czwartek, sierpnia 26, 2021

4349. Panna cotta (XII)

A czemu tak? No właśnie, czemu? Jak to jest ze mną i językami obcymi? — nie ustę­po­wa­ła jakaś ciekawska figura wewnętrzna — musi być jakieś wytłumaczenie, skoro różnicę gołym okiem widać, nieuzbrojonym uchem słychać, a każdą komórką ciała czuć. Nie zatrzymałabym się przy tej kwestii, gdybym kilka dni temu nie odkryła, że język włoski jest dla mnie źródłem szczęścia. Może się walić, palić, swąd nad­pa­lo­nych mostów relacyjnych, pomimo silnego wiatru, może utrzymywać się w po­wie­trzu wiele godzin, a mi wystarczy jedno słowo lub fraza po włosku i niczego więcej mi do pełni szczęścia nie potrzeba.

To jak to jest? Ktoś we mnie chciał wiedzieć. Zatrzymałam się i już wiem. Język an­giel­ski wyjmuje mnie z bagienka polskiej martyrologii, mesjanizmu i narodowego zespołu stresu pourazowego — jest dla mnie źródłem wolności i szerszej per­spek­ty­wy widzenia świata. Język hiszpański był dla mnie językiem nadziei i radości, ale to język włoski zamienia mnie w najszczęśliwsze zwierzę świata.

Kilka dni temu było upiornie ciężko — ulało mi się przy okazji kontaktów z liśćmi mojego drzewa ge­ne­alo­gicz­ne­go. Nie trzasnę drzwiami, nie wci­snę pedału gazu do dechy, nie pomknę w si­ną dal, obiecując sobie, że nigdy więcej… — choroba ode­bra­ła mi te formy protestu, więc zamilkłam.

Odgradzając się milczeniem od wszystkiego, postanowiłam zrobić kolejne podejście do rodzajników, które wydają się proste, gdy patrzę na tabelkę, ale gdy ją odkładam, nie zostaje mi w głowie nic. Język angielski bezczelnie śmieje mi się wtedy w twarz i o swojej wyższości mel­du­je: wróć do mnie, mam tylko trzy formy rodzajników (a, an, the). Język włoski ma, o zgrozo, cztery razy więcej form rodzajników, ale każ­dy z nich ma moc uszczęśliwiania za każdym razem, gdy po­praw­nie go użyję. Tłu­kłam rodzajniki na kudłatych i niekudłatych isto­tach i całkiem przez przypadek trafiłam na piosenkę, która skradła mi duszę. Zapętliłam jej słu­cha­nie i… oglądanie!

Zecchino d’Oro, Il coccodrillo come fa?

l’animale, gli animali:
un cane, dei gatti, degli elefanti, una farfalla, un’ape, delle rane, il pipistrello, i coccodrilli, lo scoiattolo, l’orso, la chiocciola, l’antilope, le giraffe e le antilopi… la gente!

*

Bezokoliczniki po włosku brzydziły mnie okrutnie, bo po co mi one, skoro ich zna­jo­mość nie przydaje mi się specjalnie (w przypadku nieregularnych czasowników) przy odmia­nie w czasie teraźniejszym. Język angielski szczerzył się z wyższością: wróć do mnie, bezokolicznik czasownika regularnego i masz wszystko, czego po­trze­bu­jesz, nie tylko w przypadku czasu teraźniejszego. Spokoju mi jed­nak nie da­wa­ło, że tu i ów­dzie wpadam na coś, co wygląda jak bezokolicznik, a jest tłumaczone na tryb rozkazujący (2. os. lp). Gdy na parkingu czekałam w samochodzie na Bia­łe­go Kruka, zrobiłam klik, klik w kwe­stii trybu rozkazującego i spotkał mnie za­chwyt bez­gra­nicz­ny, i pokochałam bez­oko­licz­niki. I znów łomolę piosenką, która znalazła mnie na gigancie.

Tommaso Paradiso, Non avere paura.

non essere triste,
non avere paura,
non mollare,
non smettere mai!

in bocca al lupo!

1 komentarz:

  1. Od kiedy pamiętam fascynowały mnie oba te języki :-). Chyba dlatego, że niosą w sobie radość i są takie melodyjne, zwłaszcza włoski. Moje ostatnie odkrycie w którym tonę po same uszy :-) https://www.youtube.com/watch?v=_OutcK80CY4

    OdpowiedzUsuń