wpis przeniesiony 15.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Jakiś czas temu, gdy Sadownik czytał tylko papier, w ramach niespodzianki, poszłam i kupiłam mu świeżuteńki wówczas drugi z czterech tomów Katarzyny Bondy. Pan, który przyjmował płatność, próbował we mnie widzieć partnera do rozmowy o kryminałach. A ja ani be, ani me… bo książka… przecież… eeee… dla męża. Polecił najbardziej ulubiony przez siebie kryminał, napisany przez pewnego (sic!) Czecha.
Urlop. Postanowienie. Odłożyłam „swoje” książki. Pierwszy kryminał w swoim życiu mam za sobą. Fantastyczny podział na podrozdziały!
Chciałoby się napisać: Czech napisał książkę, której akcja dzieje się w Rosji z polskim feministycznym akcentem. Ale chyba nie można, bo coś mi się zdaje, że Autor jest Rosjaninem.
— Nie! — krzyknął Wanzarow na całą ulicę. — Zło jest zawfe takie samo. To ludzie, chcąc się usprawiedliwić, mówią: zło ma wiele twarzy, nic nie możemy zrobić. A zło ma zawfe konkretną twarz. I trzeba z nią walczyć.
*
— Ci, którzy chcą siłą doprowadzić ludzkość do raju, nieuchronnie pójdą po trupach.
*
Wanzarow nerwowo szukał jakiegoś wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji. Nawet w takiej chwili należy podjąć jakąś decyzję. Trzeba ją tylko dostrzec.
*
— Apollonie, nie denerwuj się! Wy, mężczyźni, jesteście tacy czuli i nerwowi, że to aż śmieszne.
— Wiera!
— Apollonku, zamilcz! — nakazała surowo. — Chcę się czegoś dowiedzieć, skoro mam już możliwość porozmawiania z policjantem; otóż pan, Wanzarow, jest typowym sługą reżimu, katem wolności i tak dalej. A czym pan żyje, czym się pasjonuje, powiedzmy, ma pan jakieś hobby?
Anton Cziż, Boska trucizna, (tłum. Agnieszka Pukowska),
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010.
(wyróżnienie własne)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz