życie to samotna podróż. towarzystwo innych wędrowców bywa upragnione, mile widziane, z trudem tolerowane czy zupełnie niechciane — czasem (eufemizm?) jest całkowicie nieoczekiwane. nie zapominajmy jednak o tym, że nawet jeśli mamy szczęście dzielić z kimś czas, drogę i rekwizyty, to zawsze są to dwie zupełnie różne podróże, które łączy tylko chwila.
63/365
Może chodzi o te chwile. Wewnątrz każdy jest po prostu sam i samotny. A jednak, mimo wszystko, ludzie wybierają życie w parze. I każdego dnia mogli by podjąć decyzję o tym, żeby żyć osobno, a jednak nie wybierają. A jeśli wybierają, to na chwilę, żeby znaleźć inną „parę”. Czyli jednak potrzebujemy innych. Raz do tego, żeby z kimś pójść na spacer, inny razem do tego, żeby ktoś powiedział: ogarnij się, trzeba pomalować kuchnię, a jeszcze innym żeby ktoś zapytał: „gdzie mój szary sweter?”. Też, żeby mieć się na kogoś wkurzyć i mieć kogoś dosyć. I wyjść trzaskając drzwiami, żeby jednak wrócić. Tak to jest skonstruowane. I w tym wszystkim jest chyba jakiś wewnętrzny imperatyw, żeby tej osoby nie zawieść i rozwijać się wraz z nią. To tak, jak rośliny, jeśli mają drugą obok, to rosną wyższe, bo konkurują o światło. Więc nie lubię takiej narracji. Bo stosują ją właśnie ci, którzy żyją w parach i którzy dokonali takiego wyboru. A czasem nie ma wyboru, nie ma jak wybrać. W samotnym życiu z czasem wszystko traci smak, a stwarzanie sobie każdego dnia od nowa ram funkcjonowania, i jeszcze odnajdywanie w tym sensu, jest mega trudne. A pozornie nieograniczona wolność odbija się czkawką. Nie polecam nikomu. Jakoś nikt z samotnych nie wychwala swego stanu. Czasem owszem, na pokaz, z lęku przed przyznaniem się, jak bardzo cierpi.
OdpowiedzUsuń