Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stehlik i okolice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stehlik i okolice. Pokaż wszystkie posty

piątek, kwietnia 10, 2026

6068. Z oazy (CDXXXVII)

W Wiel­ką Sobotę, nim ruszyliśmy w drogę, z radia wyciekł tytuł tej książki. Klik, klik, nim wszystkie niezbędne rzeczy zostały spakowane. W poniedziałek było po lekturze, jest doskonała!

Wybieranie, cedzenie wyimków, z powodu owej doskonałości, zajęło mi wiele dni, ale już, ufff, mam pod ręką wszystko, co chcę mieć.

Wbrew pozorom ogrodnik nie wyrasta z nasion, pędów, cebulek, bulw ani odnóżek, ale powstaje z doświadczenia, środowiska zewnętrznego i warunków przyrodniczych.

🖇

[…]  Adam – podobnie jak my, dzieci – nazrywał niedojrzałych owoców i zo­stał za to wygnany z raju; od tamtej pory owoce z drzewa żywota będą zawsze niedojrzałe.

🖇

Istnieje parę forteli, które można zastosować wobec pogody, aby wymusić jej zmianę. Na przykład kiedy ktoś włoży na siebie wszystkie najcieplejsze ubrania, jakie tylko posiada, wtedy z reguły nadchodzi ocieplenie. Odwilż następuje również w momencie, w którym kilku przyjaciół wyruszy w góry, aby wreszcie pojeździć sobie na nartach.

🖇

„Nawet styczeń nie jest dla ogrodnika czasem bezczynnym” – mówią pod­ręcz­ni­ki ogrodnictwa. Rzeczywiście tak jest, bowiem w styczniu ogrodnik przede wszystkim

u p r a w i a   p o g o d ę.

     Wszystko dlatego, że pogoda cierpi permanentnie na pewną przy­pa­dłość: otóż nigdy nie jest, jak trzeba. Zawsze przesadza w jedną albo drugą stronę. […]
     Jeżeli ludzie, dla których pogoda nie jest kwestią kluczową, mają tyle powodów, żeby na nią narzekać, to co dopiero mówić o ogrodniku!

🖇

Krótko mówiąc, przygotowanie gleby dla nasionek
jest wielką tajemnicą i magicznym obrzędem.

🖇

[…]  znienacka, w tajemniczym i niepostrzeżonym momencie (ponieważ tego momentu nikt nigdy nie widział ani nie zarejestrował), po cichutku rozstępuje się ziemia i pojawia się pierwszy kiełek. […]  Tylko dwa listeczki na bladej nóżce, ale jest to tak dziwne, ma tyle wariantów, z każdą roślinką bywa inaczej… Ale co to ja chciałem powiedzieć? Już wiem: nic albo tylko to, że życie jest bardziej skomplikowane, niż możemy sobie wyobrazić.

🖇

Ogrodnik w lutym kontynuuje styczniowe prace, zwłaszcza te zwią­zane z uprawianiem pogody. […]  ten najkrótszy z miesięcy, ten knypek wśród innych miesięcy, ten miesiąc niedonoszony, przestępny i ogólnie niesolidny […]  Diabli wiedzą, dlaczego w latach przestępnych dodaje się jeden dzień akurat temu perfidnemu, katarogennemu, ba­ła­mut­ne­mu miesięcznemu grzdylowi; rok przestępny powinien mieć jeden dzień więcej w cudnym maju, niech tych dni będzie trzydzieści dwa i tak będzie najlepiej. A nie dręczyć ogrodników dodatkowym dniem lutowym.

🖇

Kolejną pracą sezonową w lutym jest  ś c i g a n i e   p i e r w s z y c h   o z n a k   w i o s n y. […]  taki pierwszy motyl to przeważnie ostatni motyl zeszłoroczny, który tylko przez niedopatrzenie nie kopnął w kalendarz.

🖇

Wszystko, co istnieje, dzieli się na to, co nadaje się do gleby, i na to, co się nie nadaje.

🖇

[…]  do czego są potrzebne ogrodnikowi plecy? Wygląda na to, że tylko do tego, żeby od czasu do czasu mógł się rozprostować, wzdychając: „Uch! Moje plecy!”. Jeżeli chodzi o nogi, to są w porządku: dają się składać na róż­ne sposoby: można na nich kucać, klęczeć, siedzieć albo zarzucić je sobie na szy­ję; palce nadają się jako pikownik do robienia dziurek w ziemi, dłonie można wykorzystać do rozdrabniania grudek albo pecyn, głowa służy do za­wie­sze­nia fajki; tylko grzbiet pozostaje rzeczą niesforną, którą ogrod­nik próbuje bezskutecznie zgiąć w odpowiedni sposób.

🖇

Ze wszystkim na świecie da się coś robić, wszystko można naprawiać i re­for­mo­wać, tylko z pogodą nic zrobić się nie da. Nie pomoże ani gorliwość, ani megalomania, ani innowacja, ani dociekliwość, ani bluźnierstwo; pąk otworzy się, a kiełek wyjrzy z ziemi dokładnie w chwili, kiedy przyjdzie jego czas i zechce tego prawo przyrody. W tym miejscu uświadamiasz sobie z pokorą bezsilność człowieka; pojmujesz, że cierpliwość jest matką mądrości

🖇

My, ogrodnicy, wierzymy również w absolutną prawdziwość ludowych pro­gnoz […], że „co marzec wypiecze, to kwiecień wyciecze” i w inne pro­gno­zy, które dają świadectwo, że ludzie od zarania czasu mają złe do­świad­cze­nia z pogodą. […]  ludowe przepowiednie wróżą przeważnie rzeczy zło­wieszcze i nieprzyjemne. […]  odnotować należy, iż istnienie ogrodników, którzy – nie bacząc na te paskudne doświadczenia z pogodą — co roku wi­ta­ją z entuzjazmem wiosnę, daje świadectwo niezmordowanego i nad­przy­ro­dzo­nego optymizmu rodzaju ludzkiego.

🖇

Z im większą trwożliwą ostrożnością będziecie pracować, tym więcej szkód narobicie; dopiero lata praktyki nauczą was mistycznej i pierwotnej pew­no­ści prawdziwego ogrodnika, który stawia nogi gdzie popadnie, a mi­mo to niczego nie zadeptuje; a kiedy mu się to zdarzy, przy­naj­mniej się tym w ogóle nie przejmuje. To tylko tak na marginesie.

🖇

Rzeczywiście człowiek nie zastanawia się, po czym kroczy; pędzi wciąż gdzieś jak wariat i co najwyżej zwróci oczy ku górze, jakie są piękne chmu­ry albo tam, daleko ładny horyzont, albo imponujące niebieskawe góry; ale nawet nie spojrzy pod nogi, żeby pochwalić, jak zachwycająca gleba ścieli mu się u stóp.

🖇

Człowiek ogrodnik z pewnością powstał na drodze ewolucji kulturalnej, nie naturalnej. Gdyby rozwijał się zgodnie z przyrodą, to wyglądałby inaczej: nogi miałby jak żuk, żeby nie musiał kucać, no i miałby skrzydła po pier­wsze z powodów estetycznych, a po drugie po to, żeby móc zawisnąć nad swoimi rabatkami.

🖇

Mówi się „Święto Pracy”, a nie „Święto Osiągnięć”; ale przecież człowiek powinien być dumny z tego, co osiągnął, a nie z tego, że w ogóle pracował.

🖇

Prawdopodobnie każdy z nas ma w sobie jakiś odziedziczony po przodkach gen plantatora; nawet kiedy nie hodujemy choćby pelargonii albo cebuli na pa­rapecie, gdy przez okrągły tydzień świeci na nas słońce, zaczynamy spo­glą­dać z troską w niebo i mówić sobie na dzień dobry:
     — Już by mogło popadać.
     […]  Żaden cud słońca nie może dorównać cudowi błogosławio­ne­go desz­czu. […]  Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: trawa, ja, gleba; tak jest nam dobrze.

🖇

Według filozofii niemieckiej brutalna rzeczywistość to jest po prostu to, co jest (Sein), natomiast wyższy moralny po­rzą­dek (Sollen) jest tym, co po­win­no być. Czyli ogrodnik, zwłaszcza w lipcu, skłania się ku temu wyższemu po­rząd­kowi, wiedząc dobrze, co powinno być. „Powinno popadać” – stwier­dza z całym przekonaniem.

🖇

🖇

[…]  przy każdej z tych okazji ogrodnik wygrzebuje z ziemi niewiarygodne bogactwo kamieni i innego świństwa. Najwyraźniej te kamienie wy­ra­sta­ją z jakichś nasion albo lęgną się z jajeczek, albo są nieustannie wy­pierane z niezbadanego jądra globu – pewnie ziemia tymi kamieniami się po prostu poci.

🖇

Prawdziwy ogrodnik może, ot tak, wetknąć w ziemię kawałek liścia, a wy­rośnie mu z tego dowolny kwiatek, a my, laicy, musimy cackać się z ho­do­wa­niem sadzonek, pieczołowicie je zwilżać, chuchać na nie, karmić zmie­lo­nym ro­giem albo odżywkami dla niemowląt; a w końcu i tak nam toto zmar­nieje albo uschnie. Myślę, że muszą w tym być jakieś czary […]

🖇

Na swój sposób — z ogrodniczego punktu widzenia — wrzesień to wdzięcz­ny i ważny miesiąc; nie tylko dlatego, że kwitną wtedy nawłoć, złocień ja­poń­ski i jesienne astry, nie tylko z waszego powodu, ciężkie i zadziwiające da­lie; wiedzcie, ludzie niewierni, że wrzesień jest miesiącem wybranym dla wszystkiego, co kwitnie po raz drugi; jest miesiącem drugiego kwiatu; mie­sią­cem dojrzewającej winorośli. To są tajemnicze własności września, peł­ne głębszego sensu, ale przede wszystkim jest to miesiąc, w którym po­now­nie otwiera się ziemia, a to znaczy, że znów  m o ż e m y   s a d z i ć!

🖇

🖇

Już nie da się dłużej zaprzeczać: jest jesień. Poznacie ją po tym, że kwitną jesienne astry i jesienne chryzantemy – te jesienne kwiaty kwitną ze szcze­gól­ną siłą i hojnością, nie robią z tym ceregieli, kwiat to kwiat, ale za to w ja­kich ilościach! Powiadam wam, że rozkwit wieku dojrzałego jest sil­niej­szy i żarliwszy niż gorączkowe i ulotne triki wczesnej wiosny. Są w nim roz­sądek i konsekwencja dojrzałego człowieka: jak już kwitnąć, to rzetelnie; i mieć mnóstwo miodu, żeby zleciały się pszczoły. Cóż znaczy spadający liść wobec tego bogactwa jesiennego kwitnienia? Czy widzicie ten brak zmęczenia?

🖇

To tylko takie gadanie, że październik, że przyroda szykuje się do snu zi­mo­we­go; ale ogrodnik wie lepiej, zapytajcie go, a powie wam, że paź­dzier­nik jest miesiącem równie dobrym jak kwiecień. Bo też trzeba wam wie­dzieć, że październik to pierwszy wiosenny miesiąc, miesiąc pod­ziem­ne­go wypuszczania pędów i kiełków, ukrytego rozkwitu, pęcznie­ją­cych pąków.

🖇

Mówicie, że mamy już bardzo mało słonka? Że dusi nas szara mgła? Że bi­czu­ją zimne deszcze? Wszystko jedno. Najważniejsze to kwitnąć. Tylko ludzie narzekają na złą pogodę, chryzantemy tego nie robią.

🖇

🖇

Bywają ludzie, przeważnie są to krytycy i mówcy publiczni, którzy uwiel­bia­ją mówić o korzeniach; oświadczają na przykład, że powinniśmy po­wró­cić do korzeni albo że jakieś zło trzeba wyrwać z korzeniami, albo że naszym obowiązkiem jest przeniknąć aż do korzeni pewnych spraw. Pięk­nie. Chętnie bym popatrzył, jakby wykopywali (razem ze wszystkimi ko­rze­nia­mi, ma się rozumieć), powiedzmy, taką trzyletnią pigwę.

🖇

[…]  próbowałem tego z pigwą i zaświadczam, że praca z korzeniami jest ciężka i że korzenie lepiej zostawić tam, gdzie są: one już wiedzą, dlaczego chcą tkwić tak głęboko; powiedziałbym nawet, że nie zależy im na naszej uwadze. Bo też najlepszym rozwiązaniem jest dać korzeniom spokój […].

🖇

Co tu dużo mówić: pojawiły się już wszystkie oznaki tego, że przyroda, jak się to mówi, układa się do snu zimowego. […]  skądże, ale gdzie tam! Co za po­my­sły! Jakieś oszczerstwa! […]  Obróćmy wszystko do góry nogami, żeby to lepiej poznać; obróćmy przyrodę do góry nogami, żebyśmy mogli się jej przyjrzeć; obróćmy ją do góry korzeniami. Co wy wygadujecie? To ma być sen? To nazywacie odpoczynkiem? Powiedziałbym raczej, że prze­sta­je ro­snąć w górę, bo nie ma na to wolnej chwili, a to dla­te­go, że za­ka­sa­ła rę­ka­wy i rośnie w dół; splunęła w ręce i zakopuje się w ziemi.

🖇

To nazywacie snem? Niech diabli porwą liście i kwiaty, co to za prze­chwał­ki? Tu, na dole, tu, pod ziemią, odbywa się ta prawdziwa praca, tu, tu i tu wyrosną nowe łodygi; stąd dotąd z tych listopadowych ognisk wystrzeli marcowe życie; tu, pod ziemią, został nakreślony wielki program wiosny.

🖇

Mówi się, że wiosna to czas wypuszczania pędów; w rzeczywistości czas wy­puszczania pędów przypada na jesień. Obserwując naturę, stwier­dza­my, że w pewnej mierze prawdą jest, że jesień to koniec roku; ale jeszcze bardziej prawdą jest, że jesień to początek roku. […]  Ludzie, to jest dopiero prawdziwa wiosna; to, co nie będzie gotowe teraz, nie będzie też gotowe w kwietniu.

🖇

🖇

Czasami nam się wydaje, że usłani zeschłymi resztkami przeszłości śmier­dzi­my zgnilizną; ale gdybyśmy mogli widzieć, ile grubiutkich i białych pę­dów przebija się przez tę starą kultywowaną glebę, którą nazywamy dniem dzisiejszym, ile nasion potajemnie kiełkuje, ile starych sadzonek wypuszcza właśnie młody żywy pąk, który niebawem rozwinie się w kwi­tną­ce życie, gdybyśmy mogli zobaczyć to skryte rojenie się między nami, pewnie byśmy sobie powiedzieli, że wielką bzdurą jest nasza tęsknota i nasza nie­uf­ność; i że najlepsze ze wszystkiego jest bycie żywym człowiekiem, czyli człowiekiem, który rośnie.

🖇

Nie widzimy kiełków, bo one tkwią pod ziemią;
nie znamy przyszłości, bo ona jest w nas.

🖇

Karel Čapek, Rok ogrodnika, ilustr. Josef Čapek, przeł. Elżbieta Zimna,
Wydawnictwo Dowody, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

Przez cały rok jest wiosna i przez całe życie jest mło­dość; wciąż jest z czego kwitnąć. To tylko takie ga­da­nie, że je­sień; my tam na razie rozkwitamy innym kwieciem, ro­śnie­my pod ziemią, wypuszczamy no­we pę­dy; wciąż jest co robić. Tylko ci, którzy trzymają ręce w kie­sze­niach, mó­wią, że będzie gorzej; ale ten, kto kwit­nie i wydaje owoce, nawet jeżeli robi to w li­sto­pa­dzie, nie daje świa­dec­twa jesieni, ale złotemu latu; nie daje świa­de­ctwa upadkowi, ale kwitnieniu. Jesienny astrze, drogi czło­wie­ku, rok jest tak długi, że nie ma końca.

Ogródek nigdy nie jest skończony. Pod tym wzglę­dem ogródek przypomina świat ludzi i wszelkie ludzkie przed­sięwzięcia.

(tamże)

niedziela, lutego 05, 2023

4917. Z oazy (CXII)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Ta książka w oryginale ukazała się jedenaście lat przed tym, nim wydano oryginał Wron. Polski podczytnik tej nienachalnie sugeruje między wierszami, że ma ona związek z Wronami. Na moje jeśli nawet tak jest, to jest to zwią­zek dość luź­ny — obie książki łączą jedynie: osoba Autorki i nędzna re­la­cja głównych bo­ha­te­rek z ich matkami.

Tu zupełnie inna struktura, ani jednego dialogu — monolog, który masakruje. Na­gro­ma­dze­nie niemocy, przemocy, głupoty, przyczyn, których znajomość nie pomaga z poradzeniem sobie ze skutkami. Bardzo chciałabym spotkać osobę, którą ta książ­ka zachwyciła i chętnie do niej wróci. Mnie przemieliła. Zdecydowanie wolę i wybie­ram (wyłącznie) Wrony.

Okładka tej książki była dla mnie obietnicą równie poruszających ilustracji, jak te we Wronach. Ostrzy­łam sobie na nie zmysły, a tu? Figa!

Wydawało mi się, że śmierć jest czymś pięknym, spokojnym i że wkroczenie w nią jest łatwe niczym rozbieg i skok do zimnego jeziora. Z początku czło­wiek trochę się boi, ale gdy wreszcie się odważy i zacznie biec, cały lęk mija.
     A potem w tej bezbrzeżnej rozpaczy nagle pojawiła się bezwzględna świadomość, że muszę wreszcie podjąć jakieś kroki. Nie mogłam już ignorować różnicy między pełnym i zdrowym życiem kobiety a tym, co przeżywałam ja. Napędzała mnie dziwna siła, którą czułam gdzieś głęboko w sobie, jeszcze głębiej, niż sięgały anoreksja i głód. I ta siła pozwoliła mi poczuć, że gdzieś we mnie tkwi jakiś szczególny świat, zdrowy i pełny.

*

[…]  zauważyłam to również u wielu gorliwych katoliczek − przejawia się pewna szczególna obojętność wobec cierpienia innych ludzi.

*

My dear,
czy nie miewasz wrażenia, że człowiek sobie tak po prostu żyje, robi nor­mal­ne, zupełnie zwyczajne rzeczy i nawet do głowy mu nie przyjdzie, że za mi­nu­tę jego życie ulegnie całkowitej zmianie? Czasem się zastanawiam, czy to wszystko jest istotnie tylko zbiegiem okoliczności… A może prawda zawsze czeka na nas gdzieś za rogiem? Nawet jeśli nie chcemy jej poznać i unikamy jej za wszelką cenę…

*

Z biegiem czasu głód nabrał wielu kolejnych funkcji i znaczeń, ale nie wsku­tek moich świadomych decyzji. Nie stało się tak dlatego, że pewnego dnia wbiłam sobie do głowy: chcę umrzeć i osiągnę to poprzez zagłodzenie się na śmierć. Po prostu zmniejszały się porcje. Było mi wtedy dobrze, nie odczu­wa­łam nic złego. Nareszcie ciało żyło tak, jak żyła dusza. Ważne było dla mnie poczucie, że to moje życie jest prawdziwe. […]  Jeśli po­stron­ni twier­dzą, że można nad nią zapanować za pomocą własnej woli, to po prostu nic nie rozumieją. Anoreksja tkwi głębiej niż wola.

*

Ach, Joss,
[…]  Masz rację, w życiu każdego człowieka powinna wreszcie przyjść chwila, w której przestanie spoglądać wstecz i rozpamiętywać to, czego mu nie dano; chwila pogodzenia się ze swoim życiem, zwrócenia myśli ku temu, co było dobre, i ruszenia dalej.

*

Nie jest tragedią to, że człowiek zawiedzie i rozczaruje in­nych, ale to, że przestanie szanować własne granice. Że sta­ną się one dla niego niegodne przestrzegania.

*

My dear,
pytasz, czego teraz potrzebuję do życia najbardziej. […] utracone matczyne objęcia, których tak intensywnie poszukuję, noszę w sobie, w swoim wnętrzu. Pojęłam, że właśnie tam tkwi La Loba – olbrzymia siła potrafiąca udźwignąć wielki ból i stratę. […] A jednocześnie [La Loba to] życzliwa matka, cierpliwie zbierająca kości, wkraczająca w cierpienie i potrafiąca tchnąć życie przez swą siłę twórczą.

*

Stopniowo zaczęłam postrzegać swą kobiecość jako coś pewnego i otoczonego granicami. […]  Zrozumiałam, że wewnętrzne granice kobiety tkwią w świadomości jej własnej tożsamości, której nikt nie może naruszać.

*

Zatem widzisz, dear,
[…]. Do miejsca, w którym mnie poznałaś, wiodła jeszcze długa droga.

Petra Dvořáková, Jestem głód,
fot. Věra Stuchelová, przeł. Mirosław Śmigielski,
Wydawnictwo Stara Szkoła, Rudno 2023.
(wyróżnienie własne)

Tamtego dnia zrozumiałam, która droga mnie z tego wszystkiego wyprowadzi.

*

Stało się to, co jest do uleczenia najistotniejsze. W głowie przestawiła się jakaś zwrotnica […]. Coś się we mnie roz­luźniło. Byłam szczęśliwa. Żywiłam się przeko­na­niem, że mam ciało kobiety i że to jest piękne. Że jest ono moje, że to jestem ja.

*

Nie miałam pojęcia, że prawdziwa kobiecość kryje się właśnie w tej dzikusce. I że kiedy stłumię dzikuskę, stłumię własną naturę.

(tamże)

niedziela, stycznia 29, 2023

4908. Z oazy (CX)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Z beletrystyką trudna relacja, ale do czeskiej fik­cji odrobinę serca mam, bo na kolejną część czeskiego kryminału czekam bardzo. Czescy autorzy i największy polski wielbiciel Czech mają tu swój znacznik, by szybko i łatwo mieć dostęp do czeskiej przygody czytelniczej Drzewka — jest tam kilka bar­dzo smacznych pozycji.

Słowa w podczytniku do książki, która ukaże się w polskim przekładzie jutro, nie po­zostawiły mi wyboru: [w]śród czytelników Wron duże kontrowersje wy­wo­łu­je za­koń­czenie powieści, otwarte i pozostawiające pole do interpretacji — kocham otwarte zakończenia!

Ibukosknera był ze mnie dumny, bo nabyłam tę książkę za niecałe dwanaście zło­tych. Nie mogłam się od tej opowieści odczepić. Zakończenie tej książki jest ge­nial­ne, nie kontrowersyjne! Nadchodzący poniedziałek zapowiada się fantastycznie.

     – Na pewno nic się nie stało?

*

Dzisiaj czytałam fajny artykuł. Miał tytuł Prawa dziecka według ONZ i było w nim napisane, że dzieci nie można bić ani poniżać. Czytałam to kilka razy i wydało mi się świetne, że ktoś mógłby zabronić mamie i tacie mnie bić i na mnie krzyczeć. Chociaż nie wiedziałam, czy chodzi o to, że nie można w ogóle bić, czy może trochę można. Bo rodzice na pewno by powiedzieli, że biją mnie tylko trochę, więc to właściwie nie szkodzi, i nikt by im nic nie zrobił.

*

     – I co z tego?
     Na to nie potrafię odpowiedzieć, bo tak właściwie sama nie wiem, co z tego. Ale robi się mi trochę przykro.

*

     – Wiesz, że ja i tata bardzo cię kochamy?
     – Wiem. – Kiwa głową, ale minę ma jakąś dziwną.
     – Jeśli coś ci się nie podoba, możesz nam o tym powiedzieć – kontynuuję i obserwuję, co ona na to. […]
     Nagle mówi:
     – Dlaczego na Kaśkę tak nie wrzeszczysz?
     Trafiła w czuły punkt. Właśnie tego ona nigdy nie zrozumie. Ale to nawet dobrze, że poruszyła ten temat. Przynajmniej wreszcie jej to spokojnie wyjaśnię. Strzepuję palcem okruszek z obrusa.
     – Basiu, to nieprawda. Kaśka też potrafi mnie porządnie wkurzyć. Tyle że ona tak nie prowokuje – odpowiadam i czekam, co Baśka na to.
     Herbatnik w jej palcach rozpadł się na kawałki. Szybko je zgarnia i wciska do buzi. Udaję, że tego nie widzę.
     – Przecież ja też nie prowokuję – broni się.
– Oczywiście, że prowokujesz. Gęba ci się nie zamyka – mówię stanowczo.

*

     – Nie płacz, bo obudzisz Kasieńkę – pocieszam ją.

*

Widzę, że przez chwilę się waha.
     – Nie podobają się nam też niektóre inne rzeczy. Basia mówiła, że…
     Na to już nie mam nerwów.
     – Droga pani, proszę się nie gniewać, ale jest mi całkowicie obojętne, co mówi Basia, bo to moja córka i bardzo dobrze wiem, do czego jest zdolna.

*

     – Czy pani chce powiedzieć, że nasza córka jest ofiarą przemocy domowej? – powtarzam.
     Nauczycielka jeszcze bardziej traci rezon.
     Wytaczam najcięższe działa.
     – Niech państwo spytają Kasieńkę. Sama wam powie.
     – Rozmawialiśmy z Kasią. – Młody kiwa głową.
     – No i? – Skaczę wzrokiem to na nią, to na niego.
     – Kasia myśli, że te lania się Basi należą – dodaje młody. – A to dodat­ko­wo wszystko pogarsza. – Stoi i patrzy na nas wyzywająco.
     – Proszę posłuchać, to nie państwa sprawa, jak wychowujemy swoje cór­ki – odszczekuję.

*

[…]  przychodzi mi do głowy, że perspektywa to takie ciekawe słowo […].

*

     – Niech ją pani obetnie.
     – Ale ja nie chcę! – Baśka wstaje z fotela.
     – Znowu zaczynasz? – krzyczę na nią. – Mam zmienić zdanie w sprawie tej twojej szkoły? – grożę jej.
     Widać, że to na nią działa. W końcu siada i pozwala sobie obciąć grzywkę.
     Obie dziewczynki wyglądają bardzo ładnie. Przychodzi mi do głowy, że powinnam je sfotografować, żeby miały takie ładne wspólne zdjęcie.

*

*

Najchętniej powiedziałabym mu też, że chcę zostać malarką, ale mama ciągle powtarza, że to głupota, bo człowiek musi robić coś porządnego.

*

[…]  skoro mam skrzydła, mogłabym spróbować wzbić się w powietrze, bo przecież skrzydła służą do latania. Macham więc nimi i rzeczywiście trochę się unoszę, więc macham jeszcze mocniej, a wtedy już naprawdę lecę. Czuję się nagle lekka, lżejsza niż kiedykolwiek byłam, a gdy na siebie patrzę, widzę, że zamiast swojego ciała mam ciało ptasie, ale wcale mi to nie przeszkadza.
     Wylatuję przez okno i jest mi dobrze, bo wiem, że już nigdy tu nie wrócę.

Petra Dvořáková, Wrony, ilustr. Tereza Basařová,
przeł. Mirosław Śmigielski,
Wydawnictwo Stara Szkoła, Rudno 2020.
(wyróżnienie własne)

środa, marca 23, 2022

4569. Z oazy (VII)

Długo polowałam. Jeszcze dłużej czekała na mnie na wirtu­al­nym stosiku. Pro­por­cjonalnie do czekania roz­cza­ro­wała. Ta książka jest niczym spotkanie autorskie — można pójść i stra­cić trochę czasu. Straciłam, bo gen Orzeszka się odezwał. Za­czę­łam, skoń­czy­łam, amen. Wydłubałam conieco, by mieć.

Książka ta nie ma nic wspólnego z filozofią Ludwiga Wittgensteina, jedynie przybliża pogląd autora na fakty o jego życiu, miłości i śmierci.

*

Jak wiadomo, w erze przedinternetowej ten, kto czegoś nie wiedział, musiał zajrzeć do słownika.

*

Zdaniem pozytywistów tym milczeniem nic istotnego nie przemilczymy; ważne jest tylko to, o czym można mówić. Jednak dla Wittgensteina to, o czym trzeba milczeć, jest najważniejsze w życiu człowieka.

*

[…]  w zwyczajnym życiu metody statystyczne niestety ograniczają się do stwierdzeń typu: prawdopodobieństwo, że zawiasy w drzwiach domu będą skrzypieć, jest wprost proporcjonalne do tego, jak późno wrócisz do domu. Albo: jest naukowo niemożliwe, żeby padało, skoro zabraliśmy parasol.

*

Wiadomo, że jeśli jakiś przymiotnik lub przysłówek zaczyna się od przed­rostka „naj”, językoznawcy nazywają takie słowo superlatywem. Wiadomo również, że jeśli do słowa „bogaty” dołożymy pewną końcówkę, powstanie słowo „bogatszy”, ze słowa „wielki” powstanie słowo „większy” – języ­ko­znaw­cy nazywają to komparatywem. Wiemy również, że różne skrótowe i tyleż mylne psychologizujące teorie ekonomiczne próbują nam wmówić, że motywacją postępowania człowieka jest często zazdrość o to, że jeden jest bogatszy od drugiego, że jeden czy drugi majątek jest większy.

*

Zanim człowiek się czegoś nauczy, zwykle błądzi. Nawet ci najlepsi spośród nas niekiedy dopuszczą się wielu błędów.

*

Matematyka mówi jasno: zero i nieskończoność to dwie strony tej samej monety. […]  Nieskończona mądrość filozofa nie istnieje. Nieskończona jest wyłącznie miłość.

*

[…]  już nie wystarczy umieć dobrze grać w grę, bowiem ciągle od nowa zadawane jest pytanie: czy należy w ogóle grać w tę grę? Która gra jest tą właściwą?

*

[…]  wymachiwał czerwoną flagą i wrzesz­czał: „Niech żyje menstruacja!”. Przewodniczący był trochę bardziej podchmielony, ale zaczął wrzeszczeć: „Zwariowałeś? Chyba niech żyje re­wo­lucja, nie?”. Franta odpowiedział: „Jest mi wszystko jedno, naj­waż­niej­sze, że leje się krew”.

*

[…]  potrzeba opowieści jest niekiedy silniejsza od moż­li­wo­ści podzielenia się tym, co niewypowiadalne.

*

Trudno odszyfrować runy, które opisują Pański adres na pocztówce. […]  Miejmy nadzieję, że będzie dobrze i będziemy mogli kontynuować naszą wymianę myśli.

*

Żadna kwota nie jest wystarczająca, by zabezpieczyć rzecz lub los kogoś, kogo się lubiło najbardziej w życiu.

Ladislav Čumba, Wittgenstein: wiadomo, że…,
przeł. Anna Wanik, Iskry, Warszawa 2019.
(wyróżnienie własne)

Istnieje perwersyjne wyobrażenie, że w ostatniej go­dzi­nie przed śmiercią dzieje się z człowiekiem coś bardzo ważnego, a człowiek ze świadomością zbli­ża­ją­ce­go się końca w jednym zdaniu przekaże ludzkości wynik swo­ich życiowych przemyśleń i zmagań.

*

[…]  Wittgenstein lubił gwizdać. Wia­do­mo rów­nież, że po­tra­fił wy­gwiz­dy­wać ca­łe zda­nia z sym­fo­nii, na­wet na wie­le gło­sów. Zna­na jest rów­nież in­na je­go ce­cha: kie­dy ktoś gwi­zdał, ale gwi­zdał nie­do­kład­nie, al­bo wręcz fał­szo­wał, za­trzy­my­wał je­go gwi­zda­nie i po­ka­zy­wał mu, jak ma być poprawnie. […]  ulu­bio­ną pio­sen­ką Lud­wi­ga do gwizdania były Wariacje na temat Haydna Brahmsa.


// dyrygent: Gustavo Dudamel.

(tamże)

czwartek, września 30, 2021

(3265+6+1118). Bo… (III)

Bo Stehlíka okolice, bo kryminał — trzeci raz z grubsza w ten sposób zaczyna się wpis — ale przede wszystkim dlatego, że to trzecia część cyklu, która nawet w ory­gi­na­le bardzo długo (ponad cztery lata) kazała na siebie czekać.

Przywiązuję się do bohaterów, więc cierpliwie, choć biernie (mam zaznaczoną Autorkę jako lubianą) czekałam. Ibukosknera musiał zacisnąć oczy, gdy chwilę po ukazaniu się tej części, bez mgrugnięcia okiem miałam książkę na czytniku.

Językowo wciąż fascynuje mnie konstrukcja pierwszego rozdziału, w którym dzięki urokom czasu teraźniejszego w języku polskim, nie wiadomo, jakiej płci jest wy­po­wia­da­ją­ca kolejne kwestie osoba. A potem jest trochę pięknych instrumentów, do­brej muzyki i marzeń, no i trup (nie jeden), bo to w końcu kryminał.

Sprawa się potknęła i zboczyła z wytyczonej trasy, ale galopowała dalej, wciąż napędzana przez energię, której źródło jeszcze się nie wyczerpało. Holina wciąż nie wiedział jednak, kto biegnie i do jakiej mety.

*

Z tyłu auta Erik zauważył wózek inwalidzki i natychmiast obleciały go ner­wy. Nie potrafił rozmawiać szczerze z osobami niepełnosprawnymi, budziły w nim dziwne poczucie winy, które skutkowało przesadną życz­li­wo­ścią i nad­gor­li­wo­ścią.

*

Starożytny system godzin planetarnych zakłada, że każdej godzinie dnia przewodniczy inna planeta, która ma od­mien­ny potencjał. To, co mogło wydarzyć się o piątej, ra­czej nie wydarzy się o siódmej.

*

     – Czyli miał niepohamowaną skłonność do mijania się z prawdą. Takie zachowanie może wynikać na przykład z nieumiejętności pogodzenia się ze stratą. Lub z tego, że ktoś ma kłopot z przyjęciem zastanych faktów, ak­cep­ta­cją rzeczywistości. Na to wskazuje z kolei kwinkunks do Saturna w re­tro­gra­da­cji…
     – Byłbyś łaskaw zejść z nieba na ziemię, przestać bredzić o świn­skunk­sach i wyjaśnić mi to po ludzku? – nie wytrzymał Diviš.

*

     – Czy ja mówiłam, że sobie pójdę?
     – Nie mówiłaś, że sobie nie pójdziesz – odparł i aż go roz­sadzało, żeby wrzasnąć: Zostań ze mną, do jasnej cholery!

*

     – Pewnie by coś słodkiego zjadł po obiadku? – Postawiła na ladzie talerz puszystych pączków z dżemem i bitą śmietaną na wierzchu. – Ra­bar­ba­ro­we – dodała tonem, który magicznym sposobem zmieniał bombę ka­lo­rycz­ną czeskiego cukiernictwa w produkt z półki „zdrowa żywność”. – Skusi się?

*

Jeszcze chwilę temu był przekonany, że w jej mózgu zwy­czaj­nie brakuje jakiejś synapsy, umiała być jedynie obiek­tyw­na. Mylił się.

*

Sensem życia jest miłość. Jeśli będziesz miał szczęście, możesz nią kogoś obdarzyć, ale nie możesz jej nikomu odbierać”, wyjaśniła mu kiedyś ciotka Jozefína, a że nigdy już nie trafił na zwięźlejsze objaśnienie świata, do dziś wierzył w to, które otrzymał od cioci.

*

     – Czy komuś pan wadzi?
     Dragoun natychmiast przytaknął.
     – Komu?
     – Samemu sobie.

*

[…] stwierdziła nagle, że jest już dorosła i nikt nie będzie jej mówił, co ma robić. Zerwała więzy, wyrwała drzwiczki, rozwinęła skrzydła i wyleciała z klatki.

*

[…] właśnie tu, na skromnych dziesięciu metrach kwadratowych, najczęściej odwiedzała go intuicja.

*

Zazwyczaj czekając na kogoś, porządkował myśli lub przeglądał notatki. Teraz splótł ręce na piersi i zapatrzył się na gołębie.

*

     — […] pamiętam za to bardzo dokładnie, kiedy tak po­wie­dzia­łeś.
     – Ja też pamiętam: nigdy.
     – A jednak.

*

     – Nie zniosę tego – łkała.
     – Tak ci się tylko wydaje – pocieszał ją. – Człowiek to wy­jąt­ko­wo silna bestia.

*

[…] każdego nowego dnia rodziły się dziesiątki ofert zmiany. Wystarczyło podjąć wyzwanie, ruszyć z miejsca.
     […] Zawsze jest kilka opcji. […] wystarczy jedna decyzja i kilka zgrab­nych słów, by zupełnie zmienić rzeczywistość.

*

Los czasami zapędza nas w trudne sytuacje, które wydają się bez wyjścia i z których bardzo trudno wydostać się o wła­snych siłach.

Iva Procházková, Zagraj mi na drogę, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021.

wtorek, września 28, 2021

4388. Polub lub

Znienacka poszerzył mu się horyzont, jakby ktoś wyburzył budynek przy­sła­nia­ją­cy widok na coś istotnego.

Iva Procházková, Zagraj mi na drogę, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021.

Oślo uparta bywam. Eufemizm? Ci, co mnie znają, powiedzieliby, że oślo uparta to ja nie by­wam, ja taka jestem! Ja mam powód do potencjalnej dumy, oni do wkurwu, a praw­da jest taka, że po prostu uwielbiam rozumieć. Nie da­wa­ło mi spokoju lub. Odło­żo­ne ad acta pytanie — dla­cze­go w języku po­tocz­nym lub z auto­ma­tu trak­to­wa­ne jest jako albo? — samo znalazło na siebie odpowiedź. Obudziłam sie rano i wie­dzia­łam, a gdy uża­li­łam się rehabilitacyjnie Pati, miałam jasność!

Alternatywa (lub) redukuje się do alternatywy wykluczającej (albo), gdy jej skład­ni­ki dotyczą tej samej kategorii, np. biała lub czarna koszula (kolor) – jeśli koszula nie ma wzorków można mieć bez filozofowania wyłącznie białą albo czarną; audi lub bmw (mar­ka samochodu); Hiszpania lub Włochy (kraj).

Gdy więc mknął po hiszpańskich lub włoskich ulicach w swoim audi, lam­bor­ghi­ni lub bmw z rozpiętym kołnierzykiem w białej lub czarnej koszuli w naj­mod­niej­szym w tym sezonie kroju, mogło zda­rzyć się tylko jedno i ona o tym wiedziała, a może tylko przeczuwała.

Właśnie wtedy wszystko było jasne: koszula była albo biała albo czarna (bez wzor­ków!), samochód był marki albo audi, albo lam­bor­ghi­ni, albo bmw, a wszystko to działo się albo w Hiszpanii, albo we Włoszech. Nie mogło być inaczej.

Jeśli więc pieniądze i kobiety należałyby do tej samej kategorii, to moi kochani panowie mieli rację, a Autor był optymistą, że istnieją tylko trzy powody po­peł­nia­nia prze­stępstw: albo pieniądze, albo kobiety, albo kobiety i pieniądze, a przecież jest wiele innych powodów, które nie dotyczą stanu posiadania. Kłopot jest taki, że jeśli ko­bie­ty i pieniądze potraktować jako elementy należące do tej samej kategorii, to fe­mi­nistka we mnie protestuje przeciwko przed­mio­to­we­mu traktowaniu kobiet, a dym nie dotyczy już tylko logiki, ale gienderu, feminium i — tfu, tfu, tfu! — ma­ją­ce­go kiepską prasę światopoglądu zwanego popularnie ideologią. Nie jest mi wszyst­ko jed­no, z kim jadam posiłki!

Nie, nie, nie! Kobiety i pieniądze to nie są dwa wzajemnie wykluczające się zjawiska należące do tej samej kategorii — jak zielony i czerwony w ramach jednej kategorii, jakim jest kolor. Panowie i Autor nie mają racji, pierwsi czy­ta­jąc i twierdząc, że wszyst­ko jest OK, trzeci pisząc bzdury, nie mówiąc o redaktorze, który opuścił za­ję­cia z lo­gi­ki (są na wszystkich humanistycznych studiach).

Bo gdy więc mknął w swoim aucie z rozpiętym kołnierzykiem, zadzwonił jego przyjaciel i potwierdził zrealizowanie wysyłki czegoś czerwonego lub damskiej torebki pod wskazany adres, a ona o tym wiedziała i już czekała.

Przesyłkę mogło stanowić czerwone ferrari albo fioletowa torebka ze skaju, za­ku­pio­na na podmiejskim targowisku, ale, ale! To mogła być marna czerwona torebunia Louis Vuitton, ale również czerwone ferrari razem z to­reb­ką Birkin od Hermèsa, nie tylko dlatego, że kto bogatemu zabroni? Dzieje się tak dlatego, że kolor i rodzaj przedmiotu to dwie różne kategorie, współ­ist­nie­ją, a nie wykluczają się wzajemnie.

Ponieważ alternatywa jest prawdziwa, gdy przynajmniej jeden jej składnik jest prawdziwy – przynajmniej jeden może oznaczać… na przykład, wszystkie! Po co się ograniczać?

Szczęśliwe chwile lub dobry sen lub pyszna kawa w fantastycznym towarzystwie — wybieraj!

Wybieraj? Po co? Biorę szczęśliwe chwile, dobry sen i pyszną kawę w Twoim to­wa­rzy­stwie. Biorę co dnia!

Zamówił damską torebkę lub coś, co było czerwone, niebieskie lub zie­lo­ne. Wszystko, co mógł dostać, można było zaznaczyć punkcikiem na tym diagramie:

*

A te książeczki? Boskie! Bo ja czasem widzę, że słyszysz, co czuję.


Ja i psychologia, [dostęp: 28.09.2021], źrodło.

poniedziałek, września 27, 2021

4387. Moi kochani… humanistami!

Jabłoń:
(na głos przeczytała Sadownikowi,
a Białemu Krukowi wysłała,
pytając o treść poniższego cytatu
)
Na czym polega błąd logiczny?

     – Dziewięćdziesiąt procent przestępstw popełnia się dla pieniędzy lub z po­wo­du kobiet.
     – Wyświechtany frazes – odparła Urszula. Użyła polskiego słowa, ale Holina ją zrozumiał.
     – Strasznie wyszwiechtany – przyznał. – Ale prawda.
     – Co z pozostałymi dziesięcioma procentami?
     – To te, które popełniono dla pieniędzy i kobiet jednocześnie.

Iva Procházková, Zagraj mi na drogę, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021.

Jabłoń:
(załamała ręce, bo chłopaki, choć z technicznym wykształceniem
„oba one”, okrutnie upierali się, że wszystko jest OK
)
Ale z Was tłuki,
nic nie wiadomo o dziesięciu procentach!

(lub — to nie jest operator alternatywy wykluczającej)

Podpowiedź:

Mama Malinki:
(w chuj fantastyczna polonistka,
gdy Jej się Jabłoń użaliła, odpisała
)
Wytłumaczenie może być tylko jedno:
obaj w głębi serca są humanistami.

Jabłoń:
(głowę popiołem posypała, ponieważ lub to
w j. polskim również synonim
albo*;
palcem pokazał to Drzewku Sadownik)

_________
  * albo — operator alternatywy wykluczającej.

*


Logika, [dostęp: 27.09.2021], źrodło.

niedziela, września 26, 2021

4386. Wracając do siebie…

Jabłoń:
(gdy po trzydniowej procedurze prozdrowotnej
zaczęła wracać do siebie i odzyskiwać wigor,
czyta na głos poniższe czarne literki
)

[…] myśli wirowały w nim prawdopodobnie jak cyklon gnany mroźnym hu­ra­ga­nem. Holina był ciekaw, co z tego wyniknie. Kiedy sonda kos­mi­czna Voyager 2 zbliżyła się do Neptuna, zarejestrowała na nim wiatr wiejący z prędkością około dwóch tysięcy czterystu kilometrów na go­dzi­nę, tem­pe­ra­tu­rę minus dwieście osiemnaście stopni Celsjusza i wysłała na Ziemię masę fantastycznych danych i zdjęć, które utwier­dzi­ły Ma­riá­na w prze­ko­na­niu, że znak Ryb, którym patronuje Neptun, jest pe­łen skrajności i kieruje się zasadami, których inne znaki zo­dia­ku nigdy nie mogą do końca pojąć.

Iva Procházková, Zagraj mi na drogę, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021.

Sadownik:
To o mnie!

Jabłoń:
(cieszy się, że nie tylko ona tak myśli)
No, raczej!

Świeżutka Kocia Mama:
(w tym samym czasie ze swoją Rybą,
całym Stadem jadą do swojego ula
)

Dziewczynki Kociej Mamy:
(ufocone przez Kocią Mamę w drodze do domu)

środa, kwietnia 22, 2020

3782. Męskie pisanie // rodzinne czytanie

Pani Maria tydzień przed świętami poleciła tę książkę — chwilę po tym, gdy skoń­czyłam Macochę i miałam (po damskim przegięciu) dość beletrystyki (w szcze­gól­ności czeskiej). Zaznaczyłam tylko do upolowania. Upolowałam jakiś czas później i udającemu się do sauny Białemu Krukowi poleciłam. Zajrzałam na chwilę do środka, za głowę się chwyciłam, co ja temu Krukowi… no ale dodałam przecież, że pani Maria poleciła.

A Biały Kruk zainspirowany rekomendacją pani Marii długo nie czekał i dobrze przy książce się bawił, informując mnie, że puenta dobra. Zaciekawiona, przeczytałam i ja ten drobiazg książkowy, szowinistyczny do łez (i co z tego, że ze śmiechu). To nie jest wielka czeska literatura i dlatego dobrze się czyta między innymi poważnymi książkami.

A ten, co rozwozi psie żarcie, mówi:
     — Jak tak pana słucham, panie doktorze, to widzę, że z babami nigdy nie było lekko.
     — Nie było. Ale z nami też nie. Wiecie co, ja nie wiem, skąd to się bierze w ludziach, że wszystkim się wydaje, że ma być lekko
.

*

Bo tu nic nie może się stać. Tu w saunie jesteśmy zabezpieczeni przed światem, my, faceci. Tu nie mają wstępu ani baby, ani problemy, ani choroby. Zostają grzecznie za ścianą.

*

A ten, co ma przejść na emeryturę, mówi:
     — Słuchaj, i tak myślę, że go mam.
     A ten, co jest lekarzem chorób kobiecych, mówi:
     — Co znowu?
     — No tego alzheimera.
     — Jakbyś go miał, tobyś nie wiedział, że go masz. Ludzie, jesteście mistrzami świata. Wiecie co, nie czytajcie tych internetów. Do mnie ciągle przychodzą baby, co gdzieś coś przeczytały, i od razu, że to mają, tak samo jak wy. To potworna choroba, te internety. Myślałem, że tylko baby to mają
.

*

Kolego, czasem słyszę rzeczy, których nie chciałbym nigdy widzieć.

*

     — […] Panie doktorze, to woreczek żółciowy, co nie?
     A ten, co jest najmłodszy z nas, mówi:
     — Ale pan doktor jest lekarzem chorób kobiecych.
     A ten, co jest na emeryturze, mówi:
     — Kobiety mają takie same narządy, oprócz jednego.
     A ten, co był mistrzem kraju w tenisie stołowym, mówi:
     — Oprócz dwóch, zapomniałeś o mózgu
.

*

A ten, co jest na emeryturze, mówi:
     — Uwielbiasz balet, co?
     — No, strasznie lubię chodzić na balet. Ale spróbuj to powiedzieć głośno, no. Tu co najwyżej może ci się podobać piłka nożna.
     — Ja tam lubię popatrzeć na piłkę, ale poza tym czytam wiersze. Tego też nie można tu powiedzieć na głos. A poezja to też jest taki balet, taki taniec między słowami
.

*

A ten, co jest najmłodszy z nas, mówi:
     — O, też już chciałbym być na emeryturze.
     — Słuchaj, miałbyś właśnie depresję i jeszcze zacząłbyś czytać książki.
     — Ja nie czytam.
     — No to jest dla mnie jasne jak słońce, że nie czytasz.
     — Nie bawi mnie to.
     — Mnie to też nigdy za bardzo nie bawiło, a widzisz, teraz czytam
.

Jaroslav Rudiš, Czeski raj, przeł. Katarzyna Dudzic-Grabińska,
Książkowe Klimaty, Wrocław 2019.

A ten, co był mistrzem kraju w tenisie stołowym, mówi:
     — Ciekawe, co tam jest po drugiej stronie, jak to wygląda u bab.
     — A jak miałoby wyglądać? Tak samo jak tu, w naszym świecie.
     — Byłeś tam?
     — Nie.
     — A co, jak tam mają inaczej?
     — No to mają inaczej. Przecież to wszystko jedno.
     — To nie jest wszystko jedno.
     A ten, co sprzedaje ubezpieczenia, podchodzi do nich i mówi:
     — Jest tak samo. Te same problemy. Ta sama mordęga. Ja wiem, bo je też ubezpieczam. Wszystko jest wszędzie takie samo
.

(tamże)

piątek, kwietnia 10, 2020

wtorek, kwietnia 07, 2020

3766. Bele-trele-halt!

Do połowy bawiłam się przy tej książce fantastycznie, pewnie dlatego, że to nie jest wielka czeska literatura, do której mam za małą głowę. Od połowy męczyłam się ciut lub okrutnie (na zmianę), bo to jednak nie jest wielka czeska literatura. Skończyłam wczoraj i chwilowo czeskiej literatury mam dość, bez względu na jej wielkość. Chwilowo mam dość w ogóle beletrystyki, w którą z taką przyjemnością rzuciłam się po trzech niezmyślonych książkach.

No, dalej, zgłaszać się, ręka do góry!, drę się na całe gardło z balkonu, lekko już pod wieczór podwiniona. Kto z was marzy o życiu gorszym, niż ma? Las rąk, las uniesionych rąk, aula pełna humanistów, ubóstwiających taplanie się w depresji, pewnych, że cierpienie zbliża do istoty rzeczy, zresztą, może i racja, zważmy jednak, że wśród osób, co sporo w życiu wycierpiały, jest o wiele więcej świń niż wśród tych, którzy nie cierpieli wcale lub tylko okazjonalnie.
     […]
     Wołam, ale nigdy nie podnoszą wzroku, jakby całkowicie pewni, że to, czego szukają, kryje się w wyschniętej kałuży na chodniku, którym drepczą do pracy. I że to znajdą, jeśli tylko wytrzymają kolejny tydzień, rok, kolejne całe życie.
     Wcale nie jojczę, tylko stwierdzam fakty
.

*

[…] punkty widzenia bywają różne, tak samo jak podejścia, przejścia i wyjścia.

*

Nie będziesz robić tego i owego”, mawiał, a słowa te tyczyły się dzieci, alkoholu i mojej pracy, dokładnie w takiej kolejności, moja praca zawsze na ostatnim miejscu, dzieci na pierwszym, a mnie brak. Ze mną nikt się nie liczył.

*

[…] kobiety, nawet te z harlekinów, są teraz mocno wyemancypowane. Nie siedzą jak mysz pod miotłą w oczekiwaniu na księcia, tylko na tę miotłę wsiadają i same po niego lecą, nierzadko wbrew jego woli. Wiedzą, czego chcą, i wcale nie chodzi tylko o pierścionek zaręczynowy, bukiet róż i wyrozumiałość.

*

Przeszłość jest ślepa, trzyma się za rękę ze ślepą przyszłością, a gdzieś w splotach ich palców jest tu i teraz, a w tej ciszy ja i brzęk szkła

*

[…] a te prawdziwe okna, w mieszkaniu, tylko bez przerwy bardzo powoli spływają, choć nigdy nie spłyną do końca. Nie uda im się, nie zdążą, nawet w ciągu całego życia człowieka. Takie jest krótkie. To wasze też. Że nawet szkło szyby nie zdąży spłynąć. I jak niby człowiek ma zdążyć osiągnąć coś sensownego przy tak morderczym deadlinie?

*

Wy też nie mówicie głośno, co naprawdę uważacie o drugiej osobie? Mówią na to dorosłość, ale nie mają racji […]

*

Bo jeśli ma się o czymś pojęcie, znaczy, że to coś już trochę się dzieje, a głośno wypowiedziane słowa zaczynają jak oszalałe ganiać w zabłoconych kaloszach po czystym dywanie […]

*

[…] podobnie jak kornik zmienia drzewo w pył, a pszczoły leśne sok mszycy w miód, tak i matka, po której przebiegną się w tę i we w tę jej dzieci (głowa i dusza rodzicielki zostają skonsumowane przez ich głowy i dusze), zmienia się w kogoś innego.

Petra Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2017.

Autor dręczy siebie i czytelnika, autora z kolei zadręcza udręczony krytyk, który ma już dość całej tej udręki, a to się z kolei nazywa czekanie na wielką czeską powieść.

*

Zwykle najlepiej pomodlić się do świętego Antoniego (jest specjalistą od znajdywania złotej trójki: klucze, telefon i portfel), zresztą, może dałby także radę coś wskórać w przypadku utraty szacunku do drugiego człowieka, który to przydarzył się mężowi i mnie. Tyle że do Antoniego zaczęłam się modlić dopiero po rozpadzie małżeństwa, bo kiedy jeszcze trwało, wystarczał mi mąż, który doskonale orientował się w miejscach pobytu mojego telefonu, kluczy i pieniędzy, i niczym pies tropiący potrafił raz-dwa zwąchać, gdzie jest to, czego akurat szukałam.

*

Słowa rozpuszczają uczucia, jak praca rąk zmienia kostkę mydła w gęstą sztywną pianę […].

(tamże)

środa, kwietnia 01, 2020

3760. 92/366

corona w głowę uwiera, w myśli się wbija. wracam do ciała. tylko w nim mogę odnaleźć spokój i sens chwili.

92/366

*

[…]  zdmuchuję lekko pył z paznokci i wracam do życia, przekonana, że terapia szokowa jest zbawienna. Co nas nie zabije, to nas wzmocni, a jeśli znajdujesz się w sytuacji, która ma nawet własne przysłowie, to już połowa sukcesu, bo pomału zaczynasz chwytać, o co chodzi w tym całym życiu.

Petra Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2017.

czwartek, stycznia 23, 2020

(2964+700). Jazda bez trzymanki

Siedemset wpisów później. Bałam się tej książki, że mnie „podupadnie”, więc trzymałam się od niej z daleka, ale I’griega zachęciła tak, jak tylko Ona umie. Zajrzałam, wsiąkłam i „podupadłam” społecznie.

Autorka, jak zwykle, bez żadnego zbędnego słowa opowiada o Polsce, z jakiej trudno być dumnym. Jako społeczeństwo jesteśmy kretynami, wartymi tysiąca pań Pawłowicz i panów Piotrowiczów, nie mówiąc o partii małych ludzi.

Cytaty? Dużo i każdy mocny, ale zdecydowałam się tylko na dwa, bo jak nie dwa, to musiałoby być ich dwadzieścia. Tylko dwa, by nie rozrzedzić społecznego dna, jakie udało nam się zorganizować w ciągu ostatnich trzydziestu lat na terenie kraju i w naszych głowach. Neoliberalnie wyprane łby powinny być z siebie dumne i… przeczytać tę książkę. Nie wierzę, że coś, pod jej wpływem, w nich drgnie. Nie wierzę nawet, że dotrą do jej końca ci, jeżdżący symbolicznymi beemkami czy audicami, ci ludzie są z Polski, nie z Czech. Nie przyjmują do wiadomości, że życie nie jest o „ja, mi, mnie w beemce czy audicy”, a ich święta mantra „człowiek — kowalem swojego losu” jest ślepa na okoliczności, które nie są równie łaskawe dla wszystkich. Koszty społeczne postawy „ja, mi, mnie w coraz lepszej beemce czy audicy” są ogromne — właściciele tych beemek i audic nie ponoszą ich w żadnym stopniu.

Podnosząc się z „podupadania”, wiem, że jedyne co możemy, to budować inny świat chociaż w sobie i wokół siebie. Nic innego nie pozostaje.

Przez ostatnie trzydzieści lat zlikwidowaliśmy w Polsce kilkanaście tysięcy kilometrów linii kolejowych. […]
     A w takich Czechach nadal możemy przemieszczać się pociągiem z jednej małej miejscowości do drugiej. I co, Czesi są mądrzejsi czy głupsi?
     Coś ci opowiem.
     Żyje sobie w Czechach taka mała Olga. Po szkole podstawowej w swoim małym miasteczku chce iść do liceum. W jej miejscowości nie ma liceum. Więc co robi Olga? Wsiada do pociągu i jedzie dwa miasteczka dalej. W pociągu ma znajomych, bo przecież wszyscy dojeżdżają. Zna konduktora, bo spotyka go codziennie, jeździ według rozkładu, który przez lata się nie zmienia. Olga wie, że tym pociągiem każdego dnia dotrze do szkoły i wróci do domu.
     Olga jest dobrą uczennicą, więc kiedy kończy liceum, chce się nadal rozwijać. Idzie na studia do miasta jeszcze bardziej oddalonego od jej małego miasteczka. Nadal jednak dojeżdża. Kiedy kończy studia, szuka pracy, którą dostaje jeszcze dalej, ale ciągle do niej jeździ swoim pociągiem. Olga rozwija się zawodowo, działa społecznie, ludzie ją doceniają, w końcu angażuje się politycznie i w wieku trzydziestu paru, czterdziestu paru lat zostaje posłanką.
     Trafia do Izby Poselskiej w pałacu Thunów. Już nie musi nigdzie dojeżdżać, bo w związku z obowiązkami poselskimi opuszcza wreszcie swoją małą miejscowość i przeprowadza się do Pragi. Myślisz, że Olga zlikwiduje linię kolejową, którą jeździła całe życie? Przecież wie, że inne małe Olgi także potrzebują tego pociągu, żeby dojechać do szkoły, a w przyszłości może dostaną się do parlamentu. Olga nigdy nie zagłosuje za likwidacją takiego połączenia.
     Janek po drugiej stronie granicy również mieszka na wsi i od dzieciństwa marzy o samochodzie. Gdy ma szesnaście lat, chce już tylko wziąć passata w TDI od kuzyna albo starszego brata, żeby pojechać gdzieś dalej i poczuć tę wolność, tę dorosłość. Jak skończy szkołę, wyjedzie popracować za granicę, dorobi się i też kupi sobie używany samochód. Potem awansuje w markach i będzie miał coraz lepszą audikę czy beemkę, w każdym razie porządny bawarski samochód. A gdy Janek zostanie posłem, będzie chciał mieć porsche.
     Ten poseł nigdy nie jeździł koleją, więc dlaczego miałoby mu zależeć na jej utrzymaniu?
     Jeżeli posłowie nie mieli w swoim życiu doświadczenia z transportem publicznym lub mieli złe, myślą, że to nie jest nikomu potrzebne. Że ludzie potrzebują dróg i autostrad pod beemki i audiki, a nie jakichś pociągów, których nie ma, które się spóźniają, którymi nigdzie nie można dojechać
.

Olga Gitkiewicz, Nie zdążę,
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2019.
(wyróżnienie własne)

Kiedy w Polsce śniliśmy o własnych osobówkach, do mieszkańców Europy Zachodniej już docierało, że jakość życia w mieście staje się koszmarna, bo wszędzie mają poupychane samochody, a cała przestrzeń miejska jest zawłaszczona przez parkingi i asfaltowe jezdnie. Amerykański socjolog Lewis Mumford w wydanych u schyłku lat siedemdziesiątych wspomnieniach zatytułowanych My Works and Days radził wprost: zapomnijcie o tych przeklętych samochodach i budujcie miasta dla tych, których kochacie.

(tamże)

czwartek, sierpnia 22, 2019

3423. Hamakując w sadzie

Wydawnictwo, stojące za tą książką, ma manierę, by premiery ibuków odbywały się z pewnym opóźnieniem w stosunku do papieru — czego pojąć małym rozumkiem nie mogę. Gdyby nie było to TO-WYDAWNICTWO, bojkotowałabym ich książki, bo tę politykę wydawniczą uważam za dyskryminującą. Do wszystkich argumentów przeciwko papierowi, ostatnio można dodać jeszcze jeden (najważniejszy): czytając ibuki w nano-zepto-jokto-stopniu przeciwdziałasz katastrofie klimatycznej — jeśli masz dzieci, wnuki nie powinno ci być wszystko jedno.

Najpierw czekałam na premierę ibuka, potem na przyzwoitą jego cenę, a na końcu, gdy już książka znalazła się na moim wirtualnym czytelniczym stosiku, polowałam na właściwy na nią czas. Zaczęłam i wsiąkłam już po kilku stronach. A gdy skończyłam, robiąc odnośnik do wcześniej wydanej książki Autora, okazało się, że Jego powieści to ja chętnie, ale wyłącznie w hamaku. Wygląda więc na to, że książkę tę trzeba mieć w dwupaku: książka i hamak.

Nie przypominałem sobie, żebym wcześniej był w sytuacji, w której tak niewiele wiedziałem o przyszłości.

*

W mojej głowie w końcu coś się zmieniło. Zacząłem widzieć różne sprawy mniej jednoznacznie niż kiedyś i częściej miałem wątpliwości. „Dlaczego żyjemy, nie mając pojęcia po co? — zastanawiałem się. — Dlaczego istniejemy w centrum kosmosu, który jest tak ogromny i nie da się go ogarnąć rozumem?”

*

[…] nie odważę się zostać w nocy na zewnątrz. Istnieją jeszcze inne zagrożenia. Na przykład ze strony demonów zamieszkujących ludzką fantazję. Niebezpieczeństwo pochodzące od istot, które mogą nadejść wraz z ciemnością i nastawać na moje życie, mimo że ich nie ma.

*

     — Każdy z nas zabrał swoją głowę – powiedział. – To, co masz w głowie, masz zawsze przy sobie. I do tego nic nie waży.
     Najwyraźniej wytrąciłem go z zamyślenia, wyglądał, jakbym go obudził. Dorzuciłem uwagę:
     — Czasami lepiej mieć pusto w głowie.
     — To zależy od tego, jak pusto. Są różne rodzaje pustki. Tępa pustka, beznadziejna pustka albo czysta, uwolniona myśl. Taka myśl potrafi przedostać się poza czas.
     Zrozumiałem, że choć na takiego nie wygląda, musi mieć sporo za sobą
.

*

     — Ty nie wyglądasz na kobieta, co się boi — śmieje się Howard.
     — Ja nie wyglądam na różne rzeczy — odparowuje Alena
.

*

A jeżeli życie i zdolność myślenia to okno — mniej lub bardziej uchylone — otwarte na piąty wymiar? Okno niedoskonałe, ponieważ na co dzień nie doświadczamy piątego wymiaru w stanie czystym. Tylko nieliczni ludzie — na przykład podczas medytacji (tybetańscy mnisi), niektórzy myśliciele w swoich odkryciach, wybrani artyści w swoich dziełach — wydają się dotykać tego innego wymiaru wyzwolonego z ograniczeń pozostałych czterech.

*

Wielkość tego okna zależy od tego, jak bardzo jesteśmy dojrzali, jak głęboko myślimy, w jaki sposób pracujemy nad sobą, jak odczuwamy, jakie pytania sobie zadajemy, jak kształtujemy swój własny byt. W różnych fazach życia to okno ma różną wielkość.

*

Życie przynosi nam okazje do zaglądania w okno wychodzące na piąty wymiar — wymiar ducha. Tym duchem jesteśmy my sami, to znaczy możemy nim być. Na tym polega sens połączenia. Niektórzy wrażliwi ludzie nie zastanawiają się nad tym, a mimo to w swoim życiu tego wymiaru dotykają.

*

Każdego dnia idę pod górę i za każdym razem staram się dojść kawałek dalej.

*

Jesteśmy wrzuceni w życie, którego pochodzenia ani sensu nie znamy; idziemy przez nie po omacku i boimy się śmierci. Choć przeżywamy też chwile uniesień — chwile poznania, tworzenia, medytacji czy miłości, w których intuicyjnie rozumiemy, że musi być jeszcze coś i że my sami jesteśmy czymś więcej, że przez swoją duszę jesteśmy połączeni z czymś absolutnym.

*

     — Żona! Tak! — rozumiem i kiwam potakująco.
     — 
Hijo? – pyta dalej.
     Znowu nie rozumiem.
     — 
Hijo? Hijo?
     Czyżby pytał, czy mam konie? Nie
!

*

Przychodzi mi na myśl taka kwestia: czy gdyby wszyscy ludzie na całym globie ziemskim, albo przynajmniej na pewnym jego obszarze, uparli się, że jakieś wydarzenie nie miało miejsca, to czy naprawdę zmieniliby przeszłość. Bo jeżeli postrzeganie jest kluczem do istnienia, to istnienie owego minionego wydarzenia zostałoby w ten sposób poważnie zagrożone.

Martin Vopěnka, Piąty wymiar, przeł. Elżbieta Zimna,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2019.
(wyróżnienie własne)

W umowie było też zapisane, że mogę wziąć jedną książkę. Jedną książkę na cały rok.

*

Do dziś nie mogę zrozumieć, jak to się mogło stać.

*

Wczoraj wieczorem nawet zajrzałem do książki i próbowałem zrozumieć istotę tego, co czuję. Teraz też o tym myślę.

*

Najchętniej zostawiałbym otwarte drzwi. Ale czasem nachodzi mnie strach i tracę wiarę w siebie. Czuję się pionkiem w nieznanej mi grze i lepiej mi za zamkniętymi drzwiami, które zasuwam, tworząc sobie iluzję bezpieczeństwa. A jednocześnie, kiedy buduję taką barykadę między sobą a otoczeniem, kiedy izoluję się od świata zewnętrznego, mój strach rośnie.
     Najlepiej byłoby spać z drzwiami otwartymi na oścież. Otworzyć je wraz ze swoim sercem na to, co ma nadejść. Drzwi otwarte na oścież oznaczają wiarę we własną przyszłość i w naturalny upływ czasu, zaufanie
do porządku świata
.

*

Czasem trudniej jest zrozumieć własne odczucia niż prawa rządzące światem” — myślę sobie. Skąd ten niepokój?

*

Widzę w tym szansę na nowe otwarcie między nami. Ktoś, kto spaceruje, próbuje zaprowadzić w swojej duszy spokój. Ktoś, kto z własnej woli wychodzi z pokoju, w którym śpi obiekt jego erotycznych marzeń, przyznaje tej osobie prawo do własnych potrzeb, a co za tym idzie — również do wolności.

*

Powinien się raczej golić. Na noszenie zarostu jest zbyt śliski.

*

Kiedy trzeźwo analizuję całe swoje dotychczasowe życie, to nie wydaje się prawdopodobne, żebym mógł się tutaj znaleźć. Ale tu jestem.

*

Nie ma życia bez ducha. Niesiemy w sobie jego pieczęć, mimo że jesteśmy materialni i czasowo ograniczeni. Nasza ludzka cywilizacja jest jego niedoskonałym, ponieważ materialnym, unaocznieniem. Nie ma życia bez materii i bez przebywania w czasie. A jednak w myślach, na przekór prawom fizyki, przemierzamy cały wszechświat.

(tamże)

środa, sierpnia 21, 2019

3421. Kromeczki (IX)

Te wakacyjne, bo od nich się zaczęło, są numerowane. Gdy umieszczałam pierwsze, nie miałam pojęcia, że już zawsze będę czekać i zachwycać się wakacjami Kaan, Apusa i Kaapusątek. I kolekcjonować kromeczki, chwile zaklęte w piksele, by mieć je tu zawsze pod ręką… nie tylko na śnieżno-depresyjny czas.

Dociera do mnie z całą mocą, że przeżywam coś, czego nie można przeżyć w innym miejscu. Coś, co mnie na zawsze wzbogaca.

Martin Vopěnka, Piąty wymiar, przeł. Elżbieta Zimna,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2019.


wszystkie fot. Kaan, fragmenty.

sobota, lipca 27, 2019

3367. ♭♫!

Gapię się w ten obraz od tygodnia, bo zachwyciły mnie zdjęcia. Ale też przecieram oczy ze zdumienia, bo berlińscy filharmonicy, a tu, proszę…

Pierwszy jest szok: wyłącznie mężczyźni w składzie orkiestry, rok 1966! Druga pojawia się zaduma: każdy z tych muzyków przeżył II wojnę światową — co wtedy robili (zdecydowana większość nie była wtedy dziećmi), jak się z tym mieli w roku 1966?

Antonín Dvořák, Allegro con fuoco,
IX Symfonia. Z Nowego Świata
, 1893.

poniedziałek, maja 06, 2019

(3265+6). Bo… (II)

Bo Stehlíka okolice, bo kryminał, bo seria, czyli bez zmian. Skończyłam zaczęty u Bliźniaczej Liczby kryminał i znów smutno, bo nie wiemy, ile czasu upłynie, nim zobaczymy się znów. Wróciłam na amen.

Drugi tom z Mariánem Holiną… dobry, choć zdecydowanie mniej bohaterów, za których dobro trzyma się kciuki. Czy jest trzeci tom? Nie wiem. Na polskim rynku wydawniczym przekładu nie ma. Wracam więc do swoich książek.

Zawsze to samo. Pogoda wyżywa się na biednym świecie, po czym udaje, że nic się nie stało, pomyślała Vanda, wyglądając przez brudną szybę. Po kilkudniowych opadach gęstego śniegu niebo było wysokie, lazurowe, bez chmurki. Rozpościerało się nad Pragą z miną niewiniątka, jakby nie miało nic wspólnego z popękanymi rurami, zimnicą i innymi nieszczęściami.

*

Ludzie obserwują się nawzajem, czasem nawet rozmyślają o nieznajomych. Nieświadomie dostrzegają zmiany. Wszyscy rejestrujemy dużo więcej spraw, niż nam się wydaje. W podświadomości odkładają się trudne do opisania rzeczy. Tajne. Sekrety, które nosimy w głowach lub pod ubraniem. Mamy problem z ich zdefiniowaniem, ale czujemy, że obok nas przeszło właśnie zmartwienie, pożądanie lub smutek.

*

Proste jak strzał w pysk, pomyślał Marián. Dlaczego tak rzadko przychodzą nam do głowy najprostsze rozwiązania? Dlaczego je odpędzamy? Wstydzimy się, że są za mało wysublimowane? Czy zawsze musimy kombinować, dochodząc do najprostszych spraw?

*

Pisał o tym Jung. Synchroniczność. Równoległe pojawienie się kilku zdarzeń, niebędących ze sobą powiązanych przyczynowo, a jednak mających wspólne znaczenie dla obserwatora. Marián interpretował to na swój, charakterystyczny dla śledczego sposób. Jeżeli jakaś, wcześniej ukrywana, informacja miała się pojawić, pojawiała się niemal zawsze w kilku miejscach naraz.

*

Marián wiedział, że to się wydarzy. Kiedy Šotolová nie otrzymała raz odpowiedzi na zadane pytanie, zadawała je ponownie. Pani kapitan nigdy nie zapominała o pytaniach, które ktoś pozostawił bez odpowiedzi.

*

     — Nie mam pojęcia, co ty tu jeszcze robisz – stwierdził, już normalnym tonem. — Nie umiesz po prostu powiedzieć szefowi, żeby się od ciebie odpieprzył?
     — Dobrze wiesz, że umiem — zapewnił go Marián. — Z tym że ciotka Jozefína, której zawdzięczam w życiu wiele dobrego, mówiła, że spławić człowieka można na dwa sposoby. Jeden jest głupi, drugi mądry. Nauczyła mnie tego drugiego.
     Wstał, wziął płaszcz, wyszedł z gabinetu. W drzwiach uśmiechnął się jeszcze do szefa.
     — Dziś ciocia byłaby ze mnie bardzo dumna
.

*

Nikt nie jest niezastąpiony, słyszał bez przerwy. Naprawdę nie miał pojęcia, skąd ludzie biorą takie bzdury. Przecież było na odwrót. Każdy jest niezastąpiony. Po każdym pozostaje luka. Życie było pełne luk.

*

     — Martwy adwokat może poczekać, żywy seryjny morderca nie — wyjaśnił krótko Karoch Divišowi na porannej odprawie w swoim centrum dowodzenia. — Wracasz do Mariána, dupa nam się pali.

*

     — Ale kto tu kogo skrzywdził? — nie rozumiał Diviš.
     — Trudno powiedzieć. Poczucie krzywdy jest bardzo subiektywne, czasami nie da się ocenić tego z zewnątrz — odpowiedział Marián
.

*

     — Gdybym wyznał prawdę już wtedy, w niedzielę, być może jeszcze by tu siedziała — wyszeptał, jakby mówił wyłącznie do siebie. — Może nie tu, może siedziałaby w więzieniu, ale żyłaby. Więzienie da się przeżyć. Śmierci nie.

*

Czesi uwielbiali technologię i obchodzili się z nią właśnie tak, jak ludzie zwykle obchodzą się z czymś, co kochają: impulsywnie, z niemałą dawką kreatywności, i nie mniejszą braku logiki.

Iva Procházková, Roznegliżowane, przeł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2017.