piątek, sierpnia 07, 2026

6176. Z oazy (CDLXIV)

Zdjęcie na okładce tej książki przyciągnęło moją uwagę pod koniec drugiej fali upa­łów. Pod­czyt­nik narobił smaka. Były więc ślady dźwiękowe po szybko przesuwanych po kla­wia­turze palcach prawej dłoni, a potem dłuższa, wymowna cisza, towarzy­szą­ca po­ły­kanemu pierwszemu rozdziałowi. Z niewyobrażalną ulgą wróciłam po ger­tru­dzim pisaniu na łono pięknej literatury.

Przy okazji, w absolutnym „gratisie” wyjaśniło się, że tamten latający pająk to nie komar, tylko koziułka warzywna.

[…]  co dzieje się, gdy człowiek pisze o rzeczach zdarzających się… No wła­śnie nie, nie w podróży, to tylko taka literacka figura – w życiu po prostu. Ale też tego, co dzieje się, bądź nie dzieje, gdy o nich nie pisze. Tego, co wy­da­rza się między światem a pisaniem o nim. Albo odwrotnie — między pisaniem a światem.

🖇

[…]  stanąłem w miejscu. To była jedna z tych myśli, które pojawiają się go­to­we, kompletne, oczywiste. Nie trzeba się nad nimi zastanawiać, do­cho­dzić do nich, rozważać. Nic dziwnego, że nie zawsze są mądre.
     Jeśli w życiu chodzi o to, żeby było dobrze, można by je spędzić właśnie tak — wystawiając twarz do słońca, a potem przemywając ją źródlaną wo­dą. I jeszcze raz. I tak bez końca. Nic więcej nie trzeba.
     Uznałem, że nie mogę tego odkładać na później, że muszę to zapisać.

🖇

[…]  kucnąć na skraju drogi i ocalić myśl lub wrażenie zbyt cenne, by pozwolić im przepaść?

🖇

Tak to jest, kiedy nie zapisuje się na bieżąco rzeczy zdarzających się w po­dróży — i nie tylko w podróży. Wiele z nich przepada.

🖇

Patrzyłem — i jeszcze nie wiedziałem, że właśnie wtedy go pokochałem.
     No i zostaliśmy kolegami.

🖇

     — Ej, poczekaj, przecież chciałeś o czymś porozmawiać. Tak mówiłeś.
     — Nie, wiesz, to nic takiego — odpowiedział, pochylając lekko głowę i próbując się uśmiechnąć.
     Pojechał sobie. Pomyślałem, że może później, że może potrzebuje czasu i odpowiedniej chwili. Zostałem tam kilka dni, a może dużo więcej — nie pamiętam. Widywaliśmy się prawie codziennie, ale on nie wracał do tej „jednej rzeczy”. Ja też nie wracałem.

🖇

Tak, dobrze jest zapisywać na bieżąco 
rzeczy zdarzające się w podróży.

🖇

Kiedy znów coś powiedziałem, ślepiec mi przerwał.
     — Nie jesteś Rosjaninem. Mówisz po rosyjsku jak Litwin.
     — Jestem Polakiem.
     — Polakiem? — zdziwił się, ale zaraz potem uśmiechnął się, tym razem na pewno. — Wy w Polsce macie takiego świetnego pisarza. Myśliwski.
     […]  Zdążyłem go już trochę polubić. Odezwałem się więc.
     — Znam dwóch Czeczenów. Uciekli do Polski po drugiej wojnie. Przy­jaźni­my się. Opowiadali mi, co tam się działo. — To było coś w rodzaju testu. Nie chciałem jednak, by był za trudny, dlatego dodałem: — Więc wiem, że oni są specyficzni.
     […] 
     Albert uśmiechnął się, jakby z rozmarzeniem, i powiedział:
     — Wiem, jacy oni są. Pamiętam, jak wyszli na nas z lasu. Bardzo dobrze pamiętam, bo to była ostatnia rzecz, jaką widziałem. […]  Nasi mnie zna­le­źli. Przeżyłem. Ale wiesz, to nie była słuszna wojna. To wolni lu­dzie. Dla­cze­go nie mogliśmy im pozwolić, by żyli tak, jak chcą?

Jego list do Putina z 2012 roku wciąż wisi gdzieś w necie.

     […] 
     Ponieważ w wyżej wymienionym okresie Pańskich rządów w Rosji na­stą­piło pogorszenie prawnej ochrony członków rodzin poległych żołnierzy i inwalidów wojennych, a także likwidatorów Czarnobyla i kombatantów, weteranów, a nawet nie­peł­no­spraw­nych dzieci…
     […] 

     Tak Albert zaczął swoje pismo. Skończył je prośbą o wyznaczenie dnia, w którym będzie mógł osobiście zwrócić prezydentowi Putinowi tytuł Bo­ha­tera Rosji i medal Złotej Gwiazdy przyznane mu w listopadzie 1996 roku.

🖇

[…]  nawet ludzie wykształceni, którzy cenią sobie ambitną i oba­la­ją­cą wszelkie porządki prozę, tak naprawdę lubią też opowieści sentymentalne. I proste.

🖇

[…]  espresso w chicagowskim Starbucksie, w tej obrzydliwie bogatej Ame­ry­ce, jest co najmniej o jedną czwartą — jeśli nie jedną trzecią – tańsze niż w Warszawie. Byłem oburzony.
     Nie jeżdżę już do Ameryki. Nie kupuję tam kawy. Ale jeśli zdarza mi się w War­sza­wie, że jedyne normalne albo najbliższe espresso mogę kupić tyl­ko w Starbucksie, wchodzę tam, a zapytany o imię, kłamię. Mówię: „Michał”.
     Oni nie wiedzą, że zostali oszukani. Mam jednak satysfakcję, że jakoś ich ukarałem. Że przepłaciłem za kawę anonimowo. Czyli tak, jakbym to nie ja za nią przepłacił.

🖇

Tak, dobrze jest zapisywać… Nie, nie tak, to już było, ze trzy razy co naj­mniej. Dobrze jest chyba po prostu pisać. Byle nie za szybko, byle nie za dużo, tak jak wtedy, gdy komuś przychodzi to z nadmierną łatwością — choć wiem, że są od tej reguły zaskakujące wyjątki. Dobrze nawet zaczynać książ­ki i ich nie kończyć. Nikt wprawdzie ich nie przeczyta, więc to jednak grzech, ale zostają po nich jakieś strzępy, okruchy, wśród któ­rych póź­niej można znaleźć coś, co nabiera sensu w zupełnie innym kontekście.

🖇

Czerpałem jednak osobliwą przyjemność z dokumentowania tych prze­lot­nych chwil przykrego niekiedy zdziwienia, gdy rzeczy, myśli oraz słowa nie chcą do siebie przystawać i zamiast ułożyć się w konfigurację nadającą się na element rzeczywistości, gryzą się, podkopują wzajemnie i rozsuwają, ujawniając przepastne czasem rozpadliny w powierzchni świata.

🖇

Porządek zdarzeń znów dogania porządek pisania.

🖇

[…]  zacząłem przewracać zapisane kartki, żeby dotrzeć do tych jeszcze czystych. Czasem przecież tak bywa — widok pustej kartki sprawia, że ze śpiących gdzieś w głowie słów układa się zdanie.

Krzysztof Środa, Rzeczy zdarzające się w podróży,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.
(wyróżnienie własne)

Czasem wydaje się dziwne, że świadkowie tak niewiele uwagi poświęcają sprawcom zbrodni. W zasadzie nie opisują ich twarzy, nie odnotowują stopni wojskowych, nie próbują ustalić nazwisk, a jeśli nawet, robią to dziw­nie rzadko. Pewnie nie było to łatwe ani bezpieczne, ale można podejrzewać, że jest też inna przyczyna. Nazwi­ska sprawców były mniej ważne. Nie zasługiwały na to, by je wymieniać. I tak nie starczało czasu i sił, by opo­wia­dać o ofiarach.

🖇

W roku czterdziestym, jeszcze w czterdziestym pierw­szym getto żyło tak, jakby ten koszmar miał się lada chwila skończyć. Nic dziwnego. Trudno przecież było sobie wyobrazić, że tak będzie już zawsze. Jeszcze trud­niej — że będzie dużo gorzej.
     […] 
     Wydaje mi się, że rozumiem ich dziś dużo lepiej niż przed trzema miesiącami. Wciąż jednak dziwię się, że wtedy, w czterdziestym drugim roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, po lipcu, zachowali resztki nadziei. Nie na to, że sami przeżyją — na to, że świat będzie jeszcze kiedykolwiek taki jak dawniej.

🖇

Każdy człowiek nosi w sobie odzwierciedle­nie nie­ba. Patrzymy na nie cały dzień i pół nocy, ale pa­mię­ta­my je jedynie z jego wyglądu w pew­nych momentach.
   — Abraham Lewin (1893–1943)

🖇

[…]  nie ma tu chyba miejsca, by się nad tym głębiej za­sta­nawiać — czy idea zapisywania nazwisk za­mor­do­wa­nych powinna być bliższa tym, którzy wierzą w Boga, czy raczej tym, którzy muszą się bez niego obywać. Wy­da­je się, że tym drugim, bo jeśli Bóg istnieje, zna z pew­no­ścią te nazwiska i pamięta twarze, co daje gwa­ran­cję, że one nigdy nie przepadną. Choć pewnie można się na to zapatrywać inaczej.

🖇

[…]  już wiesz, że nie ma usprawiedliwień. Że trzeba pisać. Jeszcze nie wiadomo co, jeszcze nie wiadomo jak, ale trzeba.

(tamże)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz