poniedziałek, marca 16, 2026

6044. Z oazy (CDXXVII)

Czyta Go Kaan. Czyta regularnie. Widząc tytuł, postanowiłam za­ryzykować. Szybko, bo po pierwszych akapitach, okazało się, że to żadne ryzyko, lecz zapowiedź ję­zy­ko­wej uczty. Piękne zdania, budujące atmosferę, rysujące sceny. Akcje czy ich nagłe zwro­ty bez zbędnych słów kreślone. Majstersztyk, po prostu majstersztyk.

A po wszystkim na koniec tylko dwa problemy do rozwiązania: jak wybrać frag­men­ty, by nie spojlerować; jak je wybrać, by wpis nie miał dwunastu metrów długości? Hmmm… Nad ranem na krawędzi łóżka przysiadła nieznosząca sprzeciwu myśl: z każdego opowiadania maksymalnie dwa wyimki. Był plan, reszta to bułka z ma­słem pokrojona na cieniutkie plasterki. Smacznego!

Jeśli o mnie chodzi, całej Warszawy po tej stronie mogłoby nie być; mosty wchodziłyby w morze jako molo, Zamek Królewski stałby prawie na plaży, jak Grand Hotel w Sopocie, Łazienki jak Łazienki Południowe. No, ale jest.

🖇

W końcu, ni stąd, ni zowąd nagle pyta: „Powiedzmy sobie uczciwie: ilu Po­la­ków mieszka w tej kamienicy?” – i nie wiadomo, co powiedzieć. Jedni geje z góry to Luksemburczycy, w dodatku wynajmujący mieszkanie od Anglika, więc odpadają; drudzy geje i my to geje, więc pewnie też odpadamy; pani Barska jest wdową po profesorze i słynnym masonie, a jak po masonie, to przecież nie po Polaku; polskość przechodzi jakoś przez małżeństwo, więc jak on mason, to i ona pewnie nie Polka.

🖇 🖇

Człowiek póki żyje, to nie wie, że ciągle patrzy na rzeczy, a powinien może na ludzi. I że z kolei jak na ludzi patrzy, to albo akurat go obsztorcowują, albo mówią jakieś przykre słowa, albo się o co targują, że może na­wet wte­dy lepiej popatrzeć na jakąś rzecz. Na buty na przykład.

🖇

Kiedy serce jest głodne, zjadłoby wszystko.

🖇 🖇

Najpierw chciał powiedzieć „Panowie!”, ale nie wiedział, czy wypada, na „Towarzysze!” któryś mógłby się skrzywić, więc nalał tylko, szyjką butelki wskazał kieli­szki i rzucił krótkie:
     — No!

🖇 🖇

     — Znajomość czytania posiadła?
     — Posiadła — warknęła.

🖇

Autor tylko dodał dekoracje, trochę światła i dźwięku, a potem zamiótł scenę.

🖇 🖇

     — […]  Co ty chcesz tam odkryć? Kozę? Kota?
     — Nie wiem. Odkrywca mgliście tylko przeczuwa, co na niego czeka za bezkresną tonią…

🖇 🖇

[…]  jeden z naszej czwórki, który, jak ja, nie mówił po hiszpańsku, ale za to wierzył w siłę swojej bardzo formalnej angielszczyzny, po prostu zadzwonił pod pierwszy numer i wywołał tym małą, zaaferowaną sta­rusz­kę, która otwo­rzy­ła nam drzwi, przestra­szona, i zaraz uciekła do swojego mieszkanka.

🖇

     — Tylko sobie pomyśl, jesteś takim francuskim cukiernikiem w po­cząt­kach XIX wieku, przyjeżdżasz do Kadyksu, otwierasz swoją confiserie­-pâ­tis­serie, tłumy walą drzwiami i oknami…
     — Kupujesz duży dom…
     — Poślubiasz córkę bogatego kupca…
     — Która rodzi ci szóstkę dzieci, umiera przy siódmym; troje z nich umie­ra na szkarlatynę, drugie tyle na dyfteryt, jedyna żywa córka zostaje za­kon­nicą…
     — Tłum w czasie zamieszek pali ci pâtisserie­-confiserie i rozbija dom…
     — Aż w końcu umierasz w przytułku dla ubogich na gruźlicę w wieku lat trzydziestu pięciu.
     — Ej, ale miała być zupełnie inna historia!
     — Każda historia ma być zupełnie inna, a potem przydarza się właśnie ta.

🖇 🖇

Od tylu już lat miał nieustannie jakieś zajęcia, czy to w aptece, czy w za­kła­dzie fotograficznym, czy w różnorakich towarzystwach, że nie miał czasu na to, żeby zajmować się żadnymi swoimi uczuciami. Kochał, oczywiście, żonę i dzieci, swoich nieżyjących rodziców, Boga i kraj, ale każda z tych emo­cji miała swoje stałe miejsce, jak szufladkę w aptecznej komodzie, z pięk­nie wykaligrafowanym na emaliowanej tabliczce oznaczeniem; wy­star­czy­ło, by dbał o te szufladki jak o całą resztę swojej firmy, to jest pa­mię­tał o zapełnianiu ich odpowiednimi rytuałami […].
     […]
     Agnes była już na schodach, kiedy usłyszała jego nagły niepo­wstrzy­many płacz, jakby to nie on płakał, ale nim płakało; przyspieszyła kroku.

🖇

[…]  nie żeby uciekał wzrokiem, po prostu patrzył w przestrzeń; nawet jeśli oczy skierował na tę czy inną osobę, zdawały się ją przenikać i szukać czegoś znacznie dalej.

Jacek Dehnel, Historie łajdackie,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2026.
(wyróżnienie własne)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz