Kilka dni temu, na chwilę przed zachłyśnięciem się wirusem, zrobiłam Sadownikowi karczemną awanturę. Po wszystkim, po ochłonięciu, z zawstydzeniem i niemałym zdziwieniem odkryłam, że wykrzyczany przeze mnie koniec świata był tak naprawdę kompletnie… o nic! Ale też, jak pogrzebałam w sobie, o wszystko! Bowiem komunikat, który w wyjątkowo zawiły, wielowątkowy i drobiazgowy sposób próbowałam wcześniej wykrzyczeć, po przetłumaczeniu z języka emocji na ciąg znaków zwanych literami, można było zamknąć w dwóch krótkich słowach: przytul mnie, co w moim przypadku jest lekiem na zło, niemoc i każdą beznadzieję.
*
Jabłoń:
(wczoraj wieczorem tak zmęczona,
że nie może zasnąć)
Situl* mnie…
(szybko, szybko, nim zbierze się Drzewku
na deficytowe awanturowanie się)
Sadownik:
(ledwo żywy, usypiający
w drodze do poduszki)
To terror!
Jabłoń:
Nie, to profilaktyka!
_________
* w idiolekcie ula: przytul.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz