Jakiś czas temu rozsierdziło mnie państwo polskie. Na pierwszą komisję orzekającą stopień mojej niepełnosprawności siedem lat temu udałam się sama na własnych nogach. Na drugą, po trzech latach, potrzebowałam pomocy Sadownika i wózka. Na trzecią, po kolejnych trzech latach, bez pomocy Sadownika nie wydostałabym się z domu. I co? I znów będę miała prawo parkowania na niebieskiej kopercie tylko przez trzy lata. A potem wstanę z wózka i przebiegnę maraton?
Wściekłam się i postanowiłam nie popuścić temu zidiociałemu państwu, które marnuje nie tylko mój czas: jeśli należy mi się jakaś pomoc, to mam ją, kura przez wu, dostać! Dziś przyszła decyzja o przeliczeniu mojej kulawości na punkty. Z dumą odnotowałam elementy wyliczenia: 7, 10 i 23.
Ustalić potrzebę wsparcia wyrażoną w wartościach punktowych w skali 0–4 punkty:
[…]
7) Przekazywanie informacji innym osobom: 0,000 pkt
[…]
10) Koncentrowanie się na czynności: 0,000 pkt
[…]
23) Kontrolowanie własnych zachowań i emocji: 0,000 pkt
Przeglądając ponownie ocenę, zdziwiłam się, widząc:
6) Klasyfikacja docierających bodźców: 1,600 pkt
*
Jabłoń:
(po chwili skomentowała punkt 6. oceny)
Kochanie, to nie ubytek, lecz miara
przystosowania się do życia w małżeństwie!
Sadownik:
Bardzo śmieszne, bardzo…
*
Oddziwiłam się kilka godzin później. Nie chodziło o słuch! Mam zmienione czucie w palcach; gdy nie patrzę na to, czego dotykam, nie wiem, co to jest. Wyjmowanie właściwej rzeczy z teodory wymaga ode mnie skorzystania również z oczu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz