami o różnych wzorach tkanin, z których ten literacki patchwork stworzono.
Wydaje ci się, że zapamiętałeś coś „dokładnie”, a im więcej razy przywołujesz to wspomnienie i je opowiadasz, tym mocniej utwierdzasz się w przekonaniu o jego prawdziwości. Ale co by było, gdyby upomniał cię i poprawił… własny mózg? Co, gdyby mógł ci przedstawić wszystkie twoje wersje wydarzeń i pokazać, jak stopniowo acz systematycznie oddalałeś się od pierwotnej relacji? Czy to nie byłoby dziwne i dezorientujące? Ale też pomocne: trudno byłoby odrzucić wnioski własnego wzgórza, prawda?
🖇
[…] to, co zwyczajowo uważamy za wspomnienie, jest przywoływane, często lub nieczęsto, na przestrzeni naszego życia, i za każdym razem przeobraża się trochę, aż wreszcie zastyga w formie, którą – za własną namową — uznajemy za prawdę.
🖇
Trudno myśleć o mózgu, bo wiąże się to z użyciem jego samego: skomplikowane, a może też ostatecznie daremne przedsięwzięcie. A mimo to większość z nas czuje, że w jakiś sposób dowodzimy swoimi mózgami, tak jak — choć to może niewłaściwa metafora — kapitan łodzi podwodnej dowodzi swoim okrętem.
Peryskop w górę! Lustrować horyzont! Intruzi! I tak dalej. Wyobrażamy sobie, że mówimy naszym mózgom, w którą stronę mają wycelować torpedy i kiedy je odpalić. Jednak takie poczucie ładu i kontroli nie wytrzymuje głębszej analizy. Nasze mózgi mają nad nami znaczną przewagę: wiedzą wszystko to, co my, podczas gdy my wiemy tylko o niektórych ich działaniach.
Mówi się, że przeciętny mózg codziennie przetwarza siedemdziesiąt cztery gigabajty informacji. Innymi słowy — siedemdziesiąt tysięcy myśli. Pracuje dzień i noc. My śpimy, a mózg nie.
🖇
Przy pewnych odpowiednich nastrojach wspomnienia — to, co się zapomniało – wychodzą na wierzch. […] czy to niemożliwe — często się zastanawiam — że to, co przeżywaliśmy z wielką intensywnością, istnieje niezależnie od naszych myśli, istnieje w gruncie rzeczy nadal?
— Virginia Woolf
🖇
Nieważne, jak wyrazista jest dana myśl w środku nocy, nie można oczekiwać, że mózg będzie ją pamiętać – i przypomni o niej — kilka godzin później. Nie pełni przecież funkcji twojego faktotum.
🖇
[…] najlepsza część naszej pamięci jest poza nami, w dżdżystym podmuchu wiatru, w zaduchu pokoju lub w zapachu pierwszego ognia na kominku […].
— Marcel Proust
🖇
[…] być może mam — albo miałem — w sobie coś, co zachęca innych do zwierzeń. Czasem na wstępie mówią, nerwowo: „Nie wykorzystasz tego, prawda?” lub — rzadziej, z większą pewnością siebie — „Mam dla ciebie historię”. A ja za każdym razem odpowiadam: „To tak nie działa”. Co jest prawdą. Piszę głównie fikcję, co wymaga powolnego kompostowania życia, zanim stanie się ono użytecznym materiałem, i w danej chwili nie mam pojęcia, co może nabrać fikcyjnego potencjału, a co nie.
🖇
[…] studiowałem na Oksfordzie między 1964 a 1968 rokiem […]. Byłem w Magdalen, jednym ze starszych i bardziej okazałych kolegiów, a wówczas też wyłącznie męskim. […] Było pływanie puntami i dalszoplanowa, lecz wyraźna świadomość, że podążamy śladami uprzywilejowanych. […] Pewnego popołudnia pan Brearley powiedział nam: „I zawsze pamiętajcie, że lata spędzone tam będą najlepszym okresem waszego życia”. Kiedy byłem na studiach, ta przepowiednia czasami bardzo mi ciążyła. „Czy naprawdę lepiej już nie będzie?” — zastanawiałem się i popadałem w przygnębienie.
🖇
[…] jeszcze jedno. Narkotyki. Lata sześćdziesiąte — jak wszyscy wiedzą — były dekadą pod znakiem seksu i narkotyków. Ale to pierwsze było znacznie bardziej skomplikowane logistycznie i psychologicznie niż dzisiaj; natomiast to drugie było — dla mnie — niewidzialne. […] między rokiem 1964 a 1968, nigdy nie zaproponowano mi choćby skręta. Typowymi używkami były alkohol i papierosy. Ja nie paliłem i niespecjalnie lubiłem pić. Piwo smakowało paskudnie, a wino kupowałem rzadko.
🖇
Stephen był — jest — był — wysoki i patykowaty. […] kiedy wymachiwał rękami, miało się wrażenie, że wyrusza jednocześnie w różnych kierunkach. […] Jego wnętrze nie współgrało z zewnętrzem. Mówił cicho, był ostrożny, nigdy nie szastał argumentami, tak jak szastał kończynami, i był bardzo uważny.
🖇
Jean […]. Błyskotliwa, energiczna, impulsywna? Zadziorna? Te określenia są nieco bliższe, ale wciąż tylko przybliżone. Dogadywaliśmy się dobrze, częściowo dlatego, że poniekąd zdawałem sobie sprawę, iż nie mam u niej szans. Podchodziła wprost do rzeczy i idei, i osób; to ona brała się za nie, a nie one za nią — czy to ma sens? I chciała zobaczyć świat.
🖇
W tamtych czasach, my — mam tu na myśli młodych mężczyzn, którzy, jak Stephen i ja, zostali wychowani w systemie jednopłciowym – mieliśmy wiele prymitywnych i czysto teoretycznych wyobrażeń o kobietach. […] A ponieważ brakowało nam pewności siebie, ociekaliśmy żalem nad samymi sobą i spodziewaliśmy się odrzucenia, w ogóle nie biorąc pod uwagę, że dziewczęta mogą doświadczać czegoś podobnego. Niedawno przeczytałem, że u chłopców mózgi rozwijają się znacznie wolniej niż u dziewcząt. Kobiecy móżdżek osiąga docelowy rozmiar w wieku lat jedenastu, natomiast jego męski odpowiednik dopiero w dumnym wieku lat piętnastu. To chyba wyjaśnia pewne kwestie związane z zachowaniem chłopców, prawda? A skoro „dziecko jest ojcem człowieka”, również pewne kwestie związane z zachowaniem mężczyzn?
Były też inne demotywujące czynniki. Niektóre dziewczęta interesowały się bardziej książkami niż chłopakami. Inne poznały już chłopaków, którzy byli starsi i bardziej czarujący niż my. Jeszcze inne (czy pod wpływem intuicji, czy uwarunkowań społecznych) wiedziały, czego chcą, a także — od razu — że my tym nie jesteśmy.
🖇
[…] skończyliśmy już egzaminy […] i z lękiem wyobrażaliśmy sobie przyszłość tam, w tym durnym dorosłym świecie kompromisów i kłamstw opowiadanych samemu sobie.
🖇
Jako pogodny pesymista zwykle szukam
dobrych stron każdej sytuacji […].
🖇
— Przypuszczam, że nie da się tego wyleczyć?
— Nie — odpowiedziała wprost. — Nie da się tego wyleczyć, ale da się to kontrolować.
[…]
— Aż mój stan się unormuje? — spytałem.
— Nie, do końca pańskiego życia. Na tym polega „kontrolowanie”. Choroba będzie panu towarzyszyć aż do śmierci. Zapewne pana nie zabije, chyba że dojdzie do kolejnych mutacji. Ale w innym wypadku umrze pan razem z tą chorobą, a nie na nią.
🖇
Druga notatka brzmi: „Nocą mózg gna” […].
🖇
Na oddziale ratunkowym […] napisałem w notatniku: „Ojej — to może być koniec tej historii — liczyłem na coś, co będzie warte opisania, a przy tym nie okaże się śmiertelne”. Co brzmi jak poważne kuszenie bogów.
🖇
To początek kresu. […] Żyję w teraźniejszości, ale w przyszłości będę istnieć jedynie w przeszłości.
🖇
Pisanie tego — wtedy, kiedy to robię — uspokaja mnie. Skupiam się na słowach, na tym, by zawrzeć w nich tyle prawdy, ile tylko potrafię.
🖇
[…] ani szczęścia, ani smutku nie da się kontrolować. Radość, przyjemność, fascynacja – tak jak ich fotograficzne negatywy: smutek, ból i znudzenie – ogarniają nas falami.
🖇
[…]
znalazłem się w medycznym położeniu, którego nie przewidziałem. Zazwyczaj choruje się, idzie do lekarza i/lub szpitala, i zostaje się wyleczonym albo nie, lub też wyleczonym na jakiś czas, po którym choroba powraca i znów zostaje wyleczona lub nie. Tymczasem moje schorzenie jest nieuleczalne
[…]. […]
Nieuleczalne, ale próbujemy to kontrolować – to brzmi jak… życie, nieprawdaż?
🖇
— Stephen, myślę, że to naprawdę zły pomysł.
— Czemu?
— Nie wraca się do tego, co minęło. Nie rozdrapuje się starych ran, i tak dalej.
— Nie sądziłem, że uciekniesz się do truizmów.
— Czasem truizmy to po prostu nagromadzona mądrość.
Pokręcił głową.
— Kolejny truizm.
[…]
— A ty nigdy tego nie zrobiłeś? — zapytał.
— Czego?
— Nie wróciłeś?
🖇
Proust mówi gdzieś, że „Wspomnienia, jakie żywimy jedni o drugich, nawet w kwestiach miłości, nie są identyczne”. Ja zamieniłbym to „nawet” na „zwłaszcza”.
Zdaję sobie sprawę, że w tej książce jest sporo Prousta. A ja nawet nie jestem jego wyznawcą. Ale może to widać, bo — tak jak powyżej — cytuję go głównie po to, by się z nim nie zgodzić.
🖇
Leżałem bezsennie, myśląc o tym, że niektóre złe rzeczy mogą być dobre. Lub na odwrót. I nigdy więcej o tym nie rozmawialiśmy. Nie było to tabu, po prostu coś, o czym nie wspominaliśmy.
🖇
Nigdy nie wierzyłem w pogodę ducha starszych ludzi — to zawsze brzmiało jak bajka, która ma ich uczynić bardziej godnymi podziwu, a nas bardziej zadowolonymi z siebie.
🖇
[…] nagle zdałem sobie sprawę, że wszyscy na mnie patrzą, więc wykonałem jakiś gest – wzruszyłem ramionami, uśmiechnąłem się, rozłożyłem ręce – który miał wyrażać, że oczywiście jestem wniebowzięty, ale nie chcę brać żadnej odpowiedzialności za swoje czyny, że teraz wszystko zależy od nich i że jeśli to schrzanią, to nie będzie bynajmniej moja wina. Tak, wiem, że nie ma gestów, które wyraziłyby to precyzyjnie, ale zrobiłem, co w mojej mocy.
🖇
— Jest różnica między okazywaniem uczuć a ich wyrażaniem.
To zabrzmiało, jakby strofowała mnie za coś, co powiedziałem wcześniej, ale nie pamiętałem, czy istotnie tak było. Odparłem więc po prostu:
— Tak?
— Tak, rozpracuj to sobie, powieściopisarzu.
— Na przykład?
— Na przykład niektórzy są lepsi w jednym niż w drugim. Starają się okazywać uczucia swoim zachowaniem, a nie wyrażać je słowami.
🖇
„Cóż, zawsze łatwiej się zakochać niż kochać długoterminowo”. Lub: „To, że się zakochałeś, nie oznacza, iż masz przestać pracować nad różnymi sprawami”. Przyznaję, że takie wyświechtane frazesy cisnęły mi się na język, wobec czego wybrałem milczenie.
🖇
– Wygląda na to, że jestem odpowiedzią na pytanie, którego nigdy mi nie zadano i którego nie zadałam sama sobie.
🖇
Powtarzałem sobie: „Przecież powinniśmy wszyscy być dorośli”. A potem w mojej głowie rozbrzmiewały słowa Jean: „Wszyscy jesteśmy dziećmi w dorosłej skórze”. Ale ja nie chcę w to wierzyć, to była tylko kolejna z wielu wymówek […].
🖇
[…] w dzisiejszym świecie przesyconym mediami i mediami społecznościowymi nie ma wielkich szans, żeby ktoś nigdy o miłości nie słyszał. A w rezultacie każdy uważa, że ona mu się należy.
🖇
Ale z pewnością przeżywszy na tej planecie tyle tysiącleci, zdążyliśmy już zauważyć, że życie nie jest słuszne ani sprawiedliwe, i że dobrych ludzi często spotykają złe rzeczy, a złych czasem spotykają dobre, i że pod każdą spokojną powierzchnią nieustannie czai się gwałtowny chaos.
🖇
O ile w ogóle mogła mnie uspokoić jakakolwiek zwykła fraza, była to ta, która wtedy nagle wróciła do mnie i którą posługuję się do dziś: „To tylko wszechświat robi swoje”.
🖇
T.S. Eliot napisał, że wszystko, co wiemy o innych ludziach, to wspomnienia chwil, w których z nimi jesteśmy; i że gdy z nimi nie jesteśmy, oni – ci ludzie – zmieniają się. Zawsze uważałem, że trąci to trochę beznadzieją. Ale jest też prawdą, że nawet nasi najbliżsi przyjaciele i kochankowie skrywają wspomnienia, emocje i cechy, z których nie zdajemy sobie sprawy – i z których oni też mogą jej sobie nie zdawać. […] ci inni ludzie, o których mówi Eliot, nie tylko zmieniają się, kiedy na nich nie patrzymy, lecz także zmieniają się w naszej wyobraźni, gdy nie jesteśmy z nimi.
🖇
Głowa i serce wciąż działają, podczas gdy ciało podupada.
Ale lepiej tak niż na odwrót.
🖇
Albo wysadzimy planetę, a wraz z nią całą sztukę, albo przetrwamy, ale ewoluujemy w coś, czego nie potrafimy sobie nawet wyobrazić – nie będzie to jednak nic podobnego temu, czym jesteśmy teraz, z naszymi prostymi pragnieniami boga i miłości, i szczęścia, i sztuki.
🖇
W końcu my, żywi, jesteśmy w skrajnej mniejszości w porównaniu z tymi, którzy umarli, oraz tymi, którzy się jeszcze nie urodzili. Co sprawia, że życie wydaje się kruchą chwilą, czym istotnie jest.
🖇
[…]
spadł z tych samych schodów. […] otrzepywał się, jakby przed chwilą złapał go deszcz; następnie oddalił się niespiesznym krokiem do miski, żeby sprawdzić, czy nie ma w niej jedzenia. Wówczas wydawało się, że podszedł do tego upadku jak epizodysta – cóż, stało się, idziemy dalej. Jednak ostatecznie do głosu doszedł narratywizm – czy też pamięć – i teraz patrzy na schody z podejrzliwością. Czasem przyczaja się na górze, zerkając w dół wzrokiem krótkowidza, i nie chce się ruszyć, po czym zaczyna z niepokojem schodzić i przystaje na każdym stopniu, zanim zdecyduje się zmierzyć z kolejnym; częściej jednak strach go paraliżuje i czeka, aż zostanie podniesiony i przetransportowany ręcznie.
Nic w tym dziwnego: Jimmy ma szesnaście lat, co — jak mi powiedziano — odpowiada 112 latom ludzkim
[…].
🖇
Niektórzy kochają, a potem pogrążają się w żalu za tym, co mieli i stracili. Inni próbują kochać i pogrążają się w żalu za czymś, czego nie mieli – a ściślej mówiąc, pogrążają się w żalu, bo nie udało im się zbudować życia, które w przyszłości mogłoby im przynieść absolutną, rozpaczliwą żałobę. Czy to ma sens?
🖇
Możliwe, że każde z nas ma na myśli co innego, kiedy mówimy o miłości i szczęściu, w związku, jak i w społeczeństwie. Zwłaszcza teraz.
Julian Barnes, Odejście/a,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

— Mam nadzieję, że nie przyjdzie ci nigdy do głowy, żeby napisać o mnie i Jean.
A ja odparłem:
— Oczywiście, że nie — zresztą to tak nie działa.
A on odparł:
— To dobrze.
I tak to zostawiliśmy. Nie zawracałem mu głowy teorią pisarstwa jako kompostowania życia.
🖇
[…] obiecałem Stephenowi i Jean, iż o nich nie napiszę. W rzeczywistości było jeszcze gorzej: złożyłem przysięgę, że tego nie zrobię. Przysiągłem na Biblię. Możecie w to uwierzyć, w XXI wieku? Jak jakaś przysięga prezydencka. Pamiętacie pierwsze zaprzysiężenie Donalda Trumpa? Powiedziano mu, że użyta zostanie Biblia, na którą niezliczeni prezydenci przed nim przysięgali, że będą przestrzegać konstytucji. On – Buntownik! – odpowiedział, że woli użyć swojej Biblii. (Może to był zabytkowy egzemplarz Biblii grzeszników, przedruku Biblii króla Jakuba z 1631 roku, w którym błąd zecera zamienił siódme przykazanie w „Będziesz cudzołożyć”. To byłoby stosowne). Tak czy inaczej, doszło do impasu, a w końcu ustalono, że przysięgnie na obie Biblie, że będzie przestrzegać konstytucji i tak dalej. No, a potem wszyscy widzieliśmy, jak ta podwójna przysięga przełożyła się na dwa razy więcej prawości w sprawowaniu urzędu.
(tamże)
Ukończenie ostatniej książki w swoim tempie i późniejsze zamilknięcie ma przynajmniej następujący pożyteczny skutek: oznacza, że nie będziesz zmuszony przerwać […]. W ten sposób odbierasz śmierci sprawczość. Choć – trzeba przyznać – w bardzo niewielkim stopniu.
🖇
Choć nadal codziennie myślę o śmierci, to tak wyraziste jej uobecnienia są teraz w remisji. „A więc, panie Barnes, czy buntuje się pan, gdy światło się mroczy?”. Nie, niespecjalnie. Czuję, że trochę się z tym pogodziłem, i patrzę na to nieco bardziej filozoficznie.
🖇
Będę za „wami, tobą” „tęsknił” — cokolwiek to znaczy. Śmierć osłabia i podważa każde z tych słów: „będę” zostaje — lub zostanie – pozbawione znaczenia. A teraz, koniec końców, nie mam do zaoferowania żadnych słynnych ostatnich słów. […] położę na chwilę dłoń na twoim przedramieniu – nie, nie przestawaj patrzeć – po czym wymknę się. Nie, nie przestawaj patrzeć.
Julian Barnes, Londyn, 2022–25
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz