Pokazywanie postów oznaczonych etykietą _RUCHOME klasycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą _RUCHOME klasycznie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, czerwca 16, 2026

6148. Łódeczka dla Białego Kruka

Śmierć rodziców przestawia nasz wszech­świat, przez jakiś czas rzeczy się chwieją, pozbawione równowagi, i człowiek do­zna­je oszałamiającego uczucia osierocenia.

Zdawało mi się, że jeśli wyciągnę ramiona, to w końcu go znajdę, ale nie potrafiłam sięgnąć tak wysoko. A potem, gdy minęło trochę czasu, dziwiłam się własnym łzom. Kogo opłakuję?

Patti Smith, Chleb aniołów, przeł. Dariusz Żukowski,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026.


Autor(ka) nie do ustalenia.

pochodzę z ziemi
i do ziemi wrócę
życie i śmierć to starzy przyjaciele
a ja jestem ich rozmową
ich nocną pogawędką
ich śmiechem i łzami
czego tu się bać
skoro przekazują mnie sobie jak prezent
to miejsce i tak nigdy nie było moje
zawsze należałam do nich

Rupi Kaur, Słońce i jej kwiaty.
The Sun and Her Flowers
, przeł. Anna Gralak,
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2020.

Ludwig van Beethoven, VII Symfonia A-Dur, Allegretto,
Berliner Philharmoniker, Herbert von Karajan (dyrygent).

sobota, maja 16, 2026

6111. Łódeczka dla Białego Kruka


Autor(ka) nie do ustalenia.

Biały Kruku, to najpiękniejsza wersja marsza żałobnego Cho­pi­na, jaką kie­dy­kolwiek słyszałam. A może jest dla mnie naj­pięk­niej­sza, bo rozumiem każdą pauzę, bo każda fraza ma dla mnie znaczenie, bo powracającym taktom jestem w stanie przy­pi­sać emocje, uczucia i do­świad­cze­nia, które — w różnym natężeniu — były, są i będą moim udziałem po kres dni.

Chwilkę mi zajęło, bym postanowiła zawziąć się i umieć umie­ścić tu — by mieć zawsze pod ręką — występ Miyu Shindo od okre­ślo­ne­go momentu.

Fryderyk Chopin, Marche funèbre,
Miyu Shindo (fortepian).


fot. Häwwä, fragment.

[W.J.]  Ludzka psychika jest ułomna i ta ułomność pomaga. Nie odtwarzamy przecież jakiegoś konkretnego zapisu z prze­szło­ści, tylko przywołujemy wspomnienia. A te za każ­dym ra­zem tworzy się trochę na nowo. Wspomnienia się re­kon­stru­uje, a nie odtwarza.

Piotr Jacoń, Wiktoria. Transpłciowość to nie wszystko,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, marca 16, 2026

6046. Łódeczka dla Białego Kruka


Autor(ka) nie do ustalenia.

[…]  opuszczo­ny ląd  […]  nigdy nie będzie
naprawdę opuszczony […].

   — Jacek Sempoliński

[w:] Maria Poprzęcka, Śmierć przed obrazem. O sztuce,
starości i zanikaniu
, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2024.

*

J.S. Bach, Koncert na obój i skrzypce c-moll, Allegro,
BWV. 1060, Simone Dinnerstein (fortepian),
Alecia Lawyer (obój), Rebecca Fischer (skrzypce),
Wilfried Fischer (aranżacja).

*

Im więcej czasu mija od śmierci Taty, tym tęsknota za nim większa, ale lżejsza. Pokrywa obszary, z którymi nie miał wiele wspólnego.

Manuela Gretkowska, Przeprawa,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.

[12.06.2026]
W tle Bach, płyną precyzyjne nuty,
horyzont matematyki.

Patti Smith, Chleb aniołów, przeł. Dariusz Żukowski,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026.

niedziela, listopada 16, 2025

5946. Łódeczka dla Białego Kruka


Autor(ka) nie do ustalenia.

Nie chcę zapomnieć. Wskrzeszam swoich umar­łych w za­pa­mię­ta­nych obrazach, słowach, gestach. Żywi w mojej pa­mię­ci, pełnej luk i niedopowiedzeń. […]
     Może dlatego nie potrafię pojąć śmierci, bo przechodzi naj­śmielsze wyobrażenia? Świat trwa, mimo że nas już w nim nie ma. Właśnie ktoś z niego odszedł, ktoś niepowtarzalny, a świat nie czuje się przez to bardziej ubogi. Jak to możliwe, że dalej się kręci, jakby nigdy nic? W pewnym sensie nie lu­dzie umierają, tylko świat.

Ja po prostu jestem zupełnie inaczej.

[…]  umarli wcale nie umierają, tylko żyją w innej czaso­prze­strze­ni. Dalecy i bliscy jednocześnie. Wystarczy szczelina pa­mię­ci i wypływają z niej tacy, jacy byli za życia.

Wydaje mi się, że cię znałam. Ale
znałam tylko mały fragment ciebie.

Pomiędzy narodzinami i śmiercią wąski skrawek nazwany życiem. Tylko to jest nam dane. Tylko to możemy wypełnić treścią. I tylko o tym decydować. Cała reszta to ciąg mil­cze­nia, niebytu, o którym czasem sobie przypominamy, za­sy­pia­jąc. W tej ciszy ty. W tę ciszę zmierzam ja. I każdy z nas.

Jak dalej żyć, gdy wszystkie drogi rozchodzące się od tego je­dne­go punktu, donikąd nie prowadzą? Czy śmierć uczy po­ko­ry wo­bec życia? Zgody na nie? Mnie nauczyła. Bunt wo­bec życia ucichł, bunt wo­bec twojej śmierci wciąż jest żywy.

I tylko śmierć nadaje sens życiu, porządkuje jego chaos, ukła­da niepasujące do siebie fragmenty. Wtedy już wiemy, że było potrzebne coś, by mogło się zdarzyć coś innego.

Słowa, słowa, słowa… Niezdolne oddać mojej miłości do ciebie i twojej do mnie. Czy zdolne unieśmiertelnić przy­naj­mniej pamięć o niej?

Joanna Mizielińska, Księga umarłych,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

*

Fryderyk Chopin, Walc h-moll nr 2, op. 69,
Richard Galliano (akordeon).

czwartek, października 16, 2025

5914. 289/365   // Łódeczka dla Białego Kruka

choć co­raz mniej tych pierwszych razów, wciąż są i zaskakują bardziej niż pierwsze, te najpierwsze pierwsze razy. pierwszy — bez Ciebie — konkurs chopinowski trwa.

słów brak, pozostała tylko muzyka.

289/365


Autor(ka) nie do ustalenia.

Nie spodziewałam się, że to jest możliwe, że człowiek jest i go nagle nie ma. Śmierć jest częścią życia, to wiemy. Tylko to jest zupełnie co innego, jak z teorii i rozmów filozoficznych o tym, że wszyscy umrzemy, przechodzimy do praktyki: poradź so­bie w sytuacji, gdy nagle tracisz kogoś bliskiego. […]
     Jest szok i proces żałoby, cierpienia, a równocześnie po­czu­cie: żyj, bo jutro naprawdę może cię nie być.

Żałoba jest o tyle trudna, że dopóki nie doświadczysz śmierci osoby, na której ci bardzo zależy, to nie wiesz, o czym mówisz.

Karolina Hamer, Karolina Domagalska, Niezatapialna,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020.

*

Yang (Jack) Gao, 3. etap konkursu 
chopinowskiego, Warszawa 2025.

[suplement 17.10.2025]
Wciąż jeszcze czas, kiedy byłaś z nami, jest możliwy do u­chwy­ce­nia. Rzeczy, które dzieją się teraz, mają jeszcze punkt oparcia w przeszłości.

[…] gdziekolwiek pójdę, będziesz ze mną.

Widzę cię. Ty we mnie. Może na tym polega sens życia dalej? Na byciu pamięcią o tobie i o innych, którzy odejdą?

Joanna Mizielińska, Księga umarłych,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

wtorek, sierpnia 19, 2025

5867. Z oazy (CCCLXIX)

Co­tygodniowe odliczanie literek, dwa. Informacja o tej książce dotarła do mnie nie raz. Okładka nie intrygowała, gatunek nie zachęcał, podczytnika nie chciało mi się czytać. Przez przypadek przeczytałam pierwsze dwa akapity:

Znasz mnie. Wysil się trochę, przypomnij sobie. Ten staruszek, który gra na publicznych fortepianach, tam gdzie bywa dużo ludzi. W czwartki jestem na Orly, w piątki na Roissy. W pozostałe dni tygodnia na dworcach, innych lo­tni­skach, wszędzie, gdzie tylko jest fortepian. Często gram na gare de Lyon, mieszkam bardzo blisko. Nieraz mnie słyszałeś lub słyszałaś.
     Pewnego dnia w końcu do mnie podchodzisz. Jeśli jesteś mężczyzną, nie odzywasz się. Udajesz, że zawiązujesz sznurowadło, żeby nie dając po sobie poznać, trochę mnie posłuchać. Jeśli jesteś kobietą, aż podskakuję. Bo wła­śnie na jedną czekam. A jeśli to nie ty, nie obrażaj się. Czekam na nią od pięć­dziesięciu lat.

I moje wielokrotnie wyrażone nie zostało w ułamku sekundy unieważnione. Klik, klik, i miałam na czytniku. Wsią­kłam natychmiast i okazało się, że jestem w stanie połknąć powieść w półtora dnia.

To powieść pełna muzyki, muzyków, kompozytorów, malarzy i miast. Czytając, ło­mo­liłam po kolei wszystkimi sonatami Beethovena. Gdybyś miał_ w tym roku prze­czytać tylko jedną powieść, niech to będzie właśnie ta, bo jest tego warta.

i wszystkim tym, którym nie udało się uciec

🖇 🖇

Rothenberg uczył tylko muzyki Beethovena. W odległej przeszłości, o której rozmawiał rzadko, ten wielki człowiek, Ludwig – mówił o nim po imieniu – uratował mu życie. Dzień po dniu Rothenberg grał jego trzydzieści dwie so­na­ty, nie używając instrumentu. Z palcami zawieszonymi w powietrzu, ze stopami w pyle Polski. Grał, żeby nie oszaleć.

     – Rytm! – wrzeszczał Rothenberg. – Rytm!

Zapytałem go, czy mogę się uczyć czegoś innego, a on dostał szału.
     – Już się uczysz czegoś innego, kretynie! U Ludwiga jest wszystko. To, co było przedtem, i to, co było potem. Jest Bach i Schubert. Jest Gabrieli, Mo­zart, Bruckner i mało brakuje, żeby była wytwórnia Varèse Sarabande. Czego chcesz więcej?

     – Nie, nigdy nie będziesz grać tak jak ja, chłopcze. Ale jeśli tak dalej pójdzie, nastąpi coś gorszego. Nigdy nie będziesz grać tak jak ty.

Momo przez cały czas się uśmiechał, jakby widział coś zabawnego, jeszcze dla nas niewidocznego […], jakby chciał powiedzieć: „Poczekaj chwilę, za wzgórzem, jak minie gorączka, po burzy, sam zo­ba­czysz, zrozumiesz, to naprawdę bardzo śmieszne”. Mam sześćdziesiąt dzie­więć lat i nadal cze­kam, ale może najpierw muszę się wdrapać na parę zboczy.

W budynku czuć było naukę i modlitwy ciskane o ściany, na których wy­sy­cha­ły, nigdy niewysłuchane.

Zagrałem jednym palcem fragment Sonaty nr 24 – ostatnie ćwiczenie, jakie mi zadał Rothenberg – nie dotykając klawiszy. I tu nastąpił cud: usły­sza­łem muzykę, wyraźną i triumfalną, równie pewnie, jak ją słyszał Beetho­ven.

     –  […]  nie będziesz dotykać niczego poza tą maszyną, zrozumiano?
     – Nawet pianina?
     – Zwłaszcza pianina. Daj mi słowo.
     – Obiecuję. Ale dlaczego?
     – Czy sądzisz, że kiedy Piłat skazał Jezusa na ukrzyżowanie, ten pytał go dlaczego?
     Nie miałem pojęcia, o co Chrystus pytał lub nie pytał. Na podstawie tego, co wiedziałem o tamtej sprawie, wcale nie miałbym mu za złe, gdyby zadał to pytanie.

     – Wielebny ojcze?
     – Tak, Josephie?
     – Czy Chrystus jest naszym bratem?
     – Oczywiście.
     – Jeśli Chrystus to mój brat, dlaczego tu jestem? Dlaczego na to po­zwolił?
     – Jezus samego siebie nie uratował. Dlaczego miałby ratować ciebie?
     – Bo ja nic złego nie zrobiłem!

Aż pewnego dnia, słuchając sonaty, zrozumiałem. Nikomu nie przyszło do głowy, że być może Bóg jest głuchy jak pień. […]  Że nikogo nie opuścił, że widział poruszające się wargi, sine wargi swojego syna, ale nie usłyszał jego słów? Cała ta historia, ukrzyżowanie i ciąg dalszy, wznoszące się do nieba katedry, kontrowersje, stosy, wyrywane paznokcie, przyznawane aureole – często tym samym osobom – to po prostu gigantyczne nie­po­ro­zu­mienie.
     Jeśli Bóg jest głuchy, trzeba Mu wybaczyć. Całkowicie, nie tylko czę­ścio­wo, wybaczyć nasze okaleczone dni i złamane serca.

Widziałem tysiące ludzi złamanych przez czarno-białe życie. I szalbierzy, którzy na niedzielnym targu im obiecywali, że jeśli będą bardzo mocno wie­rzyć i nie będą zadawać pytań, pewnego dnia ich życie nabierze barw.
     Lecz kiedy Théas szepnął: „Niech cię Bóg błogosławi”, jedyny raz w życiu uwierzyłem, gdyż w przeciwieństwie do pozostałych on też wierzył.

Nienawiść, podobnie jak modlitwa, żywi się ciszą.

Jak zresztą mogą potwierdzić wszyscy muzycy, trudniej jest wyjść na scenę dla jednej osoby niż dla tysiąca. Niełatwo jest rozczarować tysiąc osób.

Kiedy człowiek widzi dziecko chwiejące się pod ciężarem tornistra lub sta­rusz­ka z trudem ciągnącego walizkę, rzuca się, żeby im pomóc. Lecz tym dzieciom – […] – nikt nie zaoferował pomocy przy niesieniu ich gniewu. Po­zwa­lano im potykać się o krawężnik i patrzono w inną stronę. A niech się przewracają. Przynajmniej człowieka nie zgniotą ciężarem, który dźwigają.
     Byli twardzi, byli zabawni, nie odnosili żadnych zwycięstw.
     Moi przyjaciele.
     Wieczorami, kiedy jestem smutny, kiedy piję kwaśne wino, nadal o nich myślę.

Zrobiłem to, co się robi z radą, kiedy się ma prawie szesnaście lat, zwłaszcza jeśli rada jest dobra: zignorowałem ją.

I pociągi, i sieroty należały do państwa. Dopóki te drugie nie wpadały pod te pierwsze, można było zaoszczędzić na ogrodzeniu.

Byliśmy duchami, nigdy nie byłem tego tak świadomy jak tamtego dnia. Mieszkańcy miasteczka uśmiechali się i klaskali, kiedy obok nich prze­cho­dzi­li­śmy. Ale nas nie widzieli. Widzieli tylko uśmiechającego się i ści­ska­ją­ce­go dłonie opata, a także osoby z kadry wychowawczej: kilka siostrzyczek oraz Rachida i Camille, którzy się dobrowolnie zgłosili. Nie widzieli nowo przybyłego malca, który się potykał na czele naszej chmary duchów. Ich wzrok unosił się nad naszymi głowami. Bez przeszłości, bez przyszłości, bez niczego przed i niczego po, sierota to melodia na jedną nutę. A melodia na jedną nutę nie istnieje.

     – Kiedy więc gram Beethovena…
     – Kiedy ty grasz Beethovena, Ludwig przewraca się w grobie. Lecz kiedy Kempff gra Beethovena, kiedy Fischer lub ten argentyński chłopak, Baren­boim, grają Beethovena, to zupełnie inna sprawa. Kiedy oni grają, wów­czas może to nie Beethoven gra, ale jednak to gra Beethoven.

     –  […]  Jesteś Żydem?
     – Nie. No może trochę. Mój dziadek był Żydem. W pewnym sensie w jed­nej czwar­tej jestem Żydem.
     – U Żydów to tak nie wygląda. Albo jesteś Żydem, albo nie jesteś. W każ­dym razie jedna czwarta to jakieś piętnaście, dwadzieścia procent, bez zna­czenia.
     – Jedno jest pewne, to lepiej, niż być w stu procentach idiotą.

     – Muzyka nie jest prosta?
     – Nie. To kwestia rytmu. Wszyscy wielcy to mają. Nawet Stonesi.
     – Kto taki?
     – Żartujecie? Nie znacie Stonesów?
     – Znamy Sinatrę – powiedział Sinatra.
     – On też trzyma rytm. Tak jak Stonesi.
     […]
     – Ale co to jest ten rytm? – spytał.
     – Nie wiem, trzeba go słyszeć.
     – To jest coś rzeczywistego?
     – Oczywiście, że rzeczywistego. Nie ma nic bardziej rzeczywistego.

     – Sympathy for the Devil, Rolling… Rolling Stones.
     Nie rozumiałem. Nie miałem tej płyty. […]
     – Zdaje się, że lubisz rocka, tak to się nazywa, prawda?
     – Tak. Ale technicznie rzecz biorąc, ta piosenka jest w rytmie samby.
     – Samby. Czujesz sympatię do diabła, Josephie? O to chodzi?
     – Współczucie – poprawiłem automatycznie.
     – Słucham?
     – Sympathy to po angielsku współczucie. Może też być sympatia, ale ra­czej chodzi o współczucie.
     – To wiele nie zmienia.
     – To zmienia bardzo wiele.


The Rolling Stones, Sympathy For the Devil, 1968.

„Nie, wielebny ojcze, ja już widziałem przyszłość. To lepszy świat […]. Wi­dzia­łem przyszłość i nie jest ona tym, co ojciec mi ofiarowuje”.
     – Czy ty mnie słuchasz, Josephie?
     – Chrystus nie trzymał się reguł.

Jest rytm. Nie trzeba żadnych rakiet, żeby polecieć na Księżyc. On tu jest, na czubkach twoich palców. Ludwig podróżował we wszechświecie już sto pięć­dzie­siąt lat temu, podobnie Bach, Pergolesi i Schumann, który wcześnie wyruszył w podróż. […]  Wszyscy ci ludzie odbywali długie spacery w sta­nie nieważkości. Znali sekretne nazwy ciał niebieskich. Nie rozśmieszaj mnie więc swoimi rakietami.

W ciszy zaszeleściły nuty. Bach. Od razu rozpoznałem arię z Wariacji Gold­bergowskich.

     – […]  Wiesz, że nie zawsze tu będę.
     – Och, proszę pana…
     – Milcz. Kiedy mnie już nie będzie, a ty nie będziesz wiedział, jak się za­brać do sonaty, posłuchaj Kempffa. On jest najlepszy. Nawet gdy się myli, ma rację.
     – Nie rozumiem.
     – Bo nie słyszysz. Beethoven był kompletnie głuchy, kiedy napisał ten utwór. Ale słyszał. To, co gram, a gram dla ciebie jedno z najpiękniejszych Adagiów, jakie kiedykolwiek napisano… […]  Żeby tak grać, trzeba polubić to, co jest na zewnątrz. Tam znajdziesz rytm.


Ludwig van Beethoven, Sonata fortepianowa B-dur,
Hammerklavier, Adagio sostenuto,
Wilhelm Kempff (fortepian).

     – Pan Rothenberg?
     – Właśnie. Umarł.
     W pierwszym odruchu chciałem się roześmiać. Oczywiście, że mój dawny mistrz nie umarł. Zbyt wiele rzeczy musiał mi jeszcze wyjaśnić. Na przy­kład, co miał na myśli, kiedy mówił: „Nie myl rytmu z tempem, głąbie. Rytm nie jest strukturą poziomą, lecz pionową. To unosząca się z zie­mi ro­sa i to, co pozostaje po dzwonie, kiedy przestaje bić. Czy to jasne?”.
     „Nie, proszę pana”.
     „Wszyscy włoscy malarze znaleźli rytm, a także paru innych, których na­zwisko niemal zawsze zaczyna się od van: van Gogh, van Eyck, van Rijn, van der Weyden, znaleźli rytm i ukryli w swoich obrazach. Czy tym razem to jasne?”

„Każdy odpowiada za siebie” nie było dewizą egoistyczną. Chodziło o to, że kiedy już nic nie było ważne, my byliśmy ważni. Że mieliśmy jakąś wartość, nawet rozdarci i zniszczeni, mieliśmy w głębi siebie to coś, co trzeba było chronić.

[…]  gram życie i śmierć, jak gdyby były niczym, bo też są niczym. Gram wielkie białe byki, gram zło i radość, które nadają sens naszemu życiu.

Johann Sebastian Bach, sierota, Caravaggio, sierota. Ella Fitzgerald, Coco Chanel, sieroty. Anton Bruckner, Louis Armstrong, Ray Charles, John Len­non, Billy the Kid, Tołstoj, Chaplin, sieroty. I tysiąc twarzy w tej samej chwi­li, tysiąc twarzy, których nie znamy, w każdym razie jeszcze nie, przy­kle­jo­nych do zamazanych szyb, twarzy sierot.

Jean-Baptiste Andrea, Diabły i święci,
przeł. Beata Geppert, Znak, Kraków 2025.
(wyróżnienie własne)

Jeśli jednak sądzisz, że się gubię, tracę wątek, opo­wia­da­jąc te historie […], znaczy, że patrzysz ze zbyt bliska. Ze­zu­jesz z całych sił i widzisz to samo co ja pięćdziesiąt lat temu.

Spojrzeli po sobie. Ci czterej spędzali życie na spo­glą­da­niu po sobie, żeby nie upaść, tak jak człowiek obraca się do tyłu, by sprawdzić, czy tata, nic nam o tym nie mó­wiąc, nie przestał trzymać roweru po zdjęciu bocznych kółek i przysiędze, że będzie nas asekurował.

     – Tak, uważam, że jesteś piękna.
     – Piękna jak?
     – Jak c-moll.
     C-moll, ulubiona tonacja Beethovena. Klucz, w któ­rym piękno krąży w środku burzy. Jedno nie ist­nie­je bez drugiego.

[…]  mówiliśmy sobie: „Wszystko będzie dobrze”, i ten czas przyszły, będzie, zawierał w sobie jedyną przy­szłość, o jakiej ośmielaliśmy się rozmawiać.

Rytm. To wtedy go usłyszałem. […]  Potem wiatr, potem ogromna przestrzeń między nutami, […]  wszystko było powiązane, wszystko było tam, na miejscu, w zasięgu słuchu.
     Rytm, coś, co spaja wszystko, dzięki czemu nasze ży­cie stoi na nogach. I wiedziałem, że tym razem go nie zapomnę.

Rzuciłem wyzwanie logice, statystyce, sile ciążenia, które bywają narowiste.

(tamże)

sobota, sierpnia 16, 2025

5865. 228/365   // Łódeczka dla Białego Kruka

sięgnęłam po tę książkę z po­wodu for­te­pia­nu. wróć, sięgnęłam po tę książkę z powodu tęsknoty za ścigającymi się po kla­wia­tu­rze for­te­pia­nu twoimi dłońmi, Biały Kruku. wy­da­wa­ło się to tak zwy­czaj­ne, jak oczy­wi­ste było wtedy, że żyjemy.

228/365


Autor(ka) nie do ustalenia.

*

Przykro mi, gram tylko Beethovena.
     […] 
     – To proszę zagrać pierwszą część sonaty Księżycowej – od­powiadasz. – Niech już będzie ten… klasyczny kawałek.
     Omal nie powiedziałeś „banalny”, nie byłbyś pierwszy. Rzu­casz okiem na zegarek – nie chcesz się spóźnić na kolację na mieście […]. Z uniesionymi dłońmi czekam na właściwy rytm. Lokomotywa TGV osiada na peronie L, sapiąc skrze­la­mi. […]  Ciała prostują się i pędzą w kierunku snu, alkoholu, zawału, znużenia, czy ja zresztą wiem. Jest w nich wszystko, nadzieja i rezygnacja. Ty tego nie słyszysz.
     Kładę palce na klawiaturze. Wściekłe arpeggia, akordy, presto agitato. Trzecia część, nie ta, o którą prosiłeś, nie lubię tego, co przewidywalne.

     – Tak, ojcze?
     – Muzyka może być krokiem w kierunku Boga. Ostat­nim krokiem, kiedy jesteśmy już bardzo blisko. Dla ciebie, który jesteś od Niego daleko, to tylko rozrywka. Przynęta, pokusa.
     – Ale Beethoven…
     – Beethoven wierzył tylko w siebie. A Bóg, który jest mą­dry, pomyślał, że człowiek, który Go nie słucha, może ogłuch­nąć, że to i tak nic nie zmieni.

     – Patrzyłeś tylko na nuty? Zacząłeś od pierwszego taktu, nawet się nie zastanawiając, co było przedtem?
     – A coś było przedtem?
     […] 
     Rothenberg trzepnął mnie po głowie.
     – Nie czytałeś na przykład listów Ludwiga do jego przy­ja­cie­la Franza Wegelera? […]  Nie ma żadnego światła księ­ży­ca, to nazwa dodana do sonaty przez jakiegoś kretyna trzy­dzie­ści lat później. W tysiąc osiemset pierwszym roku, kiedy Ludwig skomponował ten utwór, księżyc gówno go obchodził, rozumiesz?
     […] 
     – Oczywiście, że nie rozumiesz, bo nie czytałeś listów Lud­wi­ga do jego przyjaciela Franza Wegelera! Gdybyś je prze­czy­tał, wiedziałbyś, że w tamtym czasie Ludwig utracił już du­żą część słuchu, o czym nie powiedział nikomu z wyjątkiem paru bliskich. Adagio Sonaty nr 14 nie jest żadnym spacerem w świetle księżyca. To marsz pogrzebowy. Lament. To, co sły­szy­my, to geniusz, który głuchnie!
     Rothenberg zamilkł bez tchu.
     – Zagraj jeszcze raz. I pilnuj ułożenia rąk, do diaska. Jak­byś w nich trzymał pomarańcze.
     Byłem wzburzony, ale posłuchałem. […] 
     – Nie daję rady, proszę pana. Ręce mi się trzęsą.
     – No, wreszcie – odpowiedział mój stary mistrz.

Jean-Baptiste Andrea, Diabły i święci,
przeł. Beata Geppert, Znak, Kraków 2025.
(wyróżnienie własne)

*

Ludwig van Beethoven, Sonata fortepianowa cis-moll,
Księżycowa, Presto agitato, Wilhelm Kempff (fortepian).

poniedziałek, lipca 07, 2025

5831. Z oazy (CCCLVII)

Co­tygodniowe odliczanie literek, trzy. Należała się na stosiku czytelniczym. Nacze­ka­ła się. Wdrapała się na sam szczyt wirtualnej górki do przeczytania, gdy Hannah zapytała: czytałaś?

Przeczytałam. Tylko jedna historia opróżniła mi woreczki łzowe. To rewelacyjny wynik w porównianiu z czwartą częścią cyklu, ale żadne osiągnięcie w porównaniu z pierwszymi trzema „tomami”.

Ludzie, którzy postanawiają wrócić do przeszłości, choć znają skomplikowane zasady i są świadomi ryzyka, muszą mieć ważny powód.

     – No więc kto pani zdaniem mógł odnaleźć szczęście? Dziewczyna, która nie miała szansy się z panią zobaczyć, czy ta, która miała?
     – Dziewczyna, która nie miała szansy się ze mną zobaczyć, czy ta, która miała…?
     Hirai wydmuchała dym, jak gdyby chciała powiedzieć: „Reszty domyśli się pani sama”.
     […]
     Kiedy Tsumugi się nad tym zastanowiła, stwierdziła, że różnica była ogromna.

Wypowiedzenie słów „Podobasz mi się” powinno być proste, ale wygląda na to, że serca wszystkich ludzi otacza potężny mur. Nie jest to bariera fi­zycz­na, lecz emocjonalna. Kiedy wchodzimy w interakcje z innymi ludźmi, ha­mu­je­my się, bo nie wiemy, co jest po drugiej stronie muru.
     My, ludzie, mamy z natury tendencję do strachu przed nieznanym i z te­go powodu wielu z nas się waha. […]  Gdyby ludzie mogli zobaczyć, co kryje się w twierdzach innych osób, i zrozumieć ich emocje, może zburzyliby swo­je mu­ry. Mury te są zbudowane przede wszystkim z lęku przed od­rzu­ce­niem, a zawód miłosny sprawia, że stają się jeszcze wyższe.

Oczywiście podróżowanie w czasie musiało być ryzykowne. W pewnym sensie było to logiczne. W końcu cuda się zdarzają, ale wiąże się z nimi ryzyko.
     – Zrozumiałem.

Na tym świecie zdarzają się niezliczone sytuacje, w których lo­gicz­ne rozumowanie nie zawsze prowadzi do dobrej odpowiedzi.

Ludzie ciągle zmieniają nastawienie. Niezależnie od tego, jak silne jest na­sze postanowienie, czasem najbłahsze wydarzenie może wywołać wąt­pli­wo­ści. A kiedy wątpliwości ujrzą światło dzienne, mogą być trudne do stłu­mienia, nawet jeśli mocno się staramy. To tak, jakby nagle pojawiła się inna wersja nas, prezentująca przeciwne poglądy niż jeszcze kilka sekund wcześniej.

Istnieją dwie odmiany żalu: żałujemy swoich czynów i straconych szans.
     Kiedy żałujemy, że coś zrobiliśmy, wynika to albo z tego, że nie możemy tego cof­nąć, albo z fatalnych skutków, kiedy na przykład zranimy kogoś nietaktowną uwagą albo kiedy czujemy się okropnie, wyznawszy komuś miłość.
     Kiedy natomiast żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy, ma to związek z niewypowiedzianymi słowami albo z niewyznaną miłością.

W życiu często zdarza nam się, że czegoś żałujemy, ale nie da się tego cofnąć. W większości chodzi o coś, co robimy w chwili złości. Rozwiązanie konfliktów […]  niekiedy wymaga dużo czasu. Niezależnie od tego, jak bar­dzo żałujemy swoich słów lub zachowań, zadane przez nas emocjo­nal­ne ra­ny nie zagoją się, jeśli uczucia zranionej osoby się nie zmienią.

[…]  czternastego lutego, czyli w walentynki. W Japonii w tym dniu kobiety wyrażają swoje uczucia wobec mężczyzn, dając im czekoladki. Mężczyźni z kolei odwdzięczają się kobietom miesiąc później, w Biały Dzień.
     Początki tradycji walentynek sięgają trzeciego wieku w starożytnym Rzymie. Cesarz zabronił wówczas swoim żołnierzom się żenić, ponieważ uważał, że prędzej zdecydują się na dezercję, niż zostawią swoje ukochane. Dobroduszny kapłan Walenty współczuł im i dlatego udzielał ślubów w ta­jem­ni­cy. Kiedy cesarz się o tym dowiedział, był wściekły. Ostrzegał Walen­te­go, ale kapłan w dalszym ciągu stawał w obronie miłości. Nie­po­słu­szeń­stwo kosztowało go życie. Z czasem ludzie postanowili upamiętnić odwagę Walentego i nazwali dzień jego egzekucji „dniem Świętego Walentego”.
     Ponadto w dawnym kalendarzu księżycowym czternastego lutego wy­pa­dał początek wiosny, pory roku, w czasie której ptaki dobierają się w pary.

Każdemu zdarzają się chwile, w których nie jest się w stanie po­wie­dzieć: „Kocham cię”. Ale co by było, gdyby naprawdę dało się czytać innym ludziom w myślach?

     – …Yu.
     – Co?
     – Yu, czyli „delikatna”.
     – Yu?
     Riuji odpowiedział niemal natychmiast.
     – Myślałem o tym imieniu od samego początku.

Czas płynął nie tylko w teraźniejszości, lecz również w przeszłości, zmierzając ku przyszłości.

Toshikazu Kawaguchi, Zanim zapomnimy
o życzliwości
, przeł. Joanna Dżdża,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2025.

Nareszcie te uczucia…

Niech pani będzie szczera. I proszę pamiętać, że praw­do­po­do­bieństwo można zwiększyć. Im więcej razy pró­bu­je­my, tym większe mamy szanse. Im więcej się wahamy, tym więcej tracimy. Rozumie pani?

     – To, czego doświadczyłam… to nie był sen, prawda?
     – Nie wierzy pani, że to się wydarzyło?
     – Nie, chcę wierzyć, że to była prawda.
     – W takim razie nawet gdyby to, co pani zobaczyła, było snem, to i tak stanowiłoby to część pani życia, prawda?

W życiu są tylko dwie drogi: zrobić coś albo tego nie zrobić. Ludzie muszą wybrać jedną z nich.

Co mogę powiedzieć, żeby ukoić
twoje życzliwe serce?

(tamże)

*

Funiculì funiculà*, Luigi Denza (kompozytor),
Giuseppe Turco (tekst), Andrea Bocelli (tenor).

__________
  *  neapolitańska pieśń napisana w 1880 roku z okazji inauguracji kolei linowo-terenowej, prowadzącej na szczyt Wezuwiusza (źródło).

środa, kwietnia 16, 2025

5759. Łódeczka dla Białego Kruka


Autor(ka) nie do ustalenia.

Po smutku nadszedł czas refleksji, że skoro on był, to znaczy, że jest wdzięcznośćtęsknota za czymś dobrym.

Marta Lau, On nigdy taki nie był,
Wielka Litera, Warszawa 2025.

*

Astor Piazzolla, Oblivion, James Crabb (akordeon),
Benjamin Martin (fortepian), Richard Tognetti (skrzypce), Australian Chamber Orchestra.
White Raven’s Liked List

sobota, kwietnia 05, 2025

5745. —


fot. Hawwa, fragment.

Daj znaleźć drogę
lub daj choć nie zbłądzić.
I światło daj,
ale takie, żeby nie oślepnąć.
Daj taką wiarę,
która nie daje pewności siebie.
Daj taką siłę,
która tylko broni.
Daj taki rozum,
którego nie opuszczą zmysły.

Jarosław Borszewicz, Mroki,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2015.

*

J.S. Bach, Nun komm, der Heiden Heiland, BWV. 659,
Vladimir Horowitz (fortepian), Ferruccio Busoni (transkrypcja).
White Raven’s Liked List

niedziela, marca 16, 2025

5727. Łódeczka dla Białego Kruka


Autor(ka) nie do ustalenia.

[żałoba]  staje się łatwiejsza do opanowania dzięki zie­lo­nym pędom nowego życia rosnącym wokół niej. Zmarli zawsze są obok nas. Gdy o nich myślimy, z cza­sem ból słabnie, a nasze zainteresowania, przy­jaź­nie i poczucie sensu się rozwijają, częściowo nadal dzięki ich wsparciu.

*

[…]  poza workiem tkanek, słabości i nadziei, z których się skła­da­my, coś po nas przecież zostaje. […] do­świad­czamy mi­ło­ści, transcendencji, za­chwy­tu, wdzięczności oraz jedności z innymi i choć to niczego nie dowodzi, sprawia, że wcale nie jest głupio wierzyć, że istnieje coś poza nami.

*

[…]  wszyscy jesteśmy tylko liśćmi na tym samym drzewie, które najpierw się rozwijają, potem opadają i gniją, jednak pozostają częścią trwałej nie­wy­sło­wionej całości.

Simon Boas, Poradnik umierania dla początkujących,
przeł. Dobromiła Jankowska, Angora, Warszawa 2025.


[dostęp 16.03.2025], źródło.

*

[…]  niestrudzenie ćwiczyłem na fortepianie ArięWariacji Gold­ber­gow­skich. Bardzo trudne przedsięwzięcie dla kogoś, kto nigdy nie miał lekcji gry na fortepianie. Przy instru­men­cie czułem się jak dziecko, które po raz pierwszy uczy się pi­sać. Nauka pisania ma w sobie coś z modlitwy. Minęły ponad dwa lata, zanim udało mi się zagrać całą arię z pamięci. Od tamtej pory powtarzam ją jak modlitwę.

Byung-Chul Han, Nie(do)rzeczy, przeł. Marcin J. Leszczyński,
Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2023.
(wyróżnienie własne)

J.S. Bach, Wariacje Goldbergowskie, Aria + wybór wariacji,
Samuele Telari (akordeon).
White Raven’s Liked List

niedziela, lutego 16, 2025

5716. 47/365   // Łódeczka dla Białego Kruka

pra­we 35 lat temu od Twojej, Biały Kruku, szwagierki dostałam powieść o debussym. rzuciłam jej czytanie, wstrząśnięta tym, jak młody claude potraktował ko­bie­tę, ale teraz nie jestem już pew­na swojej pamięci, może to jej ruch mną wstrząsnął. za to do­kład­nie wiem, gdzie dziś w domowej bibliotece stoi ta książ­ka. łomolę clair de lune i myślę sobie, że chyba już czas, by wró­cić do tej lektury.

47/365


Autor(ka) nie do ustalenia.

Śmierć jest szczególnym sposobem bycia. Jako „tajemnica bycia” śmierć sięga głęboko w życie. Jest „relikwia­rzem niczego, mianowicie tego, co pod każdym względem nigdy nie jest po prostu bytem, lecz co mimo wszystko istot­nie­je, nawet jako tajemnica samego bycia”. Śmierć oznacza, że człowiek jest w związku z tym, co niedostępne i zu­pełnie inne, co nie pochodzi od niego.

Byung-Chul Han, Społeczeństwo zmęczenia
i inne eseje
, przeł. Rafał Pokrywka,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

*

Claude Debussy, Clair de lune [z:] Suite bergamasque,
Alice Sara Ott (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #56.

czwartek, stycznia 16, 2025

5683. 16/365   // Łódeczka dla Białego Kruka

łańcuch skutków płynnie stających się przy­czy­na­mi: po­łamana w maju ręka na wiele ty­godni zatrzymała mnie w łóż­ku; uwię­zio­na w pozycji horyzontalnej oglądałam z fa­nem siatkówki mecz za meczem; oglą­da­nie siatkówki wyhodowało we mnie ki­bic­kę; ki­bicka w ze­szłym tygodniu tę konkretną aran­ża­cję naj­słynniejszej na świecie arii wy­dłu­bała z kanału sportowego, na którym śledzić można wszystkie siat­kar­skie po­tyczki.

nieprzypadkowo dobrane instrumenty tak pięknie i nie­śpiesz­nie za­bie­rają głos, by o głę­bi barwy dźwięków wspo­mnieć, wspa­nia­łe stac­ca­to, wy­śmie­ni­cie brzmiące pauzy. podobałoby Ci się, Biały Kruku?

16/365

Georges Bizet, Habanera [z:] Carmen,
Abaco Tango Club.


Autor(ka) nie do ustalenia.

poniedziałek, grudnia 16, 2024

5662. Łódeczka dla Białego Kruka


Autor(ka) nie do ustalenia.

Tego, kogo kiedyś głęboko kochaliśmy, nigdy nie stracimy, bo wszystko, co głęboko kochamy, staje się częścią nas.

Hadley Vlahos, Pomiędzy. Niezapomniane spotkania
u kresu życia
, przeł. Agnieszka Górczyńska,
Wydawnictwo Helion, Gliwice 2024.

*

Antonín Dvořák, Cygańskie melodie, op. 55, B. 104,
4. Als die alte Mutter, Tine Thing Helseth (trąbka),
Royal Liverpool Philharmonic Orchestra,
Eivind Aadland (dyrygent).
White Raven’s Liked List