niedziela, sierpnia 09, 2026

6177. Z oazy (CDLXV)

Trzecia fala upału jako upiorna forma doświadczania życia za mną. Trzeci dzień do­chodzę do siebie, choć rehabilitacyjna uwaga tkwi wciąż przy szkodach wy­rzą­dzo­nych przez drugą falę. Jeden z fragmentów wydłubanych z tej książki to również słowa opisujace w punkt mój aktualny stan ducha: myśli także wracają jakby na swoje miejsce. Dobrze jest znów cieszyć się życiem, choć wielokrotnie miało się go powyżej uszu i kokard.

Wybór tej opowieści jest nieprzypadkowy. Lubię literki tej Autorki. Mam też ogrom­ne szczęście, bo nauczona delektowania się fikcją, rozkoszowałam się tą historią. Grube kreski, cieniutkie, urywające się linie, światłocienie, nieoczywiste, trudne do nazwania barwy, refleksy uczuć, a między nimi wszystkimi to, co nienajważniejsze wcale, co chcący za wszelką cenę kontrolować życie nazywają faktami — tym jest ten kawałek dobrej literatury. Wyimki, które muszę tu mieć pod ręką, są tylko i wy­łącz­nie małymi akwarelami, drobnymi dziełami sztuki zaklętymi w słowa.

Anna  była już staruszką,  gdy  Bóg w końcu  powrócił.  Drzwi  sali numer dwanaście  oddziału  szpitala  Ruusukumpu otworzyły się i do środka wtar­gnął  wielki  złoty bukiet  kwiatów.
     — No,  co tam, dziewczyno? –  Bóg  uśmiechnął się  i podszedł prosto  do łóżka.
     Anna podniosła  się,  żeby usiąść, i spojrzała na przybysza. Ten Bóg  nic  się nie zmienił.
     — Oj,  jaka tam ze  mnie  dziewczyna. Już dawno nie  dziewczyna – wy­ma­mrotała.
     Bóg usiadł  na  krześle dla  gości. […] 
     — Miło,  że wpadłeś. Czekałam  na  ciebie.

🖇

Po pięćdziesięciu latach olcha zdecydowała, że już jej wystarczy, dziesięć po ósmej dała za wygraną, jej pień dygnął raz, potem drugi i trzeci, aż w koń­cu runęła w pięciu zmurszałych kawałkach.

🖇

Czas  rozpadł się Annie  w dłoniach.  Rozpościerał się  jak  leżąca  na ko­la­nach uszyta  ze  skrawków  narzuta, wszystkie fragmenty były tej samej  wielkości  i tak samo  oddalone od  siebie. A Anna przyglądała  się  tym ka­wałkom  ze zdziwieniem,  nie mogąc doszukać  się  w nich żadnej większej logiki.

🖇

Mężczyzna i chłopiec. Siedzieli po przeciwnych stronach kamery, każdy w cieniu własnej grzywki, każdy nachylony lekko w stronę drugiego. Było między nimi coś niewypowiedzianego i poważnego, obaj zastanawiali się nad tym w ciszy.

🖇

Na  początku Annie brakowało  dzikiej  przyrody. Choć  jednego  praw­dzi­we­go  lasu, choć jednej  niewypolerowanej  skały.  Lecz potem pojęła, że choć­by drapała  powierzchnię  Londynu z całych  sił, spod  spodu wyłoni się  tylko  kolejna warstwa  miasta. Rzecz  jasna w parkach rosły  drzewa,  ale parki miały swoich właścicieli, były ogrodzone  płotem,  a prowadzące do nich  bramy  zamykano na noc.  Jedyną  dziczą, jaką można było  znaleźć w Londynie, było  samo  miasto. Londyn  był żywym  organizmem.

🖇

[…]  patrzyła na front chmur, które nadciągały znad Atlantyku, omiotły najpierw Irlandię, potem Anglię, skręciły wzdłuż pasma górskiego na pół­noc­ny wschód i zniknęły w końcu w górnym prawym rogu ekranu te­le­wi­zo­ra. Anna liczyła — wtorek, środa, czwartek — kiedy ten sam front dotrze do południowej Finlandii. Dzięki mapom pogodowym czuła, że zachowuje jeszcze więź z domem. […]  przynajmniej zawsze ten sam deszcz kropił na nią i na dom, ten sam wiatr przewracał drzewa i słupy elektryczne. Anna myślała o unoszących się z Sahary ziarnach piasku, które niesione wiatrem wędrowały do Europy. Może w ten sam sposób unoszące się tutaj wody spadały w domu na ziemię. Może zięba, która spędzała tu zimę, wiła gniaz­do w budce lęgowej na wyspie.

🖇

     — Co robisz? — zdziwiła się Anna.
     — Wykopuję świerk — odpowiedział Thomas, oklepując ziemię wokół świerku. — Podasz, proszę, to wiadro?
     — Jak zamierzasz wydobyć go z ziemi? Przecież ma korzenie.
     — Przez rok aż tak bardzo się nie rozrosły. Mieliśmy to drzewko już dwu­krotnie na święta.
     — Sadzicie je tu z powrotem po świętach?
     Thomas pokiwał głową.
     — Stoi w wiadrze tydzień albo dwa, potem wraca tutaj, do tego dołu. Po czterech latach jest już tak duże, że kupujemy nowy mały świerk.
     — U nas wycina się piłą odpowiednich rozmiarów świerk, a potem wkła­da do stojaka, w którym podlewa się drzewko wodą — tłumaczyła Anna, trzy­mając świerk za pień w czasie, gdy Thomas wbijał łopatę głębiej pod drzewko.

🖇

[…]  sączyła wino i słuchała jednocześnie listy określeń, z którą Eve po­sta­nowiła teraz wrócić do głosu:
     — Straszne okropne przerażające potworne smutne moje bie­dactwo bidulka bie­da­czysko.
     W angielskim jest tak wiele przymiotników, pomyślała Anna. W tym języku można powiedzieć przynajmniej na dziesięć różnych sposobów „to miłe” albo „to przykre”. Annie wydawało się to fascynujące. Lista Eve do­bie­gła końca i nastała cisza.

🖇

Może  wynikało to z tego,  że  była obcokrajowcem.  Ludzie  często  roz­ma­wia­li przy niej,  zakładając,  że  nie rozumie prowadzonej w normalnym tempie rozmowy. […]
     — Dlaczego nie chciała?
     — Po  prostu  nie chciała.
     Układanie talerzy jeden  na drugim. Szorowanie garnków. Szelest folii aluminiowej.
     — Po co wtrącasz się w nie swoje sprawy?
     — Ale ty chyba chcesz mieć dzieci?
     — Daj spokój, Eve. Anna ma już czterdzieści trzy lata.
     — Ale ty nie.

🖇

     — Człowiek nie jest chory tylko dlatego, że nie chce mieć dzieci.
     — Nie o to tu chodzi.
     — Ty za to na pewno wiesz o co.
     — Owszem, jest mi ciebie trochę żal.

🖇

Ktoś kiedyś to  tłu­ma­czył —  w głowie  musi być pusta przestrzeń, żeby Bóg  miał  dokąd przyjść.  Jeżeli życie  jest zbyt pełne  i dobre,  jeżeli pracy,  przy­ja­ciół i mi­ło­ści,  ciekawych pomysłów i rozmów,  dobrego  jedzenia i dzie­ci jest akurat w sam raz, Bóg  się  tam nie zmieści.
     Kto  i gdzie  mógł to powiedzieć,  Anna  nie pamiętała. Podobnie jak  wie­lu innych rzeczy.  Kim  był ten  idiota?

🖇

     — Poszłaś do lekarza?
     — Nic mi nie pomógł.
     — Nie pomógł na co?
     — No właśnie.

🖇

Tłum ludzi wprawiał ją w ruch. Do przodu, do środka, na zewnątrz i w dół, w górę i dookoła. Tak wielu ludzi, tak wiele życia. Anna czuła, że żyje i przy­na­le­ży do grupy. Znikała, ale nie była sama. To było nieoczekiwane uczucie wolności, jak nad otwartym morzem.

🖇

     — Chyba się przejdę.
     — Niech to szlag, Anno, nie zaczynaj znowu! Czy możemy choć raz prze­dysku­tować coś do końca bez tych twoich przerywników?

🖇

     — Jak w ogóle śmią zadawać takie pytania – stwierdziła Anna z irytacją w głosie.
     Co niby Lauri mógł wiedzieć o jej życiu? Dlaczego nie pozwolili jej od­po­wie­dzieć samej? Przecież lepiej znała własne możliwości.
     […] 
     — To tylko kwestionariusz. Przecież nie jesteś jeszcze w takim stanie. Chodź, wejdziemy do środka, to było…
     — Ale że jak to jeszcze

🖇

Uczucie przypominało tęsknotę, głód, pragnienie lub zmęczenie, z tą różnicą, że nie było żadnym z nich.

🖇

Co pomyślałby sobie Antti, gdyby ją teraz zobaczył? Tak daleko od domu, tak samotną i zagubioną. Nie miała dokąd pójść. Żadne miejsce nie należało do niej. Dzień po dniu przeskakiwała tylko z kamienia na kamień, wstrzy­mu­jąc oddech i próbując pozostać niezauważoną.

🖇

[…]  smutek ustąpił i w jego miejscu pozostała tylko wielka pustka. Skąd zatem wzięła się ta pustka? Anna nie umiała odpowiedzieć. Tak czy owak, pustka nigdzie się nie wybierała.

🖇

Wkrótce zrobi się ciemno. Prędzej czy później zrobi się bardzo ciemno i na to Anna nie mogła nic poradzić. Słowa znikały, ziemia drżała, a kamienie grzechotały. Były twarze, krzesła, były te, jak im tam, ale teraz było to takie trudne.

🖇

Czytając ogłoszenia, Anna wyobrażała sobie człowieka. Niekiedy wraz z opi­sa­mi rodziła się opowieść, innym razem zaś tylko istotne pytanie o to, dlaczego nikt nie odczuwał braku wspomnianej osoby.

🖇

Mgła zatrzymała krajobraz w miejscu. […]  Gdzieś dzień trwał dalej, […], ale we mgle wszystko było na swoim miejscu.
     […]
 Anna siedziała i czekała, aż krajobraz powróci. Czas upływał za bielą.

🖇

     — A trąbcie sobie — stwierdził kierowca. — Niech się wstydzą, skoro nie dociera do nich, że co jak co, ale takie wydarzenie to dobry powód, żeby się spóźnić, na cokolwiek się spieszą. To jedna z tych chwil, […]. Patrzcie, jaki on jest piękny.
     Potem wszyscy ucichli, by obserwować wieloryba. […]
     Jacy niespokojni i mali zdawali się ludzie przy wielorybie. Zupełnie jak mewy, gdy wleci między nie orzeł. Nawet największa mewa morska przy orle zmieniała się w trzepoczące skrzydłami chuchro. Jak gdyby orłem rzą­dzi­ła jakaś inna siła grawitacji, jakaś inna wytrzymałość, sprawiając, że je­go lot trwał nieprzerwany ani jednym uderzeniem skrzydeł. Mewy zda­wa­ły się ledwo utrzymywać w powietrzu, ich lot także wymagał ciągłego trze­po­ta­nia i trudu. W ten sam sposób wieloryb niósł ze sobą inny czas, in­ną siłę.

🖇

Przez Heathrow krążył cały świat: kontynenty, temperatury, kolory skóry i języki. Każdy wędrował z jednakowym biletem w dłoni, przez jedne drzwi do środka, a drugie na zewnątrz. Zdaniem Anny cudownie było w tym uczest­ni­czyć, czuć, że jest się w drodze dokądś, że skądś się przy­by­wa, że cały świat stoi otworem, tuż za świstem drzwi wahadłowych.

🖇

     — Czy w domu jest ciepło?
     — Tak, w domu jest ciepło. I wieje w sam raz.

🖇

Bóg zabrał Annę na taras na papierosa. Taki mieli zwyczaj.

🖇

Gdy łódź nabrała tempa i wiosła Boga odnalazły właściwy rytm, łódź za­czę­ła sunąć przez wodę tak, jak porządna drewniana łódź powinna.

Selja Ahava, Dzień, w którym wieloryb przepłynął
przez Londyn
, przeł. Justyna Polanowska,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.
(wyróżnienie własne)

Coś  miało nadejść, wisiało już w powietrzu.

🖇

Anna wzięła Anttiego za rękę, bo właśnie tę chwilę ko­cha­ła. Ciszę przed burzą, pustą chwilę, wdech…
     Wiatr zmienił kierunek.

🖇

Dlaczego  niektóre chwile zostają  w pamięci,  a inne zni­kają?  Czy  w tych  zapamiętanych było coś  szcze­gól­ne­go,  a może  w zapomnienie poszło coś, co mogłoby prze­sądzić  o wszystkim?

🖇

W porankach dawało się wyczuć obietnicę.

🖇

Zmiany zachodzą stopniowo, powoli.

🖇

Fragmenty, oderwane od siebie chwile.
     Szczegóły, słowa, linie.

(tamże)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz