Koralik. Widzimy się zwykle raz na kilka miesięcy. Ona zagoniona, ja zajęta. Częściej rozmawiamy przez telefon, by zsynchronizować przeżywane właśnie chwile. W piątek przytomnie stwierdziła, że synchronizujemy przede wszystkim zachwyt lekturami. Wymieniłyśmy się tytułami, książkami, wrażeniami. Od soboty Ona na urlopie, ja pod wiatrakiem. Połknęłam tę historię, rzuciwszy na chwilę rozgrzebane książki.
Uwzględniony przy wyborze wyimków klucz był prosty: bez spojlerowania! Finał tej opowieści zacny i godny.
„W kwestii akania — mówi autorka, Ewa Wieżnawiec — folkloryści, pisarze i hydrologowie są całkowicie zgodni: język białoruski jest jednym z najpowolniejszych i najswobodniejszych zarazem języków na świecie, bo białoruskie rzeki płyną niespiesznie w rozległych dolinach, a białoruskie mokradła i spokojne jeziora rozlewają się szeroko a leniwie. Sami Białorusini również nie mają się dokąd spieszyć ani czego skrywać w myśli czy rozmowie — i dlatego ufnie, otwarcie akają”.
W białoruskim akaniu — dodam z praktyki translatorskiej — jest też nieustające zadziwienie światem, jak w polskim słowie gapie, gdzie „a” rozdziawia się szeroko jak otwarte usta. Jest namysł, czasem przechodzący w dłuższą zadumę, i jest zaproszenie rozmówcy do wspólnej refleksji — zamiast polaryzacji, wymiany poglądów i zwykle, właściwie domyślnie, podejmowanej przez Polaków wymiany argumentów (ze sporym potencjałem eskalacyjnym, bo przecież racja musi być po jednej tylko stronie). […] I wreszcie „a?” na końcu zdania funkcjonuje trochę jak angielskie question tag, pytanie rozłączne (nieporadnie tłumaczone na polski archaicznie brzmiącymi „czyż nie?” albo „nieprawdaż?”) – otwiera przestrzeń łagodnej interakcji, zaproszenie do potwierdzenia lub wypracowania wspólnej, akceptowalnej dla wszystkich obecnych pozycji.
•
I jeszcze na sam koniec, na wypadek gdyby ktoś spod kamienia zamamrotał o Kresach: to nie jest książka o kresach, ale o środku świata […]. Ciut niefajnie nazywać czyjeś ziemie „kresami”, wyświechtaną połą dawnego państwa o kolonialnych ambicjach, krainą dalekich pociotków i mitycznych utraconych majątków. Hej, ogarnijmy się — nie ma żadnych Kresów, jest XXI wiek.
Żywie Biełaruś!
Małgorzata Buchalik
🖇 🖇
Alkoholizm, jak zresztą każdy kunszt, ma swoje tajemnice i wymaga wprawy. […] Alkoholicy zawsze widzą świat od ciemnego spodu. Żeby utrzymać się na powierzchni, nie wolno dopuszczać do wzrostu poziomu krwi w alkoholu, inaczej wszystko robi się nieznośne. Taka to choroba.
🖇
Białorusini to mało emocjonalna nacja, twarze jak w zespole Möbiusa. Ani żywe, ani martwe. Jak woda w ustach. Jak palenie mokrego. Jak ciche lato. Ludzką twarzą porusza 68 mięśni.
Może tutejszym nie chce się napinać wszystkich tych mięśni przy każdej minie czy uśmiechu. Zresztą przeszkadza to najwyżej turystom, dla lokalsów niech będzie. […] W kulturach nastawionych na przetrwanie mimika musi pozostać szczątkowa.
🖇
Ryna nosiła w głowie mapę śmierci. Starą mapę, mniej więcej od 1920 roku. Babcia pamiętała, gdzie kto zginął czy umarł, na jakim uroczysku i jak go znaleziono, i co się o tym mówiło. Przeżyła dwie wojny i dziewięć różnych władz, i nie żałowała wnuczce opowieści. Ryna czuła się, jakby sama żyła sto drugi rok i nosiła w głowie i mapę śmierci, i drzewa genealogiczne całych wsi […]. Często myślała, czemu los zdarzył tak, że w swoim słusznym już wieku nie zna się na niczym pożytecznym, że w wielkim, bogatym i barwnym świecie niczego się przez ostatnich dwadzieścia lat nie dorobiła, za to ciągle lubi taplać się w tym, co przeżyła w tej biednej, zapomnianej krainie w pierwszych dwudziestu latach życia. I czy aby nie to było przyczyną jej klęski: ani rodziny, ani domu, ani zawodu, za to dojrzały alkoholizm.
🖇
A kamień nabierze siły. Musi mu starczyć sił, póki nie wymrą nad nim wszyscy durnie i woda nie zmyje z niego o tego o paskudztwa, farby.
— A pod wędrujący kamień?
— A wędrujący kamień sam sobie pójdzie albo zakopie się w ziemię, już ty się o niego nie martw. Na Biestryksie, jak nie wiesz, był folwark […]. I ten kamień to tak z pół metra na rok wędrował. […] A ten kamień jeszcze sobie stąd pójdzie, wspomnisz moje słowa.
🖇
Alkohol natychmiast zmienił świat na lepsze i misja nie zdawała się już taka straszna. Ryna wyjęła z torby zawiniątko Nataszy i wyszeptała:
„Słuchaj, babciu. Podaj to tam, sama już wiesz komu […]”.
Nawet jeśli nie wierzysz w „nauki”, strasznie jest podawać coś na tamten świat przez posłańca. […] Ale ten przedmiot miał swojego właściciela i musi do niego wrócić. […] Jak to mawiał Orka Barenbojm: nie wierzę w boga, ale wiem, że on jest.
🖇

🖇
[…] wstrząsnęła nią nieodwracalność tego, co się stało. Usiadła na kłodzie pod drewutnią i się rozpłakała. Nic już nie można zrobić. Szlajała się po świecie, z dala od tego, co ważne. Może i koślawe, kruche, na wpół martwe, ale swoje, jedyne ważne naprawdę.
🖇
A czyta wciąż słabo, bo nie zna rosyjskiego. Czasami wraca i opowiada Rynie:
— Ot, durnie! Napisali: uwaga, wilki lezą! No lezą, od tego są wilki!
— Babciu, to „wałka liesa”. Wyrąb lasu, tak się to pisze po rusku.
— Sama wiem, jak się pisze po rusku. Co za czasy, przy każdym wilku teraz postawią tabliczkę!
🖇
[…]
ich przyjaźń przetrwała tylko do czasu, kiedy dziewczynki zaczynają interesować się chłopcami i kiedy świat łamie dziewczynki i składa je na nowo w gotowe już do użytku kobiety. Z tym że Rynę świat ani myślał łamać i składać, bo od początku była ni przypiął, ni przyłatał. […] Chciała być dziewczynką, którą lubią i matka, i chłopcy, i Natasza.
Ale wszystko na nic, jak zwykle.
🖇
Kto to wymyślił, że niby wilk jest szary? Wilk zbiera wszystkie barwy późnej jesieni: jeden włosek ma jak mokry piasek, drugi jak biały mech, trzeci jak glina, czwarty jak mokra olszyna, piąty jak torf, a wszystkie razem niby niepozorne, ale kiedy słońce zagra na wilczej sierści, wilk mieni się kolorami jak ósmy cud świata. Ryna i wilk długo patrzyli na siebie […].
🖇
— Babciu, czego ona chce? Czemu […]? I nikt nie chce się ze mną przyjaźnić? Czemu my tak żyjemy? Przecież jak jesteś wiedźmą i wszystko możesz zrobić, to zrób tak, żeby nas lubili.
— Nie będą nas lubić.
🖇
Moja babcia pomagała wszystkim, o cokolwiek prosili […]. Tylko nikogo już nie poważała. Ani boga, ani diabła, ani człowieka. Co za różnica, mówiła, Niemcy, Ruskie, Polaki czy Białorusy? Jedna cholera — wszystko durne chłopy.
🖇
Oj, jak żeśmy się czasem z nim kłócili. A dziś, gdyby tylko kto mi zwrócił Orkę, chuchałabym na niego i dmuchała.
🖇

🖇
[…]
człowiek w nieszczęściu powinien być jako trzcina,
a w wierze jako cedr.
🖇
Nie było już na kim się mścić. Żaden człowiek nie jest wart nienawiści dłużej niż przez pięć minut.
🖇
— Cześć, Ałoŭnikaŭ. Długo jeszcze będziesz tutaj siedział? — spytała.
— O, Rynka-landrynka. A jak mnie znalazłaś?
— Zawsze wiedziałam, gdzie jesteś.
— Mówiłem ci, żebyś trzymała się ode mnie z daleka. Sama widzisz, jak kończą ci, którzy podchodzą zbyt blisko.
Spojrzała w jego twarz, pierwszy raz tak po prostu patrzyła mu w twarz, bez zaczepki, uników, nadziei, głodu czy pragnienia.
🖇
[…] raz jeszcze łyknęła z małej butelki. Była w niej sześćdziesięcioprocentowa wódka z zimowych jabłek. Jeden łyk takiej wódki robi z ciebie lwicę.
🖇
— At, jakoś to będzie. Wiesz, co powiedziała moja babcia? „Święte źródło, które odkopią złodziej, moczymorda i dziewica”.
— No, kto tu kradnie i kto pije, wiadomo. Ale dziewica?
Ewa Wieżnawiec, O wilku mówiono w izbie,
ilustr. Aleksandra Konarska,
przeł. Małgorzata Buchalik,
Wydawnictwo KEW, Wrocław-Wojnowice 2025.
(wyróżnienie własne)

Nie ma świecie francy gorszej niż człowiek. Jak człowiek poczuje krew i zysk, nic już nie zrobisz. Koniec!
(tamże)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz