niedziela, sierpnia 09, 2026

6179. Panna cotta (CCIII)

Pierwszą w swoim życiu kurą przez wu rzuciłam w wieku trzydziestu lat, gdy ze świe­żutko zdobytym prawem jazdy na polskich drogach zapoznawałam się w prak­ty­ce z głęboką tradycją kultury polskich kierowców.

Siarczyste klnięcie opuściło blachą obity świat i przysiadło w kątku ula na stałe, gdy partia małych ludzi wielkimi krokami, włochatymi łapami w niebiałych ręka­wicz­kach i gębami pełnymi pa­trio­tyzmu demolowała trud trzydziestu lat doganiania Europy.

To by było na tyle w kategorii: martyrologia lingwistyczna.

Tymczasem tu i teraz. Od kilku dni nie mogłam ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości, że po włosku można z łatwością, poza kilkoma kul­tu­ral­ny­mi formami, wykrzyczeć, używając wulgaryzmu, zachwyt i wniebowzięcie: co za szczęście! Bo, umówmy się, to żadna sztuka stekiem wul­ga­ry­zmów donieść świa­tu: co za pech!

Jak to ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości? Szukałam istnienia tego zjawiska w ojczystym języku, by upalować wyjętą z podręcznika wie­dzę, by zakorzenić i nie zawracać więcej rzeki kijem świętego oburzenia wysokiego rejestru językowego.

Patrz, pani! Patrz, pan! Mam! Z Sadownikiem podzieliłam się odkryciem, upew­nia­jąc się, że źródło mego odkrycia bije żywiej w męskawym świecie. Okazało się, że tak, fakt, zgadza się wszystko. Nie jesteśmy już tylko Chrystusem Europy, źródłem biblijnych cnót, które krzewić mamy zamiar na zgniłym Zachodzie. My mamy w so­bie ździebko człowieka bez podwójnych powiek, Chińczyka, co zawojować chce świat.

Nim karta stół i joker koszulką do dołu, dość śmiało po­zwo­lę sobie docenić naturę poczynionego odkrycia. Z jednej strony jesteśmy oszczędni, nie sza­stamy słowami. Z drugiej zaś, by nie być oskarżonym o mylenie największego szczę­ścia i od­wiecz­ne­go pecha (skojarzenie z polityką wyjątkowo trafione) na jedno i dru­gie używamy tej samej frazy: o, kurwa! Jedynie intonacja pozwala nam rozróżnić, czy należy wy­krzy­ku­ją­cemu te słowa człowiekowi współczuć czy gratulować. A po­nie­waż jako na­ród chwalić to my jeszcze nie umiemy za bardzo, zawsze możemy powoydyłłować odrobinkę, czyli zinfantylizować i pouczyć: nieładnie, oj, nieładnie tak mówić!

Nie, nie zdziwiłam się wcale, gdy ta piosenka — dopadła mnie kilka tygodni temu i uba­wi­ła setnie — w której wulgaryzm goni wulgaryzm, wyraziła chęć zaistnienia tu jako ilustracja, pocztówka dźwiękowa z wcale niedalekich peryferiów dobrze uło­żo­ne­go języka. Che culo!

Tiziano Sciusco, Posso fare un disastro.

     non ce la faccio più
     ti spedisco in Timbuctù

samo piękno, czyli
czasownik zaimkowy, czasownik inchoatywny i…
w wolnym tłumaczeniu: idź do diabła / w cholerę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz