sobota, lipca 18, 2026

6167. Z oazy (CDLXII)

Gdy ponad dwa tygodnie temu usłyszałam fragment o wiszącej w powietrzu bójce, wiedziałam, że muszę sięgnąć po tę powieść, pomimo tego, że jest dostępna tylko w „papierzu”, pomimo faktu, że to beletrystyka.

Tymczasem sama książka wzięła pod uwagę wszystkie moje osobiste przeciw i wy­na­gro­dzi­ła mi trud przewracania kartek po wielokroć. Po pierwsze, nauczyła mnie czytać fikcję: czytaj, jakbyś śniła tę historię. Po drugie, swoim pięknym językiem co chwilę przypominała mi stare czasy, gdy Orzeszek, Biały Kruk i ja po raz enty za­czy­ty­wa­liśmy się Pogodą dla bogaczy — nie ten kontynent, nie ten kraj, ale to samo czy­tel­ni­cze przy­wią­za­nie do bohaterów. Ciekawe, myślałam co chwilę, czy­ta­jąc tę po­wieść, czy ta historia, podobałaby się Im tak bardzo jak mi.

Jedyne, co jest wyjątkowo kiepskie w tej publikacji, to okładka. Ta książka nie za­słu­ży­ła sobie na tak beznadziejną oprawę graficzną, rodem z zajęć z Corela dla nie­uków w głę­bokich latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Marginesy w środku również niemi­le zaskakują twórczo-ignoranckim: nie znam się, ale to zrobię. To wynik wy­da­wni­czych oszczęd­no­ści czy much w nosie? Nie wiem. Powiedziałabym: mi by­ło­by wstyd.

[…]  nerwowe dą­żenie do doskonałości, przez co sztućce jeszcze częściej spadały na podłogę lub rozpierzchały się po stole.

🖇

     — To nie dom — skomentował Shah, omiatając wzrokiem wnętrze. — Co najwyżej adres, a i to powiedziane na wyrost.
     — A jednak mieszkali tu ludzie — odparł Jimmy Joe.

🖇

     — Gdy staliśmy wówczas na zboczu wzgórza, byłem w kiepskim nastroju — przyznał Ruttledge. — Zgadzałem się, że to jedyne znośne miejsce spośród tych, które obejrzeliśmy przez cały dzień. Widziałem, że jesteś zachwycona. Ale ja wyrosłem wśród podobnych pól. Udało mi się uciec dzięki edu­ka­cji, nie­dostępnej ledwie pokolenie wcześniej. Nagle znowu mierzyłem się ze wszystkimi marzeniami z dzieciństwa.

🖇

     — Zamieniłbyś się z nim miejscami?
     — Nie, chłopcze. Nie zamieniłbym się nawet z prawdziwym lordem. Praw­dę mówiąc, chyba nikt z nas nie zamieniłby się z kimś innym miej­sca­mi. Wszyscy chcemy przejść przez życie we własnych butach. Wyjść tą samą drogą, którą weszliśmy. Ale w sumie dobrze, że nie mamy wyboru.

🖇

Jedna z nich zaplątała się mu we włosach. Atak z wolna ustawał. Patrick Ryan osunął się na ziemię i stopniowo odzyskiwał oddech.
     — Po dwakroć jebane pierdolone w dupę pszczoły — krzyknął z wście­kło­ścią.
     Z jego czupryny dobiegło bzyczenie. […]  Nawet w butach wyszperali pszczoły. Kiedy Rutledge wytrząsnął kilka spod kolnierza jego koszuli, z gnie­wem wykrzyczał:
     — Czemu nie zatłukłeś tych skurwieli?
     — Nie było takiej potrzeby.
     […] 
     — Bardzo boli?
     — Powiem ci, chłopcze, że nie zamienilbym tego bólu na miejsce w niebie. […]  To minie. Wszystko w końcu mija, wy­star­czy poczekać.

🖇

     — Przeszłość i teraźniejszość są jednakie dla umysłu — po­wie­dzia­ła Kate. — To tylko obrazki.
     — Jesteś pewna, że nic nie piłaś, Kate? — spytał Rutledge.

🖇

     — Ciagle tu są? — spytał Johnny, kiedy Rutledge odszedł.
     — Jak widać.
     — Nigdy nie sądziłem, że wytrwają. Co roku przyjeżdżałem do do­mu i spo­dzie­wałem się, że już ich nie będzie.
     — A oni się nawet rozwijają. […]  Myślę, że powinniśmy w końcu przyjąć do wiadomości, że będą tu równie długo jak my wszyscy: póki nie przy­je­dzie karawan.

🖇

[…]  zaczynała pojmować, że życie bez lęku jest równoznaczne z ży­ciem bez miłości i że nie da się tych uczuć z nikim dzielić. Była za­do­wolona i szczęśliwa, że jej pierwsza i najstarsza miłość, człowiek, który przez całe jej dzieciństwo nigdy nie przemówił do niej ostrym słowem, do­tarł bezpiecznie do domu […].

🖇

Ludzie sa śmieszni. Patrzą na innych mniej lub bardziej z góry, ale jeśli igno­rować ich spojrzenia, sami zaczynają się czuć nieswojo.

🖇

     — Ludzie, których znamy, pojawiają się i znikają w naszych myślach bez względu na to, czy są tutaj, czy w Anglii, czy żywi, czy martwi — skonsta­to­wa­ła Mary […].

🖇

     — Shah nie zmyśla. Ma w nosie śluby i wesela. Uważa, że tylko idioci się żenią.
     — Może mieć rację — stwierdziła Mary.

🖇

     — My nie rozmawiamy.
     — Jest z tobą chyba ze dwadzieścia lat.
     — Dłużej, ale i tak nie rozmawiamy — powtórzył z uporem.
     Teraz to Rutledge poczuł zmieszanie. Zakładał, że ludzie znający się tak długo, rozmawiają ze sobą. A właśnie musiał przyznać, że przez te wszyst­kie lata, kiedy spotykał ich razem, nigdy nie widział, żeby zamienili choć słowo. Od czasu do czasu wygłaszali stwierdzenia, które miały dotrzeć do adresata, czasem stojącego tyłem, czasem bokiem, ale nigdy twarzą w twarz. Podobne komunikaty były przyjmowane w milczeniu, po czym każdy wracał do swoich zajęć.

🖇

     — Wy dwaj na pewno nigdy się nie zagadacie na śmierć — zauważył Rutledge.
     — Nawet nie byłoby wiadomo, od czego zacząć — powiedział Shah. — Zresztą, po co narażać tak własne życie.

🖇

[…]  bał się, że ktoś go jeszcze usłyszy, i trząsł się ze strachu, że go nikt nigdy nie usłyszy.

🖇

     — Nie powinieneś pospieszać spraw, tyle powiem. Lepiej poczekaj, aż będziesz pewien.
     — Nie będziemy się śpieszyć. Tego na pewno nie zrobimy — zaśmiał się, odzyskując spokój.

🖇

Bójka wisiała w powietrzu. Kiedy kierowców dzieliło ledwie kilka kro­ków i oni zastygli bez ruchu. Obaj wyglądali na czterdziestolatków. Byli po­dob­nej postury, niscy i tędzy. Nagle jeden zaczął śpiewać:
     — „Weź mnie za rękę. Jestem obcy w raju. Zagubiony w krainie czarów”.
     Na twarzy drugiego uśmiech powoli zastępował zaskoczenie. On również znał tę piosenkę i także potrafił śpiewać.
     — „Stoję z płomiennym spojrzeniem. I tylko to jedno zagraża mi w raju. Śmiertelnikowi stojącemu obok anioła takiego jak ty” — zaintonował.
     — „Ujrzałem twoją twarz. I wzniosłem się. Z banału uleciałem w nie­zwy­kłość”.
     — „Gdzieś w tej przestrzeni w zawieszeniu będę trwał” — zaśpiewał pew­niej­szym głosem drugi i uniósł dłóń, którą pierwszy chwycił z całych sił.
     — „Dopóki nie dowiem się, czy i tobie zależy” — zaśpiewali chórem, za­ta­cza­jąc koła w ciężkich buciorach i trzymając ręce w górze, by widzieli je onie­mia­li świadkowie. W końcu zastygli, stojąc twarzą w twarz.
     — „Powiedz mu, że nigdy już nie będzie sam!” — ryknęli, kończąc z przytupem przedstawienie.
     Zebrani zaczęli bić brawo. Machając do nich, obaj kierowcy wspięli się do szoferek.
     — W domu nigdy nic nie widzimy. Nic a nic — pożalił się Jamesie.
     — Widzimy ptaki i niebo, i ślady zwierząt — przekomarzał się Rutledge.
     — Nic. Nic nie widzimy. Ludzie są znacznie ciekawsi. Poza domem w je­den dzień zobaczymy więcej niż w domu przez miesiąc.
     — Myślałem, że dojdzie do bijatyki.
     — Śpiew i taniec jako wyjście, sprytne.

🖇

     — Deszcz pada. Trawa rośnie. Dzieci się starzeją — rzucił nagle Shah. — Tak to jest. Wszyscy o tym wiemy. Aż za dobrze wiemy, a przecież nie mo­że­my nawet głośniej o tym szepnąć. Lecz mimo wszystko wiemy.

🖇

     — Zauważyłeś, że podróż powrotna zawsze wydaje się szybsza? — spytał, kiedy znowu zobaczyli łódki zacumowane pod wąskim mostem na rzece Shan­non w Rooskey.
     — Oczywiście - zgodził się Jamesie. — Nigdy naprawdę nie wiesz, co cię czeka, kiedy wyruszasz w podróż. A drogę powrotną zawsze już znasz.

🖇

Rutledge kiedyś spytał Roberta Bootha, jak sobie radził z systemem po­dzia­łów klasowych, kiedy po raz pierwszy znalazł się w Oksfordzie, on, któ­ry te­raz z łatwością poruszał się w tym labiryncie.
     — To było zupełnie proste — odpowiedział natychmiast. — Kiedy do­ra­sta­liśmy, mieliśmy poczucie wyższości wobec katolików. A najtrudniejszy jest przecież pierwszy krok. Potem już było zupełnie łatwo. — Ruttledge miał wątpliwości, czy obecnie z równą pewnością siebie i równie otwarcie mógł­by coś takiego powiedzieć.

🖇

Szelest przewracanych stron gazety tworzył przestrzeń wokół bujanego fotela. […]  Tylko wtedy, kiedy mówił o obrazach, w jego głosie pojawiał się ślad emocji.

🖇

     — Mało przyjemna historia.
     — Każdy z nas mógł się znaleźć na jego miejscu.
     — Ale się nie znaleźliśmy — powiedział twardo Robert Booth.

🖇

Jakby się nad tym zastanowić, Frank Dolan okazał się po prostu zbyt ucz­ci­wy i zbyt szczery. Każda z tych właściwości sama w sobie była nie­bez­piecz­na: ich połączenie stanowiło receptę na katastrofę.
     — Nie poddajemy się. Znajdziemy jakieś wyjście. Musimy coś znaleźć — powiedział Rutledge, kiedy Frank Dolan zatrzymał się koło jego samochodu zaparkowanego przy wąskim moście w Shruhaun.
     — Co powiemy jego lordowskiej mości, jak zapyta? — zastanawiał się Frank Dolan.
     — Nic.
     — A jeśli połączy kropki? On szybko kojarzy.
     — Powiedz mu, że nadal się zajmuję sprawą — uspokajał go Rutledge. Frank Dolan był znowu przybity i niepewny co do swojego wystąpienia w banku. — Nie martw się tym wszystkim. Coś wymyślimy.

🖇

Z ludźmi bywa różnie. Kiedy już mają w ręku lejce,
zupełnie nie wiadomo, w którą stronę pojadą.

🖇

     — Czasami myślę, że może lepiej, by wszystko toczyło się swoim torem, nawet jeśli jest pomyłką. Próba naprawienia błędów na tak późnym etapie może spowodować więcej kłopotów, niż gdybyśmy nic nie robili. Zo­ba­czymy.
     — Cieszę się, że ma swoją szansę, cokolwiek miałoby z tego wyniknąć — zauważył Rutledge. - W końcu my wszyscy też ją kiedyś mieliśmy.

🖇

     — Opowiedziałyby nam [stare ścienne zegary] niejedno, gdyby potrafiły mówić — pod­su­mo­wa­ła Mary.
     — Są mądre. Żadnego marudzenia. Nigdy nie miały kłopotów — po­wie­dział Jamesie. — Mówiły tylko tik-tak. Tik-tak. Nie odpuszczają żadnej oka­zji. Tik-tak. Nie mówią nic złego. Tik-tak. Odwracają wzrok. Tik-tak. Nie wpa­dają w żadne kłopoty. Tik-tak. Nie narzucają swojego zdania. Tik-tak. Nie wymuszają niczego. Tik-tak. Pytają, dlaczego nie, ale nigdy dla­czego. Sprytniejsze niż najmądrzejsi, co tego wszystkiego próbowali.

🖇

Przyrodzona świętość każdego pojedynczego życia bardziej uwidaczniała się w śmierci niż w jego naturalnym trwaniu.

🖇

     — Myślisz, że jest życie po życiu? — Pytanie zaskoczyło Rutledge’a […].
     […]  — Nie wiem, z jakiego źródła pochodzi życie, no, chyba że z samej na­tu­ry, ani w jakim celu istnieje. Myślę, że rozsądnie można przypuścić, że wracamy do jakiegoś sensu, z którego wyszliśmy.

🖇

Od czasu do czasu potrzebny jest twardy wstrząs, żebyśmy się nauczyli, że nie jesteśmy tu na zawsze.

🖇

     — To pewnie ona nosi portki w tej rodzinie. Jak w Anglii, tam najczęściej kobiety noszą spodnie. Mężczyźni są za bardzo wypruci z wszystkiego, żeby im się chciało.
     — Powiem ci coś. Wszystkie chodziłyby w spodniach, gdyby im na to po­zwo­lić. Widziałem to wszędzie, dom po domu.
     Ale ta parka jest inna. Wygląda, że nigdy się o nic nie sprzeczają. Cza­sa­mi można się zastanawiać, czy to rzeczywiście mężczyzna i kobieta.

🖇

     — A wszystko, co mamy, to ten jeden dzień.
     — Więc wykorzystajmy go jak najlepiej — Ruttledge de­li­kat­nie ją pocałował, kiedy oboje wstawali.

John McGahern, Twarzą ku wschodzącemu słońcu, przeł. Olga i Wojciech Kubińscy, Części Proste, Gdańsk 2026.

     — Wiem. Wiem. Wiem.
     — Żylbyś o mleku i miodzie, chłopcze, gdybyś tylko zo­stał.
     — Wszyscy bylibyśmy bogaci, gdybyśmy znali re­zul­ta­ty jutrzejszych wyścigów konnych.
     — Wtedy wszyscy wokół znali, tylko ty jeden nie.
     — Wszyscy wokół się nie liczą.

🖇

     — Na zdrowie.
     — I oby jutro, z Bożą pomocą, też wstał dzień, jak ma­wia Jamesie.
     — Pomyślności! I do dna.

🖇

[…]  szczęścia nie da się powołać do bytu przez poszu­ki­wa­nie ani przez gonitwę pośród zmartwień, ani nawet nie da się go w peł­ni ogar­nąć; powinno się mu po­zwo­lić na własne, powolne tempo, tak aby mijało nie­za­uwa­żo­ne […].

🖇

     — Nikt nie byłby tu milej widziany niż ty — po­wie­dzia­ła Mary i w tym prostym zdaniu odsłoniła wszyst­kie zawahania serca.

🖇

Bóg zamyka jedne drzwi tylko po to, żeby otworzyć kolejne.

🖇

Jesteśmy ledwo podmuchem wiatru na jeziorze.

(tamże)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz