Pierwszą w swoim życiu kurą przez wu rzuciłam w wieku trzydziestu lat, gdy ze świeżutko zdobytym prawem jazdy na polskich drogach zapoznawałam się w praktyce z głęboką tradycją kultury polskich kierowców.
Siarczyste klnięcie opuściło blachą obity świat i przysiadło w kątku ula na stałe, gdy partia małych ludzi wielkimi krokami, włochatymi łapami w niebiałych rękawiczkach i gębami pełnymi patriotyzmu demolowała trud trzydziestu lat doganiania Europy.
To by było na tyle w kategorii: martyrologia lingwistyczna.
•
Tymczasem tu i teraz. Od kilku dni nie mogłam ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości, że po włosku można z łatwością, poza kilkoma kulturalnymi formami, wykrzyczeć, używając wulgaryzmu, zachwyt i wniebowzięcie: co za szczęście! Bo, umówmy się, to żadna sztuka stekiem wulgaryzmów donieść światu: co za pech!
Jak to ogarnąć, pomieścić w sobie, przyjąć bez protestów do wiadomości? Szukałam istnienia tego zjawiska w ojczystym języku, by upalować wyjętą z podręcznika wiedzę, by zakorzenić i nie zawracać więcej rzeki kijem świętego oburzenia wysokiego rejestru językowego.
Patrz, pani! Patrz, pan! Mam! Z Sadownikiem podzieliłam się odkryciem, upewniając się, że źródło mego odkrycia bije żywiej w męskawym świecie. Okazało się, że tak, fakt, zgadza się wszystko. Nie jesteśmy już tylko Chrystusem Europy, źródłem biblijnych cnót, które krzewić mamy zamiar na zgniłym Zachodzie. My mamy w sobie ździebko człowieka bez podwójnych powiek, Chińczyka, co zawojować chce świat.
Nim karta stół i joker koszulką do dołu, dość śmiało pozwolę sobie docenić naturę poczynionego odkrycia. Z jednej strony jesteśmy oszczędni, nie szastamy słowami. Z drugiej zaś, by nie być oskarżonym o mylenie największego szczęścia i odwiecznego pecha (skojarzenie z polityką wyjątkowo trafione) na jedno i drugie używamy tej samej frazy: o, kurwa! Jedynie intonacja pozwala nam rozróżnić, czy należy wykrzykującemu te słowa człowiekowi współczuć czy gratulować. A ponieważ jako naród chwalić to my jeszcze nie umiemy za bardzo, zawsze możemy powoydyłłować odrobinkę, czyli zinfantylizować i pouczyć: nieładnie, oj, nieładnie tak mówić!
Nie, nie zdziwiłam się wcale, gdy ta piosenka — dopadła mnie kilka tygodni temu i ubawiła setnie — w której wulgaryzm goni wulgaryzm, wyraziła chęć zaistnienia tu jako ilustracja, pocztówka dźwiękowa z wcale niedalekich peryferiów dobrze ułożonego języka. Che culo!
Tiziano Sciusco, Posso fare un disastro.
non ce la faccio più
ti spedisco in Timbuctù
samo piękno, czyli
czasownik zaimkowy, czasownik inchoatywny i…
w wolnym tłumaczeniu: idź do diabła / w cholerę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz