Gdy ponad dwa tygodnie temu usłyszałam fragment o wiszącej w powietrzu bójce, wiedziałam, że muszę sięgnąć po tę powieść, pomimo tego, że jest dostępna tylko w „papierzu”, pomimo faktu, że to beletrystyka.
Tymczasem sama książka wzięła pod uwagę wszystkie moje osobiste przeciw i wynagrodziła mi trud przewracania kartek po wielokroć. Po pierwsze, nauczyła mnie czytać fikcję: czytaj, jakbyś śniła tę historię. Po drugie, swoim pięknym językiem co chwilę przypominała mi stare czasy, gdy Orzeszek, Biały Kruk i ja po raz enty zaczytywaliśmy się Pogodą dla bogaczy — nie ten kontynent, nie ten kraj, ale to samo czytelnicze przywiązanie do bohaterów. Ciekawe, myślałam co chwilę, czytając tę powieść, czy ta historia, podobałaby się Im tak bardzo jak mi.
Jedyne, co jest wyjątkowo kiepskie w tej publikacji, to okładka. Ta książka nie zasłużyła sobie na tak beznadziejną oprawę graficzną, rodem z zajęć z Corela dla nieuków w głębokich latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Marginesy w środku również niemile zaskakują twórczo-ignoranckim: nie znam się, ale to zrobię. To wynik wydawniczych oszczędności czy much w nosie? Nie wiem. Powiedziałabym: mi byłoby wstyd.
[…] nerwowe dążenie do doskonałości, przez co sztućce jeszcze częściej spadały na podłogę lub rozpierzchały się po stole.
🖇
— To nie dom — skomentował Shah, omiatając wzrokiem wnętrze. — Co najwyżej adres, a i to powiedziane na wyrost.
— A jednak mieszkali tu ludzie — odparł Jimmy Joe.
🖇
— Gdy staliśmy wówczas na zboczu wzgórza, byłem w kiepskim nastroju — przyznał Ruttledge. — Zgadzałem się, że to jedyne znośne miejsce spośród tych, które obejrzeliśmy przez cały dzień. Widziałem, że jesteś zachwycona. Ale ja wyrosłem wśród podobnych pól. Udało mi się uciec dzięki edukacji, niedostępnej ledwie pokolenie wcześniej. Nagle znowu mierzyłem się ze wszystkimi marzeniami z dzieciństwa.
🖇
— Zamieniłbyś się z nim miejscami?
— Nie, chłopcze. Nie zamieniłbym się nawet z prawdziwym lordem. Prawdę mówiąc, chyba nikt z nas nie zamieniłby się z kimś innym miejscami. Wszyscy chcemy przejść przez życie we własnych butach. Wyjść tą samą drogą, którą weszliśmy. Ale w sumie dobrze, że nie mamy wyboru.
🖇
Jedna z nich zaplątała się mu we włosach. Atak z wolna ustawał. Patrick Ryan osunął się na ziemię i stopniowo odzyskiwał oddech.
— Po dwakroć jebane pierdolone w dupę pszczoły — krzyknął z wściekłością.
Z jego czupryny dobiegło bzyczenie. […] Nawet w butach wyszperali pszczoły. Kiedy Rutledge wytrząsnął kilka spod kolnierza jego koszuli, z gniewem wykrzyczał:
— Czemu nie zatłukłeś tych skurwieli?
— Nie było takiej potrzeby.
[…]
— Bardzo boli?
— Powiem ci, chłopcze, że nie zamienilbym tego bólu na miejsce w niebie.
[…] To minie. Wszystko w końcu mija, wystarczy poczekać.
🖇
— Przeszłość i teraźniejszość są jednakie dla umysłu — powiedziała Kate. — To tylko obrazki.
— Jesteś pewna, że nic nie piłaś, Kate? — spytał Rutledge.
🖇
— Ciagle tu są? — spytał Johnny, kiedy Rutledge odszedł.
— Jak widać.
— Nigdy nie sądziłem, że wytrwają. Co roku przyjeżdżałem do domu i spodziewałem się, że już ich nie będzie.
— A oni się nawet rozwijają. […] Myślę, że powinniśmy w końcu przyjąć do wiadomości, że będą tu równie długo jak my wszyscy: póki nie przyjedzie karawan.
🖇
[…] zaczynała pojmować, że życie bez lęku jest równoznaczne z życiem bez miłości i że nie da się tych uczuć z nikim dzielić. Była zadowolona i szczęśliwa, że jej pierwsza i najstarsza miłość, człowiek, który przez całe jej dzieciństwo nigdy nie przemówił do niej ostrym słowem, dotarł bezpiecznie do domu […].
🖇
Ludzie sa śmieszni. Patrzą na innych mniej lub bardziej z góry, ale jeśli ignorować ich spojrzenia, sami zaczynają się czuć nieswojo.
🖇
— Ludzie, których znamy, pojawiają się i znikają w naszych myślach bez względu na to, czy są tutaj, czy w Anglii, czy żywi, czy martwi — skonstatowała Mary […].
🖇
— Shah nie zmyśla. Ma w nosie śluby i wesela. Uważa, że tylko idioci się żenią.
— Może mieć rację — stwierdziła Mary.
🖇
— My nie rozmawiamy.
— Jest z tobą chyba ze dwadzieścia lat.
— Dłużej, ale i tak nie rozmawiamy — powtórzył z uporem.
Teraz to Rutledge poczuł zmieszanie. Zakładał, że ludzie znający się tak długo, rozmawiają ze sobą. A właśnie musiał przyznać, że przez te wszystkie lata, kiedy spotykał ich razem, nigdy nie widział, żeby zamienili choć słowo. Od czasu do czasu wygłaszali stwierdzenia, które miały dotrzeć do
adresata, czasem stojącego tyłem, czasem bokiem, ale nigdy twarzą w twarz. Podobne komunikaty były przyjmowane w milczeniu, po czym każdy wracał do swoich zajęć.
🖇
— Wy dwaj na pewno nigdy się nie zagadacie na śmierć —
zauważył Rutledge.
— Nawet nie byłoby wiadomo, od czego zacząć — powiedział Shah. — Zresztą, po co narażać tak własne życie.
🖇
[…] bał się, że ktoś go jeszcze usłyszy, i trząsł się ze strachu, że go nikt nigdy nie usłyszy.
🖇
— Nie powinieneś pospieszać spraw, tyle powiem. Lepiej poczekaj, aż będziesz pewien.
— Nie będziemy się śpieszyć. Tego na pewno nie zrobimy —
zaśmiał się, odzyskując spokój.
🖇
Bójka wisiała w powietrzu. Kiedy kierowców dzieliło ledwie kilka kroków i oni zastygli
bez ruchu. Obaj wyglądali na czterdziestolatków. Byli podobnej postury, niscy i tędzy. Nagle jeden zaczął śpiewać:
— „Weź mnie za rękę. Jestem obcy w raju. Zagubiony w krainie czarów”.
Na twarzy drugiego uśmiech powoli zastępował zaskoczenie. On również znał tę piosenkę i także potrafił śpiewać.
— „Stoję z płomiennym spojrzeniem. I tylko to jedno zagraża mi w raju. Śmiertelnikowi stojącemu obok anioła takiego jak ty” — zaintonował.
— „Ujrzałem twoją twarz. I wzniosłem się. Z banału uleciałem w niezwykłość”.
— „Gdzieś w tej przestrzeni w zawieszeniu będę trwał” —
zaśpiewał pewniejszym głosem drugi i uniósł dłóń, którą pierwszy chwycił z całych sił.
— „Dopóki nie dowiem się, czy i tobie zależy” — zaśpiewali chórem, zataczając koła w ciężkich buciorach i trzymając ręce w górze, by widzieli je oniemiali świadkowie. W końcu zastygli, stojąc twarzą w twarz.
— „Powiedz mu, że nigdy już nie będzie sam!” — ryknęli,
kończąc z przytupem przedstawienie.
Zebrani zaczęli bić brawo. Machając do nich, obaj kierowcy wspięli się do szoferek.
— W domu nigdy nic nie widzimy. Nic a nic — pożalił się Jamesie.
— Widzimy ptaki i niebo, i ślady zwierząt — przekomarzał się Rutledge.
— Nic. Nic nie widzimy. Ludzie są znacznie ciekawsi. Poza domem w jeden dzień zobaczymy więcej niż w domu przez miesiąc.
— Myślałem, że dojdzie do bijatyki.
— Śpiew i taniec jako wyjście, sprytne.
🖇
— Deszcz pada. Trawa rośnie. Dzieci się starzeją — rzucił nagle Shah. — Tak to jest. Wszyscy o tym wiemy. Aż za dobrze wiemy, a przecież nie możemy nawet głośniej o tym szepnąć. Lecz mimo wszystko wiemy.
🖇
— Zauważyłeś, że podróż powrotna zawsze wydaje się szybsza? — spytał, kiedy znowu zobaczyli łódki zacumowane pod wąskim mostem na rzece Shannon w Rooskey.
— Oczywiście - zgodził się Jamesie. — Nigdy naprawdę nie
wiesz, co cię czeka, kiedy wyruszasz w podróż. A drogę powrotną zawsze już znasz.
🖇
Rutledge kiedyś spytał Roberta Bootha, jak sobie radził z systemem podziałów klasowych, kiedy po raz pierwszy znalazł się w Oksfordzie, on, który teraz z łatwością poruszał się w tym labiryncie.
— To było zupełnie proste — odpowiedział natychmiast. —
Kiedy dorastaliśmy, mieliśmy poczucie wyższości wobec katolików. A najtrudniejszy jest przecież pierwszy krok. Potem już było zupełnie łatwo. — Ruttledge miał wątpliwości, czy obecnie z równą pewnością siebie i równie otwarcie mógłby coś takiego powiedzieć.
🖇
Szelest przewracanych stron gazety tworzył przestrzeń wokół bujanego fotela. […] Tylko wtedy, kiedy mówił o obrazach, w jego głosie pojawiał się ślad emocji.
🖇
— Mało przyjemna historia.
— Każdy z nas mógł się znaleźć na jego miejscu.
— Ale się nie znaleźliśmy — powiedział twardo Robert
Booth.
🖇
Jakby się nad tym zastanowić, Frank Dolan okazał się po prostu zbyt uczciwy i zbyt szczery. Każda z tych właściwości sama w sobie była niebezpieczna: ich połączenie stanowiło receptę na katastrofę.
— Nie poddajemy się. Znajdziemy jakieś wyjście. Musimy coś znaleźć — powiedział Rutledge, kiedy Frank Dolan zatrzymał się koło jego samochodu zaparkowanego przy wąskim moście w Shruhaun.
— Co powiemy jego lordowskiej mości, jak zapyta? — zastanawiał się Frank Dolan.
— Nic.
— A jeśli połączy kropki? On szybko kojarzy.
— Powiedz mu, że nadal się zajmuję sprawą — uspokajał go
Rutledge. Frank Dolan był znowu przybity i niepewny co do swojego wystąpienia w banku. — Nie martw się tym wszystkim. Coś wymyślimy.
🖇
Z ludźmi bywa różnie. Kiedy już mają w ręku lejce,
zupełnie nie wiadomo, w którą stronę pojadą.
🖇
— Czasami myślę, że może lepiej, by wszystko toczyło się swoim torem, nawet jeśli jest pomyłką. Próba naprawienia błędów na tak późnym etapie może spowodować więcej kłopotów, niż gdybyśmy nic nie robili. Zobaczymy.
— Cieszę się, że ma swoją szansę, cokolwiek miałoby z tego wyniknąć — zauważył Rutledge. - W końcu my wszyscy też ją kiedyś mieliśmy.
🖇
— Opowiedziałyby nam [stare ścienne zegary] niejedno, gdyby potrafiły mówić —
podsumowała Mary.
— Są mądre. Żadnego marudzenia. Nigdy nie miały kłopotów — powiedział Jamesie. — Mówiły tylko tik-tak. Tik-tak.
Nie odpuszczają żadnej okazji. Tik-tak. Nie mówią nic złego. Tik-tak. Odwracają wzrok. Tik-tak. Nie wpadają w żadne kłopoty. Tik-tak. Nie narzucają swojego zdania. Tik-tak. Nie wymuszają niczego. Tik-tak. Pytają, dlaczego nie, ale nigdy dlaczego. Sprytniejsze niż najmądrzejsi, co tego wszystkiego próbowali.
🖇
Przyrodzona świętość każdego pojedynczego życia bardziej uwidaczniała się w śmierci niż w jego naturalnym trwaniu.
🖇
— Myślisz, że jest życie po życiu? — Pytanie zaskoczyło
Rutledge’a […].
[…] — Nie wiem, z jakiego źródła pochodzi życie, no, chyba że z samej natury, ani w jakim celu istnieje. Myślę, że rozsądnie można przypuścić, że wracamy do jakiegoś sensu, z którego wyszliśmy.
🖇
Od czasu do czasu potrzebny jest twardy wstrząs, żebyśmy się nauczyli, że nie jesteśmy tu na zawsze.
🖇
— To pewnie ona nosi portki w tej rodzinie. Jak w Anglii, tam najczęściej kobiety noszą spodnie. Mężczyźni są za bardzo wypruci z wszystkiego, żeby im się chciało.
— Powiem ci coś. Wszystkie chodziłyby w spodniach, gdyby im na to pozwolić. Widziałem to wszędzie, dom po domu.
Ale ta parka jest inna. Wygląda, że nigdy się o nic nie sprzeczają. Czasami można się zastanawiać, czy to rzeczywiście mężczyzna i kobieta.
🖇
— A wszystko, co mamy, to ten jeden dzień.
— Więc wykorzystajmy go jak najlepiej — Ruttledge delikatnie ją pocałował, kiedy oboje wstawali.
John McGahern, Twarzą ku wschodzącemu słońcu, przeł. Olga i Wojciech Kubińscy, Części Proste, Gdańsk 2026.

— Wiem. Wiem. Wiem.
— Żylbyś o mleku i miodzie, chłopcze, gdybyś tylko został.
— Wszyscy bylibyśmy bogaci, gdybyśmy znali rezultaty jutrzejszych wyścigów konnych.
— Wtedy wszyscy wokół znali, tylko ty jeden nie.
— Wszyscy wokół się nie liczą.
🖇
— Na zdrowie.
— I oby jutro, z Bożą pomocą, też wstał dzień, jak mawia Jamesie.
— Pomyślności! I do dna.
🖇
[…] szczęścia nie da się powołać do bytu przez poszukiwanie ani przez gonitwę pośród zmartwień, ani nawet nie da się go w pełni ogarnąć; powinno się mu pozwolić na własne, powolne tempo, tak aby mijało niezauważone […].
🖇
— Nikt nie byłby tu milej widziany niż ty — powiedziała Mary i w tym prostym zdaniu odsłoniła wszystkie zawahania serca.
🖇
Bóg zamyka jedne drzwi tylko po to, żeby otworzyć kolejne.
🖇
Jesteśmy ledwo podmuchem wiatru na jeziorze.
(tamże)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz